Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 554 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Porucznicy 1939 - Tomasz Stężała

Tomasz Stężała w swojej nowej powieści przedstawia splatające się losy polskich, niemieckich i rosyjskich młodych oficerów wciągniętych w wojenny koszmar.

Porucznicy 1939 to wartka powieść pokazująca nie tylko śmierć na polu walki, ale też miłość i rozpacz bohaterów. Dodatkowym atutem książki jest jej nawiązanie do najlepszych powieści wojennych opartych na faktach.

`Poruczników 1939` czyta się jak zbeletryzowaną biografię tak ciekawych postaci jak choćby porucznik Bolesław Nieczuja-Ostrowski, który po kampanii wrześniowej ucieka przed NKWD i Gestapo po całej Polsce.

Opinie o ebooku Porucznicy 1939 - Tomasz Stężała

Fragment ebooka Porucznicy 1939 - Tomasz Stężała

Redakcja: IZA KWIATKOWSKA
Korekta: DANUTA HUSZCZA-SAWICKA
Projekt okładki: PAWEŁ ROSOŁEK
Ilustracja na okładce: PAMELA JAWORSKA
Skład: ANNA SZARKO
© Copyright for the Polish edition: by Tomasz Stężała, 2011www.TomaszStezala.pl © Copyright for the Polish edition by Instytut Wydawniczy Erica, 2011
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-64185-34-2
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail: wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.pl Oficjalny sklep www.tetraErica.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Wandzi i Marianowi

Autor

Wszystkich Państwa, których zainteresowały losy opisanie w niniejszej powieści, którzy chcą dowiedzieć się więcej o tematyce walk zapraszam na swoją stronę internetową www.TomaszStezala.pl. Można tam znaleźć mapy, zdjęcia, opisy uzbrojenia i inne materiały i informacje.

Autor

Dramatis personæ:

Bolesław Michał Nieczuja-Ostrowski – porucznik Wojska Polskiego, instruktor w Ośrodku Wyszkolenia Rezerw Piechoty w Różanie nad Narwią, dowódca 5 kompanii 115 pułku piechoty i 2 kompanii 116 pułku piechoty z 41 Dywizji Piechoty.

Bronisława Nieczuja-Ostrowska – żona Bolesława, matka Wandzi.

Karol Fanslau – major, dowódca 1 batalionu 115 pułku piechoty, przyjaciel Ostrowskich.

Jakub Morawski – sierżant, szef kompanii szkolnej i podoficer 5 kompanii 115 pułku piechoty.

Joachim Wenzel – podchorąży, żołnierz 115 pułku piechoty.

Mosze Blumstein – strzelec, potem kapral 115 pułku piechoty.

Alfred Brosowski – pracownik zakładów Schichau w Elbingu, leutnant Wehrmachtu w 161 pułku artylerii 61 Dywizji Piechoty.

Else Preuß – narzeczona Alfreda.

Wilhelm Stumpff – pracownik zakładów Komnicka w Elbingu, leutnant, dowódca plutonu pancernego 7 pułku Dywizji Pancernej „Kempf”.

Berta Stumpff – żona Willego.

Georg Breitfeld – członek SA, potem SS, kapral pułku piechoty „Deutschland”.

Otto Wendig – leutnant, dowódca plutonu w 21 pułku artylerii 21 Dywizji Piechoty.

Herbert Engbrecht – oberleutnant, dowódca kompanii 3 pruskiego pułku piechoty 21 Dywizji Piechoty (Kommandant von Elbing).

Eberhard Schoepffer – major, dowódca 400 pułku Landswehry w Elbingu.

Katarzyna, Robert Klim – Polacy mieszkający w Elbingu.

Edwin Giermanowicz Owczarskij – inżynier kolejnictwa, lejtnant NKWD.

Kuźma Jewdokimowicz Grebiennik – wyższy dowódca NKWD w Leningradzie.

Wasilij Iwanowicz Matronin – przełożony lejtnanta Owczarskiego.

Anastazja Konstantinowna Michiniuk – lejtnant NKWD.

Jesus Rodrigo Zopatero – kapitan GRU.

Część I
1937

Łoskot butów i chrzęst oporządzenia szybko cichł i na długim, ciemnym korytarzu słychać było jeszcze przez chwilę przyśpieszone oddechy, które stopniowo uspokajały się, stając się prawie bezgłośnymi. Ponad stu podchorążych wyprężało piersi, przyciskając nadgarstki do ud i wbijając wzrok w pasek lamperii oddzielający zielony dół korytarza od przykurzonej, wapnowanej góry.

Cisza przedłużała się ponad zwyczajową chwilę, wzbudzając w umysłach młodych żołnierzy falę niepewności. Ciche „Dajcie spocznij” poprzedziło skrzypienie butów dowódcy pierwszego plutonu, świst nabieranego w płuca powietrza i gromkie:

– Kompaniaaa, spocznij!

Donośne łupnięcie w betonową podłogę zmniejszyło napięcie i pozwoliło podchorążym zerknąć na nowego dowódcę kompanii, który wolnym krokiem przechodził wzdłuż szyku prężącego muskuły. „Nowy” był przeciętnego wzrostu i postury, wyglądał na około trzydzieści lat. Twarz łagodna, niezbyt wojskowa, więc nie powinien podchorążym rezerwy sprawiać większych problemów.

Mężczyzna zatrzymał się mniej więcej pośrodku szyku, lekko uśmiechając się.

– Nazywam się Bolesław Nieczuja-Ostrowski, będę miał honor dowodzić panami w czasie kursu. Mam nadzieję, że pobyt w Różanie da i wam, i mnie satysfakcję.

Oficer odwrócił się do stojącego obok dowódcy pierwszego plutonu:

– Panie poruczniku, proszę kontynuować zajęcia!

Prowadzący do dziś kompanię podporucznik Zalewski wydał komendę i poszczególne plutony, łamiąc dotychczasowy szyk, rozeszły się.

Ostrowski stał przy stoliku dyżurnego kompanii, milcząco przyglądając się przechodzącym obok strzelcom. Kolejny rok bycia dowódcą – instruktorem i kolejny ponadstuosobowy zbiór problemów. Gdy ostatni żołnierze minęli go, wychodząc na koszarowy dziedziniec, poprawił czapkę i wolnym krokiem ruszył za nimi, kierując się do komendy Ośrodka Wyszkolenia Rezerwy Piechoty w Różanie.

***

– Plutooon, biegieeem marsz!

Nie wiadomo, czy zmaltretowanych żołnierzy bardziej moczył lejący się z nich pot czy siąpiący deszcz połączony z zimnym jesiennym wiatrem. Sierżant Morawski, czerwony na twarzy, klnąc wściekle pod nosem, maszerował na czele plutonu „zielonych” z kolejnego strzelania i treningu z granatami – ponownie zawalonego. Jak długo żyje i służy w wojsku, nie miał jeszcze tak beznadziejnej bandy gówniarzy do wyszkolenia.

Już on tym bałwanom pokaże! To oni stoją na drodze zaplanowanego urlopu i wyjazdu do rodziny, do Podzamcza[1].

Morawski wściekłymi warknięciami wyduszał z żołnierzy ostatnie zasoby energii. Zwolnił i znalazł się nieco z tyłu, z ponurą złością, zerkając na dwie ostatnie w szyku patykowate ofermy, które przygięte ciężarem plecaków, broni, hełmów wciąż gubiły krok i walczyły o utrzymanie się za resztą żołnierzy.

– Lewa, lewa... ruszać się!

Wyczerpani żołnierze dotarli wreszcie przed swój budynek koszarowy. Dwóch kaprali przejęło dowodzenie, pluton złamał szyk i ruszył zdać broń, a następnie doprowadzić się do ładu.

Sierżant wchodził na korytarz, gdy wyrósł przed nim podoficer dyżurny kompanii.

– Panie sierżancie, dowódca kompanii prosi pana na chwilę do swojej kancelarii.

Morawski z wahaniem zatrzymał się. Był przemoczony, zabłocony i jeszcze nie ochłonął po ćwiczeniach. Kiwnął głową dyżurnemu, po czym wpadł do sali podoficerskiej, by się doprowadzić do ładu. Rzut okiem na wiekowe lustro, poprawienie czapki i był gotów na spotkanie z dowódcą. Ich roczny kurs unitarny ostatnimi czasy cierpiał z powodu fatalnego naboru. Coraz większy procent stanowili wyedukowani chłopscy synowie, którzy niby mieli cenzus, ale życiowego sprytu czy sprawności za grosz. Do tego jacyś Rusini, co to nie idzie się z nimi dogadać i wreszcie największe nieporozumienie w armii – Żydzi. Zamiast robić swoje geszefty, chyba specjalnie przychodzili do wojska, aby jemu, Jakubowi Morawskiemu, zatruć do szczętu życie.

Sierżant stanął przed drzwiami dowódcy, raz jeszcze poprawił bluzę munduru i energicznie zapukał. Otworzył drzwi i wyprężony jak struna zameldował swoje przybycie.

Pomimo potwornego zmęczenia nie mieli chwili na wytchnienie. Zdali już broń, którą po obiedzie będą czyścić, a teraz musieli doprowadzić się do ładu. Udawali, że nie zwracają uwagi na wściekłe spojrzenia kolegów, którzy dzięki nim będą mieli dodatkową porcję musztry lub tor taktyczny – nie wspominając o pracy w kuchni czy cięciu drewna na opał w wolnym czasie. Obaj trafili do Różana, aby zaspokoić marzenia własnych ojców a nie swoje, bo przecież czy bycie oficerem może nie być dla Żyda pochodzącego z małego miasteczka spełnieniem marzeń? Ojciec Tewe, Mordechaj, był krawcem, który poprawiał i szył mundury sierżantom i porucznikom i zapragnął takiej kariery dla swojego trzeciego syna. Bo iluż krawców utrzyma się w ich miasteczku? A trzeba wydać jeszcze córki, więc syn z oficerską gażą będzie mógł wspomóc ubogą rodzinę.

Hersz od Jonkischów, którego ojciec zmagający się z wiecznie narzekającą żoną oraz gromadą dzieci prowadził szynk, był w identycznej sytuacji. Obaj posłuszni synowie nawet z pewną nadzieją wstąpili do tego Polskiego Wojska, choć brutalna codzienność, niechęć podoficerów i kolegów szybko przekonała ich, że kariera oficerska to nieporozumienie. Ale unitarkę[2] tak czy inaczej musieli odbyć, choć może lepiej byłoby im w zwykłym pułku, gdzie Polacy napchani bzdurną dumą i tym swoim patriotyzmem jak gęś kaszą nie dogryzaliby im tak bardzo.

– Podchorążowie Jonkisch i Kleches! Po obiedzie zameldować się u dowódcy kompanii!

Ostry głos podoficera dyżurnego przerwał na chwilę krzątaninę żołnierzy. Cholera, jeszcze to. Znowu będzie nagana, a może i paka. Ich „występ” na strzelnicy będzie zdrowo kosztował.

Wciąż udawali, że nie widzą złośliwych spojrzeń kolegów, którzy zaczęli zbijać się w grupki i półgłosem zastanawiać, co „stary” zrobi z tymi niebezpiecznymi dla wszystkich gamoniami.

– Panie poruczniku, sierżant Morawski i dwóch podchorążych meldują się na rozkaz!

– Dajcie spocznij, sierżancie.

Porucznik Nieczuja-Ostrowski wstał zza biurka i powoli podszedł do stojących przed nim wyprężonych strzelców. Od dwóch tygodni był dowódcą kompanii unitarnej, z którą żaden z jego poprzedników nie mógł sobie poradzić. Ci dwaj, stojący przed nim, chyba znaleźli się tu przez przypadek i zapewne rozpaczliwie chcieli wydostać się ze szkolenia, ale z drugiej strony pewnie nie mogą zawieść oczekiwań ojców. Ten nieco wyższy miał charakterystyczny haczykowaty nos i ciemno obramowane oczy. Był chudy, ale żylasty, co zdradzało ukrytą w nim niewykorzystaną siłę. Kleches, niższy, nie wyglądał na Żyda, ale oczy zdradzały wrodzony spryt i zapewne niezły pomyślunek.

Oficer, nie odzywając się, wpatrywał się w swoich podkomendnych, których twarze przestały powoli zdradzać upór i udaną obojętność na to, co nieuchronnie ich czeka. Stojący nieco z boku sierżant słyszał uderzenia wiatru i deszczu o szybę okna, sam zaskoczony dziwnym zachowaniem, a zwłaszcza milczeniem oficera. Wyzwiska powinny sypać się jak grad, miażdżąc tych dwóch Żydków, a tu cisza! Jak długo służył, jeszcze żaden przełożony tak się nie zachowywał.

– Masz dziewczynę?

Zaskoczony Tewe zamrugał oczyma. Przez cały obiad i chwilę poobiedniego wypoczynku przygotowywał sobie w myślach odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania dowódcy, ale tego nie przewidział.

– Ta..., tak jest, panie poruczniku!

– A wy, Jonkisch, wyglądacie na takiego, za którymi dziewczyny się oglądają. To jak ma wasza panna na imię?

Nogi Hersza prawie ugięły się. Skąd on do licha wie, że od roku ukradkiem spotykał się z Sarą? Porucznik stał przed nim, lekko uśmiechając się. Oczy oficera też się uśmiechały, czyli chyba nic złego mu nie grozi.

– Ma na imię Sara, panie poruczniku!

Tewe usłyszał słowa przyjaciela wyrzucane z siłą i prędkością karabinu maszynowego. Oficer znacząco spojrzał na niego.

– Moja ma na imię Lilah, panie poruczniku!

Boże, ale dał się podejść.

– A kiedy ostatni raz widzieliście się ze swoimi pannami?

Oba czoła pochyliły się, a usta zacisnęły posępnie. Oficer kiwnął ze zrozumieniem głową.

– Z tego co czytałem o was, to macie niezły rejestr przewinień. Opieszałość, oskarżenie o kradzież, brudna broń, niewykonanie rozkazu przełożonego, niebezpieczne zachowanie się na strzelnicy i ten dzisiejszy wyczyn z granatem. Hersz, czy zostaliście przeszkoleni w rzucaniu granatem bojowym?

– Tak jest, panie poruczniku!

– Ale dzisiaj mało nie zabiliście nie tylko siebie, ale też innych podchorążych! Nie wiem, jak powinniście dziękować sierżantowi, że uratował wam wasze tyłki i dał ostatnią szansę zobaczenia waszych dziewczyn.

Oczy podchorążych i sierżanta Morawskiego z napięciem śledziły przechadzającego się po pokoju oficera. Czegoś takiego nie oczekiwali.

– Jaka jest wasza narodowość, podchorąży Kleches?

– Jestem Żydem, panie po....

– A ja wątpię, czy wy jesteście prawdziwym Żydem! Podobnie jak mam wątpliwości co do Jonkischa!

Głos porucznika zrobił się nieprzyjemny i ostry. Obie twarze stojących żołnierzy zaczerwieniły się, gdy zmieszane umysły starały się zrozumieć, o co chodzi. Nazwanie kogoś Żydem często było obraźliwe, ale to?!

– Ja jestem Żydem, panie poruczniku.

Głos Tewiego zadrżał. Zaczynał się pocić i szybko oddychać, nie mogąc uspokoić bieganiny myśli.

– Żyd to ma kiepełe[3], ale u was są tylko podstawki pod hełmy. Wyszkoliłem wielu Żydów, którzy byli cherlawi i mniej zdolni od was, ale mieli kiepełe! I chodzili na przepustki, i dostawali awanse. Jeden z nich nawet przysłał mi ostatnio zaproszenie na swój ślub.

Porucznik Ostrowski przerywał tyradę i ponownie spojrzał na stojących przed nim podchorążych. Ich poprzednia pewność siebie i upór znikły, stali teraz przybici, bliscy płaczu.

– Słuchajcie, chcę wam obu dać po trzy dni urlopu. Co wy na to?

Teraz nawet sierżant Morawski otworzył szeroko usta, ukazując swój zaniedbany garnitur zębów.

– Ale nie od razu. Najpierw coś ustalimy. Czy jesteście w stanie nauczyć się musztry i wykonać ćwiczenia fizyczne?

Słabe „Tak jest” wydobyło się z zaciśniętych ust.

– Nie słyszałem!

– Tajest panie poruczniku!

– Jonkisch, wy pierwsze strzelanie zaliczyliście bez problemu, więc strzelać potraficie lepiej niż inni podchorążowie. Pewnie w lunaparku już jakieś kwiaty swojej pannie wystrzelaliście?

– Wystrzelałem, panie poruczniku.

– A wy, Kleches, jako syn krawca jesteście w stanie utrzymać czystość wokół was?

– Jestem, panie poruczniku.

Porucznik znów uśmiechnął się.

– Teraz mówicie jak Żydzi. Wolicie spędzić wojsko w kolejnych aresztach i zwykłym pułku gdzieś na kresach, gdzie z życia uczynią wam piekło, czy może weźmiecie się w garść i za miesiąc dostaniecie przepustki? Ale to sierżant Morawski musi do mnie przyjść i zameldować, że na nie zasługujecie. A sierżantowi bardzo zaleźliście za skórę!

Obaj żołnierze zerknęli na siebie.

– Nie będzie miał pan z nami więcej problemów, panie poruczniku!

– Zobaczymy. A teraz za dzisiejsze wasze zachowanie karzę was trzema dniami aresztu i służbą poza kolejnością!

– Kara, panie poruczniku!

– Odmaszerować!

Obaj żołnierze, na miękkich nogach wyszli z pokoju i oszołomieni ruszyli w kierunku swojej izby. Cholera, udało się uniknąć większej kary, ale – co najważniejsze – życie w wojsku zaczęło chyba ponownie mieć sens.

– Sierżancie Morawski, zostańcie.

Sierżant zawrócił od drzwi.

– Macie przewidziany urlop w przyszłym tygodniu. Myślę, że z tymi dwoma ancymonkami nie będzie już żadnego problemu, dlatego proszę, abyście im trochę odpuścili. Ten urlop się wam bardzo przyda, a po nim będziecie mieli na nich baczenie. A teraz odmaszerować!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przypisy

[1] Obecnie zachodnia część Wieruszowa. Województwo Łódzkie.

[2] Unitarka – okres wstępnej służby wojskowej pomiędzy powołaniem do jednostki a przysięgą wojskową.

[3] W gwarze żydowskiej: głowa.