Poświata - Michael Chabon - ebook + audiobook
Opis

Niezwykła powieść jednego z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy, laureata Nagrody Pulitzera.
Tuż po opublikowaniu debiutanckiej powieści The Mysteries of Pittsburgh Michael Chabon odwiedził śmiertelnie chorego dziadka. Gdy silne środki przeciwbólowe rozwiązały umierającemu język, a bliskość śmierci obudziła wspomnienia, dziadek pisarza zaczął zwierzać się i opowiadać historie, których jego wnuk nigdy wcześniej nie słyszał. Z tych rozmów Michael Chabon utkał swą najnowszą powieść.

Poświatato opowieść o szaleństwie, wojnie i przygodzie, o seksie, małżeństwie i pożądaniu, o egzystencjalnych rozterkach i modelarstwie rakietowym, o wielkich aspiracjach i ciemnej stronie osiągnięć amerykańskiej techniki, o niszczącym działaniu kłamstwa i sekretów, a zarazem ich wielkiej mocy twórczej. To także rodzaj brawurowej autobiografi, w której Michael Chabon odsłania mechanizmy działania własnej wyobraźni.

Gdyby przyszło wam kiedyś do głowy badać historię własnej rodziny, najpierw przeczytajcie powieść Chabona. Są tu wszystkie za i przeciw. Podane — jak obiecał — z „należytą nonszalancją”. W tym wariancie amerykańskiego snu nawet nazistowska Wunderwaff może się do czegoś przydać.
Łukasz Grzymisławski / „Książki. Magazyn do czytania”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 613

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 22 min

Lektor: Filip Kosior

Popularność


Michael ‌Chabon

POŚWIATA

przełożył Michał Kłobukowski

Tytuł oryginału: ‌Moonglow

Copyright © 2016 ‌by ‌Michael Chabon

Copyright © ‌for ‌the Polish edition by ‌Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright ‌© for the Polish ‌translation ‌by ‌Michał Kłobukowski, ‌MMXVIII

Wydanie ‌I

Warszawa MMXVIII

Im, ‌serio

Im

Ciemna ‌strona Księżyca właściwie nie ‌istnieje. W gruncie ‌rzeczy cały jest ‌ciemny.

Wernher von ‌Braun

Od ‌autora

Podczas opracowywania ‌tych wspomnień trzymałem ‌się faktów, chyba że ‌kłóciły się z pamięcią, ‌fabularnym zamysłem ‌czy ‌też prawdą w moim subiektywnym ‌rozumieniu. Zapewniam czytelników, ‌że tam, gdzie pozwoliłem ‌sobie rozminąć się z autentyzmem ‌imion, nazwisk, ‌dat czy nazw miejscowości, ‌zniekształcić przebieg ‌zdarzeń i rozmów ‌albo ‌zmienić ‌krewnym i postaciom historycznym ‌tożsamość, ich wzajemne ‌relacje lub motywy postępowania, ‌zrobiłem ‌to z należytą nonszalancją.

Reklama ‌z pisma „Esquire”, ‌październik ‌1958: „Pocisk, którym ‌da ‌się latać!”

I

Oto jak ‌mi opowiedziano ‌tę historię. Alger Hiss ‌po wyjściu z więzienia ‌nie bardzo ‌mógł znaleźć ‌pracę. Skończył przedtem prawo ‌na ‌Harvardzie, praktykował u Olivera ‌Wendella Holmesa i brał udział ‌w opracowywaniu Karty Narodów Zjednoczonych, ‌ale ‌odsiedział ‌też wyrok za krzywoprzysięstwo ‌i był ‌osławionym sługusem ‌międzynarodowego komunizmu. Wydał swoje ‌pamiętniki, ‌okazały się jednak tak ‌nudne, że nikt nie ‌chciał ich czytać. ‌Rzuciła ‌go ‌żona. Nie miał ‌złamanego centa i czuł ‌się zupełnie ‌przegrany. W końcu jeden z nielicznych ‌przyjaciół, ‌jacy mu jeszcze zostali, ‌ulitował się nad ‌skurwysynem ‌i uruchomił ‌swoje dojścia. Hiss dostał pracę w nowojorskiej firmie, która produkowała i sprzedawała spinki do włosów zrobione z kawałka fortepianowej struny. Feathercombs, Inc. nieźle zaczęła, ale dostała się pod ostrzał potężniejszego rywala, który zrzynał jej wzory, kradł znaki firmowe i zaniżał ceny. Sprzedaż spadła. Na liście płac robił się tłok. Aby zwolnić miejsce dla Hissa, trzeba było kogoś wylać.

W zamieszczonej w „Daily News” z dwudziestego piątego maja 1957 roku relacji z aresztowania mojego dziadka niewymieniony z nazwiska współpracownik określił go mianem „cichego faceta”. Dla pozostałych komiwojażerów z Feathercombs dziadek był pilśniowym kapeluszem na wieszaku w kącie pokoju. Ten najpracowitszy sprzedawca z całej ekipy Feathercombs miał niestety najsłabsze wyniki. Podczas przerw na lunch zaszywał się gdzieś z kanapką i najnowszym numerem „Sky and Telescope” albo „Aviation Week”. Wiadomo było, że jeździ crosleyem, ma żonę cudzoziemkę oraz kilkunastoletnią córkę i mieszka z nimi gdzieś w najgłębszych ostępach okręgu Bergen. Przed aresztowaniem zwrócił na siebie uwagę kolegów z pracy zaledwie dwukrotnie. Kiedy w piątej rundzie mistrzostw baseballu w 1956 roku wysiadło biurowe radio, naprawił je za pomocą lampy próżniowej, którą wyrwał z wnętrza centralki telefonicznej. A pewien tekściarz z działu reklamy Feathercombs opowiadał, że wpadł raz na niego w Paper Mill Playhouse w Millburn, gdzie ta jego żona cudzoziemka grała, wyobraźcie sobie, Serafinę w Tatuowanej róży. Poza tym niewiele wiedziano o moim dziadku, a jego chyba to urządzało. Ludzie już dawno przestali próbować go wciągać w rozmowy. Widywano, jak się uśmiechał, ale nigdy nie przyłapano go roześmianego. Jeżeli miał poglądy polityczne czy jakiekolwiek inne, dla pracowników biurowych Feathercombs, Inc. pozostawały one zagadką. Panowało przekonanie, że można go spokojnie wylać bez uszczerbku dla ogólnego morale.

Tuż po dziewiątej rano dwudziestego czwartego maja prezes Feathercombs usłyszał odgłosy zamieszania dobiegające z sekretariatu, gdzie posadzono bystrą dziewczynę, żeby odcedzała wierzycieli oraz inspektorów podatkowych. Słychać było stamtąd męski głos, w którym zniecierpliwienie z każdą chwilą coraz bardziej przeradzało się w gniew. Dwukrotnie zadźwięczał telefon wewnętrzny na biurku prezesa. W sekretariacie brzęknęło tłuczone szkło. Zabrzmiało to trochę tak, jakby ktoś trzasnął słuchawką o widełki. Zanim prezes zdążył wstać z fotela, żeby sprawdzić, co się właściwie dzieje, do jego gabinetu wtargnął mój dziadek, wymachując czarną słuchawką (w owych czasach było to dość kanciaste urządzenie), za którą ciągnął się metrowy odcinek kabla z wystrzępionym końcem.

Pod koniec lat trzydziestych dziadek w chwilach wolnych od gry w bilard na pieniądze dostarczał fortepiany klientom domu towarowego Wanamaker’s i z tego żył przez cztery lata studiów w Drexel Tech. Był tak barczysty, że ledwo mieścił się w drzwiach. Na głowie mimo codziennie aplikowanej porcji brylantyny kolebała mu się kędzierzawa szopa. Twarz miał przekrwioną, jakby za długo leżał na słońcu. „W życiu nie widziałem tak wściekłego faceta. Prawie było czuć, jak się z niego dymi” – powiedział reporterowi „Daily News” naoczny świadek.

Prezes Feathercombs przekonał się ze zdziwieniem, że za jego zgodą stracił pracę kompletny wariat.

– O co chodzi? – zapytał.

Dziadek nie raczył odpowiedzieć na to czcze pytanie. Z zasady był przeciwny wykładaniu kawy na ławę. Uważał, że większość pytań to zwykłe wypełniacze, które mają na celu ograniczenie swobody ruchów pytanego, odwrócenie jego uwagi i skierowanie energii na boczny tor. Nigdy zresztą nie próbował się dogadać z własnymi emocjami. Złapał kabel od słuchawki za wystrzępiony koniec i dwukrotnie owinął go wokół lewej dłoni.

Prezes spróbował wstać, ale nogi zaplątały mu się pod biurkiem. Fotel umknął mu spod siedzenia i przewrócił się z grzechotem kółek. Prezes wrzasnął. Był to soczysty dźwięk, w pół drogi do jodłowania. Kiedy dziadek runął na prezesa, ten wywinął się w stronę okna z widokiem na Wschodnią Pięćdziesiątą Siódmą Ulicę. Zdążył jeszcze zauważyć, że na chodniku chyba gromadzą się przechodnie.

Dziadek omotał prezesowi szyję kablem od słuchawki. Rakieta jego gniewu dopiero za dwie minuty miała zużyć paliwo i spaść na ziemię. Czasu było więc w bród. W latach drugiej wojny światowej dziadka nauczono posługiwać się garotą1. Wiedział, że fachowemu dusicielowi wystarczy chwila.

– O mój Boże! – jęknęła sekretarka, panna Mangel, gdy wreszcie weszła do gabinetu.

Szybko zareagowała, kiedy dziadek wdarł się do sekretariatu, woniejąc – jak potem wspominała – drzewnym dymem. Zdążyła dwa razy nacisnąć guzik telefonu wewnętrznego, zanim jej wyrwał słuchawkę. Chwycił podstawę aparatu i wyszarpnął z niej kabel.

– Zapłaci pan za to – rzekła panna Mangel.

Opowiadając mi o tym zdarzeniu po upływie trzydziestu dwóch lat, dziadek wymawiał jej nazwisko z podziwem, lecz gdy rakieta jego gniewu miała za sobą dopiero jedną czwartą swojej paraboli, słowa sekretarki odebrał jako prowokację. Wyrzucił podstawę telefonu przez okno sekretariatu. Brzęk, który usłyszał prezes, rozległ się właśnie wtedy, gdy telefon wylatywał przez szklaną pajęczynę na ulicę.

