44,90 zł
Dublin początku XX wieku to miasto ciasnych konwenansów, surowego katolicyzmu i politycznego wrzenia. Dla Stephena Dedalusa ten świat jest siecią, która ma powstrzymać jego duszę przed lotem. W swojej ikonicznej powieści James Joyce zapisuje proces bolesnego wyzwalania się z narzuconych ról i narodziny twórcy, który odrzuca bezpieczną przynależność na rzecz niepewnej wolności. By chronić swoją niezależność, Stephen wybiera własną drogę – orężem czyniąc milczenie, wygnanie i spryt.
To literatura w stanie ciągłego ruchu. Śledzimy losy bohatera od pierwszych, dziecięcych wrażeń zmysłowych, przez lęki przed potępieniem, aż po intelektualny bunt. Joyce nie tylko opowiada o dojrzewaniu; on czyni je namacalnym poprzez język, który ewoluuje wraz ze Stephenem – od prostych fraz dzieciństwa po gęstą, erudycyjną prozę manifestu. To właśnie tutaj Joyce wytyczył ścieżkę, która doprowadziła go do napisania Ulissesa i na zawsze zmieniła oblicze nowoczesnej kultury.
Oddajemy w ręce czytelników trzecie wydanie tego arcydzieła w przekładzie Jerzego Jarniewicza. Wybitny tłumacz i poeta ponownie przejrzał i dopracował swój tekst, nadając mu jeszcze większą precyzję oraz drapieżność. Dzięki tej pracy Portret artysty w wieku młodzieńczym nie jest jedynie muzealnym eksponatem modernizmu, lecz żywym, pulsującym tekstem, który w nowej odsłonie brzmi wyjątkowo nowocześnie. To uniwersalna opowieść o tym, że narodziny artysty wymagają odwagi zerwania wszystkich więzów, które krępują wyobraźnię.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 367
Data ważności licencji: 5/31/2031
Tytuł oryginału i podstawa przekładu: A Portrait of the Artist as a Young Man, redakcja, wstęp i przypisy Jeri Johnson, Oxford 2000 (Oxford World’s Classics)
© for the Polish translation and afterword by Jerzy Jarniewicz
© for this edition by Officyna Łukasz Urbaniak
Wydanie I w tej edycji, Łódź 2026
Korekta: Wojciech Adamski, Łukasz UrbaniakProjekt okładki: Nina Dębowiak
Wydawnictwo Officyna Łukasz Urbaniak
90-111 Łódź, Moniuszki 4A
[email protected], www.officyna.com.pl, tel. 508 156 066
ISBN 978-83-67948-46-3
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Et ignotas animum dimittit in artes1.
Owidiusz, Metamorfozy, VIII, 188
1 I [Dedal] swój umysł kieruje ku nieznanym sztukom.
Dawno dawno temu a było to za starych dobrych czasów żyła sobie krówka muczka która chodziła po ulicy i ta krówka muczka która chodziła po ulicy spotkała miluśkiego chłopczyka który nazywał się tuli bobo…
Tę historię opowiadał mu ojciec; ojciec patrzył na niego przez szkiełko, twarz miał zarośniętą.
To on był tuli bobo. Krówka muczka szła sobie ulicą, przy której mieszkała Betty Byrne, a Betty sprzedawała cytrynowe sopelki.
Kwitną kwiatki dzikiej róży
Na zielonej trawce.
To on śpiewał tę piosenkę. To była jego piosenka.
O, ziejone duzie rózie.
Kiedy zmoczysz się w łóżeczku, to najpierw robi się ciepło, a potem zimno. Matka podkładała ceratkę. Ceratka tak dziwnie pachniała.
Matka pachniała przyjemniej niż ojciec. Grała mu na pianinie melodię marynarskiego tańca, a on tańczył. Tak tańczył:
Tralala lala
Tralala tralalabum
Tralala lala
Tralala lala.
Wujek Charles i Dante klaskali. Oboje byli starsi od ojca i matki, a wujek Charles był starszy od Dante.
Dante miała dwie szczoteczki w bieliźniarce. Szczoteczka z kasztanowym aksamitnym grzbietem była dla Michaela Davitta, a szczoteczka z zielonym aksamitnym grzbietem dla Parnella1. Dante dawała mu ciasteczko z orzechami za każdym razem, kiedy przynosił jej bibułkę.
Vance’owie mieszkali pod siódemką. Mieli innego ojca i inną matkę. To byli ojciec i matka Eileen. Kiedy dorośnie, ożeni się z Eileen. Schował się pod stołem. A matka powiedziała:
– Ach, Stephen jest taki uroczy, na pewno przeprosi.
A Dante na to:
– Tak, bo jeśli nie przeprosi, nadlecą orlęta i wydziobią mu oczy.
Wydziobią mu oczy
Bądź uroczy
Bądź uroczy
Wydziobią mu oczy.
Bądź uroczy
Wydziobią mu oczy
Wydziobią mu oczy
Bądź uroczy2.
* * *
Na rozległych boiskach roiło się od chłopców. Wszyscy darli się wniebogłosy, prefekci zagrzewali ich do gry gromkimi okrzykami. Wieczór był blady i chłodny, a po każdej akcji piłkarzy, gdy rozlegało się głuche pacnięcie, tłusta skórzana kula leciała po niebie jak ciężkie ptaszysko w szarym świetle dnia. Trzymał się na obrzeżach swojej grupy, poza zasięgiem wzroku prefekta, poza zasięgiem bezlitosnych nóg, tylko od czasu do czasu udawał, że biegnie. Czuł, jak malutkie i słabe jest jego ciało w tej czeredzie graczy, a oczy miał niedowidzące i załzawione. Rody Kickham był zupełnie inny: na pewno zostanie kapitanem pierwszej i drugiej klasy, tak mówili wszyscy chłopcy.
Rody Kickham był porządnym kumplem, ale Wstręcior Roche to kawał łobuza. Rody Kickham miał nagolenniki w szafce i własny koszyk w refektarzu. Wstręcior Roche miał olbrzymie łapska. Na piątkowy pudding mówił pies w pieluchach. A pewnego dnia zapytał:
– Jak się nazywasz?
Stephen odpowiedział:
– Stephen Dedalus.
– A co to za nazwisko?
A kiedy Stephen nie umiał mu odpowiedzieć, Wstręcior znów zapytał:
– Kim jest twój ojciec?
Stephen odpowiedział:
– Dżentelmenem.
