Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 468 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Posłuszna żona - Kerry Fisher

Wielka miłość, wspaniała rodzina i kłamstwa za zamkniętymi drzwiami idealnych domów. Świetnie napisana i mocno angażująca emocjonalnie powieść o przyjaźni i solidarności „drugich żon”, lojalności, zdradzie i przebaczeniu….

Prawie pół miliona sprzedanych egzemplarzy, numer 1 na liście bestsellerów iBooks, 2 miejsce na liście bestsellerów Kindle’a oraz Kobo, 8 lokata na liście najlepiej sprzedających się e-booków w Amazonie.

Czy zaryzykowałabyś wszystko dla ukochanego? Nawet gdybyś wiedziała, że zrobił coś strasznego?

Życie Lary wydaje się doskonałe. Czuły mąż Massimo, cudowny synek Sandro i piękny dom. Lara jednak wie coś o swoim mężu. Coś, czego nie może nikomu wyznać. W przeciwnym razie Massimo straciłby wszystko, na co tak ciężko pracował przez całe życie: posadę, reputację i syna. Ten sekret sprawia, że małżeństwo staje się dla Lary więzieniem.

Maggie wyszła za mąż za Nico, brata Massimo. Mieszkają razem z dziećmi ze swoich pierwszych związków. Maggie wie wszystko o mężu. Pewnego dnia jednak na strychu znajduje list, z którego poznaje straszną prawdę o pierwszej żonie Nico, Caitlin. Czy ujawni to, czego właśnie się dowiedziała, czy też wybierze milczenie, aby ochronić tych, których kocha? W rodzinie, którą spajają same kłamstwa, za prawdę trzeba będzie zapłacić ogromną cenę.

Miłośniczki powieści Jojo Moyes, Diane Chamberlain, Marleny de Blasi i Petera Pezellego w Kerry Fisher odnajdą pokrewną duszę!

Moje serce pękało… Opowieść tak sugestywna, że zaczynasz czuć się tak, jakbyś była częścią tej rodziny.

The Reading Reverie

Co za wspaniała książka! Głęboko poruszająca powieść o rozczarowaniu i zdradzie, ale także o lojalności, miłości, trosce i przebaczeniu... i jeszcze to cudowne zakończenie!

Splashes Into Books

Trzymała mnie w napięciu od pierwszej strony. Daję jej pięć gwiazdek!

Boon's Bookcase

Prawdziwa petarda! Ta książka jest jak jazda kolejką górską, nastaw się na huśtawkę emocji, śmiech i smutek, a także bardzo interesujący finał, który ściśnie cię za gardło.

Many Books Many Lives

Rzadko się zdarza, że dzięki książce zaczynasz zastanawiać się nad sobą samą i chcesz zostać lepszą osobą. Mniej osądzającą, bardziej odważną. „Posłuszna żona” wywarła na mnie właśnie taki wpływ i to w najbardziej zaskakujący sposób. Traciłam oddech, śmiałam się i płakałam na przemian.

The Glass House Girls

Cudowna, przejmująca, chwytająca za serce. Już nie mogę się doczekać nowej powieści Kerry Fisher!

Renita D'Silva

Kerry Fisher – angielska pisarka, wychowała się w Peterborough. Absolwentka studiów filologicznych, mówi płynnie po włosku, hiszpańsku i francusku. Próbowała różnych zawodów – pracowała jako nauczycielka angielskiego w Hiszpanii, zbierała winogrona w Toskanii, była dziennikarką i recenzentką. Ukończyła kurs pisania na University of California, po czym zajęła się pisaniem powieści. Jest autorką 5 bestsellerowych powieści, które w USA jej książki sprzedały się nakładzie 500 000 egzemplarzy. W Wielkiej Brytanii sama Posłuszna żona osiągnęła rekordowy wynik sprzedażowy – 230 000 egzemplarzy.

Opinie o ebooku Posłuszna żona - Kerry Fisher

Fragment ebooka Posłuszna żona - Kerry Fisher

Tytuł oryginału: THE SILENT WIFE
Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK
Redakcja: ANNA RUDNICKA
Korekta: EWELINA KOROSTYŃSKA, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, MAŁGORZATA WÓJCIK
Projekt okładki: www.emmagraves.co.uk
Zdjęcie na okładce: © Trevillion/Shutterstock
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Infomarket
Copyright © Kerry Fisher, 2017 All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Agnieszka Sobolewska © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-06683-6
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dla mojej rodziny

ROZDZIAŁ 2

LARA

Wśród zebranych rozległ się szmer dezaprobaty – rodzina Farinellich jednomyślnie zmarszczyła brwi – kiedy Maggie weszła do sali boso, ściskając w ręku pojedynczy kwiat słonecznika. Idąc nawą pod ramię ze swoim synem Samem, może nie tańczyła, ale poruszała się niemalże w tanecznych podskokach, jakby rytm Chapel of Love wnikał w jej stopy i zalewał nogi falą radości.

Kiedy Sam, w cylindrze i fraku w rozmiarze chłopięcym, zakołysał lekko do rytmu ramionami, miałam nadzieję, że nikt poza mną nie słyszał komentarza mojego męża Massima: „Jakby cyrk przyjechał”. Nie mogłam się powstrzymać i zerknęłam na Annę, moją teściową, która stała wyprostowana jak struna, w toczku tkwiącym na czubku głowy niczym przyczajony drapieżny orzeł. Na jej twarzy malował się wyraz doskonałej pogardy, jakby musiała koncentrować się na tym, żeby nie krzyknąć: „Niech ktoś wyłączy to rzępolenie!”.