Dobiegł stamtąd oburzony okrzyk, więc panna Mangel podeszła do okna i wyjrzała. Z dołu patrzył na nią mężczyzna w szarym garniturze siedzący na chodniku. Na nosie miał okulary o okrągłych szkłach, z których lewe pochlapane było krwią. Śmiał się2. Jacyś ludzie przystanęli, żeby mu pomóc. Portier oznajmił, że wzywa policję. Wtedy to panna Mangel usłyszała krzyk swojego szefa. Odwróciła się od okna i pobiegła do gabinetu prezesa.

W pierwszej chwili pomyślała, że nikogo tam nie ma. Potem jednak usłyszała stuknięcie butem o linoleum, którym pokryta była podłoga: jedno, a zaraz potem drugie. Zza biurka wychyliła się potylica mojego dziadka, aby natychmiast zniknąć. Dzielna panna Mangel obeszła biurko. Jej szef leżał brzuchem do dołu na lśniącej podłodze. Dziadek garbił się, siedząc mu okrakiem na plecach i dusząc go zaimprowizowaną garotą. Prezes ciskał się i miotał, usiłując przewrócić się na wznak. Słychać było tylko, jak noski jego kurdybanowych półbutów stukają o linoleum, szukając oparcia.

Panna Mangel chwyciła leżący na biurku prezesa nożyk do listów i wbiła go dziadkowi w lewą łopatkę. Po latach wspominał to jako jeszcze jeden godny podziwu czyn.

Czubek noża wbił się zaledwie na jakieś półtora centymetra, lecz dźgnięcie metalowym szpicem zablokowało meridian, którym płynął gniew. Dziadek stęknął.

„Jakbym się nagle obudził”, rzekł, gdy kilka dni przed śmiercią po raz pierwszy opowiadał mi ten fragment swojej historii. Jeden koniec kabla odwinął z szyi ofiary, a z drugiego wyplątał swoją lewą dłoń, w którą przewód głęboko się wpił. Słuchawka zagrzechotała o podłogę. Dziadek wciąż siedział okrakiem na prezesie, po chwili jednak wstał i cofnął się o krok. Prezes obrócił się na wznak i z wolna usiadł, zanim przesunął się na tyłku po linoleum i oparł o ścianę w przerwie między dwoma sekretarzykami. Łapczywie zaczerpnął tchu. Zęby miał różowe od krwi, bo gdy uderzył twarzą o podłogę, przygryzł sobie dolną wargę.

Dziadek zwrócił się w stronę panny Mangel. Wyrwał jej z ręki nóż do papierów i odłożył na biurko prezesa. Po każdym napadzie furii w jego oczach wzbierał żal jak fala przypływu. Ręce mu opadły.

– Wybaczcie – powiedział do panny Mangel i do prezesa.

Zwracał się też zapewne do mojej czternastoletniej podówczas matki i do swojej żony, chociaż jej wina była chyba w tej sprawie nie mniejsza od jego własnej. Niewielkie miał szanse dostąpić wybaczenia, ale też poprosił o nie takim tonem, jakby wcale się go nie spodziewał ani nawet nie pragnął.

***

Kiedy dziadek dożywał ostatnich dni, lekarz przepisał mu silny hydromorfon przeciwko bólom wywołanym przez raka kości. W tym samym okresie wielu Niemców zaprzątało dziurawienie berlińskiego muru, a ja wpadłem pożegnać się z dziadkiem, akurat gdy dilaudid wybijał go swoim miękkim młotkiem z nawyku milczenia. I oto popłynęła opowieść o jego niepowodzeniach, dwuznacznym farcie i sytuacjach, gdy wyczucie czasu i zimna krew zawodziły go lub nie. Przed blisko dwoma tygodniami moja matka urządziła go u siebie w pokoju gościnnym, a w chwili mojego przyjazdu do Oakland dostawał już niemal dwadzieścia miligramów dziennie. Kiedy usiadłem na krześle przy łóżku, prawie natychmiast zaczął mówić, jakby tylko czekał, aż dotrzymam mu towarzystwa. Teraz jednak myślę, że po prostu czuł szybkie zbliżanie się końca.

Wspomnienia wyłaniały się bez wyraźnej chronologii – z wyjątkiem pierwszego, a zarazem najwcześniejszego.

– Opowiadałem ci – rzekł dziadek, kołysząc się na paliatywnej chmurce – jak upuściłem kociaka z okna?

Nie zwróciłem mu uwagi (ani wtedy, ani później aż do chwili, gdy ta chmurka na dobre go pochłonęła), że w ogóle bardzo mało mi mówił o swoim życiu. Nie znając jeszcze historii o napaści na prezesa Feathercombs, Inc., nie mogłem wtrącić, że dostrzegam w autobiografii dziadka zalążek motywu defenestracji. A kiedy mi wreszcie opowiedział o pannie Mangel, telefonie i czeskim dyplomacie, postanowiłem przemilczeć to dowcipne spostrzeżenie.

– Zabił się? – spytałem.

Właśnie wyjadałem z filiżanki przeznaczoną dla dziadka porcję galaretki malinowej. Prócz niej dawał się już tylko namówić na parę łyżek rosołu z kury, który moja matka gotowała według przepisu nieboszczki babki (urodzonej i wychowanej we Francji), wciskając doń trochę soku z cytryny dla ożywienia koloru i smaku. Ale nawet galaretką niezbyt się interesował, więc sporo jej zostawało.

– Okno było na drugim piętrze – odparł dziadek. Po czym dodał z takim naciskiem, jakby jego rodzinne miasto słynęło z wyjątkowo twardych chodników: – W Filadelfii.

– Ile miałeś wtedy lat?

– Trzy czy cztery.

– Jezu. Co cię napadło?

Dziadek parę razy wystawił i schował język. Robił tak co kilka minut. Często wyglądało to, jakby mimochodem wydawał błazeński werdykt w kwestii, o której właśnie usłyszał od rozmówcy, w rzeczywistości był to jednak tylko skutek uboczny zażywanych leków. Język miał blady, pokryty meszkiem jak zamsz. Dzięki paru pieczołowicie hołubionym w pamięci pokazom z lat dzieciństwa wiedziałem, że potrafi nim dotknąć czubka nosa. Za oknem pokoju gościnnego mojej matki niebo nad zatoką San Francisco było szare jak aureola włosów wokół opalonej twarzy dziadka.

– Ciekawość – wyjaśnił, po czym znowu pokazał język.

Odparłem, że ciekawość bywa podobno zabójcza, zwłaszcza dla kotów.

II

W dzieciństwie dziadek mieszkał z rodzicami, ojcem swojego ojca i młodszym bratem Reynardem (który dla mojej matki był stryjem Rayem) w trzech pokojach na rogu Dziesiątej i West Shunk w południowej Filadelfii.

Jego ojciec znał niemiecki i pochodził z Pressburga (dzisiejszej Bratysławy), a przez całe lata dwudzieste i trzydzieste zakładał kolejne sklepy tekstylno-odzieżowe i narożne spożywczaki, ale za każdym razem plajtował. W końcu porzucił wszelką nadzieję, że uda mu się utrzymać własną firmę, i dobił do mety jako zwykły sprzedawca w sklepach z alkoholem, świadek okradania cudzych kas. Swoją matkę mój dziadek zapamiętał jako pleczystą kobietę o złotym sercu – „świętą”, która podjęła się roli służącej męża i synów. Na zdjęciach ma kanciastą, wbitą w stalowy gorset sylwetkę, czarne jak węgiel buty i ogromny biust, w którym zmieściłyby się turbiny. Prawie nie umiała czytać w jidysz ani po angielsku, ale zobowiązała mojego dziadka, a potem stryja Raya, żeby codziennie czytali jej żydowskie gazety, bo chciała być na bieżąco w sprawie najnowszych plag spadających na jej naród. Z cotygodniowego budżetu domowego zawsze umiała wykraść parę dolarów do skarbonki, tak zwanej pushke. Za te pieniądze karmiono dzieci osierocone w pogromach, a uchodźców wsadzano na parowce, które wiozły ich ku wolności. Dzięki litościwym defraudacjom prababci obsadzono pomarańczowymi gajami całe zbocza palestyńskich wzgórz.

– Zimą pranie zamarzało na sznurze – wspominał dziadek. – Musiała taszczyć zesztywniałe łachy przez tyle pięter.

Stryja Raya znałem z lat sześćdziesiątych jako playboya w lazurowym golfie i marynarce z szarego tweedu. Jeździł alfą spider, a na uszkodzonym lewym oku nosił zawadiacką opaskę. Chwilami przypominał mi Hugh Hefnera, a kiedy indziej Mosze Dajana. W dzieciństwie pilnie się jednak uczył i był wątły. W tamtych czasach to raczej dziadek rozrabiał. Wyrzucenie kociaka przez okno było tylko strzałem ostrzegawczym.

Latem wałęsał się od śniadania do zmroku, zapuszczając się na wschód aż po cuchnącą rzekę Delaware, a na południe aż po stocznię. Widział, jak eksmitowana rodzina pije herbatę na chodniku, a wokół niej stoją łóżka, lampy, patefon i mosiężna klatka z papugą. Rozwinął kiedyś leżącą na pokrywie śmietnika gazetę i znalazł w niej krowie oko. Widywał dzieci i zwierzęta, które bito okrutnie, a zarazem z cierpliwością i troską. Widział, jak przed kościołem czarnych metodystów tłum otacza kabriolet nash, z którego wysiadła Marian Anderson, a półksiężyc jej uśmiechu jeszcze po upływie sześćdziesięciu lat rozjaśniał mu pamięć.

W południowej Filadelfii roiło się od Moonblattów i Newmanów – kuzynów, którzy w czasach dzieciństwa mojej matki, a potem mojego zaludniali wesela i pogrzeby. Ich domy służyły dziadkowi za miejsca postoju. Wędrując zygzakiem od jednego do drugiego przez kwartały ulic pozostające w rękach Irlandczyków i Włochów, kładł podwaliny pracy, którą trudnił się potem w czasie wojny. Miał dobre układy z paroma włoskimi piekarzami i sklepikarzami, które w sekrecie pielęgnował, oddając im usługi jako chłopiec na posyłki albo zamiatacz w zamian za garść bilonu, porcję lodów cytrynowych lub ciepłą kręconą bułkę. Studiował niuanse ludzkich zachowań i sposobów mówienia. Jeżeli chciało się uniknąć manta na Christian Street, można było zmienić chód i kąt pochylenia głowy, żeby wyglądać jak ktoś, kto ma prawo tamtędy iść, bo jest u siebie. Jeśli ten fortel zawiódł (albo delikwent – tak jak mój dziadek – nie stronił od bijatyk), stosowało się nieczyste chwyty. Nawet twardziele z Christian Street kwilili niemowlęcymi głosikami, kiedy wciskało im się kciuki w oczodoły. Na stoku nasypu kolejowego za silosem fabryki nawozów, który kształtem przypominał pierś, raz po raz wybuchała bitwa na deski wyłamane spod materaców, kawałki rur, proce i kamienie. Dziadek stracił ząb, złamał rękę i nie wiem ile razy zakładano mu szwy. Na lewym pośladku miał wypukłą bliznę – ślad po flaszce od piwa, na którą klapnął tyłkiem podczas bójki na pustej parceli za cukrownią McCahana. Kiedy sześćdziesiąt lat później podawano mu basen, za każdym razem widać było tę szramę – srebrzystą zmarszczkę, pocałunek przemocy.

