Portugalka - Iwona Słabuszewska-Krauze - ebook + książka

Portugalka ebook

Iwona Słabuszewska-Krauze

4,3

Opis

Pasja może być motorem Twojego życia, ale go nie zastąpi. 
Zazdrość może dać Ci siłę, ale Cię nie uszczęśliwi. 
Kochać chcemy wszyscy, ale to nienawiść bywa prostsza. 
Na szczęście nawet ją można przekuć w miłość.

Sophie po rozstaniu rodziców próbuje na nowo ułożyć sobie życie, ale bez pomocy finansowej jest to niemożliwe. Ojciec proponuje jej przepisanie należącej do niego winnicy w portugalskim Douro, regionie znanym z produkcji wytwarzanego od stuleci trunku – port wine. To byłoby rozwiązanie wszystkich jej problemów. Stawia jednak jeden warunek, który wpłynie na teraźniejszość i... zmieni przeszłość.

Poczuj prawdziwą Portugalię – słońce i mrok, upał i chłód. Daj porwać się opowieści o miejscu, w które nikt nie zapuszcza się przypadkowo i gdzie sprawy załatwia się we własnym gronie.
 

Iwona Słabuszewska-Krauze – pisarka, socjolog i dziennikarka. Publikuje w prasie polskiej i zagranicznej od 1996 roku. Wieloletnia redaktorka i współtwórczyni irlandzkiego tygodnika „Polski Herald”. Autorka „Hotelu Irlandia”, książki, która jako pierwsza opisała losy nowej polskiej emigracji w tym kraju, oraz bestsellerowej powieści „Ostatnie fado”, przesyconej atmosferą Lizbony i portugalskiego saudade. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Uważa, że bycie pisarką i mamą jednocześnie jest niewykonalne, a mimo to pisze i wychowuje dzieci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 443

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (8 ocen)
5
1
1
1
0

Popularność




Copyright © Iwona Słabuszewska-Krauze, 2017

Zrealizowano w ramach stypendium

Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© ILINA SIMEONOVA/Trevillion Images;

Photocreo Bednarek/Fotolia.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Maciej Korbasiński

Zofia Firek

ISBN 978-83-8097-991-8

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Moim Najbliższym

Każdy z nas ma dwie rzeczy do wyboru:

jesteśmy albo pełni miłości… albo pełni lęku.

Albert Einstein

Bezkres winnic, Douro, jesień 1982

Leonardo i Gabriela nigdy nie budzili się wcześnie rano, ale dzisiaj ledwie zaczęło świtać, kiedy wyszli z domu. Ruszyli wąską ścieżką w górę zbocza, nie zamieniając ze sobą nawet słowa, każde myślało o czymś innym. Leonardo przeczuwał, że to będzie ciężki dzień. Nie wierzył, że wzniesienie kamiennej granicy cokolwiek zmieni, przyniesie ulgę na przykład albo zapomnienie. Po tym, co się wydarzyło, nie można było już normalnie żyć. Przystał jednak na plan Gabrieli, pragnął tak jak ona oddzielić to, co było kiedyś, niedawno, od tego, co miało rozpocząć się teraz.

Gabriela próbowała przypomnieć sobie moment, w którym utraciła czujność. Bo przecież przez cały czas wiedziała, że niebezpieczeństwo jest blisko. A jednak osoba, którą zawsze podejrzewała o wszystko, co najgorsze, okazała się jeszcze bardziej przebiegła i okrutna. Odebrała jej spokój i zniszczyła sumienie. Gabriela życzyła jej śmierci.

– Bierzmy się do roboty – z zamyślenia wyrwał ją głos Leonarda. – Sznurek… – mężczyzna rzucił Gabrieli kłębek. – Ty idź w dół, ja w górę, rozciągniemy go od jednego palika do drugiego. Mur musi być równy.

Gabriela posłusznie chwyciła jeden koniec sznurka i przywiązała go do drewnianej tyczki. Wróciła pod kopiec kamieni, przywiezionych wczoraj przez pracowników quinty, i zaczęła pracę. Jeden kamień za drugim, większy, mniejszy, jeden obły, drugi kanciasty. Mur pęczniał. Wydłużał się i rósł.

Leonardo rozpoczął nieco wyżej, tam gdzie mur miał się skończyć. Pod wieczór powinni spotkać się z Gabrielą w połowie drogi.

Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, został im jeszcze metr, może dwa wolnej przestrzeni. Nowa kamienna przegroda stanowiła przeszkodę dla oka przywykłego do zielonych horyzontów. Wzrok zahaczał o ten wystający element, potykał się o niego, jakby stanowił on barierę wyższą niż w rzeczywistości.

– Każdy głupi by się domyślił – odezwała się Gabriela, kiedy Leonardo znalazł się dostatecznie blisko. – Każdy by zrozumiał, że ona do tego doprowadziła. I to ona jest winna.

Leonardo przerwał pracę, wyprostował się, rozmawiali o tym wczoraj i przedwczoraj, nic innego nie robią od kilkunastu dni.

