Pora chudych myszy - Wojciech Bauer - ebook + audiobook
Opis

Thriller kryminalny z elementami ezoterycznymi, osadzony w nietypowym środowisku kopalnianych podziemi. Kiedy w jednym z chodników zostaje znalezione ciało młodej inżynier, nikt nie przypuszcza, że to początek serii nagłych zgonów. Dyrektor kopalni postanawia włączyć w śledztwo znajomego detektywa, który jako inspektor bhp ma rozejrzeć się pod ziemią. Sprawę utrudnia fakt, że jego śladem rusza płatny zabójca, wynajęty przez mafiosa, który ma do wyrównania z Nakoniecznym stare porachunki. Kiedy dochodzi do kolejnych morderstw, wśród górników narasta atmosfera grozy i strachu. W egzotycznym dla czytelników środowisku rozgrywa się pojedynek z przeciwnikiem, który uważa kopalnię za swoje królestwo…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 31 min

Lektor: Marcin Popczyński

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

© Pracownia WV

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2016

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2015

tekst © Wojciech Bauer

ISBN 978-83-7835-494-9

Eli

Prolog. Suche sznitki

Widziałem ją. Wędrowała w ciemności, w stożku światła z lampki na piersiach, a przed nią zza zasięgu blasku wyłaniały się stalowe kręgi obudowy, niczym żebra gigantycznego węża. Mijała je metr po metrze; znikały tuż za nią w głębokim, nieskończenie czarnym mroku bez cieni, trafiały w bezświetlny niebyt, jakby nigdy nie istniały. Cicho, z rzadka pluskała woda. Na ociosie wytrącały się z niej zielonkawe sole i tworzyły małe zaczątki stalaktytów, ozdabiając wisiorami betonowe okładziny, zamki i stropnice. W plecy wiał jednostajny wiatr, dmuchał w kucyk, niedbale wetknięty pod hełm i wymykający się spod niego niczym lisia kitka, omiatał włosami policzki. Poza tym pluskiem żaden inny miejscowy odgłos nie mącił ciszy, tylko jej gumiaki mlaskały w rozmiękłej glinie pomiędzy podkładami toru kolejki dźwiękiem obcym, nie stąd. Miała poczucie, że mącąc złudzenie wiecznego milczenia, jest tu natrętem, że przekop pozbyłby się jej, gdyby tylko mógł. Głos kroków brzmiał blisko i głucho, jakby nie sięgał dalej, poza krąg jej lokalnej strefy słuchu. Minęła wnękę kołowrotu z mrugającą i burczącą jarzeniówką i ten wtręt obcego światła i dźwięku dodał jej otuchy, był przybyszem z powierzchni, gościem równie tu niechcianym jak ona.

Na imię miała Franciszka. Franka kazała na siebie mówić i przedstawiała się Franka, nawet oficjalnie. Franka Kulok, magister inżynier górnik, specjalność: eksploatacja złóż. Nie lubiła swego imienia i zdrobnienie miało tę niechęć neutralizować. Łagodziło ją tylko, a i to nieznacznie, ale dawało poczucie, że coś w tej materii robi. Bo co to za imię dla współczesnej dziewczyny: Franciszka? To ojciec, to jego sprawka, według relacji mamy uparł się, żeby miała imię po dziadku. Miał je co prawda dziedziczyć syn, ale skoro nie wyszło… Potem, na AGH, „Franka Kulok” brzmiało całkiem dobrze, niczym nazwisko kreatorki mody albo modelki. Nie to, co w jej rodzinnych Jankowicach, na podwórku familoka z czerwonej cegły, gdzie co druga koleżanka była Baśka, a co trzecia Monika. Franciszka w tym otoczeniu brzmiała jak echo sprzed wojny; byłaby zwyczajna wśród tradycyjnych śląskich Trudek, Tekli i Michć, lecz ich już prawie nie ma, zaś spomiędzy współczesnych, lubianych w jej stronach Natek i Andżelik wystawała niczym raróg spomiędzy wróbli. Ale Kraków przemknął przez jej życie niczym sen i dziś znów była dziouszką z Jankowic o staroświeckim imieniu, na dodatek sztajgrem w spódnicy, czyli dziwadłem wśród męskiej dołowej załogi kopalni. Jakby tego imienia było mało.

Sztajgrem została jednak na własne życzenie i aby je spełnić, musiała przełamać wiele barier, tkwiących w głowach jej przyszłych przełożonych. Dziewczyn na górnictwie studiowało sporo, jednak większość na kierunkach powierzchniowych; na eksploatacji czy budownictwie górniczym było ich kilka, lecz takie, które po studiach trafiały na dół, do zawodu, którego się uczyły, można było zliczyć na palcach jednej ręki. I jeszcze sporo by wolnych palców zostało. Franka jednak chciała. Nie widziała się w biurze projektów czy naziemnej obsłudze ruchu, nie chciała zostać referentką ani tym bardziej nauczycielką. Kopalnia, dół, istniały w jej domu zawsze, były nieodłącznym składnikiem rozmów i myśli, integralną częścią życia rodziny Kuloków, w której górnikami byli wszyscy mężczyźni od najdawniejszych pamiętanych czasów. No właśnie, mężczyźni. Chyba podświadomie czuła się Franka winna temu, że nie jest chłopcem. Wtedy wszystko byłoby proste. Zawiódł się jednak ojciec i syn mu nie wyszedł, jeszcze więc w liceum Franka postanowiła, że mu syna zastąpi i zostanie górnikiem. Stąd to AGH po maturze i ta egzotyczna dla kobiety specjalność.

Gdy z dyplomem w ręku zjawiła się w kadrach na Gertrudzie, pani kadrowa przyjęła ją herbatką, a potem roztoczyła piękne perspektywy pracy w przykopalnianym biurze konstrukcyjnym lub w planowaniu, gdzie stażystka miałaby spokój i miłe koleżanki, słonko za oknem z widokiem na skwer – w konstrukcyjnym lub trochę gorszym – na starą hałdę, ale też zieloną, gdyby jednak u konstruktorów nie chciała. Kiedy Franka zdradziła jej swoje oczekiwania, pani kadrowa najpierw zaniemówiła, potem popatrzyła dziwnie i wreszcie oficjalnym tonem, za którym kryło się wyraźne rozczarowanie z powodu zlekceważenia jej starań w kwestii znalezienia tej nowej przytulnego biurka i niestresującej pracy, oznajmiła, że w takim wypadku decyzję musi podjąć dyrektor, czeka więc ją z nim rozmowa, ale niech sobie nie robi nadmiernej nadziei, bo kobiet na dół nie przyjmują.

Na rozmowę musiała poczekać trzy godziny, bowiem dyrektor był na dole i z powodu jej fanaberii nie zamierzał skracać objazdu. Spędziła ten czas na twardej ławce w korytarzu przed sekretariatem, gdzie w oczekiwaniu audiencji przeczytała wszystkie plakaty bhp na ścianach i wszystkie ogłoszenia na związkowej tablicy. Trzy razy. W przerwach między czytaniem policzyła wszystkie grudki na ścianie naprzeciwko i obrysowała paznokciem wszystkie słoje na oparciu ławki, nie dbając już, że się jej świeżo położony lakier zetrze. Raz pobiegła do toalety, cała w nerwach, że w międzyczasie dyrektor wróci, jej nie zastanie i z rozmowy nici. Na szczęście nie wrócił, lecz więcej nie ryzykowała. Trzy przeraźliwie długie, nudne godziny siedziała kamieniem, od czasu do czasu robiąc tylko wzdłuż korytarza rundkę dla rozprostowania zastałych kości, by poczytać o bezpieczeństwie pracy, zabójczym charakterze metanu i dofinansowaniu wczasów pracowniczych.

