Portret artysty w wieku młodzieńczym - James Joyce - ebook
Opis

Portret artysty w wieku młodzieńczym Jamesa Joyce’a to historia dojrzewania młodego wrażliwego człowieka, który zmagać się musi z zaściankową rodziną, represyjną religią i anachronicznym nacjonalizmem. To również wydarzenie w języku, nowe spojrzenie na literaturę. Jedna z najważniejszych powieści XX wieku. Tę książkę trzeba po prostu znać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 351

Popularność


James ‌Joyce

Portret ‌artysty ‌w wieku młodzieńczym

Przełożył Jerzy Jarniewicz

Biuro ‌Literackie •Stronie Śląskie ‌2017

Proza ‌39

James Joyce: ‌Portret artysty w ‌wieku młodzieńczym

Przekład: ‌Jerzy ‌Jarniewicz

Wydanie ‌drugie

Korekta: Anna ‌Krzywania

Projekt ‌okładki: Wojtek Świerdzewski

Projekt ‌typograficzny i skład wersji ‌elektronicznej: Mateusz Martyn

Copyright ‌© by Jerzy ‌Jarniewicz, ‌2017

Copyright © ‌by Biuro Literackie, ‌2017

Biuro Literackie

ul. ‌Solna ‌1, 72-100 Kołobrzeg

tel. 71 ‌346 01 42, ‌[email protected]

www.biuroliterackie.pl

isbn978-83-65358-50-9

Przypisy w ‌tekście ‌Portretu… sporządził tłumacz, ‌korzystając m.in. ‌z ‌następujących źródeł: ‌Robert Welch, ‌Oxford ‌Companion to Irish Literature, ‌Oxford 1996, Don ‌Gifford, Joyce ‌Annotated, Berkley ‌1982, oraz dwu edycji ‌A ‌Portrait ‌of the ‌Artist ‌as a Young ‌Man: ‌pod ‌redakcją Seamusa Deane’a (Hammondsworth ‌1992) i Jeri Johnson ‌(Oxford 2000).

Wszelkie ‌powielanie lub ‌wykorzystywanie niniejszego pliku elektronicznego ‌inne niż jednorazowe ‌pobranie w zakresie własnego użytku ‌stanowi naruszenie praw ‌autorskich ‌i podlega odpowiedzialności ‌cywilnej oraz ‌karnej.

Spis treści

I

II

III

IV

V

Posłowie ‌(Adam ‌Poprawa)

Et ignotas animum dimittit ‌in artes.[1]

Owidiusz, Przemiany, ‌VIII, 188

[1]   ‌(dosł.) ‌I [Dedal] skierował swój umysł ‌ku nieznanym ‌sztukom.

I

Dawno dawno ‌temu a było ‌to za ‌starych dobrych czasów żyła ‌sobie ‌krówka muczka która ‌chodziła po ulicy ‌i ta krówka ‌muczka która chodziła po ‌ulicy spotkała ‌miluśkiego ‌chłopczyka ‌który nazywał się ‌tuli bobo…

Tę historię ‌opowiadał mu ojciec; ojciec patrzył na niego przez szkiełko, twarz miał zarośniętą.

To on był tuli bobo. Krówka muczka szła sobie ulicą, przy której mieszkała Betty Byrne, a Betty sprzedawała cytrynowe sopelki.

Kwitną kwiatki dzikiej róży

Na zielonej trawce.

To on śpiewał tę piosenkę. To była jego piosenka.

O, ziejone duzie rózie.

Kiedy zmoczysz się w łóżeczku, to najpierw robi się ciepło, a potem zimno. Matka podkładała ceratkę. Ceratka tak dziwnie pachniała.

Matka pachniała przyjemniej niż ojciec. Grała mu na pianinie melodię marynarskiego tańca, a on tańczył. Tak tańczył:

Tralala lala

Tralala tralalabum

Tralala lala

Tralala lala.

Wujek Charles i Dante klaskali. Oboje byli starsi od ojca i matki, a wujek Charles był starszy od Dante.

Dante miała dwie szczoteczki w swojej bieliźniarce. Szczoteczka z kasztanowym aksamitnym grzbietem była dla Michaela Davitta, a szczoteczka z zielonym aksamitnym grzbietem dla Parnella[1]. Dante dawała mu ciasteczko z orzechami za każdym razem, kiedy przynosił jej bibułkę.

Vance’owie mieszkali pod siódemką. Mieli innego ojca i inną matkę. To byli ojciec i matka Eileen. Kiedy dorośnie, ożeni się z Eileen. Schował się pod stołem. A matka powiedziała:

  – Ach, Stephen jest taki uroczy, na pewno przeprosi.

A Dante na to:

– Tak, bo jeśli nie przeprosi, nadlecą orlęta i wydziobią mu oczy.

Wydziobią mu oczy

Bądź uroczy

Bądź uroczy

Wydziobią mu oczy.

Bądź uroczy

Wydziobią mu oczy

Wydziobią mu oczy

Bądź uroczy[2].

* * *

Na rozległych boiskach roiło się od chłopców. Wszyscy darli się wniebogłosy, zaś prefekci zagrzewali ich do gry gromkimi okrzykami. Wieczór był blady i chłodny, a po każdej akcji piłkarzy, gdy rozlegało się głuche pacnięcie, tłusta skórzana kula leciała po niebie jak ciężkie ptaszysko w szarym świetle dnia. Trzymał się na obrzeżach swojej grupy, poza zasięgiem wzroku prefekta, poza zasięgiem bezlitosnych nóg, tylko od czasu do czasu udawał, że biegnie. Czuł, jak malutkie i słabe jest jego ciało w tej czeredzie graczy, a oczy miał niedowidzące i załzawione. Rody Kickham był zupełnie inny: na pewno zostanie kapitanem pierwszej i drugiej klasy, tak mówili wszyscy chłopcy.

Rody Kickham był porządnym kumplem, ale Wstręcior Roche to kawał łobuza. Rody Kickham miał nagolenniki w szafce i własny koszyk w refektarzu. Wstręcior Roche miał olbrzymie łapska. Na piątkowy pudding mówił „pies w pieluchach”. A pewnego dnia zapytał:

– Jak się nazywasz?

Stephen odpowiedział:

– Stephen Dedalus.

– A co to za nazwisko?

A kiedy Stephen nie umiał mu odpowiedzieć, Wstręcior znów zapytał:

– Kim jest twój ojciec?

Stephen odpowiedział:

– Dżentelmenem.

Wtedy Wstręcior Roche zapytał:

– Sędzią pokoju?

Łaził na obrzeżach grupy i od czasu do czasu przebiegał kilka kroków. Dłonie zsiniały mu z zimna. Trzymał ręce w bocznych kieszeniach szarej, ściągniętej paskiem marynarki. Był to pasek, który opasywał kieszenie. Ale pasek był także po to, żeby nim prać. Pewnego dnia jakiś chłopak powiedział do Cantwella:

– Czekaj, zaraz cię spiorę tym paskiem.

A Cantwell odpowiedział:

– Bij się z równym. Ciekawe, czy spierzesz Cecila Grzmota. Chciałbym to zobaczyć. Skopie ci tyłek.

To nie było ładne słowo. Matka zakazała mu rozmawiać ze szkolnymi łobuziakami. A matkę ma ładną! Pierwszego dnia, kiedy już się z nim pożegnała w sieni na zamku, podwinęła aż pod nos woalkę, żeby go pocałować, a nos i oczy miała czerwone. Udawał, że nie widzi, jak zbiera jej się na płacz. Była ładną matką, ale nie była taka ładna, kiedy płakała. A ojciec dał mu dwie pięcioszylingowe monety kieszonkowego. Powiedział, że jeśli będzie czegoś chciał, to niech pisze do domu, i żeby nigdy, ale to przenigdy nie kablował na kolegów. Przed bramą zamku rektor uścisnął dłoń ojcu i matce, a jego habit trzepotał na wietrze, potem powóz odjechał, a w nim ojciec i matka. Krzyczeli coś do niego z powozu i machali na pożegnanie:

– Do widzenia, Stephen, do widzenia!

