Porozmawiajmy o eksie - Rachel Lynn Solomon - ebook + książka
BESTSELLER

Porozmawiajmy o eksie ebook

Rachel Lynn Solomon

3,9

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Shay Goldstein od blisko dekady jest realizatorką w stacji radiowej w Seattle i nie wyobraża sobie innej pracy. Jej karierę zaczyna zaburzać pojawienie się Dominica Yuna – świeżo upieczonego absolwenta dziennikarstwa, przekonanego, że o radiu wie absolutnie wszystko.

Borykająca się z problemami stacja potrzebuje nowego programu, by przetrwać. To wtedy Shay wpada na entuzjastycznie przyjęty pomysł. W audycji Porozmawiajmy o eksie dwoje byłych będzie na żywo udzielać związkowych rad. Szef rozgłośni uznaje jednak, że nie ma potrzeby szukać skłóconej ekspary, gdy Shay i Dominic żywią do siebie taką niechęć, jakby dopiero co ze sobą zerwali. Choć żadnemu z nich nie podoba się wizja okłamywania słuchaczy, alternatywą jest utrata pracy.

Program szybko zyskuje popularność i pnie się po listach najchętniej słuchanych audycji w Seattle. A para prowadzących własne rady zaczyna stosować w coraz mniej służbowym związku…

„Błyskotliwa perełka, cudownie feministyczna komedia, która przebojem wdarła się na nasz stosik ulubionych książek”. – Christina Lauren, duet autorski bestsellerów z listy „New York Timesa”

„Cały szum wokół tej książki jest absolutnie uzasadniony”. – PopSugar

Porozmawiajmy o eksie ma tyle twarzy: to przezabawna, pełna żarcików komedia romantyczna, refleksja nad tym, jak żałoba wpływa na nasze życie i miłość, oda na cześć radia publicznego i podcastów, a przy tym wciągająca historia miłosna… Prawdziwy powiew świeżego powietrza”. – Entertainment Weekly

„To książka, przy której miałam motylki w brzuchu. Zakochałam się w miłości Shay i Dominica”. – Sarah Hogle, autorka Miłosnego układu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 380

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (86 ocen)
21
40
19
4
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
magdah1234

Całkiem niezła

Niby ok ale czegoś w niej brakuje
30
Sarielle

Dobrze spędzony czas

niezłe. końcowy konflikt trochę wydumany, ale postaci da się łatwo polubić i jest coś uroczego w rej historii
10
Paul_1406

Dobrze spędzony czas

Bardzo przyjemna oraz wciągająca książka! Postać Shay może chwilami infantylna z ilością zazdrości i nie lubienia Doma bez powodu, lecz z drugiej strony bardzo prawdziwa. Dominic naprawdę urzekł mnie, gdy poznajemy go stopniowo widząc jak odkrywa swoje warstwy przed Shay. Mężczyzna wreszcie nie jest pokazany jako idealnie ciągle pewny siebie macho, który wie że kobieta go pożąda! Dużo nostalgii oraz tematów związanych z żałobą oraz stratą bliskiej osoby! I jest też sporą ilość kłamstwa i nieporozumień między głównymi bohaterami. Polecam!!!
00
Beata123123123

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo przyjemna książka
00
Chiyoshi

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam! Świetni bohaterowie. Dominika uwielbiam. W końcu normalny, trochę niepewny i uroczy facet. Samce alfa trochę mi się przejadły. Było parę wzruszeń i śmiechów. 🥰
00

Popularność



Podobne


 

 

 

 

Tytuł oryginału: The Ex Talk

Copyright © Rachel Lynn Solomon, 2021

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Makaruk, 2022

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2023

 

Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak

Redaktorka prowadząca: Andżelika Stasiłowicz

Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska

Redakcja: Joanna Jeziorna-Kramarz

Korekta: Marta Akuszewska, Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Oryginalny projekt okładki: © Vi-An Nguyen

Zdjęcie na okładce: © Katsumi Murouchi | gettyimages.com

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67616-60-7

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Ivana

Dziękuję, że wyruszyłeś ze mną w tę podróż,

dziękuję za niewzruszone wsparcie

i za to, że kochasz opowieści tak samo jak ja.

Przy Tobie zawsze czuję się jak w domu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie szukam opowieści z myślą o pomyłkach.

Ale faktem jest, że wiele wspaniałych historii

zawdzięczam ludziom, którzy się mylili.

Ira Glass

 

 

 

 

 

 

1

 

 

 

 

Dominic Yun jest w moim studiu.

Dobrze wie, że to moje studio. Pracuje tu od czterech miesięcy, więc nie ma opcji, żeby nie wiedział. Jak wół stoi zresztą napisane w niebieskim dymku we wspólnym kalendarzu, tym połączonym z mejlem: studio C, Goldstein Shay, od poniedziałku do piątku od 11 do 12. Kończy się: nigdy.

Pukałam do drzwi, ale cóż, są dźwiękoszczelne. A choć lista moich wad z pewnością wypełniłaby półgodzinną audycję bez reklam, nie jestem aż tak wredna, żeby wparować do środka i zepsuć mu nagranie. Może to najmniej wykwalifikowany dziennikarz Pacific Public Radio, ale za bardzo szanuję sztukę montażu, żeby się posunąć do czegoś takiego. To, co się dzieje w studiu, powinno być święte.

Dlatego stoję oparta o ścianę i gotuję się w milczeniu, gdy nad drzwiami na wprost migocze czerwony napis NAGRYWANIE.

– Idź do innego studia, Shay! – woła Paloma Powers, gospodyni mojego programu, w drodze na lunch. (Yakisoba z warzywami z mikroknajpki po drugiej stronie ulicy, w każdy wtorek i czwartek przez ostatnie siedem lat. Kończy się: nigdy).

Mogłabym, pewnie. Ale pasywna agresja jest dużo zabawniejsza.

W radiu publicznym pracują nie tylko intelektualiści o miodopłynnych głosach, którzy dopraszają się o pieniądze podczas dorocznych zbiórek. Na każde stanowisko w tej branży przypada pewnie setka zdesperowanych absolwentów i absolwentek dziennikarstwa, którzy „po prostu uwielbiają This American Life”, i dlatego, jeśli się chce przetrwać, trzeba być czasem bezwzględną.

Niewykluczone, że byłam bardziej uparta niż bezwzględna. Temu uporowi zawdzięczam staż, który udało mi się tu dostać dekadę temu, i teraz, w wieku dwudziestu dziewięciu lat, jestem najmłodszą w historii stacji starszą realizatorką. Tego właśnie pragnęłam od dziecka, nawet jeśli na początku marzyłam raczej, że będę siedziała przy mikrofonie, a nie przy komputerze.

Jest jedenasta dwadzieścia, gdy drzwi studia wreszcie się otwierają, choć ja zdążyłam już zapewnić swoją asystentkę Ruthie Liao, że materiały promocyjne będą przed południem, i wzbudzić wesołość Marlene Harrison-Yates, dziennikarki zajmującej się ochroną środowiska, zanim ta zniknęła w nieporównywalnie gorszym studiu B.

Najpierw widzę jego buty, błyszczące czarne oksfordy, za którymi podąża mierząca dobrze ponad metr osiemdziesiąt reszta – grafitowe spodnie i rdzawoczerwona koszula z rozpiętym górnym guzikiem. Postać we framudze drzwi do studia C, marszcząca brwi nad scenariuszem, mogłaby się znaleźć na stockowym zdjęciu w kategorii business casual.

– Udało ci się powiedzieć odpowiednie słowa w odpowiedniej kolejności? – pytam.

– Chyba tak – mówi Dominic z całkowitą powagą do scenariusza zamiast do mnie. – Mogę ci w czymś pomóc?

Napełniam swój głos słodyczą aż po wrąbek.

– Czekam tylko na swoje studio.

Ponieważ blokuje mi drogę, kontynuuję oględziny. Rękawy ma podwinięte do łokci, czarne włoski lekko wzburzone. Może przejeżdżał po nich dłońmi zirytowany, bo historia nie układała się tak, jak chciał. Byłaby to odświeżająca zmiana po jego materiałach, które zdominowały naszą stronę – miały dużo odsłon ze względu na chwytliwe nagłówki, ale brakowało im emocjonalnej głębi. Może przez dwadzieścia minut, które spędził w studiu C, radio publiczne zmęczyło go do tego stopnia, że teraz właśnie szedł do Kenta, żeby mu powiedzieć, że nie nadaje się do tej roboty.