Wtedy Wstręcior Roche zapytał:
– A jest sędzią pokoju?
Łaził na obrzeżach grupy i od czasu do czasu przebiegał kilka kroków. Ale dłonie zsiniały mu z zimna. Trzymał ręce w bocznych kieszeniach szarej, ściągniętej paskiem marynarki. Był to pasek, który opasywał kieszenie. Ale pasek był także po to, żeby nim prać. Pewnego dnia jakiś chłopak powiedział do Cantwella:
– Czekaj, zaraz cię spiorę tym paskiem.
A Cantwell odpowiedział:
– Bij się z równym. Ciekawe, czy spierzesz Cecila Grzmota. Chciałbym to zobaczyć. Jak nic skopie ci tyłek.
To nie było ładne słowo. Matka zakazała mu rozmawiać z łobuziakami w szkole. Ładna mi matka! Pierwszego dnia, kiedy się z nim żegnała w sieni na zamku, podwinęła aż pod nos woalkę, żeby go pocałować, a nos i oczy miała czerwone. Udawał, że nie widzi, jak zbiera jej się na płacz. Była ładną matką, ale nie była taka ładna, kiedy płakała. A ojciec dał mu dwie pięcioszylingowe monety kieszonkowego. Powiedział, że jeśli będzie czegoś chciał, to niech pisze do domu, i żeby nigdy, ale to przenigdy nie kablował na kolegów. Przed bramą zamku rektor uścisnął dłoń ojcu i matce, a jego habit trzepotał na wietrze, potem powóz odjechał, a w nim ojciec i matka. Krzyczeli coś do niego z powozu i machali na pożegnanie:
– Do widzenia, Stephen, do widzenia!
– Do widzenia, Stephen, do widzenia!
Ani się obejrzał, jak znalazł się w samym środku młyna, a ponieważ bał się rozpalonych oczu i zabłoconych butów, zgiął się w pół i spoglądał spomiędzy rozstawionych nóg. Koledzy szamotali się i stękali, a ich nogi ścierały się ze sobą i wierzgały, i tupały. A potem żółte trampki Jacka Lawtona wyprowadziły piłkę, a pozostałe trampki i nogi pobiegły za nią. I on pobiegł za nimi, ale zaraz stanął. Na co mu było biec dalej? Wkrótce wszyscy rozjadą się do domów na święta. Po kolacji zmieni cyferkę w numerze przyklejonym od wewnątrz na pulpicie ławki w sali do nauki własnej – z siedemdziesięciu siedmiu na siedemdziesiąt sześć.
Lepiej byłoby siedzieć w sali do nauki niż stać tu na chłodzie. Niebo było blade i zimne, ale na zamku paliły się światła. Zastanawiał się, z którego okna Hamilton Rowan3 zrzucił kapelusz do suchej fosy i czy już wtedy były pod oknami kwietne rabatki. Pewnego razu, kiedy wezwano go na zamek, portier pokazał mu w drewnianych drzwiach ślady po kulach karabinowych i dał mu kawałek keksu, jaki jedzą księża. Ładny i ciepły był ten widok świateł na zamku. Jak w książce. Może opactwo w Leicester tak właśnie wygląda. A w podręczniku do ortografii doktora Cornwella były ładne zdania. Wyglądały jak poezja, choć były to tylko zdania do nauki ortografii:
Wolsey zmarł w opactwie w Leicester,
pogrzebali go opaci.
Rakowacieją rośliny,
zwierzęta chorują na raka.
Miło byłoby położyć się na dywaniku przed kominkiem, wsunąć dłonie pod głowę i myśleć sobie o takich zdaniach. Wzdrygnął się, jakby poczuł przez skórę zimny szlam. Wells zachował się podle, kiedy pchnął go łokciem do szamba za to, że nie chciał wymienić swojej tabakierki na jego wysuszony kasztan na nitce, którym Wells rozbił czterdziestkę. Jaka zimna i szlamowata była ta woda! A pewien uczeń widział kiedyś ogromniastego szczura, który wskoczył do szlamu. Matka siedziała przy kominku z ciotką Dante i czekała, aż Brigid przyniesie im herbatę. Nogi położyła na osłonie kominka, a jej lśniące pantofle były takie gorące i miały taki cudowniutki zapach! Dante dużo wiedziała. Nauczyła go, gdzie leży Kanał Mozambijski i jaka jest najdłuższa rzeka Ameryki, i jak nazywa się najwyższa góra na Księżycu. Ojciec Arnall wiedział więcej niż Dante, bo był księdzem, ale jego ojciec i wujek Charles mówili, że Dante to mądra i oczytana kobieta. A gdy po obiedzie Dante wydawała z siebie te dźwięki i zakrywała dłonią usta – to była zgaga.
Gdzieś daleko na boisku rozległ się głos:
– Zbiórka!
Potem inne głosy z drugiej i pierwszej klasy:
– Zbiórka! Zbiórka!
Gracze schodzili się ze wszystkich stron, umorusani i zabłoceni, a on szedł wśród nich, szczęśliwy, że wracają z boiska. Rody Kickham niósł piłkę, trzymał ją za lepki sznurek. Jakiś uczeń poprosił go, żeby zagrać jeszcze raz: ale on się nie zatrzymał i nic nie odpowiedział. Simon Moonan poradził mu, żeby nie oddawał piłki, bo prefekt patrzy, a wtedy ten uczeń odwrócił się do Simona Moonana i powiedział:
– Wszyscy wiedzą, czemu tak mówisz. Jesteś cmokierem McGlade’a.
Cmokier to dziwne słowo. Chłopak nazwał tym słowem Simona Moonana, bo Simon Moonan wiązał prefektowi luźne rękawy na plecach, a prefekt udawał, że się złości. Ale dźwięk tego słowa był obrzydliwy. Kiedy pewnego dnia umył dłonie w łazience w Hotelu Wicklow, a ojciec wyjął korek, ciągnąc za łańcuszek, brudna woda spłynęła przez otwór w umywalce. A kiedy wszystko powoli wyciekło, ten otwór w umywalce wydał z siebie taki właśnie odgłos: cmok. Tyle że głośniej.
Kiedy Stephen przypomniał sobie ten odgłos i tę biel umywalki, poczuł na przemian zimno i gorąco. Były tam dwa kurki, odkręcasz je i leci woda, zimna i gorąca. Poczuł zimno, a potem trochę gorąco: widział napisy na kurkach. Bardzo dziwne.
Ogarnął go powiew zimnego powietrza. Było dziwne i wilgotnawe. Wkrótce zapalą gaz, a kiedy gaz zaczyna się palić, dobywa się z niego cicha muzyka jak piosenka. Zawsze ta sama; słyszał ją, kiedy uczniowie w sali do zabaw przestawali rozmawiać.
Nadeszła lekcja rachunków. Ojciec Arnall napisał na tablicy trudne zadanie i zapytał:
– No i którzy z was zwyciężą? Do ataku, Yorkowie! Do ataku, Lancasterowie!
Stephen bardzo się starał, ale zadanie było za trudne i się pogubił. Mała jedwabna plakietka z białą różą, przypięta do kamizelki na piersi, zaczęła dygotać. Nie był dobry z rachunków, ale bardzo się starał, żeby Yorkowie nie przegrali. Wydawało mu się, że twarz ojca Arnalla jest wprost sina, ale księżulo nie był zły: śmiał się. A wtedy Jack Lawton strzelił palcami i ojciec Arnall zerknął do jego zeszytu, i rzekł:
– Dobrze. Brawo, Lancaster. Czerwona róża wygrywa4, a teraz wy, Yorkowie! Do ataku!
Jack Lawton popatrzył na niego. Mały jedwabny znaczek z czerwoną różą prezentował się znakomicie, bo Jack miał granatową marynarską bluzę. Stephen poczuł, że robi się czerwony, przypomniał sobie wszystkie zakłady o to, który z nich, Jack Lawton czy on, zdobędzie pierwsze miejsce w przedmiotach podstawowych. Bywały tygodnie, że Jack Lawton dostawał cenzurkę prymusa, innym razem to on zdobywał pierwsze miejsce. Jego biała jedwabna plakietka ciągle dygotała, kiedy Stephen mozolił się nad rozwiązaniem kolejnego zadania i słuchał głosu ojca Arnalla. Wreszcie zapał całkiem go opuścił i poczuł, że jego twarz robi się zimna. Wydawało mu się, że jest biała, taka była zimna. Nie potrafił rozwiązać tego zadania, ale nie przejmował się tym. Białe róże i czerwone róże: miło było myśleć o takich pięknych kolorach. A laurki za zajęcie pierwszego, drugiego i trzeciego miejsca też miały piękne kolory: różowy, kremowy i lawendowy. Lawendowe, różowe i kremowe róże są piękne, kiedy się o nich myśli. Może dzika róża miałaby takie kolory. Przypomniał sobie piosenkę o dzikiej róży, co kwitnie na zielonej trawce. Ale przecież nie ma zielonych róż. Może gdzieś indziej na świecie.
Rozległ się dzwonek, z izb zaczęli wychodzić gęsiego uczniowie i maszerowali korytarzami do refektarza. Stephen usiadł nad talerzem z dwoma plastrami masła, nie mógł jednak jeść wilgotnego chleba. Obrus też był wilgotny i zwiotczały. Ale wypił gorącą, słabą herbatę, którą nalał mu do kubka jakiś niezdarny podkuchenny w białym fartuchu. Zastanawiał się, czy fartuch podkuchennego też jest wilgotny, a może wszystko, co białe, jest zimne i wilgotne. Wstręcior Roche i Saurin pili kakao, które rodzina przysyłała im w puszkach. Mówili, że nie mogą pić herbaty, bo to zwykła lura. Ich ojcowie byli sędziami pokoju, tak mówili uczniowie.
Wszyscy chłopcy wydawali mu się bardzo dziwni. Wszyscy mieli ojców i matki, i różne ubrania, i różne głosy. Chciał być już w domu i położyć głowę na kolanach matki. Ale nie mógł: chciał więc, żeby zabawy i lekcje, i modlitwy skończyły się jak najprędzej i żeby już mógł wreszcie pójść do łóżka.
Wypił drugi kubek herbaty, a Fleming zapytał:
– Co się dzieje? Boli cię co? Co ci jest?
– Nie wiem – odparł Stephen.
– Pewnie spiżarka ci siadła – powiedział Fleming – bo masz białą twarz. Ale to przejdzie.
– Przejdzie – powiedział Stephen.
Ale to nie w żołądku robiło mu się niedobrze. Czuł, że robi mu się niedobrze w sercu, jeśli w sercu w ogóle może być komukolwiek niedobrze. Bardzo porządny ten Fleming, że go zapytał. Zbierało mu się na płacz. Oparł się łokciami o stół i zatykał, i odtykał sobie uszy. Za każdym razem, kiedy odtykał uszy, słyszał hałas refektarza. Jak stukot pociągu nocą. A kiedy uszy zatykał, stukot cichł, jakby pociąg wjeżdżał do tunelu. Tamtej nocy w Dalkey pociąg tak właśnie stukał, a potem, kiedy wjechał do tunelu, stukot ustał. Zamknął oczy, a pociąg jechał i stukał, i cichł, stukał i cichł. Przyjemnie było słuchać, jak stuka, a potem cichnie i znowu stuka, wyjeżdżając z tunelu, i cichnie znowu.
Wkrótce zaczęli wychodzić uczniowie starszych klas, szli po dywanie biegnącym przez środek refektarza – Paddy Rathi Jimmy Magee, i Hiszpan, któremu wolno było palić cygara, i mały Portugalczyk w wełnianej czapce. Potem ruszyły stoły średniaków, a wreszcie stoły pierwszo- i drugoklasistów. A każdy uczeń szedł innym krokiem.
Siedział w kącie sali do zabaw i udawał, że przygląda się grze w domino, raz czy dwa słyszał przez krótką chwilę, jak śpiewa gaz. Prefekt stał przy drzwiach z jakimiś chłopakami, a Simon Moonan wiązał mu rękawy. Opowiadał im o Tullabeg.
Po chwili odszedł od drzwi, a Wells zbliżył się do Stephena i zapytał:
– Powiedz, Dedalus, całujesz matkę przed pójściem spać?
Stephen odpowiedział:
– Całuję.
Wells odwrócił się do pozostałych chłopców i powiedział:
– Och, patrzcie no, ten chłopak mówi, że całuje matkę co wieczór przed pójściem spać.
Pozostali chłopcy przerwali grę i zaśmiewając się, odwrócili się ku niemu. Pod wpływem ich spojrzeń Stephen się zarumienił. I powiedział:
– Nie całuję.
A Wells na to:
– Och, patrzcie no, ten chłopak mówi, że nie całuje matki przed pójściem spać.
