Pośród żółtych płatków róż - Gabriela Gargaś - ebook
Opis

Czy miłość zwycięża tylko w bajkach?

Życie zaskakuje nas nieustannie, plącząc i tak już zagmatwane ścieżki naszych losów. Czy zawsze udaje się nam dokonać właściwych wyborów? Czy mamy prawo osądzać innych, skoro nigdy nie znajdziemy się na ich miejscu, nie poznamy motywów ich działań? Jedno jest pewne – każdy wybór pociąga za sobą konsekwencje. I te dobre, i te złe. Ideały okazują się fałszywe, miłość nie zawsze zwycięża, a namiętności potrafią doprowadzić nas do zguby. Lecz takie jest życie, każdego z nas z osobna i wszystkich razem. Jednak na szczęście, pośród płatków róż, każdy z nas może odnaleźć szczęście.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 313

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zostań moim przyjacielem. Tylko przyjacielem. Zanim nim zostaniesz to mnie przytul, pocałuj, pokochaj, popieść. Bądź mój, ten ostatni raz.

Życie pisze różne scenariusze, a my nie zawsze dokonujemy właściwych wyborów. Nie mamy prawa osądzać decyzji i moralności innych, bo nigdy nie znaleźliśmy się na ich miejscu, nie wiemy, co nimi kierowało. Czasami nic nie jest takie, jak nam się wydaje. Pamiętajmy, że nawet ci, których uważamy za nieskazitelnie dobrych, popełniają błędy, potykają się. Nie zawsze miłość wygrywa, może tylko w bajkach. Nie zawsze rozum bierze górę nad pożądaniem, a namiętność potrafi być zgubna. Tak często wytykamy ludziom błędy, porażki, a swoich nie zauważamy. Każdy wybór niesie za sobą konsekwencje. Niekiedy dobre, innym razem złe. Po dokonaniu każdej decyzji będziemy się zastanawiać, czy postąpiliśmy słusznie, czy też nie. Czy właściwe jest pozostanie z kimś tylko z przyzwyczajenia? Czy miłość pozamałżeńska zawsze jest zła? Czy rozstanie może przynieść odrodzenie? A może czasami trzeba coś stracić, aby więcej zyskać? Tak to już jest, że w życiu raz się zyskuje, a raz traci. Na nic nie mamy stuprocentowej gwarancji, a tym bardziej na miłość. Taki jest właśnie sens życia.

Przeczytałam kiedyś pewną mądrą myśl: „Każdy w życiu popełnia błędy, ale to nie znaczy, że musi za nie płacić do końca życia. Czasami dobrzy ludzie dokonują złych wyborów, a i to wcale nie oznacza, że są źli. To znaczy, że są ludźmi…”.

Rodzinne spotkania; od czyjegoś ślubu do pogrzebu. – Pomyślała Zuza.

Siedziała przy stoliku z wujkiem Szczepanem – wdowcem, ciocią Zosią – starą panną, kuzynką Joanną i jej mężem Michałem. Jako nastolatki kuzynki miały ze sobą dobry kontakt. Kiedy Joasia wyszła za mąż, a Zuza wyjechała do Warszawy, ich znajomość się urwała. Ostatni raz widziały się trzy lata temu na pogrzebie cioci Miry, żony wujka Szczepana. Wtedy też dowiedziała się, że Asia przeprowadziła się z Krakowa do Warszawy. Miały do siebie całkiem niedaleko, jednak do spotkania nie doszło.

Zebrali się tu, by świętować zamążpójście najmłodszej kuzynki, Malwiny. Dziewczyna miała dwadzieścia trzy lata i święcie wierzyła, że miłość wszystko zwycięży. Natomiast Zuzanna nie cierpiała wesel. Kojarzyły się jej z reklamowaniem związku. W tym dniu wszystko było na pokaz, sztuczne, wręcz banalne. Wymyślne dania, piętrowe torty, przystrojone figurkami młodej pary, suknie do ziemi, orkiestra śpiewająca łamaną angielszczyzną odgrzewane hity do kotleta. A mimo to wszyscy lubili wesela. Może ich urok tkwił właśnie w kiczowatości?

– Gdzie twój chłopak? – Ciocia Zosia wyrwała Zuzę z zamyślenia. – Znów nie przyjechał? – Od pewnego czasu była w związku z Robertem, o czym poinformowała rodzinę. Jednak kilka istotnych faktów zataiła przed bliskimi. Nie wspomniała o jego żonie i dzieciach, ani o tym, że najprawdopodobniej nigdy nie pojawi się z nią na żadnym rodzinnym przyjęciu.

– Nie lubi rodzinnych spędów – powiedziała.

– Nie lubi – przytaknęła ciotka, jakby znała Roberta.

Zuza poczuła, że oblewa ją rumieniec. Nie lubiła kłamać, wydawało jej się, że wszyscy wiedzą, kiedy zmyśla. Niestety sytuacja ją do tego zmusiła. Nagle przypomniała sobie, jak ostatnim razem Robert całował jej szyję. Tę pieszczotę lubiła najbardziej. A potem łapał w usta płatek jednego, a następnie drugiego ucha. Delikatnie dmuchał ciepłym powietrzem po jej skórze, a potem znów łapczywie całował każdy centymetr jej szyi. Całowanie sprawiało, że zawsze miękły jej kolana. Nawet wtedy, kiedy obiecywała sobie, że raz na zawsze skończy tę znajomość. On jednak wiedział, co ma zrobić, by ją przy sobie zatrzymać. Żadne słowa, żadne obietnice nie działały na nią tak jak ta szyjna pieszczota.

– Pewnie myśli, że będzie miała przyklejony uśmiech do twarzy do końca życia. – Z zamyślenia ponownie wyrwał ją głos cioci Zosi.