Pracował tu na tyle krótko, że nie potrafił dostrzec niuansów różniących studia A i B od mojego ulubionego C: słuchawek złamanych w idealnym miejscu, suwaków na tablicy wyważonych tak, że łatwiej nimi manipulować. Nie wiedział też, dlaczego to miejsce było dla mnie aż tak ważne. To tu zmontowałam swój pierwszy samodzielnie zrobiony program – o tym, co znaczy nie mieć ojca w Dzień Ojca, program, który zablokował telefony stacji na wiele godzin. Gdy słuchałam historii, które opowiadali ludzie, po raz pierwszy od lat czułam się mniej samotna – przypomniały mi, dlaczego zawsze chciałam pracować w radiu.

Możliwe, że nie chodziło wcale o studio C, możliwe, że rozwinęłam w sobie niezdrowe przywiązanie do tych dwóch metrów kwadratowych kabli i pokręteł.

– Jest twoje – mówi, ale nie przesuwa się ani nie unosi wzroku.

– I powinno być. We wszystkie dni robocze od jedenastej do południa. Jeśli twój kalendarz szwankuje, zgłoś to do działu IT.

Wreszcie odrywa wzrok od papierów i przenosi go na mnie. Czy raczej opuszcza. Opiera się o framugę, lekko garbiąc ramiona. Zawsze to robi, a ja podejrzewam, że po prostu budynki normalnej wielkości są dla niego za małe. Mam metr pięć­dziesiąt siedem i nigdy bardziej nie uświadamiam sobie swojego wzrostu, niż gdy stoję obok niego.

Kiedy nasza recepcjonistka Emma robiła mu zdjęcie na stronę, bez przerwy się czerwieniła – pewnie dlatego, że jest tu jedynym facetem poniżej trzydziestki nie na stażu. Na tym zdjęciu wygląda poważnie, jeśli nie liczyć maleńkiego zagięcia w kształcie nawiasu w kąciku ust. Wpatrywałam się w nie przez długi czas, gdy fotografię zamieszczono na stronie, zastanawiając się, dlaczego Kent zatrudnił kogoś, kto nigdy wcześniej nie postawił stopy w studiu. Rozpływał się nad jego magisterium na Northwestern, powszechnie uznawanym za uniwersytet z najlepszym programem dziennikarstwa w kraju, i nad nagrodami zdobytymi w czasie studiów.

Dominic obdarza mnie teraz surowszą, bardziej powściągliwą wersją uśmiechu ze zdjęcia.

– O jedenastej pięć nikogo nie było w środku. A ja mogę mieć coś dużego. Czekam na potwierdzenie z jeszcze jednego źródła.

– Super. Muszę zmontować intro Palomy, więc… – Ruszam w stronę studia, ale on ani drgnie, jego niewiarygodnie potężna postać blokuje wejście. Jestem jak mały miś, który próbuje zwrócić uwagę grizzly.

Nawias w kąciku ust rozciąga się nieco bardziej.

– Nie spytasz, co to?

– Pewnie przeczytam jutro w „Seattle Times”.

– Ej, a gdzie twoja wiara w zespół? Radio publiczne też może mieć gorące newsy – mówi z przekonaniem. Kłóciliśmy się o to z dziesięć razy, od pierwszego tygodnia jego pracy, kiedy spytał, dlaczego nikt z nas nie bierze udziału w posiedzeniach rady miasta. – Nie byłoby fajnie przynajmniej raz wyrwać się do przodu zamiast gonić innych?

Dominic zdaje się nie rozumieć, że najświeższe doniesienia to nie nasza bajka. Gdy w trakcie szkolenia powiedziałam mu, że nasi dziennikarze po prostu piszą streszczenia wiadomości z „Timesa”, spojrzał na mnie, jakbym oznajmiła, że nie będziemy rozdawać gadżetów z logo stacji w czasie następnej zbiórki funduszy. Nasi dziennikarze robią świetną robotę – i ważną – ale ja zawsze uważałam, że radio publiczne jest najlepsze wtedy, gdy skupia się nie na problemach bieżących, tylko na sprawach głębszych, kiedy wydobywa ludzki aspekt historii. Tym właśnie zajmujemy się w moim programie Głosy Puget i w tym jesteśmy dobre. To Paloma wymyśliła nazwę, która nawiązuje do Puget Sound, zatoki na północno-zachodnim wybrzeżu stanu Waszyngton.

– Ludzie nie szukają u nas wiadomości z ostatniej chwili – mówię, starając się nie podnosić głosu. – Zrobiliśmy badania. Nie ma znaczenia, kto pierwszy zamieści newsa. Jutro będą o tym mówić wszystkie stacje, blogi i cały Twitter. I nikogo nie będzie obchodziło, skąd się dowiedział.

Krzyżuje ręce na piersi, czym jeszcze mocniej przyciąga uwagę do nagich przedramion i czarnych włosów znikających pod podwiniętymi rękawami. Zawsze miałam fioła na punkcie przedramion – mężczyzna zawijający rękawy do łokci to dla mnie w zasadzie gra wstępna – i moim zdaniem to zbrodnia, że u tego typa marnuje się taki śliczny zestaw.

– Jasne, jasne – mówi. – Muszę pamiętać, że prawdziwe radio to… Co masz dziś w swoim paśmie?

– Spytaj trenerkę. – Unoszę podbródek w nadziei, że roztaczam aurę pewności siebie.

Nie będę się wstydzić. To jedna z najpopularniejszych audycji, program na żywo, w którym znana behawiorystka Mary Beth Szczekley – dziewięćdziesiąt osiem procent szans, że to nieprawdziwe nazwisko – odpowiada na pytania słuchaczek i słuchaczy. Zawsze przychodzi ze swoim corgi i faktycznie dzięki psom wszystko staje się lepsze.

– Analiza kocich wymiocin na antenie, prawdziwa służba publiczna. – Odkleja się od framugi i drzwi zatrzaskują się za nim głucho. – Tego dnia, kiedy mówili o tym na studiach, byłem chyba chory. Mało kto potrafi wychwycić takie niuanse jak ty ze swoim programem.

Zanim zdążę odpowiedzieć, na korytarzu pojawia się Kent w charakterystycznych szelkach i śmiesznym krawacie. Dziś dostrzegam kawałki pizzy pepperoni. Kent O’Grady, dyrektor programowy stacji i właściciel głosu, który dekady temu uczynił z niego radiową legendę Seattle.

Klepie Dominica po ramieniu, ale ponieważ jest tylko kilka cali wyższy ode mnie, jego ręka ląduje na bicepsie.

– Oto ludzie, których szukałem. Dom, jak tam ta twoja historia? Mamy skandal?

Dom. W ciągu dziesięciu lat nie zdarzyło się, żeby Kent do kogokolwiek zaczął się tak szybko zwracać z poufałością.

– Skandal? – pytam z zainteresowaniem.

– Być może – mówi Dominic. – Czekam na jeszcze jeden telefon, żeby to potwierdzić.

– Znakomicie. – Kent przejeżdża ręką po siwiejącej brodzie. – Shay, czy Paloma znajdzie czas, żeby przeprowadzić na żywo rozmowę z Dominikiem?

– Na żywo? To znaczy… nie nagramy tego wcześniej? – jąka się Dominic.

– Gdzie tam. Chcemy być pierwsi.

– No to szykujemy się na gorącego newsa – mówię, a on blednie. Niezbyt podoba mi się pomysł, żeby oddawać mu czas na antenie, ale skoro budzi to w nim taki popłoch, oczywiście w to wchodzę. – Myślę, że możemy urwać kilka minut Mary Beth Szczekley.

Kent pstryka palcami.

– Przypomnij mi, żebym ją złapał przed wyjściem. Klopsik ostatnio je karmę, tylko jeśli każdego chrupka wyjmie najpierw z miski na podłogę.

– Nie więcej niż kilka minut, tak? – Głos Dominica drży.

– Góra pięć. Dasz sobie radę. – Kent uśmiecha się szeroko i wraca do swojego gabinetu.

– Błagam, tylko nie zepsuj mi programu – mówię, a potem wślizguję się do studia C.

 

 

Dominic Yun jest w moim studiu.

Formalnie rzecz biorąc, to trzy przylegające do siebie studia: w jednym znajduję się ja razem ze spikerem i konsolą do miksowania, czyli „mikserem”, w drugim odbiera się telefony, w trzecim zaś siedzi Paloma z notatkami, butelką kombuczy i szklanką po wodzie. Koło niej Dominic załamuje ręce, bo rzeczoną wodę wylał właśnie na notatki Palomy. Ruthie popędziła wydrukować nową kopię.

– Mary Beth już jest – mówi, wślizgując się do studia. Zdążyła posprzątać bałagan, którego narobił Dominic. – I tak, dostała wodę, tak samo jak jej pies.

– Świetnie. Dziękuję. – Zakładam słuchawki i przeglądam konspekt programu, moje serce wali w znajomym rytmie.

Głosy Puget to godzinny zastrzyk adrenaliny na antenie we wszystkie dni powszednie od czternastej do piętnastej. Jako starsza realizatorka reżyseruję program na żywo: daję znaki Palomie, dzwonię do gości i przełączam rozmowy, pilnuję czasu przeznaczonego na każdy segment i gaszę wszelkie pożary. Ruthie wpuszcza gości, a nasz stażysta Griffin odbiera telefony od słuchaczy w sąsiedniej kabinie.

Czasami nie potrafię uwierzyć, że robię to pięć razy w tygodniu. Tysiące ludzi w całym mieście przełączają radia, aplikacje i przeglądarki na 88.3 FM, a część nawet czuje się do tego stopnia zainspirowana, rozbawiona czy wkurzona, że dzwonią do nas, żeby się podzielić swoją historią albo zadać pytanie. Właśnie ten interaktywny element – fakt, że człowiek w jednej chwili słyszy Palomę w głośniku, a w drugiej rozmawia z nią na żywo – sprawia, że to najlepsza forma dziennikarstwa. Dzięki niemu świat staje się nieco mniejszy. Możecie słuchać programu, który ma setki tysięcy wielbicieli w całym kraju, ale i tak wciąż będzie się wam wydawało, że jego gospodarz czy gospodyni zwracają się bezpośrednio do was. Prawie tak, jakbyście byli przyjaciółmi.

Stopy w jasnobrązowych botkach podskakują mi na najniższym szczeblu stołka, na którym zwykle siadam. Ruthie obok poprawia słuchawki na krótkich platynowych włosach, a potem kładzie mi rękę na nodze, żeby powstrzymać wiercenie.

– Będzie dobrze – mówi, wskazując na Dominica, którego widać za szybą. Chociaż staramy się nie obnosić ze swoim konfliktem, Ruthie ma intuicję zoomerki i wystarczyło kilka tygodni, żeby wszystko wywęszyła. – Radziłyśmy sobie z gorszymi rzeczami.

– Racja. Jesteś moją bohaterką, odkąd w ostatniej chwili udało ci się przełożyć tamtą audycję o irracjonalnych lękach i odwołać całą czwórkę gości.

Uwielbiam Ruthie. Trafiła do nas z radia komercyjnego, gdzie mimo nieustannych przerw na reklamę tempo pracy jest znacznie szybsze. Od czasu do czasu przyłapuję ją, jak nuci pod nosem dżingla 1-877-KARS-4-KIDS. Mówi, że ją prześladuje.

Pośrodku reżyserki Jason Burns unosi się na krześle spikera, ergonomicznym ustrojstwie, które sprowadził ze Szwecji. Przed sobą ma mikser.

– Proszę o ciszę – mówi ciepłym, gęstym jak syrop klonowy głosem. Jego ręce zatrzymują się przy suwakach. Jason to uroczy trzydziestoparolatek, którego zawsze widuję w kraciastej flanelowej koszuli i dżinsach, uniformie drwali i rodowitych mieszkańców Seattle.

Obok zegara zapala się napis NAGRYWANIE.

– Słuchają państwo Pacific Public Radio 88.3 FM – mówi Jason. – Już wkrótce Głosy Puget, a w nich wiadomość z ostatniej chwili. Następnie Paloma Powers przekaże znanej behawiorystce zwierzęcej najbardziej palące pytania słuchaczy dotyczące zachowań naszych milusińskich. Najpierw jednak informacje krajowe z NPR.

Napis NAGRYWANIE gaśnie. Rozlega się głos: „Tu NPR News, Waszyngton, Dystrykt Kolumbii, mówi Shanti Gupta…”.

Mało co działa na mnie równie uspokajająco jak filar NPR News, dziś jednak głos Shanti Gupty wcale mnie nie pokrzepia. Za bardzo skupiam się na Dominicu siedzącym obok Palomy. Jego obecność w tym miejscu jest czymś niewłaściwym.

Wciskam przycisk i się z nim łączę.

– Nie siedź tak blisko mikrofonu – mówię, a jemu z zaskoczenia brwi szybują do linii włosów. – Bo będziemy słyszeć tylko twoje sapanie.

Porusza ustami, ale bezdźwięcznie.

– Musisz przycisnąć…

– Naprawdę nie chcesz, żeby mi się udało, co?

To pytanie rozbrzmiewa mi w uszach. Jeśli Paloma nas słucha, nie daje tego po sobie poznać – robi notatki na marginesie konspektu. Nagle czuję, że w swetrze jest mi za ciepło.

Dziesięć lat temu to ja byłam cudownym dzieckiem, stażystką, która pisała idealne konspekty i wynajdowała interesujące tematy, przekonując Palomę i jej ówczesnego realizatora, faceta, który przeszedł na emeryturę, zanim zajęłam jego miejsce, że jestem kimś wyjątkowym.

– Taka dobra, a ma dopiero dziewiętnaście lat! – grzmiał Kent. – Któregoś dnia będzie tym wszystkim rządzić.

Nie chciałam niczym rządzić. Zależało mi tylko, żeby opowiadać dobre historie.

A teraz proszę, Dominic: najnowszy nabytek, świeżo upieczony magister, już na antenie.

– Dziesięć sekund – mówi Jason, nim zdążę odpowiedzieć. Odsuwam więc zazdrość na bok, żeby się skoncentrować na tym, co od zawsze stanowiło najfajniejszą część tej pracy.

Zsuwam się ze stołka i łapię kontakt wzrokowy z Palomą, trzymając rękę na wyimaginowanej dwunastej.

– Pięć, cztery, trzy, dwa… – Opuszczam rękę, celując w nią palcem, i oto jest na antenie.

– Tu Paloma Powers, słuchają państwo Głosów Puget – mówi z wprawą. Ma głos jak ciemna czekolada: niski, dojrzały, ze szczyptą kobiecości. W takich głosach kryje się siła, potrafią sprawić, że ludzie nie tylko słuchają, ale też obchodzi ich to, co słyszą.

W tle rozbrzmiewa podkład muzyczny, wesołe dźwięki pianina, które Jason wyciszy, gdy Paloma skończy swój wstęp.

– Dziś będziemy gościć znaną zwierzęcą behawiorystkę Mary Beth Szczekley, której mogą państwo zadawać pytania dotyczące zwierzęcych podopiecznych. Może zastanawiają się państwo, jak wprowadzić do domu nowego kociaka albo czy starego psa faktycznie można nauczyć nowych sztuczek. Jeśli tak, proszę dzwonić pod numer 206-555-8803, a my postaramy się znaleźć odpowiedź. Najpierw jednak sensacyjna wiadomość, o której na żywo ze studia opowie państwu nasz reporter Dominic Yun. Witamy w Głosach Puget, Dominicu.

Dominic się nie odzywa. Nawet na nią nie patrzy, gapi się w swoje notatki, jakby wciąż czekał na sygnał.

Cisza w eterze to zło. Kilka sekund da się przeżyć, potem jednak słuchacze zaczynają narzekać i mamy problem.

– Kurwa – mówi Ruthie.

– Powiedz coś – mruczę mu do ucha. Macham rękami, ale jego całkowicie zamurowało.

No cóż, jeśli zepsuje mi program, to przynajmniej pójdzie na dno razem z nim.

– Dominicu – mówi idealnie pogodnym tonem Paloma. – Bardzo nam miło gościć cię na antenie!

I wtedy coś zaskakuje, jakby adrenalina nareszcie trafiła do krwiobiegu. Dominic mruga, budzi się do życia, pochyla do mikrofonu.

– Dziękuję, Palomo. – Głos na początku nieco mu drży, zaraz się jednak uspokaja. – Mnie też jest ogromnie miło. To właśnie twojej audycji słuchałem przed przenosinami do Seattle.

– Wspaniale. Z czym dzisiaj do nas przychodzisz?

Dominic się prostuje.

– Chciałem opowiedzieć o czymś, co zaczęło się od anonimu. Wiem, co myślisz. Anonimowe wskazówki to często po prostu plotki. Ale jeśli zada się odpowiednie pytania, można wpaść na trop prawdziwej historii. I tym razem czułem, możesz to nazwać reporterską intuicją, że mam do czynienia właśnie z czymś takim. Prowadziłem podobne śledztwo w sprawie pewnego wykładowcy na Northwestern. – Dramatyczna pauza. – Otóż odkryłem, że burmistrz Scott Healey ma drugą rodzinę. I choć życie prywatne to jego osobista sprawa, okazało się, że wykorzystywał środki przeznaczone na kampanię, żeby uciszyć pogłoski na ten temat.

– O cholera – mówi Jason, odwracając się do nas na krześle. Za kulisami w zasadzie nie podlegamy zasadom Federalnej Komisji Łączności.

– Wiedziałam, że musi być powód, że na niego nie głosuję – stwierdza Ruthie. – Nie podoba mi się jego twarz.

– To… poważna sprawa – mówi Paloma. Jest w szoku, ale szybko odzyskuje zimną krew. – Kilka razy gościliśmy w programie burmistrza Healeya. Powiesz nam, jak na to wpadłeś?

– Zaczęło się od posiedzenia rady miasta w zeszłym miesiącu… – Opowiada, jak dotarł do dokumentacji finansowej, prześledził przepływ pieniędzy i w końcu udało mu się namówić córkę burmistrza, żeby z nim porozmawiała.

Mijają dwie minuty. Trzy. Gdy zbliżamy się do pięciu, próbuję zasygnalizować Palomie, żeby zmieniła temat, ona jednak jest zbyt skoncentrowana na Dominicu. Zastanawiam się, czy nie dałoby się przerwać kabla od mikrofonu gołymi rękami.

– Nie nadążam z odbieraniem telefonów – słyszę w uchu głos Griffina.

Wciskam przycisk.

– Zapisuj wszystkie pytania i mów, że Mary Beth odpowie na te, na które się da.

– Nie, nie, ludzie dzwonią w związku z burmistrzem. Chcą rozmawiać z Dominikiem.

Och. Okej. Zaciskam zęby i przełączam się na nasz wewnętrzny czat.

 

Dzwonią ludzie, czy D. jest gotów odpow. na pyt.?

 

– Wygląda na to, że mamy dużo pytań – oznajmia Paloma na widok mojej wiadomości. – Jesteś gotów porozmawiać ze słuchaczami?

– Oczywiście – mówi Dominic ze swobodą wytrawnego reportera, a nie kogoś, kto w koledżu miał kilka razy w rękach cyfrowy dyktafon i na tej podstawie uznał, że może iść do radia.

Gdy patrzy mi w oczy przez szybę, moja niechęć wybucha gwałtownie, a serce szaleje. Zarys szczęki sprawia, że wydaje się bardziej stanowczy niż zwykle, jakby wiedział, że zawsze straszliwie pragnęłam znaleźć się na jego miejscu. Unosi kąciki ust w triumfalnym półuśmiechu. Żywy komentarz: kolejna rzecz, którą Dominic Yun w mgnieniu oka opanował do perfekcji.

Do studia wpada Kent.

– Shay, musimy przenieść Mary Beth na inny termin. To, co się tam dzieje, to kawał zajebiście dobrej radiowej roboty.

– Ruthie – mówię, ale ona jest już w połowie drogi do drzwi.

– Świetna robota, kochani. – Kent klepie Jasona po ramieniu. – Cieszę się, że tak nam dziś dobrze poszło.

Poprawiam okulary, rozcierając miejsce między oczami, gdzie rodzi się migrena.

– Nie podoba mi się to – oznajmiam, kiedy Kent wychodzi.

– To kawał zajebiście dobrej radiowej roboty – mówi śpiewnym głosem Jason, naśladując Kenta.

– Napastliwe.

– Opinia publiczna chyba ma prawo wiedzieć, że burmistrz to szuja?

– Tak, ale niekoniecznie z naszego programu.

Jason podąża za moim wzrokiem. Spogląda to na Dominica, to na mnie. Oboje, Jason i ja, zostaliśmy przyjęci do pracy mniej więcej w tym samym czasie, facet zna mnie więc dość dobrze, żeby wiedzieć, że jestem zdenerwowana.

– Nie podoba ci się, że Dominic jest w tym taki dobry – mówi. – Nie podoba ci się, że ma talent i znalazł się na antenie, choć pracuje dopiero od kilku miesięcy.

– Ja… – zaczynam, ale potykam się o własne słowa. Brzmi fatalnie, kiedy ujmuje to w ten sposób. – Nieważne, co czuję. Wcale nie chcę występować na antenie. – Już nie. Nie ma sensu pragnąć czegoś, o czym wiadomo, że nigdy się nie wydarzy.

Wraca Ruthie, policzki jej płoną.

– Mary Beth się wkurzyła. – Zakłada słuchawki. – Mówi, że musiała odwołać prywatną sesję z dzieciakiem Billa Gatesa, żeby do nas przyjechać.

– Wyślemy jej mejla z kornymi przeprosinami. Albo nie, zadzwonię do niej.

– Brakuje nam linii – mówi mi do ucha Griffin.

– Ruthie, pomożesz Griffinowi? Ja też dołączę, jeśli będzie trzeba.

– Okej.

– Dzięki.

Dominic wyczytuje wszystkie nielegalne transakcje. Kwoty są ogromne. Nie chodzi o to, że to złe wydanie. Po prostu jakimś cudem stało się wydaniem Dominica. Ja straciłam kontrolę. To on jest gwiazdą.

Dlatego siadam i oddaję stery. Dominic zdobędzie uznanie i słuchaczy, a ja pozostanę tu, za sceną.

Kończy się: nigdy.

 

 

 

 

 

 

2

 

 

 

 

Mój tato sam nigdy nie występował przed mikrofonem, ale miał idealny radiowy głos. Potężny, choć łagodny jak trzask ognia w najzimniejszą noc. Dorastał, majstrując przy radioodbiornikach, a potem miał zakład, w którym naprawiał elektronikę – z czasem nauczył się reperować laptopy i telefony. Goldst in Gadgets, najzłotsi w gadżety: najlepsze miejsce na świecie.

Odziedziczyłam jego miłość do publicznego radia, ale nie głos. Mój należy do tych wysokich i przenikliwych, które mężczyźni wykorzystują jako oręż przeciwko kobietom. Piskliwy. Mało inteligentny. Dziewczęcy – jakby bycie dziewczyną było najgorszą obelgą. Przez całe życie dokuczano mi z jego powodu i wciąż spodziewam się sprytnie ukrytych uszczypliwości, kiedy rozmawiam z kimś po raz pierwszy.

Mojemu tacie nigdy to nie przeszkadzało. Prowadziliśmy audycje radiowe w kuchni („Shay Goldstein, czy powie mi pani, które płatki będzie pani jadła dziś na śniadanie?”) i w podróży („Czy może pani opisać, jak wygląda ten postój pośrodku niczego?”). Popołudniami przesiadywałam z nim w Goldstein Gadgets, odrabiając pracę domową i słuchając konkursów radiowych albo programów w rodzaju Car Talk czy This American Life. Wszystko, czego potrzebowaliśmy, to dobra historia.

Tak bardzo chciałam, żeby kiedyś usłyszał mnie w radiu.

Umarł, kiedy byłam w ostatniej klasie liceum, nagłe zatrzymanie akcji serca. Okazało się to druzgocącym ciosem. Szkoła przestała się liczyć. Przyjaciele przestali się liczyć. Przez wiele tygodni nie włączałam radia. Ze średnią B-minus udało mi się dostać na Uniwersytet Stanu Waszyngton, ale nie potrafiłam się z tego cieszyć. Pogrążałam się w depresji, dopóki nie wylądowałam na stażu w Pacific Public Radio, gdzie krok po kroku udało mi się wydobyć z ciemności z przekonaniem, że aby iść dalej, muszę odbudować to, co straciłam. I oto jestem – dwudziestodziewięciolatka uczepiona dziecięcego marzenia.

– Musisz sprawić, żeby ludzie najpierw płakali, a potem się śmiali – mawiał tato. – Ale przede wszystkim musisz wiedzieć, że opowiadasz dobrą historię.

Nie jestem pewna, jakby mu się podobało Spytaj trenera.

 

 

Czuję się dziś przy kolacji jak piąte koło u wozu. Kiedy wyłaniam się z popołudniowego szczytu i pojawiam w Capitol Hill, restauracji serwującej francusko-wietnamską kuchnię fusion, moja mama, jej chłopak Phil, moja najlepsza przyjaciółka Ameena i jej chłopak TJ już siedzą przy stoliku. Z Ameeną Chaudhry mieszkałyśmy w dzieciństwie przy tej samej ulicy – od ponad dwudziestu lat jest w moim życiu stałym elementem.

– Tylko dziesięć minut spóźnienia – mówi, zrywając się z krzesła, po czym przytula mnie mocno. – To chyba nowy rekord, prawda?

TJ wyciąga telefon i zagląda do notatek.

– W marcu czekaliśmy na Shay raptem trzy minuty.

Wywracam oczami, ale poczucie winy skręca mi żołądek.

– Was też miło widzieć. Strasznie przepraszam, serio. Spieszyłam się, żeby coś skończyć, i straciłam poczucie czasu.

Staramy się umawiać na kolację regularnie, ale moja mama i Phil są skrzypkami w miejskiej orkiestrze symfonicznej i wieczorami grają koncerty, Ameena pracuje jako rekruterka w Microsofcie, a TJ zajmuje się finansami, czymś, co brzmi bardzo poważnie, ale nigdy dokładnie nie zrozumiałam, na czym polega. Od czasu do czasu – no dobra, zazwyczaj – zostaję w radiu dłużej, żeby mieć pewność, że wszystko jest gotowe na następny dzień. Dziś przez godzinę przepraszałam Mary Beth Szczekley.

Ściskam mamę i TJ-a, podaję rękę Philowi. Wciąż nie bardzo wiem, jak się zachowywać wobec chłopaka matki. Wcześniej nie wyglądała na zainteresowaną randkowaniem. Z Philem jednak przyjaźnią się od wieków – stracił żonę kilka lat po śmierci taty. Wspierali się w żałobie, choć ta oczywiście nigdy się nie kończy, aż stali się dla siebie innego rodzaju podporą.

Powinnam przywyknąć, tylko że kiedy w zeszłym roku zaczęli się spotykać, ja dopiero zdążyłam się oswoić z myślą, że mama jest wdową.

– Chociaż uwielbiam znęcać się nad Shay – mówi mama, uśmiechając się lekko w moją stronę – to dziś umieram z głodu. Jakieś przystawki?

Phil wskazuje na menu.

– Podobno mają niesamowite żeberka wieprzowe w chili i kuminie – oznajmia ze swoim nigeryjskim akcentem.

Składamy zamówienie i opowiadamy sobie, jak nam minął dzień. Ameena i TJ wymieniają znaczące spojrzenia. Zanim zaczęli się spotykać, to ze mną Ameena wymieniała znaczące spojrzenia czy żarciki zrozumiałe tylko dla nas dwóch. Bycie piątym kołem u wozu wydaje się nie aż tak przygniatające jak to, że dla nikogo nie jestem najważniejsza. Ameena i TJ mieszkają razem, nic więc dziwnego, że najpierw jemu zwierza się ze swoich tajemnic. Mama ma Phila. Owszem, zajmuję solidne drugie miejsce, ale nigdy pierwsze.

Zrobiłam sobie przerwę w korzystaniu z aplikacji randkowych – jak zawsze, kiedy przeglądanie profili staje się szczególnie frustrujące. Nad moimi związkami ciąży jakieś fatum – nigdy nie trwają dłużej niż kilka miesięcy. Tak bardzo chcę mieć to, co Ameena i TJ, którzy są ze sobą od pięciu lat po tym, jak pomylono ich zamówienia w kawiarni, że może za bardzo się spieszę. Nigdy nie należałam do osób, które mają problem z powiedzeniem komuś „kocham cię”, ale absolutnego milczenia w odpowiedzi nie sposób znosić w nieskończoność.

Nie będę kłamać – chcę być dla kogoś tą pierwszą.

– Muszę wam coś powiedzieć – oznajmia Ameena. – Mam jutro rozmowę w Nature Conservancy. To może jeszcze nie nowina, ale tak jakby. Wprawdzie rozmowa jest przez telefon… – Milknie i wzrusza ramionami, oczy jednak jaśnieją jej podnieceniem.

Gdy Ameena zaczynała pracę w Microsofcie, założyła sobie, że zdobędzie doświadczenie, dzięki któremu potem zatrudni się w organizacji działającej na rzecz jakiegoś szczytnego celu, najlepiej związanej z ochroną środowiska. W liceum była przewodniczącą i założycielką szkolnego Klubu Kompostowego (ja, z braku innych kandydatów, zostałam wiceprzewodniczącą). Jest miłośniczką slow fashion – wszystkie ubrania kupuje z drugiej ręki – i razem z TJ-em urządzili sobie na balkonie imponujący ogródek ziołowy.

– Serio? To wspaniale! – wołam, sięgając po żeberko, które kelner umieścił na środku stołu. – Mają biuro w Seattle?

Mina jej rzednie.

– Prawdę mówiąc, nie. Siedziba jest w Virginii. To znaczy i tak wątpię, żeby mnie przyjęli.

– Nie skreślaj się przed rozmową – mówi Phil. – Wiesz, ile osób bierze udział w przesłuchaniach do orkiestry? Można by pomyśleć, że nie mieliśmy szans. Choć wciąż uważam, że to absurd, że Leannę przesłuchiwali trzy razy.

Matka ściska go za rękę, ale rozpromienia się, słysząc komplement.

– Virginia jest… daleko – stwierdzam inteligentnie.

– Zapomnijmy na razie o Virginii. – Ameena muska nitkę wystającą z vintage’owej grafitowej marynarki, o którą w zeszłym miesiącu walczyłyśmy na wyprzedaży. – I tak pewnie mi się nie uda. Jestem najmłodsza w zespole. Jak znam życie, wezmą kogoś z większym doświadczeniem.

– Tęsknię za byciem najmłodszą – mówię, biorąc za dobrą monetę sugestię, żeby na razie zapomnieć o Virginii. Virginia to coś, czego nie jestem w stanie ogarnąć umysłem. – Mam wrażenie, że stażyści z roku na roku są coraz młodsi. W dodatku okropnie poważni, choć wyglądają jak dzieci. Ostatnio ktoś mi powiedział, że nigdy nie widział taśmy magnetofonowej.

– Jak ten dziennikarz, o którym ciągle mówisz? – pyta matka. – Jak on się nazywał?

– Dominic coś tam – wtrąca Phil. – Podobał mi się ten jego materiał o tym, jak wygląda finansowaniu kultury w Seattle na tle innych miast.

– On nie jest stażystą, tylko ulubieńcem Kenta. – I nową gwiazdą Głosów Puget, sądząc po tym, co widziałam w mediach społecznościowych po programie. Twitter go pokochał, co tylko dowodzi, że to siedlisko szatana.

– Porozmawiamy, jak skończysz trzydziestkę – mówi Amee­na. Jej trzydzieste urodziny obchodziliśmy dwa miesiące temu, w grudniu. Na mnie przyjdzie kolej w październiku. Wciąż nie dopuszczam do siebie tej myśli.

Matka macha ręką.

– Błagam. Obie wciąż jesteście dziećmi. – Chociaż tak mówi, sama wygląda wspaniale: ciemnorude włosy, wysokie kości policzkowe i szafa pełna szykownych czarnych sukienek, na których widok Audrey Hepburn cichutko łkałaby w kąciku. W orkiestrze liczącej pięćdziesięcioro muzyków co wieczór kradnie wszystkim show.

Szarpnięciem wyzwalam włosy z kucyka, który noszę na co dzień, i przeczesuję palcami długą grzywkę, sięgającą krawędzi szylkretowych okularów. Gęste, brązowe i szorstkie – to jedyne przymiotniki, jakie przychodzą mi do głowy, wszystkie równie tragiczne. Myślałam, że w końcu nauczę się jakoś te moje włosy układać, ale choć czasem walczę z prostownicą, a kiedy indziej z lokówką, ostatecznie poddaję się i jak zwykle wiążę je w kucyk.

Dopiero gdy uważnie przyglądam się matce, szukając między nami fizycznych podobieństw – uwaga, spojler: nie ma żadnych – dostrzegam, że dziwnie się zachowuje. Wciąż pociera szyję w zagłębieniu między obojczykami, ewidentny znak, że jest zdenerwowana, a gdy pojawia się jedzenie, tylko przesuwa je po talerzu. Zwykle okazują sobie z Philem mnóstwo czułości. Jakiś czas temu gościliśmy w programie specjalistkę od mowy ciała i jej opis zachowań ludzi świeżo zakochanych idealnie pasował do obojga. Phil ciągle kładzie mamie rękę na plecach, a ona przykłada mu dłoń do twarzy i przejeżdża kciukiem po policzku.

Dziś wieczorem tego brakuje.

– Jak tam dom? – pyta Phil, a ja wydaję z siebie teatralny jęk. Podnosi ręce, śmiejąc się cicho. – Ach, przepraszam. Nie wiedziałem, że to drażliwy temat.

– Nie, nie – mówię, choć to akurat prawda. – Z domem wszystko w porządku, chociaż chyba spodziewałam się czegoś mniejszego.

– A nie miał być z trzema sypialniami? I jedną łazienką?

– Tak, ale…

Przez lata mieszkałyśmy z Ameeną w Ballard, a potem ona wyprowadziła się do TJ-a. Kupno domu wydawało się rozsądnym krokiem: zbliżałam się do trzydziestki, odłożyłam dość pieniędzy i nie zamierzałam w najbliższym czasie opuszczać Seattle. Praca w radiu publicznym przypomina pracę w Sądzie Najwyższym – większość osób zahacza się tam na wiele lat. Nawet gdybym chciała występować na antenie, nie udałoby mi się znaleźć posady w innej stacji. Nie sposób zostać gospodynią programu, jeśli się nie ma doświadczenia, a nikt nie wpuści was przed mikrofon, jeśli wcześniej przed nim nie występowaliście. Takie tam radości szukania pracy, kiedy się jest milenialsem.

Tak więc skoro kolejnym krokiem na drodze ku dorosłości miało być kupno domu, kupiłam Wallingford Craftsman, który agentka nieruchomości nazwała przytulnym, mnie jednak częściej wydaje się za duży dla jednej osoby. Zawsze jest w nim zimno i choć od wyboru mebli minęło już sześć miesięcy, wciąż mam wrażenie pustki. Czuję się w nim samotna.

– To wymaga tyle pracy – kończę myśl, choć nie mam pewności, co rozumiem przez „to”.

– Pod względem finansowym to była dobra decyzja – mówi Phil. – Dom to zawsze dobra inwestycja. Jeśli chcesz, któreś z moich dzieci chętnie ci pomoże w malowaniu czy naprawach.

Phil ma trzech synów i córkę. Wszyscy Adeleke są wysocy, szczupli i w szczęśliwych związkach, większość ma już własne dzieci. Kilka miesięcy temu matka i ja spędziłyśmy z liczną rodziną Phila pierwszą Gwiazdkę, rezygnując z żydowskiej tradycji: chińskiego jedzenia i filmu. Początkowo miałam wątpliwości – choćby dlatego, że chciałam spędzić ten czas z matką – wszyscy jednak okazali się tacy serdeczni i mili, że nie sposób było się boczyć.

– Dzięki – mówię. – Niewykluczone, że skorzystam.

Szklanka z wodą rozbija się z trzaskiem, a na twarz matki wypełza pełen zakłopotania uśmiech.

– Przepraszam – bąka, gdy zjawia się kelner, żeby posprzątać.

– Wszystko w porządku? – pyta Phil.

Matka zaciska rubinowe usta i kiwa głową.

– W porządku. Tak. Jak najbardziej. – Jej ręka znów ląduje w zagłębieniu między obojczykami. – Ja… Phil, chciałabym ci coś powiedzieć.

O nie. Nie zerwałaby z nim w taki sposób, prawda? Nie przed całą naszą gromadką, nie publicznie. Moja matka to kobieta z klasą, nie zrobiłaby czegoś takiego.

Ameena wygląda na równie zaskoczoną jak ja. Wszyscy odkładamy widelce, patrząc, jak matka odsuwa krzesło i wstaje. Wyraźnie widać, że drży. Boże, czyżby była chora? Może to dlatego tak jej zależało na tej kolacji. Żeby za jednym zamachem poinformować wszystkich.

Żołądek zwija mi się w supeł i nagle czuję, jakbym za chwilę miała zwymiotować.

Nie mam na świecie nikogo więcej. Nie mogę stracić jeszcze jej.

Ona jednak się uśmiecha, a gdy zaczyna mówić, opuszczam z ulgą ramiona.

– Phil. – Takiego tonu chyba jeszcze u niej nie słyszałam. Kładzie mu rękę na ramieniu. – Wiem, że to tylko jedenaście miesięcy, ale za to najlepszych w moim życiu od bardzo dawna.

– W moim też. – W pięknych zmarszczkach na jego ciemnej skórze sadowi się uśmiech. Jak gdyby wiedział, co się zbliża, i myślę, że ja chyba też wiem. Poprosi go, żeby się do niej wprowadził, jestem pewna. Dziwne, że postanowiła to zrobić publicznie, ale moja matka zawsze lubiła robić rzeczy po swojemu. „Cała Leanna”, mawiał tato, wzruszając ramionami, gdy przygotowywała zupę w blenderze, a potem podgrzewała ją w mikrofalówce, albo gdy się upierała, żeby zrobić hallo­weenową latarnię z dyni już na początku września.

– Kiedy umarł Dan, nie sądziłam, że będę miała drugą szansę. Myślałam, że znalazłam swoją połówkę, ona odeszła i koniec. Ale ty byłeś zawsze w pobliżu, prawda? Siedziałeś obok i grałeś na skrzypcach. Zakochałam się w twojej muzyce, a potem w tobie. Wiesz tak samo jak ja, że żal nigdy nie odchodzi, ale dzięki tobie zdałam sobie sprawę, że obok tego żalu może istnieć miłość. Nie chcę żyć dłużej, nie będąc twoją żoną. Dlatego… – Milknie i robi wdech. – Philipie Adeleke, czy zostaniesz moim mężem?

W restauracji zapada cisza, oczy wszystkich są zwrócone na nasz stolik. Serce wali mi bardziej niż przed audycją, kątem oka widzę, że TJ ściska Ameenę za rękę.

Philip zrywa się z krzesła tak szybko, że strąca swoją szklankę z wodą – może faktycznie są dla siebie stworzeni.

– Tak, Leanno, tak! – woła. – Tak bardzo cię kocham. Tak, tak, tak.

Kiedy się całują, w sali zrywa się burza oklasków. Kelner przynosi szampana. Ameena ociera oczy i pyta, czy o tym wiedziałam, czy wiedziałam, że matka zaplanowała coś takiego. Nie, nie miałam pojęcia.

Zmuszam się, żeby wstać i im pogratulować – matce i… ojczymowi? W moim wnętrzu kłębi się za dużo emocji, potrafię nazwać zaledwie kilka. Cieszę się, to jasne. Chcę, żeby matka była szczęśliwa. Zasługuje na to.

Po prostu tyle lat żyłam w przekonaniu, że nikt nie potrafi zastąpić mi ojca, że nie wyobrażałam sobie, że ktoś by mógł.

Ameena zasypuje ich pytaniami o ceremonię. Okazuje się, że Phil sam planował oświadczyny w ten weekend, ale matce udało się go wyprzedzić. Mówią, że chcieliby, żeby ślub odbył się szybko. Oczywiście na przyjęciu będzie grał kwartet z ich orkiestry.

Na koniec Phil zabiera matkę, idą „świętować” – jakbyśmy nie wiedzieli, co to znaczy – a my zostajemy, żeby dokończyć szampana.

– Leanna Goldstein jest moją bohaterką – oznajmia Amee­na. – Nie do wiary, że mogliśmy wziąć w tym udział.

Ja też chciałabym powiedzieć, że Leanna Goldstein to moja bohaterka, zresztą pod wieloma względami nią jest. Pozwoliła mi się oswoić ze śmiercią taty we własnym tempie, z pomocą mojej terapeutki – dopiero potem skorzystałyśmy z poradnictwa rodzinnego. Przekonała mnie, że choć zostałyśmy same, wciąż stanowimy rodzinę. Małą, ale potężną, mawiała. Zawsze wiedziała, że będę pracować w radiu, choć czasami żartuje, że mogłabym przynajmniej pójść na kompromis i znaleźć posadę w rozgłośni z muzyką klasyczną.

– Wszystko w porządku? – pyta TJ, kiedy się zbieramy. Chowa blond włosy pod czapką zrobioną na drutach. – To dziwne, wiem. Oboje moi rodzice założyli nowe rodziny. Trzeba czasu, żeby się do tego przyzwyczaić.

– Chyba po prostu nigdy nie sądziłam, że moja mama wyjdzie za mąż przede mną. – W mojej głowie brzmi to jak żart, ale kiedy mówię go na głos, wcale nie wydaje się zabawny.

Ameena ściska mnie za rękę.

– Dużo się dziś wydarzyło. Nie spiesz się z tym, jasne?

Kiwam głową.

– Powodzenia na rozmowie – mówię. Gdy wychodzimy na zimną ulicę, grzebię w torbie w poszukiwaniu kluczyków. W domu będzie tak cicho. Jak zawsze. – Na pewno nie chcecie wpaść, żeby pooglądać kiepskie programy albo coś w tym stylu?

– Shay. Kocham cię, ale musisz się nauczyć mieszkać sama. Znowu chcesz, żebym sprawdziła, czy pod łóżkiem nie ma potworów?

– Kto wie?

Ameena kręci głową.

– Spraw sobie psa.

 

 

Gdy tylko wchodzę do domu, włączam wszystkie światła i szykuję się na ostatni odcinek ulubionego komediowego podcastu. Jest prawie dziewiąta, co oznacza, że stanowczo za dużo czasu spędziłam z dala od skrzynki mejlowej, choć i tak kilka razy w toalecie sprawdzałam pocztę. (Trwało to tyle, że kiedy wróciłam do stolika, matka spytała, czy wszystko w porządku, a to jej zainteresowanie stanem moich jelit było, umówmy się, jednak nieco żenujące).

Zrobiłam sobie herbatę i usadowiłam się z laptopem na kanapie. Naprawdę czuję satysfakcję, że mogę pomagać innym opowiadać historie. Sama nigdy nie byłabym w tym tak dobra jak Paloma, nawet jeśli czasami nie są to akurat te historie, które lubię najbardziej, historie z rozmachem, o ludzkich doświadczeniach, historie, które można usłyszeć w radiostacjach z większym budżetem. Niekiedy zastanawiam się, czy satysfakcja nie jest synonimem samozadowolenia.

Choć raczej staram się o tym nie myśleć.

Po śmierci taty szukałam pociechy, gdzie się dało. Paliłam trawkę z Ameeną, na pierwszym roku w akademiku sypiałam z gościem z naprzeciwka, miałam jedno kiepskie doświadczenie z alkoholem, które nauczyło mnie, ile mój organizm jest w stanie znieść. Nie było to nic jakoś straszliwie niezdrowego. Nie zamierzałam tracić kontroli, ale chciałam podejść na tyle blisko, żeby zobaczyć, jak jest po drugiej stronie.

Jedyną rzeczą, która sprawiała, że czułam się znów sobą, był staż w PPR. To właśnie wtedy zrozumiałam, że rozwiązaniem nie są impulsy, tylko konsekwencja. I oczywiście miałam rację – radio sprawiało, że czułam się bliżej taty. Miałam znaleźć stabilną pracę, dom w okolicy, gdzie można chodzić na spacery, oddanego chłopaka, a pewnego dnia męża. Ameena wciąż była moją najlepszą przyjaciółką, a mama – singielką. Z wyjątkiem życia uczuciowego wszystko właściwie szło według planu.

Fakt, że Phil miał zostać moim ojczymem, zmieniał postać rzeczy.

A zważywszy na moją historię, nie najlepiej radziłam sobie ze zmianami.

Dom zawsze stanowił część planu i powinnam traktować go jak wspaniałe osiągnięcie. Kupiłam go pół roku temu, ale wciąż jestem w trakcie urządzania. Godzinami przeczesuję sklepy ze starociami w poszukiwaniu dzieł sztuki, a potem i tak kupuję masową produkcję w postaci abstrakcyjnych plam w Target albo wypróbowuję tuzin różnych farb w salonie, dochodzę do wniosku, że żadna nie pasuje, i nigdy nie udaje mi się wykrzesać dość energii, żeby zamalować próbki. Jako dwudziestolatki wyobrażałyśmy sobie z Ameeną, że gdy tylko będziemy miały dość miejsca, będziemy organizować przyjęcia, teraz jednak ciągle czujemy się wyczerpane. Zazwyczaj po prostu robię kolację z produktów, które dwa razy w tygodniu dowożą mi pod drzwi.

Dorosłość, którą sobie wyobrażałam, wyglądała zupełnie inaczej niż moja rzeczywistość. Wszyscy wokół mają swoje połówki. Ja mam pusty dom i pracę marzeń, która nie zawsze odwzajemnia moje uczucia.

Wbrew sobie postanawiam odsłuchać dzisiejszą audycję. Na początku robiłam to bez przerwy, tak bardzo zależało mi na tym, żeby się doskonalić. Ostatnio jednak przestałam. Wciąż na nowo odtwarzam odpowiedzi Dominica, próbując zrozumieć, co dokładnie spodobało się słuchaczom. Po kilku minutach odzyskuje zimną krew, jego intonacja ulega zmianie, słowa płyną gładko, maślany lukier na cieście red velvet. Nie jest robotem, jak sądziłam, zanim usłyszałam go na antenie. „Tak jakby nie chciał, żeby ktoś się dowiedział, że robi coś nielegalnego”, mówi z udawanym zdziwieniem, które sprawia, że się uśmiecham. Odpowiada na pytania słuchaczy, jakby naprawdę przejmował się ich obawami, a gdy czegoś nie wie, robi, co w jego mocy, by ich przekonać, że to ustali, że będzie kopał głębiej.

Choć bardzo nie chcę, muszę przyznać, że Dominic Yun w Głosach Puget to kawał dobrej radiowej roboty.

Nawet mój tato by to przyznał.

 

 

 

 

 

 

3

 

 

 

 

– Zebranie nadzwyczajne – oznajmia następnego dnia Kent O’Grady, zanim zdążę rozpiąć płaszcz. – Sala konferencyjna. Za pięć minut. Tylko starszy personel.

To moje pierwsze zebranie nadzwyczajne w PPR. Awansowałam (zmiana nazwy stanowiska plus niewielka podwyżka) zaledwie kilka miesięcy temu. Przekrzywiony krawat z wzorem Eschera wróży kłopoty – jakby rano Kent był zbyt zdenerwowany, żeby się tym przejmować – ale i tak super jest znaleźć się w gronie wtajemniczonych.

Zostawiam płaszcz na wieszaku koło biurka i wyjmuję z listonoszki laptopa, komórkę oraz notatnik. Ekran telefonu błyszczy, kiedy dostaję powiadomienie z aplikacji randkowej, której nie zdążyłam wykasować.

 

Brakuje nam ciebie! Czeka 27 matchy.

 

Przeciągam aplikację do kosza. To jedyne, co mnie ostatnio spotkało: Tinder i Bumble rozpaczliwie chcą, żebym wróciła.

 

 

Nasza redakcja ma postać open space’u, oddzielne pokoje są zarezerwowane wyłącznie dla najstarszego personelu. Moją przestrzeń biurową wypełniają puste kubki po kawie, które na pewno wstawię dziś do zmywarki. Obowiązki kuchenne dzielimy między siebie i przez pierwsze dwa lata jakimś cudem to mnie zawsze przypadało zmywanie w piątek. Sądziłam, że płacę frycowe, nigdy jednak nie widziałam, żeby w grafiku, który co tydzień układa menedżer biura, figurował Griffin, stażysta w Głosach Puget. Uznałam jednak, że to nieistotne, i nie zgłosiłam sprawy do HR.

Dalej znajduje się mój skomplikowany system archiwizowania konspektów programów, a obok komputera plakat PodConu podpisany przez gospodarzy mojego ulubionego podcastu filmowego. PodCon to coroczny festiwal radia i podcastów, a jeśli brzmi to nerdowato, to dlatego, że taki jest, i dzięki temu jest najlepszy. Byłam tam przed kilkoma laty, kiedy imprezę zorganizowano w Seattle, i choć marzyłaby mi się rola prezenterki, wiadomo, że lokalne wiadomości nie są równie atrakcyjne jak krajowe.

Przy biurku na wprost mnie Paloma wsypuje siemię lniane i nasiona chia do pojemnika z islandzkim jogurtem. Zjawia się w redakcji codziennie punkt ósma i wychodzi o szesnastej, zaraz po zakończeniu popołudniowego zebrania.

– Zebranie nadzwyczajne? – pytam.

Jesteśmy na etapie zamrożonej rekrutacji, a Dominic to ostatnia osoba zatrudniona przed jej wprowadzeniem. Zastanawiam się, czy spotkanie ma coś wspólnego z sytuacją finansową stacji.

Paloma miesza jogurt.

– Kent dramatyzuje. Wiesz, że uwielbia przedstawienia. Może trzeba będzie zwiększyć zbiórkę. – Paloma pracuje w PPR ponad dwie dekady, więc skoro ona się nie martwi, to może ja też nie powinnam. – Pewnie nie masz pod ręką nasion chia, prawda? Właśnie mi się skończyły.

Chociaż w życiu nie miałam w ustach ani jednego nasionka, sięgam do szuflady pod blatem i wyciągam całą paczkę. Nieszczęśliwa gospodyni równa się nieudany program. To dzięki Palomie ludzie uwielbiają Głosy Puget, a dzięki mnie Paloma jest w stanie poprowadzić wspaniałą audycję.

– Jesteś skarbem – mówi, wskazując na swój jogurt. – Co ja bym bez ciebie zrobiła?

– Jadłabyś wybrakowany jogurt.

Swego czasu strasznie się jej bałam. Dorastałam, słuchając, jak czyta poranne wiadomości, a kiedy pierwszego dnia stażu poznałam ją osobiście, na jej widok zapomniałam języka w gębie. Głosy Puget to jej dzieło – nawet dziś w radiu publicznym nie ma zbyt wielu programów prowadzonych przez kobiety, a już zwłaszcza queer.

Paloma dobiega pięćdziesiątki, nie ma dzieci i razem ze swoją żoną, profesorką historii sztuki, spędza co roku dwa tygodnie w głuszy, o której nigdy nie słyszałam. Wraca stamtąd z opowieściami o tym, jak się zgubiły albo skończyło im się jedzenie, albo ledwie uciekły jakiejś dzikiej bestii. Ale tu, na miejscu, działa w tak specyficznych ramach, że gdybym kiedykolwiek odeszła, trzeba by wielu tygodni, żeby wyszkolić kogoś, kto poradziłby sobie z jej ekscentryzmami.

Teraz poprawia ciemnoniebiesko-zieloną, robioną na drutach chustę, zabiera jogurt i idzie do sali konferencyjnej. Na miejscu widać, że sprawa jest poważna. Wszyscy mają ponure miny i nikt nie siedzi z nosem w komórce. Mimo że jest rano, ludzie, którzy zwykle tryskają entuzjazmem, nie sprawiają wrażenia ożywionych.

Paloma może się nie przejmować, ale ja zatrzymuję się w drzwiach. Nagle ogarnia mnie uczucie typu „ratunku, gdzie mam usiąść”, które tak dobrze pamiętam z czasów liceum, kiedy Ameena miała przerwę o innej porze niż ja. Zebrania pracowników wyższego szczebla wciąż mają dla mnie posmak imprezy klubowej, na którą dostałam się fuksem.

Z drugiego końca korytarza nadciąga wysoka postać w błękitnej koszuli w paski, a ja mocniej zaciskam dłonie na notatniku. Dominic ma dziś na sobie dżinsy, co rzadko mu się zdarza. Idealnie wyprasowane, nie widać żadnego zagniecenia. Kolejny powód, dla którego jego wzrost jest tak irytujący: gdyby nie był gigantem, mogłabym mu patrzeć w oczy, zamiast katalogować jego garderobę od pasa w dół.

– Tylko starszy personel – mówię, przywołując na twarz fałszywie współczujący uśmiech. To znaczy ja, a nie on. – Przykro mi.

– Dom! Chodź do nas! – woła Kent od szczytu stołu, zapraszając go gestem do środka.

A on przeciska się koło mnie z termosem kawy i oto już jest w klubie, do którego ja dostałam się po latach. Mam nadzieję, że oparzy się w język.

– Świetna robota – stwierdza starszy redaktor Paul Wanger. – W dodatku burmistrz zrezygnował? – Gwiżdże z podziwem.

– Dzięki, Paul – mówi Dominic, przejeżdżając wolną ręką po włosach, które wyglądają na nieco bardziej przyklapnięte niż zwykle. – Na pewno warto było przywlec się tu o piątej rano. – Ach, to wszystko tłumaczy.

Paul śmieje się rubasznie.

– No tak, wiadomości nigdy nie śpią.

Zwykle słucham PPR w drodze do pracy, ale tego ranka kończyłam odcinek podcastu. Śledztwo Dominica doprowadziło do rezygnacji burmistrza. Nic dziwnego, że zaproszono go na zebranie. Co nie przeszkadza mi gotować się w duchu ze złości.

Siadam koło Palomy i przewracam notatnik na nową stronę. Zebranie nadzwyczajne, piszę u góry. Obecność Dominica sprawa, że czuję się nieco mniej ważna.

– Dzień dobry – ryczy Kent, gdy cała nasza jedenastka już siedzi. – Zawsze miło widzieć rano radosne twarze. – Jego krawat z wzorem Eschera działa hipnotyzująco, a ja czasami zapominam, jaki potrafi być władczy, gdy stoi przed grupą. Kojarzy mi się z postacią Roba Lowe’a z Parks and Recreation: pozytywny aż do przesady. – Shay, będziesz notować? Świetnie wyłapujesz szczegóły.

– Och… jasne – mówię, przekreślając nagłówek. Zaczynam od nowej strony, tym razem bardziej czytelnie. Nie spodziewałam się, że już na pierwszym zebraniu starszego personelu zaprzęgną mnie do roboty, ale chyba naprawdę mam oko do szczegółów. No i nie zamierzam dyskutować z komplementami Kenta.

– Najpierw – mówi Kent – chciałbym pogratulować Dominicowi. Wczoraj w Głosach Puget spisał się świetnie, tak samo zresztą jak wieczorem, gdy dalej prowadził śledztwo.

Zwalczam ochotę, żeby przewrócić oczami, i decyduję, że akurat ten szczegół pominę. Wydaje się, że Dominic podjął próbę, by wyglądać skromnie, nawet policzki mu się zaczerwieniły, zaraz jednak unosi dłoń, jakby chciał przypomnieć, kim jest.

– Do rzeczy, Kent – przerywa szefowi Isabel Fernandez, realizatorka pasma porannego. Nasze stosunki można by raczej określić mianem życzliwej znajomości, nie przyjaźni, teraz jednak czuję, że ją uwielbiam. – Przesuwamy kwestę, żeby zebrać więcej pieniędzy, czy co?

– Przecież właśnie ją skończyliśmy – dziwi się Marlene Harrison-Yates.

– Zawsze albo właśnie kończymy, albo zaczynamy jakąś zbiórkę – mruczy Paloma, a ja próbuję nie parsknąć śmiechem, bo to prawda.

– Nie, nie, nic z tych rzeczy. – Kent chrząka, poprawiając stertę papierów. – Będziemy musieli przemeblować ramówkę.

Dam sobie rękę uciąć, że to eufemizm.

– Błagam, tylko nie przesuwaj mnie znowu na rano – mówi Paloma.

– A ja nie chcę popołudnia – oznajmia gospodarz porannego pasma Mike Russo.

– Dajcie mu skończyć – mówię, a Kent uśmiecha się do mnie z wdzięcznością, co uspokaja, choć tylko trochę, mój wzburzony żołądek.

– Razem z zarządem myśleliśmy… o czymś w rodzaju nowego programu.

W sali wybucha chaos. Po drugiej stronie Dominic spogląda na mnie i jedna jego ciemna brew szybuje do góry. Nie potrafię zinterpretować tej miny. Nie wiem, dlaczego na siebie patrzymy, skoro miałam nadzieję, że nasze ścieżki dziś się raczej nie przetną. Wbijam wzrok w notatnik.

– Mamy audycję poranną, południową i wieczorną – mówi Kent. – Według słuchaczy są zbyt podobne. – Wciska przycisk i na ekranie do rzutnika pojawia się kilka wykresów. – Nasi prowadzący nie budzą w nich już takiego przywiązania jak kiedyś, nie są tak lubiani jak gospodarze programów krajowych czy niektórych popularnych podcastów.

– Przepraszam – mówi wyniośle Paloma – ale Głosy Puget w niczym nie przypominają W tej chwili.

– Przecież nie możemy zatrudnić komika do prowadzenia porannych wiadomości – jeży się Isabel.

Ale Kent ma rację. Jako rozgłośnia należąca do NPR sami układamy sobie ramówkę, możemy też emitować dowolne programy krajowe. Oczywiście audycje o zasięgu narodowym mają więcej słuchaczy niż lokalne. Są bardziej rozpoznawalne, a ja zawsze powtarzam Dominicowi, że niełatwo zainteresować ludzi lokalnymi wiadomościami.

– Czy nowy program oznacza, że pozbywamy się któregoś z flagowców? – pyta Mike.

Kent kręci głową.

– Nie chcę, żeby ktokolwiek wyciągał pochopne wnioski. To wyłącznie narada koncepcyjna.

Burze mózgów z realizatorami, prezenterami i reporterami zwykle wyglądają mniej więcej tak: prezenterzy i reporterzy przejmują kontrolę. Realizatorzy siedzą cicho. Niełatwo jest dorwać się do głosu w sali pełnej ludzi, których praca polega na mówieniu.

– Może okrągły stół? – rzuca Dominic. – Moglibyśmy co tydzień zapraszać lokalnych polityków i inne ważne osobistości, żeby słuchacze wiedzieli, czym się obecnie zajmują.

Zieeew.

Gasi go Isabel, chwała jej za to, co podkreślam w swoich notatkach.

– Próbowaliśmy tego piętnaście lat temu. Przetrwało ile? Kilka miesięcy?

– Piętnaście lat temu rynek wyglądał inaczej – stwierdza Dominic.

– Właśnie. Było łatwiej. – Isabel wyciąga rękę w stronę ekranu i wykresu wskazującego spadek liczby słuchaczy Głosów Puget