Wydawca: Filip Dąb-Mirowski Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 85 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Post Mortem - czyli w związku ze zgonem - Filip Dab-Mirowski

"Post Mortem - czyli w związku ze zgonem" to szalona wycieczka w świat niedalekiej przyszłości, gdzie życiem ludzi rządzi przeznaczenie. Cały system państwowy, opiera się na wróżbiarstwie, kartach Tarota, chiromancji i zasadach Feng Shui. W tym przesyconym ezoteryką świecie, żyje Katias Raventry.

To znaczy, będzie żyć jeszcze tylko kilka godzin, ponieważ właśnie zbliża się termin jego przepowiedzianego w metryce, zgonu.

Wielu z nas czyta horoskopy, już to z ciekawości, dla rozrywki albo żartu. Mało kto przyznaje się jednak do traktowania tych wyczytanych treści poważnie. A co gdyby wróżbiarstwo było prawdziwą nauką? Gdyby zostało potwierdzone w badaniach i wobec tego doprowadzone do perfekcji serią długich, ciągnących się lata eksperymentów? Mówiąc krótko, co by było gdyby wszelkiego typu wróżby okazały się prawdziwe? Jak zmieniłby się nasz świat, jak wyglądałoby społeczeństwo i administracja rządowa. Czy nasze przeznaczenie zostaje raz na zawsze określone w chwili narodzin, czy też sami decydujemy o własnych wyborach?

Wreszcie, czy naprawdę skazani jesteśmy na swój los, czy też w każdej chwili możemy go zmienić, nawet w beznadziejnej sytuacji? O tym jest to opowiadanie.

Opinie o ebooku Post Mortem - czyli w związku ze zgonem - Filip Dab-Mirowski

Fragment ebooka Post Mortem - czyli w związku ze zgonem - Filip Dab-Mirowski

Post mortem

czyli w związku ze zgonem

„Post Mortem– czyli w związku ze zgonem”

Wydanie I

Copyright © 2011 by Filip Dąb-Mirowski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora.

opracowanie graficzne | Filip Dąb-Mirowski

korekta | Marta Staniszewska

This ebook is licensed for your personal enjoyment only. This ebook may not be re-sold or given away to other people. If you would like to share this book with another person, please purchase an additional copy for each recipient. If you’re reading this book and did not purchase it, or it was not purchased for your use only, then please return to Smashwords.com and purchase your own copy. Thank you for respecting the hard work of this author.

ISBN 978-83-934256-1-7

- To on. - powiedziała kobieta wpatrzona w wyświetlaną na stole projekcję. Jej idealne rysy twarzy, nie zdradzały prawdziwego wieku. Blond włosy i piękne zielone oczy. Nadal wyglądała na dwadzieścia kilka lat. Mało kto wiedział, że te czasy dawno już minęły.

- Co robimy? Może kazać strażnikom zastrzelić go na miejscu? - zapytał stojący za nią młody, przystojny mężczyzna. Pochylił się nad jej ramieniem żeby lepiej przyjrzeć się postaci na ekranie.

- Nie. Nic nie róbcie.

Podnieśli głowy znad ekranu. Do ciemnego pomieszczenia weszła kolejna postać. Wysoki, chudy mężczyzna w powłóczystej szacie.

Podszedł do stołu bez pośpiechu. Czekali w milczeniu. Nachylił się, a poblask projekcji rozlał się po pokrytej zmarszczkami twarzy, zatańczył na siwych włosach. Wpatrzył się w obraz. Przedstawiał on młodego mężczyznę stojącego przed wysokimi wrotami, w towarzystwie dwóch strażników. Kamera wykonała zbliżenie. Mogli teraz dokładnie zobaczyć jego twarz. Twarz przeciętną. Twarz którą mieć mogło tysiące innych ludzi. Mężczyzna odwrócił się rozglądając i przez moment, bezwiednie, spojrzał prosto w obiektyw kamery. Zobaczyli jego oczy. Starzec uśmiechnął się do siebie.

- Wpuśćmy go. Przeznaczenia nie wolno zmieniać. Nie można też pozwolić by czekało. - powiedział.

***

Dopalił piątego z kolei papierosa bez filtra, wypił ostatni łyk kawy tak gęstej i mocnej, iż niemal można było ją jeść łyżką. Założył czarną marynarkę, a potem poprawił krawat odcinający się zimnym błękitem na tle śnieżnobiałej koszuli.

Po raz ostatni ogarnął wzrokiem swoje małe mieszkanie. Wszystko zostało spakowane i uprzątnięte. Książki i ubrania, naczynia i przeróżne rzeczy osobiste powkładane zostały w kartony, a każdy z nich opieczętowano stosownym opisem, co znajduje się w środku i kto powinien go otrzymać. Nie było tego wiele.

- Dzisiaj umrę. - powiedział do siebie szeptem, spoglądając odruchowo na zegarek. Prócz zwykłej funkcji pokazywania aktualnego czasu, posiadał także dodatkowy wyświetlacz. Ekran ten odliczał godziny, minuty i sekundy pozostałe do jego niechybnego zgonu. Teraz informował, że będzie żyć jeszcze przez jedną godzinę, dwadzieścia dwie minuty i trzynaście sekund.

Wideofon wydał z siebie kilka nieregularnych pisków sygnalizując, iż ktoś właśnie stoi przed drzwiami wejściowymi.

- Słucham? - spytał wciskając przycisk „Aktywuj” na panelu wideofonu.

Stojący przed drzwiami mężczyzna, ubrany był w jednolity, czarny garnitur. W roztargnieniu spojrzał najpierw na komputer który trzymał w dłoni, a następnie odparł do kamery.

- Paaaan... hmm...Katias Raventry? Witam, tutaj Coelias Bum z Państwowego Nadzoru Śmierci. Czy mogę wejść?

- Proszę.

Drzwi rozsunęły się z cichym sykiem i urzędnik pewnym, szybkim krokiem wszedł do mieszkania.

- Bardzo mi miło - powiedział z uśmiechem ściskając dłoń Katiasa, po czym bez dalszych uprzejmości, przepchnął się głębiej. Omiatając mieszkanie taksującym spojrzeniem skwitował:

- Widzę, że wszystko już przygotowane. Doskonale. - obrócił się na pięcie.

- Ma Pan znakomity garnitur, bardzo twarzowy... i... nieregulaminowy. Powinien pan być w swoim roboczym kombinezonie.- Katias bez słowa wręczył mu kartkę z zaświadczeniem. Było tam napisane, że z uwagi na niską wagę zdarzenia, zezwala się na odstąpienie od wymaganego ubioru. Zależało mu żeby tego ostatniego dnia dobrze wyglądać. Urzędnik wcale nie był zadowolony.

– Zwolnienie, co? Ech... co za czasy. To jakaś moda teraz z tymi garniturami. Przecież co za różnica dla was? A wygląda tak nienaturalnie... - opamiętał się trochę widząc wyraz twarzy gospodarza domu, więc prędko dodał. - Ekhm. No nic. Proszę się nie martwić. Wszystko będzie w porządku. Niektóre pańskie rzeczy, tak, jak napisał pan w przesłanym oświadczeniu zostaną rozdysponowane pomiędzy pana kolegów z pracy. Ponieważ nie posiada pan rodziny, pozostałe przejdą na stan Urzędu Opieki Nad Żyjącymi. Co do mieszkania, na dole czeka już czteroosobowa rodzina. Państwo.... - spojrzał na ekran trzymanego w ręce srebrnego sześcianu - Państwo Palms. - Uśmiechnął się.

- Dwie godziny temu spłonął im dom. Straż pożarna od razu skontaktowała się z nami. Okazało się, że pańskie mieszkanie będzie idealnym substytutem, bo zostawia pan wszystkie meble i sprzęt. Nie cieszy się pan, że tak sympatycznie opuści ten lokal?

Rozpromienił się.

- Taak... to bardzo miłe. - odparł smętnie. - Udław się, dupku. – dodał w myślach.

- Oooo...no, proszę nie mieć takiej skwaszonej miny! - powiedział urzędnik Bum kładąc dłoń na ramieniu Katiasa.

- To pański wielki dzień! Dzisiaj pan umrze! Pod pańskim zakładem pracy już stoi karawan, a w dzisiejszych nekrologach widnieje pana nazwisko. Wszyscy z pana firmy, a także sąsiedzi, przez cały tydzień będą pana opłakiwać, zgodnie z ustawowym obowiązkiem. Mieszkanie da dach nad głową tej przemiłej rodzinie na dole. A po pańskie organy, no może z wyjątkiem wątroby, czeka już kolejka chętnych. Nie da się chyba godniej zejść z tego świata, co? - Urzędnik zrobił małą pauzę jakby na poważnie spodziewał się odpowiedzi. Po chwili jednak kontynuował.

- Dlatego gwarantujemy panu porządną, tradycyjną, sosnową trumnę i miejsce na miejskim cmentarzu. Wiem, wiem! Może to nie tak wiele, ale doprawdy panie Raventry – zerknął na ekran komputera - pański fundusz zgonu jest bardzo skromny... - skrzywił się jak po zjedzeniu cytryny.

- Gdyby odłożył pan odpowiednią sumę jak wszyscy, pewnie zamiast sosny, byłby dąb, a zamiast sztampowego, prostokątnego nagrobka - porządny monument z białego kamienia z figurkami, rzeźbami i tak dalej. Oj, nie odkładało się, nie odkładało, co? - mrugnął porozumiewawczo klepiąc Katiasa po plecach.

- Na co mi marmury i chryzantemy skoro i tak nie będzie miał kto przychodzić? - przemknęło przez jego głowę, a urzędnik perorował dalej.

- Wiem, wiem, wy młodo umierający! Zawsze ostatni grosz musicie wydać na imprezy, wyjazdy, wycieczki, dziewczyny, alkohol, narkotyki... tak, tak. - po czym dodał już poważniej - Wystarczającą radością powinna być dla was możliwość brania udziału w życiu społecznym i szczęśliwa oraz produktywna koegzystencja zakończona altruistycznym i chwalebnym przekazaniem dóbr doczesnych współobywatelom, którzy to...

Katias przestał słuchać nadgorliwego urzędnika zagłębiając się w swoich myślach. Jeśli chodzi o imprezy, na niewielu był, ponieważ muki, czyli „młodo umierający” jak on, byli zawsze otaczani swoistym, towarzyskim ostracyzmem. Co to za przyjaźń z kimś kto w młodym wieku zejdzie z tego świata?

W przedszkolu i podstawówce jakoś to jeszcze tolerowano. W liceum natomiast, rodzice i nauczyciele patrzyli na taki towarzyski mezalians z dezaprobatą. To było nieopłacalne. Ludzie ci najczęściej pełnili najmarniejsze funkcje i pracowali w najgorszych zawodach. A nie dajcie bogowie jakby ktoś się przywiązał i po takim płakał! Dłuższe niż tydzień rozpaczanie i wylewanie morza łez jest karane prawnie. Surowiej niż publiczne obnażanie się.

Jedynym wyjątkiem były wspomniane przez Buma imprezy, zwane zlotami straceńców. Organizowane przez tych szczęściarzy, którzy mimo zapowiedzianego zgonu w swoich młodych latach, dysponowali tak nieokiełznanym talentem, że nie godziło się posyłać ich do jakiejkolwiek normalnej pracy. Byli to wszelkiej maści artyści: aktorzy, malarze, pisarze, całkiem pokaźna grupa poetów, a także tancerek i prostytutek. Cóż, te ostatnie może nie miały klasycznego talentu, ale przynajmniej świetnie zarabiały. Tam, w ich przestronnych apartamentach, zbierały się muki wszelkiej maści by w oparach alkoholu i narkotyków zapomnieć o przeznaczonym im losie. Jednak każda taka impreza, była jednocześnie czyjąś stypą (na której w dodatku, sam zainteresowany był obecny).

Poza wszelkiego rodzaju szaleństwami i dzikim rozprężeniem jakie tam obserwowano, miały te imprezy też swoje ciemne strony. Należały do nich, między innymi, częste samobójstwa. Nie mówiło się specjalnie kto i kiedy ze sobą skończy, ale wiadomo było, że spora część artystów, błędnych poetów, rąbniętych malarzy i aktorów narkomanów odchodziła z tego świata za swoją własną sprawą. Dlatego Katias nieczęsto tam bywał. Nie specjalnie lubił widok wyprutych żył albo pokrytych kwaśnymi wymiocinami tapczanów. Owszem, jeśli chodzi o seks, był z wieloma kobietami. W jego środowisku człowiek który ginął w wypadku, a nie śmiercią samobójczą lub odchodził w ciężkiej chorobie był uważany za szczęściarza. Przyciągał. Kochał kiedyś jedną z nich, lecz ona zmarła młodo, jak zapisano w karcie urodzenia. Jakoś na powtórkę nie miał ochoty.

- Panie Raventry? - głos Buma wyrwał go z zamyślenia.

- Czy jest pan gotów?

- Tak, myślę, że tak... - odparł Katias spoglądając po raz ostatni na swoje mieszkanie. Zastanawiał się jak w tych ciasnych dwudziestu kilku metrach zmieści się czteroosobowa rodzina. - Niech ich cholera. Mogą spać na zmianę. - uśmiechnął się złośliwie do tego pomysłu.