– Kto tak myśli?

– Nasza Malwinka, panna młoda.

– Może dobrze trafiła? – odpowiedziała Zuza.

– Każda tak myśli na początku, a potem… – Ciotka przerwała, a i Zuza nie miała ochoty na słuchanie wywodów starej panny. Skąd ona może wiedzieć, jak jest potem, skoro była niezamężna i bezdzietna. Lubiła cioteczkę, ale wydawało jej się, że na stare lata stała się zgryźliwa.

– Dziewczynki, a może wpadniecie kiedyś do mnie? – Ciocia zwróciła się do Asi i Zuzy.

– Ciociu, dziewczynkami byłyśmy dwadzieścia lat temu. – Do rozmowy wtrąciła się Joanna.

– Dla mnie zawsze nimi pozostaniecie.

Ciocia Zosia z pewnością byłaby dobrą mamą. Kochała dzieci. Kiedy Asia z Zuzką miały po dziesięć lat, pojechały do cioci na ferie. Za oknem szalała śnieżyca, temperatura na dworze spadła do minus dwudziestu stopni. Ciocia napaliła w kominku. Co chwilę dorzucała opał. Dziewczynki rozebrały się do majtek i koszulek. W gościnnym pokoju zrobiło się bardzo ciepło. Udawały, że jest lato. Z kolorowego papieru powycinały motyle i kwiaty, które taśmą klejącą przykleiły do ścian. Na środku pokoju rozłożyły koc, a ciotka nałożyła lodów do miseczek i polała je drylowanymi wiśniami.

– O każdej porze roku możecie mieć lato – powiedziała.

– Co u was słychać? – Zuza zwróciła się w stronę Michała i Joanny. Starała się sztucznie podtrzymać rozmowę.

– Kupiliśmy nowe mieszkanie. – Joanna uśmiechnęła się. – Apartament. – Podkreśliła.

Michał spuścił głowę. Czuł się zapewne nieswojo. Zuza wiedziała, że Joanna więcej zarabia i to właśnie ona utrzymywała rodzinę. Pensja Michała mogła wystarczyć co najwyżej na zapłacenie rachunków. – Miło nam będzie, jeśli nas odwiedzisz.

– Masz ten sam numer telefonu co trzy lata temu?

– Ten sam. – Zuza wiedziała, że Joanna wcale nie miała ochoty jej zapraszać, sama zresztą nie chciała jej odwiedzać. Ich drogi rozeszły się kilka lat temu i niech tak pozostanie. Zmieniły się, a może po prostu dorosły.

– A ty? – zapytała Joanna.

– Też.

Zuza spojrzała na Joannę, Joanna na Zuzę i uśmiechnęły się do siebie. Może jednej się coś przypomniało, a może druga zobaczyła, że siedząca przed nią kobieta wciąż ma w sobie coś z dziewczynki, którą kiedyś była.

Zuza z Asią były kuzynkami, urodziły się w tym samym roku. Zuza w styczniu, a Joasia na początku sierpnia. Niemal każde wakacje i ferie spędzały razem na wsi u cioci Zosi. Różniły się od siebie zarówno wyglądem, jak i charakterem. Zuzka miała kasztanowe włosy, Aśka rude, które od piętnastego roku życia farbowała na blond. Za pierwszym razem to Zuza zafarbowała jej włosy, właśnie podczas wakacji u cioci Zosi. Wylała na jej głowę pół butelki wody utlenionej. Obie były zachwycone efektami, ciotka już mniej. Kiedy zobaczyła Joannę jako blondynkę, przeżegnała się, po czym zaklęła pod nosem. Chodziły razem do dyskoteki w remizie strażackiej, piły tanie wino, paliły pierwsze papierosy i kochały się w miejscowych chłopakach.

– Pamiętaj, że ta miłość jest tylko na chwilę – Asia ostrzegała Zuzkę, kiedy ta zakochała się w ministrancie. – Nie możesz się tak bardzo zakochać, bo potem będziesz tęskniła za nim cały rok, a kiedy tutaj wrócisz, on już będzie z inną. Zuza nie słuchała kuzynki. Ona nie potrafiła kochać kogoś na pół gwizdka. Jeśli kochała, to całą sobą. Do tej pory zatraca się w uczuciu. Czytały, dużo czytały. Zawsze na werandzie, romanse i kryminały. Ciotka siedziała na bujanym fotelu, wpatrzona w jakiś nieokreślony punkt przed sobą i słuchała tych opowieści. Niekiedy się wzruszała. Czytały na zmianę. Zanurzały się w historie bohaterów, a potem długo o nich dyskutowały. Nie mogły zasnąć, kiedy jakaś książka źle się kończyła.

Lubiły werandę. Stał tam stół, przykryty pożółkłą ceratą w kratę, a na nim zawsze jakieś łakocie i dużo owoców: porzeczki, czereśnie, truskawki, jagody… Talerz z ciastem lub rogalikami też stał i dzbanek lemoniady lub kompotu z wiśni i agrestu. Może właśnie spojrzenie na siebie spowodowało, że wspomnienia wróciły?

– Tak się cieszę, że przyjechałaś – do stolika podeszła ciotka Helenka, mama panny młodej.

– Witaj ciociu – Zuza wstała i przywitała się z ciotką. Po chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przy ich boku zmaterializował się wujek Janusz, który był na lekkim rauszu.

– Zuzka, jak ty wyrosłaś – rzucił. Słysząc te słowa, Zuza pomyślała, że padnie trupem. Nie wiedziała, że po trzydziestce człowiek może jeszcze rosnąć. – Przybyło ci trochę tu i ówdzie.

Zuza uśmiechnęła się niemrawo. Jak ona kochała tego typu komentarze.

– A tobie, wujku, znów trochę włosów ubyło.

– No, co ty mówisz? – Wujek, ewidentnie zmieszany dotknął ręką swojej łysiny.

– A gdzie twój chłopak? – Ciotka Helenka weszła na ulubiony temat wszystkich ciotek.

Znów się zaczyna. Powtórka z rozrywki – pomyślała Zuza.

– Jak widzisz, nie przyjechał.

– Ani razu nie było nam dane, aby go zobaczyć – kontynuowała.

Zuza otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale ciotka już nie miała zamiaru jej słuchać. Zamiast tego zaczęła opowiadać, że jej córka dobrze trafiła, że teściowie wybudują nowożeńcom dom, że Malwinka taka zakochana i że prawdziwa miłość przetrwa wszystkie burze.

– A teraz jeszcze ta obrączka na palcu. – Skończyła opowieść, po czym zlustrowała dłonie Zuzy.

– A jak tam u ciebie? Jest szansa na pierścionek? – Włączył się wujek.

Zuza przełknęła ślinę, po czym z wymuszonym uśmiechem na twarz powiedziała:

– Pierścionka brak, ale i tak jesteśmy szczęśliwi.

– A tam. – Wujek machnął ręką. – Jak go nie przyciśniesz, to ci odfrunie.

– Janusz, nie strasz jej – ciotka Helenka dała kuksańca swojemu mężowi. – Młoda jest jeszcze. A właściwie, Zuza, ile masz lat?

Zuza zaczęła nerwowo przestępować z nogi na nogę. Po cholerę przyjeżdżała na to weselisko?

– Jest sporo starsza od naszej Malwinki – powiedział wujek Janusz.

– Trzydzieści pięć.

– Zuzaaaa! – Ciotka Helenka wypowiedziała jej imię takim tonem, że wydawało się, że wszyscy dookoła patrzą na nią. – To ty się spiesz. Ostatni dzwonek na rodzenie dzieci.

– Ciociu, witaj – z opresji wyratowała Zuzę Joanna.

Zuzka posłała kuzynce spojrzenie, które miało wyrażać podziękowanie.

– Asiu – ciocia nachyliła się ku Asi, aby cmoknąć ją w jeden, a następnie w drugi policzek.

– Co tam u ciebie, kochana? Jak starania o dziecko?

Zuza uśmiechnęła się pod nosem, a kiedy ciotka nie patrzyła, ta przewróciła oczami. Zuzę zawsze zastanawiało, dlaczego na zjazdach rodzinnych niemal każdy z członków rodziny odczuwał brak czyjegoś potomka, partnera czy obrączki na palcu. Dlaczego wszyscy zgromadzeni marzą o tym, byś była w ciąży, a jak minie magiczna trzydziestka, patrzą na ciebie podejrzliwie. Czy to jakiś konkurs, która kuzynka pierwsza powije dziecko? Zuza czasami czuła się tak, jakby biegła z rodziną w jakimś maratonie. Do mety, na której otrzyma kwilącego bobasa.

Joanna i Michał pobrali się po roku znajomości. „Rok to za mało, by poznać drugiego człowieka” – powiedział jej ojciec. Joanny jednak nie interesowały opinie innych ludzi. Miłość to miłość – myślała. Nie wiedziała, że kiedy spadną jej z oczu różowe okulary, nic już nie będzie takie samo. Oczywiście, kochała Michała, ale już teraz wiedziała, że zakochała się w wyobrażeniu, które sobie o nim stworzyła. Naukowcy mają rację, nie powinniśmy zawierać małżeństw w ciągu pierwszych dwóch lat znajomości. On był dla niej facetem ze snów. Stworzyła go sobie od podstaw. Nawet te blond włosy jakoś w jej wyobraźni pociemniały, bo przecież zawsze lubiła brunetów.

Michał pracował w szkole jako nauczyciel matematyki. Początkowo była zachwycona jego profesją, potem jednak zaczął ją irytować fakt, że to ona zarabia więcej od niego. I te ich ciągłe nieporozumienia. Zamiast jasno wyrazić, czego oczekują od związku, oni sobie ciuciali, ochali, achali. Ona stawiała na karierę, a on natychmiast po ślubie chciał rozpocząć starania o dziecko. Ale jak w tych pierwszych miesiącach racjonalnie myśleć, no jak? Kiedy krew się burzy, a ręce dotykają ciała ukochanej osoby, kiedy jedyne, o czym się marzy, to by się całować i robić z ukochaną osobą niestworzone rzeczy. Weszli w ten związek z innymi oczekiwaniami i to był błąd.

– Przypomniała sobie ich wspólną kolację.

– Przysłano rachunek za prąd – powiedział Michał.

– Zapłaciłeś?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo na moim koncie pustki.

Joanna odstawiła na stół półmisek z sałatką.

– No tak, to było do przypuszczenia. – Wydęła usta.

– Masz do mnie żal, że mniej zarabiam?

– Gdybyś był prawdziwym mężczyzną… – Zawiesiła głos.

Podniósł się gwałtownie z krzesła.

– Zapewniłam nam ten dom – Joanna zatoczyła koło ręką.

– Doceniam to.

– Dlaczego nie zmienisz pracy?

– Lubię to, co robię.

– Czy o to w życiu chodzi?

– A o co?

– O godne życie, a nie od pierwszego do pierwszego.

– Dużo osób tak żyje i są szczęśliwi.

– Pewnie mi zaraz powiesz, że pieniądze szczęścia nie dają.

– Bo to prawda.

– A co je daje?

– Miłość.

Joanna wybuchnęła śmiechem.

– Miłość – powtórzyła. – Dziś jest, jutro jej nie ma.