Jego zniknięcia i rany konsternowały rodziców, którzy próbowali go okiełznać. Wytyczali granice, ustalali reguły, ale dziadek ich nie przestrzegał. Stanowczo odmawiał zdradzenia szczegółów lub imion, kary cielesne nie robiły na nim wrażenia i gotów był się wyrzec wszelkich przyjemności, których go pozbawiano, toteż przetrzymał próby rodziców. Z czasem oboje dali za wygraną.

– Nie ma sposobu na chłopca, który wyrzuca koty przez okno – powiedział pressburską niemczyzną stary Abraham, dziadek mojego dziadka. Rządził ze swojego kąta w salonie służącym także za jadalnię, zasiadając na specjalnej poduszce z otworem, przeznaczonej dla chorych na hemoroidy, a wokół niego leżały księgi z komentarzami. Zbliżał się zmrok, był to bowiem jeden z ostatnich wolnych wieczorów lata.

– A jak się zgubi? – spytała moja prababka po raz tysięczny albo i stutysięczny.

– On się nie gubi – odparł stryj Ray, wydając orzeczenie, które z czasem zajęło poczesne miejsce w rodzinnym Talmudzie. – Wie, gdzie jest.

Tymczasem dziadek tkwił jak w pułapce pod jednym z sześciu drewnianych wagonów towarowych, które stały na bocznicy w najdalszym końcu placu magazynowego nad rzeką. Kiedy ostatnio były w użyciu, przewieziono nimi ludzi Baldwina i Feltsa do Zachodniej Wirginii, gdzie rzucono ich przeciwko strajkującym górnikom. Teraz jednak spokojnie się pasły na ślepym torze, który kończył się niewielkim pagórkiem, pożerane przez chaszcze milinu.

Dziadek ukrywał się przed brutalnym strażnikiem kolejowym, niejakim Creaseyem – olbrzymem z bielmem na lewym oku i kępkami włosów koloru marchwi wyrastającymi akurat z tych części twarzy, z których wyrastać nie powinny. Tamtego lata Creasey zdążył już parokrotnie spuścić dziadkowi tęgie lanie. Za pierwszym razem tak mu wykręcił rękę do tyłu, że aż w kościach zaśpiewało. Przy drugiej okazji wlókł go za ucho przez cały plac do głównej bramy, tam zaś potraktował go obcasem w samo siedzenie. Dziadek twierdził, że na płatku ucha ma jeszcze odcisk kciuka Creaseya. Gdy ten po raz trzeci przyłapał go na torowisku, złoił mu skórę pasem z koalicyjką, który był częścią jego umundurowania. Dziadek postanowił zatem nie wychodzić spod wagonu, dopóki Creasey gdzieś sobie nie pójdzie albo nie padnie trupem.

Ale strażnik nigdzie się nie wybierał: palił papierosa za papierosem, przechadzając się wśród kęp zielska między ślepym torem a resztą placu magazynowego. Dziadek przywierał brzuchem do ziemi, patrząc przez firankę mleczy i dzikiego jęczmienia na jego zakurzone buciory. Szur, stop, zwrot, wróć. Co parę minut na żwir spadał z cichym pacnięciem niedopałek papierosa, aby dokonać żywota pod obcasem strażnika. Dziadek usłyszał zgrzyt zdejmowanej zakrętki, bulgot napoju i czknięcie. Miał wrażenie, że Creasey na kogoś czeka, zabijając czas i może próbując zebrać się wreszcie na odwagę.

Dziadka zastanawiało jego zachowanie. Creasey powinien przecież być stale w ruchu, nieustannie przeczesywać teren w poszukiwaniu włóczęgów, amatorów jazdy na gapę i złodziejaszków pokroju mojego dziadka, których tamtego lata zwabiała na stację rozrządową Greenwich pogłoska, że łatwo tam nazbierać węgla, bo wysypuje się górą przez burty wagonów jadących w stronę portu. Za pierwszym razem dziadek tylko dlatego dał się złapać Creaseyowi, że dźwigał dwanaście kilo węgla w worku po cukrze. Czemu strażnik nie pilnował roboty, za którą płaciła mu Kolej Pensylwańska? Dziadek słyszał przez podłogę wagonu, że tuż nad jego głową jakieś zwierzątka wiercą się w gniazdach, zanim ruszą załatwiać swoje nocne sprawki. Wiedział, że według nauk o przyrodzie w wydaniu jego matki ich główną sprawką jest gryzienie i zarażanie wścieklizną młodych chłopców.

W końcu Creasey przydeptał piątego papierosa, pociągnął jeszcze łyk z butelki i odszedł. Dziadek policzył do trzydziestu, zanim wyślizgnął się spod wagonu. Otrzepał brzuch z piachu, od którego piekła go już skóra. Zobaczył, że Creasey idzie z plecakiem do jednego z otynkowanych domków, stojących tu i ówdzie przy torowisku. Podczas pierwszych wypadów na stację Greenwich dziadek dał się urzec przekonaniu, że w tych domkach mieszkają kolejarze niby pasterze wśród trzody pociągów. Wkrótce jednak ustalił, że nikt w nich nie mieszka. Ich okna pomalowano na czarno i zasłonięto siatką, a gdy się przyłożyło ucho do drzwi, słychać było pulsowanie energii, czasem też coś brzęczało jak mechanizm zegarowy sejfu. Dziadek nigdy nie widział, żeby ktoś przestępował próg takiego domku – czy to wchodząc, czy to wychodząc.

Creasey wyłowił z bocznej kieszeni komplet kluczy, otworzył zamek i wszedł. Drzwi cicho się za nim zamknęły.

Dziadek wiedział, że powinien wracać do domu, gdzie czekała na niego ciepła kolacja i cała operetka wymówek. Był głodny, a już dawno nauczył się puszczać wymówki mimo uszu i obłudnie się kajać. Akurat tamtego dnia przyszedł jednak na stację, żeby jeszcze raz stanąć na wybranym mostku sygnałowym, który przywykł uważać za własny, i w ten sposób pożegnać kolejne lato.

Ruszył na przełaj przez plac i przekradł się wzdłuż jednego z torów pod „swój” mostek. Wspiął się po drabince i na czworakach dogramolił po kładce na sam środek mostku wiszącego pięć metrów nad szynami. Wstał, trzymając się korpusu środkowej latarni sygnałowej. Wcisnął stopy w płóciennych tenisówkach w stalową kratownicę kładki. Puścił latarnię i rozpostarł ręce, żeby złapać równowagę, połączony z wirującą ziemią jedynie kostkami nóg. Między nim a czynszówką na Shunk Street stacja tasowała i sortowała swój inwentarz na kółkach, który miał wkrótce ruszyć do Nowego Jorku, Pittsburgha i St. Louis. Pociągi i niepełne składy szczękały i turkotały, ryjąc bruzdy w zapadającym zmierzchu.

Dziadek popatrzył na wschód. Nad New Jersey mrok gęstniał jak nawałnica. Za rzeką leżało Camden, gdzieś dalej było wybrzeże Jersey, za wybrzeżem Atlantyk, a w jeszcze większej dali Paryż i cała Francja. Wuj dziadka, weteran bitwy w Lesie Argońskim, powiedział siostrzeńcowi, że w paryskich „lupanarach” mężczyzna może przekroczyć jeszcze jedną granicę: tę między jedwabną pończochą a białym udem. Dziadek wziął latarnię sygnałową w ramiona. Przycisnął biodra do jej gładkiego korpusu i popatrzył w wieczorne niebo. Właśnie wzeszedł księżyc w pełni, a jego poświata przepuszczona przez atmosferę ziemską miała barwę miąższu brzoskwini. Dziadek prawie cały ten ostatni piątek lata spędził na czytaniu numeru „Astounding Stories of Super-Science”, który znalazł wśród innych niesprzedanych czasopism na zapleczu sklepiku swojego ojca. Bohaterem ostatniego opowiadania był nieustraszony mieszkaniec Ziemi, który poleciał rakietą atomową na ciemną stronę Księżyca, gdzie znalazł obfitość powietrza i wody, walczył z krwiożerczymi księżycanami, po czym zakochał się w bladej i chętnej księżniczce-księżyczce. Księżyc okazał się niebezpiecznym rewirem, więc przybysz raz po raz musiał ratować księżniczkę z opresji.

Dziadek spojrzał w stronę księżyca. Na samą myśl o szlachetnej bohaterce opowiadania i jej „wdzięcznym, falującym ciele” poczuł, że wzbiera w nim wewnętrzny przypływ, wiodąc go ku niej, podnosząc jak Enocha, którego porwała do nieba trąba powietrzna. Popłynął na podniebnej fali swojej tęsknoty. Nie chciał sprawić księżniczce zawodu. Ruszał jej na ratunek.

Trzasnęły zamykane drzwi, Creasey wyszedł z domku i podjął wieczorny obchód. Nie miał już plecaka. Nieco sztywnym krokiem przeszedł przez jeden tor i zniknął między wagonami.

Dziadek zlazł z mostku sygnałowego. Wracając na Shunk Street, wcale nie musiał przechodzić obok domku, z którego przed chwilą wyszedł Creasey. Ale stary Abraham ze swojego kąta salonu wydał trafne orzeczenie: nie ma sposobu na chłopca, który gotów jest wyrzucić przez okno kociaka na filadelfijską ulicę tylko po to, żeby zobaczyć, co się stanie.

Dziadek podszedł do domku z siatką w czarnych oknach. Stał i patrzył okrągłą minutę. Potem przyłożył ucho do drzwi. Poprzez elektryczny pomruk usłyszał ludzki głos: ktoś tam się krztusił, śmiał albo szlochał.

Zapukał do drzwi. Głos umilkł. Tajemniczy mechanizm zegarowy kliknął. Od stacji rozrządowej dobiegały gwizdki podczepionych lokomotyw, gotowych pociągnąć na zachód długie brzemię. Dziadek znowu zapukał.

