Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 581 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Portier nosi garnitur od Gabbany - Lauren Weisberger

Bette Robinson pracuje w dziele bankowości inwestycyjnych z pełnym poświęceniem, bo tego oczekuje się od pracowników wielkich korporacji, ale nienawidzi swojego zajęcia, które nie zostawia jej ani chwili na życie towarzyskie. Lubi czytać romanse i z przyjemnością uczestniczy w zebraniach klubu książki, gdzie dziewczyny marzą o wielkiej miłości. W końcu znużona 'wyścigiem szczurów' rezygnuje z posady i zaczyna rozkoszować się pełną wolności. Kurczące się zasoby finansowe zmuszają ja do znalezienia następnej pracy - udaje jej się zatrudnić w modnej agencji public relations. Uczestnictwo w życiu towarzyskim należy tu do obowiązków służbowych.

Opinie o ebooku Portier nosi garnitur od Gabbany - Lauren Weisberger

Fragment ebooka Portier nosi garnitur od Gabbany - Lauren Weisberger

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Bet­te Ro­bin­son pra­cu­je w dzia­le ban­ko­wo­ści in­we­sty­cyj­nej, ale nie­na­wi­dzi swo­je­go za­ję­cia, któ­re nie zo­sta­wia jej ani chwi­li na ży­cie to­wa­rzy­skie. Lubi czy­tać ro­man­se i z przy­jem­no­ścią uczest­ni­czy w ze­bra­niach klu­bu książ­ki, gdzie pa­nie ma­rzą o wiel­kiej mi­ło­ści. W koń­cu znu­żo­na „wy­ści­giem szczu­rów” re­zy­gnu­je z po­sa­dy i za­czy­na roz­ko­szo­wać się peł­nią wol­no­ści. Kur­czą­ce się za­so­by fi­nan­so­we zmu­sza­ją Bet­ty do zna­le­zie­nia na­stęp­nej pra­cy – uda­je jej się za­trud­nić w mod­nej agen­cji pu­blic re­la­tions. Uczest­nic­two w ży­ciu to­wa­rzy­skim na­le­ży tu do obo­wiąz­ków służ­bo­wych. Pra­ca w Kel­ly & Co. wpro­wa­dza dziew­czy­nę na sa­lo­ny naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych noc­nych klu­bów Man­hat­ta­nu; dzię­ki niej może ob­ra­cać się wśród praw­dzi­wych ce­le­bry­tów: sław fil­mu, es­tra­dy i re­kla­my. Przy­pad­ko­wo uzna­na za nową mi­łość Phi­li­pa We­sto­na, zna­ne­go play­boya, sta­je się obiek­tem za­in­te­re­so­wa­nia pa­pa­raz­zich i plot­kar­skich ko­lumn. Wy­so­ka po­zy­cja za­wo­do­wa po­waż­nie ogra­ni­cza jej moż­li­wość na­wią­za­nia bliż­szej zna­jo­mo­ści z Sam­mym, obiek­tem ro­man­tycz­nych wes­tchnień, któ­ry do no­wo­jor­skiej śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej od­no­si się z nie­skry­wa­nym dy­stan­sem…

LAU­REN WE­IS­BER­GER

Pi­sar­ka i dzien­ni­kar­ka ame­ry­kań­ska. Ukoń­czy­ła Cor­nell Uni­ver­si­ty. Przez rok włó­czy­ła się z ple­ca­kiem po świe­cie, od­wie­dza­jąc m.in. Eu­ro­pę, Isra­el, Egipt, Taj­lan­dię, In­die i Ne­pal. Po po­wro­cie do USA pod­ję­ła pra­cę w po­pu­lar­nym ma­ga­zy­nie mody „Vo­gue”, a na­stęp­nie w cza­so­pi­śmie po­dróż­ni­czym „De­par­tu­res”; uczest­ni­czy­ła też w warsz­ta­tach li­te­rac­kich. Swo­ją sze­fo­wą z „Vo­gue”, Annę Win­to­ur, spor­tre­to­wa­ła jako „dia­bła” w opu­bli­ko­wa­nej w 2003 po­wie­ści Dia­beł ubie­ra się u Pra­dy, któ­ra oka­za­ła się świa­to­wym be­st­sel­le­rem. Po­wo­dze­nie de­biu­tanc­kiej książ­ki prze­ło­ży­ło się na suk­ces jej ad­ap­ta­cji fil­mo­wej z Me­ryl Stre­ep i Anne Ha­tha­way w ro­lach głów­nych. Oprócz Dia­bła, We­is­ber­ger ma w swo­im do­rob­ku czte­ry po­wie­ści: Por­tier nosi gar­ni­tur od Gab­ba­ny, W po­go­ni za Har­rym Win­sto­nem, Ostat­nia noc w Cha­te­au Mar­mont i Ze­msta ubie­ra się u Pra­dy.

www.lau­ren­we­is­ber­ger.com

Tej au­tor­ki

POR­TIER NOSI GAR­NI­TUR OD GAB­BA­NY

W PO­GO­NI ZA HAR­RYM WIN­STO­NEM

OSTAT­NIA NOC W CHA­TE­AU MAR­MONT

Dia­beł

DIA­BEŁ UBIE­RA SIĘ U PRA­DY

ZE­MSTA UBIE­RA SIĘ U PRA­DY

oraz

AME­RY­KAŃ­SKIE DZIEW­CZY­NY PO­SZU­KU­JĄ SZCZĘ­ŚCIA

(współ­au­tor­ka)

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

EVE­RY­ONE WORTH KNO­WING

Co­py­ri­ght © Lau­ren We­is­ber­ger 2005

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2006

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Han­na Sza­jow­ska 2006

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Ilu­stra­cja na okład­ce: Geo­r­ge Mey­er/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-190-5

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Moim dziad­kom:

to po­win­no im po­móc za­pa­mię­tać,

któ­rym z wnu­cząt je­stem.

1

Ja­kie to uczu­cie na­le­żeć do gro­na wy­brań­ców?

Baby, You’re a Rich Man (1967)

Pau­la McCart­neya i Joh­na Len­no­na

Cho­ciaż za­uwa­ży­łam ruch tyl­ko ką­tem oka, od razu wie­dzia­łam, że brą­zo­we stwo­rze­nie, któ­re po­mknę­ło przez moją wy­pa­czo­ną drew­nia­ną pod­ło­gę, to mu­siał być ka­ra­luch – naj­więk­szy, naj­tłust­szy in­sekt, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam. Su­per­ro­bal o włos omi­nął moją bosą sto­pę, po czym znik­nął pod bi­blio­tecz­ką.

Drżąc, zmo­bi­li­zo­wa­łam się do wy­ko­na­nia cza­kry od­de­cho­wej, któ­rej na­uczy­łam się pod­czas wy­mu­szo­ne­go przez ro­dzi­ców po­by­tu w aśra­mie. Tęt­no zwol­ni­ło mi nie­co po kil­ku wy­ma­ga­ją­cych sku­pie­nia od­de­chach z „od” przy wde­chu i „pręż” przy wy­de­chu, a po paru mi­nu­tach opa­no­wa­łam się na tyle, żeby pod­jąć ko­niecz­ne środ­ki ostroż­no­ści. Po pierw­sze, wy­cią­gnę­łam Mil­ling­ton (któ­ra też cho­wa­ła się, prze­ra­żo­na) z kry­jów­ki pod ka­na­pą. Na­tych­miast po­tem wy­ję­łam za­pi­na­ne na za­mek bły­ska­wicz­ny ko­za­ki, by osło­nić nogi, otwo­rzy­łam drzwi na ko­ry­tarz, chcąc za­chę­cić ro­ba­la do opusz­cze­nia miesz­ka­nia, i za­czę­łam roz­py­lać eks­tra­moc­ną, ku­pio­ną na czar­nym ryn­ku tru­ci­znę po wszyst­kich ką­tach mo­je­go mi­nia­tu­ro­we­go lo­kum. Du­si­łam przy­cisk, jak­by to była broń za­czep­na, i pro­wa­dzi­łam oprysk jesz­cze pra­wie dzie­sięć mi­nut póź­niej, kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon.

Na wy­świe­tla­czu bły­snął nu­mer Pe­ne­lo­pe. Mia­łam za­miar ją zi­gno­ro­wać, ale zda­łam so­bie spra­wę, że jest jed­ną z dwóch osób mo­gą­cych mi udzie­lić schro­nie­nia. W ra­zie gdy­by ka­ra­luch zdo­łał prze­żyć fu­mi­ga­cję i znów za­wę­dro­wał do sa­lo­nu, mu­sia­ła­bym prze­no­co­wać u niej albo u wuj­ka Wil­la. Nie ma­jąc pew­no­ści, gdzie jest Will dziś wie­czo­rem, uzna­łam, że mą­drze bę­dzie za­cho­wać ka­na­ły ko­mu­ni­ka­cyj­ne nie­na­ru­szo­ne. Ode­bra­łam.

– Pen, zo­sta­łam za­ata­ko­wa­na przez naj­więk­sze­go ka­ra­lu­cha na Man­hat­ta­nie. Co mam ro­bić? – za­py­ta­łam w tej sa­mej se­kun­dzie, w któ­rej pod­nio­słam słu­chaw­kę.

– Bet­te, mam NO­WI­NY! – wy­pa­li­ła, wy­raź­nie nie­wzru­szo­na moją pa­ni­ką.

– Wie­ści wy­ma­ga­ją­ce więk­szej uwa­gi niż moja pla­ga?

– Ave­ry wła­śnie się oświad­czył! – wrza­snę­ła Pe­ne­lo­pe. – Za­rę­czy­li­śmy się!

– Ja­sna cho­le­ra. – Te dwa pro­ste sło­wa, „za­rę­czy­li­śmy się”, mo­gły jed­ną oso­bę tak bar­dzo uszczę­śli­wić, a dru­gą tak bar­dzo po­grą­żyć w ża­ło­ści. Po chwi­li uru­cho­mił się mój we­wnętrz­ny au­to­pi­lot, przy­po­mi­na­jąc, że zwer­ba­li­zo­wa­nie tego, co na­praw­dę my­ślę, by­ło­by, de­li­kat­nie mó­wiąc, nie­sto­sow­ne. Pen, to mier­no­ta. Ze­psu­ty ćpun, dzie­ciak w cie­le fa­ce­ta. Wie, że nie jest z two­jej ligi, i wkła­da ci pier­ścio­nek na pa­lec, za­nim zdasz so­bie spra­wę z tego, co się dzie­je. Go­rzej, wy­cho­dząc za nie­go, bę­dziesz tyl­ko cze­ka­ła, żeby za dzie­sięć lat od dzi­siaj za­stą­pił cię młod­szą, bar­dziej sek­sow­ną wer­sją cie­bie, zo­sta­wia­jąc cię, że­byś się ja­koś po­zbie­ra­ła. Nie rób tego! Nie rób tego! Nie rób!

– Omój­bo­że! – wrza­snę­łam w od­po­wie­dzi. – Gra­tu­la­cje! Tak strasz­nie się cie­szę!

– Och, Bet­te, wie­dzia­łam, że się ucie­szysz. Le­d­wie mogę mó­wić, wszyst­ko dzie­je się tak szyb­ko!

Tak szyb­ko? To je­dy­ny fa­cet, z któ­rym się uma­wia­łaś, od­kąd skoń­czy­łaś dzie­więt­na­ście lat. Nie moż­na po­wie­dzieć, że to coś nie­ocze­ki­wa­ne­go – mi­nę­ło osiem lat. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że Ave­ry nie zła­pie opryszcz­ki na wie­czo­rze ka­wa­ler­skim w Ve­gas.

– Opo­wiedz mi wszyst­ko. Kie­dy? Jak? Pier­ścio­nek? – traj­ko­ta­łam, od­gry­wa­jąc rolę naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki cał­kiem prze­ko­nu­ją­co, jak są­dzę, bio­rąc pod uwa­gę oko­licz­no­ści.

– No wiesz, nie mogę dłu­go roz­ma­wiać, je­ste­śmy te­raz w Pla­za. Pa­mię­tasz, jak na­le­gał, żeby ode­brać mnie dzi­siaj z pra­cy? – Nie cze­ka­jąc na moją od­po­wiedź, cią­gnę­ła bez tchu: – Na dole cze­kał sa­mo­chód, ale on po­wie­dział mi, że to tyl­ko dla­te­go, że nie mógł zła­pać tak­sów­ki i mamy być na ko­la­cji w domu jego ro­dzi­ców za dzie­sięć mi­nut. Oczy­wi­ście by­łam tro­chę zi­ry­to­wa­na, że nie za­py­tał, czy chcę iść na tę ko­la­cję – po­wie­dział, że zro­bił re­zer­wa­cję w Per Se, a wiesz, jak cięż­ko się tam do­stać – i pi­li­śmy drin­ki w bi­blio­te­ce przed ko­la­cją, kie­dy we­szli wszy­scy nasi ro­dzi­ce. Za­nim się zo­rien­to­wa­łam, co się dzie­je, już przy­kląkł na jed­no ko­la­no!

– Na oczach wszyst­kich ro­dzi­ców? Oświad­czył się pu­blicz­nie? – Wie­dzia­łam, że w moim gło­sie brzmi prze­ra­że­nie, ale nie zdo­ła­łam się opa­no­wać.

– Bet­te, to żad­na pu­blicz­ność. Tyl­ko nasi ro­dzi­ce, i po­wie­dział naj­słod­sze rze­czy na świe­cie. Wiesz, nig­dy by­śmy się nie spo­tka­li, gdy­by nie oni, więc ro­zu­miem, o co mu cho­dzi­ło. A te­raz po­słu­chaj – dał mi dwa pier­ścion­ki!

– Dwa pier­ścion­ki?

– Dwa pier­ścion­ki. Sze­ścio­ka­ra­to­wy nie­ska­zi­tel­ny bry­lant w pla­ty­nie, któ­ry na­le­żał do jego pra­pra­bab­ki i jest prze­ka­zy­wa­ny w ro­dzi­nie przez po­ko­le­nia jako praw­dzi­wy pier­ścio­nek, i bar­dzo ład­ny trzy­ka­ra­to­wy dia­ment, asher, z ba­giet­ka­mi, znacz­nie bar­dziej zno­śny.

– Zno­śny?

– Ra­czej nie da się szwen­dać po uli­cach No­we­go Jor­ku z sze­ścio­ka­ra­to­wym ka­mie­niem, ro­zu­miesz. Uzna­łam, że to bar­dzo spryt­ne za­gra­nie.

– Dwa pier­ścion­ki?

– Bet­te, skup się! Stam­tąd po­szli­śmy do Gra­mer­cy Ta­vern, gdzie mój oj­ciec zdo­łał na­wet wy­łą­czyć ko­mór­kę na czas trwa­nia ko­la­cji i wznieść sto­sun­ko­wo miły to­ast, po­tem po­je­cha­li­śmy na prze­jażdż­kę do­roż­ką po Cen­tral Par­ku, a te­raz je­ste­śmy w apar­ta­men­cie w Pla­za. Po pro­stu mu­sia­łam za­dzwo­nić i ci po­wie­dzieć!

Gdzie, och gdzie, po­dzia­ła się moja przy­ja­ciół­ka? Pe­ne­lo­pe, któ­ra na­wet nie oglą­da­ła pier­ścion­ków za­rę­czy­no­wych, bo uwa­ża­ła, że wszyst­kie wy­glą­da­ją tak samo, któ­ra trzy mie­sią­ce temu, kie­dy na­sza wspól­na ko­le­żan­ka z col­le­ge’u za­rę­czy­ła się w do­roż­ce, po­wie­dzia­ła mi, że to naj­bar­dziej pre­ten­sjo­nal­na rzecz na świe­cie, wła­śnie prze­dzierz­gnę­ła się w na­rze­czo­ną nie­bez­piecz­nie po­dob­ną do żony ze Step­for­du. Czy czu­łam po pro­stu roz­go­ry­cze­nie? Oczy­wi­ście, że tak. Sama naj­bli­żej za­rę­czyn by­łam pod­czas lek­tu­ry za­po­wie­dzi ślub­nych w „New York Ti­me­sie”, zna­nych też jako „Stro­na spor­to­wa dla sa­mot­nych dziew­czyn”, co nie­dzie­la pod­czas brun­chu. Ale to nie mia­ło nic wspól­ne­go z te­ma­tem.