- Proszę nie martwić się o bagaż, nie będzie panu potrzebny. Haha ! - Zażartował Coelias Bum w sposób typowy dla jego profesji. - Haha ! - powtórzył Katias bez krzty wesołości.

***

Zatłoczony autobus nieuchronnie sunął w kierunku kolejnego przystanku. Odświętny, pogrzebowy strój Katiasa wyróżniał się znacząco na tle bezbarwnej, drelichowej masy robotników zmierzających, tak jak on, do swej pracy. Różnica polegała także na tym, że oni mieli tak podróżować jeszcze wiele razy.

Pojazd obniżył swój lot poduszkowca nadprzewodnikowego o metr i miękko osiadł na płycie przystanku. Przedstawiciele proletariatu wytoczyli się tłumnie w kierunku pobliskiej budowy, przed której bramą zaparkowano posępny czarny karawan. Katias szedł między nimi w swoim mikroklimacie pariasa który jak niewidoczne pole siłowe odpychał współtowarzyszy podróży już w autobusie. W bramie budowy czekał już na niego Coelias Bum i niewielka, dwuosobowa delegacja zakładowa.

- Witam ponownie panie Raventry! - eksplodujący entuzjazm Buma przyprawiony został dodatkowo przez oślepiający błysk wyszczerzonych w samozadowoleniu zębów.

- Pan wybaczy, że nie mogliśmy podwieźć pana do pracy - kontynuował - ale przepisy tego ściśle zabraniają. Ostatnie chwile przed... „Zdarzeniem” winny być spędzone tak jak byłoby to każdego innego dnia. Tak mówi artykuł czwarty Konwencji postępowania dozgonnego. Gdyby nie pozwolenie – wyciągnął zza pazuchy złożoną kartkę papieru – nie mogłoby być mowy o garniturze. Poza tym, zbankrutowalibyśmy na paliwie, przecież trupy słabo płacą, haha ! - W tym momencie Bum wymierzył lekkiego acz bardzo irytującego kuksańca prosto w obfity brzuch stojącego obok dyrektora budowy, który to gest miał zachęcić tegoż do śmiechu z kolejnego znakomitego żartu. Dyrektor nie podzielał jednak tej opinii i miast parsknąć salwą śmiechu, tylko cicho jęknął, kaszlnął, a następnie otarł obficie spocone czoło chustą z syntetycznego jedwabiu.

- Katias... to znaczy, eee... Panie Raventry. - wysapał w zdenerwowaniu dyrektor Ocap.

- Chciałem... w imieniu nas wszystkich, to znaczy rady budowy.. yyy... i w swoim własnym...- w tym miejscu zerknął na miętoszoną w tłustych palcach karteczkę z przemówieniem.

- ...podziękować za lata wydajnej pracy na rzecz dobra społecznego, przykładną postawę i sumienne wypełnianie obowiązków starszego pomocnika. Chciałbym także poinformować, że na dowód naszego uznania nazwiemy południowy filar nr 131 pańskim imieniem - nerwowo zerknął w stronę urzędnika nim podjął swą mechaniczną przemowę.

- ...i tym sposobem będziemy stale mobilizowani do dalszej i wytrwalszej pracy ku chwale społeczeństwa... i... yyyy... i Szlachetnego Triumwiratu. - W tym miejscu wyraźnie odetchnął i chowając wymęczoną karteczkę z przemówieniem do kieszeni, równocześnie sięgnął po chustę aby zetrzeć uporczywie napływające do oczu krople potu.

To nie była pierwsza tego typu sytuacja z którą zetknął się Frank Ocap. Jako obywatel którego akt urodzenia wskazywał wysoką długość życia ponad 76 lat, szybko i bezproblemowo awansował na wysokie stanowisko w branży budowlanej. Pracował już dwie dekady, a kolejne miał przed sobą i żywił szczerą nadzieję osiągnięcia wyższej pozycji. Dlatego też przykładał się do swoich obowiązków. Ten jednak zaliczał się do najmniej przyjemnych. Frank był w gruncie rzeczy człowiekiem o dobrym, lecz płochliwym sercu. Mimo, iż żal mu było muków, to jeśli o niego chodzi wszystko było jasne. Przepis to przepis. Tak po prostu jest. Jak większość ludzi miał silne poczucie, że nikt nie może umrzeć wcześniej i absolutnie nikt nie może żyć dłużej niż mu przepowiedziano - czuwała nad tym Agentura Nadzoru. Chwała jej na wieki. Katiasa było mu żal. Polubił tego spokojnego chłopaka którego w dodatku cechowała ponadprzeciętna inteligencja. Dziwny to los. Inteligencja wydawała się całkiem zbędna, w przypadku zawodowego „podawacza cegieł”.

- Ech, nie zjemy my już razem kawałka ciasta mojej Herty – pomyślał i zasmucił się. Nie znał nikogo innego poza sobą i nim kto lubiłby jej ciasto.

Poza dyrektorem, tylko Politeas Kross utrzymywał z Katiasem towarzyskie kontakty. W jego przekonaniu była to jedyna osoba zasługująca na miano przyjaciela. Politeas był, jak on, otoczony towarzyskim ostracyzmem. Nie z powodu długości swojego życia, bowiem miał przepowiedziane nad wyraz długie. Nie chodziło też o zdolności intelektualne, cwaniactwo miał we krwi. Łobuzerska twarz Politeasa, przez znajomych nazywanego w skrócie Poli, kryła inną prawdę.

Poli uznany został za osobnika o skłonnościach aspołecznych, niestałego w swoich poglądach. Ze swoimi predyspozycjami mógłby zajść bardzo daleko w hierarchii. Specjalne Konsylium Wróżbitów uznało jednak, nie bez racji, iż byłoby zbyt wielkim ryzykiem umieszczenie go na odpowiedzialnym stanowisku. Był to człowiek którego cechował diabelski spryt, okraszony wyraźną nutą zaciętości i naturalnego buntu, przez co, uwielbiał działać na przekór zwierzchnikom. Możliwe, że gdyby nie ten spryt, już dawno zniknąłby w nieprzyjemnym towarzystwie Agentów Nadzoru.

Z drugiej strony, gdyby przestał się wygłupiać nie miałby tylu kłopotów. Kiedyś pewnie skazano by go na banicję albo pustelnicze życie. Tacy ludzie przecież też musieli gdzieś się podziać. Dzisiaj świat był jednak bardziej cywilizowani. Poli wypchnięty został na margines i w jego cieniu, pod dyskretną obserwacją, pozwolono mu dalej wieść swój żywot. To on był drugą osobą w Pożegnalnej Delegacji.

- Kat... - zagaił Politeas z miną małego chłopca obrażonego na cały świat.

- Filar 131. Nieźle, co? - powiedział Katias uśmiechając się nieznacznie.

- Taaa... chciałem, żeby nazwali twoim imieniem cały budynek, ale wiesz jak to jest... - odparł z zakłopotanym uśmiechem, dodając:

- Dzięki, że zostawiasz mi swój ekspres do kawy, wiesz jak ciężko mi rano wstać bez porządnej dawki kofeiny i czterech fajów...

- Drobiazg. Będzie mi ciebie brakowało.

- Mnie ciebie też.

Dwóch przyjaciół uścisnęło sobie ręce po raz ostatni w życiu.

- Świetnie, świetnie! - przerwał urzędnik Bum. - Bardzo ładne przemówienie dyrektorze Ocap, odnotuję ten fakt w raporcie. Bardzo dobry pomysł z tym filarem. - stwierdził notując coś w komputerze, a dyrektor ukłonił się uprzejmie.

- No to do dzieła. Proszę wystawić dłoń.

Katias, walczył przez chwilę sam ze sobą, w końcu jednak czując presję nieuchronności losu, z rezygnacją spełnił polecenie. Wtedy urzędnik wyciągnął małą ampułko-strzykawkę ze środkiem uspokajającym i uaktywnił ją przytykając do jego dłoni. Cichy syk poinformował o opróżnieniu pojemnika i zakończeniu procedury.

- Będzie Pan tak dobry panie Raventry... - mówiąc to Coelias wręczył mu przepisowy, budowlany hełmofon w kolorze jasnoczerwonym - Pan rozumie...

- Tak, tak, zgodnie z regulaminem. - mruknął, z irytacją nakładając kask na głowę, a środek rozluźniający rozlał się ciepłem w jego żyłach.

***

Czuł się jak skazaniec. Jednak w jego przypadku, wyrok zapadł już w momencie narodzin.

Gdyby mógł w tej chwili zobaczyć akta znajdujące się w komputerze urzędnika, widziałby pieczołowicie wykonany skan swojego aktu urodzenia. W dokumencie, suchym i konkretnym żargonem urzędniczym przepowiedziano:

„Figurant Katias Raventry dnia 23.VII w godzinach rannych, zginie w nieszczęśliwym wypadku. Dokładna godzina określona na podstawie wróżb pomocniczych – z dużym prawdopodobieństwem 10.30, viscera kurczęcia bladoróżowe co by potwierdzało tezę.” - dalej w aktach, pod klauzulą tajności do której wgląd mieli tylko urzędnicy państwowi - „ Figurant zostanie zgnieciony przez urządzenie latające, prawdopodobnie AAB lub AAC z ciężkim ładunkiem, prawdopodobnie ciekłym. Minutę wcześniej w urządzeniu zmierzającym z ziemi w kierunku wysokiej budowli (nota: A.M. - plac budowy albo poligon jakiegoś typu) nastąpi awaria techniczna. Uszkodzenie pojawi się najpierw w tylko jednej części maszyny, aby w krótkim czasie (nota: A.M. - od 10 do 20s.) przenieść się na kolejne. Maszyna nie będzie w stanie utrzymać wysokości zacznie spadać lotem wirującym z dużej wysokości wprost na figuranta. Poniesie śmierć na miejscu (nota: A.M. - bez żadnych wątpliwości)”.

Coealias Bum był już trochę podenerwowany, wciąż zerkał to w górę, to na swój komputer przeglądając notatki. Przed nimi wyrastał 149 piętrowy budynek biurowy. A dokładniej, jego metalicznie i żelbetowo goły szkielet.

Prowadził Katiasa pod ramię, na miejsce w którym zginie tragicznie. Oczywiście, on jako figurant, nie znał dokładnych szczegółów swojego zgonu. Wiedział tylko ogólnie, co będzie tego przyczyną i w którym miejscu nastąpi. Ponad wszelką wątpliwość wiedział ile dokładnie pożyje. Zdążył zerknąć przez ramię urzędnika łowiąc skrawek jego notatek. - Maszyna latająca? - zamyślił się odruchowo rozglądajac. Przy wysokim i na razie strasznym szkielecie budowli krzątało się kilka latających urządzeń. Widział dwie spawalnice. Kilka aerotaczek oraz trzy lub cztery kafarowkuwacze.

- Bogowie! Tylko nie kafary! Zostanie ze mnie miazga – przeraził się do swoich myśli. Urzędnik pociągnął go jeszcze kawałek. Znowu spojrzał w górę i nareszcie pokiwał z aprobatą.

Pozostali, obecni w pobliżu ludzie wykonywali rutynowe dla ich zadań prace. Jednak ciekawość zwyciężyła nad regulaminem i uważnie, lecz dyskretnie obserwowali rozwój wydarzeń. Politeas pozwolił sobie na skrajne nagięcie przepisów. Nawet nie próbując udawać, stał oparty o swój ogromny młot magnetyczny z zapalonym papierosem w ustach. Tego dnia pracował na placu. Przynajmniej mógł się pożegnać z przyjacielem.

Natomiast dyrektor Ocap przebywał w oddalonym o kilkadziesiąt metrów baraku kierownictwa, gdzie miał swój mały, prowizoryczny gabinet. - I tak bym tu siedział - pomyślał, dolewając obfitą ilość burbona do resztek kawy.

***

Fuzyjny silnik aerobetoniarki zazgrzytał cicho, po czym jakby zawstydzony swoją postawą spalił się w krótkim błysku, którego zwieńczeniem była długa i szeroka smuga czarnego dymu. Pozostałe silniki wyraźnie wpadły w panikę, zajęczały donośnie sygnalizując pracę na podwyższonych obrotach. Jeden z nich nie wytrzymał napięcia sytuacji, zacharczał i zgasł. Moc pozostałych była niewystarczająca by skutecznie walczyć z nieubłaganym prawem grawitacji. Aerobetoniarka zaczęła spadać. Jej wirujący lot w dół przybierał na prędkości wprost proporcjonalnie do słabnącego potencjału maszyny. Na dole, wpatrzony w niebo, czekał Katias Raventry.

- Tak, to juz! Proszę stać spokojnie i niczym się nie martwić! - krzyczał urzędnik Bum, a jego głos z trudem przebijał się przez agonalny jęk betoniarki nad nimi.

– Więc jednak to „automatyczna aero betoniarka”! - pomyślał do siebie zadowolony z wyliczeń. Zanim skończył wypowiedź był już oddalony od przewidywalnego miejsca katastrofy o dobre kilkanaście metrów. Odwrócił się i z ekscytacją oraz nabożnością obserwował spadające urządzenie, wzrokiem człowieka który wszakże wielokrotnie stykał się ze Śmiercią, ale nigdy ostrze jej kosy nie było wymierzone w niego.

