Opis

Nawet z daleka ogródki działkowe po drugiej stronie ulicy wyglądają złowieszczo. Niknące w cieniu owocowych drzew, przesycone wilgocią bezludne alejki. To zakazana strefa, dzieci nie chodzą tam same. Marta doskonale o tym wie, ale nikt ani nic jej nie powstrzyma, bo tylko ona może wyjaśnić, co tam robią… anioły.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 49

lub

Redakcja: Jacek Foromański

Projekt okładki: Grażyna Rigall

Skład: Łukasz Sitko

Opracowanie e-wydania:

Wydawca: Wydawnictwo Adamada

al. Grunwaldzka 411, 80-309 Gdańsk

www.adamada.pl

ISBN EPUB 978-83-8118-057-3

ISBN MOBI 978-83-8118-058-0

Gdańsk 2018. Wydanie pierwsze

Hodowlę aniołów zaczynamy od wyboru odpowiedniego miejsca. Powiedzmy, że jest to warszawska Chomiczówka. Między ulicą Conrada a zarośniętym trawą lotniskiem przetrwały resztki ogródków działkowych; stoją tu pokrzywione domki, obok domków rosną kwiaty i pomidory, między kwiatami i pomidorami krzątają się starzy ludzie i gdyby ktoś z nich zerknął znad konewki w niebo, z pewnością ujrzałby skrzydlate postaci kołujące wysoko. Ale działkowicze są z reguły zajęci tym, co na dole, a nie tym, co na górze. Jeżeli spoglądają ponad wierzchołki drzew owocowych, to głównie po to, aby stwierdzić, że nadciągają deszczowe chmury. Jeśli oczywiście wzrok im na to pozwala. Niektórzy działkowicze bywają dość wścibscy, większość jednak ma bardzo sympatyczną cechę – nie obchodzą ich cudze sprawy. Chcesz siać rzodkiewkę zamiast sałaty? Proszę bardzo, siej. Chcesz hodować anioły zamiast gołębi? Twoja sprawa. Bylebyś nie wykraczał poza swój teren, byleby twoje anioły nie zasypywały pierzem cudzych działek. Działkowicze lubią spokój, a spokój jest tym, czego potrzeba każdemu hodowcy – i właśnie dlatego ogródki przylegające do lotniska to idealne miejsce na postawienie woliery i anielnika.

Czym jest woliera i anielnik, omówimy w dalszej części poradnika. Teraz przedstawimy Martę.

Marta ma jedenaście lat i mieszka wraz z rodzicami, ciocią Irenką i czteroletnim bratem Rysiem na ostatnim piętrze bloku stojącego tuż przy ulicy Conrada. Każdego dnia przed pójściem do szkoły wychodzi na balkon sprawdzić, jaka jest pogoda. Jeżeli jest zimno, mówi „Brrr!” i szybko wskakuje do mieszkania. Jeżeli jest ciepło, zastyga przy barierce ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko, daleko. Lotnisko rozlewa się jak falujące zielone jezioro. Lądują na nim awionetki i szybowce, motolotnie i spadochroniarze, a czasami nawet śmigłowiec z czerwonym krzyżem na kadłubie. Za lotniskiem piętrzą się bloki Bemowa, po prawej stronie widać wysypisko śmieci, a po lewej, na horyzoncie, śródmiejskie wieżowce. Na dole, kilka pięter niżej, warczą na siebie stojące w korkach samochody. I tylko ogródki działkowe wydają się ciche i spokojne. Marcie jest ich trochę żal. Tata mówił, że niedługo zostaną zlikwidowane. Już teraz wyglądają, jakby poobgryzał je olbrzymi żarłok. Kęs z jednej strony, kęs z drugiej – teren ogródków kurczy się coraz bardziej. I tam, gdzie rósł kiedyś szczypiorek, dzisiaj jest stacja paliwowa. Tata Marty twierdzi, że Warszawa to bardzo łakome miasto – zje każdy kawałek niezabudowanej przestrzeni. A tata Marty wie, co mówi, bo pracuje w biurze sprzedającym ludziom nowe mieszkania. Szkoda, że nigdy nie sprzedał żadnego samemu sobie – nie musieliby mieszkać u cioci Irenki.

– Spóźnisz się do szkoły! – woła mama.

Marta otwiera usta, by odkrzyknąć, że się nie spóźni, bo do szkoły ma przecież zaledwie dwa kroki, ale nie jest w stanie wykrztusić ani słowa. Zamiera, patrząc na dach jednej z ogródkowych altanek. Mruga z niedowierzaniem powiekami. Na dachu stoi starszy pan. Nawet z tej odległości widać jego błyszczące w słońcu siwe włosy. Trzyma oburącz pokrzywiony drąg, na którego czubku furkocze czerwona szmata. Zaraz zacznie nią machać, podrywając do lotu siedzące na drzewach anioły. Marta zerka szybko za siebie, żeby sprawdzić, czy mama też to widzi, ale mama robi właśnie kanapki do szkoły i nie w głowie jej gapienie się w okno. Marta spogląda ponownie w stronę działek. Anioły krążą już całym stadem pod chmurami – coraz wyżej i wyżej, a w końcu tak wysoko, że można je pomylić z ptakami. Starszy pan, oparłszy się o drąg, stoi teraz z głową zadartą do góry. Dłonią osłania oczy przed słońcem.

– Marta, ile razy mam powtarzać, żebyś się zbierała? – słychać poirytowany głos mamy.

Marta chce wszystko opowiedzieć, wytłumaczyć, ale mama zaciska usta i wygląda na bardziej zmęczoną niż zwykle. Nie będzie słuchała Marty. W każdym razie nie będzie słuchała uważnie. Powie co najwyżej: „Ychy” albo „Tak, tak” i każe się Marcie ubierać. Już lepiej nic nie mówić. Tata dawno wyszedł do pracy – zanim dojedzie w porannym tłoku na daleki Mokotów, minie cała godzina. Jemu więc także Marta nie może opowiedzieć o aniołach. Ciocia Irenka kiedyś by Marty wysłuchała, ale odkąd urodził się Rysio, słucha tylko jego. Marta jest już duża, bo ma jedenaście lat, i nie mówi tylu śmiesznych rzeczy, co jej mały braciszek.

– A to dobre, co? – chichocze ciocia Irenka, nakładając Rysiowi kurtkę. – Powiedział, że gdy dorośnie, to się ze mną ożeni.

– I pójdzie do więzienia – wtrąca Marta.

– Nieprawda! – krzyczy Rysio. – Nie pójdę! Prawda, że nie pójdę?! – patrzy z niepokojem na ciocię Irenkę.

– Oczywiście, że nie pójdziesz – uspokaja go ciocia Irenka. A potem patrzy na Martę i jej oczy zamieniają się w wyrzutnie pocisków. – Dlaczego mu opowiadasz takie głupoty?!

– Bo wcześniej Rysio obiecywał już małżeństwo mamie – wzrusza ramionami Marta. – A w Polsce nie można mieć dwóch żon.

– Widocznie Rysio zmienił zdanie – kwituje ciocia Irenka. – Prawda, kochanie?

– Prawda – rozaniela się Rysio. A potem nagle dopada go strach, że mama wszystko słyszała, patrzy więc z niepokojem w stronę kuchni. Ale mama chyba w ogóle nie słucha. Zacisnęła usta i mimo zmęczenia zawzięcie szoruje patelnię.

Mama