Zuza nigdy nie rozumiała ludzi, którzy byli od czegoś lub kogoś zależni. Dla mnie to absurd, powtarzała sobie. Tylko głupcy się uzależniają. Stała się głupią kobietą, uzależnioną od swojego kochanka. Kiedy go długo nie widziała, wariowała z tęsknoty, z braku miłości, rozmowy, dotyku. Do czego może doprowadzić miłość do żonatego mężczyzny? Tylko do zguby.

Stała przed lustrem i patrzyła z politowaniem na swoją poszarzałą twarz i podkrążone oczy.

– Istnieją ludzie i rzeczy, którym nie można się oprzeć – powiedziała do swojego odbicia.

Była godzina dziewiętnasta, pozostali pracownicy opuścili już biuro. Zuza zdjęła majtki i schowała je do torebki. Pociągnęła usta szminką w kolorze krwistej czerwieni. W obcisłej spódniczce i dopasowanej marynarce, pod którą była naga, stanęła przed drzwiami gabinetu Roberta. Zapukała. Nie czekała na odpowiedź, tylko z impetem otworzyła drzwi. Siedział za biurkiem. Kiedy ją zobaczył, poluzował krawat. Oparła się rękami o fotel, jedną nogę uniosła do góry, a wtedy jego oczom ukazała się koronka pończoch.

– Jest pani umówiona? – Spytał niskim głosem, po czym wstał zza biurka.

– Mnie przyjmuje się zawsze.

Chwycił ją za nadgarstki i zatopił usta w jej ustach. Po chwili jego ręka wędrowała już pod bluzką.

– Czy w twoim gabinecie są kamery? – zapytała.

– A kręciłoby cię, gdyby były? – Uśmiechnął się.

– Pewnie. – Zaśmiała się.

– Nie ma.

Znów ją całował, rozpiął zamek w spódniczce…

Był namiętnym kochankiem, marzyła o takim całe życie. Dbał, by było jej dobrze. Kiedy skończył, nie przestawał całować, wodził palcami po jej kręgosłupie, szeptał do ucha komplementy. Wierzyła w każde jego słowo. Mówił, że jest piękna, jedyna, wyjątkowa. Przez kilka chwil miała go dla siebie. Robert spojrzał na zegar i zerwał się na równe nogi.

– Muszę zadzwonić do żony – powiedział.

– Mam wyjść?

Wzruszył ramionami.

Ubrała się i bez słowa wyszła. Rozpłakała się, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi. Czego się spodziewała?

Wszystkiego, tylko nie tego, że zaraz „po” będzie dzwonił do żony.

– Dlaczego nie wynajmiesz pokoju w hotelu? – pytała Roberta.

– Nie dojechałbym z tobą do hotelu. Tak bardzo mnie podniecasz – odpowiadał.

Kochali się w salach konferencyjnych, w jego gabinecie, a nawet w toalecie. Zrobili to nawet w jego srebrnym mercedesie. Robertowi tak się spodobało, że najczęściej kochali się w aucie.

Po każdym spotkaniu obiecywała sobie, że skończy tę znajomość. Każdego wieczoru przed pójściem do łóżka składała obietnicę, że następnego dnia to zrobi. Jaka kobieta odbiera męża drugiej kobiecie? Ojca dzieciom? No właśnie, jaka? I kiedy już była gotowa na rozstanie, on wysyłał jej esemesa: Kocham cię. Ona też go kochała i dlatego trwała w tym chorym układzie. Jej miłość do żonatego mężczyzny nie była żadnym usprawiedliwieniem.

Joanna lubiła firmowe przyjęcia. Szczególnie rauty, w których brali udział dyrektorzy i menedżerowie. Wiedziała, że Michał nie lubi tych wystawnych przyjęć, mimo to zawsze jej towarzyszył.

– Związek jest sztuką kompromisów – powiedział, wiążąc krawat.

– Naprawdę tak sądzisz?

– Jestem o tym święcie przekonany.

Odwrócił się w jej stronę i zaniemówił. Błękitna, dopasowana sukienka opinała zgrabne ciało Joanny.

– Wyglądasz pięknie – wyszeptał.

– Ty również wyglądasz niczego sobie – Asia podeszła do męża i położyła dłoń na jego ramieniu. Przez dłuższą chwilę wpatrywali się w swoje lustrzane odbicie.

Zastanawiała się, czy on czasami nie chciałby, aby była kimś innym. Na przykład nauczycielką, sprzedawczynią, brunetką z parteru? Ona czasami marzyła, by mieć u boku kogoś innego. To chyba normalne, że ma takie myśli. Ludzie o długim stażu małżeńskim na pewno nie raz tak myśleli.

Sala, w której odbywało się przyjęcie, była udekorowana, co najmniej jak na wesele. Tonęła w blasku świec i bieli kwiatów. Usiedli przy stole. Michał czuł się skrępowany, za to Joanna brylowała w towarzystwie. Po kilku minutach Michał wiedział wszystko o dystyngowanych panach, a przede wszystkim o wysokich stanowiskach, jakie piastują w firmach.

– W jakiej branży pracujesz? – zapytał Michała facet w idealnie skrojonym garniturze, o przerzedzonych na skroniach włosach.

Joanna zaczęła kaszleć. To był dla niego znak, aby nie wspominał o swojej pracy.

– Poproszę wodę – powiedziała między jednym a drugim kaszlnięciem. Wysoka blondynka podała Asi szklankę. Ta skinęła głową. Uśmiechnęła się, dziękując za wybawienie z kłopotliwej sytuacji.

– A więc? – Nie dawał za wygraną gajer. – Gdzie pracujesz?

– W szkole.

Wszystkie oczy zwróciły się na niego.

– Jesteś dyrektorem?

– Nie, nauczycielem matematyki.

