Porażka księcia - Grace Burrowes - ebook
Opis

Noah Winters, ósmy książę Anselm, ma kłopot. Na mocy rodzinnego zobowiązania musi się ożenić, nim skończy 32 lata, a ten termin zbliża
się nieuchronnie. Kilkukrotnie dostał już kosza, więc kandydatkę na żonę wybiera z rozwagą, bez emocji. Będzie nią lady Araminthea
Collins, z hrabiowskiej rodziny, z należytą urodą i prezencją, dziewczyna,która po śmierci rodziców zubożała i zatrudniła się jako dama
do towarzystwa. Książę sądzi, że lady Araminthea ma już za sobą lata burzy uczuć i w roli żony nie będzie sprawiać kłopotu. Zapowiada się
jeszcze jedno małżeństwo z rozsądku…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 475

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Magdalena Stachowicz

Hanna Lachowska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© dzmitri mikhaltsow/iStock/Thinkstock

Tytuł oryginału

The Duke’s Disaster

Copyright © 2015 by Grace Burrowes

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5638-2

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

1

Nie jestem miłym człowiekiem – oznajmił Noah Winters, ósmy książę Anselm.

Lady Araminthea Collins uniosła w odpowiedzi wdzięcznie wygiętą brew.

– Być może, Wasza Książęca Mość, prawdomówność dżentelmena więcej znaczy niż jego maniery – zauważyła.

Noah w duchu pochwalił opanowanie damy, ale też jej zimna krew była jedną z tych cech, dzięki którym zwrócił na nią uwagę.

– Nie jestem miły – powtórzył – ale utytułowany, bogaty i potrzebuję żony. – Musiał mówić rzeczowo i otwarcie, żeby zdążyć, zanim zacznie kichać przez te przeklęte bratki wokół ławki.

To ostatnie stwierdzenie nie zasłużyło nawet na uniesienie brwi.

– Dlatego zwrócił pan uwagę na moją chlebodawczynię – szepnęła lady Thea.

– Marliss nie jest pani chlebodawczynią – odparował Noah. – W istocie to jej papa panią zatrudnia, a teraz, kiedy ogłoszono jej zaręczyny z młodym Cowperem, z pewnością zacznie się pani rozglądać za nową posadą.

Ta uwaga stanowiła drobny dowód na to, że, jak wspomniał wcześniej, nie jest miły. Cierpliwość i owijanie w bawełnę nigdy nie należały do najbardziej rzucających się w oczy cech Noaha, zwłaszcza kiedy swędział go nos.

– Słyszał pan zapowiedzi, Wasza Książęca Mość?

– Endmon był wczoraj w klubie w szampańskim humorze. – Raczej wylewny i pijany, jak każdy ojciec, kiedy dowiaduje się, że modystka jego ukochanej córeczki będzie opłacana z innego konta.

Radcy prawni Noaha ostrzegli go, że zarządca majątku Cowpera prowadzi negocjacje z wicehrabią Endmonem, ojcem Marliss. Noah odczuł jedynie przelotną irytację, że stracił całe tygodnie, nadskakując młodej damie w nadziei zdobycia żony.

– Wybacz, proszę. – Lady Thea zebrała spódnice w dłonie, zamierzając wstać. – Z pewnością czeka mnie mnóstwo pracy, Marliss będzie miała tłumy gości…

Noah objął dłonią nadgarstek lady Thei, co zyskało mu uniesienie obu brwi, ale też skłoniło damę do pozostania na ławce.

Nadgarstek był delikatny, zwłaszcza w porównaniu z jego własnym.

– Dama do towarzystwa młodej damy – powiedział, cofając rękę – to tylko trochę więcej niż guwernantka, lady Theo. Pani potrzebuje stanowiska, ja potrzebuję żony i to stanowisko oferuję pani.

Nie uniosła brwi, nie sapnęła zdumiona, przyglądała mu się jedynie zdziwionymi, zielonymi oczami.

– Mówi pan poważnie, prawda?

Do bólu, wedle opinii większości kobiet, które się na ten temat wypowiadały, włącznie z ostatnią kochanką Noaha.

– Pani ojciec był hrabią – stwierdził Noah. – Jest pani urodziwa, spokojna, wapory młodości ma za sobą, pochodzi z dobrej, dzietnej rodziny. Jest pani równie dobrą kandydatką do tytułu księżnej, jak ta rozchichotana dzierlatka, którą pani nadzoruje.

– Marliss jest tylko młoda – sprzeciwiła się lady Thea. – Ale skoro pan nie jest miły, a ja nie jestem rozchichotaną dzierlatką, sądzi pan, że będziemy do siebie pasować?

Dobre podsumowanie.

– Tak sądzę. Przynajmniej w takim stopniu, jak pasowałbym do Marliss czy kogoś do niej podobnego.

Poranne słońce wydobyło czerwonawe błyski z ciemnych włosów lady Thei, potwierdzając, że dama unika kosmetyków. Marliss, zdaniem Noaha, używała ich w nadmiarze.

– Marliss będzie szczęśliwsza z baronem Cowperem – zauważyła lady Thea. – Ale dlaczego pan myśli, Wasza Książęca Mość, że ja będę szczęśliwsza jako księżna Anselm niż jako dama do towarzystwa przy innej rodzinie?

Żadna tam przemowa typu „cóż to za ogromny zaszczyt”, której Noah się spodziewał – a w istocie czynił jej zaszczyt – ale też nie pośpieszna kapitulacja. Potrafiła go zganić, nie okazując się niegrzeczną – czym zaskarbiła sobie, rzecz jasna, podziw Noaha.

Chociaż nie przewidział, że książęcy diadem Anselm zostanie poddany tak skrupulatnemu badaniu, zanim dama zechce go przymierzyć.

– Nigdy pani niczego nie zabraknie – zapewnił Noah, kierując wzrok raczej na ligustrowy żywopłot, niż zwykłą, szarą suknię damy. – Nigdy nie będzie pani musiała korzystać z wątpliwej dobroci własnego brata, a kiedy obowiązek wobec sukcesji zostanie spełniony, będzie się pani cieszyła taką wolnością, na jaką niezależne bogactwo i dyskrecja pozwalają.

Choć jeśli Noah miałby coś do powiedzenia w tej sprawie, lady Thea nie pozwoliłaby posadzić bratków pod swoim oknem.

– Spodziewa się pan, że obowiązek wobec sukcesji da się spełnić bez przeszkód?

Lady Thea rzuciła to pytanie rzeczowo, ale Noah nie był pewien, o co właściwie pyta. Jego organa rozrodcze działały bez zarzutu, a dama była na tyle pociągająca, że nie powinien mieć problemów ze spełnieniem wspomnianego obowiązku.

– Mój ojciec spłodził jedynie dwóch prawowitych synów, pomimo że ożenił się trzy razy pod rząd. Pani rodzice zapewnili sobie syna w trzech podejściach, więc nie, nie twierdzę, że będę w stanie kontrolować wszystkie aspekty naszego związku, ale ufam, że Opatrzność okaże się łaskawa. Ostatecznie, ma pani sporo wujków z obu stron.

Dama milczała – żadnego celnego komentarza, żadnych kłopotliwych pytań.

Noah wielokrotnie siedział w powozie naprzeciwko lady Thei, kiedy eskortował Marliss w przeróżne miejsca, więc wiedział, że zdolność zachowania milczenia należała do jej licznych talentów. Jej widok był także przyjemny dla oka. Nie starała się zwrócić na siebie uwagi, ale każdy mężczyzna odnotowywał blask jej ciemnych włosów, figurę, którą określano uprzejmie jako stworzoną do rodzenia dzieci, i zielone oczy – lekko skośne i dzięki temu sprawiające wrażenie egzotycznych.

Nada się, choć tego odkrycia dokonał zaledwie dwa dni wcześniej, kiedy informatorzy donieśli mu, że Marliss zaprzestała polowania na męża. Ten pomysł przyszedł mu do głowy nie wiadomo skąd, jak większość jego najszczęśliwszych posunięć w interesach.

