Pomyłka telefoniczna - Liga Monika - ebook + książka

Pomyłka telefoniczna ebook

Liga Monika

3,9

Opis

Martyna podkochuje się w Pawle od dawna. Nie ma śmiałości, by go poderwać i tylko marzy o nim w skrytości ducha. Kilka wypitych podczas imprezy piw powoduje, że Marlena myli numery i zamiast do brata dzwoni do Pawła. Ten zaintrygowany hardością dziewczyny i jej niesamowitym głosem postanawia poznać Marlenę. Już po pierwszym spotkaniu wpada na pomysł, by sprawdzić, czy nada się do jego wyuzdanych zabaw. Nie zdaje sobie sprawy, że trafił na tak niesamowitą kobietę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 124

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (350 ocen)
139
86
80
30
15
Sortuj według:
AnaTro

Dobrze spędzony czas

4 gwiazdki bo taka krótka, świetnie by było poczytać o nich jeszcze i jeszcze...
00
BasiaP44

Z braku laku…

Boże …jak można było wydać coś takiego .
00
Empaga

Dobrze spędzony czas

może zawrócić w głowie 🔥👍
00
Monia7291
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

Martyna podkochuje się w Pawle - starszym chłopaku z uczelni. Na kacu przez przypadek dzwoni zamiast do brata to właśnie do Pawła. Ten zaintrygowany dziewczyną postanawia ją poznać 🙂 Jak potoczą się losy Martyny i Pawła? Zapraszam do lektury 🙃 Książka jest króciutka, ma tylko 150 str., więc w sam raz na jeden wieczór 😉 styl pisania Moniki jest lekki i przyjemny, więc tym bardziej szybko i łatwo się czyta. Książka to ogień 🔥 i potrafi wywołać rumieniec na policzkach ☺ Co tam się dzieje 🙈 to głowa mała 🤫 Jeżeli ktoś uprawia sex tylko w sypialni, po ciemku, w pozycji misjonarskiej, jest ograniczony i nie ma otwartego umysłu to na pewno niech nie czyta tej książki. Mi się podobała i z chęcią bym przeczytała dalsze losy bohaterów 😉 Polecam z całego ❤
00

Popularność



Kolekcje



Pomyłka telefonicznato kolejna już książka autorki, która udowadnia mi, że nie boi się ona kontrowersji i nie ma dla niej tematu tabu. Początek, który zapowiadał się bardzo niewinnie i uroczo, szybko przeszedł w gonitwę doznań i przyjemności odczuwanych przez bohaterów, by pod koniec zafundować czytelnikom kompletny miszmasz emocji – zdziwienie, zaszokowanie, ekscytacja, rozbawienie, napięcie. Pomyłka telefonicznato opowieść o Martynie, dziewczynie która swoją fascynację i zauroczenie Pawłem ukrywa od dawna. Ta młoda studentka, uwielbiająca śpiewać i pływać, należy do dziewczyn niepewnych siebie. Ponieważ jest niska, jej głowę okala burza nieokiełznannych loków, jej piersi są za małe, a pupa za duża, nie wpisuje się w typ kobiet, z którymi zazwyczaj umawia się jej wymarzony chłopak. Jednak jeden źle wykonany telefon daje jej szansę na bliższe poznanie Pawła. Awantura, którą urządza chłopakowi Martyna, wywiera na nim ogromne wrażenie. Zaczyna dostrzegać w niej wulkan energii, który koniecznie chce przenieść do swojej sypialni i wykorzystać dziewczynę do spełnienia swoich największych fantazji. Niedoświadczona w sprawach seksu Martyna przyjmuje propozycje Pawła i staje się jego uległą. Z czasem jednak nabiera ochoty by przesunąć granice jeszcze bardziej i sprawić by Paweł nigdy o niej nie zapomniał. Pomyłka telefonicznato na pewno mocna książka, taka która pobudza wyobraźnię i uruchamia zmysły. Doskonała w połączeniu z pobudzającą kawą i jeśli lubicie erotyki, które nie są przeładowane słodkim lovestory ta książka na pewno się Wam spodoba :).

oczytana_ania

Lubię kiedy w książce znajduje dobry humor, barwnych bohaterów, akcję, i to, że czytając nie mogę się oderwać. Fajnie kiedy sceny erotyczne są „smaczne” a całą fabułę wspominam później z uśmiechem na twarzy. Lubię czuć pasje w piórze autora, i lubię czuć, że pisanie sprawia autorowi przyjemność. To wszystko znalazło się w tej książce. Historia Pawła i Martyny była świetna. Dziewczyna z charakterkiem, i chłopak, który ma swoje specyficzne sposoby na… sprawianie przyjemności. Przypadek, jedna pomyłka telefoniczna sprawia, że ich relacje stają się dość nietypowe, ale jakże gorące. Uwielbiam styl pisania autorki za jej lekkość i za to, że wszystko trzyma się kupy. Szkoda, że historia Martyny i Pawła była taka krótka chciałoby się więcej. Gorąco polecam wam „Pomyłkę Telefoniczną” i gwarantuje, że będziecie chcieli więcej.

me.and.my.alter.ego

Pomyłka telefonicznato historia Martyny, która podejmuje odważną i jednocześnie ryzykowną decyzję. Monika kolejny raz zaskakuje treścią serwowanej książki. Mamy tutaj erotyk, w którym nie przeczytamy cukierkowych opisów zbliżeń. Tutaj będzie mocno, dosadnie, namiętnie i co najważniejsze zaskakująco! Preferencje seksualne głównych bohaterów są dość… osobliwe. Co oczywiście nie zmienia faktu, że lektura zdecydowanie pobudza zmysły. Poznajemy ich nie tylko od tej strony, zagłębiamy się w ich myśli, poznajemy przeszłość. Ciekawe, często sarkastyczne dialogi jak zawsze dopełniają całość. Pomyłkę przeczytałam w nocy, kiedy dopadła mnie bezsenność i okazała się cudownym lekiem na tą przypadłość. Zakończenie, jak w każdej książce Moniki, wywołuje uśmiech na twarzy i daje nadzieję. Uwielbiam i oczywiście polecam!

mopsowe.czytanie

Pomyłka telefoniczna

Pomyłka telefoniczna

Monika Liga

www.monikaliga.pl

Katowice 2020

Copyright ©Monika Liga

WydanieI

Katowice 2020ISBN 978-83-66680-14-2

ISBN epub 978-83-66680-11-1

ISBN mobi 978-83-66680-12-8

ISBN pdf 978-83-66680-13-5

www.monikaliga.pl

Wszelkieprawazastrzeżone. Rozpowszechnianieikopiowaniecałościlubczęścipublikacjiwjakiejkolwiekpostaci, jest zabronionebezwcześniejszepisemnejzgodyautoraorazwydawcy. Dotyczytotakżefotokopiiimikrofilmóworazrozpowszechnianiazapomocąnośnikówelektronicznych.

Skład i łamanie

Wielogłoska Katarzyna Mróz-Jaskuła, www.wielogloska.pl

Książki i ebooki kupisznastronie

www.monikaliga.pl

[email protected]

Dedykuję tę książkę Tobie, bo jak Ty kocham miłość i wierzę w jej moc. I niech tak zostanie.

