Porozmawiaj z księżycem - Justyna Adamów-Bielkowicz - ebook
Opis

Słodko-gorzka, iskrząca humorem współczesna saga rodzinna.

Eufrozyna i Juliusz Żmudź-Radziwiłłowiczowie wraz z trzema córkami i synem mieszkają w bloku na warszawskim Bemowie. Razem stawiają czoła przeciwnościom, nie tracąc przy tym pogody ducha.

Na pierwszy plan wysuwają się pełne namiętności losy rodzeństwa oraz ich przyjaciół. Helena i Agata to piękne i inteligentne kobiety, które wciąż trafiają na nieodpowiednich mężczyzn. Z kolei ich siostra, Celina, choć nie dorównuje im urodą, na pewno jest mistrzynią ciętej riposty. To ona potrafi celnie ocenić poczynania swojego brata – Karola, zna się na ludziach, czyta książki i żongluje dowcipami. Dorasta na oczach czytelnika, przeżywa uniesienia i tragedie, a co najważniejsze – przechodzi zaskakującą dla wszystkich metamorfozę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 469

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mamie i Tacie za miłość i poczucie humoru

 

 

1

Warszawa, 24 grudnia 1990

– Mamo, czy zanieść masło na stół?

– Tak… nie! Tak, tylko nie upuść! – Fryza pochylała się nad garnkiem z pierogami, mieszając energicznie. Jednocześnie próbowała przykręcić gaz pod wrzącym barszczem.

– I tak upuści! Ona zawsze wszystko upuszcza! – Karol udał, że przedmiot wypada mu z rąk, po czym zaśmiał się.

Celinka wzięła w dłonie maselniczkę. Pojemnik był bardzo nieporęczny, więc dziewczynka starała się trzymać go mocno i robić równe, małe kroki. Mimo to zaczepiła łokciem o zasuwane drzwi i maselniczka upadła, z hukiem rozbijając się w drobny pył.

– No cholera jasna! Wiedziałam, że w końcu coś potłuczesz! Tylko nie płacz! Ech…

Było już jednak za późno… Blondwłosa Celinka zalewała się łzami, bo przecież chciała tylko pomóc.

– Mówiłem Ci mamo, że ona wszystko psuje! Ma dwie lewe ręce!

– Nie praw-da! – chlipała. – Z mo-i-mi rę-ka-mi wszy-stko jest w po-rząd-ku! – zaniosła się na dobre.

– Dosyć już tego! Ty przestań płakać, a ty się uspokój! I wynocha mi stąd, bo robicie tylko bałagan! – pogroziła palcem Fryza.

– Ta choinka jest zdecydowanie za duża! Ona zajmuje pół domu! – Jej mąż wychynął ze swojego pokoju.

Wygładzał fałdy eleganckiej koszuli i mruczał do siebie z niezadowoleniem.

– Nie, nie jest za duża! Jest w sam raz! Sam ją wybierałeś, Juliuszu, i przestań zrzędzić!

– Nie wybierałem jej! Przecież nie dałaś mi…

– Dobrze, przestań! – przerwała mu żona. – Choinka jest już ubrana i trochę za późno, żeby teraz marudzić! Hela, czy możecie wreszcie z Agatą powiesić te bombki?! Na litość boską, robicie to od rana! – Dorzuciła mak do klusek, jednocześnie grożąc dwóm starszym córkom za pomocą łyżki.

– Zrobiłybyśmy to już dawno, ale Agata przebiera sukienki… – Helena westchnęła ciężko.

– Nie przebiera, tylko szuka odpowiedniej! – dobiegł ich głos zza drzwi szafy.

– Wszystko jedno, ale pospiesz się!

– Zacznij beze mnie! Zaraz przyjdę! – Agata rzuciła w stronę siostry kolejną część garderoby.

– Znam to twoje „zaraz”! Nie będę robiła wszystkiego za ciebie! Rusz się!

– Chwila! Chyba nie chcesz, żebym w Wigilię wyglądała nieodpowiednio?!

– A czy kiedykolwiek tak wyglądałaś?! Litości, dziewczyno! Do własnego ślubu ubierałabym się krócej!

– Najpierw musiałabyś znaleźć kogoś, kto by się chciał z tobą ożenić! – Agata wyłoniła się z szafy i wystawiła język. – No już, już! Idę! Jak wyglądam? – Okręciła się w miejscu.

– Cudownie! – parsknęła Helena. – Jesteś już wystarczająco śliczna, żebyśmy mogły dokończyć wieszanie ozdób!

– Hela, czy ja muszę mieć to okropne ubranie?! – Karol zgarbił się i zaczął kręcić ramionami, pokazując, jak bardzo koszula pije go pod pachami.

– Tak, musisz. I poustawiaj szklanki.

– Celinko, dlaczego ty płaczesz? – Agata podeszła do siostrzyczki i otarła jej łzy.

– Ja wcale nie płaczę! – Dziewczynka wpadła siostrze w ramiona i rozszlochała się na nowo.

– Rany, czy ty musisz ciągle ryczeć?! – Juliusz szarpnął nerwowo krawat, uznając ostatecznie, że jednak go nie włoży.

– Musi, ma sześć lat! – Hela pogłaskała Celinkę po głowie. – Chodź, słodziaku, pomożesz nam wieszać bombki… Karol! Zostaw kota i idź po naczynia!

– Chodź Kot, idziemy po szklanki.

Całkowicie czarny zwierzak zamachał ogonem i podążył za chłopcem na swoich trzech łapach.

– On nie wabi się Kot, tylko Traktor! – zdenerwowała się dziewczynka.

– Słyszałeś, Kot?! – zadrwił Karol. – Co ona opowiada?! Jasne, że jesteś Kot!

– Nie, nie! Nie Kot! Traktor! Traktor! Traktor!

– Oczywiście, że Traktor, kochanie. Karol się tylko z tobą drażni… – Agata rzuciła bratu groźne spojrzenie.

– Ależ wcale nie. Jasne, że to jest Kot.

– Przestańcie! – rzucił Juliusz do dzieci. – O której Anita kończy pracę? – Wszedł do kuchni i zajrzał do garnka z barszczem.

Jego żona spojrzała na zegarek.

– Powinna skończyć pół godziny temu. W ogóle to chamstwo, że kazali jej siedzieć do siedemnastej! Oni myślą, że przez te kilka godzin ludzie naprawdę coś zrobią?! – parsknęła.

– Fryza, daj spokój. Przecież wiesz, że nie chodzi o żadną pracę. Zwyczajnie robią ludziom na złość. Akurat uwierzę, że nagle wczoraj, dzień przed Wigilią, wynikło im tyle pracy, że muszą siedzieć do piątej… I to jeszcze w księgowości…

– Ale trzymać tak długo kobietę w ciąży?! Chociażby z tego powodu powinni ją wcześniej wypuścić!

– Daj spokój. Nic jej nie będzie…

Drzwi się nagle otworzyły i do środka weszli Anita i Robert. Za nimi wbiegła dwójka ich dzieci.

– Już jesteś?! – Fryza podbiegła do Anity i uściskała ją serdecznie.

– Tak! Wyszliśmy trochę wcześniej! Wybuchł mały bunt… – Drobna kobieta z wielkim brzuchem zaśmiała się perliście.

– A mnie to już nie przywitasz? – Robert udał, że się gniewa.

– Och, przepraszam cię, kochany! – zawołała Fryza. – Ale tak się zdziwiłam, że Anita już przyszła!

– Mama nawet się nie przebierała, tylko wpadła jak burza do domu i kazała się nam zbierać, żeby ci pomóc, ciociu! – Witek trzymał już na rękach Traktora.

– Dziękuję, ale prawie wszystko jest zrobione. Za godzinę możemy siadać do kolacji.

– Ciociu, gdzie jest Celinka? – Pięcioletnia Wanda podskakiwała w miejscu, a jej blond loki wraz z nią.

– Jeśli już przestała ryczeć, to stoi przed lustrem i sprawdza, czy tego nie widać! – Karol wybiegł do przedpokoju.

– No chodźcie, chodźcie! Dziewczynki jeszcze wieszają ozdoby, ale zaraz wszyscy będziemy gotowi.

– Fryza, idź się przebrać, ja dopilnuję pierogów. – Anita wzięła od przyjaciółki fartuch i zawiązała go sobie nad wydatnym brzuchem.

– Ależ nie możesz…

– Daj spokój! Już kota dostaję od tego siedzenia!

– Będziemy mieli drugiego kota? – zapytała uradowana Wanda, nikt jednak nie odpowiedział.

Helena wyszła z dużego pokoju.

– Anita! No chyba sobie żartujesz! Ściągaj ten fartuch! Właśnie szłam zastąpić mamę!

– Od co najmniej czterech godzin tak szła… – parsknął Juliusz.

– Ludzie! To już nie można nawet do garnka zajrzeć! Ja się świetnie czuję! – ciężarna machnęła ręką i ignorując wszelkie sprzeciwy, podążyła do kuchni.

– Ależ ty za dwa miesiące rodzisz! – Helena pokręciła głową i poszła za nią.

Robert zaśmiał się.

– Ja was błagam! Dajcie jej zająć się gotowaniem, inaczej ktoś tu zginie i zapewne będę to ja!

– Jeśli tak bardzo jej na tym zależy… Chłopcy, idźcie sprawdzić, czy Karol dobrze poukładał sztućce. Ja zaraz jestem z powrotem – zwróciła się Fryza do panów, po czym znikła w łazience.

 

*

 

Eufrozyna wyszła za Juliusza Żmudź-Radziwiłłowicza dwadzieścia jeden lat temu. Mieli czwórkę dzieci. Najstarsza, Helena, urodziła się rok po ślubie rodziców. Teraz była szczupłą dziewczyną o pięknych kasztanowych włosach, których gęste pukle spadały na ramiona. Przyciągała do siebie radosną osobowością.

Dwa lata po Helenie urodziła się Agata. Urocza blondynka o niebieskich oczach, w których mężczyźni tonęli bez pamięci. Dodatkowymi atutami jej urody były kształtne usta i duże piersi. Była bez wątpienia najładniejsza z rodzeństwa.

Karol, o cztery lata młodszy od Agaty, był blondynem o dość drobnej, jak na chłopca, budowie. Uwielbiał czytać, a swoją wiedzą już jako dzieciak zawstydzał dorosłych, a jego niebywałe poczucie humoru sprawiało, że brylował w każdym towarzystwie.

Najmłodsza z rodzeństwa była Celinka. Między nią a jej starszym bratem było osiem lat różnicy. Miała piwne oczy, blond włosy i poważną osobowość.

Cała rodzina mieszkała w warszawskim bloku, w trzech pokojach. Największy zajmowali rodzice, mniejszy dwie starsze córki, a w trzecim stały łóżka Karola i Celinki.

Na tym samym osiedlu mieszkała kiedyś siostra Eufrozyny, Anna. Ona i jej mąż Robert Kornatowicz zajmowali kawalerkę. Jednocześnie zapisali się do spółdzielni i czekali na przydział czegoś większego. Mieli syna, Witka, który urodził się w 1977 roku, cztery lata po ich ślubie. Chłopiec od dnia swoich narodzin miał piękną, gęstą czuprynę kruczoczarnych włosów. Jego matka była przekonana, że gdy dorośnie, będzie kradł kobiece serca.

Osiem lat później urodziła się Wanda, długo wyczekiwana, upragniona córka. Niestety radość z jej narodzin została zmącona. Anna zmarła w szpitalu, dzień po wydaniu córki na świat. Zabił ją krwotok, który został zbyt późno rozpoznany.

Eufrozyna i Juliusz zajęli się nie tylko ośmioletnim Witoldem i jego maleńką siostrzyczką, ale także szalejącym w rozpaczy Robertem. Był ich przyjacielem. Polubili go od pierwszego momentu, gdy został im przedstawiony. Nie traktowali go jak szwagra, ale raczej jak brata.

Gdy stracili Annę, początkowo byli przerażeni, że Robertowi odebrało rozum. Miotał się bezsilnie po domu, a gdy wychodził, nie było go przez wiele dni. Za pierwszym razem przestraszyli się, że w ogóle nie wróci. Po kilku dniach pojawił się jednak… kompletnie pijany. Maleńka Wanda i Witek znaleźli się u Fryzy i jej męża. Ci ostatni próbowali potrząsnąć Robertem, ale zdawało im się, że w ogóle ich nie słyszy. Nie interesowało go już nic na tym świecie… nawet własne dzieci. Tracili z nim kontakt.

Jak na ironię, dzień po pogrzebie Anny przyszła odpowiedź ze spółdzielni, że dostali przydział na większe mieszkanie. To tylko pogorszyło i tak fatalny stan Roberta. Gdy zobaczył decyzję, wybuchnął histerycznym śmiechem, po czym popadł w jeszcze większe przygnębienie i zaczął jeszcze więcej pić.

Juliusz kilkakrotnie próbował porozmawiać z Robertem, tak po męsku, ale i to nie odniosło skutku. W akcie całkowitej desperacji Fryza postanowiła postawić wszystko na jedną kartę.

Witka zostawili wraz ze swoimi dziećmi w domu, a małą Wandzię zanieśli Robertowi i położyli w kojcu. Mężczyzna nie reagował na bodźce z zewnątrz, więc ich obecność nie zwróciła jego szczególnej uwagi. Zamknął się w swoim wewnętrznym świecie.

Po pewnym czasie dziewczynka zaczęła płakać. Najpierw cichutko, po chwili krzyczała, ile sił w płucach. Jej ojciec nie reagował.

– Fryza, może ja jednak ją nakarmię… albo chociaż przewinę… – Juliusz nie mógł znieść płaczu dziecka.

– Nie. To ostatnia szansa. Jeśli to nic nie da, to już nic mu nie pomoże…

Jej mąż nie wyglądał na przekonanego. Kręcił się niespokojnie w miejscu. Wreszcie powiedział:

– To ja pójdę do domu i zobaczę, czy Hela znalazła ciastka dla dzieciaków… Poradzisz sobie?

– Tak, idź – Fryza uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że nie chodzi o ciastka. Jeszcze chwila i Juliusz sam by się rozpłakał, gdyby tu został.

Kiedy jej mąż wyszedł, kobieta poszła do kuchni i zaparzyła sobie kawę. Wiedziała, że to wszystko trochę potrwa. Starała się ignorować płacz dziecka, ale było to naprawdę trudne.

Minęło kilka dobrych godzin. Wanda na zmianę płakała i cichła. Fryza była na skraju wyczerpania nerwowego. Łzy cisnęły się jej do oczu. Zaczęła prosić Boga, żeby jej szwagier ocknął się, zanim mała dostanie przepukliny. Powoli zaczęła tracić nadzieję. Wyjrzała przez okno. Wolno wschodził księżyc. Patrzyła na jego jasną, okrągłą tarczę i zastanawiała się, czy Anna patrzy gdzieś tam na nich z góry.

Usłyszała szmer. Odwróciła głowę i zauważyła, że Robert podniósł się z fotela i ruszył w stronę dziecięcego łóżeczka. Stanęła w progu między kuchnią a pokojem i zobaczyła, że mężczyzna tuli do piersi córeczkę i płacze. Były to jego pierwsze łzy po śmierci żony.

Maleńka dziewczynka się uspokoiła. Jej buzia była jednak tak smutna, że Eufrozynie łzy pociekły po policzkach na widok tej nieszczęśliwej dwójki ludzi.

– Fryza… – powiedział tak cicho, że ledwie go usłyszała. – Możesz mi powiedzieć, co mam zrobić? – Głos mu się łamał. Trzymał dziecko niepewnie, w drżących rękach.

Wytarła oczy, podeszła do szwagra i objęła go łagodnie.

– Chodź. Przyniosłam jej pieluchy i jedzenie.

 

*

 

Robert śmiał się później, że Eufrozyna przywróciła go światu. Stopniowo otrząsał się z przygnębienia i zajął się dziećmi. Przez pierwszy rok było mu bardzo ciężko, ale szwagierka i szwagier pomogli mu stanąć na nogi. W głębi duszy Robert wiedział, że Anna chciałaby, aby ułożył sobie życie bez niej. Siły dodawała mu również postawa ośmioletniego syna, który był dzielniejszy od niego i próbował opiekować się maleńką siostrzyczką.

Czasem tylko pozwalał sobie na chwile słabości, gdy dzieci już spały, a on, leżąc w łóżku, łkał jak niemowlę.

W lipcu 1988 roku, gdy Wanda miała trzy latka, obydwie rodziny spędzały urlop nad jednym z warmińskich jezior. Niezwykłym zbiegiem okoliczności w tym samym miasteczku wakacje spędzała koleżanka Eufrozyny z pracy.

Nieśmiała, ciemnowłosa Anita przyjechała do swojej kuzynki. Spotkali ją w sklepie. Rozmawiało im się bardzo przyjemnie. Dzieciaki były zachwycone nową ciocią, która była nie tylko miła i skromna, ale miała także dużo ciepła i uroku. Eufrozyna wiedziała, że ta młoda kobieta jest samotna i nie ma żadnej bliższej rodziny. Zaprosiła ją na obiad.

Anita początkowo odmówiła, ale wtedy Wanda spojrzała na nią swoimi wielkimi, szarymi oczami i powiedziała:

– Ciociu, proszę, chodź z nami!

Wtedy Robert uśmiechnął się, wziął z ręki Anity jej zakupy i poparł córkę:

– Coś mi się wydaje, że takiej prośbie nie może pani odmówić.

Kobieta zgodziła się na wspólny obiad, a potem na jeszcze jeden i tak… zanim się spostrzegła, bywała u nich codziennie. Można powiedzieć, że zakochali się w niej całą rodziną i była to miłość ze wzajemnością. Fryza i Anita bardzo szybko zostały najlepszymi przyjaciółkami.

Wanda natomiast pokochała nową ciocię jak matkę. Matczyne uczucie nie było jej wcześniej znane i choć nie odczuwała na co dzień tego braku, bo miała wielką, kochającą się rodzinę, to jednak urocza, ciepła kobieta, która traktowała ją jak własną córeczkę, wzbudziła w niej naturalne uczucia.

Był styczeń 1989 roku, gdy Hela zabrała całą dzieciarnię na sanki. Do Eufrozyny i Juliusza przyszedł Robert. Wyglądał źle i widać było, że jest bardzo zmartwiony.

Była to prawda. Szwagier oznajmił, że jego problem jest poważny i przyszedł prosić ich o radę. Przestraszyli się nie na żarty, ale zapewnili go, że cokolwiek złego się stało, przejdą przez to razem.