– Pani do mnie?

Zaskoczył ją głos za plecami, gdy po raz kolejny przyglądała się mentorsko wzniesionemu palcowi dziarskiego górnika na plakacie. Odwróciła się. Stał przed nią niewysoki blondyn z mokrymi włosami, ubrany w stalowoszarą służbową marynarkę z wężykami wyższej szarży górniczej na patkach.

– Do… pana dyrektora… – bąknęła niepewnie.

– Czyli do mnie. – Blondyn kiwnął mokrą głową. Widząc, że przygląda się jego włosom, przeciągnął po nich dłonią i wyjaśnił: – Nie lubię suszarki. Łysieję od niej.

Uśmiechnęła się.

– Nie widać.

– Dobra, dobra, nie musi się pani podlizywać, pani inżynier. – Też się uśmiechnął. – Kadrowa dzwoniła na podszybie – dodał, widząc jej zdziwienie, że wie, kto ona. – Proszę do mnie, niech pani wejdzie, zaraz dołączę.

Poprowadził ją przez sekretariat, rzucając pulchnej kobiecie za biurkiem:

– Pani Steniu, zrobi pani nam coś do picia. Dla mnie herbata, a dla pani inżynier? – zwrócił się do Franki, idącej za nim jak trusia.

– Kawa może… – pisnęła cicho, trochę onieśmielona szybkością rozwoju wypadków.

– Kawa może – powtórzył dyrektor w stronę sekretarki i otworzył przed Franką drzwi gabinetu. – Pani siądzie, zaraz wracam.

Drzwi zamknęły się i Franka została sama w głębokim klubowym fotelu. Rozglądała się po ścianach, obwieszonych jakimiś dyplomami, nieczytelnymi z jej miejsca, oraz górniczą szpadą skrzyżowaną z wojskową paradną szablą, przyglądała się ciężkim, ciemnym meblom przyozdobionym rzeźbami z węgla i z czegoś szkliście szarego, jak się domyślała – z soli, potem długowłosemu wzorzystemu dywanowi z perskim motywem pośrodku. Ze wszystkich kątów wyzierało dostojeństwo z domieszką wielkoprzemysłowego kiczu, jak to w dyrektorskich gabinetach bywa. Nie widziała ich co prawda zbyt wielu, a i te przeważnie na filmach, ale ten pasował do jej wyobrażeń.

Weszła pani Stenia z kawą, postawiła przed nią i wyszła, zamykając cicho drzwi.

Przyszedł po paru minutach, usiadł za biurkiem naprzeciw niej i z rozmachem prasnął o blat szarą teczką. Coś w niej musiało być niemiłego, bo minę miał przy tym zdegustowaną. Popatrzył przez chwilę na dokumenty, a potem machnął ręką i odsunął je od siebie.

– I co powiesz, dziouszka? – rzucił w jej kierunku. – Na dół byś chcioła, ja?

– Ja… – machinalnie włączyła gwarę. Tak to z tym było, zagajenie po śląsku Ślązakowi, choćby nie wiem jaką literacką polszczyzną mówił na co dzień, od razu przerzucało mentalną wajchę na śląski. – Jo górniczy kończyłach, z górniczego domu jest żech i bych chcioła…

– Ja, rozumia. – Dyrektor kiwnął głową. – Z kierych stron żeś jest?

– Z Jankowic.

– Z Jankowic? A z kierych? Spod Rybnika może?

– Spod Rybnika. – Kiwnęła głową.

– Wejrzij, a jo z Przegędzy. Somsiad bez mała. Ale wiesz, dzioucha, że na dole praca nielekko i dżentelmenów mało. Babie ciężko bydzie.

– Panie dyrektorze, jo nawet nie godom, żech prachtyki na dole mioła i razem z chłopokami z grupy bez taryfy ulgowej bakałach hercówą przi odwadnianiu. Ale joch jest z rylskiej rodziny, ociec strzałowym był na grubie, w rodzinie jeszcze trzech innych górników, a ujek, bracik od mamy, za nadsztygara na Rydułtowach dwadzieścia już lat robi. Jo wiem, co to gruba.

– Hm… – Dyrektor wstał i z zastanowieniem popatrzył na nią z góry. Pod tym ciężkim spojrzeniem poczuła się jakby mniejsza. – Mogymy spróbować… Ale nie na wydobycie – przyhamował jej radość. – Ani na przygotówki. To za trudne. Na razie do wentylacji pójdziesz. Też dół, ale lżejszy i kopalnia lepiej poznosz. Może być?

Kiwnęła głową.

– Może.

– No dobrze. Jutro o wpół do szóstej w dziale wentylacji, u inżyniera Mrożka. Witamy na pokładzie, pani inżynier. A teraz proszę dopić kawę i opowiedzieć mi coś o Jankowicach. Gołębie ociec hoduje?

Zaczęła mówić, ale chyba nie bardzo słuchał, zagłębiwszy się w papierach z przyniesionej szarej teczki. Łyknęła więc trochę tej kawy i pożegnała się, nie zwracając uwagi, że nie odpowiedział, machnąwszy tylko ręką na pożegnanie. Wybiegła cała w uśmiechach i aż się od jej uśmiechu pani Steni udzieliło, bo jej szczęścia w nowej pracy życzyła na odchodne, czego raczej nie miała w zwyczaju.

To było pół roku temu. Od tamtego czasu nadgórnik Franka Kulok dozorowała prace w wyrobiskach wentylacyjnych, kontrolowała skład powietrza i zawartość w nim metanu i chodziła na objazdy, w tym takie jak ten dzisiejszy, niedzielne, gdy kopalnia stoi, nieliczni tylko mechanicy i elektrycy siedzą na dyżurach, a ona, oraz kilku jeszcze innych sztygarów, sprawdza stan wyrobisk, aby w poniedziałek robota mogła ruszyć bez przeszkód. Przyjęto ją dobrze, trochę dokuczali koledzy sztygarzy, ale bez złośliwości, a brygady górnicze na wentylacji składały się z nieco bardziej ucywilizowanych przedstawicieli ludzkiego gatunku niż te z pierwszej linii ruchu, więc nie bardzo odczuła konsekwencje swej niezwykłości wśród specyficznego składu górniczej załogi. Ludzie się nawet bardziej pilnowali z używaniem klasycznej górniczej łaciny, przynajmniej na początku, dopóki nie stwierdzili, że ona też umie rzucić grubym słowem i pojechać wiązanką, aż się z butów zadymi. Wiedziała, że tak trzeba, że bez tego trudno jej będzie wzbudzić autentyczny szacunek. Ale i tak na jej zmianie język górniczej wentylacyjnej braci bliższy był salonowemu niż średnia statystyczna.