– Do widzenia, Stephen, do widzenia!

Ani się obejrzał, jak znalazł się w samym środku młyna, a ponieważ bał się rozpalonych oczu i zabłoconych butów, zgiął się wpół i spoglądał spomiędzy rozstawionych nóg. Koledzy szamotali się i stękali, a ich nogi ścierały się ze sobą i wierzgały, i tupały. A potem żółte trampki Jacka Lawtona wyprowadziły piłkę, a pozostałe trampki i nogi pobiegły za nią. I on pobiegł za nimi, ale zaraz stanął. Na co mu było biec dalej? Wkrótce wszyscy rozjadą się do domów na święta. Po kolacji zmieni cyferkę w numerze przyklejonym od wewnątrz na pulpicie ławki w sali do nauki własnej – z siedemdziesięciu siedmiu na siedemdziesiąt sześć.

Lepiej byłoby siedzieć w sali do nauki, niż stać tu na chłodzie. Niebo było blade i zimne, ale na zamku paliły się światła. Zastanawiał się, z którego okna Hamilton Rowan[3] zrzucił kapelusz do suchej fosy i czy już wtedy były pod oknami kwietne rabatki. Pewnego razu, kiedy wezwano go na zamek, portier pokazał mu w drewnianych drzwiach ślady po kulach karabinowych i dał mu kawałek keksu, jaki jedzą profesorowie. Ładny i ciepły był ten widok świateł na zamku. Jak w książce. Może opactwo w Leicester tak właśnie wygląda. A w podręczniku do ortografii doktora Cornwella były ładne zdania. Wyglądały jak poezja, choć były to tylko zdania do nauki ortografii:

Wolsey zmarł w opactwie w Leicester,

tam pochowali go opaci.

Rakowacieją rośliny,

a zwierzęta chorują na raka.

Miło byłoby położyć się na dywaniku przed kominkiem, wsunąć dłonie pod głowę i myśleć sobie o takich zdaniach. Wzdrygnął się, jakby poczuł przez skórę zimny szlam. Wells zachował się podle, kiedy pchnął go łokciem do szamba za to, że nie chciał wymienić swojej tabakierki na jego wysuszony kasztan na nitce, którym Wells rozbił czterdziestkę. Jaka zimna i szlamowata była ta woda! A pewien uczeń widział kiedyś ogromniastego szczura, który wskoczył do szlamu. Matka siedziała przy kominku z ciotką Dante i czekała, aż Brigid przyniesie im herbatę. Nogi położyła na osłonie kominka, a jej lśniące pantofle były takie gorące i miały taki cudowniutki zapach! Dante dużo wiedziała. Nauczyła go, gdzie leży Kanał Mozambijski i jaka jest najdłuższa rzeka Ameryki, i jak nazywa się najwyższa góra na Księżycu. Ojciec Arnall wiedział więcej niż Dante, bo był księdzem, ale jego ojciec i wujek Charles mówili, że Dante to mądra i oczytana kobieta. A po obiedzie Dante wydawała z siebie dźwięki i zakrywała dłonią usta – to była zgaga.

Gdzieś daleko na boisku rozległ się głos:

– Zbiórka!

Potem inne głosy z drugiej i pierwszej klasy:

– Zbiórka! Zbiórka!

Gracze schodzili się ze wszystkich stron, umorusani i zabłoceni, a on szedł wśród nich, szczęśliwy, że wracają z boiska. Rody Kickham niósł piłkę, trzymał ją za tłusty sznurek. Jakiś uczeń poprosił go, żeby zagrać jeszcze raz: ale on się nie zatrzymał i nawet mu nie odpowiedział. Simon Moonan poradził mu wtedy, żeby nie oddawał piłki, bo prefekt patrzy, a uczeń odwrócił się do Simona Moonana i powiedział:

– Wszyscy wiedzą, czemu tak mówisz. Jesteś cmokierem McGlade’a.

Cmokier to dziwne słowo. Chłopak nazwał tym słowem Simona Moonana, bo Simon Moonan wiązał prefektowi luźne rękawy na plecach, a prefekt udawał, że się złości. Ale dźwięk tego słowa był obrzydliwy. Kiedy pewnego dnia umył dłonie w łazience w hotelu Wicklow, a ojciec wyjął korek, ciągnąc za łańcuszek, brudna woda spłynęła przez otwór w umywalce. A kiedy wszystko powoli wyciekło, ten otwór w umywalce wydał z siebie taki właśnie odgłos: cmok. Tyle że głośniej.

Kiedy Stephen przypomniał sobie ten odgłos i tę biel umywalki, poczuł na przemian zimno i gorąco. Były tam dwa kurki, odkręcasz je i leci woda, zimna i gorąca. Poczuł zimno, a potem trochę gorąco: widział napisy na kurkach. Bardzo dziwne.

Ogarnął go powiew zimnego powietrza. Było dziwne i wilgotnawe. Wkrótce zapalą gaz, a kiedy gaz zaczyna się palić, dobywa się z niego cicha muzyka jak piosenka. Zawsze ta sama; słyszał ją, kiedy uczniowie w sali do zabaw przestawali rozmawiać.

Nadeszła lekcja rachunków. Ojciec Arnall napisał na tablicy trudne zadanie i zapytał:

– No i którzy z was zwyciężą? Do ataku, Yorkowie! Do ataku, Lancasterowie!

Stephen bardzo się starał, ale zadanie było za trudne i się pogubił. Mała jedwabna plakietka z białą różą, przypięta do kamizelki na piersi, zaczęła dygotać. Nie był dobry z rachunków, ale bardzo się starał, żeby Yorkowie nie przegrali. Wydawało mu się, że twarz ojca Arnalla jest wprost sina, ale księżulo nie był zły: śmiał się. A wtedy Jack Lawton strzelił palcami i ojciec Arnall zerknął do jego zeszytu, i rzekł:

– Dobrze. Brawo, Lancaster. Czerwona róża wygrywa[4], a teraz wy, Yorkowie! Do ataku!

Jack Lawton popatrzył na niego. Mały jedwabny znaczek z czerwoną różą prezentował się znakomicie, bo Jack miał granatową marynarską bluzę. Stephen poczuł, że robi się czerwony, przypomniał sobie wszystkie zakłady o to, który z nich, Jack Lawton czy on, zdobędzie pierwsze miejsce w przedmiotach podstawowych. Bywały tygodnie, że Jack Lawton dostawał cenzurkę prymusa, innym razem to on zdobywał pierwsze miejsce. Jego biała jedwabna plakietka ciągle dygotała, kiedy Stephen mozolił się nad rozwiązaniem kolejnego zadania i słuchał głosu ojca Arnalla. Wreszcie zapał całkiem go opuścił i poczuł, że jego twarz robi się zimna. Wydawało mu się, że jest biała, taka była zimna. Nie potrafił rozwiązać tego zadania, ale nie przejmował się tym. Białe róże i czerwone róże: miło było myśleć o takich pięknych kolorach. A laurki za zajęcie pierwszego, drugiego i trzeciego miejsca też miały piękne kolory: różowy, kremowy i lawendowy. Lawendowe, różowe i kremowe róże są piękne, kiedy się o nich myśli. Może dzika róża miałaby takie kolory. Przypomniał sobie piosenkę o dzikiej róży, co kwitnie na zielonej trawce. Ale przecież nie ma zielonych róż. Może gdzieś na świecie.

Rozległ się dzwonek, z izb zaczęli wychodzić gęsiego uczniowie i maszerowali korytarzami do refektarza. Stephen usiadł nad talerzem z dwoma plastrami masła, nie mógł jednak jeść wilgotnego chleba. Obrus też był wilgotny i zwiotczały. Ale wypił gorącą, słabą herbatę, którą nalał mu do kubka jakiś niezdarny podkuchenny w białym fartuchu. Zastanawiał się, czy fartuch podkuchennego też jest wilgotny, a może wszystko, co białe, jest zimne i wilgotne. Wstręcior Roche i Saurin pili kakao, które rodzina przysyłała im w puszkach. Mówili, że nie mogą pić herbaty, bo to zwykła lura. Ich ojcowie byli sędziami pokoju, tak mówili uczniowie.