– Narobiłem bigosu – zaczął Robert. – Ale Bóg mi świadkiem, że broniłem się ze wszystkich sił! Nic to nie dało…

Fryza spojrzała z przerażeniem na męża. Milczeli jednak obydwoje. Robert wstał i nerwowo potarł twarz.

– Kocham ją – powiedział łamiącym się głosem. – Nie wiem, jak to się stało! Myślałem, że mi przejdzie, ale jest coraz gorzej!

Juliusz pogładził żonę po karku i uśmiechnął się. Kobieta zaśmiała się cicho. Obydwoje wyglądali, jakby kamień spadł im z serca. Robert patrzył na nich zaskoczony.

– Dlaczego mam wrażenie, że wyglądacie na zadowolonych?! – zapytał wreszcie z oburzeniem. – Do diabła! Czy jestem tu jedynym człowiekiem, który myśli jeszcze o Annie?! – Usiadł wzburzony i zamilkł na dłuższą chwilę. – Przepraszam – przeczesał czuprynę. – Przepraszam! Nie wiem, co się ze mną dzieje…

Juliusz wstał i objął szwagra.

– Robert, daj spokój. Bijesz się z myślami i wszyscy wiemy dlaczego.

– Jej już nie ma… Wszyscy ją kochamy i mamy ją w sercu, ale musimy pozwolić jej odejść. – Fryza uśmiechnęła się blado. – A ty musisz myśleć o sobie. Musisz sam zdecydować, czy chcesz być z Anitą. Ty i tylko ty. I nie myśl wtedy o dzieciach. One będą szczęśliwe, jeśli ty będziesz szczęśliwy. A Andzia by tego chciała.

– A co na to Anita? – Juliusz uśmiechnął się.

– Na mnie nie patrzcie – jego żona podniosła dłoń w obronnym geście. – To moja przyjaciółka, ale ja nie jestem tu pośrednikiem. Nic nie wiem, nic nie powiem – zaśmiała się. – Porozmawiaj z nią, młody.

Robert prychnął.

– Powiedziała stara kobieta – zawtórował mu Juliusz.

– Oj tam! Dla mnie zawsze byłeś młodszym bratem – powiedziała Fryza do Roberta, po czym przyjrzała się uważnie dwóm mężczyznom. – Zabawne. Obydwaj macie bardzo ciemne włosy i niebieskie oczy. Dopiero zauważyłam, że jesteście do siebie podobni jak bracia…

– Bo my jesteśmy przecież braćmi – roześmiał się jej mąż.

 

*

 

Dwa tygodnie później Robert oświadczył się Anicie, a ona się zgodziła. Choć byli przerażeni na myśl o reakcji Witka i Wandy, wszystko ułożyło się pomyślnie. Dzieci przyjęły to ze spokojem i bardzo szybko, same z siebie, zaczęły mówić do Anity „mamo”.

Ich ślub odbył się w kwietniu tego samego roku. Była to bardzo skromna uroczystość. Oprócz rodziny Radziwiłłowiczów, zaproszono na niego jedynie Petronelę, kuzynkę Anity, tę, do której przyjechała spędzić pamiętny urlop, oraz rodziców pana młodego. Ci ostatni nie byli zachwyceni drugim ślubem syna, czemu dawali wyraz przy każdej możliwej okazji.

Państwo Eliza i Rajmund Kornatowiczowie przyjechali dwa dni przed uroczystością i nie wyglądali na szczególnie ucieszonych faktem, że widzą wnuki po raz pierwszy od dwóch lat. Byli z synem w nie najlepszych stosunkach, zwłaszcza od czasu, gdy zmarła im ukochana córka. Po jej śmierci Robert w złości zapytał matkę: „Wolałabyś, żebym to ja umarł zamiast niej, prawda?!”, a ona odpowiedziała: „Tak, wolałabym!”. Od tego czasu ich relacje ochłodziły się jeszcze bardziej. Choć Robert, nieco wbrew sobie, wciąż miał nadzieję, że matka zrozumie kiedyś, że syn jej potrzebuje, mimo że po śmierci jego żony rodzice nie przyjechali pocieszyć syna, ani nawet nie pojawili się na pogrzebie.

Teraz siedzieli w salonie Radziwiłłowiczów przy obiedzie przygotowanym przez Anitę i Eufrozynę. Ojciec przyszłego pana młodego milczał, natomiast jego żona skupiła się na krytykowaniu zachowania dzieci.

– Witoldzie, zdejmij łokcie ze stołu! Czy nikt już w dzisiejszych czasach nie uczy dzieci dobrych manier? – naburmuszyła się pani Eliza, po czym zwróciła się do syna: – Jak wy je chcecie wychowywać?

– Jak im się urodzi jeszcze szóstka, to się będą same chowały! – powiedział z powagą Juliusz.

– Och! – Krzyk, który wydarł się z piersi pani Kornatowicz, spowodował, że Celince widelec wypadł z rączki. – No co też mówisz?! W ich wieku?! Kolejne dzieci?!

– Jak to „w ich wieku”, mamo? Anita ma dopiero trzydzieści lat! Dla niej to nie będą kolejne dzieci, tylko co najwyżej pierwsze. – Robert uśmiechnął się do narzeczonej z ogromną czułością.

– Ale przecież… to nawet nie wypada! – Oczy starszej kobiety wyglądały jak wielkie spodki.

– Co nie wypada? Rodzić dzieci? – zapytała Eufrozyna. – Ależ jak najbardziej wypada! Porządna żona powinna urodzić mężowi przynajmniej dwójkę! – powiedziała, uśmiechając się ironicznie. – Powtarzała to pani mojej siostrze przez pierwsze pięć lat jej małżeństwa z Robertem. Pamiętam doskonale. – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Może jeszcze sałatki?

– Ja chcę mieć młodszego brata, babciu! – wyrwał się Witek.

– I gdzie będziesz go trzymał?! – Kobieta spojrzała groźnie na wnuka.

– To nie pies, mamo, żeby go gdzieś trzymać! – wybuchnął Robert.

Anita pogładziła przybranego syna po włosach.

– Obiecaliśmy Witkowi, że zobaczymy, co się da zrobić w tej sprawie – uśmiechnęła się do chłopca, a on odwzajemnił uśmiech.

– A w kwestii domu nie musisz się tak bardzo o nas martwić, mamusiu, bo dostałem przydział już kilka lat temu i teraz się okazało, że wreszcie dostanę mieszkanie. I to trzypokojowe!

– Będą mieszkać z nami! – zawołała radośnie Celinka.

– Jezus Maria! Wszyscy razem się tam przeniesiecie?! – wykrzyknął pan Kornatowicz.

Wśród ogólnych wybuchów śmiechu odezwał się wreszcie Robert.

– Nie, tato. Po prostu dostałem do wyboru dwie lokalizacje. Bez wahania wybraliśmy z Anitą to mieszkanie, które przez przypadek znalazło się w tym samym bloku, w którym mieszkają Juliusz i Fryza. W dodatku będziemy mieszkać na jednym piętrze. Co za niesamowity zbieg okoliczności…

– I tata obiecał, że kupi mi kota! – zawołała wesoło Wanda i zamachała nóżkami.

– Święci Pańscy… I jeszcze kot do tego – pani Kornatowicz wyjęła chustkę i zaczęła się nią wachlować.

– Tak! I nazwiemy go Niszczyciel! – zawołał Witek.

– Chyba na to nie pozwolisz, synu?!

– Dlaczego? To będzie ich kot. Nazwą go, jak im się będzie podobało – Robert wzruszył ramionami. – Chcieli tak nazwać braciszka, ale umówiliśmy się, że pozwolę im się realizować w wybieraniu kociej nazwy. Dla dziecka będą musieli wymyślić inne…

– My już wymyśliliśmy – uśmiechnął się Karol. – Witkowi podoba się Gryzoń!

Pani Eliza jęknęła ciężko.

– A to już nie Upiór? – zapytała Fryza, udając powagę.

– Myślałam, że stanęło na Zombie – zdziwiła się Agata.

– Moja sąsiadka chciała nazwać swojego syna Dramat – wtrąciła się Petronela.

– Podoba mi się! – rzucił Juliusz. – A córkę Tragedia! – uśmiechnął się do starszej pani.

– Też jej to powiedziałam!

– Ale dziewczynka miała być Desdemona z tego, co pamiętam… – Helena wzięła do ręki dzbanek. – Komu jeszcze kompotu?

– Za moich czasów to by było nie do pomyślenia! – parsknęła pani Kornatowicz.

– Na szczęście teraz picie kompotu jest dozwolone – zakpił Karol.

– Za naszych czasów dzieci w ogóle nie jadały przy stole z dorosłymi – nie poddawała się kobieta.

– Tak, tak, tylko pod stołem, z psami. Wiemy, mamo, ale my czasami pozwalamy dzieciom wejść do domu. Nie martw się! Sprawdziliśmy, czy nie mają pcheł – Robert poklepał swoją córeczkę. Jego matka otworzyła usta ze zdumienia.

– Tata nie lubi, jak szczekamy pod drzwiami – dodał Witek.

– No i masz! Hela, daj ścierkę, bo rozlałem! – Juliusz starał się zachować powagę, ale mimo to niesforne kąciki ust cały czas się unosiły.