Tak, czy inaczej, warto było spróbować z lady Aramintheą, bo sezon miał się ku końcowi i trzeba by czekać rok, żeby nowy kontyngent rozchichotanych dzierlatek został przedstawiony u dworu. Kolejny rok siedzenia tyłem we własnej karecie i męczących spacerów po barwnych, pełnych kwitnących roślin ogrodach.

– Przemyślę to – powiedziała lady Thea. – Nie mam nikogo, kto by występował w moim imieniu, więc wszelkie dokumenty przejrzę sama.

Sama? Noah poczuł się urażony w jej imieniu.

– A co z pani bratem?

– Jeśli dojdziemy do porozumienia, może pan z uprzejmości przesłać mu kopię kontraktu, ale, jak rozumiem, zależy panu na czasie, a to zdecydowanie nie leży w naturze Tima.

Trzeźwość także nie leżała w naturze Timotheusa Collinsa, podobnie jak powściągliwość. Nawet człowiek, który nie był miły, mógł zachować te uwagi dla siebie.

– Przyślę pani wstępną wersję pod koniec tygodnia – zapewnił Noah, choć ustalanie warunków małżeństwa bezpośrednio z lady Theą sprawiało, że czuł się zakłopotany. – Nie ma pani nikogo, kto mógłby negocjować w pani imieniu – żadnego wujka, czy nawet owdowiałej ciotki?

– Rodzina Collinsów wydaje się żyć intensywniej, niż pozwala na to jej wytrzymałość, Wasza Książęca Mość. – Wstała i tym razem Noah wstał razem z nią. – Ja zatem jestem najstarsza. Czy zechce się pan przejść ze mną?

Owszem, chętnie, pod warunkiem że oddalą się od piekielnych bratków.

Noah podał damie ramię, zadowolony, że udzieli mu odpowiedzi w ciągu tygodnia. Nie miała posagu, Noah zaś mógł jej bez trudu zapewnić korzystne warunki kontraktu, ale teraz, wobec jej wahania, zaczął się zastanawiać nad inną zachętą.

Miała być, ostatecznie, jego księżną, a księżne, nawet te przyszłe, zasługują na wszelką uprzejmość.

– Pani siostra będzie, oczywiście, mile widziana w naszym domu – powiedział, kiedy zaczęli się oddalać od domu i przeklętych kwiatów. W czerwcowy poranek ogrody wicehrabiego Endmona emanowały spokojem, pięknem i delikatnym zapachem – zupełnie jak kobieta, którą trzymał pod ramię. Doszli żwirową alejką do cienistego zakrętu wśród drzew i lady Thea puściła jego ramię.

– Mam prośbę – oznajmiła.

Noah był gotów prowadzić delikatne negocjacje na temat długiego narzeczeństwa albo wspaniałego ślubu, chociaż nie planował ani jednego, ani drugiego.

– O ile jest rozsądna…

– Proszę mnie pocałować.

Z domu czy stajni nikt nie mógł ich widzieć; dobrze się złożyło, bo Noah czuł, że ta nieoczekiwana, dodatkowa prośba jest kluczem do ręki lady Thei. Całowanie to zazwyczaj rzecz przyjemna.

– Jakiego pocałunku pani sobie życzy? – zapytał Noah, ponieważ jego doświadczenie obejmowało zwykły repertuar i parę rzeczy ekstra.

Teraz ona rozejrzała się po otoczeniu, jakby nie wiedziała albo nie chciała przyznać, że istnieją różne rodzaje pocałunków.

– Mężowskiego pocałunku.

Kobiety!

– Nigdy nie byłem mężem, musimy zatem rzecz uściślić: czy to ma być pocałunek męża, który wita żonę rano, czy też taki, kiedy się z nią rozstaje, a może zalotny, zachęcający, czy też… wyrażający pożądanie?

– Żadnych zalotów. – Lady sprawdziła przypięty do gorsu sukni zegarek, małą, prostą, złotą ozdóbkę, która wydawała się bardziej ją w tej chwili interesować niż pocałunki Noaha. – Pocałunek wzbudzający zaufanie.

Czy taki sam, jak przy uwodzeniu? Chyba nie. Nie miała na myśli pocałunku wzbudzającego źle ulokowane zaufanie, ale raczej prawdziwe. Noah nie uważał lady Thei za kapryśną istotę, ale pocałunki zapewne trafiały jej się na tyle rzadko, że nie miała ochoty pominąć okazji.

– Tutaj. – Ujął jej rękę i poprowadził parę kroków głębiej w cień. – Zamknij oczy.

Miała z tym pewien problem, ale w końcu posłuchała, dając Noahowi chwilę na przyjrzenie się jej smutnej, napiętej twarzy. Podszedł bliżej i objął ją ręką w pasie, przysuwając do siebie.

Dotyk sprawiał mu przyjemność, cierpiętnicza mina damy wcale.

– To nie jest pocałunek, Wasza Książęca Mość.

– Cicho – fuknął – i bez podglądania. To tylko wstęp, ale czekam, aż będzie pani gotowa do pocałunku. – Położył brodę na jej głowie, by wiedziała, gdzie jest, ale też by móc wdychać jej słodki, kwietny zapach i musnąć policzkiem jedwabiste, ciepłe włosy.

Żeby dama nie narzekała na te wstępne manewry, Noah potarł nosem jej policzek, a potem to samo zrobił wargami.

Zesztywniała w jego ramionach.

Niech to, do diabła. A zatem małżeńskie obowiązki – z naciskiem na obowiązki – w ich stadle będą się odbywać przy zgaszonych świecach, pod kołdrą, w nocnych koszulach. Noah westchnął przy skroni Thei i to, co miało być pocałunkiem wzbudzającym zaufanie, zamieniło się, z jego strony, w pocałunek tęsknoty za tym, czego nie będzie.

Przez sześć dni Thea milczała, a siódmego przysłała księciu Anselm list. Miała zamiar uprzejmie odmówić, ponieważ już wcześniej, zanim złożył jej swoją zdumiewającą propozycję, kontaktowała się z agencjami zatrudnienia. Nie powinna zostać jego księżną. Anselm był zbyt inteligentny, zbyt pewny siebie, zbyt zimny, zbyt… wielki, żeby myślała poważnie o jego zalotach.

Jednak związek wydawał się stosowny i pokusa zaczęła przeważać, kiedy zaoferował swój dom również Nonie. A potem ten pocałunek…, który okazał się inny niż wszystko, czego Thea dotąd doświadczyła.

Jego Książęca Mość dał jej pierwszy pocałunek, o który prosiła, pierwszy, o którym mogła powiedzieć, że go w jakiś sposób zainicjowała, i okazał się on tak nieoczekiwany, tak słodki – ze strony tego skrytego, mrocznego mężczyzny. Ten pocałunek bardziej niż cokolwiek innego przekonał Theę, że nie stanowi pary dla księcia. Jej ciało wciąż topniało na jego wspomnienie, a to zdarzało się często.

Tak więc pocałunek wywarł wrażenie, działając na niekorzyść świętego związku małżeńskiego z Noahem Wintersem, księciem Anselm. Nie w taki sposób, jak Thea przypuszczała, ale skutecznie.

I jeszcze coś. Książę okazał się niezwykle hojny, zapewniając w umowie także posag dla Nonie, co zostało bardzo delikatnie ujęte. Jego hojność przerosła nadzieje Thei, prowadząc w późniejszym czasie do „I żyli długo i szczęśliwie”, o czym każda dziewczyna miała prawo marzyć.

Anselm był widocznie sprytniejszy, niż Thea sądziła, albo bardziej wnikliwy. W każdym razie, skoro w grę wchodziła także przyszłość Nonie, decyzja Thei stała się trudniejsza. Nie miała żadnej pewności, że uniesie ciężar książęcego małżeństwa, a jeśli nie zdołałaby sprostać tej roli, konsekwencje mogłyby okazać się katastrofalne.

Jednakże owe konsekwencje nie dotknęłyby Nonie i Thea wciąż się wahała.

– On jest tutaj. – Marliss wpadła do salonu; jej niebieskie oczy lśniły, złote loki tkwiły na głowie nieruchomo, ujarzmione tysiącem szpilek. – To zabije mamę, po prostu ją zabije, Theo. Porywasz księcia, i to takiego z worami słodkich pieniędzy. Mogę zejść z tobą? Obiecuję śmiać się tylko w nieodpowiednich momentach.

– Nie martw się – powiedziała Thea, cierpliwie znosząc uścisk Marliss. – Miałaś dość rozsądku, żeby wiedzieć, że więcej szczęścia znajdziesz w związku z Cowperem, a i jego uczynisz szczęśliwym.

Marliss rozpromieniła się, ukazując dołeczki na policzkach.

– Jest kochany i zostanie baronem, podczas gdy Anselm nigdy nie będzie kochany i nie dba o swój tytuł. Może ty zdołasz wygładzić jego chropowatości, Theo, ale mnie on nie interesuje. Niezależnie jaką ma minę, zawsze ma się wrażenie, że patrzy z dezaprobatą.

– Jeszcze go nie przyjęłam – przypomniała Thea Marliss… i sobie.

– Jesteś zbyt rozsądna, żeby tego nie zrobić. Dam ci piętnaście minut. Jeśli chcesz więcej, zabierz go do ogrodów albo do stajni. Służba się obija, bo mama cierpi na straszliwy ból głowy.

– I dźwięk nożyc ogrodniczych wytrąciłby ją z równowagi – dokończyła tę myśl Thea. Matkę Marliss byle co wytrącało z równowagi, dlatego towarzyszka Marliss musiała być osobą wytrzymałą. – Będę rozmawiać z Anselmem możliwie uprzejmie i cicho.

Marliss odprowadziła Theę do szczytu schodów, a potem posłała jej całusa w powietrzu; Thea wciąż się uśmiechała, kiedy Corbett Hallowell, starszy brat Marliss, oderwał się od ściany piętro niżej.

– Spieszysz się, droga Theo? – zaszczebiotał. Thea próbowała go pośpiesznie wyminąć, ale brat Marliss, przyszły dziedzic, tyczkowaty i wysoki, wyciągnął długą rękę, chwytając Theę powyżej łokcia. Rozejrzał się wokół, zanim podszedł do niej bliżej, niż dżentelmen powinien stać obok damy.

– Ustaliła już datę? – zapytał.

– Porozmawiaj z siostrą. – Wobec tego, że służba odpoczywała, Corbett dobrze wybrał chwilę.

Uścisk na ręce zaczął sprawiać Thei ból.

– Musisz rozejrzeć się za inną pozycją, moja pani.

– Puść mnie. – Thea usiłowała się uwolnić, ale Corbett tylko mocniej zacisnął rękę.

– Mam na myśli pewną pozycję. – Corbett pochylił się, przypierając Theę do ściany. – Na początek położysz się na plecach. To dobrze płatne.

– Puszczaj, Corbett. – Corbett, sporo młodszy od Thei i niewiele od niej wyższy, nie powinien stanowić zagrożenia… znowu. Mówiła spokojnym głosem, ale serce jej galopowało i ogarniała ją panika. Boże dopomóż, z ust Corbetta zionął kwaśny odór wypitych poprzedniego dnia trunków.

Krzycz, rozkazała sobie. Pomodlisz się później, teraz krzycz.

– Lubię, jak kobieta trochę walczy. – Corbett schylił się, jakby chciał pocałować Theę w usta, ale – dzięki Bogu – chybił i trafił bliżej jej ucha, kiedy zaczęła się gwałtownie wyrywać.

– Lubię, jak mężczyzna ostro walczy – odezwał się chłodny baryton – tylko że tak rzadko się spotyka takich, którzy zasługują na to miano.

Corbett podniósł głowę, a w następnej chwili już go nie było. Najpierw nie mógł utrzymać rąk przy sobie, drażnił jej nos cuchnącym oddechem i ślinił się, a teraz tkwił pod przeciwległą ścianą, starając się wyglądać na oburzonego, ale nie mogąc ukryć przerażenia.

– Jeśli musisz wyżywać swoje niskie instynkty na podległych sobie ludziach – odezwał się cierpko Anselm – lepiej rób to tak, żeby cię nie widziano, nie słyszano i nie pociągnięto do odpowiedzialności. Możesz przeprosić albo wybrać broń. Radzę, żebyś wybrał coś niekonwencjonalnego – bicze, noże – bo pistolety i szpady nie stanowią już dla mnie wyzwania.

Książę mówił obojętnym głosem, poprawiając mankiety, a następnie podając Thei ramię. Przyjęła je, ale zerknęła także na Corbetta. Był satysfakcjonująco blady i rzucał niespokojne spojrzenia na prawo i lewo.

– Proszę wybaczyć, lady Theo. – Corbett zdołał stanąć prosto i kiwnąć krótko głową. – Twoje wdzięki…

– Cyt, cyt – przerwał łagodnie Anselm.

– …nie są stworzone po to, żeby służyć mojej przyjemności – dokończył Corbett.

– Może być – stwierdził Anselm. – Odejdź.

Corbett oddalił się, ale na trzecim stopniu odwrócił, w takim momencie, że Thea mogła to zobaczyć, a wyniośle spokojny książę nie, i rzucił przez ramię mordercze spojrzenie.

– Męczący jest – odezwał się Anselm. – Ale ja także przepraszam w imieniu mojej płci. Myślę, że na dworze będziemy mieli więcej prywatności, chyba że potrzebujesz soli trzeźwiących, naparu, czy czegoś podobnego?

– Odrobina świeżego powietrza w ogrodzie wystarczy – odparła Thea, chociaż solidny cios w szczękę Corbetta także postawiłby ją na nogi.

Książę zachował dyskretne milczenie, wyprowadzając Theę na zewnątrz, podczas gdy ona zmagała się z emocjami – z wdzięcznością dla Anselma, że zjawił się w porę, gniewem, że Corbett znowu zastawił na nią pułapkę oraz z narastającą pewnością, że o ile wcześniej ślub z Anselmem stanowił jedynie lekką pokusę – pomimo słodkiego pocałunku – to teraz jego oferta była praktycznie nie do odrzucenia.

Ale, na Boga, w jaki sposób Thea mogła być z nim uczciwa?

– Czy on często cię nęka? – zapytał Anselm tonem, jakby pytał, gdzie Thea nabyła szpilkę do zegarka.

– Tak, mnie i młodziutką dziewkę kuchenną. Ojciec rozpieszcza Corbetta, a on jest w wieku między uniwersytetem a małżeństwem, kiedy nie ma żadnych obowiązków i wszyscy jego znajomi są w podobnej sytuacji.

– Próbujesz go usprawiedliwić? – Anselm pytał z namysłem, nie naganą, kierując Theę dalej od bratków.

– Staram się zrozumieć. Nie jest gorszy niż większość z jego klasy.

– To znaczy, że nie był pierwszy, który obrzydzał ci życie – stwierdził Anselm z niezadowoleniem. – Usiądziemy? – Znaleźli się na tyłach ogrodu, gdzie mogli cieszyć się prywatnością, przynajmniej do czasu, kiedy zjawi się Marliss. Wybrał ławkę i usiadł obok Thei.

– Zamierzałam odmówić – zaczęła Thea. – Ale twoja hojność wobec mojej siostry i nieuniknioność scen takich jak ta, którą właśnie przerwałeś, przekonały mnie, żeby przyjąć twoją propozycję, Wasza Książęca Mość.

– Noah – odparł tonem nie bardziej pełnym zapału, niż jej własny przed chwilą. – Skoro mamy się pobrać, powinnaś wiedzieć, jak mi na imię.

– Czy mam tak się do ciebie zwracać?

– Bardzo proszę – powiedział. – Dlaczego?

– Dlaczego co?

– Dlaczego przyjęłaś moje oświadczyny?