– Kto tam?

Podał swoje imię i nazwisko. Po namyśle dorzucił adres. Za drzwiami ktoś zaniósł się przeciągłym kaszlem, który tym razem trudno byłoby pomylić z innym dźwiękiem. Kiedy atak minął, dziadek usłyszał jakiś ruch: skrzypnęło krzesło albo łóżko.

Zza uchylonych drzwi wyjrzała dziewczyna, kryjąc prawą stronę twarzy za ich krawędzią, którą ściskała oburącz, jakby gotowa była zaraz je zatrzasnąć. Widoczną połowę jej głowy pokrywał tleniony kołtun. Wokół lewego oka pod delikatną brwią cienie zmieszane z tuszem tworzyły zaschnięte skrzepy i plamy. Długie paznokcie lewej dłoni pokrywał ciemnowiśniowy lakier. Te u prawej były obgryzione i niepomalowane. Dziewczyna była niedbale owinięta męskim szlafrokiem w kratę. Na widok dziadka nie okazała zdziwienia. Nawet jeśli przed chwilą płakała, to już przestała. Ale dziadek rozumiał Creaseya, tak jak człowiek zaczyna w końcu rozumieć kogoś, kto raz po raz kopie go w dupę. Szczegóły krzywd, które strażnik mógł wyrządzić dziewczynie podczas niedawnej wizyty, pozostawały wprawdzie nieznane, lecz ta niewiedza tylko pomagała dziadkowi wyobrazić je sobie w całej ich oburzającej okropności. Widział ich ślad w postaci zniszczonego makijażu. Wyczuwał je w zmieszanej woni podchlorynu sodu i potu, którą niósł powiew zza uchylonych drzwi.

– No? – powiedziała dziewczyna. – Gadaj, co cię sprowadza, Shunk Street.

– Widziałem, jak tu wszedł – odparł dziadek. – Ten skurwiel Creasey.

Nie wolno było używać tego słowa w obecności dorosłych, a zwłaszcza kobiet, ale w tej sytuacji wydawało się stosowne. Dziewczyna wychyliła głowę zza drzwi, tak jak księżyc wyłania się zza muru wokół fabryki. Przyjrzała się dziadkowi z większą niż dotąd uwagą.

– Fakt, że to skurwiel – przyznała. – Co do tego masz rację.

Dziadek zobaczył, że na prawo od przedziałka ostrzyżona jest równie krótko jak on, jakby dla pozbycia się wszy. Nad prawą połową górnej wargi zdołała zapuścić dość bujny zarost, żeby uformować z niego obwisły wąsik. Prawe oko pod gęstą czarną brwią było nieumalowane. Gdyby nie cień zarostu równomiernie pokrywający obie strony podbródka, można by pomyśleć, że jakaś niewidzialna reguła sprawiedliwie podzieliła jej naturę między męskość a kobiecość. Dziadek nieraz słuchał z niedowierzaniem krążących po dzielnicy pogłosek o jarmarcznych pokazach hermafrodytów, dziewczyn-kotów, dziewczyn-małp, a nawet czworonogich kobiet, na które trzeba włazić jak na stoły. Mógłby się teraz wyzbyć wątpliwości, gdyby nie to, że od szyi w dół pod luźnym flanelowym okryciem odznaczały się symetryczne, w pełni kobiece obłości i cienie.

– Rzut oka kosztuje pięć centów, Shunk Street – oświadczyła dziewczyna. – Chyba już mi wisisz dyszkę.

Dziadek spojrzał na swoje buty. Nie były warte szczególnie uważnych oględzin.

– Chodź – powiedział, chwytając dziewczynę za przedramię. Nawet przez flanelowy rękaw poczuł, że jej skóra pała gorączką.

Dziewczyna wyszarpnęła rękę z jego uścisku.

– On nieprędko tu wróci. Ale musimy już iść – nalegał dziadek. Jego rodzone ciotki też miały kosmate podbródki, wielkie mi co. A on przyszedł w to miejsce wiedziony mocą życzenia, które wyraził na widok wieczornej gwiazdy. – No chodź!

– Śmieszny z ciebie gość – odparła dziewczyna. Wychyliła głowę nieco dalej i rozejrzała się na boki. Zniżyła głos i dodała ostentacyjnie spiskowym tonem: – Przyszedłeś mnie wyratować.

W jej ustach zabrzmiało to jak najbardziej świrnięty ze wszystkich możliwych pomysłów. Wycofała się w głąb domku, zostawiając otwarte drzwi. Usiadła na łóżku polowym i owinęła się sztywnym kocem. W blasku świecy, która topniała na odwróconej pokrywce od słoika, połyskiwały na tablicach rzędy czarnych przełączników i przyrządów pomiarowych. Plecak Creaseya poniewierał się na podłodze.

– Weźmiesz mnie do domu, do mamusi i tatusia? – spytała dziewczyna takim tonem, że dziadek na chwilę ją znielubił. – Zagruźliczoną kurwę na głodzie?

– Mogę cię zawieźć do szpitala.

– Śmieszny z ciebie gość – powtórzyła, tym razem z nutą tkliwości. – Przecież wiesz, kotku, że mogę sama sobie otworzyć drzwi. Nikt mnie tu nie więzi.

Dziadek czuł wprawdzie, że więzi ją coś ważniejszego niż zamek i klucz, ale nie umiał wyrazić tego uczucia słowami. Dziewczyna sięgnęła do plecaka i wyjęła paczkę Old Golds. Zapaliła papierosa z takim namaszczeniem, że wydała się młodsza, niż dotąd sądził.

– Twój kumpel Creasey już mnie wyratował – powiedziała. – A mógł mnie przecież zostawić, tak jak mnie znalazł, półżywą, z twarzą w kupie żużlu. Tam gdzie chłopaki od Ealingów wykopali mnie z wagonu.

Opowiedziała dziadkowi, jak to od dwunastego roku życia jeździła z Cyrkiem Braci Entwhistle-Ealing z miasta Peru w Indianie. Urodziła się w Ocala na Florydzie i początkowo była dziewczynką, lecz w okresie dojrzewania natura obdarzyła ją wąsem i meszkiem na brodzie.

– Przez dłuższy czas miałam niezłe branie, ale ostatnio daje o sobie znać moja babska strona – wyjaśniła, krzyżując ręce poniżej piersi. – Przez całe życie ciało robi mi głupie numery.

Dziadek miał ochotę powiedzieć, że jemu z kolei płata figle mózg, czyli narząd, którego porywom groteskowego idealizmu dorównują jedynie kipiące w nim rojenia o nieokiełznanej przemocy. Uznał jednak, że nie wypada porównywać swoich zmartwień z troskami rozmówczyni.

– Chyba właśnie dlatego zaczęłam dawać sobie w żyłę – podjęła dziewczyna. – Hermafrodyta to było coś. Miał w sobie przynajmniej trochę poezji. A brodata baba nie jest poetycka ani ciut.

Dodała, że była zupełnie odpadnięta, umarła dla świata, kiedy pociąg cyrkowy ruszył ze stacji w stronę Altoony, a dyrekcja uznała w końcu za stosowne wyrzucić ją z wagonu.

– Creasey znalazł moją walizkę, tam gdzie ją rzuciły te gnoje. I przetransportował mnie do tej wygodnej kwatery. – Dziewczyna zmieniła ułożenie nóg i zanim szczelniej owinęła się kocem, przyłapała dziadka na tym, że zapuszcza żurawia w strefę cienia między nimi. – Creasey to skurwiel, zgoda. Ale przynosi mi żarcie, szlugi i czasopisma. I świece, żebym mogła czytać. Nie chce mi tylko przynieść działki. Co mnie zresztą niedługo i tak przestanie wzruszać. A tymczasem nie liczy mi więcej za czynsz, niż sama jestem chętna zapłacić.

Dziadek kontemplował zgliszcza swojego planu. Czuł, że dziewczyna opowiada mu o swojej rychłej śmierci i zamierza umrzeć właśnie w tym pokoju, podrygującym w blasku świecy. Krew z jej płuc zachlapała zmiętą szmatkę z irchy, wełniany koc i klapy szlafroka.

– Creasey ma pewne zalety – powiedziała dziewczyna. – A mieszkańców Shunk Street z pewnością ucieszyłaby wiadomość, że był łaskaw oszczędzić moje dziewictwo. Przynajmniej w sensie technicznym. – Dla zobrazowania zawierciła pupą, trąc nią o łóżko. – Kolejarze to praktyczny naród. Zawsze znajdą okrężną drogę.

Zaraz po tych słowach zaczęła charczeć w irchę, jeszcze bardziej ją plamiąc. Wstrząsał nią tak gwałtowny kaszel, że koc się zsunął, odsłaniając nogi przed wzrokiem dziadka. Ten strasznie jej wprawdzie współczuł, ale nie mógł oderwać oczu od cieni pod szlafrokiem. W końcu atak minął. Dziewczyna złożyła szmatkę zakrwawioną częścią do środka, czystą do wierzchu.

– Pogap się, Shunk Street – powiedziała. Zadarła skraj kraciastego szlafroka i szeroko się rozkraczyła. Blady pas brzucha, ciemna gęstwa futra i róż sromu – wszystko to miało tkwić jak powiewający sztandar w pamięci dziadka aż do jego śmierci. – Ja stawiam.

Dziadka ogarnęło wzburzenie. Poczuł je w policzkach, gardle, klatce piersiowej, lędźwiach. Widział, że dziewczyna je dostrzega i czerpie z tego przyjemność. Zamknęła oczy i lekko uniosła biodra.

– Śmiało, kochasiu. Dotknij, jak masz chęć.

Dziadkowi wargi i język odmówiły posłuszeństwa, więc nie zdobył się na odpowiedź. Podszedł i dotknął ręką kępy włosów między nogami dziewczyny. Przez chwilę trzymał tam dłoń, badając teren sztywnymi palcami, jakby mierzył temperaturę albo tętno. Wieczór, lato, cały czas i historia zastygły w bezruchu.

Dziewczyna raptownie otworzyła oczy. Pochyliła się i odepchnęła dziadka, zasłaniając usta prawą dłonią, podczas gdy ta z umalowanymi paznokciami po omacku szukała irchy. Dziadek wyjął z tylnej kieszeni sztruksowych szortów krochmaloną białą chusteczkę. Wręczył dziewczynie to widome świadectwo nadziei, którą pokładała w nim matka, co dzień rano dając świeży jej dowód, kiedy wyprawiała go w świat. Chora bezwiednie zmięła chusteczkę w dłoni. Dziadek patrzył, jak jej ciało rwie się od środka na strzępy, i miał wrażenie, że trwa to bardzo długo. Bał się, że dziewczyna zaraz umrze, na jego oczach. Po chwili jednak westchnęła i padła plecami na łóżko. W blasku ogarka świecy lśniło jej czoło. Oddychała ostrożnie. Oczy miała półotwarte i zwrócone w stronę mojego dziadka, ale dopiero po paru minutach znów go dostrzegła.

– Idź do domu – powiedziała.

Dziadek wyłuskał z jej dłoni zaciśniętej w pięść przydzieloną mu na ten dzień chusteczkę, wciąż tak samo nieskalaną. Rozpostarł ją jak mapę i położył na czole dziewczyny. Szczelniej otulił ją szlafrokiem i podciągnął ten okropny koc pod sam podbródek naznaczony dziecinnym dołeczkiem. Potem ruszył do drzwi, ale jeszcze przystanął i spojrzał na dziewczynę. Jej ciepło przywarło mu do palców jak zapach.

– Wpadnij jeszcze kiedyś, Shunk Street – powiedziała. – Może jednak dam ci się uratować.

Kiedy wreszcie dotarł do domu, dawno było już ciemno, a w kuchni czekał policjant. Dziadek do niczego się nie przyznał i nie udzielił żadnych informacji. Mój pradziadek za namową policjanta spoliczkował syna i spytał, co on na to. Dziadek odparł, że jak na lato. Czuł, że zasłużył na pewną dozę bólu, skoro nie zdołał uratować dziewczyny. Zastanawiał się, czy nie powiedzieć o niej policjantowi, ale sama przecież mówiła, że jest narkomanką i kurwą, a on wolałby dać się zabić niż ją zakapować. Wydawało mu się, że niezależnie od tego, jakiego dokona wyboru, tak czy owak ją zdradzi. Postąpił więc zgodnie ze swoją naturą, czyli nie powiedział nic.

Policjant ruszył w dalszy obchód. Dziadek wysłuchał porcji kazań, gróźb i oskarżeń. Zniósł je jak zwykle ze stoickim spokojem i dał się wysłać do łóżka bez kolacji, a potem przez sześćdziesiąt lat strzegł sekretu dwustronnej dziewczyny ze stacji rozrządowej. Nazajutrz zapędzono go do pracy w sklepie i odtąd wykonywał ją przed szkołą i po szkole w dni powszednie, a w niedzielę przez cały dzień. Na stację Greenwich udało mu się zajrzeć dopiero w sobotę późnym popołudniem, po zamknięciu szulu. Już się ściemniało, a od zeszłej nocy pogoda była deszczowa. Na całej długości torów niebo odbite w kałużach między drewnianymi podkładami wyglądało jak rtęć w rondlach. Dziadek dobijał się do drzwi domku, aż mu się w pięści rozdzwonił ból.

III

Swoją spuściznę sekretów rodzinnych otrzymałem pod koniec lat sześćdziesiątych w Queens, a ściśle mówiąc we Flushing. Dziadkowie mieszkali jeszcze wtedy na Bronksie, a ilekroć rodzice chcieli mieć mnie z głowy na dłużej niż parę godzin, lądowałem w Riverdale. Firma dziadka podobnie jak program lotów kosmicznych przeżywała czasy największej świetności, więc choć w późniejszym okresie był on w moim życiu bardzo obecny, z tamtych dni zapamiętałem o nim głównie to, że rzadko się go widywało.

Dziadkowie wraz ze swoją marsjańską menażerią duńskich mebli zajmowali siedem pokojów w jednym z wieżowców osiedla Skyview z widokiem na rzekę Hudson. Mieszkali na trzynastym piętrze, które oficjalnie nosiło jednak numer czternasty, bo (jak wyjaśnił mi dziadek) na świecie roiło się od głąbów wierzących w pecha. Dodał, że być głąbem to dopiero pech. Babka też prychała. Sama wprawdzie nie bała się jakoś szczególnie trzynastki, ale wiedziała, że pecha nie da się wywieść w pole takimi naiwnymi fortelami.

Kiedy byliśmy tylko we dwoje, babka i ja chadzaliśmy czasem do kina na któryś z ówczesnych eposów, długachnych i cukierkowo barwnych: Doktora Dolittle, Gnomobil albo Nasz cudowny samochodzik. Babka lubiła przyrządzać kolację ze świeżych produktów, kupionych rankiem tego samego dnia, więc dużo łaziliśmy po sklepach spożywczych. Uczyła mnie wybierać pomidory, których łodyżki pachniały jeszcze gorącym słońcem, a potem przesiadywaliśmy w kuchni, gdzie wprowadzała mnie w podstawy sztuki kulinarnej i nie bała się dawać mi do ręki noży. Niewykluczone, że właśnie po niej odziedziczyłem umiejętność pogrążania się w bezmyślnym zamyśleniu wśród kuchennych zajęć i zadań. Głośne czytanie po angielsku męczyło ją, ale znała na pamięć mnóstwo francuskich wierszy i czasem recytowała mi je w widmowym języku swojego utraconego świata. Wyniosłem stąd przeświadczenie, że poezja francuska posługuje się głównie melancholijnym deszczem i skrzypcami. Babka nauczyła mnie liczb po francusku, a także nazw kolorów i zwierząt: Ours. Chat. Cochon.

Ale w niektóre dni nasze sam na sam mało się różniło od zupełnej samotności. Babka kładła się na kanapie lub na łóżku przy zasuniętych storach, ze złożoną w kilkoro chłodną ściereczką na oczach. Tego rodzaju dniom odpowiadał osobny leksykon: cafard, algie, crise de foie. W 1966 roku (z którego pochodzą moje najwcześniejsze o niej wspomnienia) miała raptem czterdzieści trzy lata, lecz z wojny – jak sama twierdziła – wyszła ze zniszczonym żołądkiem, ścięgnami i stawami (nigdy ani słowem nie napomknęła, co wojna mogła zrobić z jej umysłem). Jeżeli gorszy dzień trafiał jej się właśnie wtedy, kiedy obiecała się mną zająć, brała się w garść akurat na dość długo, żeby przekonać moich rodziców albo siebie, że podoła zadaniu. Potem jednak dopadał ją ten dziwny stan, więc wychodziliśmy z kina w połowie seansu, przerywaliśmy deklamację po pierwszym wierszu albo zostawialiśmy w supermarkecie pełen wózek sprawunków pośrodku przejścia między półkami. Właściwie nie miałem chyba nic przeciwko temu. Ilekroć babka kładła się do łóżka – i nigdy poza tym – wolno mi było oglądać telewizję. Kiedy padała znokautowana, musiałem tylko co pewien czas zamoczyć ściereczkę w chłodnej wodzie, a potem ją wyżąć i ułożyć babce na twarzy jak flagę na trumnie.

Poza kuchnią jej ulubioną rozrywką były karty. Nie cierpiała gier, które Amerykanie uważali za odpowiednie dla dzieci: wojny, Piotrusia, łowienia ryb. Uważała, że remibrydż jest nudny i wlecze się bez końca. Za jej dzieciństwa we wszystkich grach karcianych brało się lewy, a zwyciężali bystrzy szachraje. Gdy byłem dość duży, żeby dodawać i odejmować w pamięci (czyli mniej więcej wtedy, kiedy umiałem już czytać), nauczyła mnie grać w pikietę. Po niedługim czasie prawie mogłem babce dotrzymać placu, lecz gdy jeszcze trochę podrosłem, dziadek zdradził mi, że ona podczas gry ze mną zawsze bardzo uważnie się myli.

W pikietę gra się niepełną talią, złożoną z trzydziestu dwóch kart, więc przed rozpoczęciem partii babka usuwała z kompletu Bicycles albo Bees wszystkie karty od dwójki do szóstki. Przeprowadzała ten zabieg dosyć beztrosko. Kiedy dziadek po długim dniu w biurze wracał do domu z nadzieją, że się odpręży, kładąc, dajmy na to, kilka pasjansów, podchodził do komody i otwierał szufladę, w której trzymano gry, przeważnie znajdował w niej pół tuzina przetrzebionych talii w powodzi bezładnie pomieszanych blotek. Tylko w takich sytuacjach widywałem, że irytują go wyskoki babki, którą poza tym zawsze rozpieszczał i psuł.

– Dostawałem od tego szału – wspominał po latach. – „Jedna talia!”, wołałem. „Czy to za wysokie wymagania? Nie można by zostawić chociaż jednej niezdemolowanej talii?”. – Wydymał usta w kaczy dziób, mrużył oczy i wciągał głowę w ramiona. – Boh. – (Pamiętałem ten echt-galicyzm babki). – Ona wcale nie demolowała talii, masz pojęcie, tylko ją wręcz poprawiała. – Dziadek przybrał akcent Teksańczyka-w-Paryżu, bo zawsze właśnie tak mówił po francusku. – See-non, come-awn fair une pe-teet par-tee?

Kiedy pewnego popołudnia babka posłała mnie po kolejną talię, żebyśmy mogli zagrać kilka parties, stwierdziłem, że od czasu mojej ostatniej wizyty szufladę opróżniono, a następnie zaopatrzono w parę nowych talii kart do pokera w fabrycznie zapieczętowanych opakowaniach. Czułem, że dziadek byłby jeszcze bardziej oburzony niż zazwyczaj, gdybyśmy „zdemolowali” jedną z tych nowiutkich paczek.

Otworzyłem kilka innych szuflad i poszperałem wśród pudełek z Yahtzee, Rack-O i Monopoly, próbując odszukać chociaż jedną talię spośród tych, które babka już zdekompletowała. W puszce po migdałowych cukierkach Bartona leżała talia w dziwnie nieefektownym jasnoniebieskim opakowaniu z napisem, który uznałem za francuski, wydrukowanym jakby średniowieczną czcionką, podobną do nagłówka „New York Timesa”. Była cieńsza od amerykańskich talii, jakby zawierała mniej kart. Uznawszy, że natrafiłem na prawdziwe francuskie karty dla amatorów pikiety, zaniosłem je do kuchni, gdzie zwykle grywałem z babką.

Miałem nadzieję, że ucieszy się z tego, jaki świetny znalazłem sposób uszczęśliwienia dziadka. A tymczasem zrobiła spłoszoną minę. Właśnie zapalała jedną z tych cygaretek Wintermansa, po które sięgała wyłącznie przy kartach, ale jej ręka z zapałką w palcach znieruchomiała w połowie drogi do ust. Ilekroć wracałem od dziadków, matka strasznie narzekała, że włosy i ubranie przesiąkły mi odorem babcinych cygaretek, ja jednak uwielbiałem ten zapach.

Babka wyjęła z ust niezapaloną cygaretkę i schowała ją z powrotem do puszeczki. Wyciągnęła rękę, zwracając dłoń wnętrzem do góry. Oddałem jej jasnoniebieskie pudełko. Podniosła klapkę, wysypała karty na stół i postawiła pudełko obok popielniczki. Wzięła do ręki talię i rozłożyła ją w wachlarz, patrząc na awersy. Ja widziałem tylko rewersy, granatowe jak niebo o północy i ozdobione deseniem półksiężyców.

Spytała, gdzie znalazłem te karty. Powiedziałem jej prawdę, a ona skinęła głową. Przypomniała sobie, że dawno temu schowała je w tamtej szufladzie. Wyjaśniła mi, że musiała tak zrobić, są to bowiem karty czarodziejskie, a dziadek nie wierzy w czary. Nie mogę mu o nich wspomnieć; rozgniewałby się i wyrzuciłby talię. Obiecałem dochować tajemnicy i spytałem babkę, czy ona wierzy w czary. Odparła, że nie, ale o dziwo wcale nie trzeba w nie wierzyć, żeby działały. Chyba już przestała się bać, że dziadek dowie się o moim odkryciu.

Wzięła do ręki niebieskie pudełko i powiedziała mi, że napis na nim jest po niemiecku, a nie po francusku, i znaczy KARTY WRÓŻEBNE DLA CZAROWNIC.

Spytałem babkę, czy jest czarownicą. Miałem przy tym dziwne wrażenie, że to pytanie od dawna mnie nurtuje.

Przyjrzała mi się i sięgnęła po cygaretkę, którą przed chwilą odłożyła. Zapaliła ją i machnięciem ręki zgasiła zapałkę. Długimi bladymi palcami przetasowała karty i położyła całą talię na stole między nami.

Zapisując te najwcześniejsze wspomnienia o babce, dotąd unikałem dosłownego przytaczania jej wypowiedzi. Gdybym twierdził lub udawał, że dokładnie czy choćby w przybliżeniu pamiętam, co ktoś mówił tak dawno temu, popełniłbym najcięższy grzech, jakiego może się dopuścić pamiętnikarz. Nie zapomniałem jednak dwóch słów, którymi odpowiedziała mi babka, kiedy zapytałem, czy to dlatego ma tajemną talię czarodziejskich kart wróżebnych dla czarownic, że sama jest czarownicą.

– Już nie – odparła.

Spytałem, czy to znaczy, że już nie umie wróżyć albo nie pamięta, jak to się robi. Przyznała, że chyba po trosze jedno i drugie. Chętnie jednak zademonstruje mi, jak za pomocą jej czarodziejskiej talii kart można opowiedzieć historyjkę.

– Wystahczy – dodała, pokazując, jak mam się do tego zabrać – że przełożę kahty haz, a potem dhugi i wyciągnę trzy z samego wierzchu.

Nigdy nie zdołałem wytropić ani zidentyfikować tej konkretnej talii „kart wróżebnych dla czarownic”, „wiedźmich kart do wróżenia” czy jak to się tam powinno tłumaczyć. Może różne rzeczy, które później usłyszałem o krótkiej karierze babki w roli telewizyjnej wiedźmy, wypaczyły moje wspomnienie ich nazwy. Może były to „karty cygańskiej wróżbiarki” albo „karty wróżebne Sybilli”. Pamiętam je jednak wystarczająco wyraźnie, aby twierdzić, że musiała to być niemiecka wersja standardowej talii Lenormand.

Kiedy po przeprowadzce do południowej Kalifornii w połowie lat osiemdziesiątych pierwszy raz zobaczyłem klasyczną meksykańską talię do loterii i jej ikoniczne obrazy (El Sol, El Arbol, La Luna), dostrzegłem ich podobieństwo do kart babki. Jedna z tamtych nazywała się Statek i był na niej staroświecki galeon płynący na pełnych żaglach pod rozgwieżdżonym niebem. Dom przedstawiał biały tynkowany budyneczek w ślicznym zielonym ogrodzie, kryty czerwoną dachówką. Jeździec w czerwonym fraku jechał na rozbrykanym siwku przez żółto-zielony las. Dziecko w bezpłciowej koszuli nocnej ściskało w rączce lalkę i miało wystraszoną minę. U góry każdej karty w podłużnym prostokąciku nad Sierpem, Ptakami albo Bukietem (tak jak na awersach większości talii Lenormand) widniał znak blotki lub figury wraz z niemieckim symbolem koloru: sercem, liściem, żołędziem albo dzwonkiem3.

Nie pamiętam ani pierwszej historyjki, którą babka opowiedziała mi za pomocą swojej wróżebnej talii, ani tego, jakie trzy karty wyciągnęła po przełożeniu. Od tamtej pory „gra w karty z opowiadaniem” stała się jednak motywem przewodnim naszych spotkań. Nie sposób było przewidzieć, kiedy babkę najdzie ochota, ale zdarzało się to wyłącznie wtedy, gdy zostawaliśmy tylko we dwoje. Pamięć podpowiada mi, że za oknami zawsze było wówczas szaro, zimno i mokro; pogoda mogła sprzyjać temu, że babka wpadała w stosowny nastrój. Każdy, kto trochę przebywał z małymi dziećmi, wie, że miażdżąca nuda potrafi wyzwalać potężną wynalazczość. Babka mogła snuć się przez październikowe popołudnie, szara i rozkojarzona, rozstrojona nawet w kuchni, coraz bardziej zmęczona moją paplaniną. Aż tu nagle z puszki po migdałowych cukierkach wyłaniały się karty, a ona pytała: „Opowiedzieć ci histohyjkę?”.

W takich chwilach zawsze stawałem w obliczu dylematu. Lubiłem jej styl opowiadania, ale postaci wydobyte z wiedźmiej talii niepokoiły mnie i przerażały, a ich losy były mroczne. Z trzech kart, które kładłem awersem do góry na kuchennym stole, wyobraźnia babki wysnuwała zagadkową ścieżkę i wiodła nią swoją opowieść. Mogłem, dajmy na to, wyciągnąć Lilie, Pierścień i Ptaki, lecz powstała z nich historia niekoniecznie musiała mieć cokolwiek wspólnego z liliami, pierścieniami czy ptakami, a jeśli nawet miała, to odsłaniała jakąś ich okropną stronę, utajoną złośliwość lub wiszącą nad nimi zagładę.

W historyjkach babki niegodziwe dzieci spotykała sroga kara, z trudem wypracowane osiągnięcia rujnowała jedna chwila słabości, niemowlęta porzucano, a wilki zwyciężały. Klaun, który lubił straszyć dziatwę, pewnego ranka po przebudzeniu stwierdzał, że skórę ma białą jak papier, a usta już na zawsze wykrzywione w uśmiechu. Owdowiały rabin pruł tałes i powstałą w ten sposób nicią szył z paru sztuk odzieży nieboszczki żony miękkiego golema, milczącego jak płaszcz przeciwdeszczowy – nową matkę dla swojego dziecka. Śniły mi się potem koszmary, lecz podczas słuchania tych historii babka była taka, jaką ją najbardziej kochałem: figlarna, żywiołowa, dziecinna, jasnowidząca. Ilekroć w późniejszych latach opisywałem ją komuś z przyjaciół lub terapeucie, mówiłem, że gdy mi coś opowiadała, wychodziła z niej aktorka. Każde opowiadanie było spektaklem, odgrywanym żarliwie i z polotem. Babka naśladowała głosy zwierząt, dzieci i mężczyzn. Jeżeli jakiś mężczyzna udawał kobietę, uderzała w ten śmieszny, wysoki ton, którym posługują się faceci w damskim przebraniu. Jej lisy były uprzejme, psy przymilne, a krowy debilne.

Jeżeli zwlekałem z odpowiedzią, czy chcę posłuchać historyjki, babka cofała propozycję i mogło minąć kilka tygodni, zanim ją ponowiła. Przeważnie więc kiwałem głową, nie umiejąc rozstrzygnąć, czy towarzystwo gawędziarki warto przypłacić zmorami sennymi.

Od tamtej pory minęło pięćdziesiąt lat, a ja wciąż pamiętam niektóre opowieści. Ich fragmenty – czy to bezwiednie, czy świadomie – powplatałem w fabuły swoich książek. Większość historyjek, które zapamiętałem, odnalazłem po latach w fabule jakiegoś filmu albo w tomie baśni ludowych4. Kilka utkwiło mi w pamięci, bo w narrację wplątało się czy wręcz w niej uwięzło jakieś drobne zdarzenie lub doznanie zmysłowe.

Stało się tak na przykład z opowieścią babki o spotkaniu króla Salomona z dżinnem. Zapamiętałem, że twierdziła, jakoby zaczerpnęła ten motyw z hebrajskiej Biblii, z czasem jednak okazało się to bzdurą. Dotarłem w końcu do paru żydowskich baśni ludowych o tym, jak Salomon i dżinn próbowali się nawzajem przechytrzyć, ale żadna nie umywała się do tej, którą znałem od babki. W jej wersji to dżinn uwięził Salomona – najmędrszego króla, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi. Zażądał pod groźbą śmierci, żeby król spełnił trzy jego życzenia. Salomon zgodził się spróbować. Postawił tylko jeden warunek: spełnienie życzeń nie może zaszkodzić nikomu spośród żywych. Dżinn poprosił więc, żeby na zawsze ustały wszelkie wojny. Salomon uprzytomnił mu, że gdyby zabrakło wojen, dzieci płatnerza umarłyby z głodu. Następnie pomógł dżinnowi wyobrazić sobie katastrofalne skutki dwóch innych pozornie dobrotliwych życzeń, więc demon chcąc nie chcąc musiał zwrócić mu wolność. Jak większość opowiastek babki, ta również kończyła się nie całkiem szczęśliwie, ponieważ król Salomon już nigdy potem nie umiał sobie niczego zażyczyć5.