 

*

 

Helena i Agata były zachwycone tym, że Anita zwróciła się do nich o pomoc przy wyborze stroju. W dniu ślubu panna młoda wystąpiła w skromnej krótkiej białej sukience. W dłoniach trzymała bukiet pąsowych stokrotek. Jedną, identyczną, wpiętą miała we włosy. Wyglądała tak pięknie, że gdy Robert ją zobaczył, łzy ścisnęły go za gardło i nie mógł powiedzieć ani słowa.

– Może jeszcze powinna wianek na głowę włożyć… – mruknęła przyszła teściowa, patrząc z dezaprobatą na kwiat we włosach.

Fryza, ledwo powstrzymując wściekłość, odezwała się półgłosem tak, że tylko jej mąż i pani Kornatowicz ją słyszeli.

– Pani oczywiście robiła dzieci przez dziurę w koszuli, a Robert urodził się w cztery miesiące po ślubie, bo po co chodzić w ciąży aż dziewięć! To taka okropna strata czasu! – uśmiechnęła się złośliwie.

Jej mąż chrząknął nerwowo.

– Ekhm… Tak… No więc… Chodźmy już do środka… – pociągnął żonę za sobą.

Podczas składania przysięgi małżeńskiej Robertowi kilkakrotnie załamywał się głos. Anita natomiast wciąż się uśmiechała, a na jej policzkach widniały wyraźne rumieńce. Kiedy jednak przyszło do słów „…i nie opuszczę cię aż do śmierci”, pomyliła się i w zdenerwowaniu powiedziała: „…i nie dopuszczę cię aż do śmierci”. Po kościele rozszedł się śmiech i tylko Juliusz zachował powagę.

– No i masz! Biedny chłopak… – skomentował, kręcąc głową.

Po mszy państwo młodzi przyjęli życzenia, a potem Anita, z braku welonu, rzuciła bukietem. Ku rozpaczy pozostałych dziewczynek złapała go Wanda.

– Chcecie powiedzieć, że dopóki panna loczek nie dorośnie, żadna z tych marudzących ropuch nie odejdzie z domu?! – wykrzyknął Juliusz. – Boże zmiłuj się nade mną! – przewrócił oczami.

Po ceremonii poszli na uroczysty obiad do domu Radziwiłłowiczów.

– Mój Boże! – wychlipała kuzynka Anity. – To było takie wzruszające! W ogóle nie mogłam przestać płakać – smarknęła głośno w chusteczkę.

– Już dobrze, Piotruniu! Daj spokój! – Panna młoda objęła krewną.

– Tak bardzo się martwiłam, że po mojej śmierci nie będziesz miała już nikogo…

– Jak widzisz, mam teraz dużą rodzinę i jestem bardzo szczęśliwa! – uśmiechnęła się.

– Bardzo dobra ta sałatka z czerwonej kapusty, Eufrozyno, bo to zapewne twoje dzieło… – powiedziała matka Roberta.

– Nie, to Helena robiła. Naprawdę pani smakuje?

– Tak. Bardzo lubię czerwoną kapustę, a ta sałatka jest wyśmienita.

– Cieszy mnie to, bo to sałatka z buraczków – powiedziała spokojnie Fryza.

– Niemożliwe! Nie cierpię buraczków! – skrzywiła się starsza pani. – Och nie! Jestem pewna, że sobie żartujesz! Znam to twoje poczucie humoru, moja droga! – zamachała widelcem i zaśmiała się. – A wy, dziewczynki, kiedy wyjdziecie za mąż? – popatrzyła podejrzliwie na dwie starsze córki Radziwiłłowiczów.

– Jak tylko Wanda znajdzie męża. Już to chyba ustaliliśmy – odpowiedział za nie ojciec.

– Och, jesteś taki dowcipny! – zawołała pani Kornatowicz.

– Z tego co mi wiadomo, Agata jest jeszcze niepełnoletnia, a Hela ledwo co skończyła dziewiętnaście lat – dodała cierpko Fryza.

– Czyli w sam raz! Za moich czasów szukało się narzeczonego wcześniej, żeby już na dziewczynę czekał, gdy stawała się kobietą!

– A za moich czasów to ostatnie działo się dopiero po ślubie… – sarknął Juliusz.

– Na szczęście moje siostry są ładne i nie musimy im szukać mężów już teraz! – włączył się Karol.

– Uroda, cukiereczku, nie ma tu nic do rzeczy…

– Fakt… krążą legendy, że podobno niektórych mężczyzn interesuje też osobowość kobiety, ale wątpię, czy można im wierzyć… – rzuciła Fryza i upiła ze swojego kieliszka.

– Ależ nie o to chodzi! – kontynuowała matka pana młodego, po raz kolejny nie zauważając kpiny. – Mam na myśli, że dziewczyna, bez względu na urodę, powinna wyjść za mąż, gdy tylko staje się dorosła, bo im później, tym mniej chętnych… – zarechotała.

– Moja żona jest żywym zaprzeczeniem tej tezy. – Robert wziął Anitę za rękę i przycisnął jej palce do ust.

– Starszym kobietom też się czasem coś trafia… – pani Eliza spojrzała na synową triumfalnie.

– Co za szkoda, że już ma pani męża… Mogłaby się pani cieszyć niezłym wzięciem – rzuciła zgryźliwie Fryza.

Witek nachylił się i szepnął ojcu na ucho:

– Babcia wygląda jak nastroszona kura…

– Na drugie danie będzie kura? – ucieszyła się pani Kornatowicz.

– Bardzo lubię kurę – westchnął jej mąż.

– Niestety na drugie danie będzie schab – powiedział głośno Juliusz i dodał pod nosem: – Co za dużo drobiu w jednym pokoju, to niezdrowo…

Matka pana młodego machnęła ręką.

– Nie szkodzi! Nie jestem wymagająca! Mogę zjeść i schab! W moim rodzinnym domu przyzwyczaiłam się do wyrzeczeń! Jedliśmy skromne wiejskie posiłki, które popijaliśmy mlekiem od krowy albo wodą ze studni…

– Dobrze, że nie odwrotnie… – parsknęła Agata.

– To Noe na arce miał studnię?! – zapytał Karol, robiąc poważną minę.

– Och te słodkie dzieciaczki… Wam się wydaje, że w młodości mieszkałam w jaskiniach, chodziłam nago i nosiłam maczugę…

– To wyjaśnia, jak upolowała tego biednego faceta… – szepnęła Fryza do swojego męża.

– …a to wcale tak nie było! – kontynuowała z zacięciem pani Kornatowicz.

– Ależ wiemy mamo, że za twoich czasów jeździły już dyliżanse – zadrwił Robert.

– Śmiej się, synu, śmiej! Ja się nie obrażam, bo najważniejsze to mieć młodą duszę!

– To ona od dawna już nie żyje – szepnęła Agata do Heleny.

– Najpierw musiałaby mieć coś takiego jak dusza – odpowiedziała jej siostra po cichu, po czym już do wszystkich: – Przyniosę schab.

– O! Bardzo dobrze, kochanie! – Zanim dziewczyna zdążyła się uchylić, starsza pani wytargała ją za policzek. Nie zauważyła, że Hela się odwróciła i zrobiła w stronę pozostałych dzieci teatralny grymas pełen przerażenia. Zwróciła się do gospodyni. – Może i ta twoja Helena nie jest zbyt ładna, ale gospodarna z niej dziewczyna. Ma szansę znaleźć dobrą partię!

– Partię to ona lubi rozegrać w brydża – zawołał Karol.

Kobieta roześmiała się.

– Ależ te wasze dzieci są milutkie!

– Nie doleję jej już wódki, bo robi się słodka, że aż zęby bolą! – wymruczał do swojej żony Juliusz. Zostało to jednak częściowo dosłyszane przez matkę pana młodego.

– Na ząb najlepszy jest spirytus!

– Najlepiej wewnętrznie, jak się domyślam – parsknął mężczyzna.

– Ale tak sobie myślę o tej waszej biednej córci…

– Spirytus! Szybko! – szepnął Juliusz ironicznie.

Żona trąciła go łokciem a na głos powiedziała:

– Ależ Hela nie jest wcale biedna! Dlaczego tak pani myśli?

– Teraz już jest mamo, bo wziąłem z jej skarbonki ostatnie pięć tysięcy – wtrącił się Karol, choć pani Eliza nie zwracała na niego najmniejszej uwagi.

– Moi sąsiedzi mają naprawdę miłego syna i on szuka żony! Czy to nie wspaniałe?! – ekscytowała się.

– Sądzę, że raczej należy mu współczuć z tego powodu – odpowiedział ojciec Heleny.

– Och nie! Jakiś ty zabawny, kochaniutki!

– Jeszcze chwila i butelka spirytusu może mi nie wystarczyć…

– Myślę, że Helena nadawałaby się na żonę dla niego! Tak! To cudowny pomysł! On po rodzicach przejmie gospodarstwo! Teraz jest jeszcze w wojsku, ale za kilka miesięcy go wypuszczą…

– To on jest w wojsku czy w więzieniu? – zadrwił Robert.

– W wojsku oczywiście! Co to za mężczyzna, który nie był w wojsku?! Ja nie chciałam na takich młokosów nawet spojrzeć! Prawdziwie dojrzały mężczyzna musiał być po wojsku!

– A że w carskim wojsku służyło się dwadzieścia pięć lat, to potem taki chłop był dobrze dojrzały! – zaśmiał się jej syn.

Dziewczęta parsknęły śmiechem.

– Och, co też mówisz?! – spąsowiała kobieta. – Chodzi mi tylko o to, że nie można brać takiego gołowąsa, co to ma mleko pod nosem…

– Kiedy mleko najbardziej zostaje pod nosem, jak się ma wąsy! – wykrzyknął Witek.

– Nie o to chodzi! – zdenerwowała się jego babcia. – Helena z pewnością chce prawdziwego mężczyznę, a nie jakiegoś…

– Fakt, nie chciałbym mieć zięcia na przykład z tektury! Jeden taki wisiał u niej na ścianie! Koszmarne to to było!

– Dziękuję pani uprzejmie, ale mój chłopak nie byłby zachwycony, gdybym się zaręczyła z innym… – wtrąciła się wreszcie główna zainteresowana.

– Możesz mu powiedzieć, że jesteś w ciąży! – Kobieta przechyliła się nad stołem i mrugnęła do dziewczyny.

– Wtedy on by mnie zastrzelił! – oznajmiła Helena z emfazą.

– Nie zdążyłby. Ja bym to zrobił pierwszy – rzucił jej ojciec.

– Ale on ma gospodarstwo! – przekonywała starsza pani.

– Czterdzieści pięć lat i wcale nie poszedł do wojska – odezwał się wreszcie kwaśno pan Rajmund. – Zabrali go do szpitala, bo brak mu kilku klepek…

– Co?! Jak to?! Zosia mówiła…

– A co ci miała powiedzieć?! Że jej syn jest stuknięty?! Ty byś jej powiedziała?

– Nie, bo mój syn nie byłby stuknięty… – spojrzała na Roberta. – Chociaż… Nigdy nie ukrywałam, że nie ma mojej inteligencji… No cóż… To nic wstydliwego w każdym razie! Dzieci nigdy nie są tak mądre jak ich rodzice!

– Przykro mi, synu! Słyszałeś! To rozstrzyga nasz spór! – powiedział Juliusz do Karola, po czym pokazał mu język.

– Skoro dzieci są zawsze głupsze niż ich rodzice… – zamyśliła się Agata – …to kolejne pokolenia będą już strasznie skretyniałe…

Wtedy odezwała się kuzynka Petronela, przysłuchująca się dotąd rozmowie z uśmiechem.

– A za moich czasów męża znajdowało się w sianie!

– Ależ Piotruniu! – wykrzyknęła Anita.

– Ale to prawda! – Kobieta nachyliła się do Heli. – Tobie kochana też tak radzę! Od razu poznajesz wszystkie mankamenty przyszłego małżonka!

Dziewczyny wybuchnęły śmiechem. Anita pokręciła głową.

– Nie patrz tak na mnie, córciu – kontynuowała siwowłosa staruszka. – Może jestem stara, ale dobrze pamiętam, jak to było! – uśmiechnęła się z rozmarzeniem. – Chociaż mnie się to akurat do niczego nie przydało, bo mój Miecio tłukł po gębie każdego, który się do mnie zbliżył… Za jednym ze sztachetą poleciał! A za mną tak długo chodził z kwiatami i tak długo prosił, że w końcu musiałam się zgodzić… No bo co? Był taki uroczy… – westchnęła. – A takich chłopów z obitymi mordami to nie chciałam! Zresztą, co za chłop pozwoli się pobić?! A Miecio jedną ręką mnie podnosił! I przez pięćdziesiąt lat małżeństwa mówił do mnie „Petronelko”!

Anita uśmiechnęła się z czułością do kuzynki.

– Z tej strony cię nie znałam…

– Och, bo ty zawsze taka delikatna byłaś. Nie chciałam cię straszyć…

– Straszyć?! No wiesz?! – parsknęła panna młoda.

– Sałatka z buraczków wspaniała! – Petronela mrugnęła do Fryzy.

– No to wypijmy za państwa młodych! – Juliusz podniósł kieliszek.

 

*

 

Kiedy rodzice Roberta wyjechali, zapanował upragniony spokój. Młodzi małżonkowie przenieśli się do większego mieszkania na trzynastym piętrze i zaczęli je urządzać. Dzieci były zachwycone swoim nowym domem, a przede wszystkim tym, że miały tak blisko do Radziwiłłowiczów.

 

 

2

Warszawa, 14 lutego 1991

Robert zatoczył się, wpadając do mieszkania Radziwiłłowiczów i już od progu zabełkotał:

– Kochani… Anitka strofa! Mam syta!

Juliusz uśmiechnął się.

– Syna? Na pewno? A nie córkę?

– Cótkę tesz… – machnął ręką tak, że o mało nie upadł.

Szwagier podniósł go i usadził na krześle.

– Siadaj szczęśliwy tatusiu i skup się. Co ci się urodziło? – zapytał bardzo powoli.

Robert zaczął chichotać i pogroził Juliuszowi palcem.

– Po co się roz… rosed… rostrabniać – wydusił. – O! Ha! ha!

Popatrzyli na niego, nie bardzo rozumiejąc.

– Co on bredzi? – mężczyzna pokręcił głową.

– Nie wiem, ale pojadę do Anity i zawiozę jej kilka rzeczy. Jestem pewna, że ten głuptas o czymś zapomniał – uśmiechnęła się Fryza.

– Nie przesadzaj! Nie jest aż taki roztargniony!

Żona spojrzała na męża z czułością.

– Ty za każdym razem czegoś zapominałeś. Jak się urodziła Celinka, nie przywiozłeś mi rajstop, kochanie.

Juliusz parsknął.

– Jedź, jedź! Ja się zajmę dzieciakami i… – spojrzał na Roberta zasypiającego na krześle. – …tym dzieckiem też. Zadzwoń z automatu, gdy będziesz coś wiedziała.

 

*

 

– Kochanie, nie uwierzysz, ale jemu naprawdę urodziły się bliźnięta! – Fryza krzyczała do telefonu, bo na linii coś okropnie trzeszczało.

– Żartujesz?! A co z Anitą?

– Wszystko w porządku! Jest zdrowa, ale lekarze nad nią czuwają!

– To dobrze. Robert nie chciał tego okazywać, ale przez te dziewięć miesięcy tak się denerwował, że aż dziwne, że nie dostał zawału…

– Anita też jest tego świadoma, dlatego obiecała, że jeśli tylko coś będzie nie tak, zawoła lekarza. Żałuję, że nie mogę z nią zostać na noc.

– Spokojnie, Fryza, wszystko będzie dobrze! Nie martwmy się na zapas!

– Mam nadzieję… – westchnęła. – A jak Robert?

– Gdy dziewczyny wróciły, zaprowadziłem go do domu i zmusiłem, żeby poszedł do łóżka. Zasnął od razu. Dzieciaki rozpiera energia z radości. Robią zakłady, co się urodziło. Myślę, że wiadomości ucieszą wszystkich, a mnie najbardziej, bo powiedziałem, że jeśli żadne z nich nie zgadnie, to ja zabieram pieniądze – zaśmiał się.

– Jesteś okropny!

– Nie, tylko bardzo inteligentny! Przekaż Anitce całusy od wszystkich i wracaj szybko!

 

 

3

Warszawa, 22 listopada 1993

Agata uderzyła pięścią w drzwi łazienki po raz kolejny.

– Karol! Karol, słyszysz?! Ja wychodzę! Masz natychmiast wyjść z łazienki i zająć się Felą i Kamilem! – Była już naprawdę spóźniona i strasznie wściekła.

– Dobrze! Powiedziałem, że zaraz wychodzę! – dobiegł z wewnątrz zirytowany głos.

– A ja słyszałam to już cztery razy! Nie mogę już dłużej czekać! Hela jeszcze nie wróciła z pracy, a Anita od lekarza z Wandą!

– Przecież jest Celina!

– Na litość boską! Kąpiesz się od dwóch godzin! Celina nie zajmie się parą dwulatków sama! A poza tym obiecałeś mamie, że zajmiesz się dzieciakami, jeśli do tego czasu Anita nie zdąży wrócić!

– Tak i pamiętam o tym! Możesz iść! Ja zaraz wyjdę! Przez pięć minut nie umrą!

– Znam to twoje „pięć minut”… – burknęła pod nosem ze złością i dodała na głos: – Ja w każdym razie wychodzę! A tobie radzę się wygrzebać z wanny!

– W porządku – powiedziała spokojnie dziewczynka. – Ja się nimi zajmę. Nie musisz się martwić.

– Wiem – westchnęła Agata i spojrzała zniechęcona na dwójkę maluchów próbujących wyciągnąć kota zza fotela. – Uduszę kiedyś naszego brata! – zirytowała się ponownie. – Celinko! Błagam, tylko nie spuszczaj ich z oka! – Objęła młodszą siostrę i spojrzała na zegarek. – Jezu! – Złapała swoją torebkę i wybiegła w pośpiechu.

Celinka poszła do pokoju, w którym bawiły się dzieci. Usłyszała, że Karol po raz kolejny dolewa sobie ciepłej wody do wanny. No i dobrze, pomyślała. Przynajmniej będzie spokój.

– Fela, nie! – złapała dziewczynkę za rękę i delikatnie rozgięła jej paluszki, które już zaciskały się na kocim gardle.

Biedny Kot otrząsnął się z oburzeniem i uciekł na swoich trzech łapach.

– Nie wolno męczyć kotka! – pogroziła palcem Celinka. Dzieci spojrzały na nią i posmutniały. – Kotek będzie was lubił, jeśli będziecie go ładnie głaskać. Wtedy nie ucieknie – kontynuowała z dumą swój wywód. – Chodźcie, dam wam swoje smerfy. Chcecie?