– Ma znakomite podejście do młodzieży – powiedziała Asia i objęła męża. Michał doskonale zdawał sobie sprawę, jak wiele ją to kosztuje, choć uśmiech nie schodził z jej twarzy.

W drodze do domu między małżonkami można było wyczuć napięcie.

– Jedzenie było pyszne – Michał starał się rozproszyć zły nastrój żony.

– Musiałeś powiedzieć, że jesteś nauczycielem?

– A co w tym złego?

Wzruszyła ramionami.

– Miałem kłamać?

– Tak byłoby lepiej.

Spiorunował żonę wzrokiem, ale się nie odezwał. Wiedział, że cokolwiek powie, sprowokuje kłótnię. Michał uczył matematyki w liceum ogólnokształcącym od dziesięciu lat. Był lubiany przez uczniów. Zawsze uśmiechnięty, życzliwy młody nauczyciel, który czasami był kimś więcej niż kumplem. Wyrozumiały, ale stanowczy. Nie zadawał prac domowych, ale chciał, by na jego lekcjach uczniowie maksymalnie się skupili i zaangażowali. Był belfrem, do którego uczniowie mogli zwrócić się o pomoc. Mówiono o nim „nauczyciel z powołania”.

– Zmieniłaś się – zacisnął ręce na kierownicy.

– Co masz na myśli?

– Dla ciebie liczy się tylko praca.

– Lubię swoją pracę.

– Wydaje mi się, że bardziej ode mnie.

Nic nie odpowiedziała. Oczywiście kochała Michała i nie wyobrażała sobie życia bez niego, ale mieli inne podejście do otaczającej ich rzeczywistości, a ostatnio również rozbieżne cele. Poza tym wszyscy jej znajomi zajmowali wysokie stanowiska, a Michał był tylko nauczycielem.

Robert wstał z łóżka i pospiesznie zaczął wkładać koszulę. Zuza również wstała i oparła się o blat stołu. Rozmarzonymi oczami patrzyła na kochanka. Nie cierpiała tych chwil, kiedy musieli się rozstać.

– Zostań jeszcze chwilkę – powiedziała niemal błagalnym tonem, którego u siebie nie lubiła. Twarz mężczyzny, jak zawsze, spochmurniała na te słowa.

– Nie mogę.

– Nie tego się spodziewałam.

Palce Roberta na chwilę znieruchomiały.

– Zuza, czego się spodziewałaś?

– Sama nie wiem.

– Spotykamy się, kiedy tylko mogę.

– Tak, ale nie w weekendy. Chciałabym budzić się przy tobie, robić ci śniadanie.

– Prasować koszule? – Spojrzał na nią tymi swoimi ciemnymi oczami.

– Prasować koszule.

– To wszystko robi się z żoną, a żonę już mam.

Zuza usiadła z powrotem na łóżku. Zaczęła szybko mrugać powiekami, bo chciało jej się płakać.

– Wiem, że masz żonę. Ale do czego ja ci jestem potrzebna?

Do zajebistego seksu – pomyślał Robert.

– Lubię się z tobą śmiać, lubię z tobą przebywać, a przede wszystkim rozmawiać – powiedział głośno.

– Z żoną nie rozmawiasz? – zapytała.

– Mijamy się. Jest tak zmęczona, że czasami nie ma ochoty, by ze mną porozmawiać – Robert wzdrygnął się, myśląc o nieuczciwości wobec żony.

Zuza uśmiechnęła się do niego. A więc jednak jest dla niego kimś ważnym. Psychologowie, terapeuci trąbią teraz o tym, jak ważna jest rozmowa dwojga bliskich sobie osób. Czyli skoro ona jest dobrą słuchaczką i rozmówczynią…

– Zawiążesz mi krawat? – Przerwał jej rozmyślania.

– Tak. – Wstała i podeszła do niego. Była kompletnie naga. Wiedziała, jak bardzo go pociąga. – Bardzo się spieszysz? – szepnęła mu do ucha.

– Chyba nie tak bardzo – wyszeptał, po czym oboje padli na łóżko.

Kiedy Zuza myślała, że ich związek był w największym rozkwicie, kiedy dryfowała wśród chmur, Robert zazwyczaj wszystko psuł swoim milczeniem. Mieli umowę, że ona pierwsza do niego nie dzwoni, ani nie pisze. Następnego dnia po upojnym spotkaniu czekała na wiadomość od niego, on jednak nie dawał znaku życia. Robił tak dość często. Po udanym seksie zapadał się pod ziemię na kilka dni. Dzwonił, kiedy miał ochotę. Czyniła mu wyrzuty, że się nie odzywał, a on tłumaczył się zapracowaniem. Oczywiście, nie mogła od niego oczekiwać, by był tylko do jej dyspozycji, ale, do cholery jasnej, mógł następnego dnia zapytać, czy u niej wszystko w porządku. Zamiast tego milczał. Tak było i tym razem. W poniedziałek nie było go w biurze, we wtorek siedział zamknięty w swoim gabinecie, a w środę spędzał czas na ważnym spotkaniu u kontrahenta. I w ciągu trzech dni nie znalazł ani chwilki, by skrobnąć do niej słówko. Była na niego wściekła, a do siebie poczuła silną odrazę.

Postanowiła na kilka dni wykreślić Roberta ze swojego życia. Jeśli się do niej odezwie, nie odbierze telefonu, nie odpisze też na żadnego esemesa, choćby nie wiem, jak bardzo ją kusiło. Związek z nim sprawiał jej więcej cierpienia niż radości. Ponoć wszystkie tego typu historie źle się kończą. Oczywiście słyszała o złamanych niewieścich sercach, ale chciała, by jej historia miała inne zakończenie.

Teraz, kiedy odsunie się od kochanka, przekona się, jak mu na niej zależy. Jeśli faktycznie ją kocha, będzie o nią walczył.

Wzięła zaległy urlop i na tydzień pojechała do cioci Zosi. Nie miała przyjaciółki, ani żadnych bliskich znajomych, dlatego postanowiła spędzić ten czas z ciotką. Kiedy ta dowiedziała się, że Zuza do niej przyjedzie, zapiszczała z zachwytu niczym nastolatka. Zuza stwierdziła, że ciocia musi czuć się samotna, skoro tak bardzo cieszy się z przyjazdu siostrzenicy.

– Przynajmniej coś nas łączy – powiedziała na głos.

Zuza prowadziła samochód dość wolno, co chwilę zerkając na mapę, którą rozłożyła na siedzeniu pasażera. Nie pamiętała drogi. Ostatni raz była u cioci, kiedy miała osiemnaście lat. Wtedy po raz pierwszy była u niej bez Asi. Dwa tygodnie spędzone tylko w towarzystwie cioci strasznie się dłużyły. Nie miała towarzystwa do wspólnych wygłupów. Od tamtej pory przestała przyjeżdżać do cioci, a kontakt z Asią się urwał. Spotykały się tylko na rodzinnych zjazdach. Zuzie wydawało się, że jedzie zgodnie z mapą, jednak, kiedy po raz kolejny minęła staw rybny, zwątpiła. Zjechała na pobocze. Ponownie spróbowała uruchomić GPS. Nie działał. W pewnej chwili obok niej zatrzymał się stary nissan. Opuściła szybę, kiedy mężczyzna wysiadł z auta.

– Wszystko u panienki w porządku?

Uśmiechnęła się do wąsatego, starszego mężczyzny.

– Chyba się zgubiłam.

– A gdzie chce panienka dojechać? – zapytał wąsacz. Dlaczego zakładał, że jest panienką, a nie szczęśliwą mężatką, panią domu?

– Do Michałowic.

– Nie zgubiła się panienka, tylko niepotrzebnie zatrzymała. Proszę jechać prosto.

– A nie w prawo? – Uniosła brwi.

– Jeśli skręci panienka w prawo, to będzie jeździła w kółko. Wyjedzie panienka dokładnie w tym samym miejscu, gdzie teraz stoi.

Znów się uśmiechnęła. A więc tu był haczyk.

– Dziękuję panu za pomoc.

Skłonił się.

– Do usług.

Przekręciła kluczyk w stacyjce i ruszyła. Po kilku minutach dotarła do miasteczka. Widok Michałowic obudził w niej przyjemne wspomnienia z dzieciństwa. Praktycznie nic się tu nie zmieniło, za wyjątkiem odrestaurowanych, starych kamienic. W centrum stała zabytkowa dzwonnica i drewniany kościółek. Obok były pasmanteria i cukiernia. To tutaj piekli najlepsze jagodzianki, jakie kiedykolwiek Zuza jadła. I sękacz. Sękacz też był wyśmienity i zawsze świeży. Już teraz wiedziała, dokąd jechać. Przy placu zabaw skręciła w lewo. Ciocia mieszkała na obrzeżach miasteczka. A dokładnie, jakieś pięćset metrów za tablicą z napisem „Michałowice”. Minęła las, za którym rozciągało się jezioro. Opuściła szybę i wciągnęła głęboko powietrze. Lubiła to miejsce. Kilka razy przyjechała tutaj jesienią. Wtedy było jeszcze piękniej. Drzewa w lesie pokryte były kolorowymi liśćmi: czerwonymi, brunatnymi, złotymi, a cały las porośnięty wrzosem. To tutaj zbierała prawdziwki, borowiki i maślaki. Skręciła w żwirową ścieżkę. Brama była otwarta. Zaparkowała obok starego garbusa, który stał na podwórku pewnie już ze dwadzieścia lat. Zardzewiały, porośnięty mchem wrak.

Gdy wysiadła i trzasnęła drzwiami, tuż obok nóg dziewczyny pojawił się szary kot. Zaczął ocierać się o jej łydki, więc schyliła się i pogłaskała go po grzbiecie. W tym samym momencie drzwi skrzypnęły i na progu pojawiła się drobna postać. Zuza wstała i podeszła do ciotki.

– Tadam, a więc jestem. – Rozłożyła ramiona.

– Córa marnotrawna. – Zażartowała ciotka. – Podejdź tutaj, niech cię uściskam.

Podeszła do cioci i wpadła w jej ramiona.

– Nic się tu nie zmieniło – powiedziała Zuza.

– Nie wiem, czy to dobrze, czy źle?

– Dla mnie dobrze. Tyle lat…

Ciocia spojrzała jej w oczy.

– Tyle lat na ciebie czekałam.

Chwyciła siostrzenicę za rękę i razem weszły do domu.

Zuza siedziała na werandzie. Stopy moczyła w misce letniej wody z dodatkiem ziół, olejków eterycznych i różnych specyfików, które poleciła jej ciocia Zosia. W ręce trzymała kieliszek porzeczkowego wina domowej roboty. Była zrelaksowana. Widok z werandy rozciągał się na jezioro. Zuza lubiła patrzeć na migoczącą w świetle słońca taflę wody, która miała na nią terapeutyczne działanie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak przez te wszystkie lata tęskniła za ciotką. Dlaczego zapomniała o swojej ukochanej cioteczce na tak długi czas? Ciocia traktowała Asię i ją jak księżniczki. Codziennie rano piekła im bułeczki bądź rogaliki z marmoladą. Robiła dla nich kąpiele pełne piany, które pachniały lawendą.

– Mogę? – Ciotka wskazała na drewniane krzesło.

– Proszę, ciociu.

– O czym myślałaś? – Ciotka nalała sobie do kieliszka nalewki.

– O tym, co było kiedyś. – Uśmiechnęła się do cioci.

– Fajnie było, kiedy tu przyjeżdżałyście z Asią. – Zuza poczuła ukłucie w sercu. Nie wyczuła w głosie ciotki wyrzutu, mimo wszystko poczuła się głupio, że przez te wszystkie lata ją zaniedbywała. – Zuza, dlaczego akurat teraz przyjechałaś? – zapytała ciocia bez ogródek.

– Żeby poskładać się do kupy.

– Masz problemy?

– A kto ich nie ma. Pięknie tu. – Zuza zmieniła temat. Na horyzoncie, po drugiej stronie jeziora zachodziło słońce, zostawiając na niebie złote smugi. Korony drzew przybierały ciemniejsze barwy. Woda w jeziorze była spokojna.

Siedziały w milczeniu. Miały sobie tyle do powiedzenia, że tak naprawdę nie wiedziały, od czego zacząć.

– Powinnam przyjechać wcześniej – odezwała się Zuza. – Czas tak szybko ucieka. – Upiła łyk nalewki. Poczuła w przełyku przyjemne ciepło.

– Może i powinnaś, a może nie. Miałaś swoje życie. Wyrosłaś z tego, by spędzać wakacje u ciotki. Widywałyśmy się na weselach.

– I na pogrzebach.

– I na pogrzebach – powtórzyła ciocia.

– To za mało.

– Szkoda, że Asi z nami nie ma.

– Może kiedyś uda mi się ją namówić, by tu przyjechała.

– Byłoby miło.

Znów zamilkły.

– Wszystko się popieprzyło – westchnęła Zuza, kiedy wypiła kolejne dwa kieliszki nalewki.

– Co się popieprzyło?

Zuza wybuchnęła płaczem. Ciotka pochyliła się w jej stronę i mocno ją objęła. Kiedy kobieta się uspokoiła, wstała.

– Ciociu, pójdę się położyć. Nie chcę o tym na razie mówić.

Ciotka skinęła głową.

– Rozumiem.

Zuza obudziła się już o szóstej rano. Próbowała jeszcze zasnąć, ale nie mogła. Założyła szlafrok i poszła do kuchni. W czajniczku zaparzyła mocną kawę, którą nalała do kubka, dolała śmietanki i wyszła na zewnątrz. Szare niebo stopniowo się rozjaśniało. Usiadła na ławeczce. Trawa pokryta była kropelkami porannej rosy. Pies wyszedł z budy i leniwie się przeciągnął. Powiał lekki wiaterek. Zuza spojrzała w lewo. Niemożliwe, pomyślała. Wciąż tu jest. Krzak róży. Jeszcze nie kwitł, ale już za dwa, trzy miesiące obsypie się kwiatami. Ciotka pielęgnowała go, odkąd Zuza pamięta. O żadne kwiaty tak nie dbała jak o te róże. W ogóle ciotka nie miała ręki do kwiatów, ale o ten różany krzew dbała szczególnie. Nawoziła go, przycinała pędy, regularnie podlewała. Kiedyś Zuza i Asia zerwały wszystkie kwiaty z krzewu i wstawiły do dwóch wazonów. Myślały, że zrobią cioci przyjemność, ta jednak się rozpłakała. Nie wiedziały, dlaczego? Do tej pory Zuza nie wie, co tak bardzo zasmuciło ciocię.

– Dlaczego ukrywasz swojego chłopaka? – Zapytała ciotka Zuzę podczas zmywania naczyń. – Coś z nim jest nie tak?

Wszystko! Wszystko jest z nim nie tak! – Chciała krzyczeć.

– Nie ukrywam.

– Nie dzwonicie do siebie?

– Jest zapracowany.

– Kochana, kogo chcesz oszukać? Starą ciotkę? Myślisz, że życia nie znam.

Talerz wysunął się z mokrych rąk i rozbił o podłogę. Dwie połówki. Zuza przez dłuższą chwilę patrzyła na rozbite naczynie.

– Przepraszam – powiedziała do siebie. Przepraszała siebie za cierpienie, które wyrządzała sobie każdego dnia, na własne życzenie.

– Czy on jest żonaty?

Na te słowa Zuzie momentalnie zaschło w ustach. Skąd ciotka to wiedziała, czyżby czymś się zdradziła?

Skinęła głową.

– Daj sobie spokój. – Głos ciotki był spokojny.

– Łatwo cioci mówić. Rozwiedzie się dla mnie.

Ciotka wybuchnęła śmiechem. Śmiała się tak, że po policzkach popłynęły jej łzy. Zuza zastanawiała się przez chwilę, czy z ciotką wszystko w porządku. Wariatka, tak o niej pomyślała.

– Nie rozwiedzie się. Jesteś mądrą kobietą, a zachowujesz się, jakbyś zmysły postradała.

Zuza wytarła ręce w fartuch. Ogarnęła ją złość.

– A ty, kim jesteś? Starą panną, która nic a nic nie wie o związkach ani facetach. Jesteś zgorzkniałą, starszą kobietą, która nie potrafi kochać!

Jak tylko Zuza wypowiedziała te słowa, od razu ich pożałowała.

Ciotka chwyciła się stołu, po czym uniosła głowę. Na jej twarzy malował się ogromny smutek.

– A wiesz, dlaczego taka jestem?

Zuza nic nie odpowiedziała.

– Przez mężczyznę, którego kochałam nad życie. Przez faceta, któremu zaufałam, z którym spędziłam swoje najlepsze lata, który mamił mnie fałszywymi obietnicami. Piętnaście lat mieliśmy romans. A kiedy przyszło zderzenie z rzeczywistością, było już na wszystko za późno. Obudziłam się z ręką w przysłowiowym nocniku. Czterdzieści trzy lata, za stara, by rodzić dzieci, a ja niczego tak bardzo nie chciałam, jak zostać mamą.