– Nigdy niczego mi nie zabraknie – powtórzyła jego słowa, podczas gdy należało wyrzucić z siebie szczegóły swojej nieciekawej przeszłości. – Nie będę zdana na wątpliwą łaskę mego brata. Zyskam niezależność, kiedy dopilnujemy pewnych spraw. – Jako damie nie wypadało jej nazwać tych spraw po imieniu, ale i tak zrobiła na nim wrażenie.

Wyraz twarzy Jego Książęcej Mości wskazywał, że nie był zachwycony recytacją własnych wywodów i pewność siebie Thei osłabła.

– Moja siostra będzie bezpieczniejsza pod twoją opieką, bardziej niż pod dachem obojętnego brata – mówiła dalej Thea, tłumiąc skrupuły. – Jako księżna będę w stanie dopilnować jej wejścia w świat.

– I uwolnisz się od szarmanckich zalotów Corbetta – dodał Anselm. – Wiesz, znalazłbym ci inną posadę, gdybyś poprosiła.

Thea nie zdawała sobie z tego sprawy, ale lepsza posada guwernantki nie zapewniłaby przyszłości Nonie.

– Nie poproszę.

Na twarzy Jego Książęcej Mości odbiło się przelotne rozbawienie. Wiedziała, co myśli: Przyjmie moje nazwisko, pieniądze, opiekę na całe życie, zapewniając mi potomstwo, ale tak czy inaczej nie będzie się ze mną czuła związana. Kobiety.

– A zatem specjalne pozwolenie? – zapytał.

Thea skinęła głową; zżerał ją niepokój. Chwila, kiedy mogła być z księciem szczera, narażając się najwyżej na jego cichą pogardę, mijała. Zamierzał płodzić z nią dzieci i miał prawo poznać jej sytuację.

– Mam zająć się szczegółami? – zapytał tonem, jakim Thea zwykła pytać, czy gość życzy sobie jedną, czy dwie kostki cukru do herbaty.

– Marliss wkrótce wyjdzie za mąż. Jak rozumiem, do tej pory będę tu mile widziana.

– Miałbym cię zostawić na pastwę skruszonego Corbetta? – żachnął się książę. – W żadnym razie. Zamieszkasz z moją siostrą Patience. Jak szybko możesz się spakować?

Anselm – Noah – nie był głupi. Może nie szczególnie miły, ale wyjątkowo wyczulony na nieprzyjemne strony życia kobiety na służbie. Życia damy na służbie. Thea otworzyła usta, żeby wypowiedzieć słowa, które skłoniłyby go do wycofania propozycji.

– Dzisiaj po południu – usłyszała swój głos. Jej niepokój wzmógł się jeszcze, choć pomyślała z ulgą o opuszczeniu domu Endmona.

– Przyślę powóz o trzeciej. Z pewnością wkrótce nam przerwą, więc lepiej zapoznaj mnie ze zmianami, jakie chciałabyś wprowadzić do umowy.

Thea machnęła ręką, jakby odganiała muchę.

– Umowa jest dobra, więcej niż dobra, niezwykle korzystna; dziękuję ci. – Skoro wpadłeś między wrony… – Kiedy mogę sprowadzić Nonie?

– Możemy zabrać twoją siostrę jutro. Zapewne chcesz ją mieć blisko pod ręką, przygotowując się do ślubu?

– Oczywiście – szepnęła Thea, przypominając sobie sytuację, kiedy raz w życiu koń pod nią się spłoszył. To nie było przyjemne wspomnienie, a także uczucie odbierającej rozum paniki, które teraz odżyło.

– Ile czasu zajmie znalezienie twojego brata i wbicie go w strój weselny? – zapytał Anselm.

Jego Książęca Mość był przerażająco bezpośredni, chociaż to się akurat Thei podobało.

– Parę dni. Jest pełnia sezonu i gdzieś musi się pojawić.

– Dopilnuję tego. Coś jeszcze?

Thea powędrowała spojrzeniem na tyły domu, gdzie panowała cisza i spokój i najwyraźniej nic się nie działo.

– Tak. – Miała zostać jego żoną, co wydawało się trudniejsze niż późniejsze miłe spędzanie czasu w charakterze księżnej. – Nie chodzi o umowę.

Jego Książęca Mość oparł się wygodnie, patrząc na Theę z powściąganą niecierpliwością, sugerującą, że dla księcia Thea stała się drobnym kłopotem w kategorii interesów załatwionych. Żądania w ostatniej chwili tylko odrobinę irytowały przyszłego męża.

Mąż, mój Boże. Powiedz mu.

– Potrzebuję czasu.

– Na?

– Ledwie cię znam. – Choć po dwudziestu latach małżeństwa z tym człowiekiem będzie zapewne znała go równie dobrze i tak samo się tym nie przejmowała.

– Tygodniami dzieliłaś ze mną powóz i spacerowałaś ze mną i Marliss – odparował książę. – Pocałowałem cię.

– Raz. Nie proszę o dużo czasu i możemy wziąć ślub, kiedy uważasz za stosowne, ale potem…

– Chcesz, żebym cię uwiódł? – Anselm powiedział to tonem, jakby prośba Thei wydała mu się dziwna i ekscentryczna. Interesująca w abstrakcyjny, nieco absurdalny sposób.

– Nie to, żeby uwieść. – Większość ludzi uważała Anselma za przystojnego mężczyznę, a wszyscy wyraz jego twarzy uznawali zwykle za ironiczny. Ciemne włosy, wyjątkowo żywe, niebieskie oczy, arystokratyczne rysy twarzy, nos i podbródek wskazujące, że jest to człowiek wierny własnym przekonaniom. Był jednak zbyt wielki, zbyt krzepki, zbyt męski.

– Żenię się, żeby począć spadkobierców, lady Theo – przypomniał jej.

– Miałeś lata, żeby to zrobić – odparowała natychmiast. – Parę tygodni czy miesięcy w jedną czy drugą stronę nie mają znaczenia. Nie spodziewałam się takiej propozycji z twojej strony, nie uważałam cię za ewentualnego kandydata na męża, choć ty zapewne miałeś tę możliwość cały czas, kiedy zalecałeś się do Marliss.

Usta księcia ułożyły się w wąską linię i Thea widziała, że waha się między chęcią wdania się w dyskusję, a tym, do czego obligują dżentelmena dobre maniery.

– Małżeństwo zostanie skonsumowane w noc poślubną, ale potem nie będziemy się śpieszyć – powiedział. Jego delikatność złagodziła nieco niepokój Thei. – Nie będziemy działać tak wolno, jakbyś chciała, choć wolniej, niż ja bym sobie życzył. I ja też mam życzenie, również niezwiązane z umową.

Thea czuła, że więcej nie ustąpi, ale to ustępstwo wystarczy, bo Thea znajdzie sposób, żeby wyznać mu wszystko, zanim złożą śluby. Czekała na jego dodatkowe życzenie – żeby złożyła wizytę jego siostrom, ograniczyła swoje wydatki, pozwoliła mu pomówić z Endmonem.

Mężczyźni bywali dziwaczni.

– Pocałuj mnie – powiedział z błyskiem w oczach, oznaczającym, być może, rozbawienie.

Zaskakująco dziwaczni.

– Już cię pocałowałam, Wasza Książęca Mość. To wystarczy.

– Nie, nie wystarczy. – Anselm splótł palce z palcami Thei. – To ja cię pocałowałem. Teraz ty mnie pocałuj.

Miał dużą, opaloną, pełną odcisków dłoń, podczas gdy jej była zgrabna, blada i gładka. Ładna, ale całkowicie bezużyteczna, ta jej ręka.

– Jakim rodzajem pocałunku, Wasza Książęca Mość? – Pocałunki najwyraźniej dzieliły się na kategorie.

– Jakim ci się podoba, pod warunkiem że pocałujesz mnie jak żona, a nie tchórzliwie dziobniesz w policzek.

Książę postawił jej wyzwanie i Thea w duchu mu podziękowała. Zmartwienia, obawy i domysły nie dawały jej spokoju, wyzwanie przywróciło jej równowagę.

