Poskromienie Markiza - Stephanie Laurens - ebook
Opis

Mary Cynster jest już gotowa na miłość i małżeństwo. Co więcej, znalazła idealnego kandydata na męża, a dla osóbki tak zdeterminowanej jak ona podbój wydaje się formalnością. Na jej drodze pojawia się jednak poważna przeszkoda – Ryder Cavanaugh, słynny pogromca niewieścich serc. Zblazowany markiz jest ostatnim mężczyzną, którego Mary wybrałaby sobie na męża. Problem w tym, że on uznał ją za idealną kandydatkę na żonę dla siebie, a również przywykł zdobywać wszystko, czego zapragnie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 488

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Taming of Ryder Cavanaugh

Projekt okładki: Karandasz

Copyright © 2013 by Savdek Management Proprietary Ltd.

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2015

ISBN 978-83-7551-446-9

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail:b[email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Rozdział 1

Maj 1837

Londyn

– To jego sobie upatrzyłaś?

Mary Alice Cynster podskoczyła na dobre trzydzieści centymetrów – a przynajmniej tak jej się zdawało. Kiedy po wstrząsie znów poczuła twardy grunt pod nogami, ogarnęła ją furia. Odwróciła się i spiorunowała wzrokiem swoją nemezis, tak niemożliwie irytującą i nieustępliwą. Dlaczego właściwie Ryder Cavanaugh przypisał sobie tę rolę, nie miała pojęcia, niemniej od czasu krótkiej potyczki na balu zaręczynowym jej siostry Henrietty, dwa wieczory temu, prześladował Mary, wytrwale zapracowując sobie na miano potwornego utrapienia.

Salę balową Felsham House wypełniała najznamienitsza śmietanka towarzyska. Jedwabie i atłasy sukien wytwornych dam żywymi plamami barw kontrastowały z czernią wieczorowych strojów dżentelmenów, lśniły ufryzowane głowy, połyskiwały klejnoty.

Mary wycofała się w cień pod galerią dla orkiestry, żeby lepiej widzieć swój cel. Obserwacja tak ją zaabsorbowała, że nie spostrzegła zbliżającego się Rydera; pomimo swych gabarytów poruszał się płynnie i cicho. Nieskazitelny strój wieczorowy o surowym kroju jak zwykle podkreślał siłę ujarzmioną w wysokiej, muskularnej sylwetce. Mężczyzna oparł się swobodnie ramieniem o ścianę obok Mary i przyglądał się jej spod półprzymkniętych powiek wzrokiem leniwego lwa.

Inni często dawali się zwieść prezentowanej przez Rydera postawie przyjaznego, łagodnego, apatycznego olbrzyma; Mary to nie dotyczyło. Pod tą powłoką krył się umysł równie przenikliwy, stanowczy i bezlitośnie niezawodny jak jej własny.

Choć zwodniczy czar leniwej obojętności sugerował co innego, ton jego głosu i fakt, że jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia, wskazywały na to, iż Ryder zidentyfikował obiekt zainteresowania Mary – gdy ukradkiem zerknął ponad jej ramieniem.

Zaklęła w duchu – był ostatnią osobą, z którą chciałaby dzielić się tą informacją.

– Idź sobie.

Jak było do przewidzenia, rozkaz nie odniósł skutku; mogła sobie darować. Ryderowi – piątemu markizowi Raventhorne, który to tytuł odziedziczył po śmierci ojca przed sześciu laty – powszechnie przyznawano prawo do omijania zasad dobrego wychowania. Dostojne damy z towarzystwa aprobowały takie zachowanie w przypadku bardzo niewielu dżentelmenów – arystokratów na tyle potężnych, że gdy kroczyli przez wytworne sale balowe, salony i jadalnie, rozsądniej wydawało się nie stawać im na drodze, dopóki zachowywali resztki jakich takich manier. Był to jeden z owych niepisanych towarzyskich kompromisów.

Choć Mary nie ustąpiła mu pola – ani nie odwróciła wzroku – pozostawała doskonale świadoma przewag Rydera.

Nie mogło być inaczej.

Spoglądał na nią z góry, jakby kontemplował soczysty kąsek. Jako że była nie tylko najmłodsza, ale i najniższa z dziewcząt w obecnym pokoleniu Cynsterów, Ryder zaś mierzył dobrze ponad metr osiemdziesiąt, tego rodzaju „z góry” powinno ją onieśmielić. Mary wszakże nigdy nie czuła się onieśmielona w jego towarzystwie. Rozkojarzona, wytrącona z równowagi, nawet zbita z tropu do tego stopnia, że wręcz groził jej upadek, to tak, ale zastraszona – nie. Z drugiej strony, miewała z nim kontakt, odkąd sięgała pamięcią; ich rody zaliczały się do najstarszych w wytwornym towarzystwie, toteż dobrze się znały.

Orzechowe oczy mężczyzny nie odwracały się od jej twarzy.

– Nie możesz na poważnie wyobrażać sobie, że Rand będzie dla ciebie odpowiednim mężem.

Zadarła brodę.

– Wydaje mi się oczywiste, że o tym zadecyduję sama.

– Nie kłopocz się. Nie będziecie do siebie pasować.

– Ach tak? – Zawahała się, lecz jeśli ktokolwiek znał pragnienia Randa, to właśnie Ryder, jego przyrodni brat. Uniosła brwi i nasyciła swój głos pełną niedowierzania arogancją, by, jak na to liczyła, skusić go do podzielenia się szczegółowymi informacjami. – A czemuż to?

Podczas gdy on rozważał, czy wyświadczyć jej przysługę i opowiedzieć to i owo, Mary zastanawiała się, czy gdyby zaprzeczyła, że interesuje ją lord Randolph Cavanaugh, najstarszy z przyrodnich braci Rydera, nie postąpiłaby przypadkiem mądrzej… Kiedy jednak na balu zaręczynowym Henrietty i Jamesa prędko zbyła Rydera, odrzucając zaproszenie, dla którego większość dam z towarzystwa, młodych, w średnim wieku i całkiem wiekowych, byłaby gotowa zabić, nieumyślnie wzbudziła jego ciekawość, więc od tamtej pory prześladował ją z – na pozór – leniwym uporem.

Nawet jeśli dzisiejszy wieczór był dopiero drugim od czasu wspomnianego balu, Ryder miał więcej inteligencji niż trzeba, by odgadnąć cel Mary. Zatem doprawdy nie było sensu próbować go zwieść – stałby się jedynie bardziej diaboliczny.

– Pozwól, że wymienię powody – zamruczał. – Po pierwsze, niech wolno mi będzie zauważyć, że jako ostatnia niezamężna Cynsterówna ze swojego pokolenia uchodzisz za prawdziwą matrymonialną zdobycz.

Zmarszczyła brwi.

– Na pewno mi tego nie potrzeba, ale – zajrzała mu bacznie w oczy – nie rozumiem, czemu ktoś miałby mnie tak postrzegać. Jestem najmłodsza, a choć posag otrzymam niezgorszy, trudno uznać mnie za diament pierwszej wody lub wielką dziedziczkę.

Skinąwszy głową, Ryder powstrzymał chęć, by ją poinformować, że jakkolwiek nie myliła się, twierdząc, iż nie kwalifikuje się na diament pierwszej wody, wynikało to z nazbyt barwnej osobowości, nie zaś z braku urody. Była ogromnie atrakcyjna, ekscytowała i błyszczała, przyciągając męskie spojrzenia i pobudzając wyobraźnię, czego stał się nad wyraz świadom w trakcie owych kilku dni, kiedy to chodził za nią krok w krok, wiedziony ciekawością, podrażnioną dumą i jakąś trudniejszą do zidentyfikowania fascynacją.

– Pominęłaś jednak najważniejsze. Dla każdego z liczących się rodów jesteś ostatnią w tym pokoleniu szansą na przymierze z Cynsterami. Upłynie co najmniej dekada, nim dzieci twoich kuzynek wkroczą na matrymonialne targowisko. W konsekwencji, bez względu na to, czego sama sobie życzysz, istotnie uchodzisz za zdobycz. A, oczywiście, Rand nie dziedziczy ani tytułu, ani majątku.

W przeciwieństwie do niego.

– Spytaj którąkolwiek z dostojnych dam, każda powie ci to samo. Oczekuje się, Mary, że dobrze wyjdziesz za mąż.

Wydała z siebie odgłos podejrzanie zbliżony do parsknięcia.

– Gdyby tak się rzeczy miały, przeżywałabym oblężenie.

– Jeszcze nie teraz. – Nie widział powodu, by zachować tę informację dla siebie. – Ale czeka cię to w kolejnym sezonie. Masz dopiero dwadzieścia dwa lata, ponadto w tym roku twoją rodzinę absorbują zaręczyny Henrietty i jej zbliżający się ślub. Pod względem matrymonialnym nikt ci się w tej chwili nie przygląda.

Oprócz niego. I zależało mu na tym, by wyprzedzić na starcie potencjalnych konkurentów.

Zacisnęła wargi – barwy płatków róży, nadspodziewanie soczyste w tak młodej twarzy.

– Tak czy inaczej, w kwestii tego, kogo poślubię, liczy się wyłącznie moje zdanie. – Jej mina stała się jeszcze bardziej wojownicza. – A pod wszelkimi innymi względami…

– Rand się nie nadaje. Jest ode mnie o sześć lat młodszy, jedynie o dwa lata starszy od ciebie. – Kiedy wymieniał te liczby, uzmysłowił sobie jeden z powodów, dla których wybrała Randa na potencjalnego męża. – A na wypadek gdyby umknęło to twojej uwadze… Aczkolwiek postawiłbym znaczną kwotę, że nie umknęło… Podczas gdy w wieku dwudziestu czterech lat dżentelmen jest już dojrzały na ciele, rzadko oznacza to dojrzałość na umyśle. – Uśmiechnął się. – Daj mu trochę czasu, a wierz mi, stanie się dokładnie taki jak ja.

Właśnie tego rodzaju przemianie Mary planowała zapobiec. Odwróciła się i na nowo podjęła obserwację wzmiankowanego dżentelmena, który stał w grupie pośrodku długiej sali balowej.

– Wedle mojej oceny Randolph będzie dla mnie idealnym mężem.

Pomijając inne kwestie, Rand był łagodniejszą wersją Rydera. Gdyby go poślubiła, z pewnością zdołałaby wpłynąć na niego na tyle, by zagwarantować, że nie przekształci się w arystokratę choć w części tak zabójczo niebezpiecznego dla kobiet jak jego starszy brat. W rzeczy samej, wychodząc za Randolpha, oddałaby swojej płci ogromną przysługę. Żeńska połowa ludzkości stanowczo nie potrzebowała kolejnego Rydera. Nie dość, że był pociągający, to jeszcze nieokiełznany.

Wpatrzona w Randolpha, dokonała przeglądu jego atutów. Zamiast złotawej grzywy, jak u Rydera, Rand miał włosy ciemnobrązowe, przypominające ciemne pukle jego matki Lavinii. Podczas gdy Ryder miał na głowie intrygująco potargany gąszcz loków – wiele kobiet kusiło, by przeczesać je palcami – włosy Randolpha były przycięte zgodnie z najnowszą modą, ani długie, ani krótkie, podobnie jak u wielu obecnych na sali mężczyzn.

Rand był barczysty, choć nie tak jak Ryder, a przy tym smuklejszy od brata, lecz z drugiej strony, przerastał go o blisko dziesięć centymetrów, zatem imponujący ogrom jego klatki piersiowej robił wrażenie. Randolph także był zbudowany proporcjonalnie – tyle że według ziemskiej, a nie boskiej skali.

Jak przyznała w duchu Mary, mniej więcej do tego sprowadzała się różnica między przyrodnimi braćmi. Nie tylko między Ryderem i Randolphem, lecz także młodszymi z rodu – Christopherem, zwanym Kitem, i Godfreyem. Ryder był jedynym dzieckiem z pierwszego małżeństwa swego ojca; Randolpha, Kita i Godfreya urodziła druga żona zmarłego markiza, Lavinia. Mieli też siostrę, Eustacię zwaną Stacie. Mary znała ich wszystkich na gruncie towarzyskim, ale niezbyt dobrze; musiała więc zebrać przydatne informacje, skoro poprzez ślub zamierzała wejść do tej rodziny.

Niecierpliwiła się, by prowadzić dalej kampanię, której celem było nakłonienie Randolpha do oświadczyn. Pierwsze miesiące sezonu towarzyskiego spędziła na pełnej determinacji analizie potencjalnych kandydatów. Kiedy uzmysłowiła sobie, że Rand idealnie odpowiada jej wymaganiom, skoncentrowała się na tym, by zmobilizować Henriettę do założenia naszyjnika, który szkocka bogini, zwana Lady, podarowała siostrom Cynster. Lady była powiązana z rodem przez Catrionę, żonę Richarda, kuzyna Mary. Catriona, główna kapłanka bogini, najwyraźniej cieszyła się też jej największymi względami. Za jej pośrednictwem Lady zarządziła, że kolejne Cynsterówny powinny nosić naszyjnik, aby pomógł im znaleźć „odpowiednich dżentelmenów”. We własnym gronie dawno temu zdefiniowały ten typ jako mężczyznę, który każdej z nich zawróci w głowie, porywając ją w wir miłości i małżeńskiego szczęścia. Choć początkowo wszystkie okazywały sceptycyzm wobec mocy naszyjnika, jego magia podziałała, najpierw dla Heather, potem dla Elizy, następnie dla Angeliki i wreszcie, ostatnio, dla Henrietty, mimo że ta z uporem odmawiała wiary w skuteczność talizmanu.

Naszyjnik ze złotych ogniw przeplatanych ametystowymi koralikami, na którym dyndał stożkowaty wisior z różowego kwarcu, został przekazany Mary. Okalał teraz jej szyję; między piersiami czuła ciepło fasetowanego kryształu.

I wierzyła – wkładając w to całe serce i pokaźną siłę woli – że klejnot i dla niej zadziała. Chcąc jednak przyspieszyć sprawy, zawczasu dokonała rekonesansu i zidentyfikowała Randolpha Cavanaugha jako jedynego – idealnego męża dla siebie. Naszyjnika potrzebowała w zasadzie tylko do tego, by potwierdził jej wybór.

Otrzymała go dwa dni temu, tuż przed balem zaręczynowym Henrietty; siostra zapięła go na jej szyi i od tamtej pory Mary się z nim nie rozstawała. Minionego wieczoru po raz pierwszy miała okazję pomówić z Randolphem, będąc w posiadaniu naszyjnika. Oboje gościli na przyjęciu u lady Cornwallis, lecz choć spędziła ponad pół godziny w tej samej grupie co Randolph, konwersując i żartując, nie poczuła niczego szczególnego.

Nie była pewna, czego oczekiwała, jeżeli jednak dobrze zrozumiała swoje kuzynki i Henriettę, naszyjnik działał jak katalizator; noszenie go gwarantowało, że odpowiedni dżentelmen stanie na jej drodze, ale na większą pomoc nie można było liczyć. Nawet na żaden znak.

Będzie zatem musiała spędzić z Randolphem więcej czasu. Jeśli był jej mężczyzną, tym bezdyskusyjnie jedynym, wówczas… coś powinno się zdarzyć. Coś powinno zapłonąć.

Przesunęła się i omiotła wzrokiem większą część sali, szukając sposobu, by podejść do niego bliżej.

– Jak najlepiej to zrobić? – szepnęła.

Natychmiast uświadomiła sobie, że Ryder nachylił się ku niej, usiłując pochwycić jej słowa. Zdławiła impuls – niemal przemożne, naglące pragnienie – by na niego spojrzeć. Odbierała go jako ciepłe kuszące doznanie, gdy tak stał u jej prawego boku. Jego podstępnie zmysłowa obecność niosła nieuchwytną obietnicę, która przyciągała każdą kobietę.

Rzecz nie w tym, że na nią nie działał, że jej nie pociągał. Po prostu już dawno zdała sobie sprawę, iż okazując mężczyźnie względy – nieważne, w jaki sposób – przekazuje mu ster.

A jakiś czas temu postanowiła, że zawsze będzie pozostawać u steru.

Mając w rodzinie tylu przystojnych i dominujących mężczyzn, przez całe życie uczyła się, jak oni się zachowują, jak przyjmują oznaki uległości ze strony damy oraz jak one wyglądają.

Pracowała nad tym, by wyplenić je z repertuaru własnych instynktownych zachowań.

Dlatego też, chociaż dostrzegała atrakcyjność Rydera jak każda inna dama, nie dała mu podstaw do tego, by sądził, że zrobił na niej jakiekolwiek wrażenie.

Mary nie zależało na jego uwadze, lecz na uwadze Randolpha, i tego wieczoru była zdecydowana ją zdobyć. Założyła nową suknię z chabrowego jedwabiu, której kolor współgrał z barwą jej oczu.

Randolph. Skoncentrowała się na nim. Choć bez większego trudu utkwiła w nim wzrok, pozostałe zmysły zwlekały z wykonaniem rozkazu.

Przeklęty Ryder! Kiedy stał tak blisko, nawet jeśli Mary świetnie to ukrywała, jej krnąbrne zmysły pozostawały o wiele bardziej zainteresowane nim aniżeli Randolphem. Z punktu widzenia zmysłów Randolph, choć wysoce atrakcyjny, wypadał blado w porównaniu z przyrodnim bratem.

Jednakże przystojny jest ten, kto przystojnie czyni, a w prostych słowach, Ryder był zbyt przystojny, więcej, zbyt atrakcyjny pod każdym możliwym względem, by wyszło to na dobre jemu czy komukolwiek innemu.

A już zwłaszcza Mary. Nie łudziła się co do swej siły; Ryder miał silniejszą wolę niż ona. Nie dałaby sobie z nim rady, podobnie jak żadna inna kobieta.

Z drugiej strony, Randolph znajdował się w zasięgu jej możliwości; świetnie by do niej pasował.

– Zaryzykuję, że odgryziesz mi głowę – wymruczał Ryder – ale jak właściwie wyobrażasz sobie przekonanie Randa, że jesteś odpowiednią damą dla niego?

Ryder słyszał ruch na galerii nad ich głowami; muzycy już przybyli i wkrótce zaczną grać. Musiał jedynie do tego czasu zatrzymać Mary przy sobie.

Wolno odwróciła głowę i posłała mu spojrzenie, które w jej mniemaniu było zapewne zniechęcające. Musiała się jeszcze sporo nauczyć; bardziej by go zniechęciła słodkim uśmiechem.

Jej opór wabił Rydera jak mało co. Dla kogoś tak pewnego siebie jak on nowość miała fascynujący smak. Ponieważ jednak za cel obrał sobie opóźnienie momentu, kiedy Mary go opuści, nie rzekł nic więcej, tylko czekał na odpowiedź z bezgraniczną cierpliwością doświadczonego myśliwego.

– Nie pojmuję, dlaczego miałoby cię to obchodzić.

Otworzył szeroko oczy.

– Czyż to nie oczywiste? Rand jest wszak moim młodszym bratem.

– Przyrodnim. – Z dumnie uniesioną głową spojrzała znów przez salę na Randa. – Przyznaję, że w niczym cię nie przypomina, nie rozumiem jednak, dlaczego wydaje ci się, że potrzebuje twojej ochrony przed takimi jak ja.

Wargi mu drgnęły.

– Impertynenckie dziewczę.

Niemniej w dużym stopniu trafiła w sedno – upatrzyła sobie jego niewinnego młodszego brata i w Ryderze istotnie obudziły się instynkty opiekuńcze. Dama taka jak ona mogła przerazić Randa, w każdym razie dopóki był taki młody.

Okoliczność, że opiekuńcze odruchy Rydera sprzymierzyły się z jego planem działania, pozostawała pomocnym zrządzeniem losu.

Nadal wpatrzona w Randa, Mary nieznacznie wzruszyła ramionami.

– Jestem jaka jestem, przy czym trudno mnie odbierać jako zagrożenie dla Randolpha.

– To mocno zależy od punktu widzenia.

Znów przeszyła go ostrym spojrzeniem, ale nim zdążyła się odezwać, nad ich głowami rozległ się chropawy pisk, a zaraz po nim rozbrzmiały pierwsze nuty walca.

Doskonale.

Nie zostawiając jej czasu na reakcję, a tym bardziej ucieczkę, Ryder wystąpił z cienia pod galerią w jaskrawy blask kryształowych żyrandoli i wykonał przed Mary głęboki ukłon. Wyciągnął rękę i spojrzał w jej rozszerzające się oczy.

– Niechże wolno mi będzie błagać, byś zaszczyciła mnie tym tańcem.

Jej wzrok stał się odrobinę błędny i – tak – z lekka przerażony. Ryder obserwował ją bacznie, rozpoznał zatem moment, gdy zdała sobie sprawę, co się z nią stanie w jego ramionach; nie zdoła zdusić w sobie naturalnej reakcji, którą, po prostu to wiedział, dotąd tłumiła.

Opuściła wzrok na jego dłoń, po czym znów spojrzała mu w oczy.

– Nie.

Uśmiechnął się. Z determinacją.

– Na pewno rozumiesz, że nie ma sensu urządzać sceny, która skupi na nas uwagę wszystkich obecnych na sali dostojnych dam. Ostatecznie – uniósł brew – jakąż to wymówką mogłabyś się posłużyć, by odmówić mi tańca?

Patrząc na niego, zmrużyła oczy. Wargi, te soczyste wargi, na których temat zaczął już fantazjować, zacisnęły się w wąską kreskę. Po kolejnej sekundzie skinęła głową. Raz.

– W porządku.

Uniosła rękę, ale zamarła, gdyż jej palce dzieliły od dłoni Rydera zaledwie centymetry.

Oparł się impulsowi, by gwałtownie ująć jej rękę, znów pochwycił jej spojrzenie i uniósł brew.

– Jeden taniec. A potem zaprowadzisz mnie do przyjaciół Randolpha.

Nie wahał się.

– Zgoda.

Zamknął jej palce w swoich, przyciągnął ją do siebie i powiódł ku środkowej części sali, gdzie goście właśnie się rozstępowali, robiąc miejsce dla tancerzy.

Kiedy prowadził Mary, jego wargi wygięły się w spontanicznym uśmiechu. Ze sposobu, w jaki się poruszała, stąpając lekko i niemalże ochoczo u jego boku, wnioskował, że we własnym mniemaniu wygrała, a przynajmniej zremisowała w tej potyczce.

Jednak fechtowała się z mistrzem. Zapomniał na temat tej gry więcej, niż ona kiedykolwiek się nauczy; dopasowanie się do jej planów całkowicie mu odpowiadało. Najpierw wszakże czekała go nagroda – walc.

Gdy dotarli na parkiet, odwrócił się i pociągnął ją ku sobie. Nie poczuł się zaskoczony, kiedy płynnie za nim podążyła. Zamiast jednak podnieść wzrok na jego twarz, spojrzała na prawo od Rydera, tam gdzie Randolph nadal gawędził ze swymi kompanami.

Ryder delikatnie położył dłoń na jej plecach – i wtedy przeszył ją wielce wymowny dreszcz, mimo że sobie tego nie życzyła. Absolutnie.

Uśmiechając się na myśl o czekającej go przyjemności, porwał Mary do tańca – i rozkoszował się tym, że jej oczy rozbłysły, a soczyste wargi lekko się rozchyliły.

Od tego momentu zawładnął jej uwagą. Nie zamierzał dopuścić, by znów gdzieś uciekła myślami czy wzrokiem. Zawirował z nią na parkiecie. Dopasowała się do niego instynktownie, lecz zarazem czuł jej opór, który starała się mu komunikować spojrzeniem.

Trzymała się mocno, by nie okazać najmniejszej uległości.

Czyste wyzwanie.

On dla niej i ona dla niego.

Wirowali na parkiecie i, niczym niewidzialną rękawicę, rzucali sobie wyzwanie.

Przygodny obserwator zobaczyłby jedynie wpatrzoną w siebie parę, pochłoniętą tańcem.

Nikt z zewnątrz nie mógł dostrzec ich zmagań. Tej małej bitwy.

Tkwiący w nim drapieżnik rozkoszował się tym stanem. Ryder nauczył się już dawno, że w jego przypadku sukces był najczęściej efektem poddania się instynktowi. Teraz to także instynkt zaprowadził go do Mary Cynster.

Dziewczyna będzie jego.

Dzięki niej jego życie stanie się takie, jakiego pragnął.

Nieważne, że teraz Mary nim pogardzała. To się zmieni.

Tymczasem Mary z trudem mogła oddychać. Czuła ucisk w płucach.

Nie mogła udawać, że nie rozumie, co się dzieje. Ryder, niech go diabli, przejrzał jej metody.

Jeśli nie od razu, to z pewnością wtedy, gdy popatrzyła na Randolpha i na moment zapomniała, że o wiele większe niebezpieczeństwo, w każdym możliwym sensie, stoi tuż przed nią.

Tamta chwila, gdy dłoń Rydera, wielka i silna, dotknęła jej obleczonych w jedwab pleców…

Stłumiła tę myśl; samo wspomnienie wystarczyło, by zadrżała. Ponownie. A nie uważała za wskazane rzucać kolejnej przynęty lwu, który wywijał z nią na parkiecie.

Uważała za konieczne odzyskanie kontroli. Jeśli wyniosła z tego wieczoru jakąś naukę, to tę, że Ryder – z niepojętego powodu – wbił sobie do głowy, iż na nią zapoluje, w wytwornym towarzystwie zaś był jednym z nielicznych, którzy mieli dostatecznie dużo sprytu, talentu i umiejętności, by okiełznać Mary. Dowodził tego ich walc. Na samą myśl o tym, że ktoś miałby ją kontrolować, zaciskała zęby. Pojmowała, że w tym wypadku mądrość nakazuje nie walkę, lecz ucieczkę. Mądre damy nie podejmują się zadań, którym nie są w stanie podołać – a Mary nie podołałaby Ryderowi. Żadnej damie by się to nie udało.

Co gorsza, wystarczyła chwila zastanowienia i Mary się upewniła, że w jej świecie nie znajdzie się dziedzina, w której Ryder by nie dominował; wedle jej oceny był równie jak ona biegły w naginaniu konwenansów, tak by były dla niego korzystne i na coś się przydały.

Zatem tak, musiała uciekać – znaleźć się od niego tak daleko, jak to tylko możliwe, i trzymać go na dystans, przynajmniej dopóki on nie daruje sobie pościgu i nie zwróci się ku bardziej przychylnej mu zdobyczy.

Do jej świadomości zaczęła drążyć sobie drogę niepokojąca myśl. Nie sposób było zaprzeczyć, że ona – młoda, niezamężna, z wyjątkowo dobrej rodziny – nijak nie przystawała do kryteriów, wedle których Ryder dobierał zwykle partnerki do flirtu…

Przyzwoliła, by smutek, jaki ogarnął jej myśli, pojawił się w oczach. Między obojgiem utrzymywała się nadal pełna napięcia cisza. To dwie dominujące osobowości ścierały się zaciekle.

Nie zastanawiając się dłużej, Mary postanowiła to przerwać.

– Dlaczego to robisz? – spytała nagle.

– A jak ci się zdaje?

– Gdybym wiedziała, nie pytałabym. W twoim przypadku wolałabym niczego nie domniemywać.

Jego wargi drgnęły, po czym wygięły się w pełnym uznania uśmiechu.

– Bardzo mądrze.

Przyciągnął ją bliżej. Na tyle blisko, że ciepło jego ciała dotarło do niej przez ubranie, ona zaś zanurzyła się cała w głębi przejmująco fizycznego doznania, zdominowana przez jakże męskie ciało, znacznie potężniejsze, silniejsze i bardziej umięśnione, nieskończenie silniejsze od jej własnego…

To było obce, tak odmienne, lecz zarazem jakże pociągające.

Kiedy wykonali pełny obrót, utraciła zdolność oddychania. Nawet w myślach nie potrafiła go winić, gdy ramię na jej plecach naprężyło się i przygarnęło ją opiekuńczo jeszcze bliżej, twarde udo zaś wsunęło się na moment między jej nogi.

Gdy skończyli taniec, wydostali się z tłumu, Mary zaś walczyła, by znów odzyskać normalny spokojny oddech.

Kiedy tylko jej się to udało…

– Ryderze…

Muzyka ustała. Ryder z uśmiechem uniósł brew i przepisowo się ukłonił.

Dygnęła, zaciskając wargi. Nim zdążyła się odezwać i podjąć próbę uzyskania od niego odpowiedzi – jakiejkolwiek – uniósł głowę, lustrując gości.

– Gdzie ten Rand? – Spojrzał na nią. – Nadal chcesz, żebym utorował ci do niego drogę?

Wpatrywała się w jego orzechowe tęczówki i nie wiedziała, co myśleć.

– Tak, proszę.

– I…?

Wiedziała, o co mu chodzi, lecz zwlekała chwilę, nim ustąpiła.

– Dziękuję za walca.

Uśmiechnął się – a to było naprawdę nie w porządku. Pod wpływem tego uśmiechu serce Mary zgubiło rytm. Wystudiowanym gestem zaofiarował jej ramię. Kiedy wsparła na nim dłoń, Ryder nachylił ku niej głowę.

– Cała przyjemność po mojej stronie – wymruczał.

Zmysłowość w jego głosie przyprawiła Mary o kolejny dreszcz. Zwalczyła impuls, by spojrzeć mu w oczy; zaczerpnęła tchu i się rozejrzała.

– Randolph jest tam.

Ruchem głowy wskazała miejsce, gdzie jego przyrodni brat stał w grupie innych młodych dżentelmenów i dam.

Ryder wahał się ledwie przez sekundę, a potem, zgodnie z ustaleniami, zaprowadził ją do Randolpha.

Wprowadziwszy Mary do grupki zgromadzonej wokół jego brata, zamienił z obecnymi kilka uprzejmych zdań, po czym się wycofał. Choć znał tu dość dobrze wszystkich mężczyzn – bez wyjątku przyjaciół Randa – oraz niektóre młode damy, był od nich na tyle starszy, by zaliczać się do innego pokolenia; niewiele go z tymi ludźmi łączyło.

Zmierzając w stronę bufetu, analizował poczynione tego wieczoru postępy i uznał, że czuje się usatysfakcjonowany. Kiedy już zdecydował się ożenić – raczej wcześniej niż później – pomyślał, że wykorzysta przymusowy udział w balu zaręczynowym Henrietty Cynster i Jamesa Glossupa, by zrobić pierwsze kroki w drodze do celu. Jego wzrok padł na Mary. Doceniwszy natychmiast potencjał dziewczyny, Ryder usiłował schwytać ją w potrzask jedynie po to, aby go oszacować, został jednak odprawiony.

Oczywiście, zaskoczyła go tym na tyle, że z większym zainteresowaniem skupił na niej uwagę i w rezultacie dowiedział się, że Mary wyrusza właśnie na poszukiwanie „swojego dżentelmena” – którego zamierza poślubić. Oświadczyła nawet, że zidentyfikowała już owego szczęściarza, lecz Ryder nie miał pojęcia, kogo spotkało to wyróżnienie.

Fakt, że to na Randzie spoczęły jej oczy, mógłby być wystarczającą przesłanką, by odstąpić i pozwolić bratu samodzielnie podjąć decyzję. Jednak bardzo dobrze wiedział, że Rand nie jest na razie zainteresowany ożenkiem – miał dopiero dwadzieścia cztery lata. Brał udział w tego rodzaju wydarzeniach towarzyskich wyłącznie ze względu na podejmowane przez jego matkę, Lavinię, macochę Rydera, próby wyswatania go, gdyż w tak młodym wieku nadal wolał ulegać jej naleganiom, niż stanąć do bezpośredniej konfrontacji. Tak czy inaczej, związek z Mary okazałby się dla Randa nieporozumieniem. Dziewczyna była stanowczo zbyt… niezależna. Zdecydowana. Uparta. I lubiła manipulować ludźmi.

Zrobiłaby biedakowi wodę z mózgu, a potem kazałaby mu tańczyć, jak ona zagra.

Naturalnie, z Ryderem spróbuje tej samej taktyki, on jednak nie tylko był dla niej godnym przeciwnikiem, lecz także z niecierpliwością wyczekiwał tej bitwy. Zmagań.

Wyzwania.

Znał siebie na tyle dobrze, by przyznać, że taka perspektywa silnie go nęci. Podobnie jak związane z nią zjawisko, że w przeciwieństwie do większości młodych czy nawet nieco starszych dam Mary przez cały czas śmiało patrzyła mu w oczy. Kiedy rozmawiali, koncentrowała się na tej bliskości, przy czym jak we wszystkim, co robiła, jej skupienie było całkowite. Nie błądziła myślami Bóg wie gdzie, niełatwo było ją rozkojarzyć. Kiedy rozmawiali, absorbował całą jej uwagę.

Umiała go poskromić. Jego wewnętrzną bestię. Aż zamieniała się w małego mruczącego kotka.

Dotarłszy do bufetu, Ryder wziął z tacy szklaneczkę brandy, upił łyk, po czym odwrócił się i powiódł wzrokiem ponad głowami gości lady Felsham. Na dłużej zatrzymał spojrzenie na Randzie i Mary. Stali obok siebie, słuchając – jego brat chciwie, Mary z ledwie trzymanym w ryzach zniecierpliwieniem – jednego z przyjaciół Randa, który opowiadał, wnosząc z gestykulacji, jakąś historię związaną z jeździectwem.

Właśnie z tego powodu Ryder ją zostawił u boku swojego brata, w otoczeniu młodzieży, gdzie mogła jedynie udawać zainteresowanie poruszanymi tematami; co stanowiło doskonały kontrast z pełnym emocji walcem.

Zapewne Rand i jego przyjaciele zauważą brak zainteresowania ze strony Mary, zaczną więc odnosić się do niej ostrożnie – a to ją najpewniej zirytuje.

Ryder z uśmiechem pociągnął kolejny łyk brandy.

Jakiś ruch z prawej strony przyciągnął jego uwagę. Zbliżająca się doń ciemnooka szatynka, w której rysach nadal dostrzegało się ślady dawnej urody, kobieta po czterdziestce i, niestety, coraz bardziej przysadzista, czyli jego macocha, Lavinia, markiza Raventhorne, miała z Ryderem niewiele wspólnego – dbał o to, by jak najmniej.

– Lavinio.

Zmierzyła go poirytowanym spojrzeniem, na dłużej zatrzymując wzrok na dużym diamencie wpiętym w halsztuk, a należącym do ojca Rydera i wchodzącym w skład klejnotów rodowych. Żadnego z nich nie pozwolono Lavinii zatrzymać po śmierci męża. U jej boku stała jedna z jej przyjaciółek, lady Carmody, która teraz dygnęła sztywno, na co Ryder odpowiedział nieznacznym ukłonem. Dawno temu nauczył się, że niewzruszona lodowata uprzejmość najskuteczniej utrzymuje macochę i jej towarzystwo na dystans.

– Muszę powiedzieć, że jestem zaskoczona, spotykając cię tutaj – oznajmiła Lavinia.

– Czyżby? Sądziłem, że wiesz, iż jest to mój zwyczajowy teren łowiecki. Jako że aktualnie narzekam na brak towarzystwa, postanowiłem zrobić przegląd stada.

Lavinia spłonęła rumieńcem.

– Doprawdy, Ryderze! Nie musisz być tak bezpośredni. – Wykonała gest pełen przesadnej wyższości. – Niewiele mnie obchodzi, gdzie szukasz swoich miłostek.

Lady Carmody zachichotała.

– No cóż, Lavinio, biedak musi gdzieś zapoznawać kochanki, a z pewnością wolisz, by robił to tutaj niż w jakimś teatrze.

Ryder nie miał dotąd powodu lubić lady Carmody, lecz w rewanżu za ten komentarz pospieszył jej z pomocą, by zatrzymać wzbierającą falę gniewu Lavinii, która lada moment załamałaby się nad głową nieszczęsnej przyjaciółki.

– Niedawno rozmawiałem z Randem. Stoi w tamtej grupie. – Ryder wskazał brata skinieniem głowy i zrobił przerwę, by dać Lavinii czas na zlokalizowanie pierworodnego. – Skoro już rozważamy powody obecności na balu różnych osób… Czy mam wnosić, że przywiodły go tu zainteresowania podobne do moich?

Lavinia aż poczerwieniała z oburzenia.

– Nie bądź głupi! W przeciwieństwie do ciebie Randolpha nie interesuje przygodny flirt. Nader stosownie szuka właściwej damy, z którą założy rodzinę, by kontynuować ród Cavanaughów. – Lavinia zerknęła na Rydera. – Ktoś musi to zrobić, tego by pragnął twój ojciec.

Bezsprzecznie była to prawda, z tą drobną różnicą, że ojciec poprosił Rydera, by się ożenił i spłodził potomka rodu. Zamiast jednak poinformować o tym szczególe Lavinię, postanowił się oddalić.

– I mając to na względzie, chyba się już pożegnam. – Skłonił głowę.

Lavinia ledwie raczyła przyjąć ukłon Rydera do wiadomości, ale lady Carmody posłała mu konspiracyjny uśmiech.

Odwrócił się, odstawił szklaneczkę po brandy i wmieszał się w tłum.

Ledwie Ryder znalazł się poza zasięgiem wzroku, Lavinia chwyciła przyjaciółkę za rękaw.

– Popatrz! – szepnęła. – Nie śmiałam żywić nadziei, ale wygląda na to, że moja subtelna intryga przyniosła owoce.

Lady Carmody podążyła za jej urzeczonym spojrzeniem.

– No, no. – Przez chwilę obserwowała grupę, w której stał Randolph. – Muszę przyznać, moja droga, że doprawdy nie wierzyłam, by ktokolwiek zdołał wpłynąć na dziewczynę taką jak Mary Cynster, ale proszę, istotnie, oto i ona. Gawędzi z twoim Randolphem.

– Tak! – Lavinia chłonęła ów widok całą sobą. – Mówiłam ci, trzeba jedynie zrozumieć, że sugerowanie czegokolwiek takim jak panna Cynster wymaga niesłychanej delikatności. Ani razu nie rozmawiałam z nią osobiście, zadbałam też, by żadna z kolportowanych przeze mnie wiadomości nie dotyczyła konkretnie Randolpha. Chodziło wyłącznie o to, by niby przypadkiem dowiedziała się o jego istnieniu. I moja strategia poskutkowała! – Rozpromieniona dama spojrzała na przyjaciółkę. – Teraz, jak sądzę, możemy pozostawić zdarzenia własnemu biegowi. Randolph nie jest głupcem, a panna Cynster prędko odkryje, że nie znajdzie nikogo lepszego.

– Hm. – Lady Carmody nadal uważnie przyglądała się parze. – Zakładam, że… ach, zasiałaś w głowie swego drogiego syna myśl o tym, że Mary Cynster jest ostatnią niezamężną dziewczyną z rodu, a zatem ostatnią szansą na zbudowanie relacji z Cynsterami?

– Oczywiście! – Lavinia ujęła ją pod ramię. – Aczkolwiek bardzo ostrożnie, rozumiesz. Dżentelmeni w tym wieku są wszak tacy drażliwi na punkcie przyjmowania dobrych rad od swoich matek. Ale wierz mi. – Po raz ostatni spojrzawszy na Randolpha i Mary po drugiej stronie sali, Lavinia niespiesznie powiodła przyjaciółkę w przeciwnym kierunku. – Moje ziarna padły na podatny grunt i wszystko wskazuje na to, że wzejdą, tak jak powinny. – Unosząc głowę, dama się uśmiechnęła. – A to, przyznam, sprawia mi ogromną satysfakcję. Nie mogę się doczekać, kiedy poinformuję Rydera o zaręczynach.

*

– Jak ci się udał wieczór, kochanie?

Mary spojrzała na matkę usadowioną obok niej w karecie, która statecznie toczyła się po bruku, wioząc obie kobiety do domu.

– Znośny. Ale, niestety, nic ponadto.

Louise uśmiechnęła się w migotliwym blasku ulicznej lampy. Poklepała córkę po nadgarstku.

– Nie spiesz się tak, kochanie. Twój odpowiedni dżentelmen przybędzie po ciebie we właściwym czasie.

Mary stłumiła westchnienie. W półmroku opuściła wzrok na swój naszyjnik, a konkretnie na wisior z różowego kwarcu wtulony między piersi. Głupie cacko. Stała obok Randolpha przez ponad pół godziny i po raz kolejny… nic. Żadnej emocji, a w dodatku on i jego przyjaciele chcieli rozmawiać wyłącznie o koniach.

Nie odczuła rozkosznego wyczekiwania, jej nerwy ani na moment się nie napięły.

Z pewnością nie doświadczyła niczego choć trochę przypominającego doznania w trakcie wybornego walca z Ryderem.

Nie była na tyle głupia, by wyobrażać sobie, że to Ryder – on, któremu wywoływanie takich doznań przychodziło bez wysiłku – jest tym jedynym. Wykluczone. Żadna bogini nie połączyłaby damy pokroju Mary, tak wysoce ceniącej sobie możliwość sprawowania kontroli, z arystokratą, który, choć w skórze leniwego lwa, pozostaje wielkim panem i niemal dyktatorem.

Okoliczność, że rozpalił w niej tego rodzaju uczucia, nie miała tu nic do rzeczy; wzbudzał je, ostrożnie szacując, u co najmniej połowy żeńskiej populacji.

Taki po prostu miał styl, dar w pewnym sensie, i uciekał się do niego zupełnie odruchowo.

– A właśnie, rozmawiałam z twoimi ciotkami na temat ostatecznych przygotowań do ślubu. Zdumiewające, ale wszystko przebiega na tyle idealnie, że zdecydowałyśmy, iż kilka spokojnych dni na wsi wyśmienicie nas pokrzepi, dzięki czemu łatwiej zniesiemy trudy tego wielkiego wydarzenia. – Louise oparła głowę o zagłówek i kontynuowała: – Postanowiłyśmy wykorzystać ten okres względnego spokoju, tak więc jutro wyjeżdżamy na trzy dni do Somersham. – Odwróciła głowę, żeby przyjrzeć się Mary. – Naturalnie, będziesz tam mile widziana, ale sezon trwa w najlepsze, a twoje zamężne siostry i szwagierka są w mieście, jeśli więc wolisz zostać…?

Mary zmarszczyła brwi. Nie czuła się jeszcze gotowa, by choć rozważyć, czy on jest jej ukochanym – być może musiałaby spędzić z nim trochę czasu sam na sam, a przynajmniej nie w grupie innych osób.

– Wolałabym zostać. – Popatrzyła na matkę. – Amanda i Amelia, Portia zresztą też, wybierają się na wszystkie bale, na które chciałabym pójść.

Louise skinęła głową.

– Wyślę do każdej z nich liścik, kiedy dotrzemy do domu. Zakładając, że z chęcią podejmą się roli przyzwoitek, nie widzę powodu, żebyś nie miała zostać i uczestniczyć we wszystkich balach z twojego terminarza.

Spoglądając przed siebie, Mary skoncentrowała się na obmyślaniu strategii, która pomogłaby odkryć w Randolphie Cavanaughu jej wybranka.

Rozdział 2

– Wypocznijcie i o nic się nie martwcie! – Mary uściskała matkę, a potem cofnęła się, by jej starsze siostry, Amanda i Amelia, także mogły ją wycałować.

– Bez obaw. – Odstępując o krok, Amanda spojrzała czule na Mary. – Przypilnujemy jej.

Louise ze śmiechem poklepała każdą z bliźniaczek po ramieniu.

– Wiem, że mogę polegać na was dwóch, i na Portii także.

Na ten sygnał Portia wystąpiła, by przytulić Louise, a potem do holu nadeszli szybkim krokiem Henrietta i podążający za nią James, którzy do tej pory zmagali się w bibliotece z pytaniem, w jaki sposób rozkwaterować przybyłych na ślub spoza miasta krewnych pana młodego.

– Do widzenia, mamo! Papo! – Henrietta cmoknęła w policzek najpierw Louise, a potem stojącego obok żony Arthura. – Cudownego wypoczynku.

Arthur oddał pocałunek i puścił córkę. On i jego bracia zdecydowali, że skorzystają z tej okazji i dołączą do małżonek, by spędzić na wsi kilka spokojnych dni – i trochę sobie postrzelać.

W czasie gdy Louise wdziewała płaszcz, z ojcem pożegnały się pozostałe dziewczęta. Śniadanie zjedzono godzinę temu, a później przybyli: Amanda, Amelia, Simon i Portia, żeby pożegnać Louise i Arthura, jak również rozwiać ich ewentualne obawy; jako że cała rodzina zebrała się w Londynie, by celebrować zbliżający się ślub, było wielu chętnych do pomocy.

Arthur spojrzał na syna, Simona, męża Portii, który wraz ze swym przyjacielem Jamesem stał życzliwie uśmiechnięty nieco z boku.

– Chłopcze! – huknął. – Pełnisz obowiązki głowy domu. Dopilnuj, żeby to stadko gęsi dobrze się sprawowało.

Simon się roześmiał. Inni mu zawtórowali.

– Na pewno wszystko przebiegnie gładko – oświadczyła Amanda tonem matrony. – No i, ostatecznie, wyjeżdżacie tylko na trzy dni.

– O nic się nie troskaj. – Amelia ścisnęła dłoń matki. – Po prostu wypoczywaj, ty i ciotki na to zasłużyłyście.

Hudson, kamerdyner, otworzył szeroko drzwi i uszu zebranych dobiegło pobrzękiwanie uprzęży. Louise wyjrzała na zewnątrz.

– Doskonale, powóz już zajechał. – Odwróciła się znów do swego potomstwa i zmierzyła je matczynym spojrzeniem. – Bądźcie grzeczni i uważajcie na siebie, w każdej sferze, do której można odnieść te zalecenia. – Uśmiechnęła się do niebieskich oczu Arthura, kiedy ujmował ją pod ramię.

– Chodźmy – rzekł Arthur, po czym, teatralnie ściszając głos, dodał: – Chyba nie nabroją.

Louise się roześmiała i w asyście męża zeszła po schodach. Reszta rodziny podążyła ich śladem i zebrała się na wąskim tarasie, by pomachać odjeżdżającym na pożegnanie.

Kiedy powóz zniknął za rogiem, Simon i Portia się pożegnali, Henrietta i James wrócili do biblioteki i swego zadania, a Amanda, Amelia i Mary wycofały się do holu, by uzgodnić kwestie zobowiązań towarzyskich.

– Nie pójdę z tobą dziś wieczorem – oznajmiła Amanda. – Nudnawy obiad z krewnymi Martina, organizowany od wieków. Ale jeśli rzeczywiście masz ochotę na popołudniową przejażdżkę w parku, mogę zajechać po ciebie o czwartej.

Mary skinęła głową.

– Tak, bardzo chętnie. Zapowiada się piękny dzień. Ale – spojrzała z nadzieją na Amelię – co z dzisiejszym balem w Castlemaine House?

Minionego wieczoru w kręgu Randolpha stała obok niej Geraldine Carmody i potem razem opuściły grupkę. Geraldine słyszała z ust Randolpha oraz jego przyjaciół, że pojawią się u lady Castlemaine.

– Och, mogę być tam twoją przyzwoitką – odparła Amelia. – Portia także. Obie się tam wybieramy.

– Doskonale! – Mary się rozpromieniła.

Uzgodniły, że najlepiej będzie, jeśli Mary uda się na bal w karecie rodziców i w westybulu Castlemaine House spotka z Amelią i Portią, które przyjadą własnymi powozami.

– Na wszelki wypadek – powiedziała Amelia, zakładając rękawiczki.

Ona i Portia miały małe dzieci, toteż zawsze należało się liczyć z nagłym wezwaniem.

Kiedy poczyniono już satysfakcjonujące wszystkich ustalenia, bliźniaczki ruszyły pieszo do domów, pozostawiając Mary w niejakim kłopocie. Przez pełne dwie sekundy rozważała, czy nie pójść do Henrietty i Jamesa, uznała jednak, że powinni samodzielnie zmierzyć się z przeszkodami – gdyby się do nich przyłączyła, przejęłaby dowodzenie. Zwykle tak robiła.

A inni zwykle jej na to pozwalali.

Ponieważ tak było łatwiej.

Świetnie się sprawdzała jako organizatorka, zwłaszcza w sprawach związanych z ludźmi, ale Henrietcie doświadczenie w postępowaniu z rodziną Jamesa bardziej się przyda.

Czując się szlachetnie z powodu tego, że zrezygnowała z szansy, by się wmieszać i przejąć dowodzenie – przynajmniej zyskałaby zajęcie – podążyła korytarzem do saloniku na tyłach domu. Zamknęła za sobą drzwi i kontynuowała niespieszną wędrówkę, aż stanęła przy oknie. Splotła ręce na piersi, wyjrzała na tylny ogród i czekała, aż wątła myśl, która nękała ją przez cały ranek, nabierze nieco kształtów.

W końcu się doczekała.

– Ach! – Musiała przyznać, że pytanie jest trafne. – Co Ryder, u licha, tam robił?

Na balu u lady Felsham minionej nocy i na przyjęciu u lady Cornwallis dzień wcześniej.

Po kilku kolejnych minutach rozważań w umyśle Mary uformowało się najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie.

– Szuka kolejnej zdobyczy.

Następnej kochanki. Zgodnie z plotkarskimi doniesieniami Ryder nie gustował w długotrwałych związkach. Najwyraźniej szybko się nudził, skądinąd ku wielkiej konsternacji zaangażowanych dam. Z wiadomości, jakie Mary zebrała dotąd na temat dżentelmenów jego pokroju – salonowych drapieżników, takich jak jej brat i kuzyni przed ożenkiem, w których gronie Ryder był zaiste lwem – poszukiwali swych miłostek pośród znudzonych matron z towarzystwa, kobiet z własnej sfery, rozumiejących społeczne ograniczenia i zasady tyczące zakazanych romansów.

Gdzieś przecież musi je znajdować, a na tych dwóch wydarzeniach towarzyskich bez wątpienia mógł przebierać w znudzonych damach; jednakże dziś wieczorem u lady Castlemaine pojawi się inny zestaw gości, będzie to bowiem raczej spęd swatek – zastanawiała się Mary. – Zatem przy odrobinie szczęścia Ryder się tam nie pokaże, a ja bez problemu dopadnę Randolpha. Nierozpraszana przez jego przytłaczającego starszego brata. Przyrodniego brata. Bez względu na to, co sądzi Ryder, Rand w niczym go nie przypomina.

Zachęcona tymi wnioskami, przeanalizowała potencjalne sposobności, jakich mógł jej dostarczyć bal w Castlemaine House, jeśli chodzi o spędzenie czasu sam na sam z Randolphem.

*

– Szukaj nas gdzieś tam. – Portia przystanęła na schodach prowadzących w dół na salę balową w posiadłości lady Castlemaine i machnęła ręką ku odległemu krańcowi pomieszczenia, a potem obejrzała się na Mary stojącą na stopniu za nią. – W razie potrzeby nas odszukaj.

Zajęta już przeglądem gości Mary ograniczyła się do twierdzącego pomruku.

U boku Portii Amelia otworzyła wachlarz i żywiołowo wprawiła go w ruch.

– Tak, w rzeczy samej! Już tu panuje duchota, ale na tamtym końcu przynajmniej otwarto okna. – Ona również obejrzała się na Mary. – Znasz zasady. Nie rób niczego, czego my nie zrobiłybyśmy, gdy byłyśmy w twoim wieku. Odnajdziemy cię, kiedy będziemy gotowe do wyjścia.

Zlokalizowawszy Randolpha, który znów stał w kręgu złożonym z przyjaciół oraz kilku młodych dam, Mary skinęła głową.

– W porządku.

Podążyła za Amelią i Portią po schodach w dół, a następnie skręciła w przeciwnym niż one kierunku i zagłębiła się w tłum. Niedaleko grupy Randolpha przystanęła i rozejrzała się wokół. Zauważywszy inną młodą damę mierzącą wzrokiem rzeczone towarzystwo, podeszła i się przedstawiła. Po krótkiej wymianie zdań, która pozwoliła ustalić, że młode kobiety pochodzą z tej samej sfery i dzielą wspólny cel, wzięły się z niejaką panną Melchett pod ramię i niespiesznie podeszły, by przyłączyć się do konwersacji.

Zbliżyły się w taki sposób, że kiedy towarzystwo rozstąpiło się uczynnie, robiąc dla nich miejsce, Mary bez trudu znalazła się u boku Randolpha. Osiągnąwszy najpilniejszy cel, czekała cierpliwie, aż George Richards dotrze do końca swojej opowieści – kolejnej historyjki o koniach i polowaniu. Kiedy tylko otrzymał spodziewane wyrazy uznania od swych kompanów, jak również nieco słabszy aplauz ze strony młodych dam, Mary utkwiła wzrok w Colette Markham, która stała dokładnie na wprost niej i, na ile Mary potrafiła to ocenić, przejawiała zainteresowanie przyjacielem Randolpha, Graysonem Mannersem.

– Widział ktoś nową sztukę w Theatre Royal? – spytała.

Colette napotkała spojrzenie Mary i podchwyciła temat.

– Słyszałam, że to najlepsze wydarzenie teatralne tego sezonu. – Popatrzyła na stojącego obok niej Graysona. – Widział ją pan, panie Manners?

Szczęśliwym zrządzeniem losu Grayson sztukę widział. Zachęcany i naprowadzany przez Colette i Mary, zdał szczegółową relację z widowiska. Kiedy tylko skończył, panna Melchett włączyła się do konwersacji, dzieląc się wrażeniami z konkurencyjnej propozycji w Haymarket Theatre.

Mary popatrzyła na Randolpha, pochwyciła jego spojrzenie i się uśmiechnęła. Pod osłoną prowadzonej przez pozostałych wymiany zdań spytała cicho:

– Lubi pan teatr, lordzie Randolphie?

– Aaa… no cóż. Nie jestem pewien, czy zgromadziłem dość doświadczeń, by wydać osąd… Większość przedstawień oglądałem z parteru, więc to nie to samo, prawda? Przypuszczam, że za kilka lat to polubię, to znaczy bardziej oficjalne wizyty w teatrze.

Mary utrzymała uśmiech na twarzy.

– Ale co ze sztukami jako takimi? Woli pan Szekspira czy bardziej współczesnych dramatopisarzy?

Brwi Randolpha uniosły się w wyrazie zmieszania.

– Jaaa…

Z odległego punktu sali Lavinia, markiza Raventhorne, obserwowała, jak jej syn prowadzi na pół prywatną rozmowę z Mary Cynster, i uśmiechnęła się z aprobatą. Spostrzegłszy ten uśmiech, lady Eccles, obok której Lavinia akurat stała, podążyła za wzrokiem przyjaciółki.

– No, moja droga, to doprawdy postęp.

– W istocie. – Lavinia zerknęła na rozmówczynię, odnotowując, że ta jest pod wrażeniem. – Rzeczywiście wielce to satysfakcjonujące. Spędzili razem trochę czasu minionego wieczoru i najwyraźniej sprawy rozwijają się pomyślnie. Wspaniała z nich para, czyż nie?

– I, mówiąc bez ogródek, taki alians znacząco poprawi pozycję twojego Randolpha. – Lady Eccles spojrzała pytająco na przyjaciółkę. – Nie przypuszczam, że jakoś się do niego przyczyniłaś?

Lavinia zachichotała.

– Mogłabym się przyznać do niewielkiego szturchnięcia tu czy prawie niezauważalnego pchnięcia ówdzie. Ale chodziło raczej o to, by szepnąć słówko we właściwe ucho w stosownym czasie, aby nie przegapili sposobności. Znasz młodych: nigdy nie dostrzegają tego, co leży w ich najlepszym interesie.

– O tak. Wiele razy rozmawiałam na ten temat z synami. – Lady Eccles otuliła się szalem. – Jednakowoż, choć z niechęcią cię stąd odciągam, moja droga, muszę ruszać dalej. Obiecałam Elvirze, że zajrzę na jej przyjęcie. – Popatrzyła na Randolpha i Mary. – Idziesz czy wolisz zostać i zadbać, żeby sprawy rozwijały się po twojej myśli?

– Nie, nie. – Lavinia niechętnie oderwała spojrzenie od syna. Przybyła na bal w powozie lady Eccles. – Z pewnością doskonale sobie poradzą bez mojej interwencji, a ja także obiecałam Elvirze, że się u niej pokażę.

– Zatem w porządku. – Lady Eccles zwróciła się w stronę schodów. – Chodźmy.

Po raz ostatni zerknąwszy z zadowoleniem na obraz w odległej części sali, Lavinia podążyła za przyjaciółką.

Tymczasem Mary napotkała pierwszą poważną przeszkodę na drodze do małżeńskiego szczęścia, a mianowicie brak konwersacyjnych głębi u Randolpha i jego przyjaciół. Była świetną amazonką, uwielbiała jeździectwo, niemniej w życiu liczyły się też inne sprawy niż wyścigi konne, kłusaki czy polowania. Kiedy panna Melchett zakończyła relację z przedstawienia w Haymarket Theatre, wodze konwersacji na powrót przejął George Richards, dość bezceremonialnie odrywając Randolpha od dyskusji z Mary na temat sztuk teatralnych, by zapytać go o klacz, która wygrała ostatni wyścig w Newmarket przed dwoma tygodniami. Randolph odpowiedział na pytanie George’a znacznie bardziej skwapliwie – i szczegółowo – niż wcześniej na dociekania Mary. Następnie zaś skierował rozmowę na ostatnią aukcję u Tattersalla.

– Czy odwiedzał ktoś niedawno Kew Gardens? – odezwała się wyprowadzona z równowagi panna Fotheringay, kiedy tylko Randolph i Julius Gatling zakończyli wymianę opinii na temat sprzedanych kuców i zapłaconych za nie sum. – Nowa oranżeria jest wyjątkowo wspaniała.

Mimo oczywistej desperacji i wynikłej z niej słabości zagajenia Mary, panna Melchett i Colette dołożyły starań, by utrzymać rozmowę przy temacie roślin, ziół i ogólnie wszystkiego poza końmi. Mary żywiła podejrzenie, że Julius doskonale wiedział, co robi, kiedy uchwycił się wzmianki o złocieniu marunie, i skierował rozmowę na gorące kompresy, jakie jego stajenny zalecił w przypadku stłuczenia stawu skokowego. Zaciskając zęby, Mary potoczyła wzrokiem po zebranych. Pełna irytacji rozpacz – lub może rozpaczliwa irytacja – pojawiła się oczach także pozostałych młodych dam. Czy naprawdę wszyscy młodzi mężczyźni są tacy… młodzi?

Tacy niedojrzali?

Randolph z pewnością taki nie był – nie mógł być – ale dotąd Mary przestawała z nim jedynie w obecności jego kompanów.

Musiała koniecznie odseparować go od grupy.

Jakby w odpowiedzi na jej zapotrzebowanie przez salę popłynęły dźwięki pierwszego walca. Rozpromieniona, zwróciła się wyczekująco w stronę Randolpha, lecz jedynie po to, by zobaczyć, jak przez jego twarz przemyka wyraz zniechęcenia. Popatrzył na drugą stronę grupy przyjaciół, gdzie Colette spoglądała na Graysona, również czekając, aby zaprosił ją do tańca.

Grayson zerknął na Randolpha, a potem na George’a, jakby żaden z nich nie tańczył wcześniej walca, co zakrawało na nonsens.

Mary zauważyła w wyrazie twarzy Randolpha coś na kształt kapitulacji, że „jak mus to mus”. Nim wszakże zdążyła choćby mrugnąć, Rand ukłonił się jej z uśmiechem.

– Czy uczyni mi pani ten honor i zatańczy ze mną, panno Cynster?

Jakkolwiek jego ukłon stanowił zaledwie marną imitację ukłonu Rydera, a ton głosu nie zawierał żadnych subtelnych podtekstów, przynajmniej poprosił ją do tańca. Mary z uśmiechem wyciągnęła rękę.

– Dziękuję, lordzie Randolphie. Z przyjemnością zatańczę.

– Proszę, po prostu Randolphie.

Mówiąc sobie, że nierealistycznie było z jej strony oczekiwać, iż przeszyje ją jakaś iskra, gdy Rand doskonale poprawnie trzymał jej dłoń, Mary podążyła za nim na parkiet. Czekała w jego objęciach, a niecierpliwość buzowała w jej żyłach.

To się stanie teraz. Cokolwiek musiało zaiskrzyć, z pewnością obudzi się do życia w trakcie walca.

Randolph zawirował z nią na parkiecie, wprowadzając między pozostałe pary. Był znakomitym tancerzem, czego się zresztą spodziewała.

Gdy wszakże sunęli przez salę, obracając się statecznie, zgodnie z wymogami konwencji, Mary zdała sobie sprawę, że w gruncie rzeczy oczekiwała czegoś więcej. Ale to była sprawka Rydera. Musiała przestać porównywać Randolpha z jego wspaniałym starszym bratem. Sama myśl o nim wystarczyła, by przywołać aż nazbyt żywe wspomnienia z ich wyjątkowo intensywnego walca minionej nocy… Wreszcie dostała to, na czym jej zależało – Randolpha prawie sam na sam – a tymczasem z powodu Rydera nie mogła się skupić.

Z determinacją skoncentrowała wzrok na twarzy swego partnera – oblicza o przyjemnych rysach, na razie jeszcze nie tak mocnych czy wyrazistych, jak staną się pewnego dnia.

– A więc już maj. Ma pan jakieś specjalne oczekiwania w związku z tym sezonem? – spytała. A kiedy zrobił zdziwioną minę, rozwinęła myśl. – Jakiś cel, który chciałby pan osiągnąć, zanim przyjdzie lato i wszyscy opuścimy stolicę?

– Aaa… No cóż, miałem nadzieję znaleźć nową parę kłusaków.

– Oprócz koni.

W reakcji na jej ton oczy Randolpha nieco się rozszerzyły, nadal jednak spoglądał ponad głową Mary, używając konieczności nawigowania w tłumie tancerzy jako wymówki, by na nią nie patrzeć.

A Ryder prawie nie odwracał od niej wzroku podczas walca.

– Właściwie… to nie. – Randolph odchrząknął i wreszcie na nią zerknął. – Wiem… zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą postrzegać moje, jak i moich przyjaciół, uczestnictwo w balach i tym podobnych sprawach jako sugestię pewnych… konkretnych zainteresowań, niezwiązanych z końmi. – Zaczerpnął tchu, przelotnie podniósł wzrok, kiedy wykonywali obrót, po czym znów spojrzał na Mary. – Prawda wygląda jednak tak, że przychodzimy w takie miejsca wyłącznie dlatego, by zadowolić nasze matki i inne dostojne starsze damy. Dlatego – uśmiechnął się szelmowsko, a w jego oczach na moment pojawił się uroczy błysk – oraz, ma się rozumieć, żeby zapewnić młodym damom partnerów do tańca.

Mary lustrowała jego twarz, analizowała ten błysk i ten uśmiech. Czyżby została jeszcze nadzieja? Później jednak przypomniała sobie jego słowa, marną próbę galanterii… I nie potrafiła do końca przekonać samej siebie.

To było niesprawiedliwe. Albo coś tu się nie zgadzało.

Zdławiła impuls, by wydobyć wisior z różowego kwarcu z zagłębienia między piersiami i spojrzeć na ten przeklęty talizman – potrzymać go między nimi i sprawdzić, czy cokolwiek się wydarzy.

Nim zdążyła obmyślić, jak dalej pokierować rozmową, muzyka ucichła i walc dobiegł końca. Jednakże za jego sprawą znaleźli się z Randolphem na drugim końcu sali i Mary uzmysłowiła sobie, że otwarte okna, do których nawiązała Amelia, to w istocie drzwi tarasowe, aktualnie zablokowane, tak że dało się swobodnie wyjść na brukowany taras.

Podnosząc się z dygu, odnotowała, że kilka par przechadza się w blasku księżyca.

– Tam to pani siostra, nieprawdaż? – Randolph skinął głową w stronę siedzącej na pobliskim szezlongu Amelii. – Życzy pani sobie wrócić ze mną czy…?

– Szczerze mówiąc… – Mary lekko powachlowała się dłonią. – Może wyszlibyśmy na kilka minut na taras odetchnąć świeżym powietrzem? Trochę tu duszno, nie uważa pan?

Duszno, jak również coraz bardziej hałaśliwie i tłoczno; taras w takiej sytuacji każdemu zdałby się oazą.

Randolph ominął ją wzrokiem i wyjrzał przez drzwi tarasowe, nie wykonał jednak żadnego ruchu, by zastosować się do sugestii.

– Aaa… naprawdę nie sądzę…

Pohamowała się przed zmarszczeniem brwi.

– Są tam inne osoby, nie ma w tym nic niestosownego. – Zrobiła krok do przodu, chcąc zmusić Randolpha, by do niej dołączył.

– Tak, ale… – Zachwiał się, a potem cofnął. Odstąpił o krok, byle dalej od Mary i tarasu. Popatrzył jej w oczy, gdy obejrzała się nań ze zdumieniem. – To same pary, nieco starsze od nas.

Zbita z tropu, znów spojrzała na spacerujących w blasku księżyca, doskonale widocznych przez wysokie okna.

– Nie aż tak starsze.

– Ale w ich przypadku to… zaloty. – Ostatnie słowo Rand wypowiedział, tak jakby chodziło o czynność, o której nie mówi się w dobrze wychowanym towarzystwie.

Mary nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Nie zliczyłaby, ile razy dżentelmeni – aczkolwiek, owszem, nie tak młodzi jak Randolph – usiłowali wywabić ją z sal balowych na zacienione tarasy. A gdy sama zaaranżowała takie, w tym wypadku w pełni akceptowalne interludium i zaoferowała je Randolphowi – swemu wybrankowi – on się opierał?

Nie – gorzej – rejterował!

– Ja, eee… – Randolph wskazał za siebie, na drugi koniec sali. – Powinienem wracać, bo inaczej przyślą kawalerię. Rozumie pani, co mam na myśli.

Istotnie, coś zaczynało jej świtać. Randolph i jemu podobni bali się młodych dam.

Młodych dam polujących na męża.