Wszyscy chłopcy wydawali mu się bardzo dziwni. Wszyscy mieli ojców i matki, i różne ubrania, i różne głosy. Chciał być już w domu i położyć głowę na kolanach matki. Ale nie mógł: chciał więc, żeby zabawy i lekcje, i modlitwy skończyły się jak najprędzej i żeby już mógł wreszcie pójść do łóżka.

Wypił drugi kubek herbaty, a Fleming zapytał:

– Co się dzieje? Boli cię co? Co ci jest?

– Nie wiem – odparł Stephen.

– Pewnie spiżarka ci siadła – powiedział Fleming – bo masz białą twarz. Ale to przejdzie.

– Przejdzie – powiedział Stephen.

Ale to nie w żołądku robiło mu się niedobrze. Czuł, że robi mu się niedobrze w sercu, jeśli w sercu w ogóle może być komukolwiek niedobrze. Bardzo porządny ten Fleming, że go zapytał. Zbierało mu się na płacz. Oparł się łokciami o stół i zatykał, i odtykał sobie uszy. Za każdym razem, kiedy odtykał uszy, słyszał hałas refektarza. Jak stukot pociągu nocą. A kiedy uszy zatykał, stukot cichł, jakby pociąg wjeżdżał do tunelu. Tamtej nocy w Dalkey pociąg tak właśnie stukał, a potem, kiedy wjechał do tunelu, stukot ustał. Zamknął oczy, a pociąg jechał i stukał, i cichł, stukał i cichł. Przyjemnie było słyszeć, jak stuka, a potem cichnie i znowu stuka, wyjeżdżając z tunelu, i cichnie znowu.

Wkrótce zaczęli wychodzić uczniowie starszych klas, szli po dywanie biegnącym przez środek refektarza – Paddy Rath, i Jimmy Magee, i Hiszpan, któremu wolno było palić cygara, i mały Portugalczyk w wełnianej czapce. Potem ruszyły stoły średniaków, a wreszcie stoły pierwszo- i drugoklasistów. A każdy uczeń szedł innym krokiem.

Siedział w kącie sali do zabaw i udawał, że przygląda się grze w domino, raz czy dwa słyszał przez krótką chwilę, jak śpiewa gaz. Prefekt stał przy drzwiach z jakimiś chłopakami, a Simon Moonan wiązał mu rękawy. Opowiadał im o Tullabeg.

Po chwili odszedł od drzwi, a Wells zbliżył się do Stephena i zapytał:

– Powiedz, Dedalus, całujesz matkę przed pójściem spać?

Stephen odpowiedział:

– Całuję.

Wells odwrócił się do pozostałych chłopców i powiedział:

– Och, patrzcie no, ten chłopak mówi, że całuje matkę co wieczór przed pójściem spać.

Pozostali chłopcy przerwali grę i odwrócili się do niego ze śmiechem. Pod wpływem ich spojrzeń Stephen się zarumienił. I powiedział:

– Nie całuję.

A Wells na to:

– Och, patrzcie no, ten chłopak mówi, że nie całuje matki przed pójściem spać.

Znowu się wszyscy zaśmiali. Stephen chciał śmiać się razem z nimi. Czuł, że w jednej chwili jego ciało zrobiło się gorące i że całkiem się gubi. Jak powinna brzmieć poprawna odpowiedź na to pytanie? Udzielił dwu odpowiedzi, a mimo to Wells się z niego naigrawał. Ale Wells z pewnością zna poprawną odpowiedź, jest przecież o klasę wyżej. Próbował wyobrazić sobie matkę Wellsa, ale nie śmiał podnieść wzroku, żeby spojrzeć Wellsowi w twarz. Nie podobała mu się twarz Wellsa. To właśnie Wells wepchnął go poprzedniego dnia do szamba, bo nie chciał wymienić tabakierki na dojrzały kasztan, który rozbił czterdziestkę. To świństwo, tak mówili wszyscy chłopcy. I jaka ta woda była zimna i ohydna! A jeden chłopak widział kiedyś ogromniastego szczura, który wskoczył z pluskiem do szamba.

Zimny szlam z szamba pokrył całe jego ciało; a kiedy zabrzmiał dzwonek na lekcje i z sal do zabaw zaczęły wypływać strumienie chłopców, czuł pod ubraniem zimne powietrze z korytarza i klatki schodowej. Ciągle głowił się nad poprawną odpowiedzią. Czy to dobrze, że całuje matkę, czy niedobrze, że ją całuje? Co to w ogóle znaczy: całować? Unosisz głowę do góry w taki sposób, jakbyś chciał powiedzieć dobranoc, a matka przybliża swoją twarz do twojej. To właśnie znaczy całować. Matka przytyka wargi do jego policzka; jej wargi są miękkie i zostawiają na policzku mokry ślad; i wydają z siebie ten cichy odgłos: cmok. Czemu ludzie wyprawiają ze swoimi twarzami takie rzeczy?

Siedział w sali do nauki, podniósł pulpit ławki i zmienił naklejony w środku numer z siedemdziesięciu siedmiu na siedemdziesiąt sześć. Ferie świąteczne były jeszcze bardzo daleko, ale pewnego dnia na pewno nadejdą, bo przecież Ziemia ciągle się obraca.

Na pierwszej stronie podręcznika do geografii był rysunek Ziemi: wielka kula wśród chmur. Fleming miał pudełko kredek i pewnego wieczoru podczas zajęć wolnych pokolorował Ziemię na zielono, a chmury na kasztanowo. Wyglądało to teraz jak dwie szczoteczki w bieliźniarce Dante, szczoteczka z zielonym aksamitnym grzbietem dla Parnella, a szczoteczka z kasztanowym aksamitnym grzbietem dla Michaela Davitta. Ale to nie on kazał Flemingowi zamalować je takimi kolorami. Fleming zrobił to sam.

Otworzył podręcznik do geografii i zaczął przygotowywać się do lekcji; nie umiał jednak nauczyć się nazw miejscowości w Ameryce.

Były to różne miejscowości o różnych nazwach. Te miejscowości są w różnych krajach, a kraje są na różnych kontynentach, a kontynenty są na świecie, a świat jest we wszechświecie.

Otworzył stronę przedtytułową podręcznika do geografii i przeczytał, co wcześniej na niej napisał; swoje imię, nazwisko i miejsce zamieszkania:

Stephen Dedalus

Klasa początkowa

Gimnazjum w Clongowes Wood

Sallins

Hrabstwo Kildare

Irlandia

Europa

Świat

Wszechświat

Te słowa zapisane były jego ręką, ale pewnego wieczoru Fleming napisał dla zgrywy na sąsiedniej stronie:

Nazywam się Dedalus Stephen,

Irlandia to ojczyzna moja,

Clongowes – miejsce zamieszkania,

A niebo, jak Bóg da, ostoja.

Przeczytał te wersy wspak, ale wtedy przestały być poezją. Potem przeczytał stronę przedtytułową z dołu do góry, aż doszedł do własnego nazwiska. To właśnie on; i ponownie przeczytał od góry do dołu całą stronę. Co jest po wszechświecie? Nic. Ale czy wokół wszechświata jest coś, co stanowiłoby jego granicę, za którą zaczyna się to miejsce zwane nic? To nie mógł być mur, mogła to być za to cienka, cieniusieńka linia opasująca wszystko. Takie myślenie o tym wszystkim i o tym wszędzie to wielka sprawa. Tylko Boga byłoby na nie stać. Próbował wyobrazić sobie, jak wielka byłaby to sprawa, ale na myśl przychodził mu tylko Bóg. Bóg to imię Boga, tak jak jego imię to Stephen. Dieu to Bóg po francusku, to też jest imię Boga; i kiedy ktoś modli się do Boga i mówi Dieu, to Bóg od razu wie, że to Francuz się modli. Choć w najróżniejszych językach świata są najróżniejsze imiona Boga i chociaż Bóg rozumie, co mówią ci wszyscy ludzie modlący się do Niego w tych wszystkich najróżniejszych językach, to jednak Bóg jest tym samym Bogiem i prawdziwym imieniem Boga jest Bóg.

Tego rodzaju myśli bardzo go zmęczyły. Poczuł, że głowa mu puchnie. Odwrócił stronę przedtytułową i przyglądał się ze znużeniem zielonej okrągłej Ziemi zawieszonej pośród kasztanowych chmur. Zachodził w głowę, po której stronie powinien stać, zielonej czy kasztanowej, bo Dante pewnego dnia odcięła nożyczkami zielony aksamit z grzbietu szczoteczki, która była dla Parnella, i powiedziała, że Parnell jest złym człowiekiem. Ciekawe, czy z tego powodu wybuchły w domu jakieś kłótnie. Nazywało się to polityka. Były dwie strony: Dante była po jednej stronie, a ojciec i pan Casey byli po drugiej, ale matka i wujek Charles nie byli po żadnej stronie. Codziennie pisały coś o tym gazety.

Nie dawała mu spokoju myśl, że nie wie, czym tak naprawdę jest polityka, i że nie wie na dodatek, gdzie kończy się wszechświat. Czuł się taki malutki i słaby. Kiedy stanie się kimś takim jak koledzy z kursu poezji i retoryki? Oni mają wielkie głosy i wielkie buty i uczą się trygonometrii. To jeszcze daleko przed nim. Najpierw przyjdą wakacje, a potem drugi rok szkolny, a potem znowu wakacje, a potem znowu kolejny rok, a potem znowu wakacje. Przypominało to pociąg, który wjeżdża do tunelu, a potem z niego wyjeżdża, i hałas w refektarzu, kiedy chłopcy jedzą, a ty zatykasz i odtykasz sobie uszy. Rok szkolny, wakacje, tunel, wyjazd; hałas, cisza. Jak daleko! Lepiej byłoby pójść spać, jeszcze tylko modlitwa w kaplicy i do łóżka. Wzdrygnął się i ziewnął. W łóżku będzie cudownie, jak się pościel trochę nagrzeje. Kiedy się w nią wśliznąć, jest najpierw taka zimna. Zadrżał na samą myśl, jak bardzo zimna. Ale potem robi się ciepła i można spać. Zmęczenie to takie cudowne uczucie! Znowu ziewnął. Wieczorna modlitwa i do łóżka: wzdrygnął się i chciał ziewnąć. Za kilka minut będzie cudownie. Poczuł falę ciepła, która wyłaniała się z zimnej, rozdygotanej pościeli, coraz cieplejsza, aż zrobiło się wokół ciepło, cieplutko, jak cieplutko, a jednak wzdrygnął się i znowu chciało mu się ziewać.

Dzwonek wzywał na modlitwę wieczorną i Stephen z innymi chłopakami wyszli jeden za drugim z sali do nauki własnej i idąc po schodach, a potem korytarzami, dotarli do kaplicy. Korytarze były słabo oświetlone i kaplica była słabo oświetlona. Wkrótce wszystko pogrąży się w mroku i we śnie. Wieczorne powietrze w kaplicy było zimne, a marmur miał kolor, jaki morze przybiera po zmierzchu. Morze jest zimne dzień i noc, ale po zmierzchu jest zimniejsze. Przy falochronie za domem ojca jest zimne i mroczne. Ale na płycie kominka na pewno stoi kociołek na poncz.

Prefekt z kaplicy modlił mu się nad głową, a on odtwarzał z pamięci wszystkie odpowiedzi:

Panie, otwórz wargi moje,

A usta moje będą głosić Twoją chwałę.

Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu.

Panie, pospiesz ku ratunkowi memu.

W kaplicy unosiła się zimna, nocna woń. Ale to był święty zapach. Nie przypominał zapachu starych wieśniaków, którzy klęczeli w tyle kaplicy podczas niedzielnej mszy. Ich zapach był zapachem powietrza, i deszczu, i torfu, i sztruksu. Ale to byli bardzo pobożni chłopi. Czuł na szyi ich oddech i słyszał ich westchnienia, kiedy pogrążali się w modlitwie. Mieszkali w Clane, jak mu powiedział pewien uczeń: stały tam małe chaty, a on widział jakąś kobietę w drzwiach takiej chaty z dzieckiem na ręku, kiedy wyjeżdżali wozami z Sallins. Cudownie byłoby przespać się choć raz w takiej chacie przy ogniu z dymiącego torfu, w ciemności słabo oświetlonej ogniem, w cieple mroku, i oddychać tym zapachem wieśniaków, powietrza, deszczu, torfu i sztruksu. Ale, och, jakże mroczna jest ta zadrzewiona droga, która tam prowadzi! Można się było w tej ciemności zagubić. Na samą myśl o tym ze strachu przechodziły go ciarki.

Usłyszał głos prefekta odmawiającego ostatnią modlitwę. On też ją odmówił w intencji ochrony przed tym mrokiem, który czyhał na niego na dworze pod tymi drzewami.

Boże, nasz Ojcze, nawiedź ten dom i oddal od niego wszelkie wrogie zasadzki; niech w nim przebywają Twoi święci aniołowie i strzegą nas w pokoju, a Twoje błogosławieństwo niech nam zawsze towarzyszy. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Drżały mu palce, kiedy rozbierał się w dormitorium. Kazał swoim palcom się spieszyć. Musiał się rozebrać, a potem klęknąć i odmówić pacierz, i wejść do łóżka, zanim wyłączą gaz, żeby w razie nagłej śmierci nie pójść do piekła. Ściągnął pończochy, szybko włożył koszulę nocną, uklęknął rozdygotany przy łóżku i zmówił pacierz, szybko, szybciuteńko, bo bał się, że wyłączą gaz. Czuł, jak drżą mu ramiona, kiedy szeptał:

Niech Bóg ma w opiece ojca mego i matkę moją i zachowa ich dla mnie!

Niech Bóg ma w opiece moich młodszych braci i siostry i zachowa ich dla mnie!

Niech Bóg ma w opiece Dante i wujka Charlesa i zachowa ich dla mnie!

Przeżegnał się i szybko wdrapał na łóżko, podwinął pod stopy skrawek koszuli nocnej i skulił się w zimnej białej pościeli, drżąc i trzęsąc się cały. Ale jeśli teraz umrze, nie pójdzie do piekła; a drżenie ustanie. Jakiś głos życzył chłopcom w dormitorium dobrej nocy. Stephen wystawił na chwilę głowę spod kołdry i zobaczył żółte zasłonki po bokach i u nóg łóżka, które z czterech stron odcinały go od świata. Po cichu wygaszono światła.

Buty prefekta oddalały się. Dokąd? Po schodach i po korytarzach, czy do izby na końcu budynku? Zobaczył mrok. Czy to prawda, co mówią, że po nocach wałęsa się tutaj czarny pies, a ślepia ma wielkie jak lampy u wozu? Mówią, że to duch mordercy. Przeciągły dreszcz strachu przebiegł mu po plecach. Stephen ujrzał ciemną sień zamku. Starzy lokaje w starych liberiach zebrali się w zbrojowni nad schodami. Dzieje się to bardzo dawno temu. Starzy lokaje nic nie mówią. Płonie ogień, ale izbę spowija mrok. Jakaś postać wchodzi po schodach, idzie z sieni. Z ramion jej spływa biały płaszcz marszałka; twarz bladą ma i niezwykłą; dłoń do boku przyciska. Niezwykłymi oczyma na starych lokajów spogląda. A oni na postać tę patrzą i widzą twarz pana, i płaszcz jego widzą, i wiedzą już, że śmiertelną ranę otrzymał. Ale patrzą tylko w mrok, w czarną cichą przestrzeń. Ich pan otrzymał ranę śmiertelną na polu bitewnym pod Pragą, daleko, w zamorskiej krainie. Stoi na polu; rękę do boku przyciska, twarz bladą ma i niezwykłą, a z ramion jego spływa biały płaszcz marszałka.