Dziś popełniła wykroczenie, wcale niebłahe. Ale też i nie pierwsze, ani nie była jedyną, która takie popełnia. Była sama. Przepisy wymagały, żeby sztygar na objeździe miał towarzysza, pomocnika, co było uzasadnione względami nie tyle wynikającymi z dość nielicznych obowiązków, co bezpieczeństwa. Pomocnika jednak trzeba sobie było zwerbować samemu spośród robotników, co nie zawsze było łatwe, ludzie niechętnie przychodzili w wolne do pracy, nawet za dodatkowe pieniądze. Bywało więc, że się nie udało i pracownik dozoru, zwłaszcza młody i o wątpliwym jeszcze autorytecie, jechał sam, nakłamawszy wcześniej dyspozytorowi. Jak dotąd nikomu nigdy nic się nie stało, co sprzyjało rozluźnieniu dyscypliny i przymykaniu oka przez przełożonych. Bo wiedzieli, mając w pamięci własne takie ekscesy w początkach kariery.

Mówiąc szczerze, Franka nie czuła dyskomfortu z powodu samotności. Wolała być sama, wolała posłuchać tej ciszy, w której każda kropla dźwięczy niczym serce dzwonu, każdy podmuch przeciągu huczy zapowiedzią tajfunu, górotwór za obudową chodnika niekiedy skrzypi i trzaska, jak gdyby gadał pierwotną jakąś gwarą z czasów, kiedy kosmos ledwie się w kule planet wiązał, gdy z tąpnięciem zaciskają się zamki, prósząc rdzawo-wapiennym pyłem na głowę przechodzącego, a na ścianach w zawale rozlega się z rzadka rumor opadających skał. Jeśli byłby tu z nią towarzysz, musiałaby o czymś rozmawiać, słuchać żartów i opowieści, które w ogóle jej nie obchodziły, i czuć się zobowiązana do opowiadania o byle czym, gdy nie miała na to ochoty. Szliby tylko, z utęsknieniem oczekując końca objazdu, gdy ich wreszcie szola wyniesie ku światłu, gdy się umyją, przebiorą i pojadą do domu, skorzystać z tej niewielkiej resztki niedzieli, jaka im została. W samotności tego oczekiwania na koniec wędrówki było mniej, więcej czuła potrzeby przeżycia teraźniejszości, mrok był przyjaźniejszy i więcej miał do zaoferowania. Co nie oznacza, że był przyjazny. Poczucie obcości w tym świecie towarzyszyło jej zawsze, potęgując się w samotności. Ale lubiła je przezwyciężać. Czuła się poniekąd zdobywcą, jakby ujarzmiała za każdym weń wejściem niechętną czerń. Rozcinała ją ostrym biczem światła i czerń rozstępowała się przed nią, posłuszna, choć nieuległa. Franka wiedziała, że za nią nie ma już widzialnego świata; nie lubiła odwracać się bez skierowania wstecz lampy, wolała pozostać w złudzeniu otaczającej ją jasności. Była to jasność iluzoryczna, wymyślona i nieprawdziwa, światła bowiem było tylko tyle, ile zdołał wyprodukować akumulator, i tyle, w jak szeroki stożek uformował je odblask górniczego reflektorka. Poza tym światła nie było. Był mrok, bo kopalnia jest ojczyzną mroku.

Kilkanaście kroków przed sobą zobaczyła skrzyżowanie. Z przekopu odgałęział się tu w prawo chodnik podścianowy w pokładzie 407, którym miała dojść do miejsca, gdzie w tygodniu fedrował oddział III. Szła od dołu, bo na podszybiu poziom wyżej trwały prace remontowe i musiała zjechać na niższy. To oznaczało, że przez ścianę będzie musiała wspinać się pod górę, a potem wyjść jeszcze dowierzchnią na poziom 200, żeby obejrzeć stan otamowania wokół dawnej strefy pożarowej, gdzie dwa lata temu walczono z ogniem. Dziś dawno było po wszystkim, wyrobiska odcięte, a za tamami spokój, ale sprawdzić było trzeba. Lepiej chuchać na zimne, z ogniem w kopalni żartów nie ma.

Doszła do rozwidlenia. Naprzeciw wlotu znajdowało się stanowisko obsługi ładowni. Przysiadła na drewnianej ławeczce obok kołowrotu, wyjęła kanapkę i butelkę coli. Czuła zmęczenie. Tutejsza ściana była już drugą dziś, a jeszcze tyle drogi przed nią. Bolały ją trochę nogi i piekła obtarta w gumowcu pięta. Zdjęła but, rozprostowała zwiniętą skarpetę. Jadła, siedząc boso, popijała ciepłą colą każdy kęs (sznitka była z czerstwego chleba, do tego z żółtym serem, zatykała). Janek robił, chłopak, z którym mieszkała. „Nie postarał się za bardzo” – stwierdziła, wbijając zęby w suchą kromkę. Znali się ze studiów, razem prowadzili gospodarstwo w wynajętym mieszkaniu w Zabrzu. Janek pracował w elektrycznym na Makoszowach, dziś miał wolne, starał się więc pomóc tym śniadaniem. Doceniała. Jednak zrozumienie smaku nie poprawiało. W ogóle nie lubiła jeść na dole, nie smakowało jej. Z rozsądku brała, łykanie pyłu na czczo nie robiło dobrze na żołądek, parę lat i wrzody pewne. Ugryzła jeszcze raz, pomamlała, popiła, ugryzła drugi. Popiła. Schowała niedojedzoną sznitę do chlebaka, zakręciła i schowała niedopitą colę. Później zje.

Powoli założyła but. Nie chciało się jej iść dalej, chętnie by wróciła pod szyb. Z westchnieniem wstała z ławeczki, poprawiła kask, przypięła mocniej lampę do koalicyjki, przesunęła akumulator na pośladek. Podniosła benzynkę za hak, sprawdziła płomień. Takie stare urządzenie, a ciągle przydatne. Lampy Davy’ego powszechnie stosowano do sprawdzania jakości powietrza, mimo że coraz częściej próbowano zastąpić je elektroniką. Jednak co ogień, to ogień, pewny jest. „No i chyba koszty to też sprawa niebagatelna” – pomyślała. Prosta lampa z knotem kosztowała zapewne najwyżej dziesięć procent ceny najprostszego elektronicznego urządzenia pomiarowego. W codziennym użytku wciąż więc była niezastąpiona.

Podeszła do telefonu, wybrała numer i zameldowała się dyspozytorowi. Posłuchała jego znudzonego głosu, po czym odłożyła słuchawkę. Nawet nie zakodowała, co tam do niej mówił. Na pewno nic ważnego, każdy, kto w telefonie z dołu usłyszał kobiecy głos, w pierwszej kolejności czuł się w obowiązku prawić jakieś dyrdymałowate komplementy. Przecisnęła się między wozami pod przesypem i zagłębiła w mrok chodnika. Było tu ciasno, znacznie ciaśniej niż na przekopie. Większość prześwitu zajmował przenośnik do transportu węgla, z jego prawej strony było tylko dość wąskie przejście dla ludzi, blisko ociosu, szła więc pod samą obudową, często schylona, gdy robiło się bardziej wąsko. I dopiero tu była prawdziwa ciemność. Na przekopie od czasu do czasu świeciły jakieś lampy, na ładowni w ogóle było jasno jak w biurze; tu od pierwszego zakrętu weszła w smolistą, mokrą czerń.

Wszędzie królowała wilgoć. Wilgoć kropliła się na ociosie gęstymi kroplami, przez co wyglądał jak spocony, wilgoć ciurkała strumykami tu i ówdzie zza okładzin obudowy, tworząc na spągu grząskie kałuże, wilgoć mlaskała pod podeszwami kaloszy, bo na całej długości chodnika przejście było jedną rozdeptaną, mlaskliwą breją. Mlaskała w niej krok za krokiem, pochylona, wspinając się pod niewielką, lecz niekończącą się, długą pochyłość. Męczyła; Franka dziesięć razy bardziej wolałaby strome, ale krótkie wzniesienie od takiego mozolnego brnięcia lekko pod górę, do tego po kostki w błocie. Od dłuższego czasu sapała jak parowóz, słuchając siorbania wyciąganych z mazi butów, które chodnik powtarzał lekko opóźnionym echem.