Znowu się wszyscy zaśmiali. Stephen chciał śmiać się razem z nimi. Czuł, że w jednej chwili jego ciało zrobiło się gorące i że całkiem się gubi. Jak powinna brzmieć poprawna odpowiedź na to pytanie? Udzielił dwu odpowiedzi, a mimo to Wells się z niego naigrawał. Ale Wells z pewnością zna poprawną odpowiedź, jest przecież o klasę wyżej. Próbował wyobrazić sobie matkę Wellsa, ale nie śmiał podnieść wzroku, żeby spojrzeć Wellsowi w twarz. Nie podobała mu się twarz Wellsa. To właśnie Wells wepchnął go poprzedniego dnia do szamba, bo nie chciał wymienić tabakierki na dojrzały kasztan, który rozbił czterdziestkę. To świństwo, tak mówili wszyscy chłopcy. I jaka ta woda była zimna i ohydna! A jeden chłopak widział kiedyś ogromniastego szczura, który wskoczył z pluskiem do szamba.
Zimny szlam z szamba pokrył całe jego ciało; a kiedy zabrzmiał dzwonek na lekcje i z sal do zabaw zaczęły wypływać strumienie chłopców, czuł pod ubraniem zimne powietrze z korytarza i klatki schodowej. Ciągle głowił się nad poprawną odpowiedzią. Czy to dobrze, że całuje matkę, czy niedobrze, że ją całuje? Co to w ogóle znaczy: całować? Unosisz głowę do góry w taki sposób, jakbyś chciał powiedzieć dobranoc, a matka przybliża swoją twarz do twojej. To właśnie znaczy całować. Matka przytyka wargi do policzka; jej wargi są miękkie i zostawiają na policzku mokry ślad; i wydają z siebie ten cichy odgłos: cmok. Czemu ludzie wyprawiają ze swoimi twarzami takie rzeczy?
Siedział w sali do nauki, podniósł pulpit ławki i zmienił naklejony w środku numer z siedemdziesięciu siedmiu na siedemdziesiąt sześć. Ferie świąteczne były jeszcze bardzo daleko, ale pewnego dnia na pewno nadejdą, bo przecież Ziemia się ciągle obraca.
Na pierwszej stronie podręcznika do geografii był rysunek Ziemi: wielka kula wśród chmur. Fleming miał pudełko kredek i pewnego wieczoru podczas zajęć wolnych pokolorował Ziemię na zielono, a chmury na kasztanowo. Wyglądało to teraz jak dwie szczoteczki w bieliźniarce Dante, szczoteczka z zielonym aksamitnym grzbietem dla Parnella, a szczoteczka z kasztanowym aksamitnym grzbietem dla Michaela Davitta. Ale to nie on kazał Flemingowi zamalować je takimi kolorami. Fleming zrobił to sam.
Otworzył podręcznik do geografii i zaczął przygotowywać się do lekcji; nie umiał jednak nauczyć się nazw miejscowości w Ameryce.
Były to różne miejscowości o różnych nazwach. Te miejscowości są w różnych krajach, a kraje są na różnych kontynentach, a kontynenty są na świecie, a świat jest we wszechświecie.
Otworzył stronę przedtytułową podręcznika do geografii i przeczytał, co wcześniej na niej napisał; swoje imię, nazwisko i miejsce zamieszkania:
Stephen Dedalus
Klasa początkowa
Gimnazjum w Clongowes Wood
Sallins
Hrabstwo Kildare
Irlandia
Europa
Świat
Wszechświat
Te słowa zapisane były jego ręką, ale pewnego wieczoru Fleming napisał dla zgrywy na sąsiedniej stronie:
Nazywam się Dedalus Stephen,
Irlandia to ojczyzna moja,
Clongowes – miejsce zamieszkania,
A niebo, jak Bóg da, ostoja.
Przeczytał te wersy wspak, ale wtedy przestały być poezją. Potem przeczytał stronę przedtytułową z dołu do góry, aż doszedł do własnego nazwiska. To właśnie on; i ponownie przeczytał od góry do dołu całą stronę. Co jest za wszechświatem? Nic. Ale czy wokół wszechświata jest coś, co stanowiłoby jego granicę, za którą zaczyna się to miejsce zwane nic? To nie mógł być mur, mogła to być za to cienka, cieniusieńka linia opasująca wszystko. Takie myślenie o tym wszystkim i o tym wszędzie to wielka sprawa. Tylko Boga byłoby na nie stać. Próbował wyobrazić sobie, jak wielka byłaby to sprawa, ale na myśl przychodził mu tylko Bóg. Bóg to imię Boga, tak jak jego imię to Stephen. Dieu to Bóg po francusku, to też jest imię Boga; i kiedy ktośmodli się do Boga i mówi Dieu, to Bóg od razu wie, że to Francuz się modli. Choć w najróżniejszych językach świata są najróżniejsze imiona Boga i chociaż Bóg rozumie, co mówią ci wszyscy ludzie modlący się do Niego w tych wszystkich najróżniejszych językach, to jednak Bóg jest tym samym Bogiem i prawdziwym imieniem Boga jest Bóg.
Tego rodzaju myśli bardzo go zmęczyły. Poczuł, że głowa mu puchnie. Odwrócił stronę przedtytułową i przyglądał się ze znużeniem zielonej okrągłej Ziemi zawieszonej pośród kasztanowych chmur. Zachodził w głowę, po której stronie powinien stać, zielonej czy kasztanowej, bo Dante pewnego dnia odcięła nożyczkami zielony aksamit z grzbietu szczoteczki, która była dla Parnella, i powiedziała, że Parnell jest złym człowiekiem. Ciekawe, czy z tego powodu wybuchły w domu jakieś kłótnie. Nazywało się to polityka. Były dwie strony: Dante była po jednej stronie, a ojciec i pan Casey byli po drugiej, ale matka i wujek Charles nie byli po żadnej stronie. Codziennie pisały coś o tym gazety.
Nie dawała mu spokoju myśl, że nie wie, czym tak naprawdę jest polityka, i że nie wie na dodatek, gdzie kończy się wszechświat. Czuł się taki malutki i słaby. Kiedy stanie się kimś takim jak koledzy z kursu poezji i retoryki? Oni mają wielkie głosy i wielkie buty i uczą się trygonometrii. To jeszcze daleko przed nim. Najpierw przyjdą wakacje, a potem drugi rok szkolny, a potem znowu wakacje, a potem znowu kolejny rok, a potem znowu wakacje. Przypominało to pociąg, który wjeżdża do tunelu, a potem z niego wyjeżdża, i hałas w refektarzu, kiedy chłopcy jedzą, a ty zatykasz i odtykasz sobie uszy. Rok szkolny, wakacje, tunel, wyjazd; hałas, cisza. Jak daleko! Lepiej byłoby pójść spać, jeszcze tylko modlitwa w kaplicy i do łóżka. Wzdrygnął się i ziewnął. W łóżku będzie cudownie, jak się pościel trochę nagrzeje. Kiedy się w nią wśliznąć, jest najpierw taka zimna. Zadrżał na samą myśl, jak bardzo zimna. Ale potem robi się ciepła i można spać. Zmęczenie to takie cudowne uczucie! Znowu ziewnął. Wieczorna modlitwa i do łóżka: wzdrygnął się i chciał ziewnąć. Za kilka minut będzie cudownie. Poczuł falę ciepła, która wyłaniała się z zimnej, rozdygotanej pościeli, coraz cieplejsza, aż zrobiło się wokół ciepło, cieplutko, jak cieplutko, a jednak wzdrygnął się i znowu chciało mu się ziewać.
Dzwonek wzywał na modlitwę wieczorną i Stephen z innymi chłopakami wyszli jeden za drugim z sali do nauki własnej i idąc po schodach, a potem korytarzami, dotarli do kaplicy. Korytarze były słabo oświetlone i kaplica była słabo oświetlona. Wkrótce wszystko pogrąży się w mroku i we śnie. Wieczorne powietrze w kaplicy było zimne, a marmur miał kolor, jaki morze przybiera po zmierzchu. Morze jest zimne dzień i noc, ale po zmierzchu jest zimniejsze. Przy falochronie za domem ojca jest zimne i mroczne. Ale na płycie kominka na pewno stoi kociołek na poncz.
Prefekt z kaplicy modlił mu się nad głową, a on odtwarzał z pamięci wszystkie odpowiedzi:
Panie, otwórz wargi moje,
A usta moje będą głosić Twoją chwałę.
Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu.
Panie, pospiesz ku ratunkowi memu5.
W kaplicy unosiła się zimna, nocna woń. Ale to był święty zapach. Nie przypominał zapachu starych wieśniaków, którzy klęczeli w tyle kaplicy podczas niedzielnej mszy. Ich zapach był zapachem powietrza i deszczu, i torfu, i sztruksu. Ale to byli bardzo pobożni chłopi. Czuł na szyi ich oddech i słyszał ich westchnienia, kiedy pogrążali się w modlitwie. Mieszkali w Clane, jak mu powiedział pewien uczeń: stały tam małe chaty, a on widział jakąś kobietę w drzwiach takiej chaty z dzieckiem na ręku, kiedy wyjeżdżali wozami z Sallins. Cudownie byłoby przespać się choć raz w takiej chacie przy ogniu z dymiącego torfu, w ciemności słabo oświetlonej ogniem, w cieple mroku, i oddychać tym zapachem wieśniaków, powietrza, deszczu, torfu i sztruksu. Ale, och, jakże mroczna jest ta zadrzewiona droga, która tam prowadzi! Można się było w tej ciemności zagubić. Na samą myśl o tym ze strachu przechodziły go ciarki.
Usłyszał głos prefekta odmawiającego ostatnią modlitwę. On też ją odmówił w intencji ochrony przed tym mrokiem, który czyhał na niego na dworze pod tymi drzewami.
Boże, nasz Ojcze, nawiedź ten dom i oddal od niego wszelkie wrogie zasadzki; niech w nim przebywają Twoi święci aniołowie i strzegą nas w pokoju, a Twoje błogosławieństwo niech nam zawsze towarzyszy. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Drżały mu palce, kiedy rozbierał się w dormitorium. Kazał swoim palcom się spieszyć. Musiał się rozebrać, a potem klęknąć i odmówić pacierz, i wejść do łóżka, zanim wyłączą gaz, żeby w razie nagłej śmierci nie pójść do piekła. Ściągnął pończochy, szybko włożył koszulę nocną, uklęknął rozdygotany przy łóżku i zmówił pacierz, szybko, szybciuteńko, bo bał się, że wyłączą gaz. Czuł, jak drżą mu ramiona, kiedy szeptał:
Niech Bóg ma w opiece ojca mego i matkę moją i zachowa ich dla mnie!
Niech Bóg ma w opiece moich młodszych braci i siostry i zachowa ich dla mnie!
Niech Bóg ma w opiece Dante i wujka Charlesa i zachowa ich dla mnie!
Przeżegnał się i szybko wdrapał na łóżko, podwinął pod stopy skrawek koszuli nocnej i skulił się w zimnej białej pościeli, drżąc i trzęsąc się cały. Ale jeśli teraz umrze, nie pójdzie do piekła; a drżenie ustanie. Jakiś głos życzył chłopcom w dormitorium dobrej nocy. Stephen wystawił na chwilę głowę spod kołdry i zobaczył żółte zasłonki po bokach i u nóg łóżka, które z każdej strony odcinały go od świata. Po cichu wygaszono światła.
Buty prefekta oddalały się. Dokąd? Po schodach i po korytarzach, czy do izby na końcu budynku? Zobaczył mrok. Czy to prawda, co mówią, że po nocach wałęsa się tutaj czarny pies, a ślepia ma wielkie jak lampy u wozu? Mówią, że to duch mordercy. Przeciągły dreszcz strachu przebiegł mu po plecach. Stephen ujrzał ciemną sień zamku. Starzy lokaje w starych liberiach zebrali się w zbrojowni nad schodami. Dzieje się to bardzo dawno temu. Starzy lokaje nic nie mówią. Płonie ogień, ale izbę spowija mrok. Jakaś postać wchodzi po schodach, idzie z sieni. Z ramion jej spływa biały płaszcz marszałka; twarz bladą ma i niezwykłą; dłoń do boku przyciska. Niezwykłymi oczyma na starych lokajów spogląda. A oni na postać tę patrzą i widzą twarz pana, i płaszcz jego widzą, i wiedzą już, że śmiertelną ranę otrzymał. Ale patrzą tylko w mrok, w czarną cichą przestrzeń. Ich pan otrzymał ranę śmiertelną na polu bitewnym pod Pragą, daleko, w zamorskiej krainie. Stoi na polu; rękę do boku przyciska, twarz bladą ma i niezwykłą, a z ramion jego spływa biały płaszcz marszałka.