Jak zimno i dziwnie robi się na myśl o tym wszystkim! Cały ten mrok jest zimny i niezwykły. Widzi tam blade niezwykłe twarze, oczy wielkie jak lampy u wozu. To duchy morderców, postaci marszałków, którzy odnieśli rany śmiertelne na polach bitewnych w zamorskich krainach. Co chcieli powiedzieć tymi swoimi niezwykłymi twarzami?

Boże, nasz Ojcze, nawiedź ten dom i oddal od niego wszelkie wrogie zasadzki.

Do domu na ferie! Będzie cudownie – koledzy mu powiedzieli. Wczesnym rankiem zasiedli w powozach, które czekały na nich przed bramami zamku. Powozy potoczyły się po żwirze. Wiwat rektor!

Hurra! Hurra! Hurra!

Powozy mijały kaplicę i wszystkie czapki poszły w górę. Jechali radośnie po wiejskich drogach. Woźnice wskazali batami na Bodenstown[5]. Chłopcy wznosili wiwaty i okrzyki. Minęli gospodarstwo Wesołego Gospodarza. Okrzykom nie było końca. Jechali przez Clane, okrzykami odpowiadając na okrzyki. Wieśniaczki stały we wpółotwartych drzwiach, tu i ówdzie stali mężczyźni. W zimowym powietrzu unosił się cudowny zapach: zapach Clane, deszczu i zimowego powietrza, i tlącego się torfu, i sztruksu.

Pociąg był pełen uczniów; długi, bardzo długi czekoladowy pociąg z kremową okładziną. Konduktorzy chodzili tam i z powrotem, uchylali drzwiczki i domykali je, otwierali kluczem i na klucz zamykali. Ubrani byli w granatowe uniformy ze srebrnym szlifem; mieli srebrne gwizdki, a klucze wygrywały skoczną melodyjkę: klik, klik, klik, klik.

A pociąg pędził po płaskich polach i u stóp Wzgórza Allena. Mijały ich słupy telegraficzne, jeden za drugim. Pociąg jechał dalej. Pociąg wiedział. W sieni ojcowskiego domu są kolorowe lampiony i łańcuchy z zielonych gałązek. Ostrokrzew i bluszcz oplatają lustro między oknami, ostrokrzew i bluszcz, zielony i czerwony, opasują świecznik. Czerwony ostrokrzew i zielony bluszcz oplatają stare portrety na ścianie. Ostrokrzew i bluszcz na jego cześć i z okazji świąt Bożego Narodzenia.

Cudowne…

Nikogo nie brakło. Witaj w domu, Stephen! Rozgwar powitania. Matka go pocałowała. Czy to w porządku? Ojciec był teraz marszałkiem – był ważniejszy niż sędzia pokoju. Witaj w domu, Stephen!

Odgłosy…

Słychać odgłos pierścieni na karniszach, gdy przesuwają się zasłony, słychać odgłos wody pluskającej o dno miski. Słychać odgłosy wstawania i ubierania się, i mycia w dormitorium: odgłos klaszczących dłoni prefekta, który wspina się co chwila na górę i przypomina chłopcom, że mają wyglądać elegancko. Blade światło wydobywa na jaw odsunięte pożółkłe zasłony, niepościelone łóżka. Jego łóżko jest bardzo gorące i twarz, i ciało też są bardzo gorące.

Podniósł się i usiadł na brzegu łóżka. Był osłabiony. Próbował wciągnąć pończochę. Była przeraźliwie szorstka. Promienie słoneczne były dziwne i zimne.

Fleming zapytał:

– Jesteś chory?

Powiedział, że nie wie, a Fleming na to:

– Wracaj do łóżka. Powiem McGlade’owi, żeś marny.

– Zachorował.

– Kto zachorował?

– Powiedz McGlade’owi.

– Wracaj do łóżka.

– Zachorował?

Jakiś kolega chwycił go pod pachami, a Stephen ściągnął zwisającą ze stopy pończochę i wgramolił się z powrotem do rozgrzanego łóżka.

Skulił się w pościeli, której ciepło sprawiło mu przyjemność. Słyszał, jak koledzy rozmawiają o nim, przygotowując się do mszy. To świństwo, mówili, tak wepchnąć go do szamba.

A potem ich głosy ucichły; odeszli. Jakiś głos przy łóżku zapytał:

– Dedalus, nie zakablujesz nas, prawda?

Była tam twarz Wellsa. Spojrzał i zrozumiał, że Wells ma pietra.

– Nie chciałem. Prawda, że nic nie powiesz?

Ojciec powtarzał mu, że cokolwiek się stanie, nie może kablować na kolegów. Pokręcił głową i powiedział, że nie, i poczuł się szczęśliwy. Wells zapewniał go:

– Nie chciałem, słowo honoru. To tylko dla draki. Tak mi przykro.

Twarz i głos zniknęły. Przykro mu, bo ma pietra. Ma pietra, bo myśli, że to jakaś poważna choroba. Rośliny rakowacieją, zwierzęta chorują na raka: albo coś podobnego. Było to tak dawno temu, na boisku w wieczornym świetle, skradał się z miejsca na obrzeżach swojej grupy, ciężkie ptaszysko leciało nisko w szarym świetle. Opactwo Leicester oświetlone. Zmarł tam Wolsey. Pochowali go opaci.

To nie była twarz Wellsa, ale prefekta. Nie odstawia szopki. Nie, nie: naprawdę go zmogło. Nie udaje. Poczuł na czole dłoń prefekta; i poczuł, jak ciepłe i wilgotne jest jego czoło pod chłodną i wilgotną dłonią prefekta. Taki właśnie jest w dotyku szczur, obślizgły, wilgotny i zimny. Każdy szczur ma parę oczu, którymi patrzy. Przylizane, obślizgłe futerko, maciupeńkie łapki gotowe do skoku, czarne lśniące ślepka do wypatrywania. Szczury wiedzą, jak skakać. Ale umysł szczura nie pojąłby trygonometrii. Kiedy są martwe, leżą na boku. Wtedy schną ich futerka. Są tylko martwymi istotami.

Prefekt znowu tu jest, to jego głos mówił do Stephena, żeby wstał, że ojciec prorektor kazał mu wstać i ubrać się, i przejść do infirmerii. A kiedy się ubierał tak szybko, jak tylko mógł, prefekt powiedział:

– Prędziutko, prędziutko, pędzimy do brata Michaela, bo ściska nas w dołku. Okropne jest takie ściskanie. Kiedy nas tak ściska w dołku, znaczy, że jesteśmy w dołku!

Miło z jego strony, że tak powiedział. Wszystko po to, żeby go rozśmieszyć. Ale on nie mógł się śmiać, bo drżały mu policzki i wargi, i prefekt musiał się roześmiać sam.

Prefekt krzyknął:

– Naprzód marsz! Słoma, siano! Słoma, siano!

Zeszli razem po schodach, przeszli korytarzem, minęli łazienkę. Kiedy przechodzili obok drzwi, przypomniał sobie ciepłą, torfową wodę w szambie, ciepłe wilgotne powietrze, pluski, zapach ręczników jak zapach lekarstwa i poczuł nieokreślony lęk.

W drzwiach infirmerii stał brat Michael, a zza otwartych drzwiczek mrocznej szafki po jego prawej stronie dochodził zapach jakby lekarstw. Zapach z buteleczek ustawionych na półkach. Prefekt powiedział coś do brata Michaela, a brat Michael mu odpowiedział i zwrócił się do prefekta „proszę księdza”. Włosy miał rudawe, z odcieniem szarości, i wyglądał dziwnie. To dziwne, że zawsze będzie bratem. To dziwne, że nie można było mówić do niego „proszę księdza”, bo był bratem i wyglądał inaczej. Czy nie był dość pobożny i dlaczego nie udało mu się dorównać pozostałym?

W sali stały dwa łóżka i w jednym leżał uczeń, który kiedy weszli, wykrzyknął:

– Cześć! Toż to młody Dedalus! Co się dzieje?

– Dzieje się dzieją – odparował brat Michael.

