Porachunki - Wojciech Krusiński - ebook

Porachunki ebook

Wojciech Krusiński

0,0
13,65 zł

lub
Opis

Dwunastoletni Adam marzy, by być taki, jak superbohaterowie z komiksów – walczyć ze złem i pomagać słabszym. Dlatego, widząc jak dwóch starszych chłopaków znęca się nad jego koleżanką z klasy, bez wahania rusza jej na ratunek. W końcu ma swoją szansę! Wszystko jednak przebiega inaczej niż kiedykolwiek to sobie wyobrażał.

Upokorzony i pobity nastolatek nie może pogodzić się z porażką i postanawia zemścić się na swoich oprawcach. Zaczyna realizować plan, który z czasem wymyka się spod kontroli i sprawia, że nie tylko on, ale i jego najbliżsi, są w niebezpieczeństwie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 176

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Porachunki

Wojciech Krusiński

Goodstory.pl

Autor: Wojciech Krusiński

Kontakt do Autora: www.goodstory.pl

Redakcja i korekta: Katarzyna Szczepaniak-Cieślak

Projekt okładki: Wojciech Krusiński

Zdjęcie na okładce: Jan H. Andersen / Fotolia.com

Copyright © Wojciech Krusiński 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody posiadacza praw.

„Porachunki” to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób, miejsc lub zdarzeń jest czysto przypadkowe. Imiona oraz nazwiska zostały wymyślone i  wszystkie postaci i wydarzenia są tworem wyobraźni Autora i nie mają żadnego związku z rzeczywistością. 

ISBN dla formatu epub: 978-83-949320-1-5

ISBN dla formatu mobi: 978-83-949320-2-2

ISBN dla formatu pdf: 978-83-949320-0-8

Goodstory.pl

Wydanie I

Warszawa 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone / All rights reserved

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Kamili i Stasia,

dzięki którym doprowadziłem tę historię do końca

Rozdział 1

Dwunastoletni Adam marzył, by zostać superbohaterem, dlatego widząc, jak dwóch starszych i roślejszych od niego chłopaków popycha Marię, jego koleżankę z klasy, bez wahania ruszył jej na ratunek.

Oto mój sprawdzian, pomyślał Adam, który odkąd pamiętał był wielkim fanem komiksów. Najpierw poznał Spider-Mana, następnie Batmana, Supermana, a na końcu X-Menów. I za każdym razem zachwycał się, czytając o ich nowych, ekscytujących przygodach, podczas których pomagali słabszym i triumfowali nad złem.

Ja też taki będę – powtarzał sobie przed pójściem spać. W nocy, kiedy śnił, czasami udawało mu się spełnić marzenie. Walczył z czarnymi charakterami. Pomagał bezbronnym. Był stróżem prawa.

„Teraz mam szansę sprawdzić się w rzeczywistości” – ucieszył się Adam.

– Zostawcie ją – krzyknął w stronę dwóch oprychów. Stali w bocznej uliczce, która kończyła się parkingiem przy wejściu do parku. Nikogo oprócz nich w pobliżu nie było.

Chłopcy przestali znęcać się nad Marią i popatrzyli zdziwieni na Adama. Nie mogli uwierzyć, że taki kurdupel przerwał im dobrą zabawę.

W tym czasie dziewczynka siedziała na asfalcie, masując rozbite kolano. Zaatakowali ją, gdy wracała do domu. Nagle poczuła silne pchnięcie w plecy. Instynktownie wyciągnęła ręce do przodu, ale w jednej trzymała siatkę z zakupami, więc nie udało jej się w pełni ochronić przed upadkiem. Zdarła sobie skórę na prawym kolanie.

Widząc krew, napastnicy – zamiast przestraszyć się – jeszcze bardziej zaczęli z niej szydzić.

– O, krew pociekła, nie do wiary.

– Przyłóż tampon, na pewno zniknie.

– Masz już w ogóle okres?

– Spytaj lepiej o owłosienie.

– E tam, wystarczy sprawdzić, jak duże ma cycki.

Obaj chłopcy cały czas śmiali się, stojąc nad nią. Maria słuchała ich przerażona, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Nie miała siły wstać ani poruszyć się. Rozejrzała się tylko dookoła, ale nikogo nie zauważyła.

Dopiero, gdy jeden z nich schylił się i chciał jej dotknąć, wyszeptała, by dali jej spokój.

– Bo powiem mamie – dodała, chociaż to argument używany przez dzieci jako ostateczność. Z jednej strony pokazuje ich bezsilność, ale z drugiej – działa za każdym razem.

– Nie powiesz – rzucił jeden z nich pewnym, spokojnym głosem – bo jeśli to zrobisz, to nie skończy się tylko na macanku, kapujesz?

Pochylił się nad nią. Był większy od swojego kolegi. Miał krótkie, czarne włosy, podłużną twarz i brzydkie zęby. Na jego czarnej koszulce białymi literami było napisane: „Mów mi Wodzu”.

– To jak? Powiesz, czy nie powiesz? – spytał, pokazując w uśmiechu paskudne zęby.

Nienawidziła siebie za to, że pokręciła głową.

Zaczęła płakać.

– Grzeczna dziewczynka. A teraz sprawdzimy twoje cycuszki – odezwał się jego kompan. Był trochę niższy, ale za to lepiej zbudowany od Wodza, jak Maria zaczęła nazywać swojego oprawcę. Długie włosy opadały mu swobodnie na czoło i uszy. Ubrany był podobnie, tylko na koszulce miał inny napis: „Szef wszystkich szefów”.

W momencie, kiedy Szef pochylił się nad Marią z wyciągniętą ręką, odezwał się Adam.

Ręka zamarła. Chłopak przekrzywił głowę, by sprawdzić, do kogo należy głos. Wódz natomiast błyskawicznie odwrócił się, zasłaniając tym samym dziewczynę.

Maria widziała, jak napięli się na dźwięk obcego głosu, jakby szykowali się do bójki. Jednak, jak tylko zobaczyli Adama, momentalnie się rozluźnili.

Zwykły gówniarz, nie ma czym się przejmować – pomyśleli obaj. Nie z takimi już mieli do czynienia.

– Idź stąd, kurduplu, bo jeszcze się potkniesz i rozbijesz kolano – odezwał się Wódz.

– Albo upadniesz na twarz i mamusia cię nie pozna – dodał Szef, prostując się.

– Pewnie dostałbyś dodatkowo po dupie.

Obaj roześmiali się. Byli wyżsi od Adama o co najmniej kilkanaście centymetrów, jak nie więcej. Nie powstrzymało to jednak chłopca przed podejściem bliżej.

– Dajcie spokój mojej koleżance – powiedział pewnym głosem.

Zatrzymał się jakieś trzy metry przed nimi. Szef i Wódz patrzyli na niego bez słowa, z kpiącymi uśmieszkami.

– Bo co? – zapytał w końcu Wódz.

– Bo ja tu jestem.

Szef poczuł lekki niepokój. Nie mógł pojąć, dlaczego dzieciak, od którego byli zdecydowanie wyżsi i silniejsi, jest taki pewny siebie. W ogóle się ich nie bał. Przypadek tak rzadki, że ponownie przyjrzał się gówniarzowi, tym razem dokładniej. Czyste dżinsy, zwykły podkoszulek w abstrakcyjny wzór, normalna fryzura – przeciętniak, jakich wielu. To tacy jak on stanowili ich główne źródło dochodu i rozrywki.

Doszedłszy do wniosku, że ma przed sobą zwykłego szczyla, który chyba za dużo wypił, wypowiedział swoją ulubioną kwestę.

– Dawaj kasę, chujku, albo ci ręce połamię.

Te słowa działały za każdym razem, a wygłaszał je już wielokrotnie w podobnych sytuacjach. Dlatego kompletnie nie był przygotowany na to, co nastąpiło.

Adam zrobił krok do przodu i powiedział:

– Dawaj.

Szef zrobił wielkie oczy. Nie wiedział, co zrobić. Stał bez ruchu, ale w tym momencie Wódz przejął inicjatywę.

– Ho, ho, ho, kogo my tu mamy – sztucznie roześmiał się Wódz. Rozejrzał się szybko na boki, podejrzewając, że gdzieś ukryli się kumple chłopaka albo – co gorsza – rodzice.

Nikogo jednak nie było. Nawet żaden pies nie pałętał się po okolicy. Wódz po chwili uznał, że to mało prawdopodobne, by dzieciak z kimś był. Gdyby w pobliżu kręcili się jacyś dorośli, od razu pojawiliby się w zasięgu wzroku, a nie czekali na rozwój wypadków. Chyba że smarkacz po nich zadzwonił i teraz gra na zwłokę. Tak, wtedy może być problem.

Wódz i Szef od lat razem wyżywali się na młodszych i słabszych, czerpiąc z tego zarówno niezłą kasę, jak i przyjemność. Ale to, że nigdy nie zostali złapani, zawdzięczali przezorności i przebiegłości Szefa. Wódz doskonale o tym wiedział i dlatego ani razu nie podważył jego przywództwa. Teraz też stał cicho i nic nie robił, gdy kumpel zaczął przepytywać Adama.

– Pewny swego jesteś, synek. A masz może komórkę?

– A jak mam, to co?

– Daj, pokaż – Szef błyskawicznie doskoczył do Adama i sprawdził jego kieszenie.

– Puszczaj – Adam bezskutecznie próbował wyrwać się z rąk chłopaka.

– Czysty!

Szef popchnął Adama w stronę Wodza i puścił do niego oko. Wtedy Maria zobaczyła ich twarze. Zadowolone. Beztroskie.

Chciała krzyknąć, ostrzec Adama, ale nie mogła. Całkowicie zaschło jej w gardle. Gdy w końcu wydała z siebie ledwo słyszalny pisk, Szef wycelował w jej stronę palec.

– Jedno słówko i będziesz golusieńka wracała do domu, rozumiemy się?

Dziewczyna wiedziała, że nie żartuje. Kiwnęła głową, żałując, że nie jest starsza i silniejsza. Szef popatrzył na nią jeszcze przez chwilę, upewniwszy się, że na pewno będzie cicho, po czym wrócił do leżącego Adama. Na chłopcu siedział Wódz, boleśnie wbijając nogi w jego ramiona. Bawił się, prztykając Adama w nos. Ten wierzgał nogami i kręcił głową, starając się zrzucić z siebie Wodza, nie miał jednak żadnych szans z cięższym i silniejszym przeciwnikiem.

– Normalnie jak na rodeo – zarechotał Wódz, znów uderzając Adama w nos.

Maria zamknęła oczy, wtuliła głowę w kolana, nie zważając na otwartą ranę, i zasłoniła uszy. Wciąż jednak słyszała krzyki Adama.

– Już nie jesteś taki chojrak, co? – Szef kucnął przy głowie chłopca.

– Puśćcie mnie – krzyknął Adam, który dalej nie mógł pojąć, dlaczego mu nie wychodzi bycie bohaterem. No, przecież powinni się przestraszyć, uciec, zdać sobie sprawę z tego, jak źle postąpili. Nie tego się spodziewał.

Kiedy Wódz złapał go za ręce i popchnął w stronę Szefa, Adam zrobił półobrót i przekręcił nadgarstek, by wyswobodzić się z uścisku. Udało mu się, ale jednocześnie potknął się o własną nogę. Z impetem wpadł w ramiona Szefa, który zręcznie powalił go na ziemię. Adam leżał teraz unieruchomiony, czując pulsujący ból w zgniatanych rękach.

Co raz próbował kopnąć Szefa albo walnąć głową, na co agresor tylko wybuchał śmiechem.

– Dosyć tego – syknął w końcu z irytacją, przechylając się do przodu tak, że zwiększył nacisk na ramiona Adama. Chłopiec krzyknął z bólu.

Zapiekły go oczy. Chyba płakał. Po chwili nacisk zelżał. Poczuł szarpnięcie i poderwanie go góry. Ktoś przeszukiwał jego kieszenie.

– No i po coś się wtrącał – usłyszał głos Wodza. – Popsułeś nam zabawę.

– Na glebę go!

„Boli” – pomyślał Adam, gdy ponownie został rzucony na ziemię. Wódz zamachnął się na niego nogą. Mimo upału, miał na sobie ciężkie, zabudowane buty. Kopnął w całej siły.

„Bardzo boli” – powtórzył w myślach Adam zanim stracił przytomność.

Rozdział 2

– Chyba ma dość – powiedział Wódz, patrząc na nieprzytomnego dzieciaka. Czuł, że adrenalina rozchodzi się po całym jego ciele. Przyłożył rękę do serca, by przekonać się, jak szybko bije z podniecenia. Uwielbiał takie chwile. Wiedział wtedy, że jest panem sytuacji, a inni mają się go słuchać.

Ojciec zawsze mu powtarzał, że świat należy do twardzieli, to oni zmieniają rzeczywistość, reszta jest bierna i daje się prowadzić jak te barany na rzeź.

– Jesteś twardy, synu? – pytał go za każdym razem, kiedy spędzali te nieliczne chwile razem. Pracował w pubie i przesiadywał w nim całe dnie, więc w domu pojawiał się rzadko, ale za każdym razem przynosił niesamowite opowieści o tym, co działo się w knajpie.

– Trzeba być twardym – powtarzał – inaczej w życiu nigdzie nie dojedziesz. Czasami trzeba przeć na czołowe bez względu na wszystko, bo tylko wtedy – łapał syna za ramiona i patrzył mu długo w oczy – tylko wtedy będziesz w stanie osiągnąć cel.

Wódz nie miał wątpliwości, że jego ojciec nigdy nie zdjąłby jako pierwszy nogi z gazu, gdyby ktoś się z nim ścigał albo jechał na czołówkę. On zawsze dojeżdżał do celu.

– Jestem – za każdym razem odpowiadał na pytanie ojca. Ten kiwał głową z uznaniem. Wiedział bowiem, że chłopak mówi prawdę.

– Ma dość jak cholera – Szef wyrwał Wodza z rozmyślań. – Co robimy z nią? – wskazał na skuloną Marię.

Wódz rozejrzał się. Nadal nikogo.

„Tworzę własną rzeczywistość” – pomyślał. Podszedł do dziewczyny i trącił ją czubkiem buta.

– Podnieś głowę – zażądał. – Ale już!

Uderzył ją ponownie.

Maria spełniła jego polecenie. Powoli podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

Wódz kucnął przy niej.

– Piśniesz coś komuś, a wiesz, co cię czeka. Jeśli on coś powie – wskazał na nieprzytomnego Adama – zrobię ci krzywdę, a jemu połamię ręce. Powtórzysz mu?

Maria kiwnęła głową, nie odzywając się.

– Lepiej, żebyś to zrobiła – Wódz popatrzył na nią przez chwilę, aż przerażona wtuliła głowę w ramiona, po czym wstał. Czuł się znudzony. Przestało go to już bawić.

– Chodźmy coś zjeść – zaproponował Szefowi.

– Super! Zgłodniałem po tym wszystkim.

Kumpel wyglądał jakby skończyli robienie ciekawego projektu naukowego, za który jak nic dostaną piątki, i chciał to uczcić.

Wódz wiedział, że dla Szefa przemoc nie była niczym złym. Ani czymś niespotykanym. Silniejszy bije słabszego. Ojciec bije matkę i jego samego. Dlatego on bije dzieciaki. Taka kolej rzeczy, choć Szef – jak kiedyś zdradził Wodzowi – nie mógł się doczekać chwili, gdy w końcu będzie mógł oddać swojemu staremu.

Wielokrotnie Szef pytał kumpla, czy ma już szansę, ale ten za każdym razem odpowiadał, że jest jeszcze za wcześnie.

– Tak, masz rację – przyznawał po krótkim namyśle.

– Nie jesteś jeszcze wystarczająco twardy – tłumaczył Wódz.

Maria patrzyła kątem oka, jak chłopaki oddalają się swobodnym krokiem w stronę parkingu przy parku. Nic jej nie bolało, rana na kolanie nieco się zasklepiła, ale i tak nie mogła ruszyć się z miejsca. Ani ręce, ani nogi nie chciały jej słuchać. Siedziała cała zesztywniała i potwornie zmęczona.

Dopiero widok nieprzytomnego Adama, kolegi z klasy, który stanął w jej obronie, podziałał na nią mobilizująco. Dźwignęła się powoli – najpierw podniosła się na kolana, uważając, by nie pobrudzić skaleczenia, a potem, podpierając się rękami, zdołała wstać i podejść do Adama.

Leżał na boku, a z kącika ust kapała krew. Oddychał płytko – jakby śnił mu się koszmar. Maria nie wiedziała, co robić w takiej sytuacji. Czy powinna zadzwonić po karetkę albo po rodziców? Podbiec do najbliższego domu bądź pierwszego lepszego nieznajomego, krzycząc: „pomocy”?

Wiedziała, że powinna zrobić cokolwiek, jednak nie zrobiła nic. Stała nad kolegą i patrzyła, jak kolejna kropla krwi spada na asfalt.

Po minucie, podczas której Maria wypominała sobie, jaka to jest słaba, strachliwa i bezużyteczna, Adam poruszył się. Nieznacznie, ale to wystarczyło, by w Marię tchnąć nową energię.

Kucnęła przy nim i zaczęła głaskać po głowie.

– Ciii, już wszystko dobrze, poszli sobie. Już nic nam nie grozi.

Umilkła. Nie wiedziała, co dalej robić. Mógł mieć przecież coś złamanego. A jeśli zrobiła mu właśnie krzywdę? Przestała go głaskać. Co jeśli poruszy się i kość przebije jakiś organ? Oglądała kiedyś podobną sytuację w telewizji.

– Nie ruszaj się! – krzyknęła. Powinna dodać, że zaraz zjawi się pomoc, ale za dobrze pamiętała spojrzenie Wodza. – Wszystko będzie dobrze – powtórzyła więc i znów zaczęła głaskać Adama.

Siedzieli tak, trwając w tym dziwnym uścisku ponad dwadzieścia minut. W pewnym momencie Adam się ocknął, ale chociaż wszystko go bolało, nie miał ochoty zmieniać pozycji ani o centymetr. Rozkoszował się dotykiem Marii. Poza mamą nikt go nie dotykał. Tym bardziej bliskość dziewczyny sprawiała, że ból powoli mijał.

Poza tym Maria miło pachniała i miała gładkie, delikatne dłonie. Nie wiedział, co dokładnie się dzieje, ale czuł przyjemne ciepło w środku. Gdy go głaskała, miał wręcz ochotę zamruczeć z zadowolenia.

Parsknął zduszonym śmiechem.

Zrobić coś takiego przed dziewczyną? Najwidoczniej dostał w głowę mocniej niż podejrzewał!

– Co się stało? – zapytała od razu Maria. Przestała go głaskać i zmieniła pozycję tak, by mogli spojrzeć sobie w oczy.

– Oprócz tego, że wszystko mnie boli? Nic nowego – Adam próbował zażartować, ale skutek okazał się odwrotny od zamierzonego.

Maria wybuchła płaczem.

– To wszystko moja wina. Widziałam, jak za mną szli od sklepu. Krzyczeli coś za moimi plecami, ale myślałam, że jeśli będę ich ignorować, to dadzą mi spokój.

Maria łapała spazmatycznie powietrze, ale nie przestała opowiadać.

– Gdybym dała sobie spokój i nie wyszła kupić loda, nic by mi się nie stało. Mogłam też chociaż spróbować im uciec albo poprosić kogoś o pomoc, a ja szłam tylko, ignorując ich. Myślałam, że im się to znudzi! Raz nawet się obejrzałam i ich nie zobaczyłam. Nie wiedziałam, że się gdzieś schowali. Wydawało mi się, że dali mi spokój i sobie poszli. Wierzysz mi? Naprawdę nie wiedziałam.

Maria kompletnie nie panowała nad swoją twarzą. Szczyciła się tym, że jest doroślejsza i bardziej rozwinięta od swoich koleżanek. One nieustannie słuchały muzyki i oglądały seriale o wampirach, podczas gdy ona czytała książki i wyszukiwała ciekawe programy naukowe lub przyrodnicze. Teraz jednak była małą dziewczynką, marzącą o pomocy rodziców, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że ona nie nadejdzie.

Dlatego nie mogła powstrzymać łez.

Adam nie wiedział, jak się zachować. Usiadł koło niej i w końcu zrobił to, co Maria wcześniej. Otoczył ją ramieniem, delikatnie przytulił i zaczął głaskać po głowie.

– Ciii – wyszeptał. – Wszystko będzie dobrze.

Przesiedzieli tak kolejne dwadzieścia minut.

– Dziękuję – Maria przerwała cieszę jako pierwsza.

– Nie ma za co.

– Uratowałeś mnie.

– Wcale nie. Tylko odwróciłem ich uwagę – Adam powiedział to z takim bólem w głosie, że Maria aż odwróciła się, by sprawdzić, co się stało.

Adam pośpiesznie wytarł łzy.

– Uratowałeś mnie. Takie są fakty – często słyszała tę kwestię w telewizji i wiedziała, że służy do podkreślenie czegoś ważnego. To był dobry moment, by jej użyć.

– Pobili mnie. To też fakt. A to ja powinienem pobić ich.

– Oni byli więksi i silniejsi.

– Gdybym tak myślał, to bym ich nie zaatakował.

– Ale zrobiłeś to, bo jesteś odważny.

– Raczej głupi. Myślałem, że dam sobie radę.

Maria nie mogła nadziwić się naiwności Adama. Był nieznacznie od niej wyższy, ale i tak o głowę niższy od Wodza i zdecydowanie lżejszy od Szefa. Nie mówiąc już o sile. Nie miałby szans nawet ich przesunąć…

Zaimponował jej jednak odwagą, gdyż bez wahania stanął w jej obronie. Teraz jednak Maria przekonała się, że jest w tym coś więcej – wiara w wygraną. Coś kompletnie nieznanego dziewczynie. Uważała siebie za inteligentną, ale zdawała sobie również sprawę, że wiedza na nic nie zdaje się w bezpośredniej konfrontacji z ludźmi. Trzeba być pewnym siebie, upartym, nie liczącym się z nikim oprychem. Inaczej prędzej czy później zostanie się ofiarą.

Maria wiedziała to wszystko, ale i tak dawała się zastraszyć. Głupim koleżankom, które przepisywały od niej prace domowe, własnym rodzicom, którzy wymagali wyłącznie ocen bardzo dobrych, a teraz Wodzowi, który zmusił ją do milczenia.

Adam w tym samym czasie zastanawiał się, co poszło nie tak. Wielokrotnie wyobrażał sobie podobną sytuację. On przeciwko złym, którzy atakują niewinnych. Bez wahania podchodzi do nich i mówi nieznoszącym sprzeciwu głosem, by przestali. Oni śmieją się i próbują go uderzyć. Unik, chwyt, dźwignia i sekundę później jeden ze zbirów leży na ziemi, prosząc, by nie robił mu więcej krzywdy. Drugi na ten widok ucieka w popłochu.

– Przeproś – mówi do obezwładnionego łotra.

– Przepraszam, przepraszam, nie chciałem – ten skamle i – uwolniony – biegnie za kolegą. Znika momentalnie, a Adam zostaje obdarzony zniewalającym uśmiechem uratowanej dziewczyny.

Tak to sobie wyobrażał Adam. Zamiast tego, gdy w końcu znalazł się w sytuacji, o której tyle myślał i którą dokładnie analizował, role się odwróciły. Został pobity, a dziewczyna go pociesza.

Adam poczuł na policzku łzy. Nie miał siły nawet ich zetrzeć. Bezsilność była dla niego nie do zniesienia. Kątem oka zauważył, że Maria nieznacznie odwraca głowę i spuszcza wzrok.

Żaden jego superbohater nie przeżył podobnego upokorzenia.

„Nie jestem taki, jak oni” – pomyślał zszokowany Adam.

Dużo kosztowało go to stwierdzenie, nie miał jednak pomysłu, jak mógłby dalej się oszukiwać. Bolało go całe ciało, dobitnie dając mu do zrozumienia, że przegrał. Na całej linii.

– Muszę iść do domu – wykrztusił z siebie Adam. Maria podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

– Ja też.

Oboje wstali. Maria ostrożnie, pilnując, by bardziej nie zanieczyścić rany na kolanie. Pozbierała zakupy rozrzucone po ulicy i włożyła je do siatki. Na szczęście reklamówka nie miała dziury.

Adamowi udało się wstać, ale trzymał się na nogach głównie dzięki sile woli. Przewrócenie się przy dziewczynie dobiłoby go chyba kompletnie. Dlatego Adam pozwolił Marii, by na początku delikatnie go podtrzymywała.

– Już mi lepiej – powiedział jednak po kilku krokach i wyswobodził się.

Dalej szli obok siebie w milczeniu.

– Powiesz rodzicom o tym, co się stało? – spytała Maria, gdy doszli do końca drogi. Przypomniała sobie groźbę Wodza.

– Mieszkam tylko z mamą.

Maria otworzyła usta, ale po chwili je zamknęła. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć w tej sytuacji.

– Nie powiem jej. Sam to załatwię – stwierdził Adam, wybawiając ją z konieczności powtórzenia gróźb Wodza.

– Co? – zapytała zamiast tego.

– Jeszcze ich dopadnę, zobaczysz.

– Są od nas więksi, silniejsi. Lepiej, by o nas zapomnieli. Tak jak my o nich.

– To twój sposób – Adam popatrzył na Marię.

Dziewczyna przypomniała sobie wyszczerzoną minę Wodza, gdy groził, co może jej zrobić, jeśli się wygada.

Potrząsnęła głową.

– Tak, chcę zapomnieć.

– Twój wybór.

Ani Adam, ani Maria nie wiedzieli, co jeszcze powinni powiedzieć. Najważniejsza kwestia została wyjaśniona. Mają teraz wspólną tajemnicę.

– Dziękuję – powiedziała więc Maria i pocałowała Adama w policzek. – Do zobaczenia niedługo, w szkole – uśmiechnęła się, po czym odwróciła się i ruszyła przez park do domu.

Nigdy już sama nie skorzystała z tego skrótu. Gdy rodzice wysyłali ją do sklepu, wracała zawsze głównymi ulicami. Szła dłużej, ale zawsze czuła się bezpieczniej wśród tylu dorosłych ludzi wokół niej.

Adam stał zaskoczony, patrząc na odchodzącą Marię. Policzek palił go do żywego. Gdyby Karol, jego najlepszy przyjaciel, widział, co się stało, Adam od razu wytarłby rękawem twarz. A tak – po prostu stał i – pomimo bólu – czuł się dziwne... przyjemnie.

Gdy Maria przed zakrętem odwróciła się ostatni raz, chłopak podniósł rękę i pomachał jej. Odmachała mu, po czym stracił ją z oczu.

– Jeszcze nigdy nie pocałowała mnie dziewczyna – myślał Adam, dotykając policzka. Stał tak jeszcze przez chwilę, aż w końcu odwrócił się i poszedł, lekko kulejąc, do domu.

Rozdział 3

Mieszkanie, w którym mieszkał Adam z mamą, znajdowało się w przedwojennej kamienicy – jednej z niewielu, które w ogóle powstały w tej miejscowości. Większość właścicieli działek budowała domy, w których dzieci zajmowały pierwsze piętro, wnuczki zaś drugie. Tylko nieliczni decydowali się na postawienie wielopiętrowej kamienicy z kilkoma oddzielnymi mieszkaniami.

– Może nie doczekam wnuków – uzasadniali swoją decyzję.

W przypadku pani Stanisławy słowa jej świętej pamięci męża okazały się prawdą. Ich jedyna córka wyjechała do Warszawy na studia, tam kupiła mieszkanie i rozwija się w bankowości. Ani myśli na razie wychodzić za mąż, nie mówiąc już o rodzeniu dzieci. Kariera ważniejsza, nie ma czasu na nic innego.