Rozdział 1

– Martyna, idziesz z nami na imprezkę do Bartka? – Huknęło ze słuchawki. – Zaczyna się za dwie godziny.

– W dupie tam. Nigdzie nie idę, chcę spać – zamarudziłam zmęczonym głosem.

Sesja, dużo nauki iniedosypianie, spowodowane chorym i platonicznym zakochaniem się w nieosiągalnym facecie, zniechęcały skutecznie do wszelkich rozrywek. Facet kończył właśnie ostatni rok i miałam kolejne trzy lata żyć wyłącznie wspomnieniami brązowych oczu i czarnej czupryny. Nie wiem, jak to zniosę i mam tylko nadzieję, że z biegiem czasu mi minie. Może chociaż troszkę zelżeje. Facet był nieosiągalny i zawsze kręciły się koło niego laski. Te z półki z napisem: „Model wiecznie roześmiany i wypicowany na styl Barbie”. Do Barbie mi tak daleko, jak krowie do ryknięcia lwim głosem. Choć ona by chyba miała łatwiej.

Jestem niska i dane mi było urosnąć do jedynych stu pięćdziesięciu centymetrów. Włosy skręcone mam w tak ścisłe loczki, że mogę je nosić wyłącznie spięte, a rozczesywanie tego czegoś jest dla mnie najgorszą torturą. Dodatkowo biust zdecydował umiejscowić się w pośladkach, a usta konkurują wielkością z oczami, w wyniku czego wyglądam, jak przerysowana postać z kreskówki. Jedni zachwycają się moją urodą, inni porównują mnie do Pokemona. Tak czy siak, nie jestem i nigdy nie będę w typie Pawła i nawet nie próbuję, bo jak tu się przebić przez smukły blond mur pancerny. Ech, dała Bozia taką urodę za karę.

– Martyna, no weź! – Czułam, że Tereska zamierza wyciągnąć ciężką artylerię w postaci niezbitych argumentów. – Pośpiewałabyś trochę i Aśka będzie.

– No i co mi z Aśki? – Nie rozumiałam jej.

– Aśka ma numer Pawła…

– I co mi z jego numeru? – Udawałam.

Chciałam mieć jego numer, choć nie zamierzałam przecież dzwonić, by się umówić. Zawsze jednak mogłabym sobie popatrzeć na te cyferki i zamarzyć. Albo kupić kartę telefoniczną, specjalnie na tę okazję i usłyszeć jego „halo”. Przecież nie odważyłabym się odpowiedzieć. Z drugiej strony, gdyby się do tego odpowiednio przygotować, to mogłabym z nim trochę poflirtować, może nawet poświntuszyć. Marzycielka ze mnie.

– Chodź, bo ocipiejesz wreszcie od tego ciągłego wzdychania, głupia krowo! – Wkurzyła się, czyli brak innych marchewek na zachętę. – Ostatnio obiecałaś, że zaśpiewasz!

– No dobrze. – Łaskawie zgodziłam się, choć tak naprawdę to znęciła mnie okazja zdobycia numeru. – Ale nie zmuszaj mnie do picia, bo wiesz?

– Wiem. – Odpowiedział mi znudzony głos Tereski. – Masz słaby łeb i po alko świrujesz. Spoko wodza.

– No! Pamiętaj!

– Tak jest, singielko moja. – Cieszyła się, ja zastanawiałam natomiast, czy nie lepiej jednak zostać w akademiku, wleźć pod kołdrę i bezsennie marzyć o przydługich, czarnych włosach i ciemnych oczach, wpatrzonych we mnie podczas…

– Będę po ciebie za półtorej godziny – kwiknęła Teresa i rozłączyła się.

Westchnęłam ciężko, klapnęłam na łóżko i zapatrzyłam się na kłębowisko ciuchów w szafie.

Co mam ubrać?

Impreza, jak to impreza. Za dużo alkoholu, zbyt wiele nagrzania seksualnego w ludziach i głośna muza. Dla mnie męczące, ale Tereska bawiła się wybornie. Właśnie wyhaczała kolesia zestarszego roku i tylko przyglądałam jej się bacznie. Byłam tą od ratowania jej w chwilach zaczadzenia umysłu. Wtedy zawsze ktoś wołał mnie słowami: „Martyna, Teresa cię woła”. Oznaczało to, żealbo spiła się na amen i muszę ją odtransportować donaszego pokoju, albo jakiś facet zbytnio napiera na jej obfite wydekoltowanie, bądź przeżywa alkoholowe rozstanie z niedoszłą miłością. Oczywiście taką, którą dopiero poznała i zakochała się pod wpływem procentów, lecz bez wzajemności.

Rozkręciłam się dopiero przy karaoke i jak zwykle mikrofon rozgrzewany był przede wszystkim moją dłonią i opluwany moimi ustami. Jestem niska, ale ku zdziwieniu wszystkich, którzy nie słyszeli mojego śpiewu, mam głos jak lew. Do szkoły muzycznej nie poszłam, ponieważ byłam zbyt leniwa. Śpiewałam, zbierałam oklaski i zkażdą kolejną piosenką odpływałam w świat, do którego dostęp miałam wyłącznie ja. Ludzie w knajpie wymieniali się i większości nawet nie znałam. Teresa zniknęła i pewnie miętoli się właśnie zjakimś kolesiem gdzieś w kącie. Ja mam mikrofon i mogę śpiewać, a z każdą kolejną piosenką odlatuję coraz dalej. Poprawka. Odleciałabym, ale coś mi przeszkodziło.

Wykonywałam właśnie szlagier Whitney Houston „I will always love you”, gdy nabierając w płuca powietrza zobaczyłam ciemne oczy wpatrzone we mnie i wymarzoną przeze mnie buźkę Pawła. Siedział przy stoliku naprzeciw prowizorycznej sceny, na jego kolanach grzała tyłek Barbie i ćwierkała mu coś do ucha wijąc się przy tym, jak jaszczurka. Nabrałam powietrza i zapomniałam, jak się oddycha. Piosenka leciała, ja milczałam i nie mrugałam nawet.

Cholera, co on tutaj robi?! Przecież Bartek go nie zna, a to jego imprezka! Nie podejmowałam już prób wokalnych, bo gardło sprzęgło mi się z żołądkiem i usztywniło wsuchy drąg. Tereska wyłoniła się zdziwiona z cienia, który miał zapewne ukryć jej mizianki i przyglądała mi się badawczo. Co za ulga. Pomachałam do niej wesoło, lub chociaż z nadzieją, że tak właśnie to wygląda. Odłożyłam mikrofon na stół iposzłam do niej.

– Idziemy – stęknęłam, ponieważ gardło nadal nie działało sprawnie.

– Ale co się stało?! – Zaglądała mi w oczy widząc, że coś jest bardzo nie tak.

– On tu jest i widział, jak śpiewam! – syknęłam jej do ucha.

– Gdzie? – Próbowała mi wyjrzeć ponad ramieniem, za co spotkała ją kara wpostaci wbicia moich pazurów w ramię.

– Nie wyglądaj kretynko, bo zobaczy jeszcze i domyśli się, że to przez niego się tak zatkałam – mówiłam spokojnie, lecz miałam ochotę kopnąć ją wpiszczel.

– Dobra, ale ja nigdzie nie idę – odparła buńczucznie. – Chcę dopić piwo i tobie też polecam.

– Wypiję z tobą, bo mi zaraz emocje nosem pójdą krwawym potokiem. – Skierowałam się dobaru i zamówiłam jasne z pianką.

– No stara, faktycznie cię siekło. – Teresa oglądała mnie sobie, jak szympansa. – Tu masz numer. Może zachce ci się pośpiewać mu na dobranoc przez telefon, chociaż z twoim głosem, to raczej na pobudkę.

– Wal się – burknęłam pieszczotliwie, jak to miałam w zwyczaju, gdy temat był drażniący.

Parsknęła, ale nie kontynuowała. Wpisałam szybko jego numer wtelefon, bo karteczki nigdy się mnie nie trzymały i upiłam potężny łyk piwa. Po pierwszym zamówiłam kolejne.

Rano skacowana i szczęśliwa, ponieważ mam dzień wolny, przypomniałam sobie, że jednak nie do końca będzie wolny. Na dwunastą umówiłam się z braciszkiem i nie mogłam mu odmówić. Miałam go zawieźć na rozmowę w sprawie pracy, więc pozostało mi tylko zwlec się z łóżka, wziąć ożywczy prysznic, zjeść cokolwiek, byleby zagryźć wczorajsze piwo i jechać z tym baranem. Jak on mnie wkurzał!

Dwa lata temu dołożył się do remontu silnika i od tej pory wykorzystywał każdą okazję, by mi o tym przypomnieć i zrobić sobie ze mnie bezpłatną taksówkę. Benzyny na jego wożenie zużyłam już trzy razy tyle, ile włożył kasy w ten nieszczęsny remont. No ale cóż. To ja byłam młodsza, a mimo to dostałam auto od rodziców. Chcąc nie chcąc, musiałam się dostosować.

Podjechałam w umówione miejsce i starałam się zebrać do kupy. Jakoś muszę przeżyć do popołudnia. Zawieźć go, zaczekać i odwieźć z powrotem. Po co ja piłam to piwo?

Po pół godzinie oczekiwania zaczęłam się wkurzać, a po kolejnym kwadransie gotować. Mogłam leżeć w łóżku. Mogłam oglądać głupawe seriale z Tereską, albo po prostu marzyć o Pawle. Stałam tymczasem pod własną szkołą i czekałam na świrniętego brata, który nie po raz pierwszy mnie wystawił i nie raczył nawet o tym poinformować. Co tam! Siostrunia poczeka. Kurwa mać!

Chwyciłam telefon i gotując się w środku, a jednocześnie walcząc z ostrością widzenia z powodu zalewającej mi oczy krwistej poświaty wściekłości, wybrałam numer i czekałam na połączenie. Jak ja go zjebię! Suchej nitki na nim nie zostawię i nigdy już nie zawiozę jego dupkowatego tyłka nigdzie!

– Halo? – Niewinny i zaspany głos Michała. Czyli nawet nie wstał jeszcze z łóżka!

– Słuchaj no, ty podstarzały dupku. – Jad przepalał mikrofon w telefonie. – Umawiasz się ze mną, każesz wstać z łóżka, chociaż mogłabym jeszcze grzać dupę w pościeli, a sam nadal się wałkonisz?

– Co? – Widać nie obudził się do końca.

Już ja go obudzę!

– Jajco drogą szło! – Wrzasnęłam w mikrofon, przybliżając go z premedytacją do ust. – Po coś się umawiał, skoro zamierzałeś zabalować?! Rusz swój zgnuśniały zadek z łóżka i zapierniczaj tutaj w te pędy, albo zapomnij o darmowej podwózce na najbliższych pięć lat!

Wiedziałam, że jadę po nim trochę za ostro, ale tak rzadko pijam alkohol, że objawy kaca są dla mnie męką. Mogłam się wyżyć na bracie i zrobiłam to. Choćby za te wszystkie razy z dzieciństwa i okresu dorastania, kiedy dokuczał mi ile wlezie.

– Gdzie? – Widać, że go wkurzyłam, bo mu się głos zmienił.

I dobrze!

– Pod moją szkołą gamoniu. – Uniosłam oczy w górę.

Co za baran i sklerotyk.

– Jakbyś już zapadał na starczą demencję, to ci jeszcze przypomnę, że czerwone Clio ma twoja wspaniałomyślna siostra i że będzie czekać najwyżej pół godziny, więc zagęszczaj ruchy, albo idź na autobus.

I rozłączyłam się, czując ulgę i przypływ energii. Wyżyłam się i było mi lepiej. Jak sobie przypomnę tę pastę do zębów w majtkach i uczucie, gdy je założyłam. Jak się wtedy bałwan ubawił, a z nim jego koledzy! Zdecydowanie nie miałam wyrzutów sumienia!

– Jestem! – Klapnął wreszcie na siedzenie pasażera, wyrywając mnie z marzeń o nieosiągalnym facecie.

– No nareszcie – powiedziałam przez zęby, odrywając głowę od zagłówka i sięgając do stacyjki.

Zamarłam z ręką na kluczyku i rozdziawioną buzią. Na miejscu pasażera, uśmiechnięty i nieludzko piękny siedział nikt inny, jak… Paweł.

Rozdział 2

Z bliska wyglądał jeszcze lepiej, niż oglądany z oddali połowy uczelnianego korytarza. Siedziałam jak zaczarowana i wlepiałam w niego ślepia, które z braku mrugania zaczynały już wysychać. Jeszcze chwila, a pokruszą mi się i wysypią z oczodołów.

– Darłaś japę, że mam ruszyć zgnuśniały tyłek, to jestem. – Błysnął zębami w podstępnym uśmiechu.

– Co ty do mnie mówisz? – Ręka opadła na kolano, pociągając za sobą kluczyki, a te z brzdęknięciem opadły na podłogę.

– Zadzwoniłaś, zjechałaś jak psa, więc jestem. – Uśmiechał się od ucha do ucha.

– Że ja do ciebie dzwoniłam niby?! – Mój przymroczony jeszcze piwnymi oparami umysł, nie umiał poskładać wszystkiego do kupy.

– To gdzie niby ja mam jechać? – Rozparł się wygodnie w fotelu, dotykając przy okazji głową podsufitki. – No siostrunia. Wieź mnie wreszcie.

– Przestaniesz sobie ze mnie wreszcie jaja robić?! – Nadmiar emocji wydobył z mojego gardła tembr, który uruchamiałam zazwyczaj dopiero podczas śpiewania.

W niewielkiej przestrzeni samochodu zabrzmiałam co najmniej, jak trąba.

– Kobieto! – Paweł uniósł dłonie do uszu. – Słyszałem wczoraj, jak śpiewasz, ale nie jesteśmy w knajpie, więc oszczędź mi decybeli. Skoro nie wiesz, dokąd jechać, to ja ci powiem.

Ogłupiałam jeszcze bardziej i patrzyłam nadal, na szczęście udało mi się już mrugnąć oczami.

– Poproszę na trening, a po treningu naśniadanie – ciągnął dalej z beztroskim wyrazem twarzy.

– Że co? – To już wypiszczałam.