Przez chwilę milczały. Zuza nigdy nie pomyślałaby, że jej ciotka była z kimś związana. Jako nastolatki zastanawiały się z Joanną, czy jest dziewicą? A tu proszę, ciotka nie dość, że była zakochana, to jeszcze w żonatym facecie.

– Nie popełniaj moich błędów – powiedziała ciocia, po czym wyszła z kuchni.

– Jeszcze ci się nie znudziłam? – zapytała któregoś dnia Roberta.

Znali się już ponad trzy lata a wciąż między nimi iskrzyło.

– Trochę tak – odpowiedział, a ona ugryzła go w ucho.

Oboje zaczęli się śmiać. W takich chwilach sądziła, że on ją kocha, że dla niego liczy się tylko ona, że mimo swego wieku wciąż mogła być dla mężczyzny atrakcyjną kobietą, że dla niej rzuci wszystko i że z nią stworzy rodzinę. Miała już trzydzieści pięć lat i coraz bardziej chciała zostać mamą. Nie chciała być sama, tak jak ciocia. Czy potrafiła zrezygnować z Roberta? Kiedy o tym myślała, przypomniała jej się ich kłótnia, jedna z wielu. Ostatnio Zuza stała się zaborcza. Chciała mieć swojego kochanka na wyłączność i coraz trudniej godziła się z tym, że on ma swoje rodzinne życie. Leżeli wtuleni w siebie, a Zuza zapytała: – Myślałeś ostatnio o tym, żeby się rozwieść?

– Znowu mówisz o rozwodzie. – Przekręcił się na bok.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? – zapytała, ponieważ sama nie potrafiła sobie wyobrazić ich związku w takiej formie. Czy przez całe życie mają się ukrywać? Czy przypadkiem nie zabrnęli w ślepy zaułek?

Westchnął i zaczął szybko mrugać oczami.

Boże, czy on ma jakiś nerwowy tik, którego dotąd nie zauważyłam. – Pomyślała Zuza. I mimo powagi sytuacji zachciało jej się śmiać.

– To nie takie proste. Jestem szczęśliwy.

– A ja nie.

Zuza wstała z łóżka i pospiesznie zaczęła się ubierać. Ruszyła w kierunku drzwi. Byli w jakimś przydrożnym motelu, który wyglądał na bardzo podrzędny. Czy naprawdę tylko na to ją stać? Na bzykanie się z żonatym facetem, który nie ma jej nic do zaoferowania. Czasami miała przebłyski logicznego myślenia.

Złapała za klamkę i w tym momencie odwróciła głowę. Robert nadal leżał na łóżku.

– Pójdę już – powiedziała.

– Jeśli tego chcesz.

Nie chciała. Sądziła, że będzie próbował ją zatrzymać, że złapie ją w pół i powie: „zrobię dla ciebie wszystko” albo „uszczęśliwię cię”. Nic takiego nie powiedział.

Milena była żoną Roberta. Wyszła za mąż, kiedy miała dwadzieścia jeden lat, na pierwszym roku studiów i spodziewała się dziecka. Przerwała naukę i zajęła się wychowywaniem syna. Dziś ma trzydzieści dziewięć lat, pracuje na pół etatu jako księgowa. Mąż załatwił jej pracę, a ona się zgodziła. Nie cierpi swojej pracy, ale woli to niż siedzenie w domu. Zawsze jednak marzyła o pracy w cateringu.

Mogłaby w domu gotować i organizować niewielkie przyjęcia. Uwielbiała pichcić. Wymyślanie nowych potraw sprawiało jej ogromną radość. Piec też lubiła, szczególnie ciasta z kremami. Niestety o pracy w cateringu mogła tylko pomarzyć. Chciałaby otworzyć swój biznes, ale do tego potrzeba zaangażowania i czasu.

Czas był u niej pojęciem deficytowym. Trójka dzieciaków czasami dawała jej tak popalić, że miała wszystkiego dosyć. Wieczorami była tak wykończona, że jedyne, o czym marzyła, to wziąć kąpiel z bąbelkami, a potem wślizgnąć się do łóżka. Jej syn, Piotr, miał wprawdzie osiemnaście lat i już sam o siebie mógł zadbać, jednak wciąż musiała mu prać, gotować, a nawet sprzątać po nim. Córka, Julka, była ulubienicą tatusia. Miała cztery lata, a przegadałaby niejednego dorosłego. Najmłodsza córka, Pati, miała dopiero półtora roku i to był ten wiek, kiedy dziecko „trzyma się spódnicy mamy”. Zatem Milena przez cały dzień miała do siebie „doczepioną” córeczkę. Trzy dni w tygodniu pracowała i wtedy miała trochę wytchnienia. Patrycja zostawała pod opieką babci, a Julka od ósmej do trzynastej była w przedszkolu. Miała wszystko: piękny dom, psa, syna, który nie sprawia kłopotów, córki o wyglądzie cherubinków, męża na wysokim stanowisku. Ale ostatnio odczuwała, że coś w jej życiu jest nie tak, jak powinno. Nie wiedziała jednak co. Czy każdy człowiek wcześniej lub później zastanawia się nad tym, czy dokonał słusznych wyborów? Kochała swoje dzieci nad życie i była z nich dumna, jednak czuła się nie do końca spełniona. O czym ona bredzi? Naczytała się babskich gazet, że każda kobieta musi odczuwać spełnienie, bo jeśli nie, to coś z nią jest nie w porządku.

Zmarszczyła czoło. Kilka zmarszczek pojawiło się na jej porcelanowej cerze.

Pomyślała o mężu. My