Z trzepotem woalki Anna pochyliła się do przodu i podchwyciła moje spojrzenie. Była zbyt dobrze wychowana, żeby zrobić znaczącą minę, którą mógłby zauważyć ktoś inny, ale wiedziałam, że już się szykuje w blokach startowych, by zacząć porównywać mnie z nową synową. Może nawet tym razem miałam szansę wyjść z tego zwycięsko, po tylu latach wysłuchiwania, że „Caitlin tak pięknie odzyskała figurę po urodzeniu Franceski. No ale ty miałaś cesarkę, to pewnie nie pomogło”. Po czym następowały porady, jak można „zamaskować ten brzuszek” szalem; co jakiś czas znajdowałam na stole w kuchni wycinek z „Daily Mail” w rodzaju: „Schudnij o cały rozmiar w dziesięć dni!”. Wytykano mi także braki w ogrodnictwie, gotowaniu oraz, jak to nazywała Anna, „administrowaniu gospodarstwem domowym”, miałam więc nadzieję, że Maggie nie będzie dysponowała ogromnym zasobem sekretnych umiejętności, którymi mogłaby mnie zawstydzić.

Znałam Annę na tyle, by wiedzieć, że spróbowała wszystkich sposobów, żeby odwieść Nico od ślubu z Maggie. „Dwa lata to o wiele za wcześnie, jesteś jeszcze w żałobie. To nie fair wobec Franceski. Nie potrzebuje nowej matki; potrzebuje ojca, który się na niej skupi. Naprawdę chcesz wychowywać nieślubne dziecko jakiegoś innego mężczyzny?” Prawdopodobnie użyła dokładnie takich słów. Wszystko, co nie pasowało do światopoglądu Anny, należało wyselekcjonować i odstrzelić.

Najwyraźniej jednak nie udało jej się zniechęcić Nico do Maggie. Twarz miał rozpaloną wzruszeniem, jakby nie mógł uwierzyć, że oto pojawiła się ta beztroska istota, by ożywić surowe korytarze domostw Farinellich. Zdumiewające, że Maggie miała trzydzieści pięć lat, tyle samo co ja. Traktowała dorosłość z lekkością, niczym stan, który przybierała, kiedy było to absolutnie konieczne, przerywnik w dobrej zabawie i nietroszczeniu się o jutro. Ze staranną, przyciętą równo do podbródka fryzurą, z perłoworóżowymi paznokciami i w uwielbianych przez Massima sukienkach do kolan wyglądałam na dziesięć lat starszą od niej.

Mimo pomrukiwań Anny, że ich małżeństwo jest „skazane na klęskę”, wcale nie było mi żal Maggie. Zazdrościłam jej. Zazdrościłam im tej płomiennej intensywności nowego uczucia. Optymizmu. Nadziei na przyszłość.

Wyobrażałam sobie, jak Nico się śmieje, kiedy ona śpiewa przy włączonym radiu, jak całuje ją przelotnie w czubek głowy, kiedy ona siada przy stole, jak poprawia jej szalik przed wyjściem do pracy. Poczułam ukłucie nostalgii za czasami, kiedy Massimo wślizgiwał się do mojego gabinetu i zmiatał z biurka wszystkie starannie ułożone papiery, a szczegóły rachunków, których kontrolę przeprowadzałam, wylatywały mi z głowy, wyparte dzikością jego pocałunków. Za „służbowymi” kolacjami, na których byliśmy tak pochłonięci sobą, że odrywaliśmy się od siebie dopiero, kiedy kelnerzy zaczynali sprzątać. Tęskniłam za tą bliskością, tym porozumieniem, które otwierało drzwi do poczucia przynależności, bycia znów częścią rodziny.

Szkoda, że nie wzięłam na ten ślub taty. Massimo miał na sercu tylko jego dobro: nie chciał, żeby tatę zdezorientowały te wszystkie nowe twarze, ale tata wciąż kochał muzykę, a ta piosenka z lat sześćdziesiątych była akurat w jego stylu. Uszczęśliwiał mnie każdy pojawiający się u niego przebłysk kojarzenia. Cudownie byłoby też zobaczyć go znowu w garniturze, eleganckiego i uśmiechniętego, takiego, jaki był kiedyś.

Jacy wszyscy kiedyś byliśmy.

Skupiłam się z powrotem na Nico i Maggie, którzy właśnie składali przysięgę. Patrząc na nich, dostrzegłam spięty wyraz twarzy Franceski. Mimo czarnowidztwa Anny uważałam, że powtórne małżeństwo Nico jest dobre dla jego córki. Moja matka umarła, kiedy byłam malutka, a mój kochany ojciec blaknął teraz jak stara polaroidowa odbitka, więc byłabym w siódmym niebie, mieszkając z ciepłą, wesołą macochą, na którą mogłabym liczyć. Może gdybym miała kogoś, z kim można by porozmawiać o wszystkim, a nie schorowanego tatę, którego musiałam chronić, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej.

Zanim jednak zdążyłam się zagłębić dalej w roztrząsanie przeszłości i teraźniejszości, mój siedmioletni syn Sandro dostrzegł pająka czmychającego spod krzesła. Odkąd kilka dni temu zaginęła nasza kotka Misty, Sandro był jeszcze wrażliwszy i bardziej przylepny niż zwykle, a jego blada twarzyczka miała taki wyraz, jakby właśnie przeczytał w samolocie instrukcję ewakuacji i tylko czekał na moment, w którym objawi się niebezpieczeństwo. Był całkowitym przeciwieństwem syna Maggie, Sama, który – chociaż co prawda rzadko go widywałam – wyglądał, jakby tłumienie szelmowskiego chichotu było dla niego codziennym wyzwaniem. Sandro zaczął się wiercić. Szturchnął mnie i pokazał palcem pająka. Schyliłam się i szepnęłam, że to maleńkie stworzonko i nie zrobi mu krzywdy, ale właśnie w tej chwili pająk nagle napotkał na swojej drodze but Beryl, zawrócił i pobiegł prosto w stronę mojego syna. Sandro wrzasnął i wdrapał się na krzesło.

