Pomówmy szczerze - Julian Barnes - ebook + książka

Pomówmy szczerze ebook

Julian Barnes

4,3

Opis

Na pozór banalny trójkąt miłosny - on, ona i ten trzeci. Ludziom zdarza się przecież odkochać, nawet w miesiąc po ślubie, a rozwody są na porządku dziennym. Jednak z relacji trojga zainteresowanych, którzy przedstawiają całą historię każde z własnego punktu widzenia, przebija, prócz prawdziwego cierpienia i śmiechu przez łzy, odrobina obłędu i niezwykły komizm. Opowieść o losach trojga...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału TALKING IT OVER

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącySylwia Ciuła

RedakcjaEwa Rojewska-Olejarczuk

KorektaBronisława Dziedzic-Wesołowska Jadwiga Piller

Copyright © by Julian Barnes 1991 All rights reserved. Copyright © for the Polish translation by Spadkobierca Katarzyny Kasterki

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamaniePiotr Trzebiecki

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9487-1

Skład wersji elektronicznej

Kłamie jak naoczny świadek

1

On, ona i on, oni

Stuart

Nazywam się Stuart i wszystko świetnie pamiętam. Stuart to właściwie moje pierwsze imię. Moje pełne nazwisko brzmi Stuart Hughes. Stuart Hughes i nic poza tym. Żadnego drugiego imienia. Hughes – takie nazwisko nosili moi rodzice, którzy przeżyli w małżeństwie dwadzieścia pięć wspólnych lat. To oni dali mi na imię Stuart. Z początku nie lubiłem brzmienia tego imienia – szczególnie gdy w szkole przezywali mnie Stówa lub Stója – ale w końcu jakoś się do niego przyzwyczaiłem. Ostatecznie mogę je znieść. Mogę znieść, że je muszę nieść.

Proszę wybaczyć. Wymyślanie dowcipnych powiedzonek nie jest moją najmocniejszą stroną. Już mi to mówiono. W każdym razie nazwisko Stuart Hughes uważam teraz za całkiem dla mnie odpowiednie. Nie chciałbym się nazywać, powiedzmy, St John St John de Vere Knatchbull. Moi rodzice nazywali się Hughes. Umarli i teraz ja noszę ich nazwisko. I kiedy umrę, wciąż będę się nazywał Stuart Hughes. Nie ma wielu pewników na naszym wielkim świecie, ale o tym jednym jestem święcie przekonany.

Rozumie pan, do czego zmierzam? Przepraszam. Zapewne nie. Bo i czemu miałby pan rozumieć? Przecież dopiero co zacząłem. W zasadzie wcale się nie znamy. A więc rozpocznijmy wszystko od nowa. Witam, nazywam się Stuart Hughes. Bardzo mi miło. Czy powinniśmy uścisnąć sobie dłonie? Ach, tak. No dobrze. Nie, tak naprawdę zmierzam do tego, że poza mną nie ma już nikogo, co by nie pozmieniali sobie imion czy nazwisk. To doniosłe spostrzeżenie. I nawet nieco przerażające.

Czy przypadkiem zauważył pan, że użyłem liczby mnogiej po słowie „nikogo”? „Nie ma już nikogo, co by nie pozmieniali sobie imion czy nazwisk”. Zrobiłem tak celowo, pewnie po to, żeby rozdrażnić Olivera. Pewnego razu strasznie się pokłóciliśmy na ten temat. No, w każdym razie się posprzeczaliśmy. A przynajmniej wymieniliśmy poglądy. Oliver to wielki pedant. Jest moim najstarszym przyjacielem, więc wolno mi go nazywać wielkim pedantem. Gill – to znaczy moja żona Gillian – powiedziała wkrótce potem, jak go poznała: „Wiesz, twój przyjaciel mówi tak, jakby był słownikiem”.

Wtedy akurat siedzieliśmy we trójkę na plaży nieopodal Frinton i kiedy Oliver usłyszał uwagę Gill, natychmiast wpadł w jeden z tych swoich słownych transów. On nazywa to riffowaniem, ale ja nie używam tego rodzaju wyrazów. Nie jestem w stanie naśladować sposobu, w jaki mówi Oliver – będzie pan sam musiał go posłuchać – w każdym razie to tak, jakby startował superodrzutowiec. I wówczas też było podobnie. „Jakim jestem słownikiem? Czy mam układ alfabetyczny? Czy łatwo się mną posługiwać? Czy jestem dwujęzyczny?”. I tak dalej, wciąż w tym guście. Ciągnął tę zabawę przez kilka ładnych minut, a na koniec zapytał, kto mógłby go kupić. „A co, jeżeli nikt mnie nie zechce? Każdy mną wzgardzi? Zostanę odrzucony. Mój górny brzeg pokryje się kurzem. Och, nie. Będę przeceniony. Już to widzę – trafię na wyprzedaż”. I zaraz potem zaczął walić rękami w piasek i wyć do mew – odstawił tak autentyczną szopkę, że pewne starsze małżeństwo, słuchające radia za parawanem, wyraźnie popadło w lekki popłoch. Gillian zaś tylko się roześmiała.

Tak czy owak, Oliver to pedant. Nie wiem, co pan sądzi o stosowaniu liczby mnogiej po wyrazie „nikt”. Pewnie w ogóle pan o tym nie myśli, bo i dlaczego miałby pan to robić. Ja sam nie umiałbym już teraz powiedzieć, czemu ten temat w ogóle wypłynął, ale pamiętam, że się posprzeczaliśmy. Oliver, Gillian i ja. Każde z nas miało inne zdanie w tej kwestii. Spróbuję, jeśli można, przedstawić nasze odmienne opinie. Może w formie protokołu z zebrania, takiego, jaki zdarza mi się sporządzać w banku.

OLIVER oznajmił, że słowa takie jak „nikt” i „ktoś” są zaimkami w liczbie pojedynczej, odmieniającymi się jak rzeczowniki męskoosobowe, dlatego należy po nich używać czasowników w liczbie pojedynczej i w rodzaju męskim.

GILLIAN zaoponowała, że nie można czynić uwag natury ogólnej, wykluczając przy tym połowę rodzaju ludzkiego, jako że co najmniej w pięćdziesięciu procentach przypadków ten „ktoś” czy „nikt” okazuje się kobietą. Dlatego logika i uczciwość nakazują w takich wypadkach uwzględniać ten fakt.

OLIVER wtrącił, że dyskutujemy o gramatyce, a nie o równouprawnieniu płci.

GILLIAN powiedziała, że nie można oddzielać jednego od drugiego, ponieważ skąd pochodzi gramatyka, jeśli nie od gramatyków, a przecież większość gramatyków – a właściwie, o ile jej wiadomo, każdy z nich – to mężczyzna, więc czegóż innego można się po nich spodziewać; a poza tym tak naprawdę ona odwołuje się jedynie do zdrowego rozsądku.

OLIVER przewrócił oczami, zapalił papierosa, po czym obwieścił, że w jego opinii już w samym wyrażeniu „zdrowy rozsądek” kryje się wewnętrzna sprzeczność i że jeżeli człowiek kierowałby się… – w tym momencie Oliver udał potężne zmieszanie i natychmiast się poprawił na „mężczyzna lub kobieta” – …i że jeżeli mężczyzna lub kobieta kierowaliby się zdrowym rozsądkiem przez ostatnie milenia, to wciąż jeszcze mