Opis

Jeśli masz czyste sumienie – śpij spokojnie. Jeśli jednak wyrządziłeś zło, uważaj. Przeszłości nie da się wymazać. Grzechy nie zostaną odpuszczone. Nie licz na Sąd Ostateczny, bo jeszcze za życia może cię spotkać kara. Wystarczy, że jedna z twoich ofiar wejdzie w układ z mężczyzną, o którego istnieniu wolałbyś nie wiedzieć.
Młoda skrzypaczka, Carla, po śmierci matki przyjeżdża do Portovénere. Tu, w posiadłości na wzgórzu, mieszka jej wuj, John Lorusso. Z początku nieufny, szybko przekonuje się do dziewczyny. Ona także zaczyna darzyć go ciepłymi uczuciami. Gdy więc zauważa, że wuj, wykazując oznaki obłąkania, czasem dziwnie się zachowuje ─ postanawia mu pomóc. Niebawem jednak sama zaczyna doświadczać niezwykłych wizji, które powodują, że każdy kolejny dzień w posiadłości starego wuja staje się przekleństwem. Przekonana o chorobie psychicznej pragnie jak najszybciej uciec z miasta. Ale to nie jest takie proste…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2012 by Jacek Ostrowski

Copyright © 2012 by Wydawnictwo Prozami Sp. z o.o.

Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o.

Projekt graficzny okładki i serii: Krzysztof Krawiec

Redakcja: Małgorzata Majewska

Korekta: Elwira Izdebska-Kuchta

www.prozami.plwww.literaturainspiruje.pl

Warszawa 2015

ISBN 978-83-65223-31-9

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Był bardzo upalny letni dzień. Portovénere wyglądało jak opuszczone, mieszkańcy albo wylegiwali się w klimatyzowanych pokojach, albo leżeli na pobliskiej plaży, popijając zimne drinki i rozkoszując się urokami lata. Nawet turyści pochowali się w chłodnych murach zabytkowych budowli lub w cieniu Groty Byrona. Wąskie, kręte, pełne uroku uliczki i piękne kolorowe kamienice – trochę przypominające Portugalczykom starówkę Porto, a dzieciom rząd kolorowych kredek w piórniku – nie były w stanie przyciągnąć zwiedzających. John Lorusso, mieszkaniec Portovénere, siedział w małej knajpce mieszczącej się na parterze kamieniczki w samym punkcie zero zabytkowego centrum miasteczka. Czytał gazetę, co rusz sięgając po filiżankę cappuccino.

– Witaj! – usłyszał nad głową.

Znał ten głos. Nerwowo podniósł wzrok i zobaczył, że przy stoliku stał Pedro, tak w każdym razie kazał się nazywać. Tak jak zawsze, na jego twarzy można było zauważyć ten charakterystyczny ironiczny uśmiech, który wywoływał u Lorussa gęsią skórkę.

– Mogę się przysiąść? – spytał pro forma, bo nie czekając na zgodę, rozsiadł się na krześle po drugiej stronie stolika. Lorusso złożył gazetę i rzucił ją na stół.

– Czego chcesz? – W jego głosie można było wyczuć nieskrywaną niechęć.

– Nic od ciebie nie chcę. – Gość uśmiechnął się szeroko. – Tak witasz starego kumpla?

– Nie jesteśmy kumplami i nigdy nimi nie byliśmy! – Lorusso wycedził przez zaciśnięte zęby.

– Zaraz, zaraz. – Pedro podniósł prawą dłoń w geście protestu. – Dlaczego tak mówisz? Zrobiłem ci przysługę, nic nie chcąc w zamian.

– To nieprawda – zaprotestował John.

– Nieprawda? John, nie musisz mnie lubić, ale przecież układ był jasny, sam mnie o to poprosiłeś. A teraz na mój widok bledniesz. Nie rozumiem. Aż tak mnie nie znosisz?

– Wiedziałeś, jaką za to zapłacę cenę. Nie ostrzegłeś mnie.

– Co panu podać? – usłyszeli głos kelnerki. Jak na komendę spojrzeli na intruza.

– Ten pan już wychodzi – burknął niezbyt grzecznie Lorusso. Gość jednak udał, że tego nie zauważył.

– Poproszę cappuccino. – Pedro uśmiechnął się czarująco do kelnerki. Dziewczyna odwzajemniła jego uśmiech, trudno bowiem było zachować obojętność w pobliżu takiego przystojniaka.

– Czego chcesz? – John powtórzył pytanie.

– Nic nie chcę, nie bądź taki nerwowy.

– Nie widziałem cię wiele lat i nagle się zjawiasz. To nie może być przypadek.

– Nie jest.

– A więc?

– Nie przyjechałem do ciebie.

– Nie? – Lorusso spojrzał na mężczyznę z niepokojem. – Wciąż oferujesz ludziom swoją pomoc? – spytał nieśmiało.

– Tak.

– I wciąż są chętni?

– Owszem. – Pedro uśmiechnął się. – Cała masa. Muszę reglamentować swoje usługi.

Lorusso westchnął ciężko i z dezaprobatą pokręcił głową.

– Masz tu w Portovénere klienta? – spytał.

– Chwileczkę, to nie są klienci. Ja nie czerpię z tego korzyści.

– To po cholerę coś takiego proponujesz?

– Sam sobie na to odpowiedz.

Pedro raptownie wstał, skinął na pożegnanie głową i ruszył do drzwi.

– A kawa? – krzyknęła kelnerka idąca w kierunku stolika.

– Ten pan wypije – powiedział na odchodnym i uśmiechnął się do kobiety.

John, mocno poruszony spotkaniem, zapłacił i również opuścił kawiarnię. Rozmyślając o przeszłości, niespiesznie ruszył w kierunku domu.

– Witam sąsiada! – krzyknął mężczyzna na rowerze, mijając Lorussa.

– Dzień dobry – odpowiedział John, nie zauważywszy nawet, z kim się wita. Mężczyzna krzyknął coś jeszcze, ale Lorusso był zbyt zamyślony, by to usłyszeć.

Upał dawał się we znaki. W jego wieku taki spacer był nie lada wyczynem. Droga prowadziła pod górę, a na odcinku, gdzie niedawno położono asfalt, na próżno było szukać cienia. Dopiero dalej, za zakrętem, pojedyncze, rosnące przy szosie cyprysy odrobinę przesłaniały słońce.

Lorusso oddychał ciężko. Zmęczony minął ostatni zakręt i skręcił w boczną szutrową drogę. Po przebyciu około stu metrów dotarł do potężnej kutej stalowej bramy, strażniczki jego posiadłości. Na chwilę przystanął, żeby odsapnąć i wyrównać oddech, po czym pchnął lewe skrzydło, które rozwarło się z potwornym zgrzytem. Wciąż zapominał naoliwić zawiasy. Przecisnął się do środka, a następnie zatrzymał kilka metrów dalej, tuż przed długą platanową aleją. Zawahał się, jednak tylko na ułamek sekundy. Wolno ruszył przed siebie.

Kiedy mijał kolejne drzewa, zaczęły wstrząsać nim silne konwulsje, ciało zaś przeszył potworny ból. Mimo to nie przerywał koszmarnej przechadzki. Co chwila potykał się, chybotał na nogach, nieraz oparł się o pień drzewa, ale kontynuował. Zagryzł wargi do krwi i nie poddawał się, bo wiedział, że musi pokonać aleję. Między platanami, które rosły po obu stronach dróżki, znajdowały się podłużne granitowe płyty do złudzenia przypominające cmentarne nagrobki. Kiedy Lorusso je mijał, jego głowę atakował gwar ludzkich głosów, płacze i nieziemskie krzyki. Chwycił się oburącz za skronie i skulony szedł dalej. W miejscu, w którym alejka się kończyła, ból głowy i konwulsje ustąpiły, a głosy, które słyszał – zamilkły. Mężczyzna odetchnął z ulgą, starł pot z czoła, wyprostował się i ruszył w stronę znajdującego się nieopodal domu. Nie był to pałac ani willa, ale raczej solidny dziewiętnastowieczny dwór, pozbawiony tak charakterystycznych dla dzisiejszych budynków nowoczesnych gadżetów. Królowała tu prostota i starodawny styl. Po schodach wykonanych z kremowego marmuru Lorusso dotarł do drzwi wejściowych, a po chwili zniknął w środku domu.

Minęło kilka dni, a upał nie ustępował. Portovénere za dnia wyludnione i ciche, dopiero późnym popołudniem stawało się gwarnym, zapełnionym mieszkańcami i turystami miastem. Była może osiemnasta, kiedy na przystanku na obrzeżach miasteczka zatrzymał się autobus. Automatyczne drzwi otworzyły się z łoskotem i z pojazdu wysiadła szczupła dziewczyna. Objuczona dwiema walizkami ruszyła w kierunku centrum. Bagaż musiał być bardzo ciężki, bo co chwila przystawała, przekładała go z ręki do ręki i ciężko przy tym sapała. Kiedy była w połowie drogi do celu, tuż obok niej z piskiem opon zatrzymał się obdrapany, szary pick-up.

– Może podwieźć? – krzyknął przez otwarte okno kierowca.

Dziewczyna spojrzała na niego nieufnie i przez chwilę się zawahała. Ale młody, przystojny, o kruczoczarnej czuprynie i szczerym uśmiechu mężczyzna samym wyglądem natychmiast wzbudzał sympatię.

– Z chęcią – odparła.

Mężczyzna wyskoczył z szoferki, złapał bagaże i wrzucił je na krypę. Ona tymczasem wsiadła do środka i po chwili ruszyli.

– Dokąd? – rzucił kierowca.

– Nie rozumiem? – zdziwiła się.

– No, dokąd podwieźć?

– A, przepraszam, strasznie jestem roztargniona. To przez tę podróż w upale. Do miasteczka poproszę… Chyba… Tak, do miasteczka.

Roześmiał się, widząc jej niezdecydowanie.

– Ale miasteczko jest dość rozległe, jest tu mnóstwo pagórków, zaułków. Gdzie konkretnie?

Zawahała się. Jak wytłumaczyć, gdzie konkretnie, skoro nigdy tu nie była. Zamierzała w miasteczku złapać taksówkę i nią dojechać na miejsce.

– Przepraszam, gdzieś schowałam kartkę z adresem. – Nerwowo zaczęła przeszukiwać torebkę. – Gdzieś była… – mruknęła pod nosem, przetrząsając kolejne kieszonki. – Wie pan, pierwszy raz tu jestem. Mam tu wujka. Nazywa się Lorusso.

– Lorusso? John Lorusso? – dopytywał. Spojrzała na niego zdumiona.

– Zna go pan?

– Pewnie, a kto by tu nie znał Johna. To przecież małe miasteczko. – Uśmiechnął się. – Dobrze się składa, że panią spotkałem. John mieszka kawałek od centrum, z bagażami nie dałaby pani rady.

– Dziękuję – szepnęła z wdzięcznością w głosie.

– Nie wiedziałem, że staruszek ma rodzinę – dziwił się kierowca. – To mnie pani zaskoczyła.

– Zna go pan bliżej?

Zerkała na mężczyznę z coraz większą sympatią. Miał w sobie to coś, co mają nieliczni, ale co tak trudno opisać.

– Tak. – Skinął głową. – Bardzo dobrze się znamy, i to od lat. Pani tu na wakacje?

– Nie. Przyjechałam go odwiedzić, a później zobaczę, co dalej. Jaki on jest? Nigdy go nie widziałam, trochę się boję tego spotkania.

– Spoko, fajny facet, polubi go pani. Kierowca wyraźnie był rozbawiony. Kręcił głową i uśmiechał się pod nosem.

Pick-up przemknął przez miasto i serpentynami wspiął się na pobliskie wzgórze. W pewnym momencie zjechał z asfaltu w boczną drogę i po około stu metrach się zatrzymał.

– To tu. – Kierowca wskazał palcem potężną kutą bramę obsadzoną na dwóch ceglanych, dawno pozbawionych tynku, filarach.

Dziewczyna zerknęła w tym kierunku. Brama była zamknięta. Nie widać było dzwonka. Miała nadzieję, że nie przyjdzie jej tu sterczeć całą noc. Nie miała do wuja numeru telefonu, nie mogła więc go poinformować o swoim przybyciu.

Kierowca natychmiast zauważył jej rozterki.

– Wystarczy pchnąć jedno skrzydło. Niestety nie mogę pani pomóc, spieszę się.

– Dziękuję! – Posłała mu wdzięczny uśmiech. Wysiadła z auta, a mężczyzna zdjął z krypy bagaże.

– Powodzenia – rzekł i ruszył w stronę kabiny.

– Przepraszam! – krzyknęła w jego kierunku. Zatrzymał się i spojrzał na nią wyczekująco.

– Jak się pan nazywa? – zapytała na odchodnym.

– Pedro. Pedro Gonzales – odparł.

– Ja jestem Carla Simone.

– Ładne imię! Proszę pozdrowić ode mnie wuja! – krzyknął, machnął jej ręką na pożegnanie, wsiadł do auta i odjechał.

Dziewczyna chwilę patrzyła za nim, a kiedy pojazd zniknął za zakrętem, chwyciła walizki i podeszła do bramy. Tak jak zasugerował Pedro, pchnęła jedno ze skrzydeł, które rzeczywiście się uchyliło. Weszła na teren posiadłości. Wolno ruszyła platanową aleją. Była zachwycona. Wspaniałe młode drzewa w dwóch równych szeregach wskazywały drogę do widocznego w oddali domu. Nagle się zatrzymała. Między drzewami zauważyła podłużną granitową płytę. Wyglądała jak nieduży grobowiec. Podeszła bliżej i zauważyła na jej szczycie napis, to była data: 1972. Dziwne… Postanowiła przy najbliższej okazji zapytać się o to wuja. Ruszyła dalej, następna płyta, następne zaskoczenie. Podeszła bliżej, tam też była data, ale inna, i tak przez całą aleję. Jeśli miały to być ozdoby, to raczej był to marny pomysł. Wrażenie estetyczne było podobne do odczucia, które towarzyszy na cmentarzu, a nie w pałacowym ogrodzie.

Dom wyglądał dużo lepiej, miał swój regionalny styl. Carla z ulgą postawiła walizy, przeczesała ręką włosy, a następnie weszła po schodach i stanęła przed drzwiami. Zawahała się, ponieważ wujek nic nie wiedział o jej wizycie, mało tego, nie wiedział nawet, że Carla istnieje. Nie miała pojęcia, jak ją przyjmie, jeśli w ogóle to nastąpi. Nie mogła mieć do niego pretensji, nawet jeśli zrzuci ją ze schodów. Wszak w dzisiejszych czasach jest tylu różnych oszustów. Miała tylko nadzieję, że da jej trochę czasu, aby mogła udowodnić, kim jest.

– Raz kozie śmierć – szepnęła pod nosem i nacisnęła mosiężny przycisk dzwonka umieszczony na lewej futrynie. Dziwne, pomyślała. Dlaczego umieszczono go akurat z lewej strony? Może wujek jest mańkutem? Było to możliwe, ponieważ ona sama była leworęczna. Podobnie jak jej matka. Z wnętrza domu dobiegł ją odgłos gongu. Dziewczyna ostrożnie przyłożyła ucho do drzwi. Ktoś się zbliżał, była tego pewna, odskoczyła. Po chwili zazgrzytał klucz w zamku i jeszcze gorzej zazgrzytały zawiasy. Drzwi stanęły otworem, a w progu ukazał się starszy, pokaźnej postury, choć mocno przygarbiony mężczyzna. Był przeraźliwie blady, a siwe kosmyki długich, rzadkich włosów nieśmiało zasłaniały mu wielkie małżowiny uszne. Carla zauważyła, że jego uszy były takie same jak uszy jej matki.

Mężczyzna przyjrzał się uważnie intruzowi, a jego oczy nabrały dziwnego blasku.

– Eliza? – wyszeptał, nie kryjąc zaskoczenia.

– Eliza nie żyje, jestem jej córką – odparła Carla. Czuła się spięta. Stała przed wujem niczym uczennica.

– Córką? – Patrzył na nią, a jego wzrok przeszywał ją niczym aparat rentgenowski. – Wykapana Eliza – wydusił.

W jego mowie wyczuła wzruszenie. Wiedziała, że wuj kochał matkę, wiedziała także, że to była prawie chora miłość. Matka opowiadała wiele razy, jak z uporem maniaka przeganiał wszystkich kręcących się koło niej chłopaków.

Patrzył, aż w końcu jego oblicze zaczęło się zmieniać. Już nie wyrażało zaskoczenia, ale też nie było w nim nic przyjaznego.

– Eliza nie miała córki! – burknął niegrzecznie i chciał zamknąć drzwi. Nie zdążył, ponieważ dziewczyna, nie myśląc wiele, wcisnęła nogę w szparę i skutecznie je zablokowała. Raz kozie śmierć, pomyślała. Drugiej szansy nie dostanę.

– Co pani robi?! – krzyknął.

– Proszę mnie wysłuchać. Proszę dać mi pięć minut. Udowodnię, że jestem siostrzenicą wuja – prosiła.

– Jak to udowodnisz, dziecko? Przecież moja siostra nie żyje. Naprawdę, nie mam czasu na głupoty.

– Mam papiery, mam moją metrykę, mam zdjęcia rodzinne i mam…

– Co jeszcze masz?

– …mam list od mamy do wuja.

Zbladł. Spojrzał na nią z nieukrywaną niechęcią, a jednocześnie z lękiem.

– Mama napisała go tuż przed śmiercią – wyjaśniła szybko dziewczyna. – Powiedziała mi, że posłuży on za dowód, że jestem tą, za którą się podaję.

Mężczyzna się zawahał.

– Daj go! Przeczytam, a ty czekaj na dworze – zdecydował.

– Dobrze.

Carla sięgnęła do torebki i przez chwilę nerwowo w niej grzebała. Podobnie jak wcześniej kartki z adresem, tak teraz nie mogła znaleźć listu. Była na siebie zła, że nie włożyła go do żadnej z kieszonek. Wyrzuciwszy całą zawartość torebki na schody, wreszcie znalazła pożółkłą kopertę i bez słowa podała ją wujowi.

Lorusso chwycił list i z impetem zatrzasnął drzwi. Dziewczyna została sama na progu. Była zmęczona i głodna. Miała nadzieję, że wuj po zapoznaniu się z treścią listu zaprosi ją do środka. Inaczej musiałaby wracać do Rzymu, a ostatni autobus dawno już odjechał.

Miała ochotę usiąść, ale nigdzie nie znalazła miejsca, w którym mogłaby spocząć. Przykucnęła więc na schodach i zaczęła zbierać porozrzucane drobiazgi. Przy okazji z zaciekawieniem rozglądała się wokoło. Park był piękny, ale niestety mocno zaniedbany. Ze względu na wiek, nie można było od wuja wymagać, że zaangażuje się w ogrodowe roboty. Wiedziała, że był dużo starszy od mamy, ale nie spodziewała się, że jest aż tak stary.

Mimo że park był zaniedbany, nie trudno było dostrzec jego dyskretnego uroku, tak charakterystycznego dla wiekowych posiadłości. Wspaniały drzewostan, zapuszczone krzaki, a zamiast trawników – gigantyczne chwasty.

Sam dom był raczej w niezłym stanie. Rynny wyglądały na nowe, a na dachu najwyraźniej niedawno wykonano niewielki remont. Nowe dachówki wyróżniały się kolorem, podczas gdy inne sprawiały wrażenie omszałych. Tynk na budynku też w miarę dobrze trzymał się ścian. Carla w duchu przyznała, że miejsce samo w sobie jest piękne. Brakowało tylko gospodarza, który by o nie zadbał. Pomyślała, że zamiast krótkiej wizyty, którą planowała, mogłaby tu zatrzymać się na dłużej i pomóc wujkowi w ogarnięciu tego wszystkiego, a dopiero później jechać dalej, by zdobywać świat i realizować swoje plany. Wprawdzie nigdy nie chciała zamieszkać na prowincji, uważała bowiem, że to nie dla niej, ponieważ nie ma tu pracy dla muzyka, ale dłuższy urlop od życia i hałaśliwego Rzymu dobrze by jej zrobił. Nie miała pracy, w mieszkaniu matki też nic już jej nie trzymało. Gdyby więc wujek zechciał, mogłaby zostać z nim na dłużej. Kto wie, może nawet rok – dopóki nie odzyska równowagi po śmierci matki.

Nagle zazgrzytały zawiasy i uchyliły się drzwi. W progu stał Lorusso, trzymał w ręku list i był jeszcze bardziej blady. Przez grube szkła okularów przyglądał się dziewczynie.

– Córka Elizy, niesamowite – szeptał. – To jednak prawda.

Carla czuła się dziwnie, gdy tak ją oglądał z każdej niemal strony. W końcu odsunął się na bok.

– Wejdź – zaprosił ją do domu.

Cofnęła się po bagaże i już po chwili nieśmiało weszła do środka. Z hukiem i potwornym skrzypieniem zawiasów zatrzasnął drzwi i ruszył przodem. Dziewczynie aż ciarki przeszły po plecach. Udali się długim, słabo oświetlonym korytarzem do salonu. Carla z ciekawością rozglądała się wokoło. Meble pamiętały lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku, były solidne, ale brakowało im wdzięku. Wystrój salonu można by ocenić jako surowy – żadnych bibelotów, czy nawet kwiatków w doniczkach. Okna przysłonięte były poszarzałymi ze starości firanami. Po bokach zwisały mięsiste, upięte szeroką taśmą zasłony, których wątpliwą ozdobą były wyblakłe, ciężkie chwosty.

– Siadaj. – Wuj wskazał jej krzesło przy stole.

Odstawiła walizki i posłusznie usiadła. Nie miała odwagi poprosić o nic do picia ani do jedzenia, mimo że czuła potężne pragnienie i równie wielki głód.

Siedzieli na dwóch biegunach dużego dębowego stołu, oddzieleni od siebie długim rzędem twardych zydli z oparciami, i mierzyli się spojrzeniami. Dla Lorussa wizyta dziewczyny była szokiem, dla niej – przygodą.

On pierwszy przerwał milczenie.

– Jak tu trafiłaś? – spytał.

– Mama dała mi adres wuja.

– Tak, tak, ale jak tu trafiłaś? Do mnie prawie nikt nie zachodzi, mało kto pragnie towarzystwa starego człowieka, mało kto mnie zna.

– Mylisz się, podobno wszyscy cię tu znają. Kiedy szłam od przystanku, zatrzymał się jakiś młody mężczyzna i od razu wiedział, gdzie mieszkasz.

– Młody mężczyzna? Nie znam żadnego młodego mężczyzny – powiedział zdziwiony. – Już prędzej staruszkowie mnie kojarzą, z nimi jeszcze od czasu do czasu utrzymuję kontakt, ale to młode pokolenie…

– Mówił, że go świetnie znasz. Nazywa się Pedro, chyba Gonzales, ale nie jestem tego pewna.

Lorusso zerwał się z krzesła, jakby miał czterdzieści lat mniej.

– Jak? – krzyknął. Był bardzo poruszony.

Dziewczyna odruchowo mocniej wcisnęła się w oparcie krzesła. Była zaskoczona reakcją wuja. Nie wyglądało na to, żeby Gonzales był jego przyjacielem.

– Pedro Gonzales – powtórzyła. – Jednak znasz go?

– Czego od ciebie chciał?

– Niczego.

– Niczego? A co ci mówił?

– Tylko mnie podwiózł. Był zaskoczony, że jesteś moim wujem, bardzo zaskoczony.

– Niemożliwe. – Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Pedro Gonzales nie wiedział? – wymamrotał bardziej do siebie niż do niej. – A może to nie był on – dodał głośniej. – Jesteś pewna? Tak właśnie się przedstawił?

– Tak. – Skinęła głową z przekonaniem. – Kazał cię pozdrowić. Bardzo miły człowiek. Gdyby nie on, pewnie jeszcze długo błądziłabym po Portovénere w poszukiwaniu taksówki.

– To nawet on nie wiedział? Niesamowite. – Wuj wyglądał na rozkojarzonego.

– Czego nie wiedział?

– Nic, nic. - Machnął ręką.

Z powrotem usiadł na krześle. Zamyślił się. Carla obserwowała go w milczeniu. Teraz widziała podobieństwo między nim a mamą. Ona też robiła taką marsową minę, kiedy miała kłopot. Dziwne, ten Pedro wyglądał bardzo sympatycznie, a wuj zachowywał się, jakby spotkała co najmniej diabła.

Na szczęście wuj już po chwili spojrzał na nią nieco łagodniej, a nawet starał się uśmiechnąć.

– Gdybyś go zobaczyła ponownie, błagam, trzymaj się od niego z daleka. Obiecujesz? – poprosił.

– Ale dlaczego? Zrobił ci jakąś krzywdę? – Chciała się czegoś dowiedzieć.

– Nie – zaprzeczył energicznie. – Ale znajomość z nim często źle się kończy, ten człowiek przyciąga nieszczęścia.

– Nie rozumiem.

– To skomplikowane, ale może coś zrobię do jedzenia, pewnie jesteś głodna po podróży?

– Trochę tak – zaśmiała się Carla. Już prawie straciła nadzieję, że wuj to zaproponuje.

– A zatem przygotuję posiłek, a później porozmawiamy o twojej mamie. Ciężko wstał z krzesła i wyszedł z pokoju.

O tak wczesnej porze kawiarnia Byron – mimo doskonałej lokalizacji i wspaniałego widoku na morze – świeciła pustkami. Jedynie kilku gości piło cappuccino i przeglądało poranną prasę. Nawet muzyka była jakaś senna, niemrawa i bardziej zachęcała do południowej drzemki niż do jakiejkolwiek aktywności.

– Witam, senior Olivieri. – Pedro Gonzales podniósł się od stolika i wyciągnął rękę do gościa. Uścisnęli sobie dłonie i usiedli naprzeciw siebie.

Chwilę później zjawiła się kelnerka z filiżanką kawy, którą postawiła przed gościem. Nawet nie zareagował, chociaż nic nie zamawiał. Był spięty i myślał tylko o jednym, o celu spotkania. Mierzyli się zaciekawionym wzrokiem. Olivieri długo zastanawiał się, czy tu przyjść. Cała sytuacja wydawała się nieprawdopodobna i gdyby nie to, że Gonzalesa polecił mu wieloletni przyjaciel Ronaldo, nigdy by się nie zgodził na to spotkanie. Mężczyzna jednak dawał słowo, że to, co ma do zaoferowania, nie jest żadnym oszustwem. Również wygląd Gonzalesa wzbudzał zaufanie. W zasadzie nic nie ryzykował, facet oferował mu usługę i nie chciał nic w zamian. Jedynie, kiedy podawał mu rękę, zauważył, że mężczyzna ma lodowatą dłoń.

Może ma problemy z krążeniem, pomyślał.

– Czy w dalszym ciągu jest pan zainteresowany moją propozycją? – spytał Pedro.

– Tak, ale jeśli mam być szczery… boję się – odparł Olivieri.

– Boi się pan? Czego, jeśli można spytać?

– Wiem, że w życiu nie ma nic za darmo. Pan zaś twierdzi, że nie chce nic w zamian. Boję się, że za jakiś czas zgłosi się pan do mnie.

– Dlaczego miałbym się zgłosić?

– Żeby odebrać zapłatę. Nie wiem, w jakiej formie, może pieniądze, może coś innego.

– Boi się pan, że będę pana szantażował?

– Tak. Można to tak nazwać – wydusił Olivieri. Pedro wybuchnął śmiechem.

– No cóż, może pan zrezygnować. Jeśli moje słowo to za mało, to nie znam większego zabezpieczenia.

Pedro wstał od stolika. Olivieri otworzył usta, a na jego twarzy można było zauważyć panikę.

– Niech pan poczeka! Jestem zdecydowany. Gonzales ponownie usiadł.

– Rozumiem pańskie wahanie, ale to nie ja pana szukałem, tylko pan mnie.

– Wiem, wiem.

– Dam panu jeszcze kilka dni do namysłu – rzekł Pedro. – Ale kiedy spotkamy się następnym razem, proszę mieć przy sobie listę.

– Listę? – wyszeptał spłoszony Olivieri.

– Przecież rozmawialiśmy już o tym. Takie są zasady. Musi pan przygotować listę, maksimum pięć pozycji.

– Dobrze.

– A zatem do zobaczenia.

– Ale kiedy dokładnie się spotkamy?

– W swoim czasie. Proszę być przygotowanym.

Pedro wstał, skinął głową i wyszedł z kawiarni. Olivieri został sam. Czuł, jak zaschło mu w gardle. Sięgnął po filiżankę kawy, upił trochę i zerknął na pozostawioną przez Gonzalesa gazetę. Na pierwszej stronie było wielkie zdjęcie Mauricia Teracia. Łobuz szczerzył te swoje białe, jak kość słoniowa, zęby. Dobrze go pamięta, to on zawrócił w głowie Edit, jego siostrze. Zrobił jej dzieciaka, a później porzucił. Trzy lata ciągnął się proces o udowodnienie ojcostwa, ale ze wszystkiego się wykpił. Nawet badania DNA sfałszowali.

– Drań – szepnął Olivieri i zaczął z pasją drzeć gazetę. Odgłos miętego papieru zakłócił panującą w lokalu ciszę. W końcu jednak się pohamował, i rozejrzał wokoło. Inni goście patrzyli na niego z niechęcią. Przepraszająco skinął głową. Wyjął z portfela pięć euro i położył na stoliku, przyciskając banknot filiżanką, po czym wstał i opuścił lokal.

Carla wstała skoro świt. Źle spała, bo całą noc śniły się jej koszmary, a łóżko było twarde jak skała i niewygodne.

Mimo że okno było otwarte, w pomieszczeniu panowała duchota. Zakurzone firany nie przepuszczały powietrza. Rozchyliła je, mając nadzieję, iż podczas jej nieobecności do pokoju nie wpadnie zbyt wiele nieproszonych owadów.

Pościeliła łóżko i zajrzała do szafy. Pachniało stęchlizną. Otworzyła na oścież drzwi w nadziei, że do wieczora zapach się ulotni. Postanowiła przetrzeć półki wilgotną szmatką, zanim zacznie rozkładać na nich ubrania.

Z walizki wyjęła lekką bluzkę i lniane spodnie. Zapowiadał się upalny dzień. Walizkę wsunęła pod łóżko. Drugą postawiła przy szafie. Otworzyła szufladę małej szafki nocnej i włożyła tam zdjęcia, które wczoraj z wujem oglądali.

Lorusso mile ją zaskoczył. Po przełamaniu pierwszych lodów, kiedy zaczęła opowiadać o mamie, bardzo się wzruszył. Musiała być między nimi bardzo silna więź. Dlaczego nagle zerwali ze sobą wszystkie kontakty? Dlaczego mama nigdy jej nie mówiła o wuju? Musi się tego dowiedzieć.

Ostrożnie otworzyła drzwi i wymknęła się z pokoju. Cicho przeszła do łazienki, starając się nie narobić hałasu. Niestety stare rury zaterkotały głośno, gdy spuszczała wodę w toalecie, a kran przy umywalce w ogóle trudno było odkręcić. Łazienka, która prawdopodobnie przeznaczona była dla gości – najwyraźniej dawno żadnych gości nie widziała. Na szczęście wuj pomyślał

o świeżych ręcznikach, a woda – gdy w końcu popłynęła – okazała się niemal krystalicznie czysta.

Carla po wyjściu z łazienki nasłuchiwała przez chwilę, czy wuj się nie obudził. Musiał mieć jednak twardy sen, bo w domu panowała cisza.

Zajrzała do kuchni. Wszystko tu wyglądało tak, jakby czas zatrzymał się jakieś czterdzieści lat temu. Urządzenia były przestarzałe i dziwne, aż trudno było uwierzyć, że są jeszcze sprawne. W lodówce znalazła mleko i zaczęła szukać płatków. Otwierała po kolei wszystkie szafki, ale płatków nie znalazła. Innego śniadania sobie nie wyobrażała. Od lat dbała o linię, dobrze pamiętała, jak wyglądała mama, i dużo wiedziała o skłonnościach genetycznych. Wyszła z kuchni i z torebką w dłoni wymknęła się z domu. Delikatnie i powoli zamknęła skrzypiące drzwi, aby nie obudzić wuja. Rozejrzała się wokoło. Zauważyła rower oparty o pobliską pinię. To była stara, czerwona od rdzy damka zapewne pamiętająca jeszcze czasy Mussoliniego, a może i Leonarda da Vinci. Wyglądała na sprawną, w kołach było powietrze, na zębatkach łańcuch, a siodełko i pedały na swoich miejscach. Nie wahała się nawet przez chwilę. Wsiadła na ten motoryzacyjny relikt i przy akompaniamencie skrzypiącego łańcucha ruszyła platanową alejką w stronę bramy. Po chwili z rozwichrzonymi włosami mknęła asfaltową drogą w dół, w stronę miasteczka.

Zatrzymała się dopiero przy nadmorskim bulwarze, w samym centrum Portovénere.

– Boże, jak tu pięknie! – szepnęła do siebie.

Zachwycona patrzyła na kolorowe, wysokie, niesamowicie wąskie i z wielkimi pstrokatymi okiennicami budynki ustawione frontem w stronę zatoki. Kamieniczki, w których mieściło się mnóstwo restauracji i małych kawiarenek, wspaniały drzewostan oraz wielkie kamienne głazy na nabrzeżu tworzyły niepowtarzalny klimat. W oczy rzucał się wąski, wrzynający się w morze cypel, na którego krańcu stał mały kościółek. Nie mogła nasycić wzroku widokiem, który był przepiękny i zapierał dech w piersi.

– Nie pani pierwsza się zachwyca – usłyszała męski głos.

Spojrzała w stronę, skąd dobiegał dźwięk. Młody, dziwnie ubrany mężczyzna uśmiechał się do niej tajemniczo. Nie tylko jego strój był nietypowy, lecz także fryzura odbiegała od dzisiejszych trendów. Dziewczyna zerknęła na jego buty, miała wrażenie, że były podobne do tych, które widziała na filmach opowiadających o czasach, jak mawiała: „wielkich zapchlonych białych peruk, z których unosiły się chmury talku”.

– Mary też była zachwycona tym widokiem – kontynuował.

– Mary? – zdziwiła się dziewczyna.

– Tak. – Skinął głową. – Ale to stare dzieje.

– To pana znajoma?

– Znajoma? – Spojrzał na nią, mrużąc oczy. – Tak, była żoną mojego przyjaciela Percy’ego.

– Co się z nią stało? Nie żyje?

– Obydwoje nie żyją.

Carla westchnęła smutno, nie wiedząc, co odpowiedzieć, i ponownie spojrzała na zatokę. Właśnie przepływał wspaniały jacht. Na jego pokładzie zobaczyła za sterem mężczyznę, który nagle pomachał w jej kierunku. Odmachała mu niezwłocznie, po czym odwróciła się w stronę rozmówcy. Ze zdumieniem zobaczyła, że jest sama. Rozejrzała się, ale po tajemniczym mężczyźnie nie było śladu.

Dziwne, pomyślała. Wsiadła na rower i pojechała w stronę widocznych z daleka witryn sklepowych.

Znalezienie pierwszego sklepu spożywczego nie zajęło jej dużo czasu, ale płatków nie dostała. Dopiero w trzecim sklepie, ukrytym w małym zaułku, kupiła kilka paczek. Całe miasteczko objechała w dziesięć minut, aż w końcu zdecydowała się zajrzeć na targ. Podobnie jak wszędzie, również i tu było pusto, na placu targowym kręciło się zaledwie kilka osób. Oparła rower o betonowy murek i ruszyła między stragany.

– Dzień dobry – usłyszała znajomy głos. Dziwny dreszcz przeszedł jej po plecach. Kiedy się odwróciła, stał przed nią kierowca pick-upa i uśmiechał się życzliwie.

– Dzień dobry – odpowiedziała oschle. Dobrze pamiętała ostrzeżenia wuja.

– Poranny spacer? – zagadał Pedro.

– Raczej zakupy.

Odwróciła się i szła przed siebie, zerkając na stosy owoców i warzyw. Niezrażony opryskliwym powitaniem Pedro podążył za dziewczyną.

Zatrzymała się przy smakowicie wyglądających pomidorach. Wyglądały na świeżo zerwane z krzaka.

– Nie kupuj ich, to import z Hiszpanii – szepnął jej do ucha Gonzales.

– Skąd wiesz? – zdziwiła się Carla. Nic nie odpowiedział, tylko zrobił tajemniczą minę.

– Czy te pomidory są z Hiszpanii? – zapytała sprzedawcę, starego, tłustego i spoconego Włocha. Ten skinął głową. Odeszła od straganu i podeszła do innego. Pedro nie odstępował jej na krok.

– Te są tutejsze. – Wskazał stojącą na uboczu skrzynkę. Carla po krótkim wahaniu przystanęła nieopodal.

– Szukam pomidorów, ale nie z importu – zwróciła się do sprzedawcy.

– Tutaj mam. – Mężczyzna wskazał na skrzynkę pomidorów, którą wcześniej pokazał Gonzales. Niesamowite, pomyślała.

– Poproszę dwa kilogramy. Sprzedawca leniwie odważył stosowną ilość.

– Dziękuję – szepnęła za siebie, ale nikt jej nie odpowiedział. Odwróciła się zaniepokojona. Po Pedrze nie było śladu. Dziwne, że wszyscy tu tak nagle znikają, pomyślała.

Pół godziny później mknęła rozklekotaną damką w stronę domu wuja. Cały koszyk wypełniały świeże owoce i warzywa.

John Lorusso widział przez okno odjeżdżającą Carlę. Uśmiechnął się. Tak bardzo mu przypominała Elizę.

Wyszedł z domu i skierował się ku stojącej na tyłach posesji szopy. Otworzył drzwi ze skobla i wszedł do środka. Sięgnął do skrzynki i wyjął z niej kilkanaście marchewek. Podszedł do stojących pod ścianą klatek i zaczął karmić króliki. Od lat je hodował, chociaż sam nie wiedział, dlaczego to robi. Nie zabijał ich, nie jadł króliczego mięsa, a zarobek ze sprzedaży był mizerny. Lubił patrzeć na nie, lubił je głaskać, lubił się nimi zajmować. Musiał coś robić, żeby nie zwariować, a to dodatkowo dawało mu przyjemność. Zajrzał do worka i zobaczył, że pokarm się kończył. Dziś był czwartek, dzień dostawy. Stary Roberto miał rano podrzucić pełny worek i zostawić go przy bramie. Trzeba będzie po niego pójść, pomyślał.

Wyczyścił klatki, wyrzucił obornik do wiadra i wyszedł z królikarni, zamykając drzwi na skobel. Wolnym krokiem skierował się w stronę platanowej alei. Kiedy wszedł między drzewa, poczuł drżenie ciała. Przystanął na chwilę, przygotowując się na to, co go czeka. Już po chwili przeniknął go potworny, rozrywający ból, który starał się znieść, ponieważ musiał iść dalej. Kiedy mijał pierwszą granitową płytę, ból mieszał się z narastającym gwarem głosów dochodzących spod płyt. Próbował zatkać uszy, ale głosy były coraz wyraźniejsze i coraz bardziej drażniące. Dziesiątki słów, które nie układały się w zdania. Przyspieszył, lecz i to nie pomagało. Inna mijana płyta, inne głosy, inny ból, ale za każdym razem straszny. Chybotał się na nogach, ale szedł dalej. Nie wolno mu było tu upaść, nie wolno mu było się zatrzymać. Wreszcie minął ostatni platan. Dotarł do bramy i chwycił się ręką ceglanego słupa. Ciężko dyszał. Wyjął z kieszeni chusteczkę i przetarł czoło. Musiał kilka minut odpocząć, żeby dojść do siebie. Wreszcie wszystko minęło. Pchnął skrzydło bramy i wyjrzał na zewnątrz. Roberto jak zwykle nie zawiódł. Duży worek jutowy wypchany po brzegi marchwią stał oparty o mur. John podszedł do niego, nachylił się i silnym chwytem wrzucił go na plecy. Przygarbiony od ciężaru, ruszył w drogę powrotną, ciężko sapiąc. Przejście aleją ponownie było drogą przez mękę. Przygnieciony marchwią, na kołyszących się nogach, z rozdzierającym bólem ciała i przy akompaniamencie głosów rozsadzających mu czaszkę przebrnął aleję i wreszcie dotarł do szopy. Postawił worek na ziemi i wytarł pot z czoła.

– Nie mam już siły – szepnął sam do siebie.

Nie zauważył siostrzenicy, która schowana za potężnym dębem, z przerażeniem obserwowała jego zmagania.

Carla, kiedy dojechała do posiadłości, zobaczyła wuja idącego w kierunku bramy. Chciała mu pomachać, krzyknąć, ale wtedy zobaczyła coś, co trudno jej było zrozumieć. Jakiś obłąkany taniec starego człowieka. W pierwszym odruchu chciała mu pomóc, ale coś ją powstrzymało, coś kazało obserwować rozwój wypadków. Schowała się za pobliskim drzewem.