Zapamiętałem tę historię, bo kiedy babka mi ją opowiedziała, posłała mnie po coś (jakieś czasopismo czy okulary) do swojej sypialni. A może sam tam poszedłem myszkować. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem, że promień popołudniowego słońca wpada skosem przez okno i trafia prosto w nieśmiertelny flakon perfum Chanel No. 5, stojący na toaletce. We flakonie rozjarzył się dżinn. Miał kolor identyczny z zapachem babki. Kolor ciepła jej kolan i obejmujących mnie ramion, kolor zachrypniętego głosu, który rozbrzmiewał w jej klatce piersiowej, kiedy mnie przytulała. Wpatrywałem się w migoczący ogień uwięziony w butelce. Czasem znajdowałem w tej woni przyjemność, ciepło i ukojenie, zdarzało się też jednak, że gdy babka wciągała mnie sobie na kolana, perfumy oszałamiały mnie, przyprawiając o ból głowy. Jej ramiona wokół mojej szyi zamieniały się w żelazne obręcze, a szorstki śmiech brzmiał gorzko i zgłodniale, podobny do śmiechu wilka z kreskówki.

***

Oto pięć moich najwcześniejszych wspomnień o babce:

Tatuaż na jej lewym przedramieniu. Pięć cyfr, w których zaszyfrowany był jedynie milczący zakaz pytania o nie. I ta zawadiacka siódemka, przekreślona na modłę kontynentalną.

Piosenka o koniu, śpiewana po francusku. Babka huśta mnie na kolanach. Trzyma mnie za ręce i nimi klaszcze. Coraz szybciej z wersu na wers, od stępa przez kłus aż do galopu. Kiedy piosenka dobiega końca, babka zwykle obejmuje mnie i całuje. Czasem jednak przy ostatnim wyśpiewanym słowie rozchyla nogi, a ja turlam się na dywan, jakbym wleciał w zapadnię. Kiedy śpiewa mi o koniu, uważnie wpatruję się w twarz babki, próbując odgadnąć jej zamiary.

Karmazynowy jaguar, mgliście rozmyty. Miniaturka modelu o pojemności silnika 3,4 litra, w kolorze jej szminki. Kupiła mi go na pociechę po wizycie u okulisty, który rozszerzył mi źrenice kroplami z belladoną. Kiedy się przeraziłem, że już nie odzyskam wzroku, zachowała spokój, teraz jednak ja się cieszę, a ona jest pełna obaw. Każe mi schować zabawkę, bo jeszcze ją zgubię. Jeżeli będę się nią bawił w metrze, jakiś mały współpasażer pozazdrości mi i ukradnie autko. Dla mnie świat jest zamazany, a babka widzi go wyraźnie. Każdy z cieni zaludniających pociąg do Bronksu może być zawistnym chłopcem knującym kradzież. Chowam więc jaguara do kieszeni. Czuję w dłoni jego chłodny dotyk i wytworne krzywizny karoserii, a słowa „jaguar” i „belladona” już zawsze będą w mojej pamięci przypisane do babki.

Szwy jej pończoch. Biegną prosto jak sznurek pionu od rąbka spódnicy aż do butów na wysokich obcasach, kiedy wrzuca kości do garnka z zupą, stojącego na kuchence. Złote bransoletki chwilowo ułożone w stosik na blacie w gwiazdki i bumerangi, obok umączonej marmurowej deski do zagniatania ciasta. Gałka kuchennego minutnika, opływowa i z lotkami jak rakieta.

Świetlisty przedziałek we włosach. Widzę go z góry, kiedy babka kuca przede mną, zapinając mi spodnie. W damskiej toalecie, może u Bonwita albo Henriego Bendela, w otoczce listowia i złoceń. Jestem – po angielsku i francusku – jej „małym księciem”, „małym dżentelmenem”, „małym profesorem”. Futrzany kołnierz jej płaszcza pachnie wodą Chanel No. 5. Nigdy nie widziałem nic równie białego jak skóra jej głowy. Matka posłałaby mnie do męskiej toalety, gdzie sam bym się wysiusiał i zapiął rozporek, ale nie czuję, żebym doznał ujmy na honorze. Rozumiem, że przy babce obowiązuje inne prawo. Przychodzi mi na myśl zasłyszane gdzieś zdanie, a z nim nagły postęp w rozumieniu świata: ona nie chce spuścić mnie z oka.

IV

Ósmego grudnia 1941 roku mój bezrobotny i znudzony dziadek, znany jako stary wyjadacz we wszystkich klubach bilardowych w promieniu stu pięćdziesięciu kilometrów od rogu Czwartej i Ritnera, zaciągnął się do korpusu saperów. Swój kij od Brunswicka zrobiony na obstalunek przekazał stryjowi Rayowi (przez co świat miał potem stracić cadyka) i pojechał wojskowym pociągiem do Rapides w Luizjanie. Po sześciu tygodniach zasadniczego szkolenia wysłano go do bazy korpusu nieopodal Peorii w Illinois, gdzie miał się uczyć budowy mostów, lotnisk i dróg.

Wiedziony instynktem szulera, nie wychylał się ani nie popisywał, ale wśród nieopierzonych rekrutów z Camp Claiborne oraz wschodnioeuropejskich ćwoków i matołów z Camp Ellis nie zdołał ukryć, jak świetnym jest żołnierzem, a zwłaszcza saperem. Był silny i wytrzymały. Jego małomówność tłumaczono sobie rozmaicie, zwykle jednak na jego korzyść: wydawał się dzięki niej męski, opanowany i nieprzenikniony. Prędzej czy później musiało się roznieść, że ma dyplom Drexel Tech6, płynnie mówi po niemiecku, nie ma sobie równych w grze w bilard i jest za pan brat z silnikami, akumulatorami i radiami. Gdy pewnego popołudnia on i reszta rekrutów maltretowali łąkę nad Spoon River, jakiś idiota przejechał ciężarówką po kablu biegnącym od telefonu polowego do łącznicy. Dziadek zrobił naprędce przewód zastępczy, wykorzystując w tym celu pobliskie ogrodzenie z drutu kolczastego. Kiedy spadł deszcz i mokre słupki uziemiły linię, pociął zapasową dętkę i wysłał ludzi, żeby wzdłuż całego trzykilometrowego ogrodzenia odizolowali drut od drewna złożonymi na pół kawałkami gumy.

Nazajutrz kazano mu się zameldować u dowódcy korpusu. Ten szczupły absolwent Princeton w stopniu majora po latach budowania mostów nad przepaściami i osuszania bagien w malarycznych okolicach miał plamistą, pożółkłą cerę. Z policzków usianych typowymi dla amatora dżinu wykwitami złaziła skóra. Major niespiesznie nabijał wrzoścową fajkę. Co pewien czas ukradkiem zerkał na dziadka, który stał wprawdzie w pozycji „spocznij”, ale niezmordowanie się głowił, co też takiego przeskrobał. Kiedy z fajki wreszcie buchnął dym, major oznajmił dziadkowi, że załatwia mu przeniesienie do korpusu kadetów w wirginijskim Fort Belvoir.

Życie szeregowców upływało w atmosferze zatrutej pogardą dla oficerów, a dziadek od pierwszej chwili swobodnie oddychał tym powietrzem, nie potrzebując żadnego filtra ani okresu przystosowania.

– Panie majorze – zaczął po chwili rozterki. Nie miał nic przeciwko temu akurat majorowi. Po prostu nie cierpiał oficerów jako klasy. – Będę machał młotem, dopóki nie zbudujemy autostrady stąd do Berlina. Ale z całym szacunkiem, wolałbym być kurczakiem w skrzynce i tańczyć w wesołym miasteczku na Steel Pier niż zostać oficerem. Proszę nie brać tego do siebie, panie majorze.

– Nie biorę. Rozumiem, o co wam chodzi, a tak między nami, to porównanie do tańczącego kurczaka wydaje mi się dość trafne.

– Tak jest.

– Ale czy zdajecie sobie sprawę, że gdyby udało wam się dojść do stopnia porucznika, wasz miesięczny żołd wzrósłby o pięćdziesiąt dolarów?

Traf chciał, że ostatnie przedsiębiorstwo mojego pradziadka, czyli jadłodajnia nieopodal Shibe Park, niedługo przedtem splajtowało. Pradziadek zatrudnił się więc w sklepie z alkoholami, gdzie musiał przetaczać stalowe beczki piwa Yuengling, spięty pasem przepuklinowym. Prababka od lat chałupniczo obszywała wstążkami i lamówkami wyroby kapelusznicze, a tu nagle musiała poszukać zajęcia poza domem: najęła się do pakowania ciast i ciastek w piekarni, w której piekarze – dwaj bracia przyrodni – wyładowywali wzajemną niechęć, wyżywając się na pracownikach. Dziadek wiedział, że jego rodzice wezmą każdą pracę i zniosą najgorsze towarzystwo, byle tylko opłacić studia Raya, w których ulokowali wszystkie marzenia.

– Nie, panie majorze – przyznał. – Nie zdawałem sobie sprawy.

Po dwóch tygodniach (dzień wcześniej, niż ludzie z jego korpusu wsiedli w pociąg do Dawson Creek w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie niebawem zaczęli tyrać przy budowie szosy alaskańskiej) dziadkowi kazano zameldować się w szkole kadetów w Fort Belvoir. Przykra to była podróż.

Z dala od zlodowaciałej północy i bitewnych pól z początków wojny, o trzy godziny jazdy od Shunk Street, znudzony jak nigdy w życiu – dziadek sposępniał. Lata spędzone w salach bilardowych i klasach szkolnych nauczyły go dzielić ludzi na frajerów, idiotów i kiciarzy, a w Fort Belvoir prawie nic nie podważało słuszności tej taksonomii. Na każdym kroku widział lenistwo, niekompetencję, marnotrawstwo, fanfaronadę. Innych żołnierzy tego rodzaju odkrycia wpędzały w cynizm, ale dziadka wprawiały w niemal ciągłe rozdrażnienie.

Fort Belvoir leżał tak blisko Waszyngtonu, że irytacja dziadka prędzej czy później musiała wykroczyć poza parkan koszar, dosięgając siedziby rządu. Chociaż nalot na Pearl Harbor wzbudził paniczny strach przed inwazją, stolica jeszcze nie zdążyła wyzbyć się pobłażliwego stosunku do wroga, oddalonego o całe kontynenty i oceany. Baterie przeciwlotnicze były rzadkością. Na niebie terkotały stareńkie dwupłatowce Curtissa. Nieliczne łajby straży przybrzeżnej patrolowały rzeki i okolice mostów.

