Wydawca: Goneta Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 169 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Porwana z Luwru - Ligia Hubert

Kryminał przygodowy z wojną w byłej Jugosławii, morderstwem znanego profesora archeologii i koneksjami z mafiami rosyjską i włoską w tle. Do tego jest wątek uczuciowy, bo to przecież przez miłość do pięknej Marty Reszelskiej, polskiej archeolożki, cała ta historia miała miejsce.

Damian Dupond jest dziennikarzem we francuskim „Le Figaro”. Dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Algierii. Bawił się tam z pewną grupą dzieci, a później młodzieży, m.in. z Martą Reszelską. Młodzi zakochali się w sobie. Oboje mieli pasję do poszukiwań. Dokonali pewnego mało istotnego archeologicznego odkrycia. Marta wtedy wzięła na pamiątkę pewien naszyjnik. Wkrótce obie rodziny Damiana i Marty wyjechały z Algierii i młodzi stracili ze sobą kontakt. Damian próbował zapomnieć o pięknej młodzieńczej miłości, ale nie udało mu się. Po wielu latach spotyka Martę na otwarciu wystawy w Luwrze z wyprawy archeologicznej, która odkryła grobowiec doradcy króla Menelika Pierwszego. Z początku nie poznaje młodej kobiety u boku dużo starszego od niej profesora archeologii, przedstawionej jako jego asystentka z dziedziny archeologii i narzeczona profesora. Marta miała na szyi naszyjnik, znany Damianowi, zabrany z wykopalisk w Algierii. Damian miał napisać artykuł o tej wystawie. Nagle zmienia się wszystko w jego życiu. Próbuje dotrzeć do Marty. Ta się bardzo ucieszyła ze spotkania, ale zniechęca chłopaka bardzo mocno do odświeżenia poprzedniej zażyłości. Damian jednak nie odpuszcza. Przy kolejnej próbie spotkania się z Martą, widzi, jak zostaje porwana sprzed Luwru. Śledzi auto taksówką, w której właśnie w danym momencie był. Taksówkarz, Algierczyk, dał się wciągnąć w aferę, zaprzyjaźniając się z Damianem. Damian drążąc temat i szukając Marty w Paryżu, odkrywa aferę archeologiczną, sięgającą historii tronu króla Salomona, spisaną w średniowieczu przez pewnego mnicha o imieniu Bartolomeo. Chciwy profesor archeologii, narzeczony Marty wiąże się umową z pewnym Włochem o faszystowskich korzeniach i posiadającym koneksje z mafią. Zaczynają szantażować Martę, specjalistkę od zagadnień średniowiecznej Europy. Porywają ją i uprowadzają do byłej Jugosławii, w której właśnie trwa wojna. Na terenie obecnej Chorwacji ma być ukryty Tron Salomona. Damian rusza jej śladem. Podróż jest niełatwa, granice są pozamykane. Oboje napotykają liczne przygody i przeżywają horror wojny domowej. Marta odczytała znaleziony przez profesora rękopis Bartolomea, ale Damian miał szczęście dotrzeć do rozszerzonych notatek Bartolomea. Zarówno Marta, jak i jej oprawcy nie wiedzą o pewnej śmiertelnej tajemnicy tronu.

Opinie o ebooku Porwana z Luwru - Ligia Hubert

Fragment ebooka Porwana z Luwru - Ligia Hubert

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m. 45, 02-103 Warszawa

Korekta: Marcin Kluczykowski

marczykowski@gmail.com

Okładka: Małgorzata Szymszon

haxi69@gmail.com

Redakcja: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

ISBN: 978-83-62041-84-8

Wydanie 1.

Warszawa, sierpień 2012

Publikację elektorniczną przygotował iFormat

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Od redakcji:

Kryminał przygodowy z wojną w byłej Jugosławii, morderstwem znanego profesora archeologii i koneksjami z mafiami rosyjską i włoską w tle. Do tego jest wątek uczuciowy, bo to przecież przez miłość do pięknej Marty Reszelskiej, polskiej archeolożki, cała ta historia miała miejsce.

Damian Dupond jest dziennikarzem we francuskim „Le Figaro”. Dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Algierii. Bawił się tam z pewną grupą dzieci, a później młodzieży, m.in. z Martą Reszelską. Młodzi zakochali się w sobie. Oboje mieli pasję do poszukiwań. Dokonali pewnego mało istotnego archeologicznego odkrycia. Marta wtedy wzięła na pamiątkę pewien naszyjnik. Wkrótce obie rodziny Damiana i Marty wyjechały z Algierii i młodzi stracili ze sobą kontakt. Damian próbował zapomnieć o pięknej młodzieńczej miłości, ale nie udało mu się. Po wielu latach spotyka Martę na otwarciu wystawy w Luwrze z wyprawy archeologicznej, która odkryła grobowiec doradcy króla Menelika Pierwszego. Z początku nie poznaje młodej kobiety u boku dużo starszego od niej profesora archeologii, przedstawionej jako jego asystentki z dziedziny archeologii i narzeczonego profesora. Marta miała na szyi naszyjnik, znany Damianowi, zabrany z wykopalisk w Algierii. Damian miał napisać artykuł o tej wystawie. Nagle zmienia się wszystko w jego życiu. Próbuje dotrzeć do Marty. Ta się bardzo ucieszyła ze spotkania, ale zniechęca chłopaka bardzo mocno do odświeżenia poprzedniej zażyłości. Damian jednak nie odpuszcza. Przy kolejnej próbie spotkania się z Martą, widzi, jak zostaje porwana sprzed Luwru. Śledzi auto taksówką, w której właśnie w danym momencie był. Taksówkarz, Algierczyk, dał się wciągnąć w aferę, zaprzyjaźniając się z Damianem. Damian drążąc temat i szukając Marty w Paryżu, odkrywa aferę archeologiczną, sięgającą historii tronu króla Salomona, spisaną w średniowieczu przez pewnego mnicha o imieniu Bartolomeo. Chciwy profesor archeologii, narzeczony Marty wiąże się umową z pewnym Włochem o faszystowskich korzeniach i posiadającym koneksje z mafią. Zaczynają szantażować Martę, specjalistkę od zagadnień średniowiecznej Europy. Porywają ją i uprowadzają do byłej Jugosławii, w której właśnie trwa wojna. Na terenie obecnej Chorwacji ma być ukryty Tron Salomona. Damian rusza jej śladem. Podróż jest niełatwa, granice są pozamykane. Oboje napotykają liczne przygody i przeżywają horror wojny domowej. Marta odczytała znaleziony przez profesora rękopis Bartolomea, ale Damian miał szczęście dotrzeć do rozszerzonych notatek Bartolomea. Zarówno Marta, jak i jej oprawcy nie wiedzą o pewnej śmiertelnej tajemnicy tronu.

Damianowi udaje się przebrnąć przez wszystkie przygody dzięki życzliwości napotkanych ludzi. Wszyscy oni staną się jego wiernymi przyjaciółmi — taksówkarz Ahmed z rozlicznymi znajomościami i rodziną rozsianą po całej Europie, napotkana w drodze do Londynu Luiza, która zakochuje się bez pamięci w Damianie, pułkownik regularnego chorwackiego wojska Franjo, jego kuzyn, Dauti.

Może miejscami wydaje się nam, że Damian jest naiwny, że aż śmieszny, ale z przyjemnością czyta się tę historię i kibicuje zakochanej parze, zżymając się za każdym razem, gdy złym charakterom udaje się przechytrzyć te dobre.

Ligia Hubert — Polka na stałe mieszkająca we Francji. Artystyczna dusza, wysoka klasa, darząca miłością malarstwo i muzykę poważną. Uprawia też z upodobaniem obie te sztuki, czerpiąc z nich nie tylko przyjemność, ale też zarobkując. Jest też poetką. Pani Ligia była też tłumaczem przy polskiej ambasadzie w Paryżu.

Nakładem Gonety wydany został tomik poezji „Mój spacer z Wirginią Wolf” (2011) oraz opowiadanie science-fiction dla młodszej młodzieży pt. „Enquo” (2010). Emmanuel Hubert — urodził się w Valenciennes, w północno-wschodniej Francji.

Pobierał nauki w Paryżu. Podróżował po Afryce Północnej i Europie. Jego pasje to podróże, starodawna architektura, przyroda.

Rozdział I.

Jestem w Paryżu. Dzisiaj będę miał ważny reportaż na temat nowej wystawy w Luwrze. Do tej pory pracowałem dla małych regionalnych gazet. Tym razem zaangażowano mnie do pracy w „Le Figaro”. Jednym słowem — zdołałem wreszcie zrealizować moje dziecięce marzenie — zostałem wielkim reporterem. Oczywiście nie było to dla mnie łatwe. Całe dzieciństwo spędziłem w Algierii, gdzie pozostawiłem wszystkich moich szkolnych kolegów. Krótko mówiąc, byłem jak zagubiony pies. Najgorsza okazała się jednak separacja z Martą. Jeszcze dzisiaj mam przed oczami jej twarz. Usiłowałem o niej zapomnieć, ale nie udało się. Być może pewnego dnia znowu ją zobaczę. Nigdy nic nie wiadomo. Nie na darmo przecież jestem w Paryżu, mieście-słońcu, gdzie wszystko może się zdarzyć. Lecz do rzeczy... Dzisiaj bowiem czekają na mnie ważne sprawy. Muszę uważać, żeby nie przegapić mojej szansy. Za chwilę mam spotkanie z profesorem Laurence’m Lewisem, angielskim archeologiem, który ostatnimi czasy zyskuje sobie sławę na całym świecie. To właśnie w Luwrze ma mieć miejsce wystawa jego odkryć. Muszę się pośpieszyć...

* * *

Uff!... Nareszcie!... Znalazłem dobre miejsce wśród ekipy dziennikarskiej... Profesora Lewisa jeszcze nie ma.... Jak wiele innych osobistości, każe na siebie czekać. No, ale... oto właśnie on...!

— Witam szanownych państwa! — rzekł profesor, przybliżywszy się do grona dziennikarzy. — Najpierw wytłumaczę państwu istotę tej ekspozycji, a potem będą państwo mogli mi zadawać pytania...

Po chwili milczenia profesor Lewis zaczął wyjaśniać problematykę swoich ostatnich odkryć.

— Ta wystawa dotyczy głównie odnalezienia grobowca doradcy Menelika Pierwszego, który, jak wszystkim wiadomo, był postacią kluczową dla syna królowej Saby i Salomona. Zobaczycie państwo rzeczy zadziwiające...

Mój umysł powoli oddalał się od słów profesora Lewisa... Spojrzenie przyciągnęła stojąca niedaleko niego piękna młoda kobieta.

— Proszę państwa, teraz chciałbym przedstawić kogoś, kto jest mi bardzo drogi. Oto moja asystentka, pomagająca mi w poszukiwaniach i odkryciach. Jest to jednocześnie osoba, w której pokładam wielkie nadzieje i myślę, że już niedługo będzie o niej głośno w świecie archeologii — mówiąc to, uśmiechnął się i dodał: — To także moja narzeczona... Przedstawiam państwu pannę Reszelską...

Nazwisko to nie było mi obce. Obserwowałem uważnie tę uroczą osobę. Jej włosy były jasne, oczy błękitne o spojrzeniu tak bardzo specyficznym i jednocześnie mi znajomym. Nie, to jednak nie mogła być ona! To byłoby zbyt piękne, żeby to była... Marta. Ta, o której ciągle pamiętałem i nie potrafiłem zapomnieć. Obserwując ją, zauważyłem, że miała na sobie starodawny naszyjnik, zupełnie taki sam, jaki znaleźliśmy razem z moją Martą w grobowcu rzymskim w Algierii... Ona musiała być tą, którą tak bardzo kochałem... Tą, z którą przeżyłem tyle przygód, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. Tą, którą tak długo szukałem. Tą, o której chciałem zapomnieć, lecz nie mogłem, gdyż jej imię było wpisane w moje serce. Żeby zwrócić jej uwagę, zabrałem głos:

— Jestem reporterem „Le Figaro”... Czy nie bała się pani pobytu w Etiopii? Poszukiwania odbywały się oczywiście na terenie graniczącym z Erytreą, czyli tam, gdzie toczyły się walki, prawda?

— Tak, zgadza się — odpowiedziała. — Nie bałam się jednak. To raczej profesor obawiał się o mnie — mówiąc to, uśmiechnęła się.

Po chwili profesor zaprosił wszystkich do oglądnięcia ekspozycji, a i następnie na krótki poczęstunek przy bufecie.

— Profesorze Lewis — rzekłem, przybliżając się. — Czy pozwoli pan porwać na chwilę swoją asystentkę? Chciałbym jej zadać parę pytań.

— Ależ tak, bardzo proszę.

Delikatnie ująłem pod ramię narzeczoną profesora, kierując się razem z nią na ubocze, żeby być jak najdalej od tłumu. Tymczasem Laurence Lewis przez cały czas śledził nas wzrokiem.

— Być może pani mnie nie rozpoznaje. Myślę, że jest pani osobą, którą znałem w moim dzieciństwie. Wygląd Pani jest identyczny, jak w moim wspomnieniu — te same włosy, oczy i spojrzenie. A przede wszystkim ten sam znany mi naszyjnik. To jest niezmiernie dużo, nie sądzisz, Marto?

Spojrzała na mnie uważnie i z wielkim zdziwieniem. Nagle dostrzegłem błysk szczęścia w jej błękitnych oczach, a po chwili również cień wątpliwości... Dlatego też szybko dodałem:

— Na pewno pamiętasz nasze wspólne odkrycie grobowca rzymskiego w Algierii? Każde z nas wzięło pamiątkę. Ja pierścień, ty ten naszyjnik...

W tym momencie na jej twarzy pojawiła się ogromna radość i wzruszonym głosem odpowiedziała:

— Damian? To niemożliwe! Nigdy bym nie uwierzyła, że jeszcze kiedyś cię zobaczę. — Po chwili dorzuciła, rumieniąc się: — Gdy wyjechałeś z Algierii, było mi bardzo smutno. Oczywiście, początkowo otrzymywałam twoje listy, ale po przeprowadzce, utraciłam i tę możliwość. Myślałam wtedy, że już nie chcesz do mnie pisać.

Gdy tak mówiła, miałem ochotę ją pocałować, podobnie jak wtedy, gdy byliśmy jeszcze razem w Algierii. Jednak nasza rozłąka trwała zbyt długo, byśmy oboje nie czuli się skrępowani. Zwłaszcza wśród tak wielu otaczających nas ludzi, a także bliskości jej narzeczonego, który cały czas pilnie nas obserwował.

— Wiesz, Marto, zawsze starałem się odpowiadać na twoje listy, ale pisałem na twój stary algierski adres. Nowego od ciebie nie dostałem. Nic więc dziwnego, że moja późniejsza korespondencja do ciebie nie docierała.

W tym momencie profesor Lewis przywołał do siebie moją rozmówczynię. Widziałem po jego wzroku, że był w niej bardzo zakochany. Ale czy ona odwzajemniała jego uczucie? Na samą myśl, że mogła być w nim zakochana, czułem jak pęka mi serce. Tak bardzo chciałem jeszcze z nią porozmawiać, lecz nie była to odpowiednia chwila. Narzeczony nie puszczał już od siebie swej ukochanej, trzymając ją za rękę...

Po dłuższej chwili okazja znowu jednak się nadarzyła. Mogłem jeszcze raz przemówić do Marty.

— Marto, nie miałabyś ochoty odświeżyć naszych wspomnień podczas kolacji w restauracji?

— Z przyjemnością, Damianie... — odparła Marta. — Dzisiaj to niemożliwe, ale jutro o dziewiętnastej...

— W takim razie przyjadę po ciebie... Gdzie mieszkasz?

— Lepiej będzie, jeśli przyjedziesz po mnie do muzeum. Będę tam jeszcze o tej porze.

— Świetnie. Znam dobrą restaurację na Montparnasse...

Po chwili profesor znowu przywołał do siebie Martę, aby wyjaśniła kilku zaproszonym gościom istotę ekspozycji. Ja z kolei pożegnałem się z nią i oddaliłem. Odchodząc, czułem na sobie spojrzenie naukowca. Wiedziałem, że zmieniłem się i że podobam się kobietom.

Jednak ważniejsze było dla mnie podobanie się tej, którą kochałem...

* * *

Nazajutrz byłem w znakomitym humorze. Doprawdy, cudownie było spotkać na nowo tę, której nie widziałem już od tak dawna. Szybko się ogoliłem, przez cały czas myśląc o Marcie. Przed oczyma miałem jej szczupłą sylwetkę i jasnobłękitne oczy o jedynym na świecie głębokim spojrzeniu. Następnie włożyłem ubranie, starając się wyglądać tak, by spodobać się Marcie.

W rozdrażnieniu zauważyłem, że moje włosy nie układają się tak, jakbym chciał. Pomyślałem: „Och, te moje włosy, zawsze mam z nimi kłopot, gdy zależy mi, abym dobrze wyglądał i gdy się w dodatku spieszę...”. Pamiętałem, jak Marta, będąc jeszcze w Algierii, naśmiewała się ciągle z moich włosów: „Ach, te twoje włosy są naprawdę zabawne...”.

Wypiłem łyk kawy. Był już najwyższy czas, aby udać się do redakcji „Le Figaro”...

Dzień upłynął dosyć szybko. Jeden z moich kolegów dziennikarzy zaproponował mi odwiezienie do domu, z czego chętnie skorzystałem. Dzięki temu miałem nieco więcej czasu, aby odświeżyć się przed spotkaniem z moją ukochaną. Po chwili pośpiesznie poszedłem na parking podziemny, aby wziąć mój specjalny samochód na wielkie okazje.

Przybyłem do muzeum na czas. Marta właśnie wychodziła. Nie zmieniła się... Jak zawsze była punktualna. Wyszedłem z samochodu, aby się jej pokazać. Z daleka już dała znak ręką, że mnie widzi.

— Dobry wieczór, Damianie. Długo na mnie czekałeś?

— Dobry wieczór, Marto. Nie, skądże. Jestem tutaj dopiero od paru minut — mówiąc to, otworzyłem jej drzwi od samochodu.

— Tak się cieszę — rzekła Marta, czerwieniąc się. — Wspaniały ten twój cadillac, a jaki wygodny… — dorzuciła po chwili. — Doprawdy, świetnie się prezentuje w tym jasnobłękitnym kolorze. Pamiętam. jak byliśmy jeszcze dziećmi, to lubiłeś amerykańskie samochody, a w szczególności cadillaki. Myślałam jednak, że to tylko takie żarty... A jednak widzę, że nic się nie zmieniłeś — mówiąc to, uśmiechnęła się z takim wdziękiem, że jej twarz upodobniła się do anielskiej.

— Wiesz, Marto, wybrałem ten kolor na pamiątkę naszej znajomości. Przypomina mi twoje oczy — tym razem sam się zaczerwieniłem.

Widziałem, że była nieco skrępowana moimi słowami, ale też i zadowolona, że sprawiłem jej przyjemność.

Znalazłem bardzo dobre miejsce do zaparkowania przed restauracją. Miejsce, do którego przybyliśmy, znałem z moich wcześniejszych wizyt z przyjaciółmi. Menu było zawsze wyśmienite, zaś obsługa dyskretna i bez zarzutu.

Od razu po zaparkowaniu pospieszyłem otworzyć Marcie drzwi od auta. Po chwili weszliśmy do restauracji. Był już dla nas przygotowany stolik w spokojnym kąciku z romantycznym oświetleniem, czego sobie uprzednio zażyczyłem, dokonując telefonicznej rezerwacji. Szef sali restauracyjnej zaprowadził nas osobiście do stolika.

— To ty zamówiłeś te świece? — spytała Marta, nie widząc ich na pozostałych stołach.

— Ależ oczywiście. To na twoją cześć — odpowiedziałem, biorąc ją za rękę.

Kelner podał nam menu.

— Co masz ochotę zjeść, moja podróżniczko? — zapytałem żartem, chcąc trochę rozluźnić atmosferę.

— Nie jestem zbytnio głodna, drogi Damianie... Podczas mojej ostatniej wyprawy do Etiopii było mi tak ciepło i ciągle chciało mi się pić, że teraz wezmę tylko coś odświeżającego, może jakąś surówkę.

— Zamów także trochę skorupiaków i małży. Tu są zawsze świeże i dobre. Znakomite będą jako dodatek do twojej surówki, czyż nie?

— Masz rację...

— Czy nie chcesz wypić też trochę białego wytrawnego wina? Dobrze będzie pasowało do twojego posiłku.

— Chętnie.

— Ja z kolei zamówię dla siebie trochę mocniejsze, czerwone.

Po chwili kelner wziął od nas zamówienia, a i Marta zwróciła się do mnie:

— Więc jesteś dziennikarzem w „Le Figaro”? Podejrzewam, że bardzo lubisz swoją pracę... Pamiętam, że zawsze interesowałeś się wszystkim. Było to więc oczywiste, że zostaniesz dziennikarzem... Hm... piękny zawód i musi być interesujący.

— Tak, to prawda... W dodatku mam szczęście, że redaktor naczelny popiera mnie i pokłada we mnie wielkie nadzieje, o czym sam mi powiedział... — przerwałem, po czym dodałem innym tonem: — Muszę ci coś wyznać, Marto... Kiedy nasza korespondencja nagle się urwała, byłem zrozpaczony i myślałem, że cię już nigdy więcej nie zobaczę. Nie wiedziałem, co mam robić... Gdzieś tam jednak na dnie mojego serca miałem nadzieję, że nie zapomniałaś o mnie i że pewnego dnia znów cię zobaczę. Nie miałem możliwości, by cię poszukiwać. Byłem zbyt młody... Postanowiłem jednak, że jak już dorosnę i się ustatkuję, to cię odnajdę. Dlatego też między innymi wybrałem swój zawód — mówiąc to, pocałowałem ją w rękę.

Ona z uśmiechem na ustach zarumieniła się. Widziałem, że była trochę zażenowana moim wyznaniem. Gdy tak na nią patrzałem, uśmiechającą się do mnie z małymi dołeczkami w kącikach delikatnych i zmysłowych ust, miałem palące pragnienie pocałowania jej bez myślenia o konsekwencjach. Po chwili jednak mój rozsądek zwyciężył i odzyskałem trzeźwy umysł.

— Ty z kolei, Marto, jak widzę, zostałaś archeologiem.... Byłaś wierna swoim dziecięcym marzeniom. W sumie nie było innej opcji. Tak bardzo zafascynowałaś się naszymi algierskimi poszukiwaniami, że nic nie mogło ci w tym przeszkodzić. Oczywiste było, że pasja stanie się twoim zawodem.

— Tak, to prawda — odparła z uśmiechem. — Mój zawód to moja pasja. Nie wyobrażam sobie robić w życiu nic innego.

W tym momencie wzięła mnie ochota na poproszenie Marty do tańca. Od pewnego czasu na parkiecie kręciło się kilka par. Spytałem o to, a ona chętnie przystała na moja propozycję. Wziąłem ją w ramiona i przytuliłem do siebie tak, aby była jak najbliżej mnie. Tańcząc z nią, czułem się wspaniale. Myślę, że z wzajemnością, bo położyła na moim ramieniu głowę i przymknęła oczy, jakby powierzała siebie pod moją opiekę. Dlatego też przycisnąłem ją jeszcze bardziej do siebie i w przypływie uczucia pocałowałem czule w czoło. Nawet nie poruszyła głową. Pomyślałem, że podświadomie czekała na to. Nie wiem, jak to się stało, lecz po chwili nasze usta znalazły się w długim i przepełnionym miłością pocałunku. Byłem w niej tak bardzo zakochany, że chciałem, aby ta chwila trwała wieczność... Lecz dla mnie szczęście nie trwa nigdy zbyt długo. Nagle Marta gwałtownie odsunęła się ode mnie. Była przestraszona. Patrzyła w kierunku drzwi wejściowych restauracji. Spojrzałem w tę samą stronę, co ona. W wejściu stał Laurence Lewis! Tylko mnie mogło zdarzyć się coś takiego. W Paryżu są setki restauracji, a traf chciał, żeby profesor wybrał akurat tę samą, co my. Doprawdy, miałem pecha! I oczywiście po chwili usłyszałem:

— Damianie, muszę natychmiast stąd zniknąć... Nie chcę, żebyś mnie odwoził...

Wezmę taksówkę... Zostań tutaj! Nie idź za mną, proszę!

Wiedziałem, że nie mogę jej stracić ponownie. Poprosiłem więc o numer telefonu.

Na odchodne Marta rzuciła jeszcze:

— Mieliśmy wiele szczęścia, Damianie, że ponownie zobaczyliśmy się po tak długiej rozłące. Będzie jednak lepiej, gdy na tym poprzestaniemy. Dlatego nie dam ci mojego numeru telefonu ani adresu. Widzisz, przedtem w Algierii było inaczej, ale tamten czas już minął i należy go takim pozostawić... Życie kroczy do przodu... Jestem teraz narzeczoną profesora Lewisa. Mam dla niego wiele szacunku i nie chcę go stracić przez romans z tobą... Żegnaj, Damianie! Wspaniale było cię ponownie zobaczyć. Dziękuję za ten wspaniały wieczór — mówiąc to, Marta pocałowała mnie w policzek z wymuszonym uśmiechem na twarzy i z powstrzymywanymi łzami w oczach.

Następnie skierowała się ostrożnie ku wyjściu tak, aby Lewis jej nie zobaczył. A ja stałem jak skamieniały. Byłem bardzo zaskoczony tym, co usłyszałem. Jednocześnie śledząc ją wzrokiem, zauważyłem, jak wsiadała do taksówki. Byłem tak przygnębiony, że nie miałem już apetytu na wspaniały posiłek, który stał przede mną na stole. W rozdrażnieniu odsunąłem talerz. Chciałem zachować smak jej ciepłych i delikatnych warg. Podniosłem oczy i zobaczyłem w kącie restauracji twarz profesora Lewisa. Bardzo mu zazdrościłem. Oglądając go uważnie, dostrzegłem, że jego okulary w grubych czarnych oprawkach były zbyt duże w stosunku do jego twarzy i przez to dawały mu jeszcze bardziej naukowy wygląd. Grube i szerokie usta świadczyły o tym, że musiał być zaborczy w miłości, w co nie wahałem się wątpić. Zauważyłem też, że jego włosy, z natury trochę kręcone, były zbyt długie, jak na mężczyznę w jego wieku. Miał parę siwych kosmyków z boku, co go bardzo postarzało, lecz niestety nie przeszkadzało w uwodzeniu pięknych kobiet. To prawda, że ma czterdzieści pięć czy sześć lat, lecz jego grube okulary, zmarszczki i siwe włosy postarzały go o co najmniej dziesięć lat. Obserwując go, zauważyłem jeszcze, że gestykulował rękami podczas mówienia w taki sposób, w jaki robią Włosi. Być może dlatego, żeby bardziej wyrazić sens swoich słów. Dziwne, ale mimo całej mojej zazdrości, poczułem na chwilę do niego sympatię.

W pewnym momencie profesor wykonał zbyt zamaszysty ruch ręką i niechcący wytrącił danie z rąk przechodzącego kelnera. Posiłek spadł na małego, chudego i już niemłodego mężczyznę, siedzącego przy stoliku obok. Ten poderwał się gwałtownym ruchem, chwycił uczonego i krzyknął głośno, potrząsając nim:

— Pan to zrobił specjalnie, prawda?... Zaraz nauczę pana dobrych manier!

Biedny profesor potrafił tylko powiedzieć:

— Przepraszam... Przepraszam...

Mimo, że kelnerzy próbowali ich rozdzielić, dobrze wiedziałem, że ten człowiek szukał tylko zaczepki do kłótni i bójki. Od razu wymierzył cios pięścią w nos, że aż profesorowi spadły okulary. Lewis nie oddał ciosu, ale po chwili otrzymał drugie uderzenie, które go przewróciło. Upadając, uderzył głową o brzeg stołu. Widząc to, szybko podbiegłem, i odepchnąwszy chudego człowieczka, wymierzyłem mu cios w nos, co go od razu uspokoiło. Pochyliłem się nad nieprzytomnym Lewisem. Uniosłem trochę wyżej jego głowę i zmoczyłem czoło zimną wodą. Po chwili profesor otworzył oczy, wołając:

— Aaa! Moja głowa! Kim pan jest?! Czy ja pana znam?

— Myślę, że nie jest pan poważnie zraniony, profesorze. Niech pan spróbuje wstać — mówiąc to, podałem mu okulary.

Po chwili z trudem podniósł się i rzekł:

— A tak, przypominam sobie... Spotkaliśmy się w muzeum na inauguracji. Pan jest dziennikarzem, prawda?

— Tak — odparłem krótko.

— Bardzo dziękuję. Jest z pana prawdziwy anioł stróż. Gdyby nie pan, pewnie byłbym teraz w szpitalu, walcząc o życie... Więc teraz, mój dobroczyńco, proszę przysiąść się do nas. Zapraszam.

Zbliżyłem się do jego stolika.

— Przedstawiam panu mojego znajomego, z którym przyszedłem do tej okropnej restauracji — mówiąc to, profesor wskazał swojego współtowarzysza, który nawet nie ruszył się z miejsca, aby przyjść mu na ratunek.

— Oto pan Guido Paparossi. Nie trzeba mu mieć za złe, że nie przyszedł mi z pomocą, bowiem gdy tylko jest jakaś bójka, robi mu się niedobrze.

— Witam pana! — powiedziałem, podając mu rękę.

— Zapomniałem, pańską godność... — zwrócił się do mnie profesor.

— Nazywam się Damian Dupond i pracuję jako dziennikarz dla „Le Figaro”.

Przyglądając mi się uważnie, profesor oznajmił powoli, cedząc słowa:

— Aaaa... Tak... Przypominam sobie teraz pana... Hmm... To pan wczoraj tak długo rozmawiał z moją narzeczoną. Myślę, że chyba znaliście się już wcześniej?

Jego spojrzenie jakby mówiło, że wie już wszystko o mnie i o Marcie.

— Tak, znaliśmy się w dzieciństwie. Chodziliśmy do tej samej szkoły w Algierii. Pan z pewnością zna Algierię, profesorze?

— Nie.

— A pan? — uprzejmie spytałem znajomego profesora.

— Nie, z wyjątkiem notatek z tragicznych wypadków opisywanych w gazetach.

— Ależ, panowie! To jest wspaniały kraj! Pod względem archeologicznym stanowi bardzo bogaty teren. Jakże piękna jest tam przyroda. Jeżeli tylko nadarzy się panom okazja, to polecam podróż właśnie w to miejsce.

— Taaak — odpowiedział profesor. — Marta wspominała mi już o tym kraju. Podobno jest tam sporo możliwości archeologicznych. Jeżeli przyznają nam na ten wyjazd subwencję, to czemu nie...? Na razie jednak mamy inne plany.

— Może pan uchylić rąbka tajemnicy? — próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat.

— Teraz jest jeszcze zbyt wcześnie, by o tym mówić. Musimy najpierw zakończyć ekspozycję w Luwrze. Następnie będziemy robić wystawę naszych prac w Londynie, Nowym Jorku i być może w Tokio i Jeruzalem...

Wyczuwałem w jego głosie, że była jeszcze jakaś rzecz, o której nie chciał powiedzieć. Zauważyłem też, że nagle ten jego znajomy zaczął zachowywać się dziwnie, jak gdyby był czymś zaniepokojony. Co takiego ukrywał profesor i dlaczego ten Paparossi był taki poruszony, tego niestety się nie dowiedziałem. Krótko mówiąc, jak wszyscy dziennikarze stawiałem dużo pytań, a dla nich chyba nawet za dużo.

— Oczywiście, panie profesorze — po chwili odezwałem się. — Podejrzewam, że oprócz tych wszystkich wystaw, ma pan, jakieś plany na przyszłość...

— No tak... Widać, że jest pan dziennikarzem. Za dużo pan pyta — ze zdenerwowaniem w głosie odpowiedział Laurence Lewis. — Obecnie nie mam żadnych innych planów.

— Myślę, że profesor jest zmęczony — nagle wstał od stołu Paparossi — i że potrzebuje odpoczynku po tej rozróbie... Byliśmy szczęśliwi pana poznać, lecz teraz musimy już iść...

— Tak, Guido