Anselm podszedł do poprzedniego pocałunku w sposób nieprzymuszenie żywiołowy, czego Thea nie była w stanie powtórzyć. Chociaż mogła naśladować władcze maniery księcia.

– Zamknij oczy, Wasza Książęca Mość.

Książę podsunął się do Thei, posłusznie zamykając oczy, podczas gdy ona wstała, balansując z kolanem na ławce, a drugą stopą na ziemi. Celowo stanęła ponad nim, chcąc stworzyć fikcję, że jego wzrost jej nie onieśmiela. Miała jednak ograniczone doświadczenie, musiała więc ująć jego twarz w dłonie, zanim trafiła do jego ust swoimi. Jego skóra wydała się zaskakująco gładka, widocznie ogolił się tuż przed tą wizytą, a jego zapach był…

Cudowny. Kiedy Thea dotknęła jego warg ustami, poczuła lawendę i róże, dziwny zapach u mężczyzny, ale jakoś do niego pasujący. Usta Anselma poruszyły się; ujął jej łokieć. Thea przesunęła palcami przez jego ciemne włosy, gęste i jedwabiste, zniewalająco miękkie przy surowych rysach jego twarzy.

Kiedy przesunął językiem po wargach Thei, jej ręka znieruchomiała, dziewczyna wstrzymała oddech, czekając, żeby powtórzył pieszczotę.

– Teraz ty – szepnął, ponownie zamykając jej usta swoimi.

Chciał, żeby go posmakowała?

Thea posłuchała ostrożnie; wargi księcia pod jej językiem wydawały się miękkie… pociągające. Zrobiła to ponownie i Anselm przysunął się, obejmując jej kibić. Resztki trzeźwego osądu pozwoliły Thei uświadomić sobie, że taka pozycja ustawiła jego twarz na poziomie jej gorsu.

Oderwała od niego usta, próbując się odsunąć, ale ramiona Anselma trzymały ją jak w kleszczach, uniemożliwiając odwrót.

– Nic z tego – oznajmił, sadzając ją na ławce obok. – Zostaniemy tu jakiś czas, póki nie dojdziesz do siebie.

– Dojdę do siebie?

– Niecodziennie dama przyjmuje oświadczyny.

– Ach, tak? – Thea dotknęła ust palcem wskazującym. Czy to dziwne podniecenie brało się z palca, warg, czy całego ciała? – To było to…

W oczach Anselma pojawiło się ponownie rozbawienie, dodając ciepła jego spojrzeniu.

– To. – Wsunął palce między jej palce i zapanowała cisza.

Dla Thei wypełniona napięciem, dla księcia zapewne zadowoleniem.

2

Dlaczego teraz? – Lord Earnest Meecham Winters Dunholm, jako jedyny żyjący męski przedstawiciel rodziny Noaha, mógł bezpiecznie zadać to pytanie. – Miałeś całe lata na to, żeby znaleźć żonę, Noah, i nie zadałeś sobie trudu, żeby to zrobić. Wiesz, miałem co do ciebie pewne wątpliwości.

– To żadna tajemnica – odparł Noah, przyjmując kieliszek doskonałego trunku z rąk Meecha. – I owszem, jeśli cię to interesuje, posłałem Henriecie pożegnalny prezent jeszcze przed rozpoczęciem sezonu. Możesz ją pocieszyć po moim odejściu.

Meech rozpromienił się.

– Henny Whitlow? Nie przeszkadza jej odrobina siwizny u mężczyzny. Zajrzę do niej i sprawdzę, jak się teraz miewa.

Noah napił się alkoholu, za który zapłacił.

– Miewa się drogo – stwierdził Noah. – Nie na twoją kieszeń, wuju, więc nie licz na to, żeby mieć ją na wyłączność.

W istocie cały apartament na eleganckiej, bocznej ulicy Mayfair był opłacany z pieniędzy Noaha, podobnie jak zarobki służby i dostawy ze sklepów. Meech próbował przez jakiś czas żyć z dochodów z hazardu – z zauważalnym, jeśli nawet eleganckim brakiem powodzenia.

– Między nami, Wintersami, przykro mi to mówić, młody człowieku – Meech usadowił się w fotelu – ale podczas gdy duch jest pełen zapału, ciało nie jest już takie, jak kiedyś. Chociaż wierz mi, doświadczenie może rekompensować wiele z tego, co uchodzi za młodzieńczy wigor. Poza tym, przy odrobinie czaru osobistego i przebiegłości, mężczyzna nie powinien być zmuszony do wypisywania czeków bankowych.

Meech był kiedyś dziarskim, jasnowłosym, błękitnookim młodszym synem księcia i pięknie się zestarzał, wziąwszy pod uwagę hulaszczy tryb życia.

– Henny łatwo się podobać, póki masz hojny kredyt na Ludgate Hill – zauważył Noah; nie był to komplement wobec samego siebie ani zniewaga dla drogiej Henny.

Meech łyknął oszczędnie swojego wina.

– W moich czasach nie byliśmy ani tacy rzeczowi w tych sprawach, ani sentymentalni. Rozumieliśmy słodycz bez zamieniania jej na układ handlowy i znaliśmy swoje miejsce w życiu.

Polegające na tym, jak się wydaje, żeby pouczać wszystkich bez wyjątku przy lada okazji. Noah wstał, ponieważ Meech nie znał litości, kiedy udało mu się złapać słuchacza.

– Teraz będzie mowa o braku stryjecznych wnuków w twoim złotym wieku. Czy też opuściłem fragment o okazywaniu szacunku starszym krewnym przez podwyższanie ich pensji?

– Starszemu – poprawił Meech z bolesnym uśmiechem. – Liczba pojedyncza. Ale skoro zakładasz sobie, że tak powiem, małżeńskie jarzmo na kark, tę akurat homilię sobie daruję. Czy znam tę damę?

– Mam nadzieję, że nie w sensie biblijnym – odparł Noah prawie poważnie. Meech ożenił się raz, w dość młodym wieku i zgodnie z umową małżeńską wciąż nosił nazwisko owej damy. Pochowawszy młodą małżonkę przed dziesiątkami lat, Meech oznajmił, że uczyniłby damom Anglii zniewagę, gdyby obdarzał swoimi wdziękami tylko jedną żonę – swoją własną.

Portret na kominku przedstawiał dwóch mężczyzn i jedną damę w stylowej pozie, pod szacownym dębem. Za każdym razem, kiedy Noah na niego patrzył, zastanawiał się, co się stało z narzeczonym damy.

– Moją narzeczoną jest córka hrabiego Grantley – powiedział Noah, bo Meech nie popuściłby, póki nie wydobyłby z niego najdrobniejszych szczegółów. Meech znał wszystkich, bo gospodynie balów i przyjęć wyrywały go sobie, żeby wyrównać liczbę gości i podnieść morale wśród wdów i pań podpierających ścianę.

– Silna, rozsądna dama, której życie nie rozpieszcza? – zapytał Meech, dopijając trunku.

– Raczej tak – zgodził się Noah, choć Thei nie brakowało także urody. – A jej brat to ladaco, który rujnuje hrabstwo w galopującym tempie.

– Jest druga siostra, nieprawdaż, nieco młodsza?

– Lady Antoinette. – Dotyczące jej warunki umowy zapewne ostatecznie przekonały do małżeństwa lady Aramintheę. – Zamieszka z nami… i owszem, wiem, że z nią miałbym parę sezonów płodnych więcej, ale nie mieliśmy okazji się poznać.

Nawet Noah nie poślubiłby kobiety, której nie widział na oczy.

– Dlaczego więc żenisz się teraz, i to z tą lady Theą?

Lady Thea miała coś wspólnego z tym: dlaczego teraz.

– Kiedy mój ojciec i młodszy wuj umarli przed pięćdziesiątką – odparł Noah – przyrzekłem dziadkowi na łożu śmierci, że ożenię się do pewnego wieku. Co do lady Thei, to jest ona hrabiowską córką, która pełni służbę damy do towarzystwa. Wziąwszy pod uwagę waszą reputację – machnął ręką, mając na myśli ojca i wszystkich wujów przed nim – chcę, aby moja księżna była szanowana. Chlebodawczynie nie stają się bardziej szanowane niż damy do towarzystwa na obrzeżach sali balowej. Poza tym lubię lady Theę. – Do czego Noah prawdopodobnie nie powinien się przyznawać w obecnym towarzystwie. – Ale nie za bardzo.

– Obiecujące. – Meech dopił alkohol; wśród chłopców z college’u cieszył się zasłużoną reputacją mocnej głowy. – Czy ona cię lubi?

– Jest gotowa mnie tolerować. – Noah otworzył złote pudełeczko na kominku i wciągnął zapach cynamonu, odpowiedni raczej dla damy. – Kobiety, które mogłyby mnie polubić, jeszcze się nie urodziły.

– Wrodziłeś się w dziadka, brak ci mojego uroku, chociaż ja też późno dojrzałem.

– Bardzo późno – zgodził się Noah; do trzeźwej dojrzałości wujowi nadal wiele brakowało. – Czy sprowadzisz Harlana ze szkoły?

– Wyślę list. Nie ma twojego pociągu do książek, Noah. Bogu wiadomo, w kogo się wdał ten chłopak.

Temat, którego nawet Meech nie powinien poruszać.

Noah postawił kieliszek na kominku obok tabakierki.

– Dopilnuj tylko, żeby zjawił się na ślubie w odpowiednim stroju. Śniadanie odbędzie się w rezydencji Anselmów zaraz potem, tylko z udziałem rodziny; dzięki za brandy.

– Sądzisz, że Henny spodoba się ta tabakierka? – zapytał Meech.

Henny miała lepszy gust, ale była uprzejma.

– Powinieneś ją zapytać, ale, na miłość boską, nie sprowadzaj jej na weselne śniadanie.

Meech przelał resztki brandy z kieliszka Noaha do swojego, czego by pewnie nie zrobił w obecności służby.

– Jeśli chcesz, żeby ślub odbył się jak należy, to ja się nie pojawię, Noah. Razem z Pembertonem przyjęliśmy zaproszenie Deirdre Harting na przyjęcie w domu w Surrey i byłaby srodze rozczarowana, gdybyśmy ją zawiedli. Jednakże przekażę Henny twoje pozdrowienia, zanim wyjadę.

Jak na mężczyznę przed pięćdziesiątką, Meech był przystojny, zadbany i czarujący według większości pań domu. On i jego serdeczny przyjaciel Pemberton mogliby uchodzić za bliźniaków, podzielali nawet niechęć do ślubów.

– Nie spodziewam się w żadnym razie, żeby moje zaślubiny zdobyły przewagę nad twoimi zobowiązaniami towarzyskimi – powiedział Noah, chociaż czuł rozczarowanie albo… powinien je czuć.

Meech odprowadził go do drzwi frontowych.

– Jesteś pewien, że nie wrócisz do Henny, kiedy już ustatkujesz się w małżeństwie?

– Jestem pewien. – Prawie.

– Ale nie przesądzaj niczego. Żona potrafi być diabłem wcielonym.

– Powinieneś to wiedzieć, wuju. Tyle ich miałeś.

– Co za brak szacunku wobec starszych. Przy odrobinie szczęścia będziesz taki jak ja.

– Mogłoby być gorzej – przyznał z wdziękiem Noah. Meech uniknął przynajmniej chorób związanych z hulaszczym trybem życia i męczących uzależnień.

Noah wziął kapelusz, laskę i rękawiczki od lokaja i wyszedł; zatrzymał się w swoim własnym domu na tyle długo, żeby wysłać list do młodszego brata – w istocie brata przyrodniego – i obejrzeć obrączki dla narzeczonej, jakie mu przedstawiono.

– A prezent na rano, Wasza Książęca Mość? – zapytał wytworny, mały dżentelmen. – Może chciałbyś obejrzeć bransoletki, naszyjniki, kolczyki?

– Nie, dziękuję. – Noah zapomniał o tym szczególe, ale Thea nie zrobiła na nim wrażenia kobiety gromadzącej biżuterię. Pragnęła niezależności, nie ozdóbek. – Dama sama wybierze większość swojej biżuterii, ale z pewnością polecę jej pański sklep.

– Szczere wyrazy wdzięczności, Wasza Książęca Mość. – Kupiec skłonił się i wycofał bez dalszych ceregieli.

Kiedy miejski powóz Noaha podjechał pod rezydencję Endmona, narzeczona już czekała z rzeczami zapakowanymi do jednego, żałośnie zniszczonego, małego kufra. Bagaż umocowano z tyłu powozu i wśród łzawych pożegnań z Marliss – i tylko z Marliss – Noah zabrał przyszłą żonę.

– Przykro ci, że opuszczasz podopieczną? – Noah usiadł wygodnie; przyszła księżna siedziała naprzeciwko, ze szkatułką z klonowego drzewa na kolanach.

– Będę za nią tęsknić – przyznała dama – ale Marliss założy teraz własną rodzinę, więc moje zadanie skończone.

– Lady Theo, czy moja osoba cię obraża?

– Słucham, Wasza Książęca Mość?

– Kąpię się często, jestem niewolniczo przywiązany do proszku do zębów – ciągnął Noah. – Noszę tylko czystą bieliznę, dlatego też zastanawiam się, dlaczego moja narzeczona zostawiła mnie samego, wybierając ławkę tyłem do kierunku jazdy.

Ścisnęła kurczowo szkatułkę, szczerze zawstydzona.

– Nie chciałam cię urazić. Zapewniam, że to tylko nawyk.

Dama nie poruszyła się, póki Noah nie wyciągnął ręki, pomagając jej zachować równowagę, kiedy zmieniała ławkę. Wziął od niej pudełko, nie puszczając jej ręki.

– Czy poznałaś moją siostrę, lady Patience?

– Odwiedziła nas dziś rano. Bardzo miła kobieta.

– Wszystkie moje siostry są miłe – odparł Noah. – Wszystkie trzy, póki nie znajdą sobie jakiegoś celu i nie zaczną miło dążyć do niego po trupach. Nie oszczędzając książęcego brata.

– Wszystkie są zamężne, czyż nie?

– Dzięki miłosiernemu Bogu i puddingowi, który uchodzi za mózg w głowach większości młodych Anglików, w istocie są mężatkami. Czy zastanawiałaś się nad podróżą poślubną?

– Nie. – Lady Thea zerknęła na ich splecione ręce. – Podróż wydaje się nie na miejscu, skoro nasz związek nie jest…

– Nie jest…? – Noah nie zamierzał jej pomóc wyplątać się z sieci, którą sama na siebie zarzuciła.

– Sentymentalnej natury, Wasza Książęca Mość. Zapewniłeś mnie, że będziemy mieć dość czasu, aby się poznać, a ty jesteś zbyt zajęty, żeby jeszcze stwarzać pozory, że hołubisz swoją klacz rozpłodową.

Lady Thea miała mnóstwo sposobności, żeby dojść do takiego wniosku. Kiedy służyła za przyzwoitkę przy Marliss, przekonała się, że książę wart tytułu porusza się przez życie z prędkością wyjątkowo gwałtownej trąby powietrznej. Księstwo nie rządziło się samo.

– Nie rozpieszczam swoich klaczy – oznajmił Noah. – Dzięki temu szybciej się uczą, a to mi odpowiada.

– Obejdzie się bez rozpieszczania. – Lady Thea powiedziała to tak lodowatym tonem, że mniej pewny siebie mężczyzna pomyślałby z przerażeniem o nocy poślubnej.

– Zobaczymy. – Noah potarł kciukiem jej nadgarstek, jedyny fragment nagiej skóry poniżej jej ślicznej szyi. – Na wypadek gdyby cię to interesowało, sam lubię być czasami rozpieszczany.

– Jak to się robi?

– Coś wymyślisz – zapewnił. – Ale zbliżamy się do rezydencji twojego brata. Mam nadzieję, że wysłałaś zawiadomienie?

– Oczywiście. Jedno do Tima, drugie do Nonie. Możesz tu zostawić moją pozytywkę.

Choć Noah nie miał ochoty podsycać skłonności narzeczonej do wydawania poleceń, schował pozytywkę pod ławą.

Woźnica zatrzymał się przy bramie dla pojazdów, gdzie nie czekał na nich żaden lokaj. Noah zerknął z ukosa na damę, ale ta podniosła brodę wysoko i sama otworzyła drzwi.

– Lady Thea! – Starsza, tęga kobieta w fartuchu i czepku na głowie podbiegła do nich korytarzem. – Jak dobrze cię widzieć. Lady Nonie zaraz zejdzie, jak już tu jesteś i sprowadziłaś gościa.

– Witaj, pani Wren. – Lady Thea schyliła się, żeby kobieta mogła ją pocałować w policzek. – Mój brat jest w domu?

– O tak, jest w domu, pani. – Wyraz twarzy pani Wren wskazywał, że większość jej ziemskich trosk spoczywa piętro wyżej. – Ale czy czuje się jak w domu, tego nie mogę powiedzieć. Może chciałabyś z dżentelmenem spotkać się z lady Nonie w porannym salonie?

– Pójdziemy na górę – odparła Thea. – Czy mogłabyś przysłać nam herbatę, kiedy już zawiadomisz Nonie o naszym przybyciu?

– Thea! – Młodsza, radośniejsza wersja Thei zbiegła po schodach; jej ciemne loki podskakiwały przy każdym kroku.

– Thea, przyjechałaś, och, dzięki świętym pańskim! – Lady Nonie rzuciła się na siostrę, obejmując ją mocno. – Czy to prawda? To twój narzeczony? – Dziewczyna wykonała coś w rodzaju dygnięcia w stronę Noaha, lekceważąc w dalszym ciągu protokół dotyczący przedstawiania się sobie osób znaczących i dobrze wychowanych. – Jesteś księciem Anselm?

– Mam ten zaszczyt – odparł Noah.

– Lady Antoinette – przerwała Thea. – Pozwól, że ci przedstawię mego narzeczonego, Noaha, księcia Anselm. Wasza Książęca Mość, oto lady Antoinette Collins, moja młodsza siostra.

– Pani. – Noah pochylił się nad dłonią młodej kobiety; zobaczył replikę Thei, nie tak doświadczoną przez trudy życia. – To dla mnie przyjemność ofiarować ci miejsce w naszym domu, póki zechcesz z nami mieszkać.

Albo póki jakiś chwat z puddingiem w głowie nie pojawi się, niosąc obrączkę.

Nonie zaczerwieniła się i wsunęła rękę do kieszeni.

– On nawet mówi jak książę.

– Tak samo po książęcemu piję herbatę – powiedział Noah, widząc oczami duszy oczarowane lordziątka, koczujące w jego salonach za parę lat. – Jeśli taki mamy plan…

– Oczywiście – odparła lady Thea. – Salon jest tam, ale, Nonie, czy nie ma choć jednego lokaja, żeby wziął kapelusz i rękawiczki księcia?

– Ani jednego – oznajmiła Nonie beztrosko. – Pracują, póki dostają zapłatę, potem odchodzą i znajdują sobie inną pracę; wracają, kiedy pojawiają się znowu pieniądze w kolejnym kwartale. Ja mogę wziąć kapelusz i rękawiczki Jego Książęcej Mości.

– Zatrzymam je na razie – powiedział Noah. Kiedy znaleźli się w porannym salonie, położył jedno i drugie na kredensie. Zasłony wisiały nieco krzywo, dywan dopominał się o trzepaczkę, a rusztów nie używano od tygodnia.

Stan żałosny w szczegółach, ale nie rozpaczliwy.

Jednak siostry musiały rozpaczliwie potrzebować czasu dla siebie, sądząc po prędkości, z jaką Nonie paplała o jakimś kocie i urwisie, i o ptaku, który latał w spiżarni.

– Czy jesteś spakowana, lady Antoinette? – zapytał Noah, kiedy dziewczyna umilkła, żeby zaczerpnąć oddechu.

– Tak. – Lady Antoinette obdarzyła Noaha uśmiechem, który już z pewnością mącił młodzieńcom w głowach, kiedy spacerowała po parku. – Zniosę kufer, zanim wyjedziemy.

– Ty – odparł Noah natychmiast – będziesz siedzieć tutaj i popijać herbatę, a ja zajmę się twoimi kuframi.

Zostawił damy w salonie, a sam udał się do tej części domu, gdzie znajdowały się sypialnie. Przechodząca pokojówka – w przekrzywionym czepku i poplamionym fartuchu – skierowała go do pokojów lady Nonie i wskazała pokoje lorda Grantleya.

Noah zastał Jego Lordowską Mość leżącego na łóżku twarzą do dołu i odzianego w jedną pończochę. Poza tym nagi, jak go Pan Bóg stworzył, leżał rozwalony na pościeli, chrapiąc rozgłośnie.

– Tu spoczywa głowa rodu Collinsów – mruknął Noah. Grantley mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat, nie miał jeszcze dojrzałego, męskiego ciała. Na pierwszy rzut oka widać było, że unika ćwiczeń fizycznych, a jego ręce mogły należeć do dżentelmena – albo damy.

Młody hrabia pisnął jak kobieta, kiedy Noah wylał mu na plecy szklankę zimnej wody.

– Co u diabła! – Grantley podniósł się gwałtownie, opierając na kolanach i łokciach i potrząsając głową; po chwili uświadomił sobie, że nie jest sam.

– Kim ty, do diabła, jesteś i dlaczego, do wszystkich diabłów, to zrobiłeś?

– Jestem twoim przyszłym szwagrem – odparł Noah – i jeśli nie chcesz poczuć mojego buta na swoim delikatnym i niezbyt atrakcyjnym tyłku, to zwlecz się z łóżka i przygotuj do oddania sióstr pod moją opiekę w ciągu, powiedzmy, dziesięciu minut.

– Moich sióstr?

Noah uśmiechnął się nieprzyjemnie.

– Masz dwie, Nonie i Theę. Żenię się z Theą, tą wyższą, i zabieram Nonie, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. Kontrakty są u twoich radców prawnych, a ślub odbędzie się za trzy dni.

– Trzy dni! – Grantley przeskoczył na krawędź łóżka i usiadł sztywno. – Nie powinienem poruszać się tak szybko. Wybacz.

Noah podał mu pustą miskę.

– Zobaczymy się za dziesięć minut – rzucił przez ramię, kierując się do drzwi. – Teraz jest wpół do dziesiątej.

Grantley potrzebował dwudziestu minut, ale w końcu zjawił się w salonie, względnie przyzwoicie ubrany.

Skinął głową starszej siostrze.

– Jak się masz, Thea. Kim jest dżentelmen, twój przyjaciel?

– Noah, książę Anselm. – Noah skłonił się uprzejmie. Przewyższał młodzieńca rangą, ale znajdowali się pod dachem Grantleya… i przyglądały im się damy. – Do usług; mam zaszczyt i przyjemność oznajmić, że lady Araminthea przyjęła moje oświadczyny. Ślub będzie miał miejsce o jedenastej pod wskazaną datą, a po nim śniadanie w rezydencji Anselmów.

Grantley zerknął krzywo na ręcznie wypisane zaproszenie, które podał mu Noah, i przesunął ręką po włosach – jaśniejszych i nie tak starannie uczesanych, jak u Thei.

– Czy to krykiet, Theo? – zapytał hrabia. – A może nie czekałaś, aż złożysz przysięgę małżeńską?

Nawet na twarzy lady Nonie odbiło się zaszokowanie po tej zniewadze.

– Gdybyś nie cierpiał w sposób tak widoczny na brak wychowania, które charakteryzuje większość osób w twoim wieku – powiedział Noah – wyzwałbym cię za to, że obrażasz siostrę.

– Obrażam?

Obie siostry piły herbatę, jakby ich reputacja od tego zależała.

Beznadziejny.

– Grantley, napij się mocnej, czarnej herbaty, a potem pomożesz mi znieść na dół rzeczy lady Nonie – poinstruował go Noah.

– Hirschman może to zrobić. – Drżącą ręką przyjął filiżankę gorącej herbaty od młodszej siostry.

Beznadziejny i arogancki. Sympatia Noaha wobec narzeczonej wzrosła w dwójnasób.

– Gdzie znajdę tego dobrego człowieka?

– On zajmuje się wszystkim – wyjaśniła Thea. – Jest z nami od zawsze i teraz pewnie siedzi w kuchni, o ile jest w rezydencji.

Noah zostawił trójkę rodzeństwa przy herbacie, a sam zszedł po schodach, znajdując po drodze kolejne dowody na to, jak źle dom jest prowadzony. Na oknie w holu widniało białe pasmo ptasich odchodów, na dywanie rzucała się w oczy plama wątpliwego pochodzenia, a drzwi do dolnej części domu skrzypiały niemiłosiernie. Na szczęście Hirschman rzeczywiście siedział w kuchni, za to pani Wren niemal podarła fartuch na strzępy, widząc księcia w swoim królestwie.

– Panie Hirschman, zechce pan znieść bagaże lady Nonie? – zapytał Noah, kiedy pani Wren przestała dygotać i mruczeć.

– Oczywiście. – Hirschman wstał; był to człowiek mocnej budowy, choć nieco przygarbiony. – Ale dokąd, jeśli można spytać, młoda dama się wybiera?

Pora, żeby ktoś o to zapytał; Grantley nie wydawał się zainteresowany szczegółami.

– Noah Winters, książę Anselm. – Noah ukłonił się lekko, bo zapewne gdyby nie ten człowiek, lady Nonie nie uchroniłaby się przed pustogłowymi przyjaciółmi Grantleya. – Zaręczony z lady Theą, która bierze lady Nonie pod opiekę. Lady Nonie jest teraz z bratem i siostrą, a ślub odbędzie się za parę dni.

Białe, krzaczaste brwi uniosły się nagle w górę, a gospodyni przestała miąć fartuch.

– Tak szybko? – zdziwił się Hirschman. Przynajmniej nie zapytał wprost, czy nie czekali na ślub.

– Nie mogę zostawić młodych pań na łasce losu dłużej niż to konieczne – oznajmił Noah. – A może lord Grantley ma w sobie jakiś rys przyzwoitości, którego nie zdołałem zauważyć?

– Chyba że gdzieś bardzo głęboko – żachnął się Hirschman. – Taki sam, jak jego przyjaciele. Zniosę kufry, ale proszę Waszą Książęcą Mość, żeby zostawił adres pani Wren.

Noah przystał na to, ponieważ życzenie Hirschmana, choć wysoce niestosowne ze strony służącego, było uczciwe. Gdyby Grantley zaginął, siostry należałoby mimo wszystko, zawiadomić.

Kiedy Noah wrócił do salonu, Grantley nieco mniej przypominał zdechłą od trzech dni rybę, a lady Nonie mówiła w niemal zwykłym tempie.

– Czy jesteście panie gotowe? – Noah podniósł swój kapelusz i rękawiczki. – Kufry lady Nonie właśnie są ładowane do powozu.

– Już wyjeżdżacie? – zapytał Grantley. Był dość przystojnym młodym człowiekiem, ale lenistwo i rozwiązłość mogły wkrótce zrujnować jego urodę.

– Jedziemy do domu lady Patience, siostry księcia, gdzie zostaniemy do ślubu – powiedziała Thea. – A potem do domu Anselma.

– Ponieważ wychodzisz za mąż – wyrecytował powoli Grantley – za niego. – Zamrugał jak sowa, nie całkiem jeszcze trzeźwy po libacji ubiegłego wieczoru.

– Przyślemy po ciebie karetę – zapewnił Noah. – I paru lokai. Kto jest twoim krawcem?

Grantley machnął ręką w geście, który przypominał Noahowi Theę.

– Jeden z tych na Bond Street.

– To znacznie zacieśnia wybór. – Grantley z pewnością nie wyczuł ironii. – Moje panie, idziemy?

– Na razie, Tims. – Nonie uściskała brata. – Powinieneś iść na górę i jeszcze trochę odpocząć. I nie zapomnij użyć proszku do zębów.

Thea, ostrzeżona w ten sposób, ledwie wyciągnęła rękę do brata.

– Nie mogę się doczekać, kiedy cię zobaczę na ślubie i dziękuję, że zszedłeś na dół.

Schylił się nad jej ręką; na jego twarzy odbiło się zmieszanie i strach, kiedy wychodzili. Gniew Noaha na „Timsa” nieco zelżał, kiedy zobaczył, jak bardzo hrabia czuje się zagubiony, rozstając z siostrami.

Noah wiedział, jakie to uczucie. Zapomniał, że wie, ale wiedział.

– To wszystko? – zapytał Noah, kiedy Hirschman postawił drugi kufer obok paru toreb przy powozie.

– Nie mam wielu ubrań, które wciąż na mnie pasują – wyjaśniła Nonie. – To wszystko. Dziękuję, Hirschman.

– Szczęśliwej drogi, jaśnie pani. – Hirsman pociągnął kosmyk włosów opadający na czoło. – Pani Wren i ja będziemy się opiekować panem Timsem, jak zawsze.

Noah posłał Hirschmanowi znaczące spojrzenie.

– Masz mój adres. Przyślę powóz, ubranie i cały szwadron dragonów, żeby skłonić szczeniaka do przyjścia na ślub. Ostrzeż go, lepiej żeby był trzeźwy. Pożałuje, jeśli uchybi mojej narzeczonej w jakikolwiek sposób.

Noah pomógł wsiąść do powozu Thei, a potem Nonie, zamknął drzwi, ale dał znak woźnicy, żeby chwilę poczekał.

– Jak bardzo zły jest hrabia? – zapytał Noah Hirszmana, oddalając się o parę kroków od dam siedzących w karecie.

– Teraz? – Hirschman podrapał się w brodę. – Jego lordowska mość nie jest zły, tylko młody i głupi jak but. Daje się wykorzystywać, ale radcom udaje się uchronić go przed najgorszym, a stary pan tak to urządził, żeby syn nie popadł w ruinę jeszcze co najmniej przez rok. Kiedy jednak skończy lat dwadzieścia pięć, sam chwyci za lejce i wtedy miej nas, Panie Boże, w opiece.

– Jeśli będzie żył tak długo. Pan i pani Wren jesteście należycie zabezpieczeni?

– Bierzemy pensję, jak tylko się pojawiają pieniądze kwartalne. Reszta idzie na niezbędne potrzeby.

– Starajcie się jak najlepiej. – Noah podał mu wizytówkę. – Jeśli woda się podniesie za wysoko, dajcie mi znać.

Hirschman włożył wizytówkę do kieszeni.

– Pan Tims uprawia hazard – odezwał się cicho. – Pije, gra i hula ze swoją bandą nicponi. To jest najgorsze, wielu młodych panów straciło wszystko na tej drodze.

Znajdując ruinę, choroby, areszt za długi, kretyńskie pojedynki i biedę.

– Siostry są bezpieczne – oświadczył Noah. – I będą bezpieczne, póki ja żyję.

– A zatem dobrego dnia, Wasza Książęca Mość – powiedział Hirschman, cofając się. – I gratulacje z powodu zbliżającego się ślubu.

To były pierwsze gratulacje, jakie Noah otrzymał z tego powodu.

– Dziękuję, Hirschman.

Noah wsiadł do karety, siadając na ławie tyłem do kierunku jazdy i zastanawiając się, dlaczego, wiedząc, że Grantley jest bezużytecznym szczeniakiem, nie wziął pod uwagę także tego, że bezużyteczny szczeniak jest bratem Thei. Jaki brat, na Boga, pozwala siostrze wstąpić na służbę?

Młodzi Anglicy, zakonkludował w duchu Noah, nie mają nawet puddingu zamiast mózgu.