– Z wywrzeszczanej przez ciebie telefoniczną drogą treści zrozumiałem, że miałaś dzisiaj wozić brata, ale ten cię wystawił. – Pochylił się do mnie, zakładając jedną dłoń za mój zagłówek, drugą kładąc na kierownicy. – Skoro tak bestialsko wyciągnęłaś mnie zpościeli, to teraz zrób coś z tym.

W pierwszym odruchu cofnęłam się, osaczona jego luzem i nachylaniem się w moją stronę. Po słowach o wyciągnięciu go z pościeli poczułam gorąc i zaczęłam się pocić. Gdy natomiast jego twarz znalazła się tak blisko, a dłonie prawie objęły powietrze wokół mnie, włączyła się moja hetera.

– A dupa tam – warknęłam. – Sam sobie zrób i nie wzbudzaj we mnie wyrzutów sumienia. Też mogłam gnić w swoim wygodnym łóżku, a siedzę za kierownicą z obcym facetem obok.

Zbaraniał, a ja poczułam satysfakcję, że udało mi się to sprawić.

– Czyli mam spadać? – Uniósł brwi. – Nie ma mowy! Obudziłaś, opieprzyłaś, kazałaś przybiec, to jestem. Nie ruszę się stąd, więc jedziemy! – Sportową torbę z kolan przerzucił niedbałym ruchem na tylne siedzenie.

– Nie wiem, jakim cudem do ciebie zadzwoniłam, ale bardzo cię przepraszam. – Zaczęłam spokojnie. – Zawiozę cię w ramach przeprosin tam, gdzie chcesz i do widzenia. Ok?

– Gdzie ci się spieszy? – Przyglądał mi się spod byka. – Masz wolny dzień i nie możesz poświęcić go koledze ze starszego roku?

Mogłabym ci poświęcić i całe życie, pomyślałam. Mam jednak taki charakterek, który każe oponować i dokuczać ludziom, których darzę sympatią. Znajomi wiedzą już, że jeśli kogoś polubię, to nie jestem dla niego słodko ujmująca i w tyłek wchodząca. Dokuczam moim ulubieńcom i otrzymuję to samo. Może to przez nadmiar rodzeństwa?

– Czyli mam cię zawieźć, poczekać i przywieźć, tak? – Musiałam się upewnić, że jednak robię dziś za taksówkarza.

– No prawie – odpowiedział.

– Ok. – Odpaliłam silnik i zamierzałam ruszyć, lecz z wrażenia pomyliłam pedały, w wyniku czego samochód szarpnął i zgasł. – Sorry, kac. – Mruknęłam w ramach wyjaśnienia.

– Może lepiej ja poprowadzę, co? – Minę miał nietęgą i pełną zwątpienia w moje umiejętności kierowcy.

– Ok. – Nie wahałam się z podjęciem decyzji, tym bardziej, że dał mi szansę na choćby chwilowe opuszczenie ciasnej przestrzeni, wypełnionej wyłącznie jego zapachem, a ten był odurzający.

Wysiadłam z auta i obeszłam je, stając przy drzwiach pasażera.

– Mam ci jeszcze drzwi otworzyć? – Splotłam dłonie pod piersiami.

– Dam radę – odpowiedział z dziwnym wyrazem twarzy.

On na odsuniętym maksymalnie siedzeniu kierowcy, które zajmował całkowicie aż po sufit i ja, wypierdek mamuci obok. Patrząc na nas z boku, można by stwierdzić, że starszy brat wiezie gdzieś swoją małą siostrunię. Małą i skacowaną. Nigdy więcej piwa!

– Zgrabne to autko. – Rozglądał się po wnętrzu, odpalił silnik, pozałączał, co trzeba i ruszyliśmy.

Starałam się skupić na drodze, by wiedzieć, dokąd jedziemy, lecz przerosło to moje siły. Co chwilę wzrok uciekał mi na jego opięte dżinsami uda, pracujące podczas zmiany biegów.

– To co porabiasz poza śpiewaniem? – Przerwał ciszę.

– Uczę się. – Poczułam ulgę, że podjął jakiś temat. – Czasami baluję i wtedy skutki tego są właśnie takie. – Parsknęłam. – Dzwonię do obcych facetów i robię im za taksówkę.

– Skoro obcy, to skąd miałaś mój numer? – Siekł celnie pytaniem.

– Nie wiem, jakim cudem wykręciłam taki zestaw cyfr. – Kłamałam mało przekonująco, a z odmętów pijackiej pamięci wylazł obrazek pokazujący mnie wczoraj na imprezie i targowanie się z równie nietrzeźwą Tereską, że zadzwonię do niego.

O Boże! Czy ja dzwoniłam wczoraj? Nie drążyłam już tematu i on na szczęście również tego nie robił. Zaparkował wreszcie pod jakąś halą sportową, wyłączył silnik i odwrócił się w fotelu do mnie.

– Chodźmy! – Uśmiechnął się tak, że cała krew w jednym momencie uderzyła mi do głowy.

– A nie mogę poczekać tutaj, jak przystało na grzecznego taksiarza? – Mój głosik był słodziutki, jak u dziecka chcącego wynegocjować coś z dorosłym.

– Tam jest automat z kawą. – Kusił śpiewnym tonem. – I wygodne fotele.

– Przekonałeś mnie! – Wyszłam szybko z auta i znów musiałam na niego czekać, bo nie ruszył się nawet na siedzeniu.

Czyżby chciał jeszcze coś powiedzieć?

On ze sportową torbą i ja ze swoją worko – torebką na wszystko pod pachą, wkroczyliśmy do luksusowego ośrodka sportowego. Dużo szkła, stali i ciepłe oświetlenie. Zapach dywanów i ich miękkość pod stopami, optimum temperatury utrzymywanej przez klimatyzację. Gdzie ja jestem?

Szłam obok niego w milczeniu, robiąc postój przy automacie z kawą. Z parującym brązowym płynem kubkiem, pozwoliłam się zaprowadzić do wygodnej kanapy, naprzeciw ogromnej szyby. Za nią było ciemno, ale nie zajęło to w tej chwili mojego zaćmionego umysłu.

Piwo, jasny szlag…

– Grałaś kiedyś w squasha? – zapytał.

– Nigdy i myślę, że piłka mogłaby mnie zabić. – Uśmiechnęłam się, upijając łyk kawy.

– Powinnaś kiedyś spróbować. – Mrugnął, w efekcie miód zalał moje serce, a gardło oparzył gorąc napoju.

– Cześć Paweł! – Z błogiego stanu wyrwał mnie gromki okrzyk, dobiegający od drzwi. – Dziś dam ci taki wycisk, że się nie pozbierasz!

To był Bartek, a więc stąd Paweł na imprezie.

– Cześć. – Ich dłonie spotkały się w mocnym, powitalnym uderzeniu. – Zawsze tak mówisz, a potem kwiczysz i przegrywasz.

– Cześć Martyna. – Bartek powitał mnie zdziwionymi brwiami. – Co tutaj robisz?

– Robię za taksiarza. – Odparłam obojętnym tonem, choć w moim wnętrzu działo się tak wiele, że obawiałam się wylewu.

Nie zadawał na szczęście więcej pytań, tylko wszedł do pomieszczenia z napisem „Szatnia”.

– Zaczekasz tu na mnie, dobrze? – Paweł pochylił się, a ja znów poczułam się osaczona jego spojrzeniem, na które zsunęły się czarne kosmyki włosów. – Zresztą i tak nie masz wyjścia. Mam kluczyki.