Dzieciaki zaczęły gadać po swojemu, wyrażając w ten sposób zachwyt dla pomysłu dziewczynki. Przyniosła im swoje ulubione smerfy i przypomniała sobie, jak lubiła się nimi bawić w piaskownicy. Robili dla nich domy z kilkoma pokojami i potrafili spędzić na tym cały dzień. Celinka lubiła te gumowe figurki jeszcze z innego powodu. To były prawdziwe rarytasy! Nie można było po prostu pójść do sklepu i kupić cały komplet. Trzeba było szukać pojedynczych sztuk w różnych „papiernikach”. Właściwie każda jej koleżanka i każdy kolega mieli przynajmniej kilka takich smerfów, ale w jej posiadaniu była prawie cała kolekcja! Dzięki wysiłkowi jej mamy, która dokładnie pamiętała, których figurek córce brakuje, Celinka miała nawet Klakiera! Gdy była młodsza, kilkakrotnie prosiła Karola, żeby się z nią tymi smerfami pobawił, ale on zawsze odpowiadał, że jest za duży na takie głupoty. Ostatecznie dała za wygraną, gdy brat zgodził się, pod warunkiem, że on będzie Gargamelem, po czym zamknął Smerfy w zbudowanej z klocków wieży i stwierdził z radością, że wszystkie spłonęły. Celinka wybuchnęła płaczem i darowała sobie kolejne próby namówienia brata do wspólnej zabawy.

Teraz patrzyła, jak inne dzieci bawią się jej skarbami i poczuła się nagle bardzo dorosła. Rozmyślania przerwał jej jednak Kamil, który uderzył swoją siostrzyczkę w czoło, co wywołało wybuch płaczu u tej ostatniej.

– O nie! – Przerażona Celinka wzięła na ręce Felę i próbowała ją uspokoić, tłumacząc, że nic się nie stało. – No już, no już! Zobacz, słoneczko świeci… A może poszukamy kotka?! – Nic to jednak nie dało. Dziecko zanosiło się coraz głośniej. – O Boże! – jęknęła mała opiekunka i spojrzała karcąco na Kamila. – Nie wolno bić Feli! To bardzo nieładnie!

Wywołało to jednak skutek przeciwny do zamierzonego. Zdenerwowany chłopczyk również zaczął płakać. Biedna Celinka próbowała uspokoić jedno i drugie dziecko, ale bezskutecznie. Obydwoje zaczęli wzywać swoją mamę i nic nie pomagały tłumaczenia, że ich rodzice niedługo przyjdą. W akcie rezygnacji, usiadła na podłodze i trzymając na ręku zanoszącą się Felę, tuliła płaczącego obok Kamila.

Po około pół godziny dzieci zasnęły ze zmęczenia na kompletnie wyczerpanej Celince. Wtedy z łazienki wyszedł wreszcie, owinięty w ręcznik, jej starszy brat.

– Rany! Czy ty naprawdę nie potrafisz przez pięć minut zająć się dwójką małych dzieci?! Myślałem, że mi bębenki pękną!

– Przepraszam… – dziewczynka patrzyła na Karola z miną winowajcy. – Próbowałam ich uspokoić. Ale nie krzycz tak, bo się obudzą i zaczną od nowa! – szepnęła.

Chłopak spojrzał na nią i uznając, że faktycznie nie byłoby dobrze obudzić tę dwójkę, odwrócił się, by wrócić do łazienki.

– Hej! A ja mam tak siedzieć?! – zawołała za nim zrozpaczona siostra.

– Dobrze ci idzie! – uśmiechnął się i zatrzasnął za sobą drzwi.

 

*

 

Kiedy Anita, Eufrozyna i Wanda weszły do domu, Celinka siedziała oparta o fotel i spała. Podobnie zresztą jak dwójka wtulonych w nią maluchów. Kobiety uśmiechnęły się na ten widok. Ze swojego pokoju, z gazetą w ręku, wyszedł Karol.

– A, już jesteście? – zapytał bez większego przejęcia. – Mamo, czy kupiłaś mi moją pastę do kanapek?

– Mieliście z nimi jakieś problemy? – zapytała Anita.

– Nie. Panowałem nad sytuacją i był spokój – powiedział Karol tonem jakby co najmniej ujarzmił szalejące tornado.

Fryza pochyliła się nad córką i pogłaskała ją delikatnie po głowie.

– Już jesteśmy, kochanie. Przepraszam, że tak długo to trwało. Widzę, że dzielnie się spisałaś – uśmiechnęła się.

– Cześć, mamo! – wtedy zauważyła żonę Roberta. – Anita, przepraszam, oni zaczęli strasznie płakać i nie wiedziałam co zrobić, ale potem tak na mnie zasnęli.

– Nie szkodzi, Celinko. Nic się przecież nie stało. Bardzo dobrze się nimi zajęłaś. Dziękuję ci, kochanie. Jesteś cudowna! – Nachyliła się nad dziewczynką i mocno ją przytuliła.

Wzięły z Fryzą dzieci na ręce i zaniosły do mieszkania Anity.

 

*

 

– Cześć wszystkim! – zawołał Juliusz od wejścia. – Celina, spotkałem jakiegoś twojego dobiegacza na dole!

– Ja nie mam żadnego dobiegacza! – oburzyła się jego najmłodsza córka.

– No ja tam nie wiem! W każdym razie ten mały blondasek z naszego podwórka pytał, czy będziesz w poniedziałek w szkole.

– On ma na imię Adaś, tato!

– Wszystko jedno! W każdym razie powiedziałem, że jeśli nie umrzesz na śmiertelną chorobę do poniedziałku, to przyjdziesz…

– Tato!

– Juliusz!

Jego córka i żona wykrzyknęły jednocześnie z oburzeniem. Mężczyzna zdziwił się.

– Jak to?! Przecież nie mogłaś iść przez dwa dni do szkoły, bo byłaś umierająco chora, nie?

Fryza jedynie spojrzała na niego z politowaniem.

 

*

 

Krzyś i Adaś byli przyjaciółmi Celinki i Wandy. Krzyś mieszkał w tym samym bloku, tylko w drugiej klatce, natomiast Adaś w bloku obok. Poznali się na podwórku i bardzo zaprzyjaźnili. Wszyscy, poza Wandą, byli w jednym wieku i kiedy poszli do szkoły, znaleźli się w jednej klasie. Celinka uważała, że jej dwaj przyjaciele są bardzo dobrze wychowani. Byli o wiele milsi od innych chłopców i traktowali ją i Wandzię poważnie.

Niestety z Krzysiem stracili kontakt. Stało się to przez naprawdę głupią pomyłkę. Rodzice Krzysia postanowili się przeprowadzić do innej dzielnicy. Synowi powiedzieli o tym dość późno. W dniu zakończenia drugiej klasy szkoły podstawowej chłopcy odprowadzili Celinkę jak zwykle pod jej klatkę i wtedy Krzyś powiedział przyjaciołom, że się przeprowadza. Na zawsze. Adaś i Celinka nie chcieli mu uwierzyć. Przecież Krzyś tak często sobie z nich żartował. On natomiast był zbyt nieśmiały, żeby ich przekonywać, że mówi poważnie. Dwa tygodnie później cała trójka zadzwoniła do drzwi kolegi, żeby zabrać go ze sobą na podwórko. Otworzyła im obca kobieta i powiedziała, że żaden Krzyś tutaj nie mieszka…

Byli zrozpaczeni. Nie mieli nowego adresu przyjaciela i nie było żadnej możliwości, żeby go zdobyć… Po pewnym czasie przystosowali się do nowej sytuacji, ale nie zapomnieli o koledze. Mieli nadzieję, że jeszcze kiedyś go spotkają, choć martwili się, że Warszawa jest tak strasznie dużym miastem.

 

*

 

– Mamo, wiesz, co powiedziała Martyna? – Celinka wbiegła do kuchni.

Matka zagniatała ciasto.

– Nie wiem, rybko, ale zapewne zaraz mi powiesz…

Wtedy do kuchni wkroczył Juliusz ubrany w kurtkę.

– Fryza, nie wiesz, gdzie położyłem papierosy?

– Są tutaj na półce.

– No, czy wiesz, co ona powiedziała, mamo?! – denerwowała się dziewczynka.

– Aaa… Faktycznie! – Ojciec, nie zwracając na nią uwagi, przepychał się przez kuchnię.

– Tato! – Celinka zirytowała się wreszcie.

– No, co powiedziała ta twoja Matylda?

– Martyna! Nie Matylda, tylko Martyna!

– Wszystko jedno! Jeden pies! – Ojciec pogłaskał córkę po głowie.

– Nieprawda! Prawda, mamo, że nieprawda?! – w jej oczach pojawiły się łzy.

– Tak, kochanie – zgodziła się z nią matka.

– A tam! – machnął ręką Juliusz. – Wielka mi różnica! – Zabrał się do poszukiwań zapalniczki.

– Dziwne… – ironizowała Fryza. – Z tego co pamiętam, gdy rejestrowałeś Helenę i pani z urzędu stanu cywilnego wpisała „Halina”, zrobiłeś jej dziką awanturę, a na jej argument, że to „przecież wszystko jedno”, powiedziałeś, cytuję: „Wszystko jedno, to którą nogawką wyleci, jak chłop narobi w gacie!”.

Celinka, Karol i Agata wybuchnęli śmiechem. Juliusz się naburmuszył.

– Dobrze, dobrze! To co ta twoja Martyna powiedziała w końcu?! – Nie czekając na odpowiedź, wyszedł.

– Zapytała, czy wierzymy w Boga!

– I co powiedziałaś? – zapytała Agata.

– Oburzyłam się, jak może w ogóle o to pytać! Bo nie rozumiem! Przecież to jasne, że Bóg istnieje!

– Dobrze powiedziałaś! – odezwał się zadowolony Karol. – Moja szkoła!

Agata parsknęła.

– Minęłam się w drzwiach z tatą. Mruczał pod nosem. – Helena weszła do kuchni, niosąc zakupy. – Czy coś się stało?

– Nic niezwykłego, jeśli o to pytasz – zaśmiał się Karol.

– Aha! Mamo, nie idę z wami na ślub Adama.

– A dlaczego się tak uśmiechasz? – Karol spojrzał na siostrę podejrzliwie.

– Dobrze, kochanie, to nie jest obowiązek – zaśmiała się Fryza. – Myślę, że Adam jakoś to przeżyje. W końcu to nie z tobą się żeni.

– Ale miał się z nią ożenić… – Celinka uśmiechnęła się do siostry. Agata zakasłała nagle, a Karol zgromił dziewczynkę wzrokiem. – Ale co? – zdziwiła się i spojrzała na brata. – Przecież mówiłeś…

– Mamo, kiedy jest ten ślub w ogóle? – Chłopak rozpaczliwie próbował zmienić temat.

Fryza podniosła głowę i spojrzała na swoje dzieci.

– Jeśli sądzicie, że wasza matka jest idiotką, to muszę was rozczarować. Byłam na bieżąco z całą sytuacją. Chyba nie podejrzewacie, że nie zorientowałabym się, iż między Heleną i Adamem coś się dzieje? Musiałabym być ślepa…

– Albo musiałabyś być tatą – zakpiła Agata.

Kobieta uśmiechnęła się. Wiedziała doskonale, że jej mąż żyje w swoim świecie. Najwyraźniej równie świadome tego faktu były również jej dzieci.

– Nie zamierzam go uświadamiać, jeśli o to się martwicie. – Zaczęła ugniatać ciasto jeszcze energiczniej. – I cieszę się, że ten osioł żeni się z inną!

– A dlaczego nie idziesz na jego ślub? – spytała Agata. – Sądziłam, że chciałaś Adamowi pokazać swojego nowego faceta.

Helena zmarszczyła brwi.

– Tak, ale ostatecznie uznałam, że mam w nosie tego człowieka! Nie będę mu nic udowadniać. Niech sobie żyje swoim życiem i krzyżyk na drogę… Czarek zaprosił mnie na trzy dni nad jezioro i zamierzam z nim pojechać.

– Masz rację, kochanie. – Fryza zdawała sobie sprawę, że córka nadal cierpi z powodu trudnego rozstania. Adam był synem bliskich znajomych Fryzy i Juliusza. Przyjaźnił się z Heleną od dziecka. W pewnym momencie bardzo się do siebie zbliżyli i wszystko wskazywało na to, że się pobiorą. I wtedy chłopak przestał się odzywać. Po trzech tygodniach wspólny kolega dał Heli delikatnie znać, że Adam jest zaręczony… – Jedziecie sami? – zapytała.

– Tak. Rzadko mamy czas dla siebie, a Czarek praktycznie nie miewa więcej niż jeden dzień wolny, więc planujemy maksymalnie wykorzystać te trzy dni. – Helena uskubała trochę ciasta i włożyła je sobie do ust. – To ważniejsze niż udowadnianie Adamowi, co stracił.

– Też tak sądzę – odezwała się Agata. – Ale jak się ojciec dowie, że jedziesz z nim sama, to będzie panikował.

Helena przeraziła się.

– Nawet tak nie mów! Wersja dla taty jest taka, że jadę ze znajomymi!

Fryza uśmiechnęła się, wkładając ciasto do piekarnika.

– Ja też sądzę, że tak będzie lepiej – powiedziała spokojnie.

– Celinka, kumasz?! – Karol stuknął siostrę w ramię. – Wersja dla taty…

– Rozumiem! – oburzyła się dziewczynka. – Nie jestem głupia!

 

*

 

– Przysięgam ci Juliuszu, że jeśli nie założysz zaraz tego krawata, coś mnie trafi! – Fryza przyniosła mężowi marynarkę i czym prędzej wyszła z pokoju.

Mężczyzna skrzywił się.

– Do diabła! Jak ja tego nienawidzę… – Jego wzrok padł na najstarszą córkę. – Zamierzasz iść w tych dżinsach?

– Nie zamierzam wcale iść. – Helena podeszła do ojca i pomogła mu zawiązać krawat.

– Jak to?! – wybuchnął. – To ja się mam męczyć sam?!

– Oj, tato… Nie idziesz sam, tylko z mamą!

– To na jedno wychodzi… – mruknął.

– Słyszałam to! – Fryza weszła znowu do pokoju i przyjrzała się mężowi krytycznie. – Dobrze, kamizelki nie musisz wkładać…

– Nie zamierzałem…

– Dlaczego jesteś taki skrzywiony do licha?!

– Dobrze wiesz, że nie cierpię ślubów! – Poluzował krawat i zrobił cierpiętniczą minę.

– Och, rzeczywiście! Bo my tak często chodzimy na takie uroczystości! Litości, Juliuszu! Ostatnio na ślubie byliśmy u Anity i Roberta! To było cztery lata temu i w dodatku nie było wtedy wielkiego wesela, więc nie zdążyłeś się nacierpieć! A zresztą przyzwyczajaj się! Masz trzy córki i syna na wydaniu!

Juliusz wzdrygnął się.

– Ale to jeszcze nie teraz!

– Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! Człowieku, gdzie ty żyjesz?! Przecież to za moment! – Zauważyła nagle swojego syna. – Karol, a co ty masz taką minę?

– Przegrał w Super Soccer na Atari z Celinką i jest wkurzony. – Agata weszła do pokoju.

– Nie jestem wkurzony! Po prostu się zastanawiam!

– Och, cudownie! To ci się czasami przyda! – starsza siostra zaśmiała się.

– Wygrałam, bo byłam Liverpoolem! – uśmiechnęła się Celinka.

– Wygrałaś, bo się nie skupiłem! – odparował Karol.

– Rozumiem, że Hela nie idzie, bo wyjeżdża ze znajomymi, ale dlaczego ty nie idziesz z nami?! – Juliusz rzucił oskarżycielskie spojrzenie Agacie.

– Bo nie zostałam zaproszona! – uśmiechnęła się szeroko.

– Jak to?! Adam cię nie zaprosił?! Przecież on, ty i Helena taplaliście się w błocie razem przez tyle lat!

– Najwyraźniej uznał, że nie taplałam się z nimi wystarczająco długo – zaśmiała się.

– Mamusiu, ślicznie wyglądasz! – Celinka zachwyciła się niebieską sukienką Fryzy.

– Dziękuję ci, kochanie!

Juliusz westchnął ciężko.

– Nie cierpię ślubów…

– Ale dlaczego właściwie, tato? – zapytała Helena.

– Nie lubię patrzeć na cudze nieszczęście! – zdenerwował się. – A ty nie miałaś być na wyjeździe, Hela?

– Jedziemy dopiero po południu.

 

*

 

– Czy mi się wydaje, czy ktoś otwiera drzwi? – Agata podniosła się znad ogromnej układanki, którą z zapałem układała z Celinką, Anitą i Wandą.

Do mieszkania weszła Fryza i niezwykle zadowolony Juliusz.

– Już jesteście?! – Agata, zdziwiona, stanęła w przedpokoju. – Rany, tato?! Wracasz ze ślubu całkowicie trzeźwy i na dodatek w dobrym humorze?! Mamo, co się stało?!

Juliusz uśmiechnął się.

– To był pierwszy ślub, który mi się podobał!

– Dali wam gorzałę już w kościele?! – zapytał serio Karol, przerywając walkę na komputerze, którą toczył z Witkiem.

Fryza odezwała się, ignorując syna.

– Pewnie dlatego, że się nie odbył…

– Jak to?! Czyżby romantyczna panna młoda uciekła sprzed ołtarza?! – Helena wyglądała na zachwyconą.

Juliusz zmarszczył brwi.

– Raczej panna młoda zrobiła chłopaka w trąbę! Bo ja wiem, czy to było romantyczne?

Żona spojrzała na niego karcąco.

– No tak… Ta cała Ewa chyba…

– Puściła się z drużbą! – dokończył Juliusz radośnie, próbując ściągnąć krawat.

Jego dzieci zaczęły się przekrzykiwać, przy czym przeważały głosy zainteresowania nad głosami zdumienia.

– Ale skąd wiecie?! – wykrzyknęła wreszcie Celinka.

– Panna młoda wybiegła z zakrystii za, wściekłym jak osa, Adamem i błagała go o wybaczenie… a potem wyłonił się drużba z podbitym okiem… – odpowiedział ich ojciec zadowolony, że wywołał takie zainteresowanie.

– Widziałeś to?! – Agata aż otworzyła usta ze zdumienia.

– Wasz tatuś wyszedł na papierosa w odpowiednim momencie. – Fryza uśmiechnęła się.