Katias nie miał ani siły, ani ochoty dłużej przypatrywać się temu co działo się nad nim. Zacisnął pięści krwawo wbijając paznokcie i zamknął oczy starając się opanować wibrujący w nim głęboko strach. Nie był zresztą w stanie zrobić wiele więcej. Wstrzyknięty środek miał za zadanie utrzymywać go w swoistym, rozluźniającym ubezwłasnowolnieniu co najmniej kwadrans. Może gdyby ktoś zmusił go do ruchu, krzyknął do ucha, wtedy wykonałby polecenie jak automat.

Nikt jednak, poza urzędnikiem Państwowego Nadzoru Śmierci, nie ośmieliłby się pisnąć chociaż słówka. A gdyby nawet, to po co?

Wielkie cielsko betoniarki zatoczyło jeszcze jedno króciutkie koło w swojej wirującej walce nim runęło ostatecznie w kierunku upragnionej ziemi. Jej koszący tor lotu przechodził dokładnie przez miejsce, w którym nieruchomo i niewzruszenie stał Katias.

– O tak! Tak! - krzyczał urzędnik Bum uradowany jak dziecko, a ślina kapała mu z kącika ust. Pozostali w niemym przerażeniu przerwali, cokolwiek robili. Politeas zamarł na swoim młocie. Frank Ocap zastygł z kubkiem przy ustach.

Potężna eksplozja wypełniła niemal cały parter, a budynek zatrząsł się i zakołysał w posadach. Strumienie wyrzuconego żelu wiążącego obficie pokryły cały plac budowy. Pozbawiona metodycznego, uspokajającego ruchu mieszających łopat, różowa substancja poczęła natychmiast zasychać.

Jego czaszkę wypełniał chaos i nieokreślony ból. Nic nie słyszał, a w oczach tańczyły setki ogników zamazując wszelki obraz. Nie wiedział co się z nim dzieje. Leżał w bezruchu próbując ogarnąć umysłem zaistniały stan rzeczy. Najpierw z oddali i bardzo cicho, później coraz głośniej z rosnącym natężeniem niby odwrotność echo usłyszał jakiś głos. Znał go.

- Uciekaj ! Uciekaj, do kurwy nędzy ! Rusz dupę Kat ! - darł się Poli, próbując przekrzyczeć odgłos buchającego ognia, walących się rusztowań i panicznego wrzasku biegających dookoła ludzi. Podbiegł do niego przeskakując nad blokami gruzu, ślizgając się na kałużach różowego żelu. Złapał go za kołnierz marynarki i silnie pociągnął w górę, aż zatrzeszczały szwy.

Jak w transie podniósł się z otaczających go zgliszczy. Gdyby nie wstrzyknięta substancja i wydana przez Poliego komenda pewnie jeszcze długo leżałby na ziemi w ogromnym szoku.

Jego umysł pracował jednak coraz sprawniej. Żył. Krew pulsowała w żyłach, a serce biło szybko, lecz regularnie i to było najważniejsze. Cała jego egzystencja zaplanowana była do tego momentu. A potem? Później nie miało być już nic.

Zerwał się gwałtownie, a potykając się na różnokolorowych gruzach zgubił swój mocno nadpalony hełmofon i pobiegł przed siebie nie odwracając się. Nie zwracał już uwagi na nikogo i na nic.

Poli stał chwilę, dysząc ciężko. Spojrzał na swoje umazane mazią buty.

- No to teraz mam naprawdę przesrane - powiedział z lekkim uśmiechem.

***

- Tak panie Kalm... naprawdę nie wiem... tak, przykro mi... tak, rozumiem.... - głos Coeliasa Buma drżał tak samo jak jego ręce, gdy odkładał mikroport komunikacyjny umieszczony w karawanie na miejsce. Twarz miał całą osmaloną, z marynarki pozostały jedynie skrawki, toteż na tym tle znacząco wyróżniały się białka jego oczu które utkwił w nieokreślonym punkcie przed sobą, zdjęty bezbrzeżnym strachem o swoją przyszłość.

- Nie rozumiem, jak to się stało... - popatrzył na trzymany w dłoni, strzaskany komputer. To jedyne zwłoki jakie miał w swoim posiadaniu. - Miało być całkiem inaczej... jestem niemal... nieee... jestem całkowicie pewien, że ustawiłem go tam, gdzie miał być. Ta betoniarka... nie powinna go minąć o niecały metr... miała zaryć w ziemię i skosić go wyhamowując przed budynkiem... a uderzyła w konstrukcje nawet nie muskając tego kretynaaaAAAU! Do cholery! Uważaj, jak tniesz, człowieku!!

- Przepraszam pana, ale to przez to, że się pan wierci. - powiedział robotnik z mini laserem, odcinając od spętanych nóg urzędnika, kolejny kawałek zaschniętego żelu.

***

Biegł, bo tylko do tego był zdolny, przewracał się, a później podnosił i biegł dalej. Przeciskał się między zdziwionymi przechodniami, przeskakiwał nad ruchomymi chodnikami ulicznymi, mijał upstrzone barwnymi dekoracjami witryny sklepów, restauracje rozsiewające woń potraw. Obrazy zlewały się w jedno. Trwało to tak długo, aż znalazł się wśród nieco zabrudzonych i częściowo wyludnionych budynków dzielnicy robotniczej, a wstrzyknięta mu substancja, której siła słabła z każdą chwilą uwolniła jego ciało ze swych chemicznych kajdan. Z trudem łapał oddech. Słaniając się z powodu ogromnego zmęczenia skręcił w opuszczoną alejkę i usiadł pomiędzy śmietnikami.

Z wielkim wysiłkiem ogarniał umysłem sytuację w jakiej się znalazł. Obrazy i dźwięki wodospadem pamięci wypełniły mózg błyszcząc na zwojach. Popatrzył na swój zegarek. Ekran migał czerwono pokazując same zera. Czas upłynął. Wydał z siebie cichy jęk i zapłakał kryjąc twarz w dłoniach. Nie poczuł nawet kiedy jego bezwładne ciało ciężko zwaliło się na stertę starych gazet.

***

Masywny, okratowany pojazd transportowy z białymi literami „AN” na boku, osiadł ciężko na placu budowy wzniecając chmury kurzu. Po chwili drzwi rozsunęły się,a z wnętrza wybiegł milczący oddział uzbrojonych w karabiny mężczyzn, otaczając teren. Jeden człowiek wyróżniał się spośród żołnierzy w czarnych kombinezonach i przeszklonych maskach. Paląc papierosa, niespiesznym krokiem wysiadł z transportowca i rozejrzał się spokojnie po okolicy. Nosił długi szary płaszcz spod którego nieśmiało wyglądała biała koszula zdobiona srebrnym krawatem. Wyrzucił niedopałek, po czym przydeptał go idealnie wypastowanym, skórzanym butem.

- Poruczniku, zatrzymać wszystkich do przesłuchania. - zakomenderował spokojnym tonem stojącemu obok niego zbrojnemu.

- Tak jest! - zasalutowała oficer, krótkimi gestami wydając polecenia podwładnym.

- Acha, sprowadźcie do mnie tego Buma...

Po chwili przyprowadzono trzęsącego się jak galareta urzędnika.

- Witam Panie Bum. Lavarosa, Agentura Nadzoru. – pozwolił by słowa przebrzmiały.

- Przysłał mnie dyrektor Kalm. Mam nadzieje, że rozumie pan zaistniałą sytuację, a także, w związku z powyższym, swoje położenie - mówiąc to, usiadł leniwie na fragmencie zburzonego filaru i utkwił wzrok w nieokreślonym punkcie przed sobą.

Bum, który wcześniej nie śmiał spojrzeć w twarz agenta, teraz wolno uniósł głowę. Walcząc z ogarniającym go przerażeniem - przytaknął. Ten nawet na niego nie zerknął.

- W takim razie... - Lavarosa uśmiechnął się przymilnie - Byłby pan łaskaw opisać mi co się tutaj dokładnie wydarzyło - odwrócił powoli głowę i spojrzał w oczy urzędnika.

Urzędnik poczuł nagle nieokreślony chłód. Z dreszczem przerażenia uświadomił sobie, że nie tylko jego kariera wisi na włosku, ale przepowiedziana, świetlana przyszłość stała się nagle nad wyraz mglista i mroczna, a przede wszystkim - krótka. Zbierając myśli zaczął opowiadać. Starał się nie pominąć żadnego szczegółu. Krople potu obficie spowiły jego czoło i dokuczliwie napływały do oczu.

***

- Sir! – przerwał składanie zeznań młody żołdak salutując.

- Myślę, że powinien pan to zobaczyć. Znaleźliśmy to tuż za rogiem, po drugiej stronie placu budowy.

Lavarosa kiwnął i niechętnie podniósł się z miejsca. Dał znać przesłuchiwanemu żeby ten pozostał na miejscu, bo z nim jeszcze nie skończył. Podążył za żołnierzem w poprzek pogrążonego w chaosie terenu.

Gdy docierali na miejsce, spostrzegł ciemny pas zrytej ziemi i dziurę, w roztrzaskanym ogrodzeniu. Żołnierz przeszedł przez wyrwę i przystanął wskazując na powykręcany i dymiący kawał metalu, który zaległ na chodniku. Podszedł bliżej i przyjrzał się znalezisku. Z początku wyglądało ono tylko na jakąś część rusztowania, a może aerobetoniarki która odrzucona siłą eksplozji, tutaj znalazła swoje lądowisko. Nic szczególnego. Później jednak przyjrzał się bliżej.

- O bogowie i wszystkie siły natury! - stwierdził przykładając dłoń do czoła. Sprawy się komplikowały.

***

- To wszystko? - zapytał agent wpatrując się w majaczące nad budynkami słońce.

Jeszcze do końca nie pozbierał myśli po ostatnim odkryciu. Przesłuchiwany niewiele wyjaśnił. Wątpił żeby delikwent kłamał. Mało rozgarnięty typ, ale nie popełnił błędów tam na miejscu. Wbrew pozorom. Przestudiował dokumenty i stwierdził, że założenia PNŚ co do zgonu były prawidłowe. Odstępstwo w postaci garnituru nie miało przecież żadnego znaczenia.

- T..t..tak. N..Nie wiem co jeszcze, mógłbym powiedzieć panie Lavarosa - wykrztusił z siebie Bum.

Agent wstał otrzepując płaszcz z pyłu. Podszedł do stojącego Buma i z bardzo bliskiej odległości ponownie spojrzał mu w oczy, Zaległa krótka cisza, która dla bliskiego załamania nerwowego urzędnika wydawała się wiecznością. Wił się i kulił, mrugał oczami ale nie śmiał odwrócić wzroku. Wstrzymał oddech spodziewając się najgorszego.

Nagle przesłuchujący uśmiechnął się pobłażliwie.

- Dobrze - powiedział, na chwilę ignorując próbującego zniknąć mu z oczu Buma. - Poruczniku Negra?

- Tak jest? - wynurzyła się zza pleców urzędnika oficer.

- Wyniki przesłuchań - w tym stwierdzeniu ukryte było pytanie.

- Nic szczególnego, ogólny szok, wszystkim podane zostały środki tłumiące - raportowała porucznik.

- Zbieg. - kolejne stwierdzenie.

- Aresztowaliśmy i popytaliśmy trochę tego faceta który pomógł mu uciec. Znamy kierunek : południowy-wschód. Kapral Parela podjął trop, jakkolwiek urywa się on w miejscu, gdzie natężenie ezoteryczne rośnie wraz z gęstością zaludnienia okolicy. Nie był w stanie kontynuować dalej pościgu, zgubił ślad duchowy Raventrego wśród innych ludzi. Koty gończe też nie kwapiły się do pomocy, ale na te włochate cholery nie zawsze można liczyć.

- Hm.. południowy-wschód? Dzielnica robotnicza, gęsto zabudowana, sporo pustych domów po migracji ostatnich lat.- Lavarosa zastanawiał się przez chwilę - Zamknąć, otoczyć kordonem ochronnym, następnie posłać cztery grupy pościgowe, każda po dwa plutony, z każdej strony. Alejami Odrodzenia, Ekspiacji, Przesilenia i Zgody. Posuwać się progresywnie do centrum dzielnicy - wydał rozkaz.

- Ale, sir... to może kiepsko wpłynąć na samopoczucie mieszkańców, a jeśli coś pójdzie nie tak, nie wiem czy wystarczy nam środków tłumiących...

- Wasza w tym głowa, żeby wszystko poszło idealnie. Wykonać!

- Tak jest!

- Acha, chcę mieć pionowzlot zwiadowczy krążący nad terenem.

- Tak jest! - zasalutowała pospiesznie porucznik odmaszerowując.

Agent wyjął paczkę papierosów z kieszeni płaszcza, wyciągnął jeden uderzając pudełkiem o wierzch dłoni, a następnie podpalił biorąc głęboki wdech. Przez jakiś czas stał nieruchomo, powoli wydychając dym.

- A ja...? - nieśmiało spytał Bum.

- Hm? - wyrwany z zamyślenia agent był rozkojarzony, zapomniał o tym szczególe.