– Przesłuchali ją i wypuścili, nie znaleźli dowodów, przecież wiesz.

– Wiem i nie mogę w to uwierzyć. Policja… – Gabriela prychnęła – …to stado baranów. Niczego by nie stwierdzili, nawet gdyby im wepchnąć dowody do ust.

– Nic na to nie poradzisz.

– Ale ona nie poniesie kary! Przecież go zamordowała! – zadrżała, wykrzykując te słowa. Łzy napłynęły jej do oczu. Czy tak będzie już zawsze? Zmrużyła oczy, żeby powstrzymać wzruszenie.

Leonardo milczał. Zasób słów się wyczerpał, zużył wszystkie, nie miał ich więcej w zanadrzu. Jego życie było skomplikowane już wcześniej, a teraz skomplikowało się jeszcze bardziej. Złapał największy kamień, z wściekłością wcisnął go w szparę pomiędzy dwoma innymi, ziemia wbiła mu się w paznokcie, już i tak całe czarne.

Pękate winogrona zakołysały się na gałęziach i Leonardo poczuł na policzku ostre smagnięcie wiatru. Patrzenie na winorośl nie sprawiało mu już przyjemności. Miał ochotę owoce zerwać i zniszczyć, a krzewy spalić. Poczuł, że dłużej nie wytrzyma. Musi przestać myśleć o tym, co matka tak uparcie wałkuje od tygodni, uwolnić się choć na chwilę, złapać oddech.

Odwrócił się do Gabrieli plecami i usiadł na gołej ziemi. Wyciągnął z torby butelkę port wine. Najlepszy rocznik, jaki znalazł w winiarni. Odkorkował ją i wlał w siebie trunek. Przymknął oczy, przez moment zdawało mu się, że jest ciepły, wiosenny dzień, a on zaraz weźmie Camilę za rękę i pójdą razem na spacer. Ich dzieci będą podskakiwać obok, wesoły chłopczyk i ciemnowłosa dziewczynka. Będzie szczęśliwy. On i Camila. Razem. Teraz i na zawsze.

Nadmiar wina zaczął palić go w przełyku. W całym swoim życiu nie wypił tyle alkoholu, ile wlał w siebie w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Otworzył oczy. Tak, to tylko majaki, nadal był tutaj, na zboczu spalonej słońcem góry, a matka wlepiała w niego spojrzenie pełne potępienia.

– Nie spocznę, póki tego nie dokończymy. – Gabriela cierpliwie poczekała, aż Leonardo odstawi butelkę.

– Przecież prawie skończyliśmy – źrenice Leonarda rozszerzyły się ze zdumienia. Ani przez chwilę się nie ociągał, można raczej powiedzieć, że poruszał się w jakimś dziwnym zapamiętaniu, jakby to jemu, a nie Gabrieli, zależało bardziej. Rzadko bywali tak zgodni, teraz jednak pragnęli tego samego. Niech granica z kamieni przerodzi się w granicę w naszych głowach, myśleli oboje, przeszłość nigdy już nie wtargnie w nasze życie, nie położy się na nim cieniem.

– Chodzi mi o coś innego. To nie wystarczy, sterta kamieni nie rozwiąże sprawy, wiesz o tym tak samo dobrze, jak ja.

– Wolałbym być na jego miejscu. Leży sobie w ziemi i nic już go nie obchodzi. Nic! A my… – Leonardo powiódł wzrokiem po zalanych zielenią i czerwienią winnicach. Zawsze uważał ten widok za niezwykły, przez trzydzieści lat mu się nie znudził. – Aż mnie mdli, tak tu pięknie – beknął i rzucił opróżnioną butelkę za siebie.

– Jesteś gorszy niż minutę wcześniej. – Gabriela podeszła bliżej i nachyliła się. – Synu – powiedziała stanowczo. – Musimy się zabezpieczyć. W przeciwnym razie nigdy nie zaznamy spokoju. Twój brat życzyłby sobie tego samego, połowiczne rozwiązanie by go nie zadowoliło.

– O czym ty mówisz? Przecież wszystko już ustaliliśmy. To koniec, ostatnie zadanie, jakie należy wykonać, a potem nasze przymierze się rozpadnie, każdy zajmie się sobą.

– Dziecko nie może tam zostać. Musimy je zabrać. Hernandez… ona je zniszczy – mówiła Gabriela zdławionym głosem. Nadal pochylona nad Leonardem, oddychała ciężko. Ubrała się w żałobną czerń, zupełnie nie bacząc na słońce. Przez cały dzień kropelki potu ściekały z jej pleców i wsiąkały w bawełnę sukienki, można teraz było ją wyżymać.

Leonardo zrozumiał, że matka uparła się, nie ustąpi łatwo.

– A poza tym – Gabriela sapnęła – jeśli inni nie potrafią wymierzyć sprawiedliwości, to ja ją wymierzę.