Przystanęła na chwilę przy przesypie kolejnej taśmy, aby odpocząć. I w tym momencie, w sekundzie, gdy z monotonnego ruchu przechodziła w stan zatrzymania, coś zwróciło jej uwagę. Jakiś nienaturalny wtręt w głuszę podziemi i cichy głos wody. Ten dźwięk, który towarzyszył jej niemal od początku, od chwili gdy zagłębiła się w czeluść podścianowego, owo – jak myślała – echo jej człapania, powtarzające je w ułamek chwili po tym, gdy się stało, teraz, kiedy znieruchomiała, trwało o kilka chwil za długo, dublując kroki, których już nie było. Echo nieistniejących kroków… Dwa, trzy… I cisza.

E, zdawało jej się. Nie zdawało? Ktoś za nią szedł? Ktoś, kto starannie trafiał odgłosem swoich kroków w jej kroki, nie chciał, by go słyszano? I teraz, gdy się znienacka zatrzymała, spóźnił się o te dwa nieopatrznie postawione…?

Bzdura. Poświeciła lampą wstecz, za siebie. Nic, poza zasięgiem białego światła smoliła się mglista ciemność, błyszcząca brylantowymi refleksami setek malutkich odbić w kroplach wody. Nikogo, bo i kto miałby tu łazić w świętą niedzielę, zamiast iść z rodziną na mszę albo spać do południa, odsypiając całotygodniowe zaległości. Urojenia jakieś. Strachy. Ciemność zawsze ma w sobie organiczne strachy, które wyłażą z niej, generowane seryjnie przez spanikowaną mrokiem wyobraźnię. Ale kopalnia to nie jest żadna tajemnicza otchłań wypełniona przedwieczną nocą z przedwiecznymi upiorami, tylko zakład pracy, pełen maszyn, prądu, myśli technicznej i gonitwy za pieniądzem. Gdzie tu miejsce na irracjonalne lęki, na imaginacyjne dewiacje? W lochach można się bać, w jaskiniach, nawet w piwnicy. Ale nie w kopalni, na miłość boską. Jedyny istniejący Skarbek to Piotrek Skarbek, znajomy sztygar z mechanicznego, który dziś pewnie zalicza piwo z kolegami w pubie na Rynku w Gliwicach.

A jednak się bała. Nie bardzo, troszkę tylko; zostało w niej troszeczkę lęku na dnie jej racjonalnego, inżynierskiego umysłu.

Doszła pod ścianę, do dolnej wnęki. Spojrzała pod górę. W świetle latarki sekcje obudowy ścianowej lśniły nieskończonym szeregiem siłowników, niczym aleja stalowych drzew. Dopiero tu widać było pierwotną wściekłość natury, zgwałconej przez wtargnięcie człowieka. Tylko ten rząd napiętych do granic stalowych podpór trzymał ją w ryzach na wąskim przesmyku pomiędzy nagim węglowym ociosem (w którym, gdy się go dotknęło dłonią, czuć było wewnętrzne, tłumione napięcie spod prasy kilkuset metrów skał ponad nim) a oswobodzoną, na powrót wolną i dziką strefą zawału.

Pochylona, podpierając się rękami, ruszyła pod górę, w przesmyk pomiędzy stojakami. Było ciasno, przeciskała się między siłownikami, wśród kłębowiska gumowych węży, doprowadzających emulsję do obudowy. Dwukrotnie boleśnie obiła sobie biodro o rękojeści zaworów, symetrycznie, najpierw prawe, potem lewe. Będą siniaki jak nic, skrzywiła się z bólu.

Była mniej więcej w połowie drogi, gdy na twarzy poczuła wilgotną mgiełkę, zaraz też dobiegło jej uszu syczenie. Spojrzała pod górę. Przed nią, cztery sekcje wyżej, w świetle lampy kłębił się obłok białych, mikroskopijnych kropel. Przecisnęła się bliżej. Spod zacisku mocującego wąż do siłownika bił cienki strumień białej cieczy. Siłownik nie trzymał, przód stropnicy opadł trzydzieści centymetrów poniżej stropu, znad niego wysypało się trochę pokruszonego łupka, tworząc pustkę, głęboką na prawie metr. Obeszła miejsce wycieku, wyjęła notes, zapisała numer sekcji. Zgłosi awarię dyspozytorowi, tylko wylezie na górę. To jej uświadomiło, ile jeszcze wspinaczki przed nią. Westchnęła z rezygnacją i popełzła dalej.

Wydostała się nad ścianę, zmordowana i zgrzana. Bluza kleiła się jej do pleców, nie wiadomo, czy bardziej od potu, czy od cieknącej emulsji i obecnej w powietrzu wilgoci. Wyszła na chodnik, przysiadła na stercie okrąglaków. Musiała odpocząć, potem pójdzie obejrzeć miejsce rabowania wyrobiska, sprawdzi poziom metanu i poszuka telefonu. Ale na razie należała się jej chwila oddechu. Pomyślała o Janku i zrobiło się jej miło na sercu. Franka nie była osobą wylewną, uczucia chowała przed światem, a często i przed sobą, dlatego ją samą zaskoczyło, gdy tak nagle i tak jasno uświadomiła sobie, ile Janek dla niej znaczy. Chodzili ze sobą już na studiach, a potem naturalną koleją rzeczy zamieszkali razem, w wynajętym mieszkaniu na górniczym osiedlu. Dobrze było France w tym związku i w zasadzie wiązała z nim konkretne plany na przyszłość, lecz niewiele myślała, a jeszcze mniej mówiła o miłości. A ona była i czasem znienacka wyzierała spod warstwy codziennego zmęczenia i monotonii, by jej powiedzieć, że jest. Sprzyjały temu takie chwile jak ta, gdy samotność wokół panowała tak wielka, że większą trudno było sobie wyobrazić. „Kocham cię, Janku, i te twoje suche sznitki” – pomyślała z uśmiechem w duszy i wstała.

W zawale wszystko było w porządku, metanu zero. Wracając, odruchowo zajrzała w głąb ściany i nagle zatrzymała się. Poświeciła w ciemność między stojakami. Nic, pewnie złudzenie. Bo przez chwilę wydawało się jej, że widzi tam, na dole, rozbite w lśniącej stali siłowników na sto malutkich rozbłysków, drżące, wędrujące w górę światło.

* * *

Objazd miał się ku końcowi. Jeszcze tylko otamowany pożar i można będzie wracać pod szyb. Franka spojrzała na zegarek. Dochodziło południe. Szybko się uwinęła, może, jeśli dobrze pójdzie dalej, zdąży na wcześniejszy wyjazd. Czekało ją jeszcze tylko kilkaset metrów wspinaczki dowierzchnią do strefy starego pożaru, potem przecinką do pola i już. Zrobi pomiary, obejrzy tamę, zadzwoni i pod szyb. Jest szansa, że zdąży na wyjazd o trzynastej.

Ciągle czuła dotyk niepokoju. Przekonywała sama siebie, że złudzenie, że ponieważ o tym myśli, to się jej myśl materializuje i jako natręctwo tkwi w niej i wraca, każąc sprawdzać co parę metrów. Przecież dyspozytor potwierdził…

– Panie Staszku… – Głos miała niepewny, bo złożyła już raport, a dyspozytor miał swoje obowiązki i pewnie w kolejce czekali inny objazdowcy.

– Jeszcze coś? – usłyszała jego znudzoną niecierpliwość, mieszankę tęsknoty za spokojnym doczekaniem końca dniówki i irytacji jej nadprogramowym jakimś problemem, co go obchodził mniej niż cokolwiek. – Ma pani jeszcze coś?

– Nie… Zapytać tylko chciałam… Przepraszam, to głupie, ale… Czy jest tu, w moim rejonie, ktoś poza mną?

– Poza panią? – odruchowo powtórzył dyspozytor, a w głosie miał na razie tylko zdziwienie. – Nie, chyba nikogo… Tak, na pewno nikogo tam nie ma. A co?

– Bo zdawało mi się…

– Tak? – zapytał, gdy jej wahanie zaczęło się przeciągać.

– Nie, nic. Nic, nic…

– Pewno Skarbek, hy, hy. Pani uważa, on na cnotę łasy.

– To się zawiedzie – odburknęła, wybijając go z już zaplanowanej linii dowcipasów.

Odłożyła słuchawkę, nie czekając na odpowiedź. Pomyślała, że powinna poczuć się lepiej. Nie poczuła się. Wrażenie czyjejś obecności raz uświadomione nie chciało jej opuścić, poddać się wyśmianiu przez dyspozytora i jej własnemu intensywnemu pukaniu się w głowę.

Dowierzchnia była męczącym odcinkiem jej drogi. Miejsca było dużo, nie to, co w ścianie, ale szła już strefą odprowadzenia powietrza, w ciepłym, jednostajnym, śmierdzącym pleśnią przeciągu, nieustannie dmuchającym w plecy, co teoretycznie powinno pomagać we wspinaczce, a w praktyce utrudniało oddychanie, gdyż przed idącym człowiekiem tworzyła się zatykająca poducha powietrznej zastoiny. Było tu sucho, żadnej wilgoci, żadnego błota, tylko pleśń na drewnianych okładzinach i chude myszy, przemykające pod ociosem, równolegle do trasy jej wędrówki, w nadziei na resztki jedzenia.

Nic tu nie słyszała, nic nie widziała. Żadnych kroków w echu, żadnych błysków. Wychodząc na przekop, pomyślała, że dyspozytor, wyśmiewając jej lęki, miał rację. Przecież, do diabła, nie była w żadnych baśniowych lochach, tylko w pracy, w fabryce węgla, sprawdzała zdolność tej machiny do podjęcia pracy w poniedziałek, kontrolowała stan bezpieczeństwa, raportowała o awarii, by na nocnej zmianie ekipa hydraulików naprawiła cieknący siłownik i poranna brygada bez problemów uruchomiła kombajn i wydarła z calizny kolejne setki ton cennego paliwa. Czego tu się bać?

Przecinkę, która wiodła do wyrobisk pożarowych, odcinała od przekopu śluza. Z wysiłkiem pociągnęła ku sobie drzwi w pierwszej tamie, weszła. Uderzyła ją w nozdrza stojąca, duszna atmosfera. W zatrzaśniętych z głuchym stukiem drzwiach tamy cienko zagwizdał przeciąg. Otworzyła drugie drzwi, przez chwilę zmagając się z oporem powietrza. Poświeciła do środka. Za śluzą ciągnęło się około dziesięciu metrów prostego chodnika, dalej wyrobisko ginęło za łagodnym zakrętem. Ciemność, duchota i fetor zwietrzałego szamba. Skrzywiła się. Pół poziomu chodziło tu pewnie za potrzebą. Ruszyła szybkim krokiem; chodnik był krótki, za następną tamą smród powinien zelżeć.

Poczuła to. Poczuła tak wyraźnie, z taką pewnością, jak gdyby wokół było jasno i wszystko potwierdzał wzrok. Tak, ktoś tu był. Na pewno, nie musiała nawet słyszeć kroków, czuła je wewnątrz, w sobie, w drganiu ściśniętej strachem tchawicy, w trzepocie za mostkiem, w niespodziewanej kropli potu, która wolniutko zimną strużką spłynęła jej spod hełmu na szyję.

– Kto tu? – krzyknęła i panicznie powiodła snopem światła dookoła siebie.

Nikogo. Pobiegła, potykając się o podkłady starego torowiska. Już nawet nie próbowała przekonywać się, że coś sobie wmawia, że cisza, ciemność i strach tworzą w niej to złudzenie. Uległa mu całkowicie, poddała się. Biegła z zapowiedzią krzyku na wargach, wpatrując się w koniec strumienia światła przed sobą, aż wreszcie pojawiła się w nim drewniana zapora wylotowej tamy i ten widok spowodował, że panika spłynęła z niej niczym strumień wody, a w to miejsce pojawiła się ulga. Zwolniła. Ufff, koniec, zaraz wyjdzie stąd, potem tylko parędziesiąt metrów do tamy pożarowej, stamtąd zadzwoni do dyspozytora i wróci. Już nie tędy, nie ma głupich. Pójdzie prosto na przekop, dłuższą drogą, ale ponownie wchodzić w tę straszną przecinkę nie miała zamiaru.

Do tamy było nie więcej niż piętnaście metrów. Może nawet mniej. Może dziesięć. Jeszcze szła w jej stronę, gdy ogarnęła ją lodowata pewność, tak wielka i obezwładniająca, że zdusiła wszelki odruch obronny. Odwróciła się. W świetle lampy zobaczyła – i w jej oczach… Groza, ten wyraz okrutnej, przerażającej emocji został w jej oczach dla tych, co ją tu mieli znaleźć.

Po zardzewiałych wręgach obudowy poniosło się krótkie, stłumione echo dziewczęcego krzyku. Została po nim ciemność. Ciemność, a w niej błyszczące oczy chudych myszy.

Rozdział I. Dzięki kozłowi

Stopniowo, w miarę jak to sobie uświadamiał, zimno wnikało coraz głębiej. Przez skórę, mięśnie, do kości, serca, żołądka i płuc. Cały otulony był przenikliwym chłodem, jego wnętrze było z chłodu, ba, nawet myśli… Dopóki nie miał tej świadomości, zdawało mu się, że nie jest tak źle, ot, parę stopni mniej, chłodek, wystarczy otulić się ramionami i minie. Gdy te parę stopni dotarło do mózgu, raptem organizm spanikował. Puściła jakaś blokada, ogarniał go coraz większy dygot, przestały słuchać szczęki; kłapiące o siebie, znienacka usamodzielnione zęby omal nie odgryzły mu języka. A do tego wcale nie był przytomny – sen nie chciał odejść, organizm trząsł się jakby poza nim, wbrew niemu, nie chcąc poddać się wracającej świadomości; jak gdyby wolał zmarnieć z zimna, niż pozwolić sobie na powrót do świata.

Dygocąc, wyprostował kolana, usiadł i otworzył oczy. To znaczy chciał otworzyć i w połowie mu się to udało – otworzył jedno. Na powiece drugiego poczuł miękki, lepki, wilgotny ciężar. Jakaś organiczna masa oklejała mu oczodół, a pod nią pulsował ból. Po policzku coś ciekło, odruchowo otarł dłonią: była ciemnoróżowa. Krew? Krew, rozwodniona krew kapała mu z brody na pierś i ściekała po brzuchu do wody. Gwałtownie przyłożył palce do oka; natrafił na coś miękkiego, żywe mięso. W pierwszym odruchu – strach, potem jednak opamiętanie, mimo rozmiękczonego snem i zimnem umysłu: nie zabolało, w ogóle nic nie czuł, nawet swojego dotyku. Ujął to miękkie w palce i pociągnął. Płat różowego mięsa odkleił się od twarzy i z pluskiem wpadł do wanny.

Wstał, ściągnął z wieszaka ręcznik i owinął się szczelnie. Wyszedł na posadzkę. W wodzie pozostał pływający, na wpół zanurzony, spory wołowy kotlet. Uwolnione spod befsztyka oko pulsowało coraz silniejszym bólem, powieka uchylała się ledwie w szparkę. Spojrzał w lustro. Prawa strona twarzy, od rozciętego, pokrytego zaskorupiałą krwią – nie wiedział: jego czy tej nieszczęsnej krowy – łuku brwiowego po żuchwę, była bordowo-sina, plama ku środkowi policzka zmieniała kolor na fiolet, ku brzegom, niemal na linii włosów, rozmywała się w pajęczynę podbiegłych czerwienią żyłek. Ostrożnie dotknął sińca i jęknął. Bolało. Miał nadzieję, że kość pod opuchlizną jest cała, jeszcze mu tylko połamanego policzka brakowało do szczęścia. W ogóle nie pamiętał, jak znalazł się w wannie, kiedy sobie przyłożył do oka to świństwo, a potem zasnął; musiało to być dawno, skoro woda w wannie zupełnie wystygła. Pewnie parę godzin, może ze dwie. Ile czasu stygnie wanna pełna po brzegi? Nie miał pojęcia.

Co pamiętał? Wlewaną do gardła butelkę ciepłej wódki, trzaśnięcie drzwi samochodu; pamiętał, jak stoczył się na podłogę, między tylną kanapę a oparcia przednich foteli, gdy pojazd nagle zahamował. Kołysał się tam bezwładnie jak worek kartofli, podskakiwał, gdy wóz podskakiwał na wybojach, wciskało go to pod fotele z przodu, to pod tylne siedzisko, w zależności od tego, jaki akurat gwałtowny manewr był wykonywany. Miał wrażenie, że w pojęciu kierowcy w ogóle nie istnieją manewry łagodne, płynne, delikatne. Tylko szarpanie i skoki. „Rajdowiec jakiś, psiakrew – zakołatało mu w obolałej głowie. – Rajdowiec, rajdowiec…”. Nic więcej nie potrafił z siebie wykrzesać, odpływał i wracał, w krótkich chwilach świadomości rejestrował, że ciągle jedzie, nie wiedział jak już długo ani ile jeszcze będzie jechać. Otoczenie na tę chwilę składało się wyłącznie ze zjawiska jazdy i z jej zewnętrznych objawów: wstrząsów, kołysań i podskoków. Potem znów zapadał w niebyt, w półprzytomne trwanie na granicy nieistnienia, z żołądkiem niebezpiecznie rozchybotanym tuż pod przełykiem, z pulsowaniem prawej strony twarzy i żeber pod lewą pachą.

Potem był na przemian: niesiony i wleczony, podwórkiem, przesmykiem między blokiem a sklepem, schodami do windy. Dalej nie pamiętał, dopiero zimno wystygłej kąpieli przywróciło mu przytomność.

Odetchnął głęboko i jęknął. Zabolało jak diabli. „Połamali mi żebra – pomyślał. – Może jednak nie, może to tylko stłuczenie. Zresztą co to za różnica? Jedno żebro więcej, jedno mniej…”. Wytrzyma, nie takie skopania wytrzymywał. Nawet jak złamane, zrośnie się, na wierzch nie wylazło, więc najwyżej tors mu się z lekka przekrzywi, na plaży cały efekt szlag trafi. Skrzywił się w bolesnym uśmiechu. A, tam, zapuści trochę sadła i krzywość się zakryje. Sześćdziesięciotrzyletni facet z wykończonymi nerkami, mordą niczym stara bitka i piwną nadwagą za plażowego Adonisa robić już nie musi. Za bandziorstwem też już nie gania i tym bardziej ganiać nie będzie, do dozorowania czterech starych piaskowych dziadków w stróżówce ośrodka szkoleniowego lub pogłówkowania czasem nad sposobem ujawnienia jakiegoś zakamuflowanego gacha sprawności mu wystarczy. W odzyskiwanie długów zabawę czas skończyć, jeszcze ze dwa takie bliskie spotkania i wyląduje w przytułku dla bezdomnych kalek. Zocha osobiście go tam odstawi, znał ją na tyle. Nie będzie mu zmieniać pieluch, kaszką nie pokarmi. Zocha… Co z Zochą…? Pojechali razem, potem ona została na dole, gdy poszedł między dwoma bykowatymi łysolami na piętro łódzkiej kamienicy przy Piotrkowskiej. „Sceneria jak z Ala Capone” – pomyślał i znów próbował się uśmiechnąć, z marnym skutkiem, bo też po prawdzie nie było się z czego śmiać, jak się wkrótce okazało. Dał się podpuścić jak nierozprawiczony harcerz, ale kto by się spodziewał? Taki niepozorny człowieczek (choć od początku źle mu z oczu patrzało, przypomniał sobie), dorobkiewicz-fabrykant, drobny cwaniaczek, jakieś majtki produkował czy pończochy, płacił, płacił, a potem przestał, więc koniec końców sprawa trafiła do Nakoniecznego, bowiem dług nie za duży, nieskomplikowany, lecz bez wyroku i z małą prowizją, więc się inni windykatorzy do odzyskiwania nie pchali. Tak wówczas, biorąc tę sprawę, sądził. Dziś gotów był skłonić się ku innej wersji, miał pod okiem silnie przemawiający argument, ale wtedy? Wziął, jak wszystko, z czym do niego przychodzono, na grymaszenie taka płotka jak on nie mogła sobie pozwolić.

Umówili się w centrum miasta, nie na żadnym zadupiu, Nakonieczny miał doświadczenie, na wywiezienie gdzieś w ogródki namówić by się nie dał. Jak się okazuje, na pewnym szczeblu w pysk można zaliczyć nawet w biały dzień pod Radą Ministrów, a co dopiero nocą w łódzkiej reprezentacyjnej kamienicy. Ledwie wysiadł i wszedł do bramy, nie zdążył nawet zadzwonić, gdy drzwi się otworzyły i wyszli łysole. Od razu się domyślił, że łatwo już było. Grzeczni nawet, nie można powiedzieć, szczególnie na początku. Ujęli go pod ramiona i poprowadzili do windy, szerokiej, całej w lustrach. Widział w nich siebie: zgarbionego, zmiętego typa o przekrwionych oczach, w starej ortalionowej bluzie i brudnych trampkach, między dwoma dwumetrowcami bez szyj, którym w gładkich glacach odbijało się światło jarzeniówki.

Z windy szło się parę metrów korytarzem, z wyglądu hotelowym, chociaż przecież nie w hotelu się umówił, miała być zwykła kamienica, a tu marmur do lamperii, na podłodze sznurkowy czerwony chodnik, na ścianach kinkiety w jakimś rokokowym kiczowatym stylu, wszystko to na pograniczu luksusowej tandety i trudno było sobie wyobrazić pospolitych łódzkich mieszczan za kolejno mijanymi drzwiami. Na samym końcu były drzwi, pod którymi, niczym w amerykańskim filmie o gangsterach, stało dwóch bliźniaczych łysych karków. Uśmiechnął się w duchu, sceny jak z kina, musieli się chłopcy za dużo naoglądać i zbyt wzięli sobie do serca. No, ale kto co od kogo odgapiał, w sumie nie było ważne, łysole byli autentyczni jak najbardziej, czerwony chodnik i kinkiety takoż. Nie było się z czego śmiać, bo jak podejrzewał, niezależnie od wiochowatego sztafażu, w środku z pewnością nikomu nie było do żartów. Przynajmniej miny tych dwóch, co go wlekli, zabawne nie były.

Łysi otworzyli przed nim te drzwi na końcu i wszedł. Właściwie go wrzucono, ale postanowił sobie nie brać tu niczego za złe ani nie wyciągać krzywdzących wniosków. Może chłopcy mieli niedobry dzień albo po prostu takie mieli charaktery – nikt nie jest z natury dobrze wychowany, kindersztuba rzecz nabyta, a gdzie by ci biedacy mieli ją nabyć? Na siłowni? Że wpadł gwałtownie, prawie ryjąc nosem na poziomie własnych stóp? No i co takiego? Taki tu kanon zachowań, taka poza, czym w końcu różni się ów niszowy brutalizm od układnego powszechnego dygania? Niczym. Tu konwenans i tu konwenans. Świat składa się z konwenansów, a ich jakość w ogóle nie zależy od tego, co wyznacza ogólnoludzki kodeks przyzwoitych zachowań. Ludzie umówili się na coś, do tego nie wszyscy, to niby czemu wszyscy mają umowy przestrzegać?

Tak się pocieszał, idąc długim podejściem w stronę biurka na końcu sali, za którym ktoś siedział. Gdzieś w połowie zorientował się, że nikt go już nie podtrzymuje pod pachami, że idzie sam i nawet nogi mu się nie trzęsą. Próbował zachowywać się profesjonalnie, starał się obserwować otoczenie i notować w myślach jak najwięcej szczegółów, ale marnie mu szło. Stanowczo musi przestać oglądać detektywistyczne filmy, czasy Kojaka dawno minęły, o ile w ogóle kiedyś istniały; detektyw konfrontowany z głównym przeciwnikiem nie rżnie bohatera i nie ma w głowie rejestrującego komputerka, tylko myśli, czy zarobi w dziób zaraz, czy dopiero po wyjściu, bo że zarobi, zostało gdzieś na wyższych mafijnych szczeblach postanowione. W dziób się brało zawsze, dla zasady. Kwestią było, czy się po tym braniu wracało do domu we w miarę jednym kawałku, czy wyjeżdżało nogami do przodu, przy czym nogi nie zawsze stanowiły jedność z resztą wywożonego truchła.

– Pan Nakonieczny, jak mniemam – dobiegło go z tamtej strony imponującego blatu.

Mniemam, no, no… Czyli bandziorski intelektualista, może nawet erudyta. Odruchowo popatrzył w dół, na jego dłonie. Drobne, delikatne, białe. Paznokcie, jakby mu dopiero co manicure zrobiono. Wyobraził sobie jednego z łysoli z pilniczkiem w ręce, pochylonego nad wypielęgnowaną dłonią bossa, i uśmiechnął się; a potem zerknął na swoje i schował je za siebie.

– Owszem – przytaknął. – A pan…?

Erudyta nie odpowiedział. Pochylił się tylko, oparł łokcie o blat i popatrzył na niego, przekrzywiwszy głowę, jakby oglądał jakiś egzotyczny okaz w zoo. Co pewnie nie było odległe od prawdy, bo tylko jakieś dziwo z niedokładnie dopasowanymi klepkami właziłoby dobrowolnie w te jego wypielęgnowane łapki.

– Pan Nakonieczny lubi kłopoty, co? – rzekł wreszcie po dłuższej chwili milczenia.

Ugryzł się w język – odpowiadanie Chandlerem, które aż się prosiło, mogłoby się erudycie nie spodobać, po co przyspieszać bieg wypadków, jeszcze swoje odbierze, nie ma obaw.

– Nie bardzo – odparł zamiast tego.

– To po co w nie lezie?

– Taki zawód. – Nakonieczny wzruszył ramionami. – Trudno być łapsem i czasem nie zahaczyć o coś, o co się nie chciało. Bo ja niechcący, proszę pana.

– Niechcący… Może i niechcący. Ja skłonny jestem uwierzyć, że niechcący, chcący trafia tu raczej niewielu, może nawet nikt… Pan Nakonieczny musi bardziej uważać, jakiś research wcześniej zrobić albo co, zanim się pan Nakonieczny w przyszłości znów zabierze za taką delikatną robotę. – Zamilkł na chwilę, po czym ciągnął tym swoim przyciszonym, wypielęgnowanym równie jak paznokcie głosem: – Pan Nakonieczny sporo grzechów popełnił. Wiele z nich mogę wybaczyć, jak ten, że się po moje pieniądze pochylił. Mógł nie wiedzieć, dopuszczam. Powiem więc: niech idzie i nie grzeszy więcej.

Odetchnął wtedy z ulgą i przez moment miał nadzieję, że się może jakoś psim swędem wywinie.

– Ale jeden grzech jest ciężki, nie dlatego, że istotny, bo nie jest. Jego waga wynika z faktu, iż pan Nakonieczny popełnił go świadomie. A za premedytację paragrafy robią się surowsze, co pan Nakonieczny doskonale wie, nieprawdaż?

Prawdaż, jasne, że prawdaż.

– Pan wszedł na cudzy teren, panie Nakonieczny, pan chleb tutejszym egzekutorom odbiera, a oni dzieci mają małe do nakarmienia… Pan ma dzieci?

Nakonieczny pokręcił głową.

– No widzi pan. Tym gorzej. Z pustej chciwości pan się na nieswoją prowizję połaszczył. A ja nie lubię chciwych, tak samo, jak świadomych prowokatorów, którzy kuszą los, żeby im kości przetrącił.

Kaznodzieja do tego. Może jakiś niespełniony ksiądz? W różnych miejscach spotykał Nakonieczny byłych lub niedoszłych księży, to czemu nie w mafii?

– Nic pan mi nie powie? – znów odezwał się tamten. – Usprawiedliwić się, wytłumaczyć może by wypadało. Nie żeby to coś miało pomóc, ale dobre wychowanie wymaga.

– Co mogę powiedzieć? – Nakonieczny wzruszył ramionami. – Przepraszam?

– A choćby i „przepraszam”, od razu milej by było.

– Przepraszam więc, to się nie powtórzy. Nie było moim zamiarem zadzierać z wami.

– Ach, ja wiem, że nie było zamiarem i że się nie powtórzy. Z całą pewnością. Moi chłopcy o to zadbają.

Ta resztka nadziei, którą jeszcze miał, właśnie wtedy ulotniła się bezpowrotnie. Boss przeniósł prawą dłoń pod blat i Nakonieczny usłyszał cichy brzęczyk.

– Zostanie pan ukarany, panie Nakonieczny – powiedział tamten, a Nakonieczny usłyszał stuk drzwi za plecami. – Profilaktycznie, bowiem prewencja jest najlepszą metodą. Zapobieganie, wychowywanie… Pan to przecież wie. Żeby jednak nie było, żeby pan nie pomyślał sobie: ot, bezmózgie bandziory spuściły mi łomot, proszę pamiętać, że kara zostanie radykalnie złagodzona, bowiem wziąłem pod uwagę okoliczności łagodzące. Gdyby nie one, musiałby pan udać się na dłuższą kurację, a tak pewnie bez L4 się obejdzie, a jeśli nawet – bo tego przecież precyzyjnie obliczyć się nie da – to nie będzie ono zbyt długie. Trzy dni góra. – Tu mafiozo zawiesił głos, a następnie zapytał: – Pana nie ciekawi, co to za okoliczności?

Nakonieczny podniósł głowę.

– Co to za okoliczności? – spytał posłusznie.

– Sentyment, panie Nakonieczny. Sentyment. Nostalgia za dawnymi czasy. Jak tylko pana zobaczyłem… Pan mnie nie pamięta? Pewnie nie. A ja pana owszem. W Warszawie, na szkoleniu. Osiemdziesiąty piąty, osiemdziesiąty szósty? Jakoś tak. Temat: zwalczanie przestępczości zorganizowanej. Włocha wtedy ściągnęli na prelegenta. Ale się spił! Pamięta pan? Musi pan pamiętać tego zalanego makaroniarza.

O rany. Kolega.

– My z jednej firmy jesteśmy, panie poruczniku Nakonieczny. Z dawnych dobrych czasów. Wobec kolegów z firmy pewna taryfa ulgowa się należy.

Potem mu nostalgicznie podbito oko i uszkodzono żebra, a następnie wrzucono do samochodu Zochy, która, o nic nie pytając, wystartowała niczym Kubica, aż się jej z opon zadymiło. Dalszego ciągu już nie mógł sobie przypomnieć. Tylko to kolebanie i podskoki. Co więc z Zochą…?

Wytarł twarz ręcznikiem i jeszcze raz przyjrzał się sińcowi. Niedobrze. Wstyd iść z tym między ludzi. Już wolał pęknięte żebro, przynajmniej nie widać. Pomacał się pod pachą i syknął. Może być, że faktycznie pęknięte. Gdzieś tu ma elastyczny bandaż, dobrze by było owinąć się, usztywnić. I do lekarza pójść, czasy, gdy wszystko goiło się jak na psie, minęły, razem z charakterystyczną dla młodości manierą lekceważenia wszystkiego, co się ze zdrowiem łączy. Owinął ręcznik wokół bioder i ruszył do drzwi łazienki. W progu zawahał się, spojrzał w kierunku wanny. Szkoda, żeby się zmarnował. Sięgnął do wody, dwoma palcami wyłowił namokły befsztyk i, starając się nie kapać na podłogę, poszedł z nim do kuchni.

Zrobił sobie kawę, rozpuszczalną, z dwóch łyżeczek, bez cukru, z mlekiem, i z kubkiem w ręce przeszedł do pokoju. Miał zamiar powałkonić się do końca dnia, po służbowo należnym wzięciu manta dzień wolnego dał się uzasadnić, zwłaszcza że i tak nic specjalnego nie miał do roboty. Inspekcja kościanych dziadków, pilnujących kopalnianych obiektów, mogła poczekać. „Swoją drogą jak to się czasy zmieniły” – pomyślał. Dobrze pamiętał, jak niegdysiejszy państwowy strażnik pilnował wejścia na kopalnię z karabinem na ramieniu. A dziś? Dziś jego emeryci za zadanie mieli co najwyżej przypilnować, żeby ryle sejfu jawnie nie wynieśli, bo wszystko, co trochę mniejsze, mogli z łatwością. Po co w ogóle pilnować? Dla spokoju sumienia tego i owego, chyba tylko po to. Klasyczny dupochron. Bo się, jakby co, zwali na emeryta z identyfikatorem „Ochrona”, jak gdyby taki emeryt mógł coś poradzić. Jakby co, oczywiście.

Pstryknął pilotem w stronę telewizora, poczekał, aż ekran zszarzeje, a potem błyśnie zapowiedzią obrazu. Patrząc na migające scenki reklam, cofnął się w stronę kanapy i usiadł. Po czym natychmiast wstał, jakby go kto dźgnął w słabiznę, bo pod pośladkiem poczuł miękki, bezwładny tobół ciała. Wyprostował się i obejrzał za siebie. Tobół poruszył się i zamruczał z głębi flauszowej kapy coś niezrozumiałego, a potem z jej zwojów wynurzyła się rudawa, rozczochrana szopa loków w typie Violetty Villas. Reszta osoby spod loków też powoli wyplątała się z kapy i usiadła, przecierając oczy.

– O, żyjesz? – spytała, ziewając. – Nie utopiłeś się? Bo miałam nadzieję.

– Zmartwisz się. – Odsunął róg kapy i usiadł na kanapie obok. – Skąd ten kotlet?

Zocha zsunęła flausz na biodra i obciągnęła szarą, z wyglądu nie najświeższą podkoszulkę. Z mimowolną przyjemnością zakonotował jej ciągle, mimo lat, jędrne i zgrabne piersi. Nie tak znów dużo była młodsza od niego, a jednak… Gdyby jego piwny mięsień był choć w połowie tak apetyczny jak te dwie… Oczy też miała młode, pełne blasku i świeże, jakby wcale nie spała, nie mówiąc już o przeżyciach poprzedzających sen godzin.

– Kotlet? – Spojrzała, nie rozumiejąc. – A, kotlet… Znalazłam w lodówce, w zamrażalniku. W sam raz się nadał: mięcho i zimne do tego. Na sińce najlepsze, przynajmniej tak twierdziła moja babcia.

W lodówce… Fascynujące, co czasem można znaleźć we własnej lodówce. Nie miał pojęcia, kto i kiedy zostawił tam surowy stek, od niepamiętnych czasów Nakonieczny jadał byle co na mieście, gdzie by mu do głowy przyszło befsztyki smażyć. Trochę się więc przestraszył podejrzenia, że mięso mogło pamiętać jeszcze czasy Jolki, bo Jolki nie było od prawie czterech lat. Potem jakiś czas była Zocha, ale z Zochą to miało charakter związku niczym z drugim facetem, homo nieomal. Och, nie fizycznie, fizycznie Zocha była jak najbardziej w porządku. To raczej psychika… Czuł się z nią jak z mężczyzną, na dodatek to nie on był tym na górze, długo więc Zocha nie pobyła, bo nie miało prawa się ułożyć. Gdyby kotlet pamiętał schyłek epoki Zochy, też dwa lata powinno mu stuknąć. Ale facet Zocha kotletów mu nie robiła, sobie zresztą też nie, z przyczyn ideologicznych – była weganką. A potem pozostała już tylko na wpół zawodowa przyjaźń, cementowana wspólną firmą i wspólnym w dużej części, mało podług dzisiejszego kanonu chwalebnym, życiorysem. Wariant z Jolką nie był więc taki znów nieprawdopodobny.

– Masz kawę? – spytała Zocha.

Oddał jej swój kubek i poszedł z powrotem do kuchni. Kotlet leżał smętnie na blacie, cienką strużką wyciekała spod niego różowa woda i kapała na podłogę. Zaklął pod nosem, wrzucił mięso do zlewu, urwał kawał papierowego ręcznika i wytarł kafle do sucha. Powinien umyć, mogło potem śmierdzieć, ale mu się nie chciało. Dla spokoju sumienia wytarł jeszcze raz, a potem zrobił sobie nową kawę.

Gdy