Jak zimno i dziwnie robi się na myśl o tym wszystkim! Cały ten mrok jest zimny i niezwykły. Widzi tam blade niezwykłe twarze, oczy wielkie jak lampy u wozu. To duchy morderców, postaci marszałków, którzy odnieśli rany śmiertelne na polach bitewnych w zamorskich krainach. Co chcieli powiedzieć tymi swoimi niezwykłymi twarzami?
Boże, nasz Ojcze, nawiedź ten dom i oddal od niego wszelkie wrogie zasadzki…
Do domu na ferie! Będzie cudownie – koledzy mu powiedzieli. Wczesnym rankiem zasiedli w powozach, które czekały na nich przed bramami zamku. Powozy potoczyły się po żwirze. Wiwat rektor!
Hurra! Hurra! Hurra!
Powozy mijały kaplicę i wszystkie czapki poszły w górę. Jechali radośnie po wiejskich drogach. Woźnice wskazali batami na Bodenstown6. Chłopcy wiwatowali i wznosili okrzyki. Minęli gospodarstwo Wesołego Gospodarza. Okrzykom nie było końca. Jechali przez Clane, okrzykami odpowiadając na okrzyki. Wieśniaczki stały we wpółotwartych drzwiach, tu i ówdzie stali mężczyźni. W zimowym powietrzu unosił się cudowny zapach: zapach Clane, deszczu i zimowego powietrza, i tlącego się torfu, i sztruksu.
Pociąg był pełen uczniów; długi, bardzo długi czekoladowy pociąg z kremową okładziną. Konduktorzy chodzili tam i z powrotem, uchylali drzwiczki i domykali je, otwierali kluczem i na klucz zamykali. Ubrani byli w granatowe uniformy ze srebrnym szlifem; mieli srebrne gwizdki, a klucze wygrywały skoczną melodyjkę: klik, klik, klik, klik.
A pociąg pędził po płaskich polach i u stóp Wzgórza Allena. Mijały ich słupy telegraficzne, jeden za drugim. Pociąg jechał dalej. Pociąg wiedział. W sieni ojcowskiego domu są kolorowe lampiony i łańcuchy z zielonych gałązek. Ostrokrzew i bluszcz oplatają lustro między oknami, ostrokrzew i bluszcz, zielony i czerwony, opasują świecznik. Czerwony ostrokrzew i zielony bluszcz oplatają stare portrety na ścianie. Ostrokrzew i bluszcz na jego cześć i z okazji świąt Bożego Narodzenia.
Cudowne…
Nikogo nie brakło. Witaj w domu, Stephen! Rozgwar powitania. Matka go pocałowała. Czy to w porządku? Ojciec był teraz marszałkiem – był ważniejszy niż sędzia pokoju. Witaj w domu, Stephen!
Odgłosy…
Słychać odgłos pierścieni na karniszach, gdy ktoś przesuwa zasłony, słychać odgłos wody pluskającej o dno miski. Słychać odgłosy wstawania i ubierania się, i mycia w dormitorium: odgłos klaszczących dłoni prefekta, który wspina się co chwila na górę i przypomina chłopcom, że mają wyglądać elegancko. Blade światło wydobywa na jaw odsunięte pożółkłe zasłony, niepościelone łóżka. Jego łóżko jest bardzo gorące i twarz, i ciało też są bardzo gorące.
Podniósł się i usiadł na brzegu łóżka. Był osłabiony. Próbował wciągnąć pończochę. Była przeraźliwie szorstka. Promienie słoneczne były dziwne i zimne.
Fleming zapytał:
– Jesteś chory?
Powiedział, że nie wie, a Fleming na to:
– Wracaj do łóżka. Powiem McGlade’owi, żeś marny.
– Zachorował.
– Kto zachorował?
– Powiedz McGlade’owi.
– Wracaj do łóżka.
– Zachorował?
Jakiś kolega chwycił go pod pachami, a Stephen ściągnął zwisającą ze stopy pończochę i wgramolił się z powrotem do rozgrzanego łóżka.
Skulił się w pościeli, której ciepło sprawiło mu przyjemność. Słyszał, jak koledzy rozmawiają o nim, przygotowując się do mszy. To świństwo, mówili, tak wepchnąć go do szamba.
A potem ich głosy ucichły; odeszli. Jakiś głos przy łóżku zapytał:
– Dedalus, nie zakablujesz nas, prawda?
Była tam twarz Wellsa. Spojrzał i zrozumiał, że Wells ma pietra.
– Nie chciałem. Prawda, że nic nie powiesz?
Ojciec powtarzał mu, że cokolwiek się stanie, nie może kablować na kolegów. Pokręcił głową i powiedział, że nie, i poczuł się szczęśliwy. Wells zapewniał go:
– Nie chciałem, słowo honoru. To tylko dla draki. Tak mi przykro.
Twarz i głos zniknęły. Przykro mu, bo ma pietra. Ma pietra, bo myśli, że to jakaś poważna choroba. Rośliny rakowacieją, zwierzęta chorują na raka: albo coś podobnego. Było to tak dawno temu, na boisku w wieczornym świetle, skradał się z miejsca na obrzeżach swojej grupy, ciężkie ptaszysko leciało nisko w szarym świetle. Opactwo Leicester oświetlone. Zmarł tam Wolsey. Pogrzebali go opaci.
To była twarz nie Wellsa, ale prefekta. Nie odstawia szopki. Nie, nie: naprawdę go zmogło. Nie udaje. Poczuł na czole dłoń prefekta; i poczuł, jak ciepłe i wilgotne jest jego czoło pod chłodną i wilgotną dłonią prefekta. Taki właśnie jest w dotyku szczur, obślizgły, wilgotny i zimny. Każdy szczur ma parę oczu, którymi patrzy. Przylizane, obślizgłe futerko, maciupeńkie łapki gotowe do skoku, czarne lśniące ślepka do wypatrywania. Szczury wiedzą, jak skakać. Ale umysł szczura nie pojąłby trygonometrii. Kiedy są martwe, leżą na boku. Wtedy schną ich futerka. Są tylko martwymi istotami.
Prefekt znowu tu jest, to jego głos mówił do Stephena, żeby wstał, że ojciec prorektor kazał mu wstać i ubrać się, i przejść do infirmerii. A kiedy się ubierał tak szybko, jak tylko mógł, prefekt powiedział:
– Prędziutko, prędziutko, pędzimy do brata Michaela, bo ściska nas w dołku. Okropne jest takie ściskanie. Kiedy nas tak ściska w dołku, znaczy, że jesteśmy w dołku!