Wymierzę sprawiedliwość, wymierzę… Leonardo powtórzył w myślach jej słowa. A jeśli sprawiedliwość dla mnie jest czymś zupełnie innym niż dla ciebie? Jeśli punkty zbieżne naszych motywacji rozchodzą się jak szwy w schodzonych gaciach? Czy wtedy nadal powinienem układać te kamienie?

– Czego ty jeszcze chcesz, do diabła?! – jego zdumienie przeszło w złość.

– Leonardo… ja tego nie zaplanowałam – w głosie Gabrieli znać było zmęczenie, ona też pracowała, zgięta wpół, od wielu godzin. I nagle Leonardo dostrzegł coś więcej, z niedowierzania przetarł oczy: jego matka postarzała się o całe dziesięciolecia, jej włosy posiwiały w jedną noc. – Myślisz, że mi jest łatwo… Ale ona musi zrozumieć, to nie może ujść jej płazem. Zobaczysz, za jakiś czas zapomni, wyrzuci z pamięci to, co zrobiła. My jednak będziemy z tym żyć dalej. A co powie tym, którzy nie znają prawdy? Stworzy nieprawdopodobną historię, że on ją opuścił, zginął w wypadku, albo inną bzdurę, i wszyscy w to uwierzą. Dalej będzie knuć. A jeśli znów zabije? Tylko my możemy temu zapobiec, tylko my możemy zmienić bieg rzeczy. Nie mogę postąpić inaczej. Nie darowałabym sobie, nie mogłabym żyć z myślą, że dziecko jest tam, że ona…

Synu, pozwolisz, żeby mała wychowywała się w domu takiej kobiety? Żeby ktoś z nieczystym sumieniem był jej matką? Żeby mówił jej, co jest dobre, a co złe? Chcesz rozmnożyć tę krzywdę, która nas spotkała, by rozpełzła się na wszystkich, by dotknęła każdego w naszym otoczeniu? Dość już złego się wydarzyło, dość. Rozumiesz?

***

Camila otworzyła drzwi na oścież, ale niewiele to dało. We wnętrzu willi nadal panował półmrok, zamknięte okiennice nie przepuszczały światła dziennego, w powietrzu unosił się nieco przytęchły zapach niewietrzonych pomieszczeń i przejrzałych owoców, z którymi już dawno powinna coś zrobić.

Przeszła przez korytarz, klnąc i potykając się o porzucone na podłodze przedmioty, jakieś ubrania, buty nie do pary, papiery, torby. Dom wyglądał na opuszczony, choć nie było jej tu zaledwie kilka dni.

Miała nadzieję, że kiedy dojdzie do końca korytarza i stanie na progu pokoju, wszystko będzie jak dawniej, w łóżeczku będzie leżała jej córka, obok równo ułożone pieluchy, kocyki, grzechotki.

Przystanęła, szukając po omacku włącznika światła. Nasłuchiwała. Dziecko nie kwiliło, nie posapywało, nie uderzało nóżkami o szczebelki. Może spało. Weszła do środka. W pokoju panował taki sam, a może nawet większy bałagan niż w korytarzu, a łóżeczko było puste. Opróżnione. Ktoś, kto zabierał dziecko, zabrał też pościel, poduszkę, zabawki i wszystkie drobiazgi, które stały na półce obok.

Popełniła błąd. Powinna przeczekać, zaryglować się w domu i nikogo nie wpuścić. Idiotka! Kopnęła z wściek­łości w komodę i syknęła z bólu. Wszystko skończone!

Przez trzy dni łudziła się, że kiedy tutaj wejdzie, życie powróci na swoje tory. Nie zastanie już Gabrieli ani żadnego z przeklętych Winefordów, ale dziecko nadal będzie. Przez trzy dni krążyła po okolicy, nie pamięta, czy coś jadła, czy spała, jak mogła pamiętać tak nieistotne czynności, skoro zapomniała nawet, że jest sobą, Camilą Hernandez. Nie potrafiła powiedzieć, gdzie była i co robiła, czy z kimś rozmawiała, czy ktoś ją widział, czy kogoś nie przeraziła.

Próbowała ułożyć sobie wszystko w głowie, przypomnieć, nawlec na nitkę zdarzenia, by ułożyły się w kolejności, co było przedtem, a co potem i gdzie jest ten łącznik, który je spaja w ciąg przyczynowo-skutkowy. Chciała też sobie przypomnieć, czy był tu Leonardo. Czy maczał w tym palce.

Nie umie jednak wydobyć żadnego sensownego obrazu, wszystko jest takie niewyraźne, odrealnione, zagubione. To zresztą nieistotne, to nie ma znaczenia, myśli w końcu. Nie ma dziecka, zabrali je, odeszli.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Bezkres winnic, Douro, jesień 1982

Północny Londyn, jesień 2005

Quinta de São Francisco, Douro, późna jesień 2005

Londyn, trzy dni później

Quinta de São Francisco, lato 2006

Epilog

Podziękowania