Mrugnął, odwrócił się i zniknął za drzwiami.

Kawa zaczynała powolny proces budzenia mojego umysłu, a ten łączył fakty i wyszedł mi wynik prostego równania. Mam fuksa! Tyle czasu wzdychałam do faceta, nie potrafiąc zebrać w sobie wystarczającej ilości odwagi, by do niego zagadać, więc COŚ pozwoliło mi na niego nawrzeszczeć, a tym samym… co? Zainteresować go sobą? Nie no, błagam. Gdzie ja, taka zwykła.

Tok moich rozmyślań przerwało zapalenie się światła w pomieszczeniu za szybą i wejście chłopaków z rakietami. Całą resztę zapamiętałam, jako pomachanie mi przez szybę dłonią, a następnie „napierniczanka” dwóch wariatów w jedną piłkę. Przeskoki, ślizgi, upadki i szaleństwo ruchu, a wszystko do jednej piłki. Siedziałam zszokowana wysiłkiem i pasją, wkładaną przez nich w grę i rozbawiona tym równocześnie. Ciekawy pokaz energii i testosteronu skończył się w momencie, gdy dopijałam resztkę kawy. Po kolejnych dziesięciu minutach Paweł i Bartek, szczęśliwi i rozluźnieni sportowymi endorfinkami, wyszli z szatni.

– No, panowie! – zawołałam. – Gladiatorzy z rakietami miast sprzętu bojowego! Piękny pokaz, tylko publiczność niewielka. Ilościowo i wielkościowo również.

– Dobrze, że w gardle jesteś wielka, bo można by cię czasami nie zauważyć. – Wesoło rzucił Bartek.

Paweł natomiast uniósł brwi imilczał. Milczał i mierzył mnie wzrokiem, przez co poczułam się jeszcze mniejsza i cichsza, niż dotychczas.

– To dokąd jaśnie pan życzy sobie teraz? – Musiałam jakoś przerwać tę wędrówkę oczu pomoim ciele. – Łaźnie fińskie, salon odnowy biologicznej?

Nie wiedziałam, czy kąśliwość to kolejny z nowych objawów kaca, czy złośliwa głupawka wywołana bliskością obiektu westchnień.

– Jeść – odparł z uśmiechem. – Zjadłbym konia z kopytami.

Dziwne, że przy okazji tych słów, patrzył naśrodkową część mnie. Chciał mnie speszyć, czy podpuścić?

W małej przestrzeni szklano-metalowej, znów owionął mnie zapach i tym razem były to kosmetyki, którymi mył się po treningu. Miałam prowadzić, ale musiałam się najpierw opanować, ponieważ wyświetlały mi się wgłowie scenki jego nagości, mydlonej jakimś specyfikiem. Zakryłam twarz dłońmi i potarłam ją, rozczochrując się przy okazji.

– Co ci? – Nachylił się, zaglądając ciekawie w oczy. – Kac?

– Już mi dobrze. – Głupawka nie ustępowała, ale postępowała i rozhuśtywała emocje coraz bardziej. – Właśnie się budzę. Czyli chcesz jeść?

– Bardzo! – Uśmiechnął się olśniewającym uśmiechem, a mnie napłynęła do ust na ten widok ślina.

Boże! Co się ze mną dzieje?!

Rozdział 3

Po raz pierwszy zwróciłem na nią uwagę w knajpie. Wijąca mi się na kolanach Klaudia nie utrudniała zbytnio obserwacji. Klaudia jest fajną dziewczyną i przy okazji ładną, ale… No właśnie. To ale, lub raczej jego brak, robi z niej płaski obrazeczek typowo urodziwej dziewczyny. Mówi niewiele lub na temat, którego nie jestem w stanie załapać. Nie interesują mnie wyprzedaże ciuchów, nowe zabiegi ujędrniające coś tam czymś tam i losy koleżanek z grupy. Klaudynka wiła się masując przy okazji, oczywiście mimochodem, moje krocze przy pomocy uda i nawet odrobinę pobudziła krew, lecz nie tak, jak dźwięk, którym drobna postać z mikrofonem przy ustach wdarła mi się w mózg. Zamarłem każdym mięśniem, gdy mocne brzmienie kobiecego głosu spenetrowało tkanki mojego ciała. Najpierw łagodnie, a po chwili uderzenie czystych decybeli uniosło każdy włos na ciele.

Chodzę na koncerty, ale wtedy wiem, czego oczekiwać, jestem przygotowany. Tutaj knajpiana muzyka nie zapowiadała przeżyć audio, a tymczasem głos drobiny na scenie rozwalił mnie bez ostrzeżenia. Siedziałem osłupiały, a to dziewczątko dudniło czystością wokalu i pozwoliło zniknąć wszystkiemu wokoło do momentu, gdy nagle dojrzała kogoś znajomego. Machając ku niemu, przerwała podawanie mi nutek strumieniem przez uszy wprost do duszy.

To wtedy postanowiłem, że ją poznam. Jej głos mnie pobudził, obudził… coś.

Zawsze kręciły się przy mnie ślicznotki, ale topewnie przez moją inność. Ktoś nazwałby mnie pewnie autystycznym. Dlaczego?! Bo lubię liczyć okna w budynkach, dodawać, dzielić i mnożyć wyniki liczb tworzonych przez cyfry rejestracji, gdy stoję w korku? Autystyczny, czyli jaki? Inny trochę i tyle. Głupie to. Ludzie uwielbiają przyklejać do wszystkiego metki, ja metek mam przyklejonych kilogramy i… wali mnie to.

Jedno stało się pewne, muszę poznać tę dziewczynę. Może będzie kolejnym rozczarowaniem, może odkryciem. Chociaż, co można odkryć w drugiej osobie, szczególnie kobiecie? Nie zdarzyło mi się jeszcze zafascynowanie żeńską psychiką i wątpliwym jest, by miało się to przydarzyć tym razem.

Tego wieczoru umknęła mi ta niewidoczna prawie istotka, lecz nie zmartwiłem się. Skoro Bartek ją zaprosił, musiała być jego znajomą.

Noc z Klaudynką na mnie i ja w niej. Nic szczególnego, zwykłe odprężenie podchodzące odczuciami pod czynność fizjologiczną, bliską wypróżnianiu organu ze zbędnej zawartości.

Poranek rozdarło skrzeczenie telefonu.

– Słuchaj no, ty podstarzały dupku. – Nie odrazu zajarzyłem, o co chodzi, lecz słuchałem, budząc się powoli. – Umawiasz się ze mną, każesz wstać z łóżka, chociaż mogłabym jeszcze grzać dupę w pościeli, a sam nadal się wałkonisz?

– Co? – Z wolna odzyskiwałem przytomność umysłu.

– Jajco drogą szło! – Gdy usłyszałem ten wrzask stwierdziłem, że oto rzeczywistość postanowiła uśmiechnąć się do mnie w postaci dziewczęcia z knajpy, które to zgwałciło mi uszy kilka godzin wcześniej. – Po coś się umawiał, skoro zamierzałeś zabalować?! Rusz swój zgnuśniały zadek z łóżka i zapierniczaj tutaj w te pędy, albo zapomnij o darmowej podwózce na najbliższych pięć lat!

Tak. Zdecydowanie los chciał mnie spotkać z dużym temperamentem, umieszczonym w mini ciałku. Byłbym głąbem, bagatelizując ten znak. Chciałem ją poznać, więc COŚ mi ją podesłało, a ja musiałem jedynie TO przyjąć.

– Gdzie? – Starałem się oszczędnie używać słów, by nie poznała, że dodzwoniła się nie do tej osoby, do której zamierzała.

– Pod moją szkołą gamoniu. – Z tonu wnioskowałem, że nie poznała różnicy w głosie. – Jakbyś już zapadał na starczą demencję, to ci jeszcze przypomnę, że czerwone Clio ma twoja wspaniałomyślna siostra i że będzie czekać najwyżej pół godziny, więc zagęszczaj ruchy, albo idź na autobus.

I rozłączyła się, a ja wyskoczyłem z łóżka, nie zważając na gniewny pomruk Klaudii. Olać to! Coś mi mówiło, że robię właśnie najmądrzejszą rzecz w życiu. Zawsze ufałem tak zwanej intuicji i tym razem nie miałem zamiaru zbagatelizować jej podszeptu. Mało ważne było w tym momencie źródło pochodzenia przeczucia. Liczyło się to, że nigdy mnie nie zawiodło, a tym razem w żołądku gotował mi się gejzer niewiadomego pochodzenia. Pognałem więc na parking przed szkołą, umawiając się z Bartkiem na squasha, dla zapewnienia sobie… czego? Nie wiedziałem dokładnie, ale byłem pewien, że dobrze zrobiłem. Jedyną akcją poczynioną ciałem w celu udokumentowania celowości moich działań, było zgarnięcie torby sportowej z ciuchami, rakietą i szamponem. Porwałem dwoje szmacianych uszu z zawartością i wybiegłem z mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi.

Śmierdziałem seksem, czy raczej zmaganiami łóżkowymi, ale olałem to w tej chwili. Nie miałem czasu na prysznic. Coś dziwnego pchało mnie do tej dziewczyny. Do laski, której twarzy nawet nie widziałem.

Czerwone Renault Clio stało na parkingu tylko jedno. Podszedłem, zajrzałem. Oparta o zagłówek siedziała kudłata drobina z knajpy. Zamknięte oczy, ogromne usta i zgrabny nos. Jakaś taka rysunkowa była, jak postać wyjęta z kreskówki. Fascynująca twarz przypięta do małej kobiety. Zdecydowanie nietypowa dziewczyna. Obszedłem auto i otworzyłem drzwi pasażera. Wsiadłem i oznajmiłem:

– Jestem!

– No, nareszcie! – powiedziała przez zęby, odrywając głowę od zagłówka i sięgając do stacyjki.

Efekt zaskoczenia osiągnąłem. Zamarła z dłonią na stacyjce i kluczyku weń wetkniętym. Teraz zobaczyłem jej oczy, a te były ogromne. Jej głowa była czymś odrealnionym dzięki kontrastom, wktóre obfitowała ta drobna twarz.

– Darłaś japę, że mam ruszyć zgnuśniały tyłek, to jestem. – Uśmiechnąłem się, czując zdobycz dziwnego kalibru na celowniku.

– Co ty do mnie mówisz? – Ręka opadła jej na kolano, pociągając za sobą kluczyki, a te z brzdęknięciem opadły na podłogę.

– Zadzwoniłaś, zjechałaś jak psa, więc jestem. – Bawiłem się świetnie jej zagubieniem i miałem ochotę pocałować ją bez uprzedzenia.

Ot choćby po to, żeby sprawdzić, jak całuje się tak wydatne wargi. Co za kretyńskie myśli!

– Że ja dociebie dzwoniłam niby?! – Patrzyła na mnie, jak na idiotę, aja poczułem się idiotycznie pobudzony od wewnątrz.

– To gdzie niby ja mam jechać? – Rozparłem się w fotelu przyciasnego auta. – No siostrunia. Wieź mnie wreszcie.

– Przestaniesz sobie ze mnie wreszcie jaja robić?! – Huknęła głosem, który zapamiętałem z wczorajszego występu w knajpie.

– Kobieto! – Nie chciałem, ale reagowałem seksualnym pobudzeniem na jej głos. – Słyszałem wczoraj, jak śpiewasz, ale nie jesteśmy w knajpie, więc oszczędź mi decybeli. Skoro nie wiesz, dokąd jechać, to ja ci powiem.

Ogłupiała, zapatrzyła się we mnie. Podobało mi się to. Muszę być niezły, skoro wywołuję takie reakcje.

– Poproszę natrening, a po treningu na śniadanie. – Śniadanie wymyśliłem naprędce.

– Że co?

– Z wywrzeszczanej przez ciebie telefoniczną drogą treści zrozumiałem, żemiałaś dzisiaj wozić brata, ale ten cię wystawił. – Pochyliłem się do niej i zaglądając w wielkie, błyszczące oczy dodałem: – Skoro mnie tak bestialsko wyciągnęłaś z pościeli, to teraz zrób coś z tym.

Uległa mi. Widziałem to w jej oczach. Zmiękła i poddała się, lecz po chwili w jej oczach coś się zmieniło. Źrenice zwęziły się, brwi ściągnęły, a usta zacisnęły odrobinę. Twarz z uległej - odmieniła się i pokryła lodem.

– Adupa tam – warknęła. – Sam sobie zrób i nie wzbudzaj we mnie wyrzutów sumienia. Też mogłam gnić w swoim wygodnym łóżku, a siedzę za kierownicą z obcym facetem obok.

Zatkało mnie z zachwytu nad taką reakcją. Normalny samiec obruszyłby się, mnie to zajarało.

– Czyli mam spadać? – Udałem obojętność. – Nie ma mowy! Obudziłaś, opieprzyłaś, kazałaś przybiec, to jestem. Nie ruszę się stąd, więc jedziemy! – Sportową torbę z kolan przerzuciłem na tylne siedzenie.

– Nie wiem, jakim cudem do ciebie zadzwoniłam, ale bardzo cię przepraszam. – Podjęła negocjacyjnym tonem. – Zawiozę cię w ramach przeprosin tam, gdzie chcesz i do widzenia. Ok?

– Gdzie ci się spieszy? – Wkurzyłem się jej wycofaniem, do którego nie byłem przyzwyczajony wzachowaniach kobiet, a tym samym zawziąłem jeszcze bardziej. – Masz wolny dzień i nie możesz poświęcić go koledze ze starszego roku?

Widziałem walkę i kapitulację, odgrywającą wojnę na jej rysunkowej twarzy.

– Czyli mam cię zawieźć, poczekać i przywieźć, tak? – dopytywała.

– No prawie – potwierdziłem.

– To co porabiasz poza śpiewaniem? – Zagadnąłem, prowadząc.

– Uczę się. Czasami baluję i wtedy skutki tego są właśnie takie. – Parsknęła. – Dzwonię do obcych facetów i robię im za taksówkę.

Wyjątkowo małomówna, jak na kobietę. Intrygujące.

– Skoro obcy, to skąd miałaś mój numer?

– Nie wiem, jakim cudem wykręciłam taki zestaw cyfr. – Kłamała.

Gdy wysiadała z auta, rzucił mi się woczy jeden szczegół jej fizjonomii i była to pupa. Dla mnie ta część ciała kobiety jest wyjątkowo kusząca. Jej pupie powinno się robić zdjęcia, a te wieszać na każdej ścianie. Okrąglutka i z wystającymi pośladkami. Dupeczka marzenie. Aż mnie zatkało z wrażenia, gdy zobaczyłem, jak wypina ją podczas wysiadania.

– Grałaś kiedyś w squasha? – zapytałem, gdy staliśmy już przed salą treningową.

– Nigdy i myślę, że piłka mogłaby mnie zabić. – Uśmiechnęła się.

– Powinnaś kiedyś spróbować. – Miałem jeszcze ochotę dodać, że najlepiej zemną.

Krótką wymianę zdań przerwał Bartek, trening i szybki prysznic.

– No, panowie! – Usłyszałem jej rozbawiony głos. – Gladiatorzy z rakietami miast sprzętu bojowego! Piękny pokaz, tylko publiczność niewielka. Ilościowo i wielkościowo również.

– Dobrze, że w gardle jesteś wielka, bo można by cię czasami nie zauważyć – rzucił Bartek.

Zaskoczyło mnie, że tak wesoło do tego podeszła. Zwyczajową reakcją kobiet był zachwyt imomentalne przyklejenie się takowej do rozćwiczonego ciała. Ją najwyraźniej ubawiliśmy.

– To dokąd jaśnie pan życzy sobie teraz? – Przerwała mój zawias na jej biodrach, mogłaby się odwrócić. – Łaźnie fińskie, salon odnowy biologicznej?

– Jeść – odparłem, myśląc o czymś zgoła innym. – Zjadłbym konia z kopytami.

Pojechaliśmy.

Rozdział 4

Zawiozłam nas do knajpy Bombaj, mojego ulubionego miejsca. Jasne kolory wystroju, indyjskie dodatki iprzede wszystkim – pyszne jedzenie. Wjechałam w obrośniętą bluszczem bramę izaparkowałam w podwórzu. Niby centrum miasta, a jakoś inaczej tutaj było. Właściciela poznałam osobiście. Lata temu przybył do Polski zaswoją miłością. Jego jeszcze wtedy nie-żona, przyjechała do Bombaju na wycieczkę. Zwiedzała, poznawała kulturę oraz ludzi, zachwycając się ich odmiennością. Jej uroda przyciągnęła uwagę Amuniego, który wraz z ojcem i starszym bratem, prowadził znaną miejscowym knajpkę. Był młodszym potomkiem, tak więc pierwszeństwo w prowadzeniu lokalu automatycznie przypadało jego bratu. Poznał Krystynę i zafascynowała go jej żywiołowa i radosna natura. Jak mawiał, wpadł po uszy w momencie, gdy zapatrzył się w błękit wielkich oczu. Nawet jej ogolona na zero głowa nie przeszkodziła mu w tym. Po dwóch tygodniach Krysia wróciła do kraju, a po kolejnych czterech Amuni spakował niezbędniki życiowe i z błogosławieństwem ojca, który stawiał więzi międzyludzkie na piedestale swych zasad życiowych, zmienił miejsce pobytu. Przyjechał do Polski szukając Krystyny. Na jego szczęście Krystyna również tęskniła, co zaowocowało płomiennym powitaniem. Efektem była ciążą, która na szczęście nie przeraziła żadnej ze stron. Naturalną koleją rzeczy, było otwarcie przez Amuniego knajpki. Miał fach w ręku i talent do czarowania przyprawami, tak więc klienci przywiązywali się do jego kuchni w ekspresowym tempie. Poznałam Krystynę i zakochałam się w jej uśmiechu. Uczucie tych dwojga widać było gołym okiem. Dla takiej miłości można przenosić góry. Ba! Nawet galaktyki!

Po roku stołowania się w Bombaju znałam każdy ze smaczków bogatego menu lokalu i miałam swoje ulubione dania. Koloryt najprostszych potraw, ryż z warzywami doprawiony bezbłędną mieszanką przypraw, drobinami warzyw i pestkami dyni oraz rodzynkami, potrafił przyprawić mnie o stan na podobieństwo ekstazy. Język doznawał olśnienia, oczy nie chciały rejestrować obrazu i przymykały się, ślina tryskała mi ze ślinianek, a nos eksplodował aromatem curry, cynamonu i innych, nieznanych mi woni.

Pewnego dnia, gdy cała sala, a właściwie trzy sąsiadujące ze sobą pomieszczenia, były całkowicie obłożone przez klientów, Amuni przywoływał mnie skinieniem śniadego palca i usadził przy maleńkim stoliczku na zapleczu kuchennym. Z początku czułam się nieswojo, widząc kucharzy uwijających się przy srebrnych garach i ogromnych patelniach. Ociekali potem i pokrzykiwali coś do siebie w niezrozumiałym dla mnie języku. Amuni wytłumaczył mi, że większość tych ludzi, to jego rodacy. Bezrobotni w swej ojczyźnie, znaleźli dzięki Amu pracę oraz nowy dom. Dom dla nas skromny, lecz dla nich pełen luksusów. Mieli miejsce do snu, kuchnię, a w niej pożywienie, łazienkę z bieżącą wodą i choć mieszkali w sześć osób w jednym mieszkanku, potrafili żyć w zgodzie. W restauracyjnej kuchni darli się na siebie i grozili sobie nożami czy chochlami. Poza tym miejscem, byli kochającymi się ludźmi.

Wszystko to objaśniał mi Amu, otwierając przy okazji oczy na odmienność innych kultur, mniejsze wymagania do stanu posiadania. Zafascynował mnie również podejściem do życiowych obowiązków. Większość moich bliskich i znajomych narzekało, chciało więcej. Zawsze pragnęli nieosiągalnego i to odsuwało od nich poczucie szczęścia. Patrzyli w przyszłość, nie dostrzegając radości, które ich otaczały. Ci ludzie tutaj nie narzekali wcale. Oni cieszyli się tym, co mają w danej chwili. Mieli obowiązki? Cieszyło ich to. Wykonywali swoją pracę sumiennie i widziałam to podczas godzin spędzonych przy mini stoliczku pod kuchenną ścianą. Pracowali zzapałem i kochali swoją rzeczywistość.

I tym razem lokal był pełen ludzi, więc Amu kiwnął jak zwykle palcem i wskazał zaplecze. Ucieszyłam się widząc, że obecność Pawła nie zmieniła niczego.

– Chodź. – Pociągnęłam oszołomiony obiekt mych sennych marzeń ku kuchni.

– Tam? – Brwi zniknęły mu pod grzywką.

Przewróciłam oczami na to idiotyczne pytanie. Naparłam swą mikro posturą na nierdzewkę drzwi i wpuściłam nas do gorącego i penetrującego nozdrza zapachami pomieszczenia. Paweł zamarł w drzwiach i wcale się takiej reakcji nie dziwiłam. Kilka niskich osób uwijało się przy lizanych językami ognia patelniach. Kilka innych szatkowało zawzięcie warzywa, ugniatało coś w przepastnych zlewach imieszało buchające parą zawartości garów. Gdy człowiek ochłonął, mógł patrzeć na ten pokaz umiejętności zakrawających na somnambuliczny trans - w nieskończoność. Jedzenie skwierczało, płonęło, buchało oparami i kusiło apetyt, aby go zaspokoić.

Usiadłam przy stoliczku, obserwując obiekt moich westchnień z uśmiechem. W końcu się otrząsnął i klapnął po przeciwnej stronie malutkiego stoliczka, napierając na moje kolana swoimi.

– Gdzie my jesteśmy? – Rozbawił mnie teatralnym szeptem.

– Jesteśmy Pawciu na zapleczu mojej ulubionej restauracji. – Czułam się dumna, mogąc pokazać mu takie miejsce.

– Dobrze tutaj karmią? – Nie wydawał się być przekonany co do jakości tutejszego jedzenia.

– Najlepiej – powiedziałam bez zająknienia. – Pozwolisz mi zamówić?

– Jasne – odparł oszołomiony.

Tak naprawdę to nie musiałam już zamawiać. Wiedzieli co lubię i byłam pewna, że i Pawłowi to posmakuje. Wzięłam tylko poprawkę na jego zmęczenie fizyczne i domówiłam mu więcej wsadu z fasoli.

Podano nam dwa parujące talerze w kilka minut. Te minuty przemilczeliśmy wyłącznie dlatego, że moje marzenie nie potrafiło oderwać oczu od kucharzy. Ci, jakby robili pokaz, apewnie i robili, podrzucali makaron na patelniach z akrobatyczną wręcz umiejętnością i wpuszczali ogień do wnętrza patelni, a ten buchał metr w górę. Wielki słup ognia, który wygasał po kilkunastu sekundach.

– Co nam podano? – spytał, z nieufnością wpatrując się w skromnie wyglądający posiłek.

Potrawa składała się w przeważającej części z ryżu, który uzupełniały dodatki.

– Ryż z warzywami. – Wyjaśniłam. – Zdrowe i pożywne. W sam raz dla kogoś po treningu.

– A gdzie mięso? – Skrzywił się, nie odrywając oczu od zawartości talerza. – Ja mam się tym niby najeść?!

– Spróbuj Paolo – mruknęłam, sięgając po widelec.

Miałam praktykę w jedzeniu sypkich potraw, ale on najwyraźniej nie. Wszystko, co nabierał na srebrne zęby, zsypywało mu się i pstrzyło blat naokoło. Gdy już widziałam, że traci cierpliwość i ani jedna porcja nie trafiła do głodnego brzucha, powzięłam kroki zaradcze.

– Widelce to nasz cywilizacyjny wymysł, by nie brudzić sobie rąk. – Zaczęłam. – W wielu krajach je się palcami.

Odłożyłam widelec i nabrałam palcami jedzenie.

– Można i tak. – Przyglądał mi się, gdy nabierałam ryż między trzy palce i unosiłam go do ust.

– Spróbuj. – Zachęciłam.

Nadal nie jadł, a jedynie patrzył z powątpiewaniem na moje palcowe praktyki.

– Aleś ty zacofany i konserwatywny. – Westchnęłam i nabrałam ryż z jego talerza, a ten uniosłam do jego ust. – Za mamusię.

Nie wiedziałam, co robię. Nie pomyślałam, nim to uczyniłam. Paweł, wpatrzony w moje oczy rozchylił usta i pozwolił nakarmić siebie potrawą, lecz nie poprzestał na tym. Chwycił moją dłoń w nadgarstku i po przyjęciu części potrawy spomiędzy palców, zaczął powoli wylizywać każdy. Zamarłam zszokowana. Zszokował mnie erotyzm tego, co właśnie robił. Wpatrzony w moje oczy, lizał każdy palec z osobna, a ja zaczęłam mieć problem z oddychaniem. Wyrwałam pieszczoną dłoń. Apetyt minął, a jego miejsce zajął inny głód. Ten głód był o wiele bardziej dotkliwy. Chrobotał w podbrzuszu i krzyczał o więcej.

– Wiesz już, jak jeść – burknęłam cicho.

Byłam podniecona tą nagłą pieszczotą. Byłam głodna większej ilości tego, co poczułam dzięki palcom w jego ustach. Jak mogę zachowywać się normalnie przy facecie, który podoba mi się od dawna, jest tu właśnie teraz i w dodatku liże mi dłoń?! Jak mogę sobie nie wyobrażać innych akcji z udziałem jego języka?! Przecież to nienaturalne!

Ok, dziwnie się czułem, gdy mnie tutaj przyprowadziła. Knajpy znałem wyłącznie od frontowej strony, tymczasem trafiłem na zaplecze jednej znich i w dodatku w egzotycznym wydaniu. Obcokrajowcy uwijali się, jak w ukropie, przyrządzając potrawy. Zapachy oblepiały mi twarz ipenetrowały nozdrza w sposób niemożliwy do spokojnego przyjęcia. Gdy podano nam posiłek, wyglądało na to, że raczej się tutaj nie najem. Jeszcze gorzej, że jedzenie nabierane widelcem nie dawało się umieścić w ustach i wtedy Martyna postanowiła mnie nakarmić palcami. W pierwszym odruchu pomyślałem, że mnie prowokuje, ale wyraz jej twarzy temu przeczył. Ona to zrobiła nieświadomie. Ja całkowicie świadomie drażniłem się z nią i jej reakcja najzwyczajniej w świecie mnie zaskoczyła. Oczekiwałem kokieteryjnego śmiechu, mrugania rzęsami lub podjęcia wyzwania, odbicia piłeczki. Ona tymczasem podnieciła się momentalnie, speszyła i zaczerwieniła, wyrwała pieszczoną rękę i udawała, że nic się nie wydarzyło. Jak bardzo odbiegało to od zachowań, które znałem u innych dziewczyn!

– Najadłem się – stwierdziłem zdziwiony, choć nie spałaszowałem jeszcze nawet połowy zawartości talerza. – Bez mięsa?!

– Sądzisz, że białko zwierzęce jest cenniejszym źródłem białka, niż to warzywne? – Rozbawiłem ją najwyraźniej. – Częsty błąd w myśleniu.

– Mam rozumieć, że ty nie jesz mięsa? – Ciekawiła mnie ta istota coraz bardziej.

– Nie jem i nie cierpię z tego powodu, a wręcz przeciwnie. – Przechyliła głowę na bok, niechcący eksponując linię szyi, mój kolejny fetysz. – Teraz cię odstawię do domu i wracam do swojego, ok?

Jak to tak? Ona mnie spławia z uśmiechem?! No niedoczekanie!

– Ok, ale mam warunek. – Oparłem się wygodnie o oparcie krzesła.

– Warunek? – Zmarszczyła brwi. – Na jakiej podstawie masz zamiar stawiać warunki?

– Na podstawie braku podstawy. – Uśmiechnąłem się promiennie. – Jeśli się nie zgodzisz, to zacznę cię nękać.

– Jak? – Skrzyżowała ramiona pod piersiami.

– Bardzo.

– Dawaj ten warunek. – Przymrużyła nieufnie oczy.

– Piwo wieczorem.

Przyglądała mi się bez cienia uśmiechu. Strasznie chciałem odczytać w tym momencie jej myśli.

Inne książki i e-booki Moniki Ligi

Poznaj bezpłatne e-booki