- Aaa... tak. Jest pan wolny, Coeliasie. Niech się pan wyśpi, bardzo nam pan pomógł. Uśmiechnął się i oburącz ścisnął dłoń urzędnika.

- Ja... – zaczął uradowany ale lekkie ukłucie i cichy syk przerwały jego wypowiedź.

- Śpij, to był tylko zły sen...- mówił dalej uśmiechający się agent, a urzędnik odpływał w słodkie objęcia niepamięci.

- Zabrać mi stąd tego idiotę. – zakomenderował dwóm podwładnym.

***

Skulony za śmietnikiem Katias wydał z siebie ciche westchnięcie. Słońce z wolna chowało się za horyzontem. Musiał zasnąć. Przetarł brudną ręką spocone czoło wpatrując się w popękaną strukturę chodnika. Przez pierwsze chwile, chociaż w zasadzie mogły to być długie godziny po wypadku nie był w stanie zebrać myśli. Podejrzewał, że chaos w jego głowie spotęgowany został poprzez działanie wstrzykniętego narkotyku. Tym trudniejsze wydawało się więc ułożenie wszystkiego w sensowną całość. Wykończony długim biegiem, mokry od potu i zadyszany wybrał jeden z mijanych zaułków gdzie za blaszanym kontenerem, pomiędzy pustymi butelkami i podartymi kartonami odnalazł chwilowy azyl. Uspokajając rozszalałe serce, powoli opanowywał się. Odgłos rotorów krążących nad miastem patrolowców AN i terkot gąsienic były odległe. Miał chwilę czasu na zastanowienie.

Jakim cudem przeżyłem własną śmierć ? Kołatało mu się w głowie.

Czy miałem szczęście? A może moja przepowiednia była błędna? Przecież oglądał śmierć innych nieraz. Bywał na pogrzebach, czytał gazety, oglądał telewizję. Zgony zawsze były spodziewane i zdarzały się w zgodzie z przepowiednią. Oczywiście. Czasem następowały drobne rozbieżności. Hipotermia zamiast utonięcia, zator miast zawału, parę minut w tę, parę minut w tamtą stronę. Wszystko mieściło się jednak w dopuszczalnych granicach interpretacji symboli i ułożeń. Ale może gdzieś nastąpił jakiś błąd? Musiał. Inaczej by go tutaj nie było !

- Tak. To wydawało się logiczne. - Myślał. - Błąd. Jestem błędem. A co się dzieje z błędami?

Ta nowa możliwość, ten nowy dar, był czymś totalnie niepojętym dla niego, człowieka którego przez całe życie uczono i indoktrynowano jak w krótkim ćwierćwieczu swojego żywota być jednostką maksymalnie produktywną i jak najbardziej przyczynić się do rozwoju społeczeństwa.

Podniósł głowę i rozejrzał się po okolicy. Powoli zmierzchało. Znajdował się w na wpół opuszczonej dzielnicy robotniczej. Migracja ostatnich kilku lat pozostawiła wiele opuszczonych domów. Ich ciemne oczodoły patrzyły teraz martwo na słabo oświetlone ulice. Spojrzał na przyklejony na przeciwległej ścianie budynku plakat. Pożółkły i nieco podarty papier informował pogrubioną, czarną czcionką o konieczności ewakuacji:

"Obywatelu ! Dnia 4 lutego, połączone Kolegium Wróżbitów wraz z Sekcją Śniących bezwzględnie potwierdziła, iż za 5 lat, 48 dni, w środę 5 lipca nastąpi na tym terenie katastrofa geologiczna, polegająca na wystąpieniu lokalnych trzęsień o dużej sile. Trzęsienia te doprowadzą do osunięcia się ziemi, powstania kilkudziesięciometrowych lejów, licznych pożarów i zniszczeń. W związku z tym, zarządza się przymusową ewakuację w terminie do 48 miesięcy. O lokale zastępcze, pomoc w migracji i w innych sprawach należy zgłaszać się do lokalnej Rezydentury Nadzoru.

W imieniu Triumwiratu, podpisano H.W. Tulka, Ministerstwo Opieki i Przewidywania".

W zasadzie dzielnica powinna być zamknięta. Ponieważ jednak do katastrofy zostało jeszcze sporo czasu, ludzie przenosili się stopniowo. Po kolei opuszczając domy. Władze nie naciskały. Mógłby ukrywać się tutaj niemal bez końca. Może znalazłby sposób na pozyskanie żywności. Zająłby jakieś opuszczone mieszkanie. Ale czy o to mu chodziło? W oddali, rozświetlone blaskiem neonów, zwieńczone ostatnimi promieniami słońca majaczyły wieżowce w centrum.

- Nie - zadecydował. Po pierwsze musi się dowiedzieć, dlaczego stało się tak, a nie inaczej.

Nie ma zamiaru czekać, aż zrobią to za niego przedstawiciele Triumwiratu. Do pomyłki mogło dojść tylko przy jego narodzinach. Zgodnie z prawem, wróżbita położnik, w momencie narodzin dziecka najpierw konsultuje się z astrologami w celu określenia aktualnego położenia planet, co ma określić znak zodiaku noworodka, następnie stawiając Tarota i posiłkując się runami, określa przypuszczalną datę i przyczynę śmierci. Jest to oczywiście wsparte charakterystyką genetyczną i zdrowotną jego rodziców, a także jego samego. Zaraz po urodzeniu pobierane są wszystkie dane biologiczne.

Tak naprawdę wróżbita z całej, zebranej w ten sposób skarbnicy wiedzy układa tylko logiczną całość. Określając podstawowe wytyczne. Później urzędnicy rejestrujący narodziny, drogą eliminacji, określają najpierw rok śmierci, później miesiąc, a w końcu dzień i porę dnia. Godzinę, jeśli są w tym naprawdę dobrzy.

Musi koniecznie odszukać te dane i zweryfikować je samemu. Gdzie powinien zacząć? Podniósł leżący na ziemi patyk i w zamyśleniu zaczął potrącać nim drobinki ukruszonego chodnika. Gdzie to wszystko się zaczęło? Pamiętał z opowieści rodziców, że przyszedł na świat w szpitalu im. Michel de Nostredame. Szpitale mają archiwa, prawda? Muszą mieć. W takim razie jeśli gdziekolwiek znajdzie odpowiedź to na pewno tam. Spojrzał odruchowo na zegarek. Nadal migał czerwono. Nie będzie mi już potrzebny – uznał. Odpiął więc pasek, po czym cisnął zbędnym czasomierzem w stronę najbliższego śmietnika.

Wyszedł ostrożnie z zaułka i rozejrzał się. Ulica wydawała się pusta. W oddali zobaczył jednak pieszy patrol zbrojnych idących w jego stronę.

- Cholera , szukają mnie i traktują tę sprawę bardzo poważnie skoro wysłali uzbrojonych ludzi - Podejrzewał, że to nie jedyna grupa więc bardzo ciężko będzie mu się wyrwać z okrążenia.

Nagle, usłyszał dźwięk klaksonu. Kilkanaście metrów dalej zaparkował niewielki poduszkowiec transportowy. Kierowca dawał znać jednemu z ostatnich w tej okolicy sklepikarzy o dostawie. Właściciel przybytku otworzył drzwi i znudzonym gestem zaprosił go do środka.

Kierowca wygramolił się z szoferki, podszedł do tyłu pojazdu i uchylając rozsuwane drzwi ładowni wydobył z wnętrza duży karton oznakowany jako "ciasteczka z przepowiedniami". Gdy tylko obaj zniknęli w środku Katias zakradł się do pojazdu i wskoczył do ładowni. Zastawił się kartonami i czekał. Po kilku minutach dostawca wyszedł ze sklepu żegnając się zdawkowo. Już miał zamykać drzwi ładowni, kiedy podszedł do niego jeden z patrolujących okolicę agentów.

- Obywatelu! Z rozkazu Agentury Nadzoru dzielnica zostaje zamknięta z powodu kwarantanny. Wszyscy proszeni są o udanie się do swoich miejsc zamieszkania oraz pozostanie w nich. Jeśli obywatel przebywa poza swoim miejscem zamieszkania zostanie zatrzymany w celu dalszej weryfikacji. Do odwołania - poinformował kierowcę, który już wyjmował dowód do skanowania.

- Ależ kochany panie! Jestem tylko dostawcą ciasteczek z przepowiednią, mieszkam w XVII dzielnicy. Dopiero co tu przyjechałem z dostawą i już skończyłem. Nie mogę tutaj zostać bo nie mam się gdzie podziać. Poza tym, jak nie wrócę do domu na noc to żona spierze mi głowę.

- Rozkaz to rozkaz, Obywatelu. - odparł niewzruszenie żołnierz przykładając dowód do skanera. Dane się potwierdziły. Urządzenie mignęło zielono, ale agent miał jeszcze zamiar poprosić o instrukcję z centrali.

- No nieee... okaż pan serce. Mówię panu, że dopiero co przyjechałem i nie jestem stąd. Nie mam gdzie się podziać. A mam całą ładownię ciasteczek które jeszcze dzisiaj muszę dostarczyć. Wie pan ilu głodnych przepowiedni klientów na nie czeka? Nie można igrać z przeznaczeniem.

Miał rację. W świecie w którym horoskopy określały najbliższą i najdalszą przyszłość, jak najbardziej szczegółowa ciasteczkowa wróżba wydobywana z małego, kruchego rogalika o poranku, potrafiła dostarczyć wskazówki na jak najefektywniejsze wykorzystanie nadchodzącego dnia.

- No tak... ale... muszę zgłosić centrali...- łamał się żołnierz.

- Niech pan posłucha. Dowód był w porządku, nie? Czyli jestem w porządku. Po co zawracać głowę tym w centrali? Jeszcze się wnerwią. Mam tutaj nadprogramowe pudełko którego ode mnie nie odebrano. Każdy z nas potrzebuje pomocy w radzeniu sobie z dniem codziennym. A co jakbym panu je sprezentował? Mnie się już nie przydadzą, wrócą do magazynu. A tak miałby pan elegancko zaplanowany miesiąc i kto wie, może uda się przyśpieszyć dzień awansu? - wykorzystał szansę kierowca, chociaż możliwe, że z takim darem do negocjacji, marnował się w tym zawodzie.

Żołnierzowi zaświeciły się oczy. To byłaby nie lada gratka. Nie tylko on ale i jego żona mogliby skorzystać na takim zapasie przepowiedni. A wtedy kto wie, zamiast awansu w bliżej nieokreślonym czasie, byle przed czterdziestką, jak mu przepowiedziano, mógłby awansować już niedługo. Może właśnie ten z pozoru, nic nie znaczący przypadek, był zrządzeniem losu, który miał go doprowadzić na wysokie szczyty kariery zawodowej?

- No dobrze - zgodził się w końcu - I nic tu więcej nie ma? - zapytał jeszcze zerkając do ładowni.

- Ależ skąd! To mały pojazd, niewiele więcej jest w stanie udźwignąć. Proszę bardzo, prezent od firmy - powiedział wręczając żołnierzowi karton ciasteczek.

Ten popatrzył na drogi podarunek, którego wartość detaliczna bliska była użyteczności - Dobra. Uciekaj pan stąd, ale szybko. - stwierdził, a dostawca prędko zatrzasnął drzwi ładowni.

Wkrótce potem Katias poczuł nieprzyjemne uczucie gwałtownego wznoszenia, a później słyszał już tylko miarową pracę silników, kiedy transportowiec wzniósł się w powietrze, opuszczając zagrożony teren.

Po pewnym czasie poczuł, jak maszyna zwalnia i ląduje. Stłumiony dźwięk klaksonu zasygnalizował kolejną dostawę. Drzwi otworzyły się, a dostawca pozbierał dwa najbliżej znajdujące się wyjścia pudełka i z ekscytacją opowiadając klientowi o niedawnych wypadkach, zniknął we wnętrzu lokalu. Katias wykorzystał ten moment na opuszczenie ładowni. Wyglądało na to, że wylądował w tej samej dzielnicy w której znajdował się cel jego podróży. Po cichym szuraniu i kilku chwilach nie było po nim śladu.

***

Budynek szpitala najlepsze czasy miał już za sobą. Zaprojektowany z rozmachem w neoklasycznym stylu, zdobiony kolumnami i wysokimi oknami nadal robił wrażenie. Zwłaszcza nocą, kiedy zamontowane u podstawy reflektory dodawały mu splendoru swoją iluminacją. Trochę przybrudzona biała elewacja, lekko spękany fronton, a w jego godle, splecione w okręgu znaki zodiaku, zaraz powyżej wykutej w marmurze nazwy.

Katias omiótł ostrożnym spojrzeniem okolicę. Kilka nowszych biurowców i niewysokich pawilonów handlowych nie budziło niepokoju.

Ulicą spacerowało niewielu ludzi. Kilku pracowników biurowych którzy zostali do późna. Kilku klientów sklepów. Nigdzie w zasięgu nie było widać mundurów ani opancerzonych transporterów. Co kilka minut, przed głównym wejściem lądował transporter medyczny. Czasami podjeżdżał jakiś staromodny samochód. Uznał, że wystarczająco dużo czasu poświęcił na obserwację.