Był to uczeń z trzeciej klasy, a kiedy Stephen się rozbierał, poprosił brata Michaela, żeby przyniósł mu grzankę z masłem.

– Błagam! – powiedział.

– Z masłem! Patrzcie na te jego maślane oczy! – powiedział brat Michael. – Wypiszę cię jutro rano, kiedy przyjdzie lekarz.

– Naprawdę? – zapytał uczeń. – Nie jestem jeszcze zdrowy.

Ale brat Michael powtórzył tylko:

– Jutro wypis, masz jak w banku.

Pochylił się, żeby rozgarnąć żar w kominku. Miał długi grzbiet, tak długi jak grzbiet konia pociągowego. Wstrząsnął energicznie pogrzebaczem i pokiwał głową nad trzecioklasistą.

Potem brat Michael wyszedł z sali, a trzecioklasista odwrócił się do ściany i zasnął.

To była infirmeria. Stephen był chory. Czy napisali list do matki i ojca? Byłoby szybciej, gdyby któryś z księży pojechał i sam im to powiedział. Albo gdyby Stephen napisał list, a ksiądz go im zawiózł.

Droga Matko!

Jestem chory. Chcę wracać do domu. Błagam, przyjedź tu i zabierz mnie stąd. Jestem w infirmerii.

Twój kochający syn

Stephen

Jak daleko byli od niego! Światło słoneczne za oknem było zimne. Zastanawiał się, czy umrze. Przecież można umrzeć nawet w słoneczny dzień. Może umrzeć, zanim matka po niego przyjedzie. Wtedy odprawią w jego intencji mszę żałobną w kaplicy, taką samą jak wtedy, kiedy umarł Little, o czym mówili mu koledzy. Wezmą w niej udział wszyscy uczniowie, wszyscy będą ubrani na czarno, wszyscy będą mieli smutne miny. Wells też tam będzie, ale nikt na niego nie spojrzy. Będzie też rektor w czarno-złotej kapie i będą długie żółte świece na ołtarzu i na katafalku. I powoli wyniosą trumnę z kaplicy, i pochowają go na małym wiejskim cmentarzu przy głównej alei lipowej. I wtedy Wellsowi będzie naprawdę przykro, że zrobił, co zrobił. A dzwon będzie bił powoli.

Słyszał to bicie dzwonu. Powtórzył w myślach słowa piosenki, której nauczyła go Brigid:

Biją dzwony na zamczysku!

Żegnaj, matko droga!

Pochowaj mnie na cmentarzysku,

Gdzie śpi siostra ma, nieboga.

Spocznę w trumnie, przy mej głowie

Staną w szóstkę aniołowie,

Dwóch zaśpiewa, dwóch modły wzniesie,

Dwóch duszę moją do nieba poniesie.

Jakie to piękne i jakie smutne! Jak pięknie brzmią te słowa, które mówią „pochowaj mnie na cmentarzysku”! Dreszcz przeszedł mu po plecach. Jakie to smutne i jakie piękne! Chciało mu się płakać, po cichu, nie nad sobą, tylko z powodu tych słów, tak pięknych i tak smutnych jak muzyka. Bije dzwon! Dzwon! Żegnajcie! Ach, żegnajcie!

Zimne światło słońca było coraz słabsze, a brat Michael stał przy jego łóżku z miseczką bulionu. Ucieszył się, bo usta miał spieczone i suche. Słyszał, jak chłopcy bawią się na boisku. A życie w gimnazjum toczyło się, jakby był nadal z nimi.

Brat Michael zbierał się do wyjścia, a uczeń z trzeciej klasy prosił go, żeby nie zapomniał i przyszedł, i powiedział mu o wszystkim, o czym piszą w gazecie. Wyjawił Stephenowi, że nazywa się Athy i że jego ojciec trzyma wiele koni wyścigowych, które świetnie biorą przeszkody, i że ojciec powie mu, którego konia obstawiać, kiedy go tylko brat Michael o to poprosi, bo brat Michael jest bardzo uczynny i zawsze mówi mu, o czym piszą w gazecie, którą codziennie przynoszą na zamek. W gazecie były najrozmaitsze wiadomości: o wypadkach, katastrofach morskich, sporcie i polityce.

– A teraz w tej gazecie sama polityka – powiedział. – Czy u ciebie w rodzinie rozmawia się o polityce?

– Rozmawia – odparł Stephen.

– To tak jak w mojej.

Pomyślał przez chwilę i stwierdził:

– Masz dziwne nazwisko, Dedalus. Ja też mam dziwne nazwisko: Athy. Moje nazwisko pochodzi od nazwy miasta. Twoje jest jakieś łacińskie.

Potem zapytał:

– Umiesz rozwiązywać zagadki?

Stephen odpowiedział:

– Trochę.

Zapytał więc:

– A znasz odpowiedź na tę zagadkę? Dlaczego hrabstwo Kildare jest jak nogawka szkolnych bryczesów?

Stephen pomyślał nad odpowiedzią i rzekł:

– Poddaję się.

– Bo jest w nim udo. Kapujesz? Athy to miasteczko w hrabstwie Kildare, a jego nazwę wymawia się tak samo jak a thigh, czyli udo. A więc Athy to udo, tylko że inne udo.

– No tak, rozumiem.

– To stara zagadka.

Po chwili znowu zapytał:

– A wiesz co?

– Co? – spytał Stephen.

– Wiesz, że można zadać tę zagadkę inaczej?

– Naprawdę? – zapytał Stephen.

– Tę samą zagadkę – odparł. – Wiesz, jak można ją zadać?

– Nie.

– Nic ci nie przychodzi do głowy?

Spoglądał na Stephena znad pościeli, kiedy do niego mówił. Potem opadł na poduszkę i rzekł:

– Można zadać ją inaczej, ale nie powiem ci jak.

Dlaczego nie chce mu powiedzieć? Ojciec, który trzyma konie wyścigowe, pewnie jest sędzią pokoju jak ojciec Saurina i ojciec Wstręciora Roche’a. Pomyślał o własnym ojcu, o tym, jak ojciec śpiewał piosenki, a matka mu akompaniowała, i jak zawsze kiedy prosił go o sześć pensów, dostawał szylinga, i przykro mu było, że ojciec nie jest sędzią pokoju jak ojcowie innych uczniów. Dlaczego w takim razie wysłano go do szkoły razem z nimi? Ojciec powiedział mu, że czuć się będzie jak u siebie, bo właśnie tam pięćdziesiąt lat temu jego wujek wygłosił mowę na cześć Oswobodziciela[6]. Ludzi z tamtych czasów można poznać po staroświeckich strojach. Wydawało mu się, że były to poważne czasy, i zastanawiał się, czy w tamtych czasach uczniowie w Clongowes ubierali się w granatowe marynarki z miedzianymi guzikami i żółte kamizelki i nosili czapki z króliczej skórki, i pili piwo jak dorośli, i trzymali własne charty do polowania na zające.

Wyjrzał przez okno i zobaczył blednące światło dnia. Na boisku zaległa już szara mgła. Nie dochodziły stamtąd żadne odgłosy. Uczniowie są pewnie na lekcjach, a może ojciec Arnall czyta im żywoty świętych.

To dziwne, że nie podali mu żadnego lekarstwa. Może przyniesie je brat Michael, kiedy przyjdzie. Mówią, że kiedy leżysz w infirmerii, podają ci do wypicia jakieś śmierdzące mikstury. Ale czuł się już lepiej. Dobrze byłoby powoli wracać do zdrowia. Dostałby pewnie jakąś książkę. W bibliotece jest taka książka o Holandii. A w niej są piękne obce nazwy i obrazki dziwnie wyglądających miast i statków. Miałby z niej wiele radości.

A pod oknem światło takie blade! Ale to miło. Na ścianie płomień to unosił się, to znów opadał. Jak fale. Ktoś dorzucił węgla i Stephen usłyszał głosy. Rozmawiały ze sobą. Były jak dźwięk fal. A może to fale rozmawiały ze sobą, wznosząc się i opadając.