Spacerując pewnego popołudnia ulicami na jednodniowej przepustce, dziadek podsycał swój gniew, obmyślając dla zabawy plan zajęcia Waszyngtonu. Aby wypaść bardziej przekonująco w roli Reichsmarschalla, posługiwał się odziedziczoną po dziadku niemczyzną z Pressburga, której gardłowe tony pozwalały mu ze szczególnym smakiem rozważać strategię. Wydał rozkaz, żeby oddziały komandosów nauczono obsługi łodzi podwodnych. Zorganizował desant trzystu ludzi nad rzeką Patuxent, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie w roku 1814 rozpoczęli inwazję Anglicy. Jego jegrzy z U-Bootów wysadzili w powietrze mosty na Potomaku i elektrownie, opanowali wieże radiowe, poprzecinali kable telegraficzne i telefoniczne. Zryli uładzoną siatkę ulic granatami i poprzegradzali ją zwojami drutu kolczastego, a przy wjazdach do miasta ustawili bariery. Wystarczyło trzydziestu ludzi, żeby zdobyć Kapitol, a do opanowania Białego Domu trzeba było zaledwie dwunastu. Wieczorem drugiego dnia od rozpoczęcia inwazji dziadek w oficerkach i Schirmmütze z daszkiem stał u boku Franklina Delana Roosevelta, podając mu pióro, żeby prezydent podpisał formalną kapitulację.

Wieczorem wrócił do Fort Belvoir, mocno zaniepokojony klarownością i elegancją własnego planu. Zanim poszedł spać, usiadł do maszyny i streścił go w trzystronicowym memorandum do swojego dowódcy, gdzieś je potem jednak zawieruszono, zignorowano, a może litościwie puszczono w niepamięć. W mroku sypialni, którą dziadek zajmował wspólnie z niejakim Orlandem Buckiem, wykształconym w Massachusetts Institute of Technology inżynierem budownictwa lądowego i wodnego, dziadek jeszcze raz wyłożył swój plan.

Traf chciał, że ów Buck był jednym z nielicznych kadetów, którzy nie bardzo wpasowywali się w wyznawaną przez dziadka trójdzielną wizję ludzkości. Jego rodzina zaliczała się do arystokracji stanu Maine, a ojciec i dziadek polegli na polu chwały, bohatersko wznosząc mosty na Filipinach i w Argentynie. Tradycja robienia piekła w dystyngowanych instytucjach oraz brzemię rodowej spuścizny skłaniały Bucka ku sztuce burzenia, skupił się więc na tym właśnie elemencie planu dziadka.

– Wystarczy jeden most – stwierdził. – Najlepiej Francisa Scotta Key. To musi zwrócić ich uwagę.

Mijały tygodnie, ale nic nie wskazywało, że ktoś w ogóle dostrzegł memorandum dziadka. On i Orland Buck na przepustkach prowadzili ostentacyjny zwiad w okolicach mostu Francisa Scotta Key, którego przęsła cwałowały przez rzekę wykwintną kawalkadą. Buck robił fotograficzną dokumentację poczynań dziadka, gdy ten bez przeszkód z czyjejkolwiek strony pstrykał fotki filarów i przyczółków. Mimo ich wysiłków nikt nie próbował indagować dwóch młodzieńców ani chyba nawet nie zauważył ich fascynacji mostem, który korpus saperów zbudował w latach dwudziestych według projektu współpracownika ojca Bucka.

Codzienne zajęcia z wyburzeń poszerzały ich wiedzę, a wieczorami obaj studiowali w szkolnej bibliotece oficjalne kopie planów konstrukcyjnych mostu.

– Już ja im dam nauczkę – oświadczył Buck, leżąc w ciemnościach na pryczy. Przyciszone radio właśnie doniosło o zajęciu Tobruku przez Rommla. – Będą skurwysyny miały za swoje.

Dziadek spróbował sobie przypomnieć, jak dawno kumpel w tych rozmowach spiskowców niepostrzeżenie zastąpił tryb warunkowy czasem przyszłym. Ani przez chwilę nie wierzył, że Buck naprawdę chce dać komukolwiek nauczkę albo jest chociaż trochę zainteresowany wymierzaniem sprawiedliwości. Orland nie był frustratem ani perfekcjonistą i nie hołubił zadawnionych żalów. Wdał się w sprawę wyłącznie dla zabawy i mówił to, co według niego dziadek chciał usłyszeć.

– Nie zagalopowuj się – zwrócił mu uwagę ten ostatni.

– Kto, ja?

W opancerzonej skrzyni na pace starej ciężarówki marki Mack, która rdzewiała pod plandeką na szkolnym parkingu pozbawiona silnika i kół, Buck i mój dziadek ukryli dziesięć bomb własnej roboty. Obmyślili je prosto a skutecznie: drewniane skrzynki po amunicji wypchali bawełną strzelniczą, którą podczas szkoleń z burzenia podkradali w niezauważalnych ilościach. W ten sam sposób zdobyli trochę spłonek i parę szpulek lontu – akurat tyle, żeby dziadek mógł bez niczyjej szkody udowodnić słuszność swoich racji. Na końcu każdej szpulki przymocował kartkę z wystukanym na maszynie napisem „Nur zu Demonstrationszwecken”7.

– Nie lubię, jak ludzie się zagalopowują – powiedział.

– Też tego nie znoszę – bezczelnie odparł Buck.

W noc zaplanowanego wyczynu przypięli pasy z narzędziami, wyjęli ze skrzyni zapas pokazowych bomb, umieścili je w czterech workach marynarskich i wyszli na lewiznę z taką łatwością, że dziadek jeszcze się utwierdził w pogardzie dla panujących w Fort Belvoir porządków. Przez wysokie chwasty i karłowate sosny dobrnęli do drogi dojazdowej, przecięli ją i znaleźli się w lesie, którym zarósł dawny teren plantacji Belvoir. Przedarli się przez mroczną gęstwinę, klnąc pod nosem, aż doszli do torów kolei RF&P, tam zaś wskoczyli na pusty wagon platformę i dojechali nim do Alexandrii.

Zeskoczyli w dzielnicy niskich ceglanych domów tuż przed wjazdem na stację Potomak, od której dobiegała woń dieslowych spalin i ozonowy swąd iskier z pantografów. Te zapachy i domy o jakby stropionych fasadach obudziły w sercu dziadka dawne pragnienia i urazy. Nie pierwszy i nie ostatni raz nasunęło mu się pytanie, czy właśnie tej nocy zaczyna wreszcie żyć, naprawdę żyć.

Znaleźli zaparkowaną w zaułku starą furgonetkę forda, model A. W tylnym oknie szoferki szybę zastępował prostokąt z dykty. Dziadek wepchnął go lewym łokciem i wślizgnął się do środka. Jeszcze nigdy nie zapalał samochodu, zwierając kable, ale zasada była prosta, a ford nie stawiał oporu. Dziadek w niecałą minutę uruchomił silnik. Otworzył drzwiczki i przesunął się na miejsce obok szofera. Orland Buck usiadł za kierownicą i przez chwilę ją głaskał.

– Skurwysynu – powiedział radośnie. – Niech cię szlag.

– Jedź.

W furgonetkę od strony Bucka grzmotnęło jakieś cielsko. W oknie ukazały się ślepia i czerwona psia paszcza. Męski głos krzyknął coś z domu stojącego tyłem do zaułka. Orland Buck parsknął śmiechem. Po chwili zmagań ze sprzęgłem i skrzynią biegów wypadli z uliczki pod eskortą oburzonego psa, który jednak został w tyle, otoczony chmurą pyłu, gdy Buck dodał gazu. Furgonetka niezbyt się nadawała do tajnych akcji. Na szosę Jeffersona Davisa skręcili z takim łoskotem, jakby wlekli za sobą worek zegarów.

Potem Orland Buck zdołał się opanować. W ciemnościach jechał ostrożnie i z dozwoloną prędkością. Minęli nowe lotnisko, pustkowie, gdzie budowano nowy gmach Departamentu Wojny, i wreszcie cmentarz, na którym leżeli pod białymi krzyżami ojciec i dziadek Bucka. Przeciągnęli ładunek części zegarowych po jezdni upatrzonej ofiary i na waszyngtońskim brzegu skręcili w lewo ku górnemu biegowi rzeki. Nieopodal Georgetown przy starym ujściu kanału Chesapeake-Ohio Buck wrzucił na luz i zgasił silnik. Wturlali się po żwirze na przystań Fletchera. Zanim wysiedli z furgonetki, uczernili sobie twarze przypalonym korkiem i włożyli ciemne wełniane czapki. Orland Buck był w siódmym niebie. Dziadek musiał zresztą przyznać, że jak dotąd też nieźle się bawi.

– Wiosłowałeś kiedyś w kanu? – spytał Buck, weteran wielu obozów w południowo-wschodnim Maine.

– Widziałem, jak to się robi – odparł dziadek, mając na myśli niemą wersję Ostatniego Mohikanina, którą widział w kinie Lyric w Germantown. – Skoro Bela Lugosi potrafił, ja też dam radę.

Zamek na drzwiach hangaru pękł pod uderzeniem młotka i dłuta. Dziadek uchylił drzwi na kółkach i przez trzydziestocentymetrową szparę wślizgnął się do środka. Z ciemności powiało wonią starych tenisówek. Buck odszukał łódkę ze szczęśliwym numerem dziewięć, w której niejaka Irma Budd, maszynistka z Departamentu Wojny, zrobiła mu kiedyś laskę. Zgięci w pół, zbiegli wielkimi susami po pochylni, dźwigając czółno. Dziadek położył na dnie worki, a Buck przyniósł dwa wiosła.

– Gotów do zabawy, Lugosi?

Dziadek ściągnął kanu nad samą wodę, zgrzytając jego dnem o pochylnię, i usiadł na rufie, zanim zsunęło się na rzekę. Nie zwykł fatygować się odpowiadaniem na tego rodzaju pytania.

Siedząc w łodzi numer dziewięć, milczący jak Piscatawayowie, rzucili wyzwanie Potomakowi. W tej fazie akcji mieli być najbardziej wystawieni na widok, więc postanowili przepłynąć pod wirginijski brzeg, w tamtych czasach jeszcze półdziki, i trzymać się blisko niego. W obliczu przygody Orland Buck ucichł. Adrenalina wydobyła z niego trzeźwego Jankesa, dwie żylaste dłonie zacisnął na drewnianym trzpieniu. Z dziadka podczas prawie całej przeprawy było nie więcej pożytku niż z węgierskiego aktora, ale nie wpadł przez to w przygnębienie ani w zakłopotanie. Wybrali wprawdzie bezksiężycową noc, lecz wobec braku chmur lśniły im nad głowami srebrzyste krople lutu niebiańskiej instalacji. Zanim Buck dowiosłował do miejsca, gdzie mieli skręcić w dół rzeki i ku wybranemu mostowi, dziadek nauczył się znakomicie posługiwać wiosłem i był szczęśliwy jak nigdy.