Wydawca: Goneta Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pornoplotki - Janusz Pawłowski

Porno nie znaczy od razu coś złego, brzydkiego lub nieobyczajnego. „Pornoplotki” to rymujące się dwuwiersze i nie tylko. Autor ujął kwint esencję myśli w sposób krótki i treściwy, ale nie wprost. To swoista zabawa słowem i domysłami czytającego. Niejeden uśmiechnie się podczas czytania niniejszego woluminu. Słowo rymowane może zapaść też w pamięć, by przytoczyć w stosownej chwili lub posłużyć do towarzyskiego popisu. Nie potępiajmy autora, że za temat obrał ludzki erotyzm i nazwał „to”: „porno…”. Przecież dorośli jesteśmy, a takich wierszyków z puentą żartownisia, znającego swe możliwości i swój wiek rzadko można obecnie znaleźć. Żartowniś ów lubi się powoływać na mistrzów takiego gatunku, jak pan Jan Sztautynger i Stanisław Jerzy Lec. To oni są tu niedościgłym dla Autora „Pornoplotek” wzorem, dającym mu odwagę do publikacji niniejszych fraszek. Autor w jednym z dwuwierszy prosi: „Niech te myśli plugawe, stanowią tylko zabawę” oraz „pro publico bono te plotki ułożono”. Bawmy się zatem dobrym słowem, najlepiej w doborowym towarzystwie.

Opinie o ebooku Pornoplotki - Janusz Pawłowski

Fragment ebooka Pornoplotki - Janusz Pawłowski

Pornoplotki

Janusz Pawłowski

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45

02-103 Warszawa

 

 

Okładka: Agnieszka Barć

agnieszka.barc89@gmail.com

 

 

 

 

Redakcja i układ tekstu: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

 

 

 

 

 

 

ISBN: 978-83-63783-54-9

 

 

 

 

Wydanie 1

 

 

 

 

Warszawa, 12 sierpnia 2014

 

 

 

 

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Od redakcji:

Porno nie znaczy od razu coś złego, brzydkiego lub nieobyczajnego. „Pornoplotki” to rymujące się dwuwiersze i nie tylko. Autor ujął kwint esencję myśli w sposób krótki i treściwy, ale nie wprost. To swoista zabawa słowem i domysłami czytającego. Niejeden uśmiechnie się podczas czytania niniejszego woluminu. Słowo rymowane może zapaść też w pamięć, by przytoczyć w stosownej chwili lub posłużyć do towarzyskiego popisu. Nie potępiajmy autora, że za temat obrał ludzki erotyzm i nazwał „to”: „porno…”. Przecież dorośli jesteśmy, a takich wierszyków z puentą żartownisia, znającego swe możliwości i swój wiek rzadko można obecnie znaleźć. Żartowniś ów lubi się powoływać na mistrzów takiego gatunku, jak pan Jan Sztatynger i Stanisław Jerzy Lec. To oni są tu niedościgłym dla Autora „Pornoplotek” wzorem, dającym mu odwagę do publikacji niniejszych fraszek. Autor w jednym z dwuwierszy prosi: „Niech te myśli plugawe, stanowią tylko zabawę” oraz „pro publico bono te plotki ułożono”. Bawmy się zatem dobrym słowem, najlepiej w doborowym towarzystwie.

Wstęp

Fraszki pisano od wieków. U nas chyba pierwszym był Mikołaj Rej i Jan Kochanowski. Współcześnie zasłynął, chyba już zapomniany przez obecne pokolenie, genialny i niezrównany Jan Sztaudynger. Drugim był Stanisław Jerzy Lec, który napisał podobno cztery tysiące fraszkopodobnych powiedzonek. Inni, mniej znani, wszystkich trudno wymienić, weszli do kanonu fraszkopisarstwa. W internecie można natknąć się na licznych amatorów tego gatunku.

Autor zakochany w Sztaudyngerze, niepomny, że profanowi naśladownictwo jest niedozwolone, złamał przykazanie. Kiedy udało mu sie znaleźć przypadkowo odpowiedni rym i wpleść pomiędzy treść, uznał, że fraszkoworóbstwo nie jest takie trudne. Napłodził z biegiem czasu dla własnego użytku towarzyskiego całą furę dwuwierszy, nibyfraszek, niezbyt dorastających do takich pisanych przez mistrzów. Po segregacji okazało się, że większość ma za tematykę nieprzystojny, zasługujący na piekło, ludzki erotyzm, mówiąc delikatnie, a wiele przekracza wręcz chrześcijańską normę obyczajową, za co autor niechybnie pójdzie właśnie w czeluście piekielne.

Cóż z tego, skoro te fraszkopodobne twory oddają całą różnorodność ludzkich zachowań w tej materii, są tylko niedoskonałą ilustracją całego widocznego jak na dłoni bogactwa seksualizmu, cechy podstawowej naszej egzystencji. Jeśli więc autor będzie się smażyć, to razem z tymi, co stali się bohaterami jego „tfu(…)rczości” i czytelnikami tych bezeceństw, chyba że ksiądz da rozgrzeszenie.

Zresztą Stwórca sam wie, co się wśród ludzkości dzieje, przyzwala na to, ma zapewne też poczucie humoru i nie pogniewa się na żarty w tej materii. Autor ma nadzieję na wyrażenie opinii przez czytelników i prosi o wyrozumiałość. Niech w polskim języku funkcjonują nie tylko cztery „wyrazy” oraz nieprzyzwoite dowcipy, choroba masowa, lecz i „pigułki literackie”, leczące takie schorzenia, niby klin klinem. Leczył ją Jan Sztaudynger i inni, to i spróbował literacki profan.

Cześć pamięci klasykom.

I jeszcze słowo od autora jako uzupełnienie Wstępu:

Ostatni etap męskiego erotyzmu to gawędziarstwo. Zaczyna się od chuligaństwa, a kończy na gawędziarstwie. Potem już tylko nadchodzi niepamięć wsteczna. Autor jest na tym etapie przedostatnim. Dobrze więc, że działają jeszcze skąpe resztki erotomanii wewnętrznej. Stają się natchnieniem. Wypełniają jałowiejące życie duchowe. A że język polski jest pełen rymów, więc do każdego słowa można dobrać lepszy lub gorszy, a zaś do każdego rymu jakąś lubieżną treść. Cisną się na usta, jak to mężczyźnie, wspomnienia niespełnione, marzenia niedokonane i inspirują do nieprzystojnej, nieprzyzwoitej zabawy, gorszącej młodzież i starszych, za co czeka autora zapewne ogień i siarka piekielna na wieki. Te strzępki myślowe, to kolejna, nieudolna dawka gorszących naśladowań mistrzów, choć przecież są one pozbawione polskiej „obskurności”. Najdelikatniejsze(?) czy najlepsze(?) ze skleconych przez „tfu...rcę-fraszkoroba” niechby uzupełniły kolekcję polskiego fraszkodziejstwa, ku uciesze lubieżnej gawiedzi, jeśli zechce toto czytać.

Nie