– Tak się cie­szę, że za­dzwo­ni­łaś! I nie mogę się do­cze­kać, żeby usły­szeć o wszyst­kich szcze­gó­łach, ale te­raz masz za­rę­czy­ny do skon­su­mo­wa­nia. Kończ tę roz­mo­wę i idź uczy­nić swo­je­go na­rze­czo­ne­go szczę­śli­wym czło­wie­kiem. Czy to nie brzmi dzi­wacz­nie? „Na­rze­czo­ny”…

– Och, Ave­ry roz­ma­wia przez te­le­fon z kimś z pra­cy. Po­wta­rzam mu, żeby koń­czył… – stwier­dzi­ła gło­śno z my­ślą o nim – ale gada i gada. Jak ci mija wie­czór?

– Ach, ko­lej­ny osza­ła­mia­ją­cy pią­tek. Niech po­my­ślę. Po­szły­śmy z Mil­ling­ton na spa­cer nad rze­kę i po dro­dze ja­kiś bez­dom­ny dał jej cia­stecz­ko, więc była uszczę­śli­wio­na, a po­tem wró­ci­łam do domu i za­bi­łam, a przy­najm­niej taką mam na­dzie­ję, naj­więk­sze­go, jak są­dzę, in­sek­ta za­miesz­ku­ją­ce­go za­chod­nią pół­ku­lę. Za­mó­wi­łam wiet­nam­skie je­dze­nie, ale je wy­rzu­ci­łam, kie­dy so­bie przy­po­mnia­łam, że czy­ta­łam o ja­kiejś wiet­nam­skiej knaj­pie w po­bli­żu za­mknię­tej za ugo­to­wa­nie psa, więc za­raz zjem na ele­ganc­ką ko­la­cję od­grze­wa­ny ryż z fa­sol­ką i pacz­kę stę­chłych twiz­zler­sów. O Chry­ste, ga­dam jak z te­le­wi­zyj­nej re­kla­my obia­dów, praw­da?

Tyl­ko się ro­ze­śmia­ła, wy­raź­nie nie znaj­du­jąc w tej kon­kret­nej chwi­li słów po­cie­sze­nia. Klik­nę­ła dru­ga li­nia, wska­zu­jąc, że dzwo­ni ktoś jesz­cze.

– Och, to Mi­cha­el. Mu­szę mu po­wie­dzieć. Nie masz nic prze­ciw­ko temu, że­bym zro­bi­ła po­łą­cze­nie kon­fe­ren­cyj­ne? – za­py­ta­ła.

– Ja­sne. Z przy­jem­no­ścią usły­szę, jak mu to mó­wisz. – Mi­cha­el bez wąt­pie­nia bę­dzie współ­uczest­ni­czył w ża­ło­bie z po­wo­du ca­łej sy­tu­acji, kie­dy tyl­ko Pe­ne­lo­pe odło­ży słu­chaw­kę, bo nie­na­wi­dzi Ave­ry’ego jesz­cze bar­dziej niż ja.

Roz­le­gło się klik­nię­cie, po któ­rym na­stą­pi­ła chwi­la ci­szy i ko­lej­ne pstryk­nię­cie.

– Wszy­scy obec­ni? – pi­snę­ła Pe­ne­lo­pe, choć nie na­le­ża­ła do dziew­czyn, któ­re pisz­czą. – Mi­cha­el? Bet­te? Je­ste­ście obo­je?

Mi­cha­el był moim i Pe­ne­lo­pe ko­le­gą z UBS1, ale od­kąd zo­stał wi­ce­pre­ze­sem (naj­młod­szym w hi­sto­rii), wi­dy­wa­ły­śmy go znacz­nie rza­dziej. Cho­ciaż był po­waż­nie za­an­ga­żo­wa­ny w zwią­zek, do­pie­ro za­rę­czy­ny Pe­ne­lo­pe na­praw­dę po­ka­za­ły, co się dzie­je: do­ra­sta­li­śmy.

– Cześć dziew­czy­ny – rzu­cił Mi­cha­el zmę­czo­nym gło­sem.

– Mi­cha­el, zgad­nij, co się sta­ło? Za­rę­czy­łam się!

Nie­mal nie­zau­wa­żal­ne za­wa­ha­nie. Wie­dzia­łam, że po­dob­nie jak ja nie jest za­sko­czo­ny, ale usil­nie sta­rał się sfor­mu­ło­wać ja­kąś wia­ry­god­nie en­tu­zja­stycz­ną od­po­wiedź.

– Pen, fan­ta­stycz­na wia­do­mość! – Do­słow­nie wrza­snął do słu­chaw­ki. Po­ziom de­cy­be­li w po­waż­nym stop­niu zre­kom­pen­so­wał brak szcze­rej ra­do­ści w jego gło­sie i za­no­to­wa­łam so­bie w pa­mię­ci, żeby wy­ko­rzy­stać to na­stęp­nym ra­zem.

– Wiem! – za­nu­ci­ła Pe­ne­lo­pe. – Wie­dzia­łam, że ty i Bet­te bę­dzie­cie się cie­szyć ra­zem ze mną. Wszyst­ko sta­ło się za­le­d­wie kil­ka go­dzin temu i je­stem tak pod­eks­cy­to­wa­na, że za­raz wy­buch­nę.

– Oczy­wi­ście bę­dzie­my mu­sie­li to uczcić – gło­śno stwier­dził Mi­cha­el. – Black Door, tyl­ko my tro­je, licz­ne por­cje cze­goś moc­ne­go i ta­nie­go.

– Sta­now­czo – po­par­łam go za­chwy­co­na, że mogę coś do­dać. – Zde­cy­do­wa­nie or­ga­ni­zu­je­my uro­czy­stość.

– Do­brze, ko­cha­ni! – krzyk­nę­ła w prze­strzeń Pe­ne­lo­pe, nie ob­da­rza­jąc na­szych pi­jac­kich pla­nów zbyt wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem. – Słu­chaj­cie, Ave­ry skoń­czył roz­ma­wiać i cią­gnie za ka­bel. Ave­ry, prze­stań! Mu­szę le­cieć, ale póź­niej do was za­dzwo­nię. Bet­te, do zo­ba­cze­nia ju­tro w pra­cy. Ko­cham was!

Klik­nę­ło, a po­tem ode­zwał się Mi­cha­el:

– Je­steś tam jesz­cze?

– Ja­sne. Chcesz do mnie za­dzwo­nić, czy ja mam za­dzwo­nić do cie­bie? – Już wcze­śniej się zo­rien­to­wa­li­śmy, że nie moż­na być pew­nym odłą­cze­nia trze­ciej li­nii. Z tego też po­wo­du za­wsze po­dej­mo­wa­li­śmy ko­niecz­ne środ­ki ostroż­no­ści, koń­cząc sta­re po­łą­cze­nie, a do­pie­ro po­tem za­czy­na­jąc ob­ra­biać ty­łek oso­bie, któ­ra pierw­sza odło­ży­ła słu­chaw­kę.

Gdzieś w tle usły­sza­łam znie­kształ­co­ny głos z in­ter­ko­mu.

– Cho­le­ra, wła­śnie mnie wzy­wa­ją. Nie mogę te­raz roz­ma­wiać. Mo­że­my po­ga­dać ju­tro? – spy­tał Mi­cha­el.

– Ja­sne. Po­zdrów ode mnie Megu, do­brze? Mi­cha­el, nie idź i nie za­rę­czaj się tak od razu. Nie są­dzę, że­bym zdo­ła­ła znieść to tak­że u cie­bie.

Ro­ze­śmiał się i wy­łą­czył coś, co brzmia­ło jak bi­per sza­le­ją­cy obok te­le­fo­nu.

– Nie mu­sisz się tym mar­twić, obie­cu­ję. Ju­tro po­ga­da­my. Bet­te, gło­wa do góry. Może i jest to naj­gor­szy fa­cet, ja­kie­go każ­de z nas w ży­ciu spo­tka­ło, ale ona wy­da­je się szczę­śli­wa, a cze­go wię­cej moż­na so­bie ży­czyć, praw­da?

Roz­łą­czy­li­śmy się i przez kil­ka mi­nut wpa­try­wa­łam się w te­le­fon, po czym wy­wie­si­łam się przez okno w da­rem­nym wy­sił­ku do­strze­że­nia kil­ku cali ko­ją­ce­go kra­jo­bra­zu nad rze­ką. Miesz­ka­nie nie było nad­zwy­czaj­ne, ale na szczę­ście mia­łam je całe dla sie­bie. Nie dzie­li­łam go z ni­kim od pra­wie dwóch lat, od­kąd Ca­me­ron się wy­pro­wa­dził, i cho­ciaż było tak dłu­gie i wą­skie, że mo­głam wy­cią­gnąć nogi i pra­wie do­tknąć prze­ciw­le­głej ścia­ny, cho­ciaż znaj­do­wa­ło się na Mur­ray Hill i pod­ło­gi lek­ko się pa­czy­ły, a ka­ra­lu­chy mno­ży­ły, je­dy­ne, co się li­czy­ło, to to, że kró­lo­wa­łam we wła­snym pry­wat­nym pa­ła­cu. Sam bu­dy­nek, be­to­no­wy po­twór, stał na rogu Trzy­dzie­stej Czwar­tej i Pierw­szej Alei. Był to wie­lo­czę­ścio­wy gi­gant, miesz­czą­cy tak zna­ko­mi­tych lo­ka­to­rów, jak je­den na­sto­let­ni czło­nek boys­ban­du, je­den za­wo­do­wy gracz w squ­asha, jed­na gwiaz­da fil­mów por­no kla­sy B i staj­nia jej go­ści, je­den prze­cięt­ny oby­wa­tel, jed­na była gwiaz­da fil­mów dzie­cię­cych, któ­ra nie pra­co­wa­ła od dwóch dzie­siąt­ków lat, i całe set­ki świe­żo upie­czo­nych ab­sol­wen­tów col­le­ge’u, któ­rzy nie mo­gli znieść my­śli o opusz­cze­niu na do­bre aka­de­mi­ka. Dom miał roz­le­gły wi­dok na East Ri­ver, oczy­wi­ście je­śli czy­jaś de­fi­ni­cja „roz­le­głych wi­do­ków” obej­mu­je dźwig bu­dow­la­ny, kil­ka śmiet­ni­ków, ścia­nę okien bu­dyn­ku na­prze­ciw­ko i ka­wa­łek rze­ki sze­ro­ko­ści mniej wię­cej trzech cali, wi­docz­ny wy­łącz­nie po wy­ko­na­niu nie­wia­ry­god­nie skom­pli­ko­wa­nych fi­gur akro­ba­tycz­nych. Cały ten luk­sus mia­łam do wy­łącz­nej dys­po­zy­cji za ekwi­wa­lent mie­sięcz­ne­go czyn­szu za wol­no sto­ją­cy dom poza mia­stem, z czte­re­ma sy­pial­nia­mi, dwo­ma ła­zien­ka­mi i to­a­le­tą.

Zwi­nię­ta na ka­na­pie, roz­wa­ża­łam swo­ją re­ak­cję na no­wi­ny. Uzna­łam, że to, co po­wie­dzia­łam, za­brzmia­ło do­sta­tecz­nie szcze­rze i cho­ciaż nie­ko­niecz­nie en­tu­zja­stycz­nie, Pe­ne­lo­pe wie­dzia­ła, że prze­sad­ny en­tu­zjazm nie leży w mo­jej na­tu­rze. Uda­ło mi się za­py­tać o pier­ścion­ki – w licz­bie mno­giej – i stwier­dzić, że bar­dzo się cie­szę. Oczy­wi­ście nie po­wie­dzia­łam ni­cze­go z głę­bi ser­ca czy też nie­zwy­kle zna­czą­ce­go, ale praw­do­po­dob­nie była zbyt pod­nie­co­na, żeby to za­uwa­żyć. W su­mie wy­stęp na so­lid­ną czwór­kę z plu­sem.

Mój od­dech unor­mo­wał się na tyle, że zdo­ła­łam za­pa­lić ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa, dzię­ki cze­mu po­czu­łam się nie­co le­piej. Po­mógł też fakt, że ka­ra­luch nie po­ja­wił się po­now­nie. Usi­ło­wa­łam upew­nić samą sie­bie, że mój stan głę­bo­kie­go przy­gnę­bie­nia bie­rze się ze szcze­rej tro­ski – po­nie­waż Pe­ne­lo­pe wy­cho­dzi za na­praw­dę okrop­ne­go fa­ce­ta, a nie z głę­bo­ko za­ko­rze­nio­nej za­wi­ści, że ma na­rze­czo­ne­go, a ja nie do­szłam z ni­kim na­wet do dru­giej rand­ki. Nie mo­głam. Mi­nę­ły dwa lata, od­kąd Ca­me­ron się wy­pro­wa­dził, i cho­ciaż prze­szłam nie­odzow­ne eta­py do­cho­dze­nia do sie­bie (ob­se­sja pra­cy, ob­se­sja za­ku­pów, ob­se­sja je­dze­nia) i za­li­czy­łam zwy­cza­jo­wą run­dę ran­dek w ciem­no, ran­dek „tyl­ko na drin­ka” i rza­dziej wy­stę­pu­ją­cych „ran­dek z ko­la­cją”, tyl­ko dwaj fa­ce­ci osią­gnę­li etap trze­ciej rand­ki. I ża­den czwar­tej. Po­wta­rza­łam so­bie nie­ustan­nie, że wszyst­ko jest ze mną w po­rząd­ku – i zmu­sza­łam Pe­ne­lo­pe do po­twier­dza­nia tego – ale za­czy­na­łam po­waż­nie wąt­pić w moc owe­go stwier­dze­nia.

Od­pa­li­łam dru­gie­go pa­pie­ro­sa od pierw­sze­go i zi­gno­ro­wa­łam peł­ne psiej dez­apro­ba­ty spoj­rze­nie Mil­ling­ton. Wstręt do sa­mej sie­bie za­czy­nał mnie otu­lać jak zna­jo­my cie­pły koc. Jak pod­ła musi być oso­ba, któ­ra nie po­tra­fi po­czuć szcze­rej, praw­dzi­wej ra­do­ści w jed­nym z naj­szczę­śliw­szych dni w ży­ciu naj­bliż­szej przy­ja­ciół­ki? Jak wiel­kim trze­ba być in­try­gan­tem i jak bar­dzo nie­pew­nym sie­bie, żeby mo­dlić się, aby cała spra­wa oka­za­ła się wiel­kim nie­po­ro­zu­mie­niem? Czy z pręd­ko­ścią prze­wyż­sza­ją­cą szyb­kość świa­tła mknę­łam w stro­nę ofi­cjal­ne­go za­ję­cia po­zy­cji zwa­nej „ka­na­lia”?

Chwy­ci­łam te­le­fon i w po­szu­ki­wa­niu po­twier­dze­nia za­dzwo­ni­łam do wuj­ka Wil­la. Will, nie li­cząc tego, że był jed­nym z naj­in­te­li­gent­niej­szych i naj­bar­dziej zło­śli­wych lu­dzi na na­szej pla­ne­cie, sta­le mnie do­pin­go­wał. Ode­brał, le­ciut­ko się za­ci­na­jąc z po­wo­du mie­szan­ki ginu z to­ni­kiem, więc przy­stą­pi­łam do prze­ka­za­nia mu krót­kiej, mniej bo­le­snej wer­sji osta­tecz­nej zdra­dy Pe­ne­lo­pe.

– Wy­cho­dzi na to, że czu­jesz się win­na, po­nie­waż Pe­ne­lo­pe jest bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­na, a ty nie cie­szysz się jej szczę­ściem, tak jak po­win­naś.

– Owszem, zga­dza się.

– Cóż, ko­cha­nie, mo­gło być znacz­nie go­rzej. Przy­najm­niej nie jest to żad­na wa­ria­cja na te­mat „nie­szczę­ście Pe­ne­lo­pe do­star­cza ci szczę­ścia i uczu­cia speł­nie­nia”, praw­da?

– Hę?

– Scha­den­freu­de. W ża­den emo­cjo­nal­ny czy inny spo­sób nie czer­piesz ko­rzy­ści z jej nie­szczę­ścia, praw­da?

– Ona nie jest nie­szczę­śli­wa. Jest w eu­fo­rii. To ja je­stem nie­szczę­śli­wa.

– No więc sama wi­dzisz! Nie je­steś taka okrop­na. A ty, moja dro­ga, nie wy­cho­dzisz za ja­kie­goś roz­pusz­czo­ne­go dzie­cia­ka, któ­re­go Bóg ob­da­rzył chy­ba wy­łącz­nie ta­len­tem do wy­da­wa­nia pie­nię­dzy ro­dzi­ców i wdy­cha­nia znacz­nych ilo­ści ma­ri­hu­any. A może się mylę?

– Nie, oczy­wi­ście, że nie. Po pro­stu mam wra­że­nie, że wszyst­ko się zmie­nia. Pe­ne­lo­pe na­le­ży do mo­je­go ży­cia, a te­raz wy­cho­dzi za mąż. Wie­dzia­łam, że w koń­cu do tego doj­dzie, ale nie my­śla­łam, że to „w koń­cu” na­stą­pi tak szyb­ko.

– Mał­żeń­stwo jest dla ko­biet z kla­sy śred­niej. Wiesz o tym, Bet­te.

Przy­wo­ła­ło to se­rię ob­ra­zów nie­dziel­nych brun­chów je­dzo­nych przez lata: Will, Si­mon, ho­tel Es­sex, ja i nie­dziel­ny dział „Styl”. Pod­czas po­sił­ku prze­pro­wa­dza­li­śmy dro­bia­zgo­wą ana­li­zę ślu­bów, nig­dy nie po­mi­ja­jąc oka­zji do wy­buch­nię­cia zło­śli­wym chi­cho­tem, kie­dy twór­czo czy­ta­li­śmy mię­dzy wier­sza­mi.

Will kon­ty­nu­ował:

– Cze­mu, u li­cha, je­steś taka chęt­na, by wejść w trwa­ją­cy przez całe ży­cie zwią­zek, któ­re­go je­dy­nym ce­lem jest zdu­sze­nie w to­bie wszel­kich śla­dów in­dy­wi­du­al­no­ści? Spójrz tyl­ko na mnie. Sześć­dzie­siąt sześć lat na kar­ku, nig­dy nie by­łem żo­na­ty i je­stem ide­al­nie szczę­śli­wy.

– Je­steś ge­jem, Will. I nie tyl­ko to. Na pal­cu ser­decz­nym le­wej ręki no­sisz zło­tą ob­rącz­kę.

– Do cze­go zmie­rzasz? My­ślisz, że fak­tycz­nie po­ślu­bił­bym Si­mo­na, gdy­bym mógł? Te ho­mo­sek­su­al­ne cy­wil­ne ślu­by ro­dem z San Fran­ci­sco to nie­zu­peł­nie mój styl. Za nic.

– Ży­jesz z nim, od­kąd się uro­dzi­łam. Zda­jesz so­bie spra­wę, że w grun­cie rze­czy je­steś żo­na­ty?

– Zde­cy­do­wa­nie nie, ko­cha­nie. Każ­dy z nas może odejść w do­wol­nym mo­men­cie, bez żad­nych nie­przy­jem­nych praw­nych czy emo­cjo­nal­nych kon­se­kwen­cji. I dla­te­go się nam uda­je. Ale dość o tym. Nie mó­wię ni­cze­go, cze­go byś wcze­śniej nie wie­dzia­ła. Opo­wiedz mi o pier­ścion­ku. – Ciam­ka­jąc resz­tę twiz­zler­sów, prze­ka­za­łam mu szcze­gó­ło­we in­for­ma­cje, któ­ry­mi był za­in­te­re­so­wa­ny, i na­wet nie za­uwa­ży­łam, jak za­pa­dłam w sen na so­fie. Spa­łam pra­wie do trze­ciej nad ra­nem, kie­dy to Mil­ling­ton szcze­ka­niem wy­ra­zi­ła pra­gnie­nie prze­spa­nia się w praw­dzi­wym łóż­ku. Po­wlo­kły­śmy się obie do po­ko­ju i przy­kry­łam gło­wę po­dusz­ką, w kół­ko po­wta­rza­jąc, że to żad­na tra­ge­dia. Żad­na tra­ge­dia. Żad­na tra­ge­dia.

2

Taki już mój pech, że przy­ję­cie za­rę­czy­no­we Pe­ne­lo­pe wy­pa­dło w czwart­ko­wy wie­czór – wie­czór tra­dy­cyj­nej ko­la­cji z wuj­kiem Wil­lem i Si­mo­nem. Żad­ne­go ze spo­tkań nie moż­na było od­wo­łać. Sta­łam przed swo­im brzyd­kim, po­wo­jen­nym, wzno­szą­cym się wy­so­ko apar­ta­men­tow­cem na Mur­ray Hill, roz­pacz­li­wie usi­łu­jąc do­stać się do wiel­kie­go miesz­ka­nia wuj­ka w Cen­tral Park West. Nie były to go­dzi­ny szczy­tu, Gwiazd­ka, czas po­po­łu­dnio­wej zmia­ny, nie lało jak z ce­bra, a tak­sów­ki ani śla­du. Bez skut­ku gwiz­da­łam, klę­łam i pod­ska­ki­wa­łam jak wa­riat­ka przez dwa­dzie­ścia mi­nut, kie­dy wresz­cie do kra­węż­ni­ka pod­je­cha­ła sa­mot­na tak­sów­ka. Gdy po­pro­si­łam o kurs do cen­trum, od­po­wiedź tak­sia­rza brzmia­ła: „Za duży ruch!”. Po czym za­pisz­czał opo­na­mi i znik­nął. Gdy za­bra­ła mnie dru­ga tak­sów­ka, jaka się po­ja­wi­ła, czu­łam taką ulgę i wdzięcz­ność, że da­łam kie­row­cy pięć­dzie­siąt pro­cent na­piw­ku.

– Hej, Bet­ti­na, wy­glą­dasz na nie­za­do­wo­lo­ną. Wszyst­ko w po­rząd­ku? – Na­le­ga­łam, żeby na­zy­wa­no mnie Bet­te i więk­szość tak ro­bi­ła. Tyl­ko moi ro­dzi­ce i Geo­r­ge, por­tier wuj­ka Wil­la (tak le­ci­wy i uro­czy, że wszyst­ko mu ucho­dzi­ło) wciąż upar­cie uży­wa­li mo­je­go peł­ne­go imie­nia.

– Tra­dy­cyj­ne kło­po­ty z tak­sów­ką. – Wes­tchnę­łam, ca­łu­jąc go w po­li­czek. – Jak ci mi­nął dzień?

– Och, świet­nie jak zwy­kle – od­parł bez śla­du sar­ka­zmu. – Przez kil­ka mi­nut wi­dzia­łem dziś rano słoń­ce i od tam­tej pory je­stem szczę­śli­wy. – Za­chcia­ło mi się wy­mio­to­wać, ale uświa­do­mi­łam so­bie, że Geo­r­ge w żad­nym mo­men­cie nie musi zno­sić „cy­ta­tów dnia” od­ra­ża­ją­ce­go sze­fa.

– Bet­te! – usły­sza­łam Si­mo­na, wo­ła­ją­ce­go mnie z dys­kret­nie ukry­te­go po­miesz­cze­nia ze skrzyn­ka­mi pocz­to­wy­mi. – Czy to cie­bie sły­szę?

Wy­ło­nił się w te­ni­so­wych bie­lach, z tor­bą na ra­kie­ty zwi­sa­ją­cą z sze­ro­kie­go ra­mie­nia, i uniósł mnie do góry w niedź­wie­dzim uści­sku, ja­kim nig­dy nie ob­da­rzył mnie ża­den he­te­ro­sek­su­al­ny męż­czy­zna.

Opusz­cze­nie co­ty­go­dnio­wej ko­la­cji by­ło­by świę­to­kradz­twem. Spo­tka­nie nie dość, że gwa­ran­to­wa­ło do­brą za­ba­wę, to jesz­cze za­pew­nia­ło naj­więk­szą por­cję mę­skiej uwa­gi, na jaką mo­głam li­czyć (je­śli nie li­czyć brun­chu w tym sa­mym to­wa­rzy­stwie). Will był zna­ny z cie­pła, hu­mo­ru, skan­da­licz­nych po­glą­dów po­li­tycz­nych i ugrun­to­wa­nej nie­na­wi­ści do ziem­nia­ków. Sma­żo­ne, fryt­ki gru­be, fryt­ki cien­kie, dwu­krot­nie pie­czo­ne, au gra­tin, po lyoń­sku – wszyst­kie były za­ka­za­ne. Will sto­so­wał die­tę At­kin­sa, za­nim jesz­cze At­kins stał się mod­ny, i je­śli on nie mógł jeść ziem­nia­ków, nie mógł tak­że nikt inny.

Pod­czas nie­mal trzy­dzie­stu wspól­nych lat Will i Si­mon wy­pra­co­wa­li wie­le ry­tu­ałów. Spę­dza­li wa­ka­cje wy­łącz­nie w trzech miej­scach: w St. Barth pod ko­niec stycz­nia (cho­ciaż ostat­nio Will na­rze­kał, że to „zbyt fran­cu­skie”), w Palm Springs w po­ło­wie mar­ca i od cza­su do cza­su week­end w Key West. Pili dżin i to­nik tyl­ko ze szkla­nek Bac­ca­ra­ta, w każ­dy po­nie­dział­ko­wy wie­czór od siód­mej do je­de­na­stej by­wa­li w Ela­ine’s i wy­da­wa­li co­rocz­ne przy­ję­cia gwiazd­ko­we, na któ­rych je­den z nich no­sił zie­lo­ny kasz­mi­ro­wy golf, a dru­gi czer­wo­ny. Will miał pra­wie sześć stóp trzy cale, krót­ko przy­strzy­żo­ne siwe wło­sy i pre­fe­ro­wał swe­try z za­mszo­wy­mi ła­ta­mi na łok­ciach; Si­mon za­le­d­wie pięć stóp dzie­więć cali, a szczu­płą, mu­sku­lar­ną syl­wet­kę cał­ko­wi­cie spo­wi­jał lna­mi, i to bez wzglę­du na porę roku. „Geje – twier­dził – mają car­te blan­che na szy­dze­nie z kon­wen­cji do­ty­czą­cych pór roku. Za­pra­co­wa­li­śmy na ten przy­wi­lej”. Na­wet te­raz, chwi­lę po zej­ściu z kor­tu, zdą­żył wło­żyć coś w ro­dza­ju bia­łej lnia­nej blu­zy z kap­tu­rem.

– Jak się mie­wasz, moja pięk­na? Chodź, chodź, Will na pew­no się za­sta­na­wia, gdzie się obo­je po­dzie­wa­my, a wiem, że ta nowa dziew­czy­na przy­go­to­wa­ła nam coś fan­ta­stycz­ne­go do je­dze­nia. – Jak za­wsze dżen­tel­men w każ­dym calu, zdjął pę­ka­ją­cą w szwach tor­bę z mo­je­go ra­mie­nia, przy­trzy­mał drzwi win­dy i na­ci­snął przy­cisk.

– Jak tam te­nis? – za­py­ta­łam, za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go ten sześć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­ni męż­czy­zna ma lep­sze cia­ło niż każ­dy zna­ny mi fa­cet.

– Och, wiesz, jak to jest, ban­da sta­rusz­ków bie­ga po kor­cie, wal­cząc o pił­ki, któ­rych na­wet nie po­win­ni pró­bo­wać od­bi­jać, i uda­ją, że mają ude­rze­nie jak Rod­dick. Nie­co ża­ło­sne, ale nie­odmien­nie za­baw­ne.

Drzwi do miesz­ka­nia były uchy­lo­ne i dało się sły­szeć Wil­la, któ­ry jak zwy­kle roz­ma­wiał z te­le­wi­zo­rem w swo­im ga­bi­ne­cie. W daw­nych cza­sach wy­prze­dzał kon­ku­ren­cję, pu­bli­ku­jąc tek­sty o za­ła­ma­niu ku­ra­cji Lizy Mi­nel­li, ro­man­sach Ro­ber­ta Ken­ne­dy’ego i prze­mia­nie Pat­ty He­arst z pan­ny z wyż­szych sfer w fa­na­tycz­kę. Osta­tecz­nie to „amo­ral­ność” de­mo­kra­tów pchnę­ła go ku po­li­ty­ce i po­rzu­cił wszyst­ko to, cze­mu to­wa­rzy­szy splen­dor. Na­zy­wał to „klin­czem Clin­to­na”. Te­raz, kil­ka krót­kich de­kad póź­niej, Will był na­ło­go­wym oglą­da­czem wia­do­mo­ści, któ­re­go po­li­tycz­ne sym­pa­tie bie­gły nie­co na pra­wo od Huna At­ty­li. Nie­mal na pew­no był je­dy­nym miesz­ka­ją­cym na Up­per West Side na Man­hat­ta­nie ge­jow­skim pra­wi­co­wym pu­bli­cy­stą spe­cja­li­zu­ją­cym się w spra­wach roz­ryw­ki i to­wa­rzy­skich, któ­ry od­mó­wił ko­men­to­wa­nia za­rów­no kwe­stii zwią­za­nych z roz­ryw­ką, jak spraw to­wa­rzy­skich. W jego ga­bi­ne­cie sta­ły dwa te­le­wi­zo­ry, więk­szy usta­wio­ny na Fox News. „Na­resz­cie – ma­wiał z lu­bo­ścią – sta­cja, któ­ra mówi do lu­dzi ta­kich jak ja”.

A Si­mon za­wsze od­po­wia­dał: „Ja­sna spra­wa. Do tej licz­nej spo­łecz­no­ści pra­wi­co­wych ge­jów pu­bli­cy­stów, pi­su­ją­cych o roz­ryw­ce i plot­kach, miesz­ka­ją­cych na Up­per West Side na Man­hat­ta­nie?”.

Mniej­szy te­le­wi­zor był prze­łą­cza­ny na CNN, CNN He­adli­ne News, C-Span i MSNBC, au­to­rów tego, co Will okre­ślał mia­nem „spi­sku li­be­ra­łów”. Ręcz­nie na­pi­sa­na kart­ka, usta­wio­na na dru­gim od­bior­ni­ku, stwier­dza­ła: PO­ZNAJ SWO­JE­GO WRO­GA. W CNN Bill Hem­mer prze­pro­wa­dzał wła­śnie wy­wiad z Fran­kiem Ri­chem na te­mat ko­men­ta­rzy me­diów do ostat­nich wy­bo­rów.

– Bill Hem­mer to tchórz­li­wy mię­czak i sła­be­usz! – ryk­nął Will, od­sta­wia­jąc krysz­ta­ło­wą szklan­kę, i rzu­cił w te­le­wi­zor jed­nym ze swo­ich mo­ka­sy­nów.

– Cześć, Will – po­wie­dzia­łam, sta­wia­jąc tor­bę przy jego biur­ku.

– Ze wszyst­kich lu­dzi ma­ją­cych kwa­li­fi­ka­cje do roz­mów o po­li­ty­ce w tym kra­ju, któ­rzy są w sta­nie przed­sta­wić prze­my­śla­ną, in­te­li­gent­ną opi­nię o tym, w jaki spo­sób re­la­cje me­diów wpły­nę­ły lub nie wpły­nę­ły na te wy­bo­ry, ci idio­ci mu­szą prze­pro­wa­dzać wy­wiad z kimś z „New York Ti­me­sa”? Krew się leje jak z krwi­ste­go ste­ku, a ja mu­szę tu sie­dzieć i wy­słu­chi­wać, co oni są­dzą na ten te­mat?

– Cóż, nie­zu­peł­nie, wuj­ku. Mógł­byś, wiesz, wy­łą­czyć te­le­wi­zor. – Stłu­mi­łam uśmiech, a on nie od­ry­wał oczu od ekra­nu. W du­chu roz­wa­ża­łam, jak dłu­go po­trwa, za­nim po­rów­na „New York Ti­me­sa” do „Izwie­stii” albo przy­wo­ła po­raż­kę Jay­so­na Bla­ira2 jako ko­lej­ny do­wód, że ta ga­ze­ta to w naj­lep­szym ra­zie śmieć, a w naj­gor­szym spi­sek prze­ciw uczci­wym, cięż­ko pra­cu­ją­cym Ame­ry­ka­nom.

– Tak? I stra­cić otwar­cie stron­ni­czy ko­men­tarz pana Bil­la Hem­me­ra do otwar­cie stron­ni­cze­go ko­men­ta­rza pana Fran­ka Ri­cha na te­mat tego cze­goś, o czym roz­ma­wia­ją? Se­rio, Bet­te, nie za­po­mi­naj­my, że to ta sama ga­ze­ta, któ­rej re­por­te­rzy po pro­stu two­rzą wy­da­rze­nia, kie­dy zbli­ża się ter­min od­da­nia tek­stu. – Upił łyk i wal­nął w pi­lo­ta, żeby jed­no­cze­śnie zga­sić oba te­le­wi­zo­ry. Dziś wie­czo­rem tyl­ko pięt­na­ście se­kund – re­kord.

– Dość tych bru­dów – stwier­dził, ści­ska­jąc mnie i ob­da­rza­jąc po­spiesz­nym po­ca­łun­kiem w po­li­czek. – Wy­glą­dasz wspa­nia­le, ko­cha­nie, jak zwy­kle, ale czy świat by się za­wa­lił, gdy­byś raz na ja­kiś czas wło­ży­ła su­kien­kę?

Nie­zbyt zgrab­nie prze­rzu­cił się na swój dru­gi ulu­bio­ny te­mat – moje ży­cie. Wu­jek Will był o dzie­więć lat star­szy od mo­jej mamy i cho­ciaż obo­je przy­się­ga­li, że po­cho­dzą od tej sa­mej pary ro­dzi­ców, nie mo­głam w to uwie­rzyć. Moja mama była prze­ra­żo­na, że za­czę­łam pra­cę dla kor­po­ra­cji, któ­ra wy­ma­ga­ła ode mnie no­sze­nia cze­goś in­ne­go niż ka­fta­ny i espa­dry­le, a wu­jek uwa­żał, że gro­te­sko­we jest no­sze­nie zu­ni­for­mi­zo­wa­ne­go ko­stiu­mu za­miast ja­kieś za­bój­czej suk­ni od Va­len­ti­na i baj­ko­wych san­dał­ków od Lo­ubo­uti­na.

– Will, tak się ubie­ra­ją lu­dzie w ban­ko­wo­ści in­we­sty­cyj­nej, wiesz?

– Wiem. Po pro­stu nie my­śla­łem, że skoń­czysz w ban­ku.

Zno­wu!

– Lu­dzie two­je­go po­kro­ju chy­ba ko­cha­ją ka­pi­ta­lizm, praw­da? – za­gad­nę­łam uszczy­pli­wie. – To zna­czy re­pu­bli­ka­nie, nie­ko­niecz­nie geje.

Uniósł krza­cza­ste siwe brwi i ba­daw­czo spoj­rzał na mnie z dru­gie­go koń­ca ka­na­py.

– Uro­cze. Wy­jąt­ko­wo uro­cze. Nie mam nic prze­ciw ban­ko­wo­ści, ko­cha­nie, są­dzę, że o tym wiesz. To zna­ko­mi­ta, sza­cow­na ka­rie­ra. Wolę już wi­dzieć cię w czymś ta­kim, niż zaj­mu­ją­cą jed­ną z tych idio­tycz­nych hip­pi­sow­skich po­sad pod ty­tu­łem „ura­tuj­my świat”, któ­rą za­le­ca­li­by twoi ro­dzi­ce. Są­dzę jed­nak, że je­steś za mło­da, żeby ogra­ni­czać się do cze­goś tak nud­ne­go. Po­win­naś wy­cho­dzić, po­zna­wać lu­dzi, by­wać na przy­ję­ciach, ko­rzy­stać z tego, że je­steś mło­da i wol­na w No­wym Jor­ku, a nie tkwić za biur­kiem w dzia­le za­rzą­dza­nia ma­jąt­kiem oso­bi­stym klien­tów in­dy­wi­du­al­nych ja­kie­goś ban­ku. Co wła­ści­wie chcesz ro­bić?

Tyle razy za­da­wał mi to py­ta­nie i nig­dy nie zdo­ła­łam wpaść na ja­kąś wspa­nia­łą – czy choć­by zno­śną – od­po­wiedź. Py­ta­nie z całą pew­no­ścią na­le­ża­ło do cel­nych. W szko­le śred­niej są­dzi­łam, że wstą­pię do Kor­pu­su Po­ko­ju. Ro­dzi­ce na­uczy­li mnie, że to na­tu­ral­ny krok po uzy­ska­niu dy­plo­mu. Ale po­tem po­szłam do Emo­ry3 i po­zna­łam Pe­ne­lo­pe. Jej po­do­ba­ło się, że nie po­tra­fi­łam wy­mie­nić wszyst­kich pry­wat­nych szkół na Man­hat­ta­nie i nie mia­łam po­ję­cia o Mar­tha’s Vi­ney­ard, a ja oczy­wi­ście by­łam za­chwy­co­na, że ona to umie i wie. Do prze­rwy bo­żo­na­ro­dze­nio­wej by­ły­śmy nie­roz­łącz­ne, a przed koń­cem pierw­sze­go roku po­rzu­ci­łam mo­jej ulu­bio­ne T-shir­ty z Gra­te­ful Dead. Zresz­tą Jer­ry od daw­na już nie żył4. I świet­nie się ba­wi­łam, cho­dząc na me­cze ba­se­bal­lo­we i piw­ne im­pre­zy oraz wstę­pu­jąc do ko­edu­ka­cyj­nej ligi fut­bo­lo­wej z całą gru­pą lu­dzi, któ­rzy nie ro­bi­li so­bie re­gu­lar­nie dre­dów, nie od­zy­ski­wa­li wody po ką­pie­li, nie uży­wa­li olej­ku pat­cho­uli. Nie wy­róż­nia­łam się jako ta eks­cen­trycz­na dziew­czy­na, któ­ra za­wsze pach­nie nie­co nie­świe­żo i o wie­le za dużo wie o se­kwo­jach. No­si­łam ta­kie same dżin­sy i T-shir­ty jak wszy­scy (i to bez spraw­dza­nia, czy ich pro­du­cen­ci prze­strze­ga­ją praw pra­cow­ni­ków), ja­dłam ta­kie same bur­ge­ry i pi­łam ta­kie samo piwo – i czu­łam się z tym fan­ta­stycz­nie. Przez czte­ry lata mia­łam gru­pę po­dob­nie my­ślą­cych przy­ja­ciół (i oka­zjo­nal­nie chło­pa­ka), z któ­rych nikt nie zmie­rzał w kie­run­ku Kor­pu­su Po­ko­ju. Kie­dy więc wszyst­kie te wiel­kie fir­my zja­wi­ły się w kam­pu­sie, ma­cha­jąc nam przed ocza­mi ol­brzy­mi­mi pen­sja­mi, kie­dy obie­cy­wa­li bo­nu­sy i ofe­ro­wa­li prze­wie­zie­nie nas sa­mo­lo­ta­mi do No­we­go Jor­ku na roz­mo­wy wstęp­ne, zro­bi­łam to. Pra­wie wszy­scy spo­śród mo­ich szkol­nych zna­jo­mych wzię­li po­dob­ne po­sa­dy, bo kie­dy przyj­dzie co do cze­go, jak in­a­czej dwu­dzie­sto­dwu­la­tek ma za­pła­cić czynsz za miesz­ka­nie na Man­hat­ta­nie? W ca­łej tej hi­sto­rii jed­no było nie­sa­mo­wi­te, to, jak szyb­ko mi­nę­ło pięć lat. Ca­łych pięć lat po pro­stu znik­nę­ło w czar­nej dziu­rze pro­gra­mów szko­le­nio­wych, kwar­tal­nych ra­por­tów i pre­mii na ko­niec roku, pra­wie nie zo­sta­wia­jąc mi cza­su na roz­wa­że­nie, że nie zno­si­łam tego, co ro­bi­łam przez cały dzień. Fakt, że by­łam w tym na­praw­dę do­bra, nie po­ma­gał – w ja­kiś spo­sób wy­da­wał się ozna­czać, że po­stę­pu­ję słusz­nie. Will jed­nak wie­dział, że to nie­wła­ści­we, w oczy­wi­sty spo­sób po­tra­fił to wy­czuć, ale do tej pory fał­szy­we uczu­cie sa­mo­za­do­wo­le­nia nie po­zwo­li­ło mi prze­rzu­cić się na coś in­ne­go.

– Co chcę ro­bić? Jak, u li­cha, mogę od­po­wie­dzieć na coś ta­kie­go? – za­py­ta­łam.

– A jak nie? Je­że­li szyb­ko się stam­tąd nie wy­nie­siesz, pew­ne­go dnia obu­dzisz się jako czter­dzie­sto­let­nia wi­ce­pre­zes i sko­czysz z mo­stu. W ban­ko­wo­ści nie ma ni­cze­go złe­go, ko­cha­nie, po pro­stu to nie jest ka­rie­ra dla cie­bie. Po­win­naś być wśród lu­dzi. Po­win­naś tro­chę się po­śmiać. Pi­sać. I no­sić znacz­nie lep­sze ciu­chy.

Nie po­wie­dzia­łam mu, że za­sta­na­wiam się nad szu­ka­niem pra­cy w sek­to­rze non­pro­fit. Za­czął­by pe­ro­ro­wać, jak to nie po­wio­dła się jego kam­pa­nia, żeby od­two­rzyć mój mózg po pra­niu, któ­re za­fun­do­wa­li mi moi ro­dzi­ce, i przez resz­tę wie­czo­ru sie­dział­by przy sto­le za­ła­ma­ny. Kie­dyś spró­bo­wa­łam, ale le­d­wie wspo­mnia­łam, że roz­wa­żam od­by­cie roz­mo­wy w spra­wie pra­cy w or­ga­ni­za­cji Świa­do­me Ro­dzi­ciel­stwo, po­in­for­mo­wał mnie, że cho­ciaż to nie­zwy­kle szla­chet­na idea, pro­stą dro­gą do­pro­wa­dzi­ła­by mnie z po­wro­tem do, że uży­ję jego słów, Świa­ta Wiel­kich Nie­do­my­tych. Tak więc pod­ję­li­śmy oma­wia­nie tych te­ma­tów co zwy­kle. Na pierw­szy ogień po­szło moje nie­ist­nie­ją­ce ży­cie uczu­cio­we („Ko­cha­nie, je­steś po pro­stu za mło­da i za ład­na, żeby pra­ca była two­ją je­dy­ną mi­ło­ścią”), po­tem było tro­chę po­krzy­ki­wa­nia o naj­now­szym fe­lie­to­nie Wil­la („Czy to moja wina, że Man­hat­tan stał się do tego stop­nia nie­wy­kształ­co­ny, że lu­dzie nie chcą już sły­szeć praw­dy o wy­bra­nych przez sie­bie urzęd­ni­kach?”). Cof­nę­li­śmy się do cza­sów mo­jej szkol­nej ak­tyw­no­ści po­li­tycz­nej („Era agre­sji na szczę­ście już mi­nę­ła”), a po­tem raz jesz­cze wró­ci­li­śmy do naj­bar­dziej przez wszyst­kich ulu­bio­ne­go te­ma­tu wszech cza­sów, ża­ło­sne­go sta­nu mo­jej gar­de­ro­by („Źle do­pa­so­wa­ne mę­skie spodnie nie są od­po­wied­nim stro­jem na rand­ki”).

W chwi­li gdy Will za­czy­nał skrom­ny mo­no­log o da­le­ko idą­cych ko­rzy­ściach po­sia­da­nia ko­stiu­mu Cha­nel, po­ko­jo­wa za­pu­ka­ła do drzwi ga­bi­ne­tu, żeby po­in­for­mo­wać nas, że ko­la­cja stoi na sto­le. Za­bra­li­śmy drin­ki i prze­szli­śmy do ja­dal­ni.

– Pra­co­wi­ty dzień? – za­py­tał Si­mon Wil­la, ca­łu­jąc go na po­wi­ta­nie w po­li­czek. Wziął prysz­nic i prze­brał się w Hef­ne­row­ską lnia­ną pi­ża­mę, w ręku trzy­mał kie­li­szek szam­pa­na.

– Oczy­wi­ście, że nie – od­parł Will, od­sta­wia­jąc swój dżin z to­ni­kiem i na­le­wa­jąc szam­pa­na do dwóch wy­so­kich kie­lisz­ków. Wrę­czył mi je­den. – Mam czas na od­da­nie tek­stu do pół­no­cy, cze­mu miał­bym co­kol­wiek ro­bić przed dzie­sią­tą wie­czo­rem? Co świę­tu­je­my?

Z en­tu­zja­zmem za­ję­łam się sa­łat­ką z gor­gon­zo­lą, wdzięcz­na, że jem coś, co nie po­cho­dzi z ulicz­ne­go wóz­ka, i upi­łam łyk szam­pa­na. Gdy­bym zdo­ła­ła ja­koś wkrę­cać się tu na ko­la­cję co wie­czór, nie wy­cho­dząc na naj­więk­sze­go nie­udacz­ni­ka świa­ta, nie wa­ha­ła­bym się ani se­kun­dy. Ale na­wet ja mia­łam dość god­no­ści, by wie­dzieć, że być osią­gal­ną dla tych sa­mych lu­dzi – na­wet je­śli to twój wu­jek i jego part­ner – czę­ściej niż raz w ty­go­dniu na ko­la­cji i raz na brun­chu by­ło­by na­praw­dę ża­ło­sne.

– A to cze­mu? Mu­si­my coś świę­to­wać, żeby wy­pić tro­chę szam­pa­na? – za­py­tał Si­mon, na­kła­da­jąc so­bie kil­ka pla­strów pie­cze­ni, któ­rą ich szef kuch­ni przy­go­to­wał na głów­ne da­nie.

– Po­my­śla­łem tyl­ko, że by­ła­by to miła od­mia­na. Bet­te, ja­kie masz pla­ny na resz­tę wie­czo­ru?

– Przy­ję­cie za­rę­czy­no­we Pe­ne­lo­pe. Praw­dę mó­wiąc, będę mu­sia­ła się tam wy­brać już nie­dłu­go. Obie mat­ki za­pla­no­wa­ły ca­łość, za­nim Ave­ry czy Pe­ne­lo­pe zdo­ła­li za­pro­te­sto­wać. Przy­najm­niej jest w ja­kimś klu­bie w Chel­sea, a nie gdzieś na Up­per East Side. Mam wra­że­nie, że to ich je­dy­ne ustęp­stwo na rzecz wła­snych dzie­ci, żeby na­praw­dę do­brze się ba­wi­ły.

– Jak się na­zy­wa ten klub? – za­py­tał Will, cho­ciaż ist­nia­ła nie­wiel­ka szan­sa, by co­kol­wiek wie­dział o tym miej­scu, je­śli nie było ciem­ne, wy­kła­da­ne drew­nem i wy­peł­nio­ne dy­mem z cy­gar.

– Pe­ne­lo­pe wspo­mi­na­ła, ale nie pa­mię­tam. Za­czy­na się na B, chy­ba. Pro­szę – po­wie­dzia­łam, wy­cią­ga­jąc z tor­by od­dar­ty skra­wek pa­pie­ru. – Na Dwu­dzie­stej Siód­mej mię­dzy Dzie­sią­tą a Je­de­na­stą. Na­zy­wa się…

– Bun­ga­low Osiem – od­par­li uni­so­no.

– Skąd to wie­cie?

– Ko­cha­nie, wy­mie­nia­ją go na Page Six tak czę­sto, jak­by wła­ści­cie­lem tego cho­ler­ne­go miej­sca był Ri­chard John­son5.

– Czy­ta­łem gdzieś, że wy­strój jest wzo­ro­wa­ny na bun­ga­lo­wach na­le­żą­cych do ho­te­lu Be­ver­ly Hills, a ob­słu­ga rów­nie do­bra jak tam. To tyl­ko noc­ny klub, ale ten ar­ty­kuł opi­sy­wał za­ło­gę, któ­ra speł­ni każ­dą za­chcian­kę, od za­mó­wie­nia spe­cjal­ne­go ro­dza­ju rzad­ko spo­ty­ka­ne­go su­shi po za­ła­twie­nie he­li­kop­te­rów. Nie­któ­re miej­sca są mod­ne przez kil­ka mie­się­cy, a po­tem zni­ka­ją, ale wszy­scy są zgod­ni, że Bun­ga­low Osiem trzy­ma się moc­no.

– Chy­ba prze­sia­dy­wa­nie w wol­ne wie­czo­ry w Black Door nie­zbyt słu­ży mo­je­mu ży­ciu to­wa­rzy­skie­mu – wes­tchnę­łam i od­su­nę­łam ta­lerz. – Nie bę­dzie­cie mie­li nic prze­ciw­ko temu, że wy­mknę się dzi­siaj wcze­śniej? Pe­ne­lo­pe chce mnie tam wi­dzieć, za­nim zja­wią się hor­dy przy­ja­ciół Ave­ry’ego i jej ro­dzi­na.

– Bie­gnij, Bet­te, bie­gnij. Po­praw tyl­ko szmin­kę i leć! I nie za­szko­dzi­ło­by, gdy­byś zna­la­zła so­bie ele­ganc­kie­go mło­de­go dżen­tel­me­na do to­wa­rzy­stwa – oświad­czył Si­mon, jak­by ist­nia­ły całe tłu­my wspa­nia­łych, god­nych po­żą­da­nia fa­ce­tów, któ­rzy tyl­ko cze­ka­ją, że­bym wkro­czy­ła w ich ży­cie.

– Albo jesz­cze le­piej ogni­ste­go mło­de­go fa­ce­ta, z któ­rym po­fi­glu­jesz przez je­den wie­czór. – Will mru­gnął, tyl­ko do pew­ne­go stop­nia żar­tu­jąc.

– Wy je­ste­ście naj­lep­si – oświad­czy­łam, ca­łu­jąc obu w po­licz­ki, po czym bio­rąc tor­bę i płaszcz. – Nie masz wy­rzu­tów su­mie­nia, na­ma­wia­jąc je­dy­ną sio­strze­ni­cę do czy­nów nie­rząd­nych, praw­da?

– Ab­so­lut­nie żad­nych – za­pew­nił Will, gdy Si­mon z gro­bo­wą miną krę­cił gło­wą. – Idź, bądź grzecz­ną la­lecz­ką i za­baw się, na li­tość bo­ską, do­brze?

Kie­dy tak­sów­ka za­je­cha­ła przed klub, zo­ba­czy­łam tłum – ko­lej­ka sze­ro­ko­ści trzech osób się­ga­ją­ca do na­stęp­nej prze­czni­cy – i gdy­by to nie było przy­ję­cie Pe­ne­lo­pe, ka­za­ła­bym kie­row­cy je­chać da­lej. Za­miast tego przy­kle­iłam do twa­rzy uśmiech i sta­now­czym kro­kiem skie­ro­wa­łam się na po­czą­tek czter­dzie­sto­oso­bo­wej ko­lej­ki, gdzie stał wiel­ki fa­cet w słu­chaw­kach jak z Se­cret Se­rvi­ce, trzy­ma­ją­cy pod­kład­kę do pi­sa­nia.

– Cześć, na­zy­wam się Bet­te. Ja na przy­ję­cie Pe­ne­lo­pe – po­wie­dzia­łam, ob­rzu­ca­jąc ko­lej­kę ba­daw­czym spoj­rze­niem i nie roz­po­zna­jąc ani jed­nej twa­rzy.

Po­pa­trzył na mnie bez wy­ra­zu.

– Świet­nie, miło mi cię po­znać, Pe­ne­lo­pe. Gdy­byś tyl­ko mo­gła sta­nąć w ko­lej­ce ze wszyst­ki­mi, wpu­ści­my cię do środ­ka naj­szyb­ciej jak się da.

– Nie, cho­dzi o przy­ję­cie Pe­ne­lo­pe, a ja je­stem jej przy­ja­ciół­ką. Pro­si­ła, że­bym przy­szła wcze­śniej, więc le­piej by było, gdy­bym mo­gła wejść od razu.

– Uhm, świet­nie. Słu­chaj, od­suń się i… – Przy­krył słu­chaw­kę dło­nią i wy­da­wa­ło się, że uważ­nie słu­cha, kil­ka­krot­nie ki­wa­jąc gło­wą i przy­glą­da­jąc się ko­lej­ce, któ­ra te­raz gi­nę­ła za ro­giem.

– Słu­chaj­cie wszy­scy – oznaj­mił, a jego głos na­tych­miast uci­szył ską­po ubra­nych przy­szłych im­pre­zo­wi­czów. – Zgod­nie ze stan­dar­da­mi wy­dzia­łu stra­ży po­żar­nej je­ste­śmy za­peł­nie­ni. Bę­dzie­my wpusz­cza­li lu­dzi tyl­ko wte­dy, kie­dy ktoś inny wyj­dzie, więc albo się wy­lu­zuj­cie, albo przyjdź­cie póź­niej.

Po­mru­ki nie­za­do­wo­le­nia. Cóż, po­my­śla­łam, to się po pro­stu nie uda. Fa­cet naj­wy­raź­niej nie ro­zu­mie sy­tu­acji.

– Prze­pra­szam pana… – Spoj­rzał na mnie po­now­nie, te­raz już wy­raź­nie zi­ry­to­wa­ny. – Oczy­wi­ście ma pan tu masę ocze­ku­ją­cych, ale to przy­ję­cie za­rę­czy­no­we mo­jej przy­ja­ciół­ki i ona na­praw­dę mnie po­trze­bu­je. Gdy­by pan znał jej mat­kę, zro­zu­miał­by pan, że moje wej­ście jest bez­wa­run­ko­wo ko­niecz­ne.

– Mmm. In­te­re­su­ją­ce. Słu­chaj, nie ob­cho­dzi mnie, czy two­ja przy­ja­ciół­ka Pe­ne­lo­pe wy­cho­dzi za księ­cia Wil­lia­ma. Nie ma mowy, że­bym te­raz ko­goś wpu­ścił. Na­ru­szy­li­by­śmy prze­pi­sy prze­ciw­po­ża­ro­we, a tego z pew­no­ścią byś nie chcia­ła. – Po­tem jed­nak ode­zwał się ła­god­niej­szym to­nem. – Po pro­stu po­cze­kaj w ko­lej­ce i wpu­ści­my cię naj­szyb­ciej jak się da, do­brze? – Są­dzę, że za­mie­rzał mnie uspo­ko­ić, ale tyl­ko bar­dziej się roz­zło­ści­łam. Wy­da­wał mi się jak­by zna­jo­my, ale nie by­łam pew­na dla­cze­go. Spło­wia­ły zie­lo­ny T-shirt miał od­po­wied­nio cia­sny, żeby po­ka­zać, że je­śli chce utrzy­mać ko­goś na dy­stans, jest w sta­nie to zro­bić, ale lek­ko wor­ko­wa­te spra­ne dżin­sy, zwi­sa­ją­ce ni­sko na bio­drach, su­ge­ro­wa­ły, że nie bie­rze sa­me­go sie­bie zbyt se­rio. Do­kład­nie w chwi­li, kie­dy w du­chu nie­chęt­nie przy­zna­łam, że ma naj­lep­sze wło­sy, ja­kie wi­dzia­łam u fa­ce­ta – dłu­gość pra­wie do bro­dy, ciem­ne, gę­ste i iry­tu­ją­co lśnią­ce – na­rzu­cił na ra­mio­na sza­rą sztruk­so­wą kurt­kę i oka­za­ło się, że ja­kimś spo­so­bem wy­glą­da jesz­cze bar­dziej mi­lut­ko.

Zde­cy­do­wa­nie mo­del. Po­wstrzy­ma­łam się od wy­gło­sze­nia ja­kie­goś su­per­sno­bi­stycz­ne­go ko­men­ta­rza na te­mat tego, co to jest po­czu­cie wła­dzy dla ko­goś, kto naj­praw­do­po­dob­niej nie skoń­czył na­wet siód­mej kla­sy, i prze­su­nę­łam się na ko­niec ko­lej­ki. Po­nie­waż upo­rczy­we wy­sił­ki do­dzwo­nie­nia się na ko­mór­kę Pe­ne­lo­pe albo Ave­ry’ego koń­czy­ły się prze­łą­cze­niem do pocz­ty gło­so­wej, a tę­pak przy drzwiach wpusz­czał śred­nio dwie oso­by co dzie­sięć mi­nut, sta­łam tam przez pra­wie go­dzi­nę. Snu­łam wła­śnie fan­ta­zje, w jaki spo­sób mo­gła­bym upo­ko­rzyć albo uszko­dzić bram­ka­rza, kie­dy na ze­wnątrz wy­mknę­li się Mi­cha­el i jego dziew­czy­na i za­pa­li­li pa­pie­ro­sy kil­ka kro­ków od drzwi.

– Mi­cha­el! – wrza­snę­łam, świa­do­ma, jak ża­ło­śnie to za­brzmia­ło, ale nic mnie to nie obe­szło. – Mi­cha­el, Megu, tu­taj!

Spoj­rze­li po­nad tłu­mem i mnie za­uwa­ży­li, co pew­nie nie było trud­ne, bio­rąc pod uwa­gę, że wrzesz­cza­łam i ma­cha­łam bez śla­du god­no­ści. Od­ma­cha­li i rzu­ci­łam się w ich stro­nę pra­wie bie­giem.

– Sto­ję przed wej­ściem do tej cho­ler­nej dziu­ry całe wie­ki, a ten gi­gant, tę­pak po lo­bo­to­mii nie chce mnie wpu­ścić. Pe­ne­lo­pe mnie za­bi­je! – po­in­for­mo­wa­łam.

– Hej, Bet­te, też się cie­szę, że cię wi­dzę. – Mi­cha­el na­chy­lił się, żeby po­ca­ło­wać mnie w po­li­czek.

– Prze­pra­szam – mruk­nę­łam, ści­ska­jąc naj­pierw jego, a po­tem jego dziew­czy­nę Megu, uro­czą Ja­pon­kę, stu­dent­kę me­dy­cy­ny, z któ­rą miesz­kał. – Co u was? Ja­kim cu­dem uda­ło się wam zja­wić ra­zem?

– Zda­rza się to mniej wię­cej raz na pół roku. – Megu uśmiech­nę­ła się, bio­rąc rękę Mi­cha­ela i opla­ta­jąc nią swo­je ple­cy. – Roz­kła­dy za­jęć tak się nam uło­ży­ły, że mamy dwa­na­ście go­dzin, kie­dy ja nie mu­szę być do­stęp­na na we­zwa­nie, a on nie jest w pra­cy.

– I przy­szli­ście tu­taj? Zwa­rio­wa­li­ście? Megu, je­steś na­praw­dę nie­sa­mo­wi­ta. Mi­cha­el, zda­jesz so­bie spra­wę, co to za skarb?

– Ja­sne – od­parł, spo­glą­da­jąc na nią z uwiel­bie­niem.

– Wie, że Pe­ne­lo­pe mnie też by za­bi­ła, gdy­by­śmy się nie zja­wi­li, ale chy­ba już zni­ka­my. Mu­szę być w pra­cy za, niech spoj­rzę, czte­ry go­dzi­ny, a Megu mia­ła na­dzie­ję prze­spać się przez sześć go­dzin z rzę­du pierw­szy raz od kil­ku ty­go­dni. Wy­glą­da, że aku­rat wpusz­cza­ją do środ­ka.

Od­wró­ci­łam się, żeby zo­ba­czyć po­tęż­ną wy­mia­nę wspa­nia­łych lu­dzi: jed­na fala wy­pły­nę­ła na ze­wnątrz, naj­wy­raź­niej w dro­dze na „praw­dzi­wą” im­pre­zę w Tri­be­ca, a dru­ga zo­sta­ła wchło­nię­ta przez wnę­trze, kie­dy bram­karz zdjął ak­sa­mit­ną linę.

– Te­raz mo­żesz od­wie­dzić księż­nicz­kę Pe­ne­lo­pe – po­wie­dział, za­ma­szy­stym ru­chem za­pra­sza­jąc mnie do środ­ka, a dru­gą ręką po­pra­wia­jąc słu­chaw­kę, przez któ­rą otrzy­my­wał ja­kieś in­for­ma­cje, z pew­no­ścią o klu­czo­wym zna­cze­niu.

– Wi­dzisz? Wcho­dzisz – rzu­cił Mi­cha­el, po­cią­ga­jąc Megu na uli­cę. – Za­dzwoń do mnie w ty­go­dniu, to pój­dzie­my na drin­ka. Za­bierz Pe­ne­lo­pe. Na­wet nie mia­łem oka­zji z nią dzi­siaj po­roz­ma­wiać, a nie wi­dzie­li­śmy się od wie­ków. Prze­każ, że chcia­łem się po­że­gnać. – I już ich nie było, z pew­no­ścią nie mo­gli uwie­rzyć wła­sne­mu szczę­ściu, że zdo­ła­li uciec.

Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam, że na chod­ni­ku ocią­ga się za­le­d­wie parę osób roz­ma­wia­ją­cych przez ko­mór­ki, i jest im naj­wy­raź­niej wszyst­ko jed­no czy wej­dą. Nie wia­do­mo ja­kim spo­so­bem tłum wy­pa­ro­wał i wresz­cie zo­sta­łam wpusz­czo­na do środ­ka.

– Rany, dzię­ki. By­łeś nie­sa­mo­wi­cie po­moc­ny – po­wie­dzia­łam do bram­ka­rza, prze­py­cha­jąc się obok ma­syw­ne­go cia­ła i prze­cho­dząc za ak­sa­mit­ną linę, któ­rą dla mnie uniósł. Szarp­nię­ciem otwo­rzy­łam ogrom­ne szkla­ne drzwi i we­szłam do ciem­ne­go foy­er, gdzie Ave­ry po­grą­żo­ny był w na­mięt­nej dys­ku­sji z bar­dzo ład­ną dziew­czy­ną z bar­dzo du­żym biu­stem.

– Cześć, Bet­te, gdzie by­łaś całą noc? – za­py­tał, pod­cho­dząc i wy­cią­ga­jąc rękę, żeby wziąć mój płaszcz. W tej sa­mej se­kun­dzie wpa­dła Pe­ne­lo­pe. Wy­glą­da­ła na spło­szo­ną, ale za­raz się uspo­ko­iła. Mia­ła na so­bie krót­ką czar­ną kok­taj­lo­wą su­kien­kę i fu­trza­ny ża­kie­cik, do tego srebr­ne san­dał­ki na nie­sa­mo­wi­cie wy­so­kich ob­ca­sach. Od razu wie­dzia­łam, że to mat­ka ją tak ubra­ła.

– Bet­te! – syk­nę­ła, ła­piąc mnie za ra­mię i od­cią­ga­jąc od Ave­ry’ego, któ­ry na­tych­miast za­głę­bił się w roz­mo­wie z tą dziew­czy­ną. – Dla­cze­go to tyle trwa­ło? Cier­pię tu sa­mot­nie całą noc – ję­cza­ła.

Unio­słam brwi i ro­zej­rza­łam się.

– Sa­mot­nie? Wi­dzę tu ze dwie set­ki lu­dzi. Zna­my się tyle lat, a nie wie­dzia­łam, że masz dwu­stu przy­ja­ciół. Nie­zła im­pre­za!

– Taak, rze­czy­wi­ście robi wra­że­nie, praw­da? Do­kład­nie pięć osób przy­szło, żeby zo­ba­czyć się ze mną: moja mat­ka, brat, jed­na z dziew­czyn z dzia­łu nie­ru­cho­mo­ści, se­kre­tar­ka mo­je­go ojca i te­raz ty. Megu i Mi­cha­el się zmy­li, praw­da? – Ski­nę­łam gło­wą. – Resz­ta jest od Ave­ry’ego oczy­wi­ście. I przy­ja­cie­le mo­jej mat­ki. Gdzieś ty była? – Upi­ła wiel­ki łyk i po­da­ła mi kie­li­szek lek­ko drżą­cy­mi rę­ka­mi, jak­by to była luf­ka z kra­kiem, a nie szam­pan.

– Ko­cha­nie, je­stem tu od po­nad go­dzi­ny, jak obie­ca­łam. Mia­łam drob­ne kło­po­ty przy drzwiach!

– Nie­moż­li­we! – Wy­glą­da­ła na prze­ra­żo­ną.

– Owszem. Wy­jąt­ko­wo uro­czy ten bram­karz, ale nie­uży­ty.

– Och, Bet­te, tak mi przy­kro! Cze­mu do mnie nie za­dzwo­ni­łaś?

– Dzwo­ni­łam ja­kieś kil­ka­dzie­siąt razy, ale pew­nie nie sły­sza­łaś te­le­fo­nu. Słu­chaj, nie przej­muj się. Dziś jest two­ja noc, więc spró­buj, no wiesz, do­brze się ba­wić.

– Znajdź­my dla cie­bie drin­ka – od­par­ła, chwy­ta­jąc co­smo­po­li­ta­na z tacy prze­cho­dzą­ce­go wła­śnie kel­ne­ra. – Wi­dzia­łaś kie­dyś coś po­dob­ne­go?

– Sza­leń­stwo. Od jak daw­na two­ja mat­ka to pla­no­wa­ła?

– Całe ty­go­dnie temu prze­czy­ta­ła w Page Six, że wi­dzia­no tu­taj Gi­se­le i Leo, jak się „mig­da­li­li”, więc pew­nie za­dzwo­ni­ła i od razu za­re­zer­wo­wa­ła salę. Cią­gle mi po­wta­rza, że to w ta­kich miej­scach po­win­nam by­wać z po­wo­du „eks­klu­zyw­nej klien­te­li”. Nie po­wie­dzia­łam jej, że ten je­dy­ny raz, kie­dy Ave­ry mnie tu za­cią­gnął, klien­te­la wła­ści­wie upra­wia­ła seks na par­kie­cie.

– To praw­do­po­dob­nie tyl­ko by ją za­chę­ci­ło.

– Praw­da. – Wy­so­ka jak mo­del­ka ko­bie­ta wci­snę­ła się mię­dzy nas i za­czę­ła uda­wać, że ca­łu­je Pe­ne­lo­pe w spo­sób tak nie­szcze­ry, że do­słow­nie od­sko­czy­łam w tył, łyk­nę­łam drin­ka i ukrad­kiem się od­da­li­łam. Da­łam się wcią­gnąć w bez­sen­sow­ną roz­mo­wę z kil­ko­ma oso­ba­mi z ban­ku, któ­re wła­śnie we­szły i spra­wia­ły wra­że­nie cier­pią­cych na syn­drom od­sta­wie­nia po roz­sta­niu ze swo­imi kom­pu­te­ra­mi, naj­kró­cej jak się dało po­ga­wę­dzi­łam z mat­ką Pe­ne­lo­pe. Na­tych­miast na­wią­za­ła do ko­stiu­mu i bu­tów od Pra­dy, któ­re mia­ła na so­bie, a po­tem po­cią­gnę­ła Pe­ne­lo­pe za rękę do in­nej gru­py go­ści. Ob­rzu­ci­łam przy­odzia­ny w ciu­chy od Guc­cie­go tłum i sta­ra­łam się nie kur­czyć ze wsty­du w swo­im ko­stiu­mie, któ­ry skom­ple­to­wa­łam z ciu­chów od J. Crew i Ba­na­na Re­pu­blic, ku­pio­nych w ne­cie o trze­ciej nad ra­nem kil­ka mie­się­cy temu. Ostat­nio Will szcze­gól­nie gwał­tow­nie upie­rał się, że po­trzeb­ne mi są „wyj­ścio­we stro­je”, ale nie miał by­najm­niej na my­śli ciu­chów z ka­ta­lo­gu wy­sył­ko­we­go. Mia­łam wra­że­nie, że każ­dy z tych lu­dzi mógł­by – i zro­bił­by to – czuć się zu­peł­nie swo­bod­nie, krę­cąc się tu nago. Na­wet lep­sza niż ciu­chy (ide­al­ne) była ich pew­ność sie­bie, któ­ra bra­ła się z zu­peł­nie cze­go in­ne­go. Dwie go­dzi­ny i trzy co­smo póź­niej, zde­cy­do­wa­nie wsta­wio­na, roz­wa­ża­łam po­wrót do domu. Za­miast tego zła­pa­łam ko­lej­ne­go drin­ka i wy­sko­czy­łam na ze­wnątrz.

Ko­lej­ka do wej­ścia znik­nę­ła, po­zo­stał po niej tyl­ko bram­karz, któ­ry tak dłu­go trzy­mał mnie w klu­bo­wym czyść­cu. Przy­go­to­wy­wa­łam sar­ka­stycz­ne od­zyw­ki, na wy­pa­dek gdy­by w ja­ki­kol­wiek spo­sób się do mnie zwró­cił, ale on tyl­ko uśmiech­nął się sze­ro­ko i po­now­nie skie­ro­wał uwa­gę na książ­kę w mięk­kiej okład­ce, któ­rą czy­tał. W jego ma­syw­nych rę­kach wy­glą­da­ła jak za­baw­ka. Pech, że był taki słod­ki, ale dur­nie za­wsze tacy są.

– Więc co ci się we mnie nie spodo­ba­ło? – Nie zdo­ła­łam się opa­no­wać. Przez pięć lat po­by­tu w mie­ście sta­ra­łam się uni­kać miejsc z se­lek­cjo­ne­ra­mi i ak­sa­mit­ny­mi li­na­mi, kie­dy tyl­ko się dało. Odzie­dzi­czy­łam przy­najm­niej odro­bi­nę py­szał­ko­wa­te­go ega­li­ta­ry­zmu mo­ich ro­dzi­ców albo po­waż­ną dozę bra­ku pew­no­ści sie­bie, za­le­ży, jak na to spoj­rzeć.

– Prze­pra­szam?

– No wiesz, kie­dy przed­tem mnie nie wpu­ści­łeś, mimo że to przy­ję­cie za­rę­czy­no­we mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki.

Po­krę­cił gło­wą i na wpół uśmiech­nął się do sie­bie.

– Słu­chaj, to nic oso­bi­ste­go. Wrę­cza­ją mi li­stę i każą się jej trzy­mać i pa­no­wać nad tłu­mem. Je­że­li nie ma cię na li­ście albo zja­wiasz się jed­no­cze­śnie z set­ką in­nych osób, mu­szę przez ja­kiś czas przy­trzy­mać cię na ze­wnątrz. Na­praw­dę tyl­ko tyle.

– Ja­sne. – O mało nie prze­ga­pi­łam wiel­kie­go wie­czo­ru mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki z po­wo­du jego po­li­ty­ki do­stę­pu. Za­chwia­łam się nie­co i syk­nę­łam: – Nic oso­bi­ste­go. Ja­sne.

– My­ślisz, że po­trzeb­ne mi dzi­siaj two­je gry­ma­sy? Cała masa lu­dzi znacz­nie bar­dziej fa­cho­wo za­tru­wa mi ży­cie. Może po pro­stu za­koń­czy­my roz­mo­wę i wsa­dzę cię do tak­sów­ki?

Pew­nie z po­wo­du czwar­te­go co­smo – od­wa­ga w pły­nie – nie mia­łam na­stro­ju, żeby zno­sić jego pro­tek­cjo­nal­ne za­cho­wa­nie, więc zro­bi­łam w tył zwrot na swo­ich ko­tur­nach i szarp­nię­ciem otwo­rzy­łam drzwi. – Nie po­trze­bu­ję two­jej ła­ski. Dzię­ki za życz­li­wość! – wark­nę­łam i naj­bar­dziej trzeź­wo jak mo­głam, wma­sze­ro­wa­łam z po­wro­tem do klu­bu.

Uści­ska­łam Pe­ne­lo­pe, uca­ło­wa­łam po­wie­trze w po­bli­żu po­licz­ków Ave­ry’ego, po czym ru­szy­łam pro­sto do drzwi, za­nim kto­kol­wiek zdo­łał za­ini­cjo­wać ko­lej­ną bo­le­śnie bła­hą roz­mo­wę. Za­uwa­ży­łam dziew­czy­nę sku­lo­ną w ką­cie i szlo­cha­ją­cą ci­cho, ale z przy­jem­ną świa­do­mo­ścią, że jest ob­ser­wo­wa­na przez in­nych, wy­mi­nę­łam ude­rza­ją­co mod­ną za­gra­nicz­ną parę, ob­ści­sku­ją­cą się sza­leń­czo i gwał­tow­nie ocie­ra­ją­cą się bio­dra­mi. A po­tem z wiel­kim na­ci­skiem po­sta­ra­łam się zi­gno­ro­wać bram­ka­rza mię­śnia­ka, któ­ry, tak się przy­pad­kiem zło­ży­ło, czy­tał zszar­ga­ny eg­zem­plarz Ko­chan­ka Lady Chat­ter­ley w mięk­kiej okład­ce (ma­niak sek­su­al­ny!) i wy­sta­wi­łam rękę, żeby za­trzy­mać tak­sów­kę. Nie­ste­ty, uli­ca oka­za­ła się zu­peł­nie pu­sta i wła­śnie za­czął sią­pić drob­ny deszcz, co prak­tycz­nie gwa­ran­to­wa­ło, że w naj­bliż­szej przy­szło­ści nie po­win­nam spo­dzie­wać się tak­sów­ki.

– Hej, po­trzeb­na ci po­moc? – za­py­tał, kie­dy od­su­nął ak­sa­mit­ną linę, żeby wpu­ścić trzy pisz­czą­ce, chwie­ją­ce się na no­gach dziew­czy­ny. – Cięż­ko tu o tak­sów­ki, kie­dy pada.

– Nie, dzię­ki, wszyst­ko w po­rząd­ku.

– Jak uwa­żasz.

Mi­nu­ty za­czę­ły wy­da­wać się go­dzi­na­mi, a cie­pła let­nia bry­za gwał­tow­nie zmie­ni­ła się w zim­ny upo­rczy­wy deszcz. Co wła­ści­wie chcia­łam udo­wod­nić? Bram­karz przy­tu­lił się do drzwi, żeby choć tro­chę schro­nić się pod gzym­sem, i wciąż spo­koj­nie czy­tał, jak gdy­by nie­świa­do­my hu­ra­ga­nu, któ­ry te­raz nas sma­gał. Wpa­try­wa­łam się w nie­go, aż wresz­cie pod­niósł wzrok, wy­szcze­rzył zęby i po­wie­dział:

– Taak, naj­wy­raź­niej świet­nie so­bie ra­dzisz sama. Aż mi w pię­ty po­szło, że nie bie­rzesz jed­ne­go z tych wiel­kich pa­ra­so­li i nie idziesz kil­ka prze­cznic da­lej, do Ósmej, gdzie bez kło­po­tu zła­pa­ła­byś tak­sów­kę. Świet­ne po­su­nię­cie.

– Ma­cie pa­ra­so­le? – za­py­ta­łam, za­nim zdą­ży­łam się po­wstrzy­mać. Moja bluz­ka kom­plet­nie prze­sią­kła wodą i czu­łam, że wło­sy przy­kle­iły mi się do szyi jak mo­kry, zim­ny, skoł­tu­nio­ny koc.

– Ja­sne. Trzy­ma­my je do­kład­nie na ta­kie sy­tu­acje. Ale ty na pew­no nie by­ła­byś za­in­te­re­so­wa­na wzię­ciem jed­ne­go z nich, praw­da?

– Słusz­nie, ni­cze­go mi nie trze­ba. – I po­my­śleć, że pra­wie za­czę­łam się na nie­go na­pa­lać. W tym mo­men­cie prze­je­cha­ła kor­po­ra­cyj­na tak­sów­ka i wpa­dłam na ge­nial­ny po­mysł, żeby za­dzwo­nić po służ­bo­wy sa­mo­chód UBS, któ­ry za­brał­by mnie do domu.

– Cześć, tu Bet­te Ro­bin­son, nu­mer ra­chun­ku sześć-trzy-trzy-osiem. Chcę, żeby sa­mo­chód za­brał mnie…

– Wszyst­ko za­ję­te! – wark­nę­ła dys­po­zy­tor­ka roz­złosz­czo­nym gło­sem.

– Nie, chy­ba pani nie ro­zu­mie. Mam u pań­stwa kon­to i…

Klik­nię­cie.

Sta­łam, prze­ma­ka­łam i go­to­wa­łam się ze zło­ści.

– Nie ma sa­mo­cho­dów, co? Pech – po­wie­dział bram­karz, cmo­ka­jąc ze współ­czu­ciem, ale nie pod­no­sząc oczu znad książ­ki. Zdo­ła­łam prze­rzu­cić Ko­chan­ka Lady Chat­ter­ley, kie­dy mia­łam dwa­na­ście lat i ze­bra­łam tyle wie­dzy o sek­sie, ile tyl­ko się dało z ga­zet, ksią­żek oraz pod­ręcz­ni­ka dla dziew­cząt Co się dzie­je z moim cia­łem?, ale kom­plet­nie ni­cze­go nie pa­mię­ta­łam. Może mia­ło to coś wspól­ne­go z kiep­ską pa­mię­cią albo może cho­dzi­ło o to, że przez ostat­nie dwa lata seks ja­koś nie zaj­mo­wał mo­jej świa­do­mo­ści. Albo ak­cje mo­ich uko­cha­nych ro­man­sów cał­ko­wi­cie za­ję­ły moje my­śli. W każ­dym ra­zie nie mo­głam wy­my­ślić żad­ne­go szy­der­cze­go ko­men­ta­rza na te­mat książ­ki, że nie wspo­mnę o czymś in­te­li­gent­nym.

– Żad­nych sa­mo­cho­dów – wes­tchnę­łam tyl­ko. – Dziś mi się nie wie­dzie.

Prze­szedł kil­ka kro­ków w desz­czu i wrę­czył mi dłu­gą fir­mo­wą pa­ra­sol­kę, już roz­ło­żo­ną, z logo klu­bu wi­docz­nym po obu stro­nach.

– Weź to. Idź do Ósmej i je­że­li nadal nie bę­dziesz mo­gła zła­pać tak­sów­ki, po­ga­daj z por­tie­rem w Se­re­nie, Dwu­dzie­sta Trze­cia mię­dzy Siód­mą a Ósmą. Po­wiedz mu, że ja cię przy­sy­łam i on coś za­ła­twi.

Roz­wa­ża­łam, czy nie mi­nąć go i nie pójść do me­tra, ale myśl o jeź­dzie me­trem o pierw­szej w nocy nie była zbyt ku­szą­ca.

– Dzię­ki – wy­mam­ro­ta­łam, omi­ja­jąc jego z pew­no­ścią prze­peł­nio­ne mści­wą sa­tys­fak­cją spoj­rze­nie. Wzię­łam pa­ra­sol i ru­szy­łam na wschód, czu­jąc, że mi się przy­glą­da.

Pięć mi­nut póź­niej ła­do­wa­łam się na tyl­ne sie­dze­nie wiel­kiej żół­tej tak­sów­ki, mo­kra, ale wresz­cie w cie­ple.

Po­da­łam kie­row­cy ad­res i wy­czer­pa­na osu­nę­łam się na opar­cie. O tej po­rze tak­sów­ki nada­wa­ły się do dwóch i wy­łącz­nie dwóch rze­czy: ob­ści­ski­wa­nia się z kimś w dro­dze do domu z uda­ne­go wyj­ścia albo od­by­wa­nia trzy­mi­nu­to­wych lub krót­szych po­ga­du­szek z róż­ny­mi zna­jo­my­mi oso­ba­mi. Po­nie­waż żad­na z tych dwóch opcji nie wcho­dzi­ła w grę, opar­łam mo­krą gło­wę o ka­wa­łek brud­ne­go wi­ny­lu, gdzie przed moją spo­czy­wa­ło tak wie­le tłu­stych, nie­my­tych, pi­ja­nych, za­miesz­ka­nych przez wszy i ge­ne­ral­nie za­nie­dba­nych głów, i za­mknę­łam oczy. Cze­ka­łam na peł­ne kich­nięć hi­ste­rycz­ne po­wi­ta­nie, któ­re wkrót­ce urzą­dzi mi Mil­ling­ton. Komu po­trzeb­ny fa­cet – albo na­wet świe­żo za­rę­czo­na naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka – kie­dy ma psa?

3

Ty­dzień po za­rę­czy­nach Pe­ne­lo­pe oka­zał się nie­mal nie do znie­sie­nia. Sama by­łam so­bie win­na: jest wie­le me­tod, żeby wku­rzyć ro­dzi­ców i zbun­to­wać się prze­ciw­ko ca­łe­mu ode­bra­ne­mu wy­cho­wa­niu, nie sta­jąc się przy oka­zji nie­wol­ni­kiem, ale ja naj­wy­raź­niej by­łam za głu­pia, żeby te me­to­dy zna­leźć. Więc te­raz w kon­se­kwen­cji sie­dzia­łam w UBS War­burg w swo­im bok­sie wiel­ko­ści ka­bi­ny prysz­ni­co­wej – jak co dzień od czter­dzie­stu sze­ściu mie­się­cy – i kur­czo­wo ści­ska­łam słu­chaw­kę, ak­tu­al­nie za­bar­wio­ną war­stwą pod­kła­du May­bel­li­ne Fresh Look (w ko­lo­rze taw­ny blush) i z pla­ma­mi od błysz­czy­ka L’Ore­al Wet Shi­ne (w ko­lo­rze rhi­ne­sto­ne pink). Wy­czy­ści­łam ją naj­do­kład­niej jak się dało przy jed­no­cze­snym przy­ci­ska­niu do ucha i wy­tar­łam brud­ne pal­ce o spód biu­ro­we­go krze­sła. By­łam w trak­cie wy­słu­chi­wa­nia wy­my­ślań „mi­ni­mu­ma”, oso­by, któ­ra in­we­stu­je w moim od­dzia­le tyl­ko wy­ma­ga­ną kwo­tę mi­ni­mal­ną w wy­so­ko­ści mi­lio­na do­la­rów i jest w związ­ku z tym uciąż­li­wie wy­ma­ga­ją­ca i dro­bia­zgo­wa w spo­sób, w jaki nig­dy nie by­wa­ją klien­ci dys­po­nu­ją­cy czter­dzie­sto­ma mi­lio­na­mi.

– Pani Kauf­man, na­praw­dę ro­zu­miem pani za­tro­ska­nie z po­wo­du lek­kie­go spad­ku ryn­ku, ale chcia­ła­bym za­pew­nić, że pa­nu­je­my nad sy­tu­acją. Zda­ję so­bie spra­wę, że pani bra­ta­nek de­ko­ra­tor wnętrz uwa­ża, iż pani port­fel jest prze­sad­nie ob­cią­żo­ny ob­li­ga­cja­mi spół­ek, ale za­pew­niam, że nasi ma­kle­rzy są zna­ko­mi­ci i za­wsze roz­waż­nie po­dej­mu­ją de­cy­zje w pani naj­lep­szym in­te­re­sie. Nie wiem, czy trzy­dzie­sto­dwu­pro­cen­to­wy zysk jest re­al­ny przy obec­nej sy­tu­acji eko­no­micz­nej, ale po­pro­szę Aaro­na, żeby do pani za­dzwo­nił, kie­dy tyl­ko wró­ci do ga­bi­ne­tu. Tak. Oczy­wi­ście. Tak. Tak. Tak, sta­now­czo przy­pil­nu­ję, żeby za­dzwo­nił do pani, kie­dy tyl­ko wró­ci ze spo­tka­nia. Tak. Z całą pew­no­ścią. Oczy­wi­ście. Tak, na­tu­ral­nie. Tak. Miło było z pa­nią roz­ma­wiać. Jak za­wsze. A więc do­brze. Na ra­zie. – Za­cze­ka­łam, aż usły­szę klik­nię­cie z jej stro­ny, i rzu­ci­łam słu­chaw­ką.

Pra­wie czte­ry lata i jesz­cze nie uda­ło mi się wy­du­sić sło­wa „nie”. Naj­wy­raź­niej trze­ba mieć przy­najm­niej sie­dem­dzie­siąt dwa mie­sią­ce do­świad­cze­nia, żeby się do tego kwa­li­fi­ko­wać. Wy­sła­łam Aaro­no­wi po­spiesz­ny e-mail, bła­ga­jąc, żeby od­dzwo­nił do pani Kauf­man, bo wte­dy wresz­cie prze­sta­nie mnie na­ga­by­wać, i za­sko­czo­na za­uwa­ży­łam, że już wró­cił i sie­dzi przy biur­ku, pra­co­wi­cie bom­bar­du­jąc nas e-ma­ila­mi z co­dzien­nym in­spi­ru­ją­cym gów­nem.

Dzień do­bry lu­dzi­ska. Nie za­po­mi­naj­my o pre­zen­to­wa­niu klien­tom wy­so­kie­go po­zio­mu na­szej ener­gii! Re­la­cje z tymi po­czci­wy­mi ludź­mi sta­no­wią istot­ną część na­szych in­te­re­sów – oni ce­nią na­szą cier­pli­wość i tro­skę rów­nie wy­so­ko, jak zo­rien­to­wa­ne na zy­ski za­rzą­dza­nie port­fe­la­mi. Z przy­jem­no­ścią za­wia­da­miam wszyst­kich o no­wym co­ty­go­dnio­wym spo­tka­niu gru­po­wym, któ­re, mam na­dzie­ję, po­zwo­li nam wy­pra­co­wać spo­so­by jesz­cze lep­szej ob­słu­gi klien­tów. Bę­dzie się od­by­wać co pią­tek o 7 rano i stwo­rzy nam oka­zję do nie­sche­ma­tycz­ne­go my­śle­nia. Śnia­da­nie ja sta­wiam, lu­dzi­ska, więc tyl­ko przyjdź­cie i przy­nie­ście swo­je my­ślą­ce cza­pecz­ki. I pa­mię­taj­cie: „Wiel­kie od­kry­cia i ulep­sze­nia nie­zmien­nie wy­ma­ga­ją współ­pra­cy wie­lu umy­słów” – Alek­san­der Gra­ham Bell.

Wpa­try­wa­łam się w ten e-mail tak dłu­go, że za­czę­łam się śli­nić. Czy upo­rczy­we uży­wa­nie sło­wa „lu­dzi­ska” oraz zwro­tu „nie­sche­ma­tycz­ne my­śle­nie” było bar­dziej czy mniej iry­tu­ją­ce, niż wsta­wie­nie fra­zy „my­ślą­ce cza­pecz­ki”? Czy ukła­dał i wy­sy­łał te e-ma­ile tyl­ko po to, by wzmóc prze­ni­ka­ją­ce mnie cier­pie­nie i bez­na­dzie­ję mo­ich dni? Roz­wa­ża­łam to przez kil­ka chwil, roz­pacz­li­wie sta­ra­jąc się nie my­śleć o za­po­wie­dzi spo­tkań o siód­mej rano. Uda­ło mi się od­su­nąć to na czas do­sta­tecz­nie dłu­gi, by przy­jąć ko­lej­ny go­rącz­ko­wy te­le­fon, tym ra­zem od bra­tan­ka pani Kauf­man, trwa­ją­cy re­kor­do­wych pięć­dzie­siąt sie­dem mi­nut, z któ­rych dzie­więć­dzie­siąt pro­cent mój roz­mów­ca po­świę­cił na oskar­ża­nie mnie o spra­wy, na któ­re zu­peł­nie nie mia­łam wpły­wu, pod­czas gdy ja nie mó­wi­łam nic lub od cza­su do cza­su, tyl­ko po to, by tro­chę pod­grzać at­mos­fe­rę, zga­dza­łam się z nim, że rze­czy­wi­ście je­stem tak głu­pia i bez­u­ży­tecz­na, jak twier­dzi.

Odło­ży­łam słu­chaw­kę i wró­ci­łam do le­tar­gicz­ne­go wpa­try­wa­nia się w e-mail. Nie by­łam do koń­ca pew­na, jak cy­tat z pana Bel­la od­no­si się do mo­je­go ży­cia ani dla­cze­go po­win­no mnie to ob­cho­dzić, ale wie­dzia­łam, że je­śli chcę wy­mknąć się na lunch, te­raz mam je­dy­ną szan­sę. Przez pierw­szych kil­ka lat w UBS War­burg cier­pli­wie zno­si­łam po­li­ty­kę „nie ma wy­cho­dze­nia na lunch” i grzecz­nie za­ma­wia­łam je­dze­nie do biu­ra, ale ostat­nio Pe­ne­lo­pe i ja za­czę­ły­śmy bez­wstyd­nie wy­my­kać się na dzie­sięć, dwa­na­ście mi­nut, żeby przy­nieść so­bie po­si­łek, i wtła­cza­ły­śmy w to tyle na­rze­ka­nia i plo­tek, ile się tyl­ko dało. Na ekra­nie wy­sko­czy­ła wia­do­mość z In­stant Mes­sen­ge­ra.

P.Lo: Go­to­wa? Zjedz­my fa­la­fel. Spo­tka­my się na 52. przy wóz­ku za pięć min?

Wpi­sa­łam „ok”, na­ci­snę­łam „wy­ślij” i udra­po­wa­łam ża­kiet od ko­stiu­mu na opar­ciu krze­sła, żeby po­zo­ro­wał moją obec­ność. Je­den z me­ne­dże­rów zer­k­nął na mnie, kie­dy bra­łam do ręki to­reb­kę, więc na­peł­ni­łam ku­bek pa­ru­ją­cą kawą, by mieć do­dat­ko­wy do­wód, że nie opu­ści­łam bu­dyn­ku, i po­sta­wi­łam go na środ­ku biur­ka. Na uży­tek są­sia­dów z po­bli­skich bok­sów, zbyt za­ję­tych wcie­ra­niem wy­dzie­lin skó­ry twa­rzy we wła­sne słu­chaw­ki, żeby co­kol­wiek mo­gli za­uwa­żyć, wy­mam­ro­ta­łam coś na te­mat ła­zien­ki i pew­nym kro­kiem wy­szłam na ko­ry­tarz. Pe­ne­lo­pe pra­co­wa­ła w dzia­le nie­ru­cho­mo­ści dwa pię­tra nade mną i była już w win­dzie, ale jak dwaj do­brze wy­szko­le­ni agen­ci CIA na­wet na sie­bie nie spoj­rza­ły­śmy. Pu­ści­ła mnie przo­dem i przez mi­nu­tę krą­ży­ła po lob­by, po czym wy­mknę­ła się na ze­wnątrz i spo­koj­nie prze­szła obok fon­tan­ny. Ru­szy­łam za nią naj­szyb­ciej jak się dało w mo­ich brzyd­kich, nie­wy­god­nych bu­tach na ob­ca­sie. Mia­łam wra­że­nie, że zde­rzy­łam się ze ścia­ną wil­go­ci. Nie roz­ma­wia­ły­śmy, do­pó­ki nie przy­łą­czy­ły­śmy się do ko­lej­ki biu­ro­wych trut­ni ze śród­mie­ścia, sto­ją­cych ci­cho i nie­spo­koj­nie, roz­dar­tych mię­dzy chę­cią roz­ko­szo­wa­nia się tymi kil­ko­ma cen­ny­mi mi­nu­ta­mi wol­no­ści w cią­gu dnia a od­ru­cho­wym uczu­ciem iry­ta­cji i fru­stra­cji, że mu­szą na co­kol­wiek cze­kać.

– Co bie­rzesz? – za­py­ta­ła Pe­ne­lo­pe, ba­daw­czo przy­glą­da­jąc się trzem róż­nym wóz­kom ze skwier­czą­cym i aro­ma­tycz­nym et­nicz­nym je­dze­niem, któ­re męż­czyź­ni w roz­ma­itych stro­jach i o zróż­ni­co­wa­nym owło­sie­niu twa­rzy go­to­wa­li na pa­rze, kro­ili, ob­sma­ża­li, na­dzie­wa­li na szpi­kul­ce, sma­ży­li i po­da­wa­li głod­nym bia­łym koł­nie­rzy­kom.

– To wszyst­ko opie­ka­ne mię­so i na­peł­nio­ne czymś cia­sto – stwier­dzi­łam bez­barw­nym gło­sem, przy­glą­da­jąc się dy­mią­ce­mu po­ży­wie­niu. – Ja­kie to ma zna­cze­nie?

– Ktoś jest dzi­siaj w świet­nym na­stro­ju.

– Och, prze­pra­szam, za­po­mnia­łam, po­win­nam być za­chwy­co­na, że pięć lat nie­wol­ni­czej pra­cy tak świet­nie mi wy­szło. No bo spójrz tyl­ko na nas, czy to nie olśnie­wa­ją­ce? – Za­to­czy­łam ra­mie­niem koło. – Wy­star­cza­ją­co smut­ny jest fakt, że nie mamy prze­rwy na lunch w ja­kimś mo­men­cie szes­na­sto­go­dzin­ne­go dnia pra­cy, ale to, że nie wol­no nam na­wet sa­mo­dziel­nie wy­brać je­dze­nia, jest ku­rew­sko ża­ło­sne.

– To nic no­we­go, Bet­te. Nie ro­zu­miem, cze­mu tak się tym te­raz stre­su­jesz.

– Mam po pro­stu wy­jąt­ko­wo par­szy­wy dzień. Je­śli w ogó­le da się je wszyst­kie od­róż­nić.

– Dla­cze­go? Coś się sta­ło?

Chcia­łam po­wie­dzieć „Dwa pier­ścion­ki?”, ale po­wstrzy­ma­łam się, kie­dy ko­bie­ta z nad­wa­gą, ubra­na w ko­stium jesz­cze gor­szy niż mój i parę bia­łych skó­rza­nych re­ebo­ków no­szo­nych do raj­stop, roz­la­ła go­rą­cy sos na swo­ją ha­fto­wa­ną bluz­kę z fal­ban­ka­mi. Zo­ba­czy­łam samą sie­bie za dzie­sięć lat i o mało nie stra­ci­łam rów­no­wa­gi z po­wo­du ata­ku mdło­ści.

– Oczy­wi­ście, że nic się nie sta­ło, w tym cały pro­blem! – pra­wie wrza­snę­łam. Dwóch blon­dy­nów, któ­rzy wy­glą­da­li, jak­by świe­żo zje­dli w klu­bie ab­sol­wen­tów Prin­ce­town, od­wró­ci­ło się i spoj­rza­ło na mnie z cie­ka­wo­ścią. Przez chwi­lę my­śla­łam o tym, żeby się uspo­ko­ić, bo obaj, cóż, wy­glą­da­li mi­lut­ko, ale szyb­ko so­bie przy­po­mnia­łam, że ci ob­sce­nicz­nie sek­sow­ni gra­cze w la­cros­se nie tyl­ko są o wie­le za mło­dzi, ale też mają naj­praw­do­po­dob­niej wspa­nia­łe dziew­czy­ny młod­sze ode mnie o osiem lat.

– Mó­wię po­waż­nie, Bet­te, nie wiem, cze­go ty chcesz. Prze­cież to pra­ca, praw­da? To tyl­ko pra­ca. Nie­waż­ne co ro­bisz, nig­dy nie bę­dzie to rów­nie przy­jem­ne jak prze­sia­dy­wa­nie przez cały dzień w wiej­skim klu­bie, wiesz? Ja­sne, spę­dza­nie każ­dej mi­nu­ty dnia w pra­cy jest do ni­cze­go. I ja też nie do koń­ca ko­cham fi­nan­se… ja­koś nig­dy nie ma­rzy­łam o pra­cy w ban­ku… ale prze­cież nie jest aż taka zła.

Ro­dzi­ce Pe­ne­lo­pe usi­ło­wa­li na­mó­wić ją na po­sa­dę w „Vo­gue’u” albo w So­the­by’s, żeby tam zy­ska­ła fi­nal­ne szli­fy przed zdo­by­ciem ty­tu­łu mę­żat­ki, ale kie­dy upie­ra­ła się, żeby do­łą­czyć do nas wszyst­kich, za­czy­na­ją­cych ży­cie w kor­po­ra­cyj­nej Ame­ry­ce, nie pro­te­sto­wa­li – z całą pew­no­ścią zna­le­zie­nie męża pod­czas pra­cy w fi­nan­sach było moż­li­we, o ile oczy­wi­ście trzy­ma­ła­by się wy­ty­czo­ne­go celu, nie prze­ja­wia­ła am­bi­cji i rzu­ci­ła pra­cę na­tych­miast po ślu­bie. Praw­da jed­nak była taka, że cho­ciaż Pe­ne­lo­pe ję­cza­ła i na­rze­ka­ła na swo­je za­ję­cie, moim zda­niem na­praw­dę je lu­bi­ła.

Po­da­ła pię­cio­do­la­ro­wy bank­not, żeby za­pła­cić za oba na­sze ke­ba­by i jej ręka przy­cią­gnę­ła moje spoj­rze­nie jak ma­gnes. Na­wet ja mu­sia­łam przy­znać, że pier­ścio­nek jest wspa­nia­ły. Po­wie­dzia­łam to, po raz dzie­sią­ty, i Pe­ne­lo­pe po­ja­śnia­ła w uśmie­chu. Trud­no mi było de­ner­wo­wać się z po­wo­du de­struk­cyj­ne­go wy­mia­ru tych za­rę­czyn, kie­dy Pen w tak oczy­wi­sty spo­sób była uszczę­śli­wio­na. Ave­ry zdo­łał na­wet po­pra­wić się od chwi­li oświad­czyn i uda­wa­ło mu się od­gry­wać rolę praw­dzi­we­go tro­skli­we­go na­rze­czo­ne­go, co oczy­wi­ście jesz­cze bar­dziej ją uszczę­śli­wia­ło. Przez trzy ostat­nie wie­czo­ry przy­cho­dził po nią do pra­cy, żeby mo­gli ra­zem wró­cić do domu, i na­wet po­dał Pen śnia­da­nie do łóż­ka. Co waż­niej­sze, po­wstrzy­my­wał się od bie­ga­nia po klu­bach, swo­je­go ulu­bio­ne­go spo­so­bu spę­dza­nia wol­ne­go cza­su, już od peł­nych trzech ty­go­dni z wy­jąt­kiem tego wie­czo­ru na ich cześć w ze­szłym ty­go­dniu. Pe­ne­lo­pe nie prze­szka­dza­ło to, że Ave­ry chciał jak naj­czę­ściej prze­sia­dy­wać przy – lub tań­czyć na – knaj­pia­nych sto­li­kach, ale nie chcia­ła brać w tym udzia­łu. W te wie­czo­ry, kie­dy wy­cho­dził z przy­ja­ciół­mi ze swo­jej fir­my kon­sul­tin­go­wej, Pe­ne­lo­pe i ja sie­dzia­ły­śmy w Black Door, strasz­nie pod­łym ba­rze, z Mi­cha­elem (kie­dy był osią­gal­ny), pi­jąc piwo i za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go kto­kol­wiek miał­by chcieć sie­dzieć gdzie in­dziej. Ale naj­wy­raź­niej ktoś oświe­cił Ave­ry’ego, że pod­czas gdy zo­sta­wia­nie w domu dziew­czy­ny przez sześć wie­czo­rów w ty­go­dniu jest do przy­ję­cia, spła­wia­nie na­rze­czo­nej to coś in­ne­go, więc pod­jął świa­do­my wy­si­łek, żeby z tym skoń­czyć. Wie­dzia­łam, że nie­dłu­go wy­trwa w tym po­sta­no­wie­niu.

Wró­ci­ły­śmy do bu­dyn­ku tą samą dro­gą i za­kra­dłam się do biu­ra, ob­da­rzo­na tyl­ko jed­nym złym spoj­rze­niem przez prze­strze­ga­ją­ce­go za­sad pu­cy­bu­ta UBS (któ­re­mu, tak się skła­da, tak­że nie wol­no było opusz­czać bu­dyn­ku w cza­sie lun­chu, na wy­pa­dek gdy­by para bu­tów z dziur­ko­wa­nym no­skiem gwał­tow­nie po­trze­bo­wa­ła pu­co­wa­nia mię­dzy pierw­szą a dru­gą po po­łu­dniu). Pe­ne­lo­pe we­szła za mną do bok­su i usa­do­wi­ła się na krze­śle teo­re­tycz­nie prze­zna­czo­nym dla go­ści i klien­tów, cho­ciaż do tej pory nie mia­łam ani jed­nych, ani dru­gich.

– No więc usta­li­li­śmy datę – oznaj­mi­ła bez tchu, ata­ku­jąc won­ny ta­lerz, któ­ry ba­lan­so­wał na jej ko­la­nach.

– Ach tak? Kie­dy?

– Do­kład­nie za rok od przy­szłe­go ty­go­dnia. Dzie­sią­te­go sierp­nia na Mar­tha’s Vi­ney­ard, co wy­da­je się wła­ści­we, sko­ro tam wszyst­ko się za­czę­ło. Je­ste­śmy za­rę­cze­ni od kil­ku ty­go­dni, a na­sze mat­ki już sza­le­ją. Zu­peł­nie po­waż­nie nie wiem, jak z nimi wy­trzy­mam.

Ro­dzi­ny Ave­ry’ego i Pe­ne­lo­pe spę­dza­ły ra­zem wa­ka­cje, od­kąd ci dwo­je byli w po­wi­ja­kach, krę­cąc się po wy­spie w cza­sie lata. Ist­nia­ły całe tony zdjęć ich wszyst­kich ob­no­szą­cych ta­nie tor­by z mo­no­gra­ma­mi od L.L. Be­ana i kap­cie ze Stubbs and Wo­ot­ten przy oka­zji co­rocz­nych nar­ciar­skich wa­ka­cji w Adi­ron­dacks. Ona cho­dzi­ła do Ni­gh­tin­ga­le, a on był w Col­le­gia­te i obo­je spę­dzi­li znacz­ną część dzie­ciń­stwa cią­ga­ni na roz­ma­ite spo­tka­nia do­bro­czyn­ne, przy­ję­cia i week­en­do­we me­cze polo. Ave­ry się w tym od­na­lazł, ra­do­śnie wcho­dził w skład każ­de­go mło­dzie­żo­we­go ko­mi­te­tu każ­dej fun­da­cji, któ­ra go o to po­pro­si­ła, sześć razy w ty­go­dniu wy­ru­szał na mia­sto, ko­rzy­sta­jąc z nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści fi­nan­so­wych swo­ich ro­dzi­ców, i był jed­nym z tych uro­dzo­nych i wy­cho­wa­nych w No­wym Jor­ku dzie­cia­ków, któ­re zna­ły wszę­dzie wszyst­kich. Ku wiel­kie­mu za­kło­po­ta­niu swo­ich ro­dzi­ców, Pe­ne­lo­pe nie prze­ja­wia­ła za­in­te­re­so­wa­nia ich sty­lem ży­cia. Wciąż na nowo od­rzu­ca­ła całe ich kół­ko, wo­ląc spę­dzać czas z gru­pą nie­do­sto­so­wa­nych ar­ty­stów ko­rzy­sta­ją­cych ze sty­pen­diów, z dzie­cia­ka­mi tego ro­dza­ju, że przy­pra­wia­ły mat­kę Pe­ne­lo­pe o zim­ne poty. Ave­ry i Pe­ne­lo­pe nie byli so­bie bli­scy – i z pew­no­ścią nie było w ich re­la­cji ni­cze­go na­wet z grub­sza ro­man­tycz­ne­go – do­pó­ki Ave­ry nie skoń­czył szko­ły rok przed nią i nie po­szedł do Emo­ry. We­dług Pe­ne­lo­pe, któ­ra za­wsze ży­wi­ła do nie­go gwał­tow­ne, skry­te uczu­cie, Ave­ry na­le­żał do naj­po­pu­lar­niej­szych dzie­cia­ków w szko­le, cza­ru­ją­cy, mu­sku­lar­ny, grał w pił­kę noż­ną, miał sto­sow­ne oce­ny i był wy­star­cza­ją­co sek­sow­ny, żeby uszła mu pła­zem praw­dzi­wa, rze­tel­na aro­gan­cja. Z tego, co sama mo­głam po­wie­dzieć, Pe­ne­lo­pe za­wsze wta­pia­ła się w tło jak wszyst­kie ślicz­ne dziew­czy­ny o eg­zo­tycz­nej uro­dzie w wie­ku, kie­dy li­czą się tyl­ko blond wło­sy i wiel­kie cyc­ki. Spę­dza­ła masę cza­su na zdo­by­wa­niu do­brych stop­ni i roz­pacz­li­wie sta­ra­ła się po­zo­stać nie­zau­wa­żo­na. I uda­ło jej się, a przy­najm­niej uda­wa­ło do cza­su, gdy Ave­ry przy­je­chał na let­nie wa­ka­cje po pierw­szym roku i zer­k­nął do ba­se­ni­ku przy dzie­lo­nym przez ich ro­dzi­ny domu na wy­spie, żeby zo­ba­czyć wszyst­ko, co było w Pe­ne­lo­pe dłu­gie, zgrab­ne i wspa­nia­łe – może jej de­li­kat­ne cia­ło albo pro­ste czar­ne wło­sy, a może rzę­sy, któ­re ocie­nia­ły ogrom­ne brą­zo­we oczy.

Pe­ne­lo­pe więc zro­bi­ła to, o czym każ­da po­rząd­na dziew­czy­na wie, że jest złe – dla re­pu­ta­cji, dla sza­cun­ku do sa­mej sie­bie oraz w myśl za­sad stra­te­gii na­kło­nie­nia fa­ce­ta, żeby za­dzwo­nił na­stęp­ne­go dnia – i z miej­sca się z nim prze­spa­ła, w parę mi­nut po tym, jak po­chy­lił się, żeby ją pierw­szy raz po­ca­ło­wać. („Po pro­stu nie mo­głam się opa­no­wać – mó­wi­ła, po raz set­ny opo­wia­da­jąc całą hi­sto­rię – nie mo­głam uwie­rzyć, że Ave­ry Wa­inw­ri­ght jest mną za­in­te­re­so­wa­ny!”). Ale w prze­ci­wień­stwie do in­nych dziew­czyn, o któ­rych wie­dzia­łam, że upra­wia­ły seks z fa­ce­tem po­zna­nym parę go­dzin wcze­śniej i nig­dy wię­cej o nim nie sły­sza­ły, Pe­ne­lo­pe wią­za­ła się z Ave­rym co­raz moc­niej i ich za­rę­czy­ny były za­le­d­wie po­wszech­nie apro­bo­wa­ną i po­chwa­la­ną for­mal­no­ścią.

– Są gor­sze niż zwy­kle?

Wes­tchnę­ła i prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– „Gor­sze niż zwy­kle”. Cie­ka­wy zwrot. By­ła­bym zda­nia, że to nie­moż­li­we, ale tak, moja mat­ka zdo­ła­ła stać się jesz­cze bar­dziej nie­zno­śna. Ostat­nia za­cię­ta kłót­nia była o to, czy moż­na z ca­łym spo­ko­jem na­zwać suk­nią ślub­ną coś, co nie zo­sta­ło za­pro­jek­to­wa­ne przez Verę Wang, Ca­ro­li­nę Her­re­rę albo Mo­ni­que Lhu­il­lier. Stwier­dzi­łam, że tak. Ona oczy­wi­ście się nie zgo­dzi­ła. Z całą sta­now­czo­ścią.

– Kto wy­grał?

– Od­pu­ści­łam w tej kwe­stii, bo tak na­praw­dę jest mi wszyst­ko jed­no, kto zro­bi suk­nię, o ile mi się spodo­ba. Będę, jak są­dzę, zmu­szo­na bar­dzo sta­ran­nie wy­bie­rać kwe­stie do prze­wal­cze­nia i jed­na, w któ­rej nie pój­dę na kom­pro­mis, to za­wia­do­mie­nie o ślu­bie.

– Zde­fi­niuj „za­wia­do­mie­nie o ślu­bie”.

– Nie zmu­szaj mnie. – Wy­szcze­rzy­ła zęby i po­cią­gnę­ła łyk dok­to­ra pep­pe­ra.

– Wy­duś to.

– Bet­te, pro­szę, to i tak wy­star­cza­ją­co pa­skud­ne. Nie zmu­szaj mnie, że­bym to po­wie­dzia­ła.

– No, da­lej, Pen. Wy­rzuć to z sie­bie. No już, po pierw­szym ra­zie bę­dzie ci ła­twiej. Po pro­stu to po­wiedz. – Szturch­nę­łam jej krze­sło sto­pą i na­chy­li­łam się, żeby na­cie­szyć się in­for­ma­cją.

Za­kry­ła swo­je ide­al­ne bla­de czo­ło dłu­gi­mi szczu­pły­mi pal­ca­mi i po­krę­ci­ła gło­wą.

– „New York Ti­mes”.

– Wie­dzia­łam! Will i ja po­trak­tu­je­my cię de­li­kat­nie, obie­cu­ję. Ona nie żar­tu­je, praw­da?

– Oczy­wi­ście, że nie! – jęk­nę­ła Pe­ne­lo­pe. – I oczy­wi­ście mat­ka Ave­ry’ego aż się do tego pali.

– Och, Pen, ide­al­nie! Two­rzy­cie taką do­bra­ną parę i te­raz wszy­scy się o tym prze­ko­na­ją! – Za­chi­cho­ta­łam.