– Dobrze, że był ze mną Rysiek Miedziakowski, bo inaczej nikt by mi nie uwierzył! – Juliusz zamyślił się. – No cóż… Adam i Ewa nie po raz pierwszy mają problemy… – poszedł do kuchni nucąc wesoło.

– Powiem wam jeszcze straszniejszą rzecz – zaczęła Fryza poważnie. – Wiecie, kto był rzeczonym świadkiem Adama? Marek.

– Marek?! – Celinka wiedziała oczywiście, o kogo chodzi. Marek był młodszym bratem Adama. Zapamiętała go jako pryszczatego, rudego, wkurzającego chłopaka, który straszliwie seplenił i rzucał w nią błotem, gdy pojawiała się w promieniu pięciu metrów. – I ta Ewa go chciała?! – skrzywiła się.

– Zdziwiłybyście się, jaki on jest teraz przystojny! – kontynuowała matka. – Zresztą ta panna młoda też była śliczna.

Juliusz wyłonił się z kuchni.

– Miała duże…

– Oczy – dokończyła Fryza kwaśno.

– Oczy też! Zwłaszcza jak goniła za Adamem! – zakończył niezrażony. – Mam nadzieję, że został dla mnie obiad, bo głodny jestem jak wilk!

 

 

4

Warszawa, 1 kwietnia 1994

– Tato, jesteś już w domu? – Karol rzucił torbę w progu swojego pokoju.

– Tak, jestem. – Juliusz wyłonił się zza gazety. – A ty mógłbyś wreszcie posprzątać trochę ten chlew!

– Tata jest zły! – szepnęła Celinka i pociągnęła brata za ramię.

– Co ty nie powiesz?! – Chłopak wzruszył ramionami. – Siadam do komputera! – zawołał.

– Ej! To nie fair! Ja też dopiero wróciłam ze szkoły! Nawet nie zdążyłam włączyć!

– Wiesz co?! Jesteś straszną egoistką! Mnie ciągle nie ma i jak mam czasami szansę na sekundę usiąść, to niestety nie mogę, bo ty ciągle grasz!

– Nieprawda… – zaprotestowała nieśmiało. Przecież Karol dobrze wiedział, że zaczynała lekcje w południe i kończyła je bardzo późno. Przez ostatnie tygodnie nie miała czasu nawet zbliżyć się do komputera. Dziś, po raz pierwszy od dawna wróciła wcześniej.

– Dobrze – powiedział obrażony. – Będziesz coś chciała… – wyszedł do kuchni.

Stała na progu straszliwie zagraconego pokoju i rosły w niej wyrzuty sumienia. Chciała tylko chwilę pograć… Tak się cieszyła…

– Dobrze, masz… – powiedziała ze skruchą. – Możesz sobie grać…

– Super! – uśmiechnął się Karol. – Możesz sobie w tym czasie pojeździć z Wandą na wrotkach. Ja sobie popykam tylko chwilę, bo w sumie to mnie nudzi jak dłużej siedzę…

Celinka westchnęła i wyszła. Znała tę jego „chwilę”. Wiedziała, że dziś o komputerze nie ma co już nawet marzyć.

 

*

 

– I co my teraz zrobimy, mamo? – zapytała przestraszona Celinka.

– Nic, rybko. – Fryza uśmiechnęła się, ale mimo to wyglądała na zatroskaną. – Tata nie jest pierwszym człowiekiem na ziemi, który stracił pracę. Ja nadal zarabiam. Jakoś to będzie.

– Wszystko będzie dobrze! – Helena objęła siostrę. – Ja właśnie dostałam pracę, to nie ma się o co martwić! Zresztą Agata też pracuje, więc nie będzie tak źle! – Uśmiechnęła się, żeby dodać Celince otuchy.

 

*

 

Leżała w łóżku i patrzyła na swój własny cień.

– Zastanawiałeś się kiedyś, czy nie jesteśmy tylko takimi cieniami na ścianie? Albo… czy się komuś nie śnimy? – zapytała wreszcie.

– Rany! – Karol uderzył dłonią w blat. – Znowu mnie zabili! – Spojrzał na młodszą siostrę. – Tak. Wszyscy się nad tym zastanawiają w twoim wieku! Filozofowie już badali tę sprawę bardzo wnikliwie! – rzucił zirytowany i wrócił do gry.

– Mhm – przytaknęła rozczarowana. – A sądzisz…

– Miałaś już spać! – przerwał jej.

– Zabijają cię, bo nie znalazłeś butelki z życiem.

– Co?! Skąd wiesz?! – zdziwił się.

– Bo ja już skończyłam tę planszę.

Karol parsknął.

– No pewnie, jak siedzisz dzień w dzień przed ekranem!

– Nieprawda! – oburzyła się. – Znalazłam tę butelkę od razu!

– Tak, pewnie! – zadrwił. – Śpij już!

– Karol… a czy myślisz, że tata znajdzie pracę?

– Znajdzie. A jak nie, to się nie ma czym przejmować, bo mama i dziewczyny coś tam zarabiają, więc jakoś sobie damy radę. Śpij już.

– Ale Karol…

– Dobranoc! – powiedział z naciskiem.

– Dobranoc… – Celinka zawinęła się w kołdrę, ale nie mogła zasnąć. Zbyt wiele zmartwień kołatało się w jej głowie. Zresztą niepokoiło ją zdanie, które powtarzano jej tego dnia wielokrotnie: „jakoś damy sobie radę”. Czuła, że im częściej to słyszy, tym mniej jest w tym prawdy. Wsłuchała się w piosenkę, która leciała na magnetofonie. – Czy ten mężczyzna stracił ukochaną? – zapytała w końcu.

– Kto taki?

– No ten piosenkarz. On śpiewa tak smutno… Tak, jakby stracił dziewczynę i było mu bardzo przykro z tego powodu.

– To nie jest tak, że piosenkarz musi stracić dziewczynę, żeby ułożyć taki tekst.

– To po co o tym śpiewa?

Karol westchnął.

– Po prostu koleś wymyśla słowa, układa do nich melodię i tak powstaje dobra piosenka. Taka jest jego praca.

– To dlaczego oni w tych wszystkich piosenkach są tacy smutni i nieszczęśliwi?

– Śpij już, powiedziałem! – zirytował się.

– Dobranoc.

Cugowski śpiewał właśnie: „Odrosła trawa, gdzie stał diabelski młyn. Po czterech latach wróciłaś, ale z kimś. Wnet zrozumiałem, że ja tylko tracę czas i wyjechałem, by pokazać, na co mnie stać”.

– Ona go oszukiwała a on czekał na nią aż cztery lata! – dziewczynka nie wytrzymała w końcu i odwróciła się w stronę brata.

Karol spojrzał na nią zrezygnowany.

– Jeśli się kogoś bardzo kocha, to można na niego czekać bardzo długo – powiedział poważnie.

– Ale czy on nie podejrzewał, że skoro zniknęła, to znaczy, że go oszukała i go nie chce?

– Nawet jeśli podejrzewał, to za bardzo ją kochał, żeby o niej zapomnieć. Dlatego na nią czekał.

– A ty byś czekał? – zapytała po chwili.

Karol uśmiechnął się.

– Jeżeli byłbym zakochany, to pewnie tak.

– Aha – zamyśliła się Celinka. – To chyba bardzo miłe, kiedy chłopak tak mocno kocha dziewczynę, że czeka na nią aż cztery lata.

– Tak. Kobiety uwielbiają takie melodramatyczne sytuacje – parsknął. – To pewnie dlatego, że w Polsce wychowuje się was już od małego na księżniczki.

– Ja bym nie chciała wyjechać na cztery lata, gdybym kochała chłopaka tak naprawdę.

– Słusznie. Bo co to za związek, jak ona wyjeżdża i każe mu czekać.

Celinka znowu zastanawiała się przez chwilę.

– A twoja Monika? Czy ona też lubi takie melodramatyczne sytuacje?

– Nie, ona nie. Ale ona jest inteligentna. Nie sądzisz chyba, że spotykałbym się z jakąś głupią dziewuchą, która czyta durne babskie gazety, ogląda głupie seriale i płacze z powodu złamanego paznokcia?!

– Mam taką koleżankę w klasie. Ona ciągle gada tylko o nowych ciuchach i o chłopakach, z którymi chodzi.

– Już? W tym wieku?! – Karol pokręcił głową.

– I ona się strasznie głupio zachowuje. Jak poszliśmy na łyżwy, to się bawiliśmy w berka, a ona stanęła na środku i zaczęła udawać, że coś jej się stało i taki straszny dramat z tego zrobiła! Chciała, żeby chłopcy ją ratowali, ale Adaś z Marcinem pomogli jej zejść z lodowiska i powiedzieli, żeby usiadła na ławce, bo przeszkadza!

– Musiała być wściekła…

– O tak! Była i to strasznie! Już do końca siedziała obrażona, a potem powiedziała, że nienawidzi jeździć na łyżwach i że gra w berka jest durna i dla dzieciaków. – Celinka skrzywiła się. – Kamila potrafi zepsuć każdą zabawę! Tak samo było, jak wymienialiśmy się karteczkami. Stwierdziła, że to strasznie dziecinne. Ona przyszła do nas w drugiej klasie i jest jakaś dziwna.

– No wiesz… Zawsze się taka trafi w klasie. Jej się wydaje pewnie, że jest strasznie dorosła.