Wykorzystał chwilę w której pod wejście podjechał pordzewiały automobil w wersji kombi. Lekko zdenerwowany kierowca wyskoczył z niego w pośpiechu, pomagając wysiąść ciężarnej pasażerce. Kobieta i bez swojej zaawansowanej ciąży robiłaby wrażenie masywnej. Minutę później, pojawiła się przy niej wysiadająca z tyłu dwójka dzieci oraz starsza para, pewnie rodzice lub teściowie. Wszyscy zdawali się być lekko podekscytowani i podenerwowani, z wyjątkiem głównej zainteresowanej. Ta wspierając się ciężko na wątłym jak trzcina ramieniu męża starała się kontrolować ból krótkimi i szybkimi oddechami.

Wszyscy szczebiotali wokół ciężarnej nie zwracając uwagi na jej słabnące nogi. Katias pochwycił zaparkowany obok wejścia wózek inwalidzki. Szybkimi ruchami wybił na klawiaturze przypuszczalny rozmiar i ciężar pasażerki, a później pchnął go w kierunku zgromadzenia. Wózek ominął grupę po czym podjechał z tyłu ciężarnej i rozkładając miękkie, wodoodporne poduszki przygotował się na jej przyjęcie. Katias przecisnął się koło starszych ludzi, delikatnie biorąc pod boki zbolałą pacjentkę pomógł mężowi posadzić ją na siedzisku.

- Proszę, tędy - powiedział wskazując jaśniejące ciepłym światłem wejście do szpitala. W głębi przeszklonego korytarza widział już kierujących się w ich stronę pielęgniarzy z lekarzem. Wątły mężczyzna popatrzył na niego nieco rozkojarzonym wzrokiem, ale przyjął to przejęcie inicjatywy z wdzięcznością, posłusznie pozwalając mu pokierować wózkiem. Zdenerwowany skurczami porodowymi swojej małżonki nie był w stanie wykazać się wystarczającą spostrzegawczością i trzeźwością umysłu aby zapytać o strój tego dziwnego pielęgniarza.

- Państwo są rodziną? - zapytał lekarz zgromadzonych wokół wózka ludzi.

Wszyscy przytaknęli lub odburknęli niewyraźne potwierdzenie. - A pan?- zapytał wprost Katiasa - Jest pan krewnym?

- Tak. Jestem, wujkiem, wuj ....Ben - powiedział niepewnie, ukradkiem zerkając w stronę jego nowej rodziny. Na szczęście, w zaaferowaniu nie zwracali na niego uwagi.

- W takim razie zapraszam. - wskazał ręką głębie korytarza lekarz, podczas gdy pielęgniarze przejmowali prowadzenie wózka i badali pacjentkę.

Grupka podążyła za doktorem, mijając strzegącą wejścia recepcję i przechodząc obok czujnej siostry przełożonej. Wujek Ben zdążył jeszcze zerknąć na zawieszoną na ścianie tablicę informacyjną.

Budynek miał dwanaście kondygnacji. W tym dwie podziemne. Bank informacji znajdował się na poziomie -1, miał znaczek Ryb. Każdy poziom miał przyporządkowany inny znak zodiaku, charakterem pasujący do wyznaczonych zadań. I tak np: intensywna terapia była pod znakiem Skorpiona. Planetą tego znaku zodiaku był Pluton, odpowiadający za głębokie przemiany i doświadczenia na granicy śmierci i odrodzenia. W logo porodówki dumnie prężył się Strzelec, władany przez Jowisza, planetą zwaną przez starożytnych Fortuna Major. Dwie goniące się ryby, symbol poziomu kostnicy. Patronował im Neptun, odpowiedzialny za kontakty z innymi światami. Było tam też archiwum, a w nim informacje których szukał.

- W porządku – pomyślał - Prościej będzie zapamiętać.

Gdy tylko znaleźli się w wewnętrznej części szpitala i cała grupa podążała w kierunku wind, dyskretnie odłączył się od reszty i przemknąwszy przez w większości puste korytarze wślizgnął się do jednego z gabinetów.

Nikogo w nim nie było. Pochwycił więc leżący na skórzanym fotelu fartuch. Poprawił przytwierdzoną do piersi plakietkę z nazwiskiem. . Dla pewności przeciągnął wokół karku cyfrowy stetoskop i ocenił się krytycznie w znalezionym, niewielkim, kosmetycznym lusterku. Wyglądał nieźle. Miał tylko nadzieję, że lekarz od którego pożyczył fartuch miał dostęp do archiwum. Zmoczył ręce pod kranem i natarł włosy układając je w elegancki choć nieco przylizany fryz. Tak przygotowany opuścił pokój i podążył za znakami informacyjnymi do najbliższej windy.

Wcisnął przycisk, cierpliwie czekając. Skinął głową przechodzącej parze pielęgniarek, odetchnąwszy z ulgą gdy szczebiocąc podążyły w swoją stronę. Cichy pisk zasygnalizował przybycie windy. Wszedł do środka, drżącym palcem wciskając ikonogram przedstawiający ryby. Po krótkiej podróży był już na miejscu. Przed nim otwierał się niewielki korytarz którego koniec wieńczyły duże drzwi. Idąc w ich stronę zauważył jeszcze wejście do dwóch kolejnych pomieszczeń. Etykiety informowały dość precyzyjnie. Jedne prowadziły na klatkę schodową, drugie do kostnicy.

Podszedł do tych na końcu i przyłożył kartę do czytnika. Światełko z czerwonego przełączyło się na zielone i z cichym stukiem zamek w drzwiach otworzył się.

- Łatwo poszło - pomyślał wkraczając do środka. Jego oczy przywitał przytłaczający widok setek regałów rozciągniętych w długie, ginące w mroku rzędy.

- O cholera, jak tutaj można cokolwiek znaleźć? - ogarnęło go zwątpienie.

- W czym mogę pomóc, doktorze? - wyrwał go z zamyślenia damski głos. Dopiero teraz zauważył stojące po jego prawej stronie niewielkie biurko na którym stał jedynie komputer oraz młodą kobietę w zielonym kitlu która za nim siedziała.

- Witam - starał się brzmieć pewnie. - Mamy pewien problem z pacjentem przebywającym na Intensywnej Terapii. Chciałbym sprawdzić historię narodzin w poszukiwaniu wskazówek. Pacjent jest niestety nieprzytomny i nie posiada dowodu. Chciałbym zerknąć w jego kartę urodzenia. - rzucił mając nadzieję, że ten odważny blef nie zostanie sprawdzony.

Dziewczyna spojrzała na niego unosząc brew. Być może nie była to jednak standardowa procedura jak myślał. - Ale panie doktorze.... - zapytała nie widząc plakietki ponieważ stał do niej bokiem. Katias zawahał się.

- Co za idiota ze mnie, nie sprawdziłem nazwiska! - pomyślał wymierzając sobie mentalny policzek za głupotę. Zerknął szybko na napis na piersi mając nadzieję, że ten gest umknie jej uwadze.

- Moreau - odpowiedział. Pokiwała wolną głową.

– doktorze Moreau... - kontynuowała. - Nie przypominam sobie żeby pan tutaj kiedykolwiek zaglądał. Chociaż, zaraz... zdaje się, że słyszałam o panu. Ponoć odnosi pan wielkie sukcesy w felinoterapii?

- Och... tak, tak... robimy znaczne postępy. Naprawdę... gdyby jeszcze te koty tak nie liniały... To prawdziwe utrapienie w chirurgii.

Kiwnęła z uprzejmym zainteresowaniem - Powinien pan wiedzieć, że wszystkie informacje na temat pacjentów dostępne są przecież od razu po zeskanowaniu linii papilarnych.

- No tak... - odparł zbity z tropu - ale nasz pacjent uległ poparzeniom i w tej chwili nie jesteśmy w stanie tego uczynić. Pojawiają się zakłócenia. - chyba jej do końca nie przekonał, ale postanowił iść za ciosem.

- Naprawdę, bardzo potrzebuje tych informacji. Nie wiem nawet który żywioł patronuje pacjentowi. Sprawa jest pilna.

Wydawało się, że ten argument ją przekonał. Mógł sobie pogratulować.

- Proszę wpisać imię i nazwisko, oraz wszelkie inne dane które pan posiada w tamtym terminalu. - Powiedziała wreszcie, wskazując ręką przeciwległą ścianę. Przytaknął i prędko udał się we wskazanym kierunku. Pod ścianą stał biały terminal z niewielką klawiaturą. Kiedy podszedł bliżej ekran pozdrowił go serdecznym:

- Witam!

Wciskając klawisz znalazł się w menu ogólnym. Przeskoczył do archiwum narodzin, po czym wpisał swoje nazwisko i obecny wiek, oraz kilka innych parametrów, jak znak zodiaku i dokładną datę narodzin. Po potwierdzeniu terminal chwilę przetwarzał informacje, nim wypluł właściwą odpowiedź:

- Poziom dostępu: C. Dane dostępne wyłącznie w wersji papierowej. Czy życzysz sobie, zapoznać się z wersją papierową ? Potwierdź - Tak / Nie? ;

Gdy Katias potwierdził, salę przebiegł trzask na zmianę wygaszanych i zapalanych świateł.

- Rząd 48, sekcja B, czwarta szuflada - podpowiedział sprzęt.

Kiedy odwrócił się w stronę regałów, gdzieś daleko, po jego lewej stronie zajaśniało niebieskie światło wskazujące lokalizację. Najwyraźniej dane nie były wprowadzone do tego systemu. Podążył wyznaczoną ścieżką, jednak na miejsce dotarł dopiero po dłuższej chwili. Sala w której się znajdował była nawet większa niż się wydawało. Archiwum musiało wypełniać całą przestrzeń pod budynkiem. Jarzeniówki podświetlały wybrany regał. Szybko przebiegł wzrokiem sekcje, nim trafił na właściwą szufladę. Otworzył ją i zaczął wertować zgromadzone w niej teczki. Chwilę trwało nim trafił na swoją. Nieco pożółkły papier okładki sugerował, że leży tutaj od dawna.

„Raventry, Katias, urodzony 22.X o godzinie 8:50 rano” - widniało w tytule.

Wyciągnął ją i zaczął nerwowo przeglądać. W środku znalazł kolejne, mniejsze teczki, podzielone na kategorie. Biorytmy, waga, wykres określający położenie planet, podstawowe dane na temat grupy krwi i genetycznych predyspozycji. Przeglądał wszystkie szukając jakiejś wskazówki. "Krzyż południa" - widniało we fragmencie na temat precesji i obserwowanych w tamtym roku ruchu ciał niebieskich.

- Krzyż południa? - myślał gorączkowo. Przecież na tej szerokości geograficznej nie był widziany od tysiąca lat, przypominał sobie szczątkowe informacje z lekcji astrologii w szkole.

- Czy wszystko w porządku? - zapytała podniesionym głosem odległa o kilkadziesiąt metrów archiwistka.

- Tak, tak, już kończę . - krzyknął.

Nie mógł pozwolić sobie na wzbudzenie podejrzeń. Prędko wyjął interesujący go fragment, złożył na pół niewielką teczkę, a potem schował pod fartuchem. Zamknął szufladę i udał się w drogę powrotną.

- Myślę, że znalazłem to czego szukałem - rzucił z wymuszonym uśmiechem kobiecie, a ta odparła równie sztucznym grymasem. Już dochodził do drzwi chwytając za klamkę, kiedy zapytała:

- A wie pan co, kiedy wpisywałam pana do ewidencji system podał, że doktor Moreau w zeszłym tygodniu poszedł na urlop zdrowotny, w notatce dopisano „skręcona kostka”. Jak pana noga, lepiej?

- ...a tak, już dobrze, dziękuję za troskę. - Odparł z wdzięcznością witając wyzwoleńczy syk otwieranych drzwi. W chwili gdy wykonał pierwszy krok dobiegł go jeszcze zaskoczony głos archiwistki

- ... tylko, że na zdjęciu ma pan około czterdziestki!

No ładnie. Tego nie mógł przewidzieć. Dobrze, że nie zerknęła na to zdjęcie wcześniej. Musi się jak najszybciej stąd wydostać. Nerwowo przyciskał sygnalizator windy ale ta nie przyjeżdżała. Po chwili rozległ się z głośników głos dyspozytorki:

- Ochrona proszona na poziom Ryb!

Spojrzał prędko na wyświetlacz pozycjonujący windę. Utknęła na poziomie parteru. Oczami wyobraźni widział pakujących się do niej ochroniarzy. Ta droga wyjścia odpadała. Popatrzył w bok. - Schody! - rzucił się w kierunku klatki schodowej nim wypełniona ochroniarzami winda zdążyła dojechać do celu. Prędko wbiegł po stopniach, pokonując po dwa naraz i wypadł na pozornie pusty korytarz. Rozejrzał się. W jego odległym końcu, przy recepcji, pielęgniarka rozmawiała niespokojnie z ochroniarzem. Nim go spostrzegli odwrócił się na pięcie podążając w przeciwnym kierunku najbardziej spokojnym krokiem na jaki było go stać.

- Hej, ty ! - usłyszał jeszcze za sobą, gdy skręcał w rozwidleniu. Rzucił się do biegu. Wpadł na oddział geriatryczny gdzie przywitały go zaskoczone twarze pacjentów. Wszedł do pierwszego lepszego pokoju. Głową potrącił wiszące w progu sali indiańskie łapacze snów. Zadzwoniły irytująco. Leżący na łóżku starszy człowiek uniósł się na łokciach.

- Panie doktorze! Wysapał. Dobrze, że pana widzę! Te cholerne pielęgniarki mnie ignorują! A ja potrzebuje basenu!

-Doprawdy? - zbył go manipulując nerwowo przy oknie - natychmiast każe się tym zająć!

Klamka przytrzymująca ramę nie chciała puścić chociaż szarpał ją zaciekle. - Trzeba przekręcić raz w lewo, a później mocno w prawo - podpowiedział starszy człowiek.

- Nigdy mi nie chcą ich otwierać, że niby się przeziębię. A ja się pytam, co z tego, skoro został mi miesiąc życia?

- Dzięki – był naprawdę wdzięczny, bo rama w końcu puściła.

- Stój! - dobiegło jego uszu. Ochroniarz już wpadał do pokoju. Katias szybko przesadził parapet i znalazł się po drugiej stronie. Usłyszał jeszcze oddany w jego kierunku strzał, a potem zeskoczył na otaczający szpital żywopłot. Zaklął szpetnie na drapiące go po łydkach gałęzie. Ochroniarz dopadł okna, ale ani on, ani uczepiona go pielęgniarka nie byli w stanie dostrzec uciekiniera w roztaczającej się na zewnątrz nocy.

- Oj... No tak. - westchnął dziadek czerwieniejąc - Basen już nie będzie potrzebny.

Nim opuścił okolice szpitala zdążył wyrzucić fartuch i stetoskop, a po kilku minutach biegu był już w bezpiecznej odległości. Zdobyczny dokument ściskał w ręku. Będzie musiał zastanowić się co dalej. Potrzebuje spokojnego miejsca, w którym przestudiuje jego treść.

Dzielnica, w której się teraz znajdował powoli budziła się nocnym życiem. Zbliżał się do centrum. Ulice były tu lepiej oświetlone. Więcej było sklepów, knajp i punktów usługowych. Ruch nie był duży, ale tłum zgęstniał wystarczająco by się w nim ukryć.

Przy odrobinie szczęścia jego strój nie będzie przypominał pogrzebowego fraka, a raczej normalny garnitur jednego z pracowników kancelarii lub urzędu. W słabym świetle nie będzie widać tych wszystkich rozdarć i przybrudzeń. Upewnił się, że rozpiął guzik spinający kołnierz i wygładził nieco mankiety koszuli. Jego krawat utracił swoją błękitną barwę na rzecz szarości kurzu i tłustych plam potu. Ściągnął go więc chowając do kieszeni.

Doszedł do miejsca, w którym zaczynał się ruchomy chodnik. Z wdzięcznością wstąpił na chropowatą powierzchnię, a ta ożyła gdy tylko postawił na niej stopę. Mógł teraz iść spokojnym krokiem, podczas gdy okoliczne domy jakby zerwały się do biegu, niemal migocząc gdy je mijał. Im szybciej znajdzie się w innej dzielnicy tym lepiej. A naprawdę nie miał ochoty na bieganie. Po wydarzeniach dzisiejszego dnia zmęczone mięśnie zaczynały dawać o sobie znać.

Podróżował tak jakiś czas, mijając innych przechodniów oraz rozświetlone mandalami witryny sklepów. Te z biżuterią oferowały liczne kamienie patronujące, wisiorki z ametystem lub krwawnikiem, pierścienie atlantów, diademy z inkrustowanymi diamentem, zwierzętami symbolizującymi duchowych przewodników. Na mijanych drzwiach 24 godzinnej apteki wisiała tabliczka informująca o dodatkowej zniżce na preparat mumio dla osób o zwiększonej podatności na dokuczliwe choroby oraz o nowej dostawie suszonych żab amazońskich i promocyjnych pakietów gałek ocznych warana. Chodnik powoli zwolnił, zatrzymując się przed skrzyżowaniem, w miejscu przejścia dla pieszych.

Po drugiej stronie ulicy stał niewielki blaszany pawilon z dużym, różowo-niebieskim neonem przedstawiającym swastykę. Knajpa nazywała się "Szczęście i Pomyślność". Uznając to za dobry omen, przeszedł przez ulicę wkraczając do przyjemnie oświetlonego lokalu. Zajął miejsce w boksie przy oknie i zamówił u kelnerki yerba mate.

Dziękował bogom, że zostało mu jeszcze kilka monet reszty za bilet po porannej podróży do pracy. W lokalu było niewielu klientów. Mógł w końcu spokojnie zapoznać się z dokumentem. Rozłożył kartkę na stole i z wielką uwagą przeczytał jej treść. W zasadzie jego astrologiczna wiedza ograniczała się tylko do pewnych podstawowych faktów wyniesionych ze szkoły. Potrafił określić charakter i cechy osobowości na podstawie wszystkich znaków zodiaku. Potrafił też przełożyć datę swoich narodzin na kalendarz chiński, celtycki, ale to wiedział też każdy siedmiolatek. Pozostałe wykresy oraz szczegółowe wyliczenia liczbowe były już jednak ponad jego siły.

Ubrana w biały fartuszek kelnerka przyniosła zamówiony napój, więc popijając wolno upstrzony zieleniną płyn, zapatrzył się na ręczny dopisek "Krzyż południa". Co to mogło znaczyć? Na samym dole widniał jeszcze kolejny, drobny tym razem napis, "patrz druga strona". Obrócił kartkę ale nie było na niej żadnej treści. Jedyne co zauważył, a co umknęło jego uwadze wcześniej, był spinacz do papieru przytrzymujący wydarty kawałek kolejnej strony. A więc było coś jeszcze? Nie przypominał sobie żeby to on rozerwał dokument. Musiał to zrobić ktoś wcześniej. Ale po co? Żeby ukryć informację? Co takiego mogło się tam znajdować? Sącząc herbatę przez długą bombillę zamyślił się.

***

Wieści szybko się rozchodziły. Zwłaszcza jeśli pracowało się w Agenturze Nadzoru. Już w pół godziny po dziwnym incydencie, budynek otoczony został szczelnym kordonem zbrojnych, a w środku prowadzono dokładne śledztwo.

- A co tutaj mamy? - zapytał Lavarosa siedząc na skórzanym fotelu ordynatora szpitala im. Michel de Nostredame.

- Przesłuchaliśmy archiwistkę i wszystkie osoby, które zetknęły się z podejrzanym. Analizując jego obecność w archiwum. To teczka, którą przeglądał - odparła Negra, podając mu plik kartek.

- To, w jaki sposób zbieg opuścił dzielnicę robotniczą i znalazł się tutaj, pozostawię bez komentarza. - powiedział agent rozkładając przed sobą dokumenty. Negra wzdrygnęła się lekko.

- Chcę mieć jeszcze podgląd z kamer w korytarzach - dodał po chwili.

- Tak jest panie pułkowniku! - zasalutowała porucznik nim wyszła z gabinetu.

Agent pochylił się nad papierami i zatonął w lekturze. Większość z tych informacji pozyskał z systemu już dużo wcześniej.

- Po co ci była ta teczka, Raventry ?

Kiedy powróciła porucznik, miała przy sobie pełen zapis ze wszystkich interesujących kamer w obiekcie. Wziął od niej komputer i wyświetlił sobie scenę w której figurant przeglądając zawartość teczki wyciąga z niej kartę, a potem chowa za pazuchę. W pewnym momencie zatrzymał film i dał zbliżenie na twarz.

- Ha... szukasz odpowiedzi. - mruknął.

- Coraz bardziej podoba mi się ten chłopak. - stwierdził w obecności nieco obojętnej na ten fakt porucznik.

- Przyprowadźcie do mnie ordynatora. - zakomenderował.

Po kilku minutach ściągnięto starszego pana w okrągłych okularach o przyprószonej siwizną czuprynie, który z właściwą dla swojego wieku dozą spokoju czekał stojąc przed oficerem.

- Panie ordynatorze. Najwyraźniej poszukiwana przez nas osoba szukała czegoś w waszym archiwum. Z dostarczonych mi dokumentów wynika, że zabrał ze sobą kartę urodzenia. Czy istnieje jakaś szansa, że macie gdzieś kopię, lub inne dokumenty pozwalające mi zweryfikować ich treść?

- Hmm - zamyślił się lekarz - oczywiście, przecież nie trzymamy wszystkiego w wersji papierowej. Po co, skoro informacje są na bieżąco wprowadzane do systemu informatycznego jako kopie zapasowe.

- Naprawdę? - uniósł brew oficer.

- Ależ oczywiście! - prychnął ordynator - Podręczne archiwum papierowe stanowi tylko źródło. Natomiast wszystkie dokumenty są na bieżąco skanowane i wprowadzane do systemu na wypadek pożaru lub innych awarii. Z uwagi jednak na możliwe nadużycia i dyrektywy rządowe, dostęp do nich mają tylko uprawnione osoby. Szefowie oddziałów, ordynatorzy oraz ich zastępcy. Jest to archiwum odrębne od tego z podstawowymi informacjami o przebytych chorobach i karcie urodzenia. Bardziej pełne. Wie pan,

ustawa o ochronie danych osobowych...

- Ach, no tak. Ustawa... - uśmiechnął się Lavarosa wygodnie rozpierając się na fotelu.

- Czy mógłbym zerknąć w te archiwa?

- Myślę, że ... - zawahał się ordynator ale widząc nieznoszący sprzeciwu wzrok agenta dodał - ... nie będzie najmniejszego problemu.

- Dobrze. - Przytaknął oficer masując brodę w zamyśleniu.

***

Rozejrzał się. Barwne neony reklam horoskopów i tarocistów rozbijały skupienie na drobne elementy.

- Dobrze – zastanowił się Katias. - Potrzebna mi osoba która pomoże zinterpretować znalezione w kartotece informacje.

Pogrążona w nocy ulica prezentowała się pełną ofertą w fosforyzujących barwach. Nie mógł wybrać pierwszego z brzegu neonu. Prawdziwości interpretacji to było to o co mu chodziło. A nie jakiś tam bełkot, pustosłowie pozytywnych interpretacjach które z rzeczywistością nie miały nic wspólnego. To jego plan. Szedł długo ulicą, omijając ruchomy chodnik, patrzył w witryny. Wszędzie hologramy i pretensjonalne zachęty dla ludzi niepewnych swojej przyszłości. Jedna trzecia pensji i tarocista zapewni cię o życiu pełnym sukcesów, zwieńczonych awansem na najwyższe stanowiska rządowe. Bzdura.

Najcenniejsi wróżbici, ci z powołania, często wiedli nader skromne życie, ponieważ ich przepowiednie nie zawsze były pozytywne, a wręcz mówiły o długich latach, a być może i całym życiu, ciężkich wyzwań którym nie każdy podoła. Niemniej, tak jak w przypadku lekarzy i ich przysięgi Hipokratesa, znajdowali się jasnowidze obdarzeni nie tylko darem dalekowidztwa, ale także sumieniem.

Zamyślił się. Zazwyczaj każdy dobrze opłacany wróż wykupywał topowe nagłówki lub fragment strony w lokalnych gazetach. Pozostałym zostawały dolne kolumny. Wrzucając grosz do ulicznej skrzynki gazetowej sięgnął po najnowsze wydanie Dziennika Ezoterycznego. Rozkładając numer na pół, pogrążył się w lekturze. Polityka, sytuacja w biznesie, sport, to odrzucił na bok. Ogłoszenia z pozoru miałkie, miały jednak w sobie pewną dozę informacji. Najważniejsze było właściwe ich zinterpretowanie. Coś o tym wiedział. Kiedy był jeszcze smarkaczem, wielu jego kolegów traciło sporo czasu i pieniędzy wertując gazety w poszukiwaniu dobrych wróżb na najbliższą przyszłość. Największym zainteresowaniem cieszyły się przepowiednie dotyczące treści pytań z nadchodzących egzaminów.

Na piątej stronie ogłoszeniowej dostrzegł wreszcie to, czego szukał. Krótkie, skromne ogłoszenie. Informowało:

"XYZ - 99% gwarancji w spełnieniu przepowiedni, tylko prawda, przyjdź i się przekonaj. Wróżka Agata".

Poniżej podano telefon i adres. Nazwa ulicy była jednak rozmazana. Mógł ją przeczytać dopiero po opłaceniu treści swoją kartą. Opłata była minimalna. Jaka by nie była, nie był w stanie tego zrobić ponieważ wszystkie użyte karty świadczyłyby o aktualnej lokalizacji użytkownika. To jest, gdyby jeszcze działały. Przecież system bankowy pewnie anulował je automatycznie kilka godzin temu. Miał za to parę luźnych monet. Po paru minutach błądzenia po okolicy, w końcu odszukał jeden z zupełnie staroświeckich aparatów ulicznych. Zachowano je jako funkcjonalne zabytki. Przyjmowały drobne. Wrzucił jedną i zadzwonił pod wskazany numer. Miły, ciepły kobiecy głos poinformował go, że wróżka Agata nie może w tej chwili podejść do aparatu ale klienci mile widziani są w jej biurze przy ulicy Tyrezjasza 10. Godziny przyjęć nie regulowane.

- To już coś - pomyślał Katias. Podszedł do stojącego obok terminala podróżniczego sprawdzając adres. Biuro znajdowało się raptem kilka przecznic od miejsca w którym się znajdował. Zapisał sobie trasę na pobranej z pobliskiego baru serwetce i udał się we wskazanym kierunku.

Kiedy dotarł na miejsce, była późna noc. Jego ograniczone fundusze i raczej trudna sytuacja wymagała inwencji przy jednoczesnym zachowaniu dyskrecji. Miał nadzieję, że wróżka, niezależnie od udzielonych informacji, da mu choć kilka minut wytchnienia. Chociaż tyle.

Jadąc ruchomym chodnikiem zapatrzył się w mijane reklamy. Omni cola, God Chicken, Ezobeer, wszystkie produkty atakowały go swoją holograficzną emanacją. Zignorował je po raz kolejny zastanawiając się nad sytuacją.

***

Stał przed frontem jednego z wypełniających całą ulicę segmentów. Niski, raptem piętrowy, drewniany domek. Deski elewacji pamiętały lepsze czasy, niemniej nad drzwiami, wisiał pięknie odmalowany szyld. Śpiący czarny kot, owinięty wokół szklanej kuli. Jednoznaczna informacja, że dobrze trafił.

Przez brudne okna, niewiele dało się zobaczyć. Widział jednak palące się gdzieś w głębi światło. Miał nadzieję, że wróżka jeszcze nie śpij.

- No nic, raz kozie śmierć – pocieszył się starym porzekadłem, chociaż zaraz potem sklął się w myślach za tę frazę. Zastukał głośno ale nie natarczywie. Nie chciał nikogo wystraszyć. To raz. Nie miał też zaufania do pokrytych odchodzącą białą farbą drzwi. To dwa.

Przez chwilę panowała cisza po czym do jego uszu doszedł dźwięk szurających kapci.

- Kto tam? - zapytał zlękniony głosik.

- Dobry wieczór. Nazywam się... Katias Raventry. Bardzo przepraszam za to późne najście, ale sprawa jest bardzo pilna. Potrzebuję natychmiastowej konsultacji.

- Oszalał pan? Wie pan która jest godzina? Proszę przyjść jutro rano! - głosik przestał być bojaźliwy.

- Oczywiście, jeszcze raz przepraszam, ale nie mam innego wyjścia. To sprawa życia i śmierci.

- Co za absurd! Każdy tak mówi!

- Bardzo panią proszę... - musiał prędko wymyślić jakiś fortel – Została mi pani polecona jako jedyna nadzieja. Tylko pani może mi pomóc - pochlebstwa rzadko mogą zaszkodzić. Szkoda, że kłamliwe. Zresztą w tym momencie była to jego ostatnia deska ratunku.

Usłyszał dźwięk przekręcanego w zamku klucza, a po chwili drzwi uchyliły się skrzekliwie. Przez powstałą szparę ostrożnie wyjrzała okrągła twarz nosząca ogromnej wielkości okulary.

- No skoro tak... - mruknęła, przypatrując mu się bystrze.

- W pani jedyny ratunek! - widząc skuteczność obranej taktyki brnął dalej. Musiał ją przekonać.

- Przyszedłbym kiedy indziej, ale widzi pani... ja... jestem mukiem.

- O – zdziwiła się – o – powtórzyła.

Drzwi zamknęły się z trzaskiem.

To już koniec. Trafiłem na jedną z tych osób które alergicznie reagują na kontakt z młodo umierającymi. Mylił się jednak. Usłyszał dźwięk opadającego łańcucha i drzwi otworzyły się szeroko.

- W takim razie zapraszam – powiedziała z uśmiechem wróżka Agata.

Zdumiał się. Założył, że spotka zasuszoną staruszkę. W starym podartym szlafroku, śmierdzącym kocim moczem i papierosami. Stanem uzębienia w zaawansowanej paradontozie i obowiązkową kurzajką na nosie. W tym obrazie nie tylko wiek się nie zgadzał. Dziewczyna była młoda, niewiele starsza od niego. Nieco potargana, ale o sympatycznej twarzy. Chociaż miała coś na nosie, co w ciągu najbliższych lat mogło rozwinąć się obiecująco. Ale cóż, taki fach.

Ukłonił się i śmiało wszedł do środka. Wróżka zaryglowała za nim drzwi, a później, szurając różowymi papuciami poprowadziła do salonu. Miała na sobie – na szczęście czysty - szlafrok frote w tym samym kolorze który teraz nerwowo poprawiała na sobie jednocześnie próbując ugładzić potargane włosy. Na niewiele się to zdało.

Usiadł na wskazanym fotelu, a ona zajęła miejsce na kanapie naprzeciwko. Na dywanie między nimi stał niski stolik, z którego jednym zamaszystym ruchem ściągnęła rozłożone pisma ezoteryczne. Czarny kot wskoczył jej zaraz na nogi układając się wygodnie na podołku.

- Przepraszam... ja... nie spodziewałam się już nikogo dzisiaj – powiedziała odruchowo głaszcząc zielonookiego kotka po łebku. Zwierze zamruczało przymilnie bacznie obserwując gościa.

Przytaknął tylko. Sam nie był w najlepszej formie i czuł się podobnie skrępowany.

- Z czym pan do mnie przychodzi panie Raventry? Co jest tak bardzo pilne, żeby mnie zrywać w środku nocy sprzed te... – zastanowiła się – sprzed talii kart?

Westchnął głęboko. Przyszedł czas na szczerość.

- Mam pewien problem... widzi pani. Wydaje mi się, że nastąpiła pomyłka i moja karta urodzenia nie jest zgodna z prawdą. Chciałbym żeby pani to zbadała.

- Jak to? - uniosła brew - Karty urodzenia są niepodważalne. Nie zdarza się żeby kłamały. Owszem, pewne przeinaczenia czy nieścisłości czasem się zdarzą, ale poza tym, to prawdziwe dzieło sztuki. Ma pan ją przy sobie?

- Tak, oczywiście, już... oto ona. - wręczył jej wymięty, tekturowy pakunek.

- Ach, świetnie. Proszę położyć na blacie.

Katias posłusznie wykonał polecenie. Wróżka pochwyciła zawiązaną na supełek teczkę. Delikatnie rozwiązała i otworzyła okładkę. Powertowała chwilę w jej zawartości nim wybrała interesujące ją fragmenty, zatapiając się w lekturze. Bezwiednie wysunęła koniuszek języka, wodząc palcem linijka po linijce. Musiał przyznać, że czytała bardzo dokładnie. I długo.

Po skończeniu poprosiła o pokazanie dłoni. Nie wspomniała nic o dacie śmierci. Musiała przecież przeczytać, że jeśli jest tym, za kogo się podaje, nie powinien już żyć. Zawodowa ciekawość zwyciężyła. W końcu nie zapytała go nawet czy będzie w stanie zapłacić za te konsultacje.

Długo ją studiowała, wodząc palcami po wszelkich załamaniach i liniach. W końcu przemówiła.

- Czy... zauważył Pan jakieś niezwykłe zdarzenia w swoim życiu w ostatnim czasie?

- Tak - odpowiedział Katias tłumiąc parsknięcie.

- Rozumiem. Czy miały one charakter związany ze śmiercią?

Katias potwierdził. - Co za zdumiewające zdolności – westchnął w duchu.

- Hm...... - zastanowiła się wróżka.

- A czy którekolwiek z nich miały.. dojmujące skutki w pana życiu?

- Tak. - odpowiedział oszczędnie, choć gotowała się w nim chęć ujawnienia całej prawdy nim komizm tej sytuacji zupełnie wytrąci go z równowagi. - Trafiłem chyba do największej wyroczni na świecie!

- Rozumiem. - odparła z ociąganiem - …no tak, tak. Ale to przecież oczywiste, prawda? Chciałam się tylko upewnić.

Delikatnie zestawiła kota na ziemię, po czym sięgnęła do kieszeni szlafroka. Najwyraźniej to prawda co mówią, że dobry wróż czy wróżka nigdy nie rozstaje się ze swoją talią. Szybkim ruchem przetasowała karty Tarota i rozdała je na mahoniowym blacie stołu.

Karty przedstawiały fantastyczne scenki, stylizowane na modłę secesyjną. Na jednej z nich średniowieczna wieża waliła się sypiąc kawałkami konstrukcji na wszystkie strony. Na drugiej karcie zdobny w koronę młodzieniec dzierżył berło. Na kolejnej księżniczka roniła rzewne łzy na monety. Potem rzuciła jeszcze kilka, kładąc jedną obok drugiej. Nie zdążył policzyć ile ich było.

Wróżka przełknęła ślinę, pokiwała do siebie nim powiedziała:

- No dobrze. Z tego co widzę, a chyba ciężko byłoby się pomylić, chociaż w zasadzie nie często widuje się takie rzeczy... to znaczy... no, w zasadzie - zająknęła się. Nabrała tchu i spróbowała jeszcze raz.

- Wszystko czego dowiedziałam się z kart i dłoni stoi w całkowitej sprzeczności z tym, co przeczytałam w karcie urodzenia. Jest pan szczęściarzem. Ma pan duży potencjał. Na pewno pracuje pan na odpowiednim stanowisku. Trochę się temu dziwię, pamiętając jak pan przedstawił sytuację na samym początku, ale chyba wiem, o co chodzi. Stracił pan bliskiego przyjaciela. - zrobiła pauzę patrząc mu w oczy.

– To szlachetne, że tak się pan przejmuje - kontynuowała kiedy nie odpowiedział, zdumiony taką diagnozą - Pana kolega zmarł dziś rano. Muk czy nie, to na pewno bardzo dla pana trudne. Ja to rozumiem. Nie traktuję młodo umierających inaczej... no wie pan, niż wszystkich innych. Karty pokazały, że wiele się tego dnia zmieniło. Ale proszę się nie martwić. Wszystko się ułoży.

- Ja nie... to znaczy, to nie... - nie mógł wydobyć z siebie słowa.

- Spokojnie, to przecież nie przestępstwo. Jestem pewna, że pana troska kwalifikuje się jako część tygodniowej żałoby. - próbowała go pocieszyć.

– Niech pan spojrzy – wzięła do ręki jedną z kart – To jest wieża. Tłumacząc bardzo ogólnie, karta ta symbolizuje fałszywe wierzenia albo jak kto woli fałszywe systemy duchowe. Nie chodzi oczywiście o religię, to mamy już dawno za sobą. Mogą to być ogólne wierzenia, albo ideologie. W tym wypadku powiedziałabym, że chodzi o pana. Wierzył pan w coś, co okazało się nieprawdą. Zakładam, że chodzi o pana przyjaciela, o jego gwałtowne odejście. Ja wiem, że czasem nas to zaskakuje, chociaż nie powinno. Przecież wszystko jest przepowiedziane. Musi się pan z tym pogodzić.

Wsłuchał się w jej słowa.

- Dalej, kolejna karta. Przedstawia, jak pan widzi, władcę trzymającego berło. Oznacza autorytet. Kogoś kto panuje nad tłumami. W negatywnym aspekcie, może oznaczać kogoś kto jest w taką osobę ślepo zapatrzony. Dla mnie interpretacja jest jasna. Chciał mi pan wmówić, że ta archiwalna teczka, należy do pana. Jestem innego zdania, zwłaszcza po tym jak przejrzałam pana dłoń. Ma pan przed sobą długie i dostatnie życie. To pan jest autorytetem. Dlatego w tym kontekście, karta ta mówi o powstrzymaniu zwierzęcych instynktów. W tym wypadku jest to pańska rozpacz po stracie przyjaciela. Dopiero kiedy ją pan opanuje, stanie się prawdziwym władcą.

- Co też ona wymyśliła? - pomyślał.

- Tu mamy jeszcze jedną. I jeszcze kilka innych. Arcykapłanka. Przeżyje pan duchowe odrodzenie. Umysł kształtuje wolę. Kierowana ku prawdzie daje oświecenie. Jest jednak jedno „ale”. Mam tutaj dwie karty – wisielec i diabeł. Pierwsza mówi o zawieszeniu. Wahaniu. O zmienności opinii i dążeń. Niech pan nie błądzi. Druga z kolei ostrzega. Triumf fizyczny, w oderwaniu od duchowego nie jest żadnym zwycięstwem. Uwaga na pychę, na bunt.

- Można panu naprawdę wiele zazdrościć, ale musi pan też uważać na to co się dzieje. Niech pan nie popada w stupor. Tak jak mówiłam, niech pan nie wątpi i nie poddaje się instynktom bo to się może źle skończyć. - dała mu chwilę żeby przyswoił przekazaną wiedzę.

- Trafiłam, prawda? Musi być pan dobrze sytuowany - Zapytała niemal dziewczęco zakładając niesforny lok za ucho.

Katias nie tego się spodziewał. Trawił jeszcze usłyszane słowa. Jakoś odechciało mu się dalej przekonywać ją do siebie. Najwyraźniej i tak by nie uwierzyła. Nic z tego co usłyszał nie miało większego sensu. Przecież znał siebie. Wiedział jak wygląda, albo wyglądało jego życie. Wszystko co powiedziała stoi w absolutnej sprzeczności z tym czego doświadczył.

- Muszę pomyśleć – burknął w końcu.

- Może zrobię nam po herbatce i ciasteczku, co? - Mrugnęła porozumiewawczo. Wyszła do kuchni zostawiając go samego w pokoju.

Spakował swoją teczkę po czym chwycił jedną z kart. Okazało się, że to ta z wieżą. Wyciągnął się w fotelu, kładąc głowę na oparciu. Przetarł zmęczoną twarz ręką. Na chwilę zastygnął w tej pozycji wpatrując się w roztrzaskiwane błyskawicą blanki wieży. Zachciało mu się spać.

***

Oficer ślęczał przy mdłym świetle monitora już drugą godzinę. W archiwum było tak wiele informacji, że z trudem można było przez nie przebrnąć, jeśli nie wiedziało się czego szukać. Postukał palcem w klawiaturę. Wydawało się, że przejrzał wszystko, ale nadal nic nie układało się w spójną całość. Co mógł przeoczyć?

Ciche pukanie do drzwi przerwało te rozważania. Podniósł głowę i zaprosił gościa do środka. Postawny kapral pewnym krokiem wkroczył do gabinetu salutując.

- Mamy informacje, o które pan prosił - poinformował.

- Cały zamieniam się w słuch - odchylił się na fotelu.

- Figurant o którego pan pytał został zidentyfikowany jako Vulpen Parandis, wyższy urzędnik Ministerstwa Ezoteryki. Oto jego kartoteka - mówiąc to podał zwierzchnikowi komputer.

Lavarosa przyjął urządzenie. Wpatrzył się w dane.

- To wszystko? - spytał.

- Tak... chociaż, wie pan, ciężko byłoby go zidentyfikować tak szybko gdyby nie to charakterystyczne znamię.

- ... jakie znamię ? - zapytał wczytany w dokumenty Lavarosa.

- A takie tam, coś jak dwie skrzyżowane kreski.

- Co takiego? - pomyślał tylko. Informacja go zmroziła ale to nie powód żeby ulegać emocjom.

- Miał takie znamię?

- Tak, na lewym obojczyku, tutaj obok przedramienia. Jakieś pięć centymetrów średnicy – pokazał rozmiar palcami.

- Hm...Dziękuje. Możesz odejść. Kapral zasalutował sprężyście wychodząc z pokoju.

Pułkownik zadumał się. - Znamię? Zaraz... zaraz... - odnalazł w komputerze zdjęcie umarłego. Zrzucił je na komputer szpitalny, a na drugim monitorze otworzył pełną kartę urodzenia Katiasa Raventrego. Zerkał nerwowo z jednego monitora na drugi, później na trzymane w ręce urządzenie i znowu. Aż znalazł to czego szukał. Elementy układanki trafiły na swoje miejsca.

- Na wszystko w czym moc... ja pierdolę - zaklął, nietypowo dla jego ogłady i charakteru.

- Skontaktować się natychmiast z porucznik Negrą i grupą pościgową! - wrzasnął wypadając z pokoju, robiąc tylko trochę mniej zamieszania niż obudzony wulkan.

- Chcę natychmiast mówić z ordynatorem! Dawać mi go tutaj, w podskokach!

***

- Katias! - wrzaśnięcie nauczycielki i trzask wierzbowej witki o blat ławki wyrwał go z otępiającego pół snu.

- Masz ledwie 12 lat, a nawet bez czytania twojej karty urodzenia wiem, że nic z ciebie nie będzie! - prychnęła Stara Klępa, jak nazywał ją w myślach, odwracając się na pięcie.

- Jak już mówiłam - perorowała dalej przechadzając się po klasie - wiele lat temu mądrzy ludzie, wyrwali nas z objęć desperacji i anarchii. Zwrócili naszą uwagę na to, co przez tysiące lat płynęło w naszych żyłach, na magię. Na to, że wszystko ma swój początek i koniec. Ezoteryka jest łagodna, sprawiedliwa dla wszystkich i nieomylna. To matka wszystkich nauk. Otacza nas swoją cierpliwą i ciepłą opieką. Na tych lekcjach uczymy się o niej, po to, żebyście ją lepiej zrozumieli. Są oczywiście inne przedmioty, które zgłębiają dane jej dziedziny. Wszelkiego rodzaju wróżby których uczycie się na zajęciach techniczno-praktycznych, malowanie i stawianie kart znane z plastyki, zasady Feng Shui na architekturze i emanacje minerałów na geografii. Dlaczego tak się dzieje. Jakieś pomysły ? - rozejrzała się po klasie, po chwili wybierając jedną z uniesionych rączek.

- Tak Ellis? Proszę. - blond włosy chłopczyk wstał z ławki. Jego biały strój informował wszystkich, że cieszyć się będzie długim i raczej prostym życiem.

- Dzieję się tak, bo, ponieważ - tutaj wziął głęboki oddech - Ojcowie Założyciele postanowili uwolnić nas od wszechobecnej anarchii i zepsucia! - uśmiechnął się zadowolony z siebie.

- Noo... tak. To prawda. Ale to jedynie skutek, a nie przyczyna sama w sobie. Ojcowie sięgnęli po to, co już było. Usiądź. Może ktoś inny? - podczas gdy wybierała inne dziecko chłopiec wyraźnie spochmurniał.

- Tak, Bernadetto?

- Magia krąży wśród nas od początku świata, a nawet całego wszechświata. Przepełnia każdy kamień, gałązkę drzewa, każde stworzenie, w tym i ludzi. To ,co głupi ludzie brali kiedyś za boga lub bogów jest czymś takim, czego nie umieli nazwać.- Powiedziała cichym, melodyjnym głosikiem drobna brunetka. Jej strój był błękitny. Miała pełnić w życiu odpowiedzialne zadania.

- Brawo. - pokiwała głową z aprobatą nauczycielka. - Tak właśnie jest. Ludzie od najdawniejszych dni próbowali zaklinać albo prosić tę siłę o pomoc, o ulgę w cierpieniu, o siłę. Nie wiedzieli, jak i gdzie swoje prośby kierować. Dlatego jedni modlili się do słońca, inni do księżyca, jeszcze inni do duchów lasu albo do jakiegoś innego bóstwa. Wymyślali różne nazwy i różne obrzędy. Zdarzało się też tak, że szukając po omacku na coś trafiali. Na jeden składnik, jedno słowo, właściwie zaadresowane spełniało ich życzenia. Nigdy nie trwało to jednak długo. Każda religia w końcu wypierana była przez inną. Nieważne, czy były to setki, czy tysiące lat. A w końcu... no właśnie, co się w końcu stało?

Tym razem dzieci były mniej chętne do odpowiedzi. Może z wyjątkiem pojedynczych, odzianych na błękitno i biało rączek z pierwszych rzędów.

- Może ty? - wskazała na ubranego w brązowy strój chłopaka o kędzierzawych włosach i piegowatej buzi.

Ten spąsowiał tylko schyliwszy głowę.

- Mhm. To może ty? - spytała jego tęgiego kolegę.

- Nooo... yyyyy..., bo... później wszyscy byli już tak mądrzy... że już w nic nie wierzyli.

- O - szczerze zdziwiła się pani - nawet dobrze. Nieźle jak na robotnika.

- Tak, drogie dzieci. Ludzie rozwijali się, wymyślali nowe idee. Rozwijali naukę, technikę, dokonywali coraz to większych odkryć. Z czasem życie stało się tak wygodne, że o niewiele rzeczy musieliśmy prosić. Nauka poszła tak daleko, że istnienie jakiegokolwiek boga było z jednej strony, dla niektórych mało prawdopodobne, a z drugiej, dla całej reszty, zupełnie niepotrzebne i bez znaczenia. Nie w kształcie i formie jaką im wymyślono. Wielkie religie, które rozpanoszyły się po świecie stanowiły w gruncie rzeczy, jedną - taką samą. Tak naprawdę chodziło o politykę, ale ludzie mieli już inne środki, nie potrzebowali więc religii do uprawnia polityki. Tylko historia i pewne rytuały różniły te wierzenie. Zasadnicza esencja była taka sama, lub bardzo podobna. W zasadzie stały się one tylko szkołami filozoficznymi, niczym więcej. Nauka potrafiła dać odpowiedź na wszystko. Każda przyczyna rodziła skutek. Wszystko było absolutnie logiczne. Ale ludziom czegoś brakowało. Czegoś, czego żadna technika czy traktat naukowy nie potrafiły im dać.

Warkot silników krążącego patrolowca AN wyrwał go ze snu. Zerwał się na równe nogi potrącając stolik, a razem z nim stojącą na nim herbacianą zastawę. Filiżanki zadzwoniły. Jedna podskoczyła i roztrącając ciasteczka poleciała na podłogę. Wróżka wyglądała na równie zaskoczoną jak on.

***

- Tutaj Agentura Nadzoru! Jesteś otoczony. Zgodnie z przepisami prawa wzywamy cię do podporządkowania. W przeciwnym wypadku użyjemy wszelkich prawnie przewidzianych środków przymusu bezpośredniego. Wyjdź z rękami uniesionymi do góry. - metalicznie brzmiący przez megafon głos poderwał go z miejsca, a serce zamarło.

- Nie, to niemożliwe ! - myślał próbując wpaść na sposób wydostania się z tej beznadziejnej sytuacji. Już słyszał szum rotorów, a przez na wpół zasłonięte żaluzje wpadało jaskrawe światło szperaczy. Gąsienice transportera terkotały po asfalcie. Zaryzykował szybki rzut okiem przez okno. Grupa agentów właśnie opuszczała wóz bojowy zajmując pozycję wśród zaparkowanych wokół pojazdów na pustej ulicy. Wróżka Agata tylko zapiszczała zsuwając się z fotela pod stół. Wyglądała teraz, łypiąc swoimi brązowymi oczami znad blatu. Rozlana herbata ściekała na dywan. Spojrzał na swoją dłoń. Nadal ściskał w niej kartę z wieżą. Wcisnął ją do kieszeni.

- Czy jest tu tylne wyjście? - zapytał rozglądając się nerwowo po pokoju.

Wróżka wskazała przeciwległą stronę pomieszczenia – T...Tak, przez kuchnię - odpowiedziała drżąco.

Rzucił się w tamtym kierunku. Nie ważne jak go znaleźli, może wróżka doniosła, robiąc ciasteczka, może jego emanacja go zdradziła, może ktoś go widział, jakaś kamera, czytnik. Otworzył drzwi uderzając ramieniem, a wpadając do kuchni roztrzaskał kilka stojących na półkach słoików. Popędził do widocznych teraz tylnych drzwi, niemal tracąc równowagę gdy nadepnął na jakieś czarne przemykające stworzenie, pewnie kota.

Wyskoczył w mroczną, tylną aleję rzucając się do ucieczki. Tylko śmietniki, jakaś para wydobywająca się z kanalizacji i umykające w popłochu szczury, kilka słabo świecących latarni. Roztrącił stojące pod ścianą puste kartony i zaczął biec krętym przesmykiem między budynkami, szerokim tylko na tyle aby minęły się nim dwie osoby. Miał szansę. Nagle gdzieś z góry ktoś krzyknął - Stój!

Uniósł głowę i zobaczył skaczącą w dół postać. Miała na sobie czarny kombinezon z pleksiglasową osłoną na twarzy. Chwycił leżące obok stare krzesło uderzając w lądującego. Osłaniający się ręką agent wydał zdławiony okrzyk bólu nim padł przewracając śmietniki. Katias rzucił się do biegu ale przy następnym rozwidleniu drogę zastąpiło mu dwóch kolejnych, z bronią w rękach. Zatrzymał się jak wryty. Zza ich pleców wyłoniła się kolejna postać. Nieco wyższa, ale nie nosząca maski jak pozostali.

- Tutaj jesteś, malutki - powiedziała z paskudnym uśmiechem czarnoskóra kobieta.

Nie mając lepszego pomysłu, podniósł ręce do góry.

- To ci nie pomoże.- stwierdziła - kończyć go.

Obaj towarzyszący jej żołnierze bez słowa wymierzyli w niego pistolety.

- To koniec - pomyślał. Zerknął jeszcze do tyłu ale już słyszał nadbiegającego żołnierza którego wcześniej powalił. Nie mam szans, nie da się uniknąć śmierci. - A żebyście zdechli! - przemknęło przez jego umysł. Nagle, na granicy słyszalności, powietrze rozdarł pisk, po czym dobiegająca gdzieś z góry niebieska poświata. Otoczyła ich migocząc nim z wyładowaniem napięcia, przepalając nieliczne tutaj żarówki rozpłynęła się w powietrzu. Sypiące się iskry, drobinki szkła zmusiły wszystkich do przysiadu i osłonięcia głów. Chcąc wykorzystać ten moment do ucieczki, podniósł się natychmiast. Tylko po to by nadziać się na lufę pistoletu przystawioną do jego potylicy.

- Klik. Klik. - dosłyszał w absolutnej teraz ciszy. Agenci spojrzeli na siebie z niedowierzaniem. Później na swoją broń. Drugi z nich nacisnął spust w swojej broni - Klik, klik - rozległo się ponownie.

- O naturo! - wyszeptał - Więc to prawda! - nie możecie mnie zabić! Nie możecie! - wykrzyknął.