Widział morze fal, długie, ciemne fale, które wznoszą się i opadają, ciemne w tę bezksiężycową noc. Drobne światełko migotało na końcu pirsu, kiedy wpływał statek: Stephen ujrzał tłum ludzi, który zebrał się na brzegu wody, żeby zobaczyć, jak statek zawija do ich portu. Jakiś wysoki mężczyzna stał na pokładzie i patrzył na płaski i mroczny ląd; w świetle na pirsie ujrzał jego twarz, przygnębioną twarz brata Michaela.

I zobaczył, jak brat Michael unosi dłoń ku ludziom, i usłyszał ponad wodami jego donośny, żałobny głos:

– Nie żyje. Widzieliśmy go na katafalku.

A ludzie odpowiedzieli lamentem:

– Parnell! Parnell! Nie żyje[7].

Padli na kolana, jęczeli w rozpaczy.

I zobaczył Dante w kasztanowej aksamitnej sukni, z zielonym aksamitnym płaszczem spływającym z ramion, jak przechodzi dumnie, w milczeniu obok tych ludzi, którzy padli na kolana na brzegu wody.

* * *

Obfity ogień, czerwony, buchający wysoko, płonął na palenisku w kominku, a pod oplecionymi bluszczem ramionami świecznika stał nakryty świąteczny stół. Dotarli do domu później, niż myśleli, ale wieczerza nie była jeszcze gotowa; za chwilunię, powiedziała matka. Czekali, aż otworzą się drzwi i wejdzie służba, niosąc olbrzymie półmiski przykryte ciężkimi metalowymi pokrywami.

Wszyscy czekali: wuj Charles siadł daleko w cieniu okna, Dante i pan Casey zanurzyli się w wyściełanych fotelach stojących po obu stronach kominka, Stephen siedział na krześle między nimi, a nogi opierał na osmolonym podnóżku. Pan Dedalus przejrzał się w lustrze nad kominkiem, podkręcił sobie nawoskowane końcówki wąsów i odsuwając poły surduta, stanął plecami do buzującego ognia. Co jakiś czas wyjmował rękę spod poły surduta, żeby znowu podkręcić wąsa.

Pan Casey przekrzywił głowę i uśmiechając się, bębnił palcami po zgrubieniu na szyi. I Stephen też się uśmiechał, bo wiedział, że to nieprawda, jakoby pan Casey ukrywał w gardle sakiewkę srebra. Uśmiechnął się na myśl o tym, że kiedyś dał się zwieść srebrzystym dźwiękom, które wydawał pan Casey. A kiedy spróbował rozewrzeć dłoń pana Caseya, żeby sprawdzić, czy chowa w niej sakiewkę srebra, i nie mógł rozprostować mu palców, pan Casey powiedział, że te trzy zesztywniałe palce to pamiątka po prezencie urodzinowym, jaki przygotowywał dla królowej Wiktorii.

Pan Casey klepał się po zgrubieniu na szyi i uśmiechał do Stephena zaspanymi oczyma, a pan Dedalus powiedział do niego:

– No tak, właśnie. Byliśmy na niczego sobie spacerze, prawda, John? Tak… ciekaw jestem, czy czeka nas jakaś kolacyjka dziś wieczór. Tak… ano właśnie, na cyplu nieźle nawdychaliśmy się dziś ozonu. Że tak powiem.

Odwrócił się do Dante i zapytał:

– A pani, pani Riordan, nigdzie dziś nie wychodziła?

Dante zmarszczyła czoło i odparła krótko:

– Nie.

Pan Dedalus opuścił poły surduta i podszedł do kredensu. Wyjął z szafki wielki kamionkowy dzban whisky i powoli napełniał karafkę, pochylając się co chwila, żeby sprawdzić, ile już nalał. Potem odstawił dzbanek do szafki, wlał trochę whisky do dwóch szklanek, dolał do nich nieco wody i wrócił z nimi do kominka.

– Kapeczka, John – powiedział – na pobudzenie apetytu.

Pan Casey wziął szklankę, upił łyk i odstawił ją na kominek. Potem powiedział:

– Nie mogę przestać myśleć o naszym drogim Christopherze, który wytwarza dla nich…

Przerwał mu atak śmiechu i kaszlu.

– …wytwarza dla nich tego szampana.

Pan Dedalus wybuchnął głośnym śmiechem.

– Christy? – zapytał. – Więcej jest przebiegłości w jego małym palcu niż w całym stadzie lisów.

Skłonił głowę, przymknął oczy i przesuwając raz po raz językiem po wargach, zaczął naśladować głos hotelarza.

– A kiedy z tobą rozmawia, ma taki słodki głosik, że pomyślałby kto. Te fałdy na jego szyi pocą się i zamieniają w galaretę, że niech mnie kule biją.

Pan Casey nadal walczył z atakiem śmiechu i kaszlu. A Stephen, który w twarzy i głosie ojca zobaczył i usłyszał właściciela hotelu, roześmiał się.

Pan Dedalus przyłożył monokl do oka i spojrzał na chłopca z góry, mówiąc cicho i łagodnie:

– A ty z czego się tak śmiejesz, nicponiu jeden, co?

Do pokoju weszła służba i ustawiła na stole półmiski. Potem pojawiła się pani Dedalus i zaczęto przydzielać miejsca.

– Siądź tutaj – wskazała.

Pan Dedalus podszedł do szczytu stołu i powiedział:

– Pani Riordan, proszę usiąść tutaj. John, staruszku, to twoje miejsce.

Omiótł wzrokiem stół, szukając wolnego krzesła dla wuja Charlesa, i powiedział:

– A na pana, mój drogi, czeka tu ptaszyna.

Kiedy wszyscy zajęli miejsca, położył dłoń na przykrywce, ale cofnął ją szybko i zawołał:

– Stephen!

A Stephen wstał z krzesła, żeby odmówić modlitwę przed posiłkiem.

Pobłogosław, Panie, te dary, które dzięki Twojej szczodrości możemy dziś spożywać przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Wszyscy się przeżegnali, a pan Dedalus, wzdychając z zadowolenia, podniósł z półmiska ciężką przykrywkę, na której brzegu perliły się lśniące kropelki.

Stephen spojrzał na tłustego indyka, który niedawno leżał jeszcze w kuchni na stole, obwiązany i przebity szpikulcem. Wiedział, że ojciec zapłacił za niego gwineę w sklepie Dunna na D’Olier Street i że sprzedawca poklepał ptaka po piersi, żeby pokazać, jaki to dobry indyk. Pamiętał głos tego człowieka, który mówił:

– Niech pan weźmie tego. Prima sorte.

Dlaczego pan Barrett w Clongowes nazywał swój pas do bicia indorem? Ale Clongowes było tak daleko, a tu z talerzy i półmisków unosił się ciepły, ciężki zapach indyka i szynki, i selera, wielki ogień buzował wysokimi czerwonymi płomieniami w kominku, zielony bluszcz i czerwony ostrokrzew radowały duszę, a kiedy wieczerza się skończy, wniosą wielki pudding posypany obranymi migdałami i przybrany gałązkami ostrokrzewu, wokół będzie płonąć błękitnawy ogień, a nad wszystkim zatrzepocze mała zielona flaga.

To była jego pierwsza wieczerza wigilijna. Pomyślał o swoich młodszych braciach i siostrach, którzy czekali w pokoju dla dzieci, jak kiedyś on sam czekał, dopóki nie wniesiono puddingu. W wąskim, luźnym kołnierzyku i marynarce z Eton czuł się dziwnie, jakby miał więcej lat niż w rzeczywistości, a wcześniej tego dnia rano, kiedy ubrany na mszę wszedł z matką do salonu, ojciec się rozpłakał. Dlatego że przypomniał sobie własnego ojca. Tak samo powiedział wuj Charles.

Pan Dedalus nakrył półmisek z powrotem i zaczął jeść, jakby od miesięcy nie miał niczego w ustach. Po czym powiedział:

– Tak, biedny, stary Christy, od tych przekrętów kark mu się wykrzywił.

– Simon – powiedziała pani Dedalus – nie podałeś pani Riordan sosu.