Anna już się odwracała z marsowym obliczem, bez wątpienia gromadząc amunicję do kolejnej przemowy z cyklu: „Lara stara się, jak może, ale zupełnie nie kontroluje tego dziecka”. Massimo przechylił się w bok, sięgając za moimi plecami i próbując złapać Sandra, ale ten zaczął uciekać wzdłuż rzędu pustych krzeseł. Pobiegłam za nim, chwyciłam go za rękę i wyprowadziłam z sali, ciesząc się, że mam pretekst, żeby zostawić za sobą wszystkie oczekiwania i oskarżenia Farinellich, chociaż nadal czułam potępienie, sączące się spod ozdobnych drzwi, które starałam się zamknąć za nami po cichu. Przytuliłam Sandra, czekając, aż obeschną mu łzy.

– Już dobrze, nie był taki duży.

– Tak naprawdę to nie chodzi mi o pająka, mamo, nie dlatego płaczę. Chcę, żeby Misty wróciła.

– Wszyscy chcemy, kochanie. Nie martw się, niedługo się pojawi.

Miałam nadzieję, że siedmiolatek nie będzie w stanie wyczuć w moim głosie zwątpienia.

ROZDZIAŁ 3

MAGGIE

W ramach „miodowego miesiąca” udało nam się z Nico spędzić jedną błogą noc w piętnastowiecznym zajeździe. Na dłuższy urlop we dwoje postanowiliśmy pojechać, kiedy dzieci już się przyzwyczają do nowego życia rodzinnego, co, sądząc z zachowania Franceski po dwóch tygodniach od naszego ślubu, może nastąpić na przełomie przyszłego stulecia.

Przez poprzedni rok Nico usiłował stopniowo zapoznawać mnie z Francescą, ale nic to nie dało. Próbowaliśmy wprowadzać rodzinną atmosferę, a to spędzając wieczór w domu przy curry, a to wychodząc do kina. Na palcach jednej dłoni mogłam policzyć okazje, przy których Francesca nie rzuciła jakiejś zjadliwej uwagi o tym, że Caitlin była ode mnie lepsza, szczuplejsza, ładniejsza albo dowcipniejsza. Nawet gdybym była światowej klasy ekspertem w chodzeniu po skrzydle samolotu w locie, bez wątpienia by się okazało, że Caitlin też to potrafiła, w dodatku skacząc na drążku pogo. W końcu Nico zdecydował się na strategię „jak ci się nie podoba, to trudno”, ale ustaliliśmy, że Sam i ja wprowadzimy się do nich dopiero tydzień przed naszym ślubem – miało to być jak wytyczenie linii na piasku, po przekroczeniu której będziemy musieli znaleźć sposób, żeby zgodnie żyć pod jednym dachem, na dobre i na złe.

„Nie masz nic przeciwko wprowadzeniu się do domu, w którym mieszkała Caitlin?”, zapytał, kiedy mi się oświadczył, jeszcze długo przed ustaleniem daty ślubu.

Rozwiałam jego obawy, uznawszy, że wyszłabym na chamidło, gdybym miała wątpliwości co do przeprowadzki z mieszkanka wielkości mysiej nory, w którym gnieździłam się z mamą i Samem, do wiktoriańskiego szeregowca Nico, z dwiema łazienkami i czterema sypialniami. Usiłowałam co prawda wykoncypować, jak powiedzieć: Nie chcę spać w łóżku, które z nią dzieliłeś, a już na pewno nie w tym, w którym umarła, nie wychodząc przy tym na gruboskórną krowę, ale jakoś mi się nie udało.

A Nico, zupełnie jakby miał wgląd w najpodlejszą, najbardziej gównianą część mojej duszy, oznajmił: „Wybierzemy razem nowe łóżko”.

Nie rozwinął tematu, a ja byłam mu idiotycznie wdzięczna, że nie muszę się zastanawiać, która strona materaca z dopasowującej się do kształtu ciała pianki termoelastycznej należała do Caitlin.

Jak się okazało, kupienie nowego łóżka nie sprawiło, że poczułam się u siebie. Dwa tygodnie po ślubie nadal budziłam się z przeświadczeniem, że musiałam zasnąć w trakcie sesji zdjęciowej dla luksusowego magazynu wnętrzarskiego. Szare poduszki w turkusowy rzucik, podkreślający splot subtelnie prążkowanego obicia fotela. Szafy w stylu shabby chic – niby podniszczone, ale z klasą – z ceramicznymi uchwytami, które wyglądały, jakby zrobiono je ręcznie w Toskanii. I miejsce do przechowywania wszystkiego. Nawet tace wkładało się w kuchni do specjalnej przegródki, zamiast wpychać je w kąt przy lodówce, skąd wypadały i odcinały człowiekowi kostki u nóg, jeśli za mocno trzasnęło się drzwiczkami.