Miło z jego strony, że tak powiedział. Wszystko po to, żeby go rozśmieszyć. Ale on nie mógł się śmiać, bo drżały mu policzki i wargi, i prefekt musiał się roześmiać sam.
Prefekt krzyknął:
–Naprzód marsz! Słoma, siano! Słoma, siano!
Zeszli razem po schodach, przeszli korytarzem, minęli łazienkę. Kiedy przechodzili obok drzwi, przypomniał sobie ciepłą, torfową wodę w szambie, cieple wilgotne powietrze, pluski, zapach ręczników jak zapach lekarstwa i poczuł nieokreślony lęk.
W drzwiach infirmerii stał brat Michael, a zza otwartych drzwiczek mrocznej szafki po jego prawej stronie dochodził zapach jakby lekarstw. Zapach z buteleczek ustawionych na półkach. Prefekt powiedział coś do brata Michaela, a brat Michael mu odpowiedział i zwrócił się do prefekta proszę pana. Włosy miał rudawe, z odcieniem szarości, i wyglądał dziwnie. To dziwne, że zawsze będzie bratem. To dziwne, że nie można było mówić do niego proszę księdza, bo był bratem i wyglądał inaczej. Czy nie był dość pobożny i dlaczego nie udało mu się dorównać pozostałym?
W sali stały dwa łóżka i w jednym leżał uczeń, który kiedy weszli, wykrzyknął:
– Cześć! Toż to młody Dedalus! Co się dzieje?
– Dzieje się dzieją – odparował brat Michael.
Był to uczeń z trzeciej klasy, a kiedy Stephen się rozbierał, poprosił brata Michaela, żeby przyniósł mu grzankę z masłem.
– Błagam! – powiedział.
– Z masłem! Zobaczcie te jego maślane oczy! – powiedział brat Michael. – Wypiszę cię jutro rano, kiedy przyjdzie lekarz.
– Naprawdę? – zapytał uczeń. – Nie jestem jeszcze zdrowy.
Ale brat Michael powtórzył tylko:
– Jutro wypis, masz jak w banku.
Pochylił się, żeby rozgarnąć żar w kominku. Miał długi grzbiet, tak długi jak grzbiet konia pociągowego. Wstrząsnął energicznie pogrzebaczem i pokiwał głową nad trzecioklasistą.
Potem brat Michael wyszedł z sali, a trzecioklasista odwrócił się do ściany i zasnął.
To była infirmeria. Stephen był chory. Czy napisali list do matki i ojca? Byłoby szybciej, gdyby któryś z księży pojechał i sam im to powiedział. Albo gdyby Stephen napisał list, a ksiądz go im zawiózł.
Droga Matko!
Jestem chory. Chcę wracać do domu. Błagam, przyjedź tu i zabierz mnie stąd. Jestem w infirmerii.
Twój kochający syn
Stephen
Jak daleko byli od niego! Światło słoneczne za oknem było zimne. Zastanawiał się, czy umrze. Przecież można umrzeć nawet w słoneczny dzień. Może umrzeć, zanim matka po niego przyjedzie. Wtedy odprawią w jego intencji mszę żałobną w kaplicy, taką samą jak wtedy, kiedy umarł Little, o czym mówili mu koledzy. Wezmą w niej udział wszyscy uczniowie, wszyscy będą ubrani na czarno, wszyscy będą mieli smutne miny. Wells też tam będzie, ale nikt na niego nie spojrzy. Będzie też rektor w czarno-złotej kapie i będą długie żółte świece na ołtarzu i na katafalku. I powoli wyniosą trumnę z kaplicy, i pochowają go na małym wiejskim cmentarzu przy głównej alei lipowej. I wtedy Wellsowi będzie naprawdę przykro, że zrobił, co zrobił. A dzwon będzie bił powoli.
Słyszał to bicie dzwonu. Powtórzył w myślach słowa piosenki, której nauczyła go Brigid:
Biją dzwony na zamczysku!
Żegnaj, matko droga!
Pochowaj mnie na cmentarzysku,
Gdzie śpi siostra ma, nieboga.
Spocznę w trumnie, przy mej głowie
Staną w szóstkę aniołowie,
Dwóch zaśpiewa, dwóch modły wzniesie,
Dwóch duszę moją do nieba poniesie.
Jakie to piękne i jakie smutne! Jak pięknie brzmią te słowa, które mówią pochowaj mnie na cmentarzysku! Dreszcz przeszedł mu po plecach. Jakie to smutne i jakie piękne! Chciało mu się płakać, po cichu, nie nad sobą, tylko z powodu tych słów, tak pięknych i tak smutnych jak muzyka. Bije dzwon! Dzwon! Żegnajcie! Ach, żegnajcie!
Zimne światło słońca było coraz słabsze, a brat Michael stał przy jego łóżku z miseczką bulionu. Ucieszył się, bo usta miał spieczone i suche. Słyszał, jak chłopcy bawią się na boisku. A życie w gimnazjum toczyło się, jakby był nadal z nimi.
Brat Michael zbierał się do wyjścia, a uczeń z trzeciej klasy prosił go, żeby nie zapomniał i przyszedł, i powiedział mu o wszystkim, o czym piszą w gazecie. Wyjawił Stephenowi, że nazywa się Athy i że jego ojciec trzyma wiele koni wyścigowych, które świetnie biorą przeszkody, i że ojciec powie mu, którego konia obstawiać, kiedy go tylko brat Michael o to poprosi, bo brat Michael jest bardzo uczynny i zawsze mówi mu, o czym piszą w gazecie, którą codziennie przynoszą na zamek. W gazecie były najrozmaitsze wiadomości: o wypadkach, katastrofach morskich, sporcie i polityce.
– A teraz w gazecie sama polityka – powiedział. – Czy u ciebie w rodzinie rozmawia się o polityce?
– Rozmawia – odparł Stephen.
– To tak jak w mojej.
Pomyślał przez chwilę i stwierdził:
– Masz dziwne nazwisko, Dedalus. Ja też mam dziwne nazwisko: Athy. Moje nazwisko pochodzi od nazwy miasta. Twoje jest jakieś łacińskie.
Potem zapytał:
– Umiesz rozwiązywać zagadki?
Stephen odpowiedział:
– Trochę.
Zapytał więc:
– A znasz odpowiedź na tę zagadkę? Dlaczego hrabstwo Kildare jest jak nogawka szkolnych bryczesów?
Stephen pomyślał nad odpowiedzią i rzekł:
– Poddaję się.
– Bo jest w nim udo. Kapujesz? Athy to miasteczko w hrabstwie Kildare, a jego nazwę wymawia się tak samo jak a thigh, czyli udo. A więc Athy to udo, tylko że inne udo.
– No tak, rozumiem.
– To stara zagadka.
Po chwili znowu zapytał:
– A wiesz co?
– Co? – spytał Stephen.
– Wiesz, że można zadać tę zagadkę inaczej?
– Naprawdę? – zapytał Stephen.
– Tę samą zagadkę – odparł. – Wiesz, jak można ją zadać?
– Nie.
– Nic ci nie przychodzi do głowy?
Spoglądał na Stephena znad pościeli, kiedy do niego mówił. Potem opadł na poduszkę i rzekł:
– Można zadać ją inaczej, ale nie powiem ci jak.
Dlaczego nie chce mu powiedzieć? Ojciec, który trzyma konie wyścigowe, pewnie jest sędzią pokoju jak ojciec Saurina i ojciec Wstręciora Roche’a. Pomyślał o własnym ojcu, o tym, jak ojciec śpiewał piosenki, a matka mu akompaniowała, i jak zawsze kiedy prosił go o sześć pensów, dostawał szylinga, i przykro mu było, że ojciec nie jest sędzią pokoju jak ojcowie innych uczniów. Dlaczego w takim razie wysłano go do szkoły razem z nimi? Ojciec powiedział mu, że czuć się będzie jak u siebie, bo właśnie tam pięćdziesiąt lat temu jego wujek wygłosił mowę na cześć Oswobodziciela7. Ludzi z tamtych czasów można poznać po staroświeckich strojach. Wydawało mu się, że były to poważne czasy, i zastanawiał się, czy w tamtych czasach uczniowie w Clongowes ubierali się w granatowe marynarki z miedzianymi guzikami i żółte kamizelki i nosili czapki z króliczej skórki, i pili piwo jak dorośli, i trzymali własne charty do polowania na zające.
Wyjrzał przez okno i zobaczył blednące światło dnia. Na boisku zaległa już szara mgła. Nie dochodziły stamtąd żadne odgłosy. Uczniowie są pewnie na lekcjach, a może ojciec Arnall czyta im żywoty świętych.
To dziwne, że nie podali mu żadnego lekarstwa. Może przyniesie je brat Michael, kiedy przyjdzie. Mówią, że kiedy leżysz w infirmerii, podają ci do wypicia jakieś śmierdzące mikstury. Ale czuł się już lepiej. Dobrze byłoby powoli wracać do zdrowia. Dostałby pewnie jakąś książkę. W bibliotece jest taka książka o Holandii. A w niej są piękne obce nazwy i obrazki dziwnie wyglądających miast i statków. Dałaby mu wiele radości.
A pod oknem światło takie blade! Ale to miło. Na ścianie płomień to unosił się, to znów opadał. Jak fale. Ktoś dorzucił węgla i Stephen usłyszał głosy. Rozmawiały ze sobą. Były jak dźwięk fal. A może to fale rozmawiały ze sobą, wznosząc się i opadając.
Widział morze fal, długie, ciemne fale, które wznoszą się i opadają, ciemne w tę bezksiężycową noc. Drobne światełko migotało na końcu pirsu, kiedy wpływał statek: Stephen ujrzał tłum ludzi, który zebrał się na brzegu wody, żeby zobaczyć, jak statek zawija do ich portu. Jakiś wysoki mężczyzna stał na pokładzie i patrzył na płaski i mroczny ląd; w świetle na pirsie ujrzał jego twarz, przygnębioną twarz brata Michaela.
I zobaczył, jak brat Michael unosi dłoń ku ludziom, i usłyszał ponad wodami jego donośny, żałobny głos:
– Nie żyje. Widzieliśmy go na katafalku.
A ludzie odpowiedzieli lamentem:
– Parnell! Parnell! Nie żyje8.
Padli na kolana, jęczeli w rozpaczy.
I zobaczył Dante w kasztanowej aksamitnej sukni, z zielonym aksamitnym płaszczem spływającym z ramion, jak przechodzi dumnie, w milczeniu obok tych ludzi, którzy padli na kolana na brzegu wody.
Dalsza część w wersji pełnej
1 Michael Davitt (1846–1906) i Charles Stewart Parnell (1846–1891) – irlandzcy działacze niepodległościowi, początkowo współpracujący ze sobą. Po głośnym skandalu, jakim było ujawnienie romansu Parnella z mężatką, Davitt wystąpił przeciw dawnemu sprzymierzeńcowi. Osamotnionego Parnella, do niedawna bohatera narodowego, napiętnowali hierarchowie Kościoła katolickiego w Irlandii, a Irlandzka Partia Parlamentarna usunęła go ze stanowiska przewodniczącego. Dwa lata później Parnell zmarł.
2 Zob. Prz 30,17 („Oko, które urąga ojcu i które gardzi rodzeniem matki swojej, niech wyklują kruki znad potoków i niech je wyjedzą orlęta”). Wszystkie biblijne cytaty na podstawie: Biblia w przekładzie Jakuba Wujka,, Kraków 1962 r.
3 Archibald Hamilton Rowan (1751–1834) – jeden z bohaterów irlandzkiego ruchu niepodległościowego. W roku 1794, uciekając przed Brytyjczykami, próbował schronić się na zamku w Clongowes Wood. Jak głosi legenda, żeby zmylić pościg, wrzucił do fosy kapelusz. W 1814 roku zamek przeszedł w ręce jezuitów, którzy założyli w nim szkolę dla chłopców.
4 W czasie wojny Dwu Róż (1455–1485) dynastię Lancasterów symbolizowała czerwona róża, popieranych zaś przez Irlandczyków Yorków – biała. Yorkowie wojnę przegrali.
5 Z Liturgii godzin.
6 W Bodenstown pochowany został Wolfe Tone, irlandzki bohater narodowy (zob. przypis 14).
7 Oswobodziciel, czyli Daniel O’Connell – irlandzki polityk niepodległościowy, który w 1829 roku doprowadził do zniesienia antykatolickich ustaw skierowanych m.in. przeciwko Irlandczykom.
8 Parnell zmarł w Anglii 6 października 1891 roku, a pięć dni później jego ciało sprowadzono do Dublina.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
I
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