Pan Dedalus chwycił sosjerkę.

– Naprawdę? – wykrzyknął. – Niech pani wybaczy biednemu ślepcowi.

Dante zasłoniła talerz dłonią i powiedziała:

– Nie, dziękuję.

Pan Dedalus zwrócił się z pytaniem do wuja Charlesa.

– A szanownemu panu niczego nie brakuje?

– Wszystkiego mam w bród, Simon.

– A tobie, John?

– Wszystko gra. Zajmij się sobą.

– Mary? Spróbuj tego, Stephen. Na sam widok ślinka ci pocieknie.

Nalał szczodrze sosu na talerz Stephena i odstawił sosjerkę na stół. Potem zapytał Charlesa, czy mięso nie za twarde. Wuj Charles nie mógł mówić, bo miał pełne usta, ale skinął głową.

– Dobrze odpowiedział kanonikowi ten nasz stary przyjaciel, prawda? – zapytał pan Dedalus.

– Nigdy bym go o to nie podejrzewał – powiedział pan Casey.

– „Rzucę, ojcze, i ja swój grosz na tacę, jeśli przestaniesz zamieniać dom Boży w lokal wyborczy”.

– Ładnie to tak odpowiadać księdzu? – wtrąciła się Dante. – I to człowiek, który zwie się katolikiem.

– Sami są sobie winni – odparł pan Dedalus z przesadną grzecznością. – Gdyby posłuchali, co mówi im byle głupiec, zajęliby się wyłącznie religią.

– To też religia – zauważyła Dante. – Wypełniają swój obowiązek, ostrzegając ludzi.

– Chodzimy do domu Bożego w pokorze, żeby modlić się do Stwórcy – powiedział pan Casey – a nie po to, by wysłuchiwać deklaracji wyborczych.

– To też religia – powiedziała znowu Dante. – Mają rację. Muszą prowadzić swoje owieczki.

– I wygłaszać spod ołtarza polityczne kazania, tak? – zapytał pan Dedalus.

– Oczywiście – odparła Dante. – To kwestia moralności publicznej. Ksiądz nie byłby duszpasterzem, gdyby nie mówił swojej trzódce, co jest dobre, a co złe.

Pani Dedalus odłożyła nóż i widelec:

– Zmiłujcie się, czy naprawdę musimy dyskutować o polityce właśnie dzisiaj, w ten szczególny dzień roku?

– Święta racja, łaskawa pani – powiedział wuj Charles. – Simon, wystarczy. Już ani słowa.

– Tak, tak – szybko przytaknął pan Dedalus.

Zamaszystym ruchem odkrył półmisek i zapytał:

– No dobrze, czy ktoś życzy sobie jeszcze indyka?

Nikt nie był chętny. Dante powtórzyła:

– I żeby katolik mówił takim językiem!

– Pani Riordan, błagam panią – powiedziała pani Dedalus – poniechajmy już sporów.

Dante zwróciła się ku niej i zapytała:

– Czy mam siedzieć tu i wysłuchiwać, jak drwi się ze sług mojego Kościoła?

– Nikt nie mówi na nich złego słowa – powiedział pan Dedalus – o ile nie wtrącają się do polityki.

– Tak nauczają biskupi i księża Irlandii – powiedziała Dante – i należy im się posłuszeństwo.

– Niech zostawią politykę w spokoju – powiedział pan Casey – bo jak nie, to ludzie odejdą z Kościoła.

– Słyszy pani? – zapytała Dante, odwracając się do pani Dedalus.

– Panie Casey! Simon! – zawołała pani Dedalus. – Już ani słowa.

– To dopiero nieszczęście! – powiedział wuj Charles.

– Co? – wykrzyknął pan Dedalus. – Mamy się od niego odwrócić, bo taka jest wola Anglików?

– Nie zasługuje już na to, by nam przewodzić – powiedziała Dante. – Popełnił grzech na oczach całego świata.

– Wszyscyśmy grzesznikami, strasznymi grzesznikami – powiedział chłodno pan Casey.

– „Biada temu, przez którego zgorszenia przychodzą!” – powiedziała pani Riordan. – „Lepiej by było dla niego, gdyby kamień młyński zawisł na szyi jego, a jego wrzucono do morza, niż żeby zgorszył jednego z tych maluczkich”[8]. To język Ducha Świętego.

– Język dość okropny, jeśli mogę coś powiedzieć – dorzucił pan Dedalus.

– Simonie! – wykrzyknął wuj Charles. – Chłopak słucha!

– Tak, tak – powiedział pan Dedalus. – Miałem na myśli… znaczy się, chodziło mi o ten straszny język, jakim mówią tragarze na dworcu. No dobrze, w porządeczku. Stephen, pokaż mi talerz, nicponiu. Masz, wcinaj na zdrowie.

Nałożył jedzenie na talerz Stephena; wujowi Charlesowi i panu Caseyowi podał po dużej porcji indyka polanego sosem. Pani Dedalus jadła niewiele, a Dante siedziała z rękoma złożonymi na kolanach. Miała wypieki na twarzy. Kończąc jeść, pan Dedalus pogrzebał widelcem i nożem w półmisku i powiedział:

– Mam tu ten najsmaczniejszy kawałeczek, papieski nochal, jak go nazywają. Może któraś z dam lub któryś z panów…

Podniósł widelec z nadzianym nań kawałkiem indyka. Nikt się nie odezwał. Nałożył więc go sobie na talerz i powiedział:

– No, nikt nie powie, że nie pytałem. Chyba sam go zjem, bo ostatnio coś podupadam na zdrowiu.

Mrugnął na Stephena i odstawiwszy przykrywkę, zabrał się znów do jedzenia.

Kiedy jadł, panowała cisza. Po chwili powiedział:

– No cóż, dzień był do końca ładny. Przyszło wielu nowych ludzi.

Nikt się nie odezwał. Znowu przemówił:

– Wydaje mi się, że przyszło więcej nowych ludzi niż w zeszłym roku.

Rozejrzał się wokoło, ale wszyscy pochylili głowy nad talerzami, a kiedy nie uzyskał odpowiedzi, odczekał chwilę i powiedział gorzko:

– I tak popsuła się moja wigilijna wieczerza.

– Nie zazna szczęścia ani łaski – powiedziała Dante – dom, w którym nie szanuje się sług Bożych.

Pan Dedalus cisnął z brzękiem nóż i widelec.

– Szacunek! – wykrzyknął. – Dla tego Billa z wielką wargą czy tego wora bebechów w Armagh[9]? Szacunek! Też mi coś!

– Książęta tego świata – rzucił pan Casey pogardliwie.

– Woźnica lorda Leitrim[10], ot co – powiedział pan Dedalus.

– To Boży pomazańcy – powiedziała Dante. – Są chlubą naszej ojczyzny.

– Wór bebechów – prychnął pan Dedalus. – Ma śliczną twarzyczkę, proszę ja was, kiedy śpi. Szkoda, że nie widzieliście, jak ten jegomość wcina wołowinę z kapustą w mroźny zimowy dzień. O Johnny!

Na jego twarzy pojawił się zaciekły, zwierzęcy grymas, a usta zaczęły mlaskać.

– Doprawdy, Simonie – powiedziała pani Dedalus. – Nie powinieneś tak mówić przy Stephenie. To nie w porządku.

– Z pewnością kiedy podrośnie, będzie wszystko pamiętał – rzuciła zapalczywie Dante. – Te słowa, które tu słyszał, znieważające Boga, religię i duszpasterzy z jego rodzinnego miasta.

– To niech też zapamięta sobie – krzyknął do niej pan Casey z drugiego końca stołu – te słowa, którymi księża i księżowskie pachołki złamali serce Parnella, zaszczuli go na śmierć. Niech to sobie też zapamięta, kiedy podrośnie.

– Sukinsyny! – krzyknął pan Dedalus. – Kiedy powinęła mu się noga, obrócili się przeciwko niemu, rozszarpali go jak szczury w kanale. Nędzne psy! To oni doprowadzili do tego. To ich dzieło, jak Boga kocham!