Brak bałaganu sprawiał, że dom Nico wyglądał, jakby nikt tak naprawdę tu nie mieszkał. Zupełne przeciwieństwo mieszkania mamy, gdzie w przedpokoju piętrzyły się rowerowe akcesoria mojego syna, w cieplarnianej atmosferze dużego pokoju rośliny doniczkowe pleniły się jak tryfidy, a chomik Sama ze swoimi coraz bardziej skomplikowanymi wybiegami zajmował więcej miejsca niż cała nasza trójka razem wzięta. Kiedy trzeba było opakować prezent, wymienić bezpiecznik czy podeprzeć palikiem słonecznik w ogrodzie, byłam pewna, że Nico powie: „w tamtej szufladzie”. Ja natomiast zawsze wolałam zdawać się na szczęśliwy traf, grzebiąc w kupie szpargałów pod zlewem jak pies rozkopujący króliczą norę. Mogłam się tylko domyślać, że Caitlin prowadziła bezwzględną politykę wyrzucania jednej rzeczy za każdym razem, kiedy do domu przynoszono coś nowego.

Rozpaczliwie chciałam wyprowadzić się od mamy. Przez ostatnie trzy lata, odkąd nie było mnie już stać na czynsz za własne lokum, spaliśmy u niej z Samem na rozkładanej kanapie w dużym pokoju. Wśród porozwieszanych tu i ówdzie lampek choinkowych, patchworkowych poduszek i narzut w kolorach tęczy czułam się jak w marokańskiej kasbie. Teraz jednak to, czego tak pragnęłam – rzeczywistość, w której nie potykałabym się o buty piłkarskie, wstając w środku nocy, klucz do zaworu termostatycznego kaloryfera znajdowałabym w pięć sekund, a w kuchni miała sosjerkę idealnej wielkości – wbijało mnie w poczucie, że jestem gościem w cudzym domu, tak jakbym musiała się w nim poruszać bezgłośnie, by nie zakłócać spokoju i nie pozostawiać śladów mojej obecności.

Zaczęłam myśleć, że może byłoby dla nas wszystkich lepiej przeprowadzić się tam, gdzie jedynymi wspomnieniami o Caitlin byłyby te, które Nico postanowił ze sobą zabrać. Inne – widmowe obrazy czające się za każdym rogiem, rozpychające się między nami na niewygodnych francuskich sofach, wypełzające nieproszone z ukrycia – przestałyby nas wtedy dręczyć. Czasem wyobrażałam sobie, jak długie, eleganckie palce Caitlin zaciskają się na tych samych klamkach, których dotykałam. Albo jak rozsuwa ona zasłony w sypialni, zerkając przez ramię na Nico, na wachlarzyki jego ciemnych rzęs na poduszce i na drgające jeszcze we śnie wargi. Odsłaniając okno, specjalnie sięgałam bardzo wysoko albo bardzo nisko, żeby moje palce nie zacisnęły się na grubej tkaninie tam, gdzie wcześniej dłonie Caitlin. Mogłam w kilka chwil uszyć jakieś nowe zasłony. Pewnie powinnam. Sytuacja była jednak inna, niż gdybym weszła do domu opuszczonego przez eksżonę po zajadłej batalii rozwodowej i pomyślała: Dobra, zaraz się pozbędziemy jej starych gratów, wynajęła kontener i wrzuciła do niego talerze nie do kompletu, stary wolnowar oraz do połowy zużyte kosmetyki. Tutaj wszystko, co lądowało w koszu, było cząstką matki, której Francesca nigdy nie odzyska. Kolejnym krokiem do zaakceptowania tego, że jej tata znalazł sobie kogoś, kto ma inny gust, jeśli chodzi o zasłony. O zastawę kuchenną. O życie.

Poruszyliśmy z Nico wstępnie temat przeprowadzki, ale postanowiliśmy go nie rozwijać, dopóki nie unormuje się sytuacja z Francescą. Nie wydawało mi się, żeby miało to się stać w dającej się przewidzieć przyszłości, bo nawet najdrobniejsze zmiany prowadziły do awantury.

Dopiero co tego ranka Francesca teatralnie pociągnęła nosem, wąchając swój szkolny sweter, i powiedziała:

– Ma jakiś dziwny zapach. W czym go uprałaś?

A ja poczułam się nieswojo, bo odkąd nie byłam już taka spłukana, postanowiłam, że będę się trzymać pewnych zasad, więc zaczęłam eksperymentować i zamieniłam zwykły proszek na jakiś ekologiczny wynalazek. Pominęłam tę część dotyczącą wartości moralnych i zaczęłam mamrotać coś o wpływie detergentów na ropuchę paskówkę. Wściekła odpowiedź Franceski sprowadzała się do czegoś w duchu: „Mama zawsze używała Persilu, a ja mam w dupie ropuchy, traszki, a już zwłaszcza ciebie”, jakby miała nadzieję, że niedługo nałykam się przypadkowo kwasu solnego.

– Coś się nie odzywasz – powiedział Nico, kiedy tego wieczoru usiedliśmy wszyscy razem do kolacji. Nakrył moją dłoń swoją. – Nic ci nie jest?

Wyrwałam swoją rękę. Potwornie dziwna sprawa – przy Francesce w ogóle nie mogłam dotykać Nico, mimo że całe moje ciało lgnęło do niego w poszukiwaniu otuchy niczym wyciągające się macki ośmiornicy.

Francesca siedziała przy stole i patrzyła na mnie z nienawiścią. Musiałam bardzo się starać, żeby nie wybuchnąć głośnym płaczem i nie krzyknąć: Skąd. Co miałoby być nie tak? Twoja córka mnie nienawidzi. Idzie nam świetnie jak jasna cholera. Nie taki przebieg wspólnych kolacji sobie wyobrażałam, kiedy mówiłam Samowi, że ślub z Nico oznacza, iż staniemy się częścią większej rodziny.

Jakby na dany sygnał, Francesca odrzuciła do tyłu długie ciemne włosy i odepchnęła od siebie talerz.

– Nie lubię spaghetti carbonara.

Nico pokręcił głową.

– Wcale nie. Zajadałaś się tym na okrągło. – Dalszy ciąg, „kiedy twoja mama żyła”, wisiał w powietrzu niczym słowa wypisane na nocnym niebie zimnymi ogniami.

– No to nie lubię spaghetti carbonara w wykonaniu Maggie.

Usiłowałam rozładować atmosferę, modląc się w duchu, żeby Sam nie wykorzystał tej okazji do zaprezentowania własnych grymasów.

– Jak następnym razem będę robić makaron, to może mi pomożesz i zobaczymy, czy uda nam się ugotować coś, co będzie ci trochę bardziej smakowało.

Francesca spojrzała na mnie, jakbym właśnie zaproponowała, żebyśmy uszyły sobie naprędce kosmiczne skafandry i poleciały na Marsa. Idealnie wybierając moment, Sam nabrał duży łyk wody i kichnął, strzelając fontanną na wpół przeżutego spaghetti prosto na talerz Franceski. Ta gwałtownie odsunęła krzesło, zerwała się od stołu i pognała jak burza na górę. Po pięciu sekundach rozległ się huk zatrzaskiwanych drzwi, niemalże wyrwanych z zawiasów, a rządek pastelowych dzbanuszków Caitlin zadzwonił na kredensie.

– Sam! Jak czujesz, że zaraz kichniesz, musisz zasłonić twarz ręką i odwrócić się od stołu.

Ale Sam zaniósł się łobuzerskim śmiechem, jaki uwielbiają dziesięcioletni chłopcy. Drobinki bekonu, kawałki grzybów i pasemka spaghetti walczyły o pozostanie w obrębie jego paszczy.

– Na litość boską. Zamknij buzię. To obrzydliwe. – Mój ton był ostrzejszy niż zwykle. Nie chciałam, żeby Nico myślał, że zaprosił do swojego życia niesforne zwierzaki z zoo.

Nico jednak podał Samowi kawałek papierowego ręcznika mówiąc:

– Idź się wytrzyj, urwisie.

Kiedy Sam poszedł do łazienki na dole, żeby się doprowadzić do porządku, spojrzeliśmy na siebie i powiedzieliśmy jednocześnie:

– Przepraszam. – Po czym oboje wybuchliśmy śmiechem.

Nico przyciągnął mnie blisko do siebie.

– Naprawdę mi przykro. Nie powinna się tak do ciebie odzywać. Ale nie wiem, czy mam ją ochrzanić, czy spróbować to ignorować.

Już sam dotyk jego policzka, który oparł o czubek mojej głowy, wystarczył, żeby szalejąca w moim sercu rozpacz trochę przycichła. Chciałam go zapytać, czy żałuje, że się ze mną ożenił, czy nie wolałby, żebyśmy po prostu dalej się widywali bez dzieci. Ale siedzieliśmy przy stole zbryzganym pasemkami spaghetti, słuchając tupania nóżką w sypialni na górze, od którego sufit mało się nie zawalił, więc prawdopodobnie w tych okolicznościach nie otrzymałabym takiej odpowiedzi, jakiej sobie życzyłam. Wtuliłam się więc w niego, rozluźniłam i rozkoszowałam tą chwilą, tym wyszarpanym fragmentem czasu, kiedy mogliśmy być po prostu parą – dotykać się, przytulać, kochać – zamiast obmyślać „strategiczne kroki budowania szczęśliwej patchworkowej rodziny”.

Na dźwięk uruchamianego w dużym pokoju X-Boxa Sama Nico wypuścił mnie z objęć i zaczął skubać wystrzępiony rękaw swetra. Na początku naszej znajomości przepraszał za swoje niechlujstwo – „Doprowadzało Caitlin do szału” – ale mnie się podobało, że najlepiej się czuł w spłowiałych dżinsach i starych T-shirtach. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym być z takim facetem jak Massimo, w granatowych garniturach i koszulach ze spinkami.

Po wyskubaniu kilku nitek i powiększeniu nieco dziury w rękawie Nico wreszcie podniósł głowę. Poruszał wargami, jakby usiłował znaleźć odpowiednie słowa i właściwie je ułożyć.

– Nie bardzo wiem, jak to załatwić, ale w weekend za dwa tygodnie przypada rocznica śmierci Caitlin. Moja matka chce, żebyśmy wszyscy razem poszli na cmentarz, a potem zjedli u niej lunch.

Niech nikt nie śmie twierdzić, że nie mam kwitnącego życia towarzyskiego. Imprezka na cmentarzu z rodziną byłej żony mojego męża.

– Ale pewnie beze mnie, co?

– Byłabyś bardzo mile widziana.

Jasne. Pomijając to, że byłoby ociupinkę dziwnie. Nie musiałam oglądać dowodów na to, że wszyscy, być może z moim mężem włącznie, nadal nie mogą przeboleć śmierci Caitlin ani wyrwy, jaką pozostawiła w ich życiu, w którym za to pojawiłam się ja. O nie, przychodziło mi do głowy mnóstwo rzeczy, które wolałabym robić. Na przykład wciągać nosem chili, pomylić maść rozgrzewającą z clotrimazolem albo odciąć sobie którąś z kończyn za pomocą drutu do krojenia sera.

– Uważam, że byłoby niezręcznie. Poza tym Francesca nie chciałaby mnie tam widzieć.

Napięcie na jego twarzy osłabło.

– Dziękuję, że mi to ułatwiasz. Wiem, że nie wygląda to idealnie. Mam nadzieję, że uda nam się przekonać Francescę, żeby w ogóle poszła. Na razie kategorycznie odmawia odwiedzania grobu Caitlin, ale może, nie wiem... w ten sposób upewniłaby się, że mama nie wróci, a ona musi sobie dawać radę dalej, tu i teraz. Może przestałaby ciągle czuć złość.

– A ty?

Pocałował mnie w czubek głowy.

– A ja miałem fart i dostałem drugą szansę. Nie czuję już gniewu. Tylko smutek, że Caitlin umarła zbyt młodo i ominęło ją życie. – Spróbował zażartować: – Wiesz, te wspaniałe chwile przy kolacji z Francescą.

Wciąż nie wiedziałam, jaki przybrać wyraz twarzy, kiedy ktoś mówił o Caitlin – czułam się wtłoczona w pułapkę między miną przepraszającą a pełną poczucia winy. Chociaż zaczęliśmy się spotykać długo po śmierci Caitlin, nikt nam nie wierzył. Jak na ironię poznałam Nico tylko dlatego, że jego żona była chora i moja mama pomagała im w sprzątaniu i zakupach. I siedziała przy niej aż do końca.

Przyjeżdżałam po mamę, a Nico zapraszał mnie do środka. Po pierwszych kilku wizytach, kiedy stawałam na głowie, żeby nie zadać pytania, na które odpowiedź mogłaby brzmieć: do dupy, gówno, a jak pani myśli, do cholery?, zaczęłam wysyłać mamie esemesy, zamiast pukać do drzwi, bo wolałam poczekać w samochodzie. Mama jednak nie traktowała telefonu komórkowego jak urządzenia do rozmów na odległość, najważniejsze było dla niej to, aby się nie rozładował. I tak, chcąc nie chcąc, poznaliśmy się z Nico w najgorszym okresie jego życia, a ja w końcu nie mogłam się doczekać naszych codziennych spotkań. Prawie rok po śmierci Caitlin wpadliśmy na siebie na mieście, poszliśmy na kawę i przypomnieliśmy sobie, jak bardzo lubimy swoje towarzystwo.

Na pewno nie tylko ja czułam się niekomfortowo z powodu tych okoliczności. Chyba jednak musiałam zmierzyć się z tematem prędzej niż później, żebyśmy nie zabrnęli w sytuację, w której imię Caitlin wisi w powietrzu między nami jak wprawiający w zakłopotanie zapach, który wszyscy starają się ignorować.

– A może mogłabym przygotować tutaj lunch dla wszystkich? Żeby pokazać, że Caitlin jest, powinna być, częścią naszego życia i nikt nie musi się wstydzić, że za nią tęskni?

Nico pochylił się i mnie pocałował.

– Jesteś cudowna. A ja mam ogromne szczęście. Naprawdę byś to zrobiła?

– Pewnie. Poproszę mamę, żeby mi pomogła. Ucieszy się, że znów wszystkich zobaczy. Wtedy będziecie mogli skoncentrować się na Francesce, nie musząc się martwić, że obiad się spali na węgiel. Przyda wam się coś ciepłego do zjedzenia. Na cmentarzu cholernie wieje. To co, dasz znać swojej matce?

Nico kiwnął głową.

– Oczywiście. Albo może mogłabyś podskoczyć do niej jutro? Jeśli się odważysz? Jest życzliwsza, niż się wydaje. Na pewno ucieszy się na twój widok.

Nie byłam pewna, czy Nico ma rację. Właściwie fakt, że Anna mieszkała naprzeciwko nas, hamował moją chęć wyściubiania nosa poza frontowe drzwi. Po raz pierwszy w życiu patrzyłam w lustro przed wyjściem z domu. A jeśli chodzi o wpadanie naprzeciwko, Anna wysyłała różne przekazy, ale: „Koniecznie wstąp na croissanta i cappuccino” do nich nie należał.

Moja błyszcząca nowiutka obrączka nie wystarczy, żeby zaczęła traktować nas jak rodzinę. Anna zapewne nadal uważała moją mamę za „obsługę”, tak jak wtedy, gdy mama opiekowała się Caitlin, a Anna odgrywała rolę pani na włościach i wydawała polecenia. Z kolei moja firemka poprawek krawieckich nie zrobi na niej wrażenia, skoro Nico był właścicielem jednego z największych centrów ogrodniczych w Brighton: „Zdziwiłabyś się, ile ludzie są skłonni zapłacić za małe drzewko laurowe. Rośliny to w dzisiejszych czasach kopalnia złota. Przynoszą fortunę”. Prawdziwe przechwałki rezerwowała jednak dla swojego pierworodnego, Massima, na którego rzucała się, ledwie przekroczył próg, żeby mu zaproponować odpoczynek po ciężkim dniu pracy. „Jest księgowym, wiesz, znakomicie sobie radzi, w jednej z najlepszych firm w kraju”.

Bez wątpienia Anna uważała się za osobę stojącą na szczycie drabiny społecznej, spoglądającą z góry na hołotę w rodzaju pań Parker, kłębiącą się na samym dole, i ogarniała ją wściekłość, że udało nam się wspiąć po szczeblach tak wysoko, że stałyśmy się częścią jej życia.

Ale oczywiście w jej oczach nigdy nie będziemy jej dorównywać. Widziała, jak przyjeżdżam po mamę starą, zdezelowaną fiestą. Wiedziała, że mieszkamy na osiedlu komunalnym. Łatwo było zrozumieć, że kiedy zobaczyłam dom z takimi luksusami jak garderoba na dole oraz komórka, doszła do wniosku, że usidliłam Nico.

Tak naprawdę jednak trudno mi było mieć do Anny pretensje. Czasami zastanawiałam się, czy sama nie miałam podświadomie pewnego planu. Tylko że wśród emocji, które mnie dręczyły, zawsze, kiedy byłam blisko niego, wszystko we mnie się rozświetlało, jakbym wcześniej nie zdawała sobie sprawy z bezdennej otchłani, w której żyłam, zanim Nico wypełnił ją miłością. Nawet uraza, którą żywiła do mnie Francesca, nie mogła sprawić, żebym żałowała, iż poznałam Nico, mężczyznę, któremu dałam sobie zawrócić w głowie i który sprawił, że czułam się wyjątkowa, nic za to nie płacąc.

Pochopnie zgodziłam się porozmawiać z Anną z samego rana, zaraz po wyprawieniu wszystkich do szkoły i pracy.

A nazajutrz przygotowania do wizyty w siedzibie samej królowej matki, postrachu okolicy – wyskubywanie brwi, nitkowanie zębów, szukanie eyelinera, który oczywiście znalazłam na uchwycie klatki chomika – trwały w nieskończoność. Skoczyłam jeszcze do toalety przy drzwiach frontowych i właśnie wtedy usłyszałam zgrzyt klucza w zamku. Poczułam przypływ zażenowania, że nie zamknęłam za sobą drzwi i Nico albo, co gorsza, Francesca, która wróciła po coś do domu, przyłapie mnie ze spuszczonymi majtkami. Ale, o zgrozo, do holu wmaszerowała Anna, szeleszcząc czarnymi spodniami z krepy, w jedwabnej bluzce i apaszce zawiązanej w węzeł, który na mojej szyi nasunąłby nieodparte skojarzenia z piratem poszukującym skarbu.

Chryste Panie. Spodziewałam się, że ma klucz do naszego domu, i pewnie użyje go w razie nagłych wypadków, ale o ile nie przegapiłam bijących z dachu kłębów dymu, był zwyczajny piątkowy poranek. Anna na mój widok wykonała teatralny krok w tył, jakby przyłapała mnie na wyprawianiu jakichś nieopisanych bezeceństw z chomikiem.

– Jedną chwileczkę! – zawołałam.

Była chyba bardziej przerażona ode mnie. Kiedy mieszkaliśmy wszyscy na kupie z mamą, nikt by nigdy nie zdążył do pracy czy do szkoły, gdybyśmy korzystali z łazienki kolejno, to znaczy pojedynczo.

Podciągnęłam szybko spodnie i znalazłam Annę siedzącą w kuchni. Mierzyła wzrokiem pobojowisko z kawałków tostów i rozpaćkanego masła, które zostawił po sobie Sam. Jej palce natrafiły na kleks dżemu na blacie i cofnęły się z obrzydzeniem, jakby właśnie parka karaluchów zaczęła odprawiać jej przed nosem rytuał godowy. Demonstracyjnie wytarłam ręce, żeby nie mogła dodać do swojej listy rzeczy, których nie robiłam tak dobrze jak Caitlin, tego że nie myję rąk po wyjściu z toalety.

– Przepraszam cię, Anno. Trochę się spieszyłam.

Czekałam, żeby ona z kolei przeprosiła za wdarcie się do naszego domu bez zapowiedzi, ale szybko uświadomiłam sobie, że nic z tego. Po sposobie, w jaki jej ciemne oczy lustrowały pomieszczenie, zorientowałam się, że celem wizyty nie jest sprawdzenie, czy już się zadomowiłam, lecz ocena moich umiejętności w zakresie prowadzenia domu. Najwyraźniej nie były one tak oczywiste jak, dajmy na to, moja zdolność do oddychania albo chodzenia. Miała minę tak pełną dezaprobaty, że omal nie zaczęłam chichotać.

Poprawiłam pasek.

– Herbatki?

– Piję wyłącznie kawę.

– No to kawy?

– Nie, dziękuję.

Oparłam się pokusie odegrania komedii – Naparu z pokrzyw? Koktajlu ze szpinaku? Gorącej czekolady z lufką brandy? – i postawiłam czajnik na kuchence. Nie ma powodu, żebym miała umrzeć z pragnienia. Wyjmując kubek z kuchennej szafki, wybrałam najbrzydszy, najbardziej klocowaty, taki, którego Caitlin na pewno nigdy nie używała. Mogłabym zacząć rzucać przedmiotami, gdyby Anna oznajmiła: „To był ulubiony kubek Caitlin”.

Uznałam, że pora uruchomić zaplanowaną ofensywę wdzięku. Jeśli nie chciałam wymykać się cichcem z własnego domu jak włamywacz z paroma laptopami wetkniętymi w portki, naprawdę musiałam mieć Annę po swojej stronie. Nigdy nie będę panią domu, która krąży wśród gości z tackami migdałowych ciasteczek i prowadzi dyskusje o najlepszym środku do usuwania kamienia z kranów, ale może uda mi się przekonać Annę, że leży mi na sercu dobro jej syna i nie wodzę łakomym wzrokiem za jego portfelem.

Nic dziwnego, że traktowała mnie z lekką podejrzliwością. Początkowo, ze względu na pamięć o Caitlin, nie afiszowaliśmy się z Nico. Poza tym czekałam, że on powie: „Dzięki, że pomogłaś mi przetrwać całą tę sprawę ze śmiercią żony, ale to by było na tyle, teraz znajdę sobie jakąś mądrzejszą, chudszą, z większą klasą”, więc nie zawracałam sobie głowy obłaskawianiem przyszłej teściowej. Spędziłam niewiele czasu w towarzystwie Anny, zanim Nico postawił ją przed faktem dokonanym: żenił się z córką opiekunki Caitlin. Nie było jednak odwrotu. Pokażę jej, że mogę być wspaniałą żoną, nawet bez szałowych ciuchów.

Byłam bardzo ciekawa, co Anna sądzi o Larze, swojej drugiej synowej. Na razie rzadko się z nią spotykałam, ale nie poraziła mnie dotąd ciepłem i serdecznym przyjęciem. Zawsze wyglądała strasznie poważnie, z tą swoją precyzyjną blond fryzurą i w bluzkach z wymyślnymi kokardkami. Nie bardzo wierzyłam, że zostanie moją sojuszniczką przeciwko Annie.

A taka sojuszniczka naprawdę będzie mi potrzebna.

Zamiast przekonywać Annę do siebie bzdetami o cudownych atrakcjach, jakie zaplanowaliśmy „jako rodzina”, i wcisnąć jej jakąś bajeczkę o postępach, które poczyniłam z Francescą, spanikowałam i wyjechałam z zakazanym tematem, choć ustaliliśmy z Nico, że poruszymy go dopiero we właściwym momencie. Był to temat tabu, który należy zawczasu przećwiczyć i podejść do niego z takim samym taktem jak do rozmowy o kartonowych trumnach z rodzicem w podeszłym wieku.

Kiedy zrobiłam sobie herbatę i trzymałam kubek z pływającą w nim torebką, wypaliłam:

– Rozmawialiśmy ostatnio z Nico o przeprowadzce do innego domu. Pomyśleliśmy, że to mógłby być nowy start dla nas wszystkich. – Brnęłam dalej w złowrogą ciszę z coraz bardziej desperackim monologiem o tym, że może zdrowo będzie wybrać miejsce, które nie kojarzy się tak mocno Francesce z matką. Oczywiście nadal w Brighton, blisko morza i szkoły Franceski...

Z każdym wypowiadanym przeze mnie słowem twarz Anny coraz bardziej tężała, aż zaczęłam się czuć jak na najgorszej rozmowie o pracę, kiedy uświadamiasz sobie, że mówisz coś przeciwnego do tego, czego oczekują od właściwego kandydata, ale nie masz dość rozsądku, żeby przerwać i powiedzieć: „Może trochę źle zaczęłam”.

Kiedy wyraz zdumienia na delikatnej twarzy Anny przekształcił się w oburzenie, zająknęłam się i umilkłam. Położyła łokieć na stole i teatralnie, w zwolnionym tempie, podparła podbródek dłonią.

– Nico nie może się przeprowadzić gdzieś indziej. Farinelli mieszkają tutaj od prawie pięćdziesięciu lat. Mój mąż kupił każdemu synowi dom, żeby Nico i Massimo mogli być koło siebie, naprzeciwko nas, przez resztę życia. Nico się nie przeprowadzi. To jego dom. Farinelli mieszkają na Siena Avenue od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku, odkąd przenieśliśmy się do Anglii. Wybraliśmy tę ulicę, bo jesteśmy z Sieny i czuliśmy, że ta nazwa to dobry omen.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, zerwała się z krzesła.

– Taki to już problem, kiedy ludzie nie traktują rodziny jako czegoś ważnego.

Usiłowałam się wycofać.

– Anno, przepraszam, nie chciałam cię zdenerwować. Oczywiście to cudowny dom i ulica też, ale ja tylko myślałam o Francesce. I chyba łatwiej by jej było mnie zaakceptować, gdybyśmy przeprowadzili się do miejsca zupełnie nowego dla nas wszystkich. Które może nie wiązałoby się z tyloma wspomnieniami o Caitlin. Nie chodziło mi o to, że mamy to zrobić jutro czy nawet w przyszłym roku.

– Gdybyś w ogóle myślała o Francesce, nigdy nie zmusiłabyś Nico, żeby się z tobą ożenił.

Zdanie to wyrzuciła z siebie, cedząc słowa, jakby do tyłu przednich zębów przylepiła jej się ciągutka. Niespodziewana niechęć z jej strony sprawiła, że do oczu napłynęły mi łzy. Oczywiście wiedziałam, że Anna nie pali się, żeby mnie przyjąć na łono rodziny. Pogodziłam się z tym, iż może to trochę potrwać, i prawdopodobnie nie wyglądam, jakbym się nadawała do roli pani Farinelli – trochę przysadzista, z włosami w wiecznym nieładzie, eufemistycznie rzecz ujmując, oraz z naturalną, niedającą się zwalczyć skłonnością do koszulek w hipisowskie wzory, frędzli i falbanek. Nie spodziewałam się jednak, że będzie mnie nienawidzić. Po chwili poczułam, że odzyskuję oddech.

– Nie zmusiłam go, żeby się ze mną ożenił.

Anna prychnęła.

– Oczywiście, że zmusiłaś. Może nie przystawiłaś mu pistoletu do głowy, ale Nico zawsze łatwo ulegał wpływom. Jest o wiele za miękki. Jego brat ma znacznie więcej oleju w głowie. Pozbył się tej swojej niemądrej pierwszej żony, która nie chciała mieć dzieci, i znalazł taką, która rozumie, co to znaczy być panią Farinelli.

Nadzieja, że Lara może być moim sprzymierzeńcem, okazała się równie chybiona jak mój genialny pomysł sprzedania domu i znalezienia nowego miejsca dla naszej dziwnej, niedobranej rodzinki. Proszę bardzo: wyłożono karty na stół, całą talię, aż im się krawędzie zwijały w brutalnym świetle prawdy. Anna mnie nie akceptowała. Uważała, że Nico jest słabym człowiekiem, a ja wymusiłam na nim małżeństwo, ruszając do ataku, kiedy tylko Caitlin łaskawie zechciała umrzeć. Nigdy bardziej nie tęskniłam za wspólnym spaniem na kanapie i za popisami wokalnymi mojej mamy, śpiewającej do butelki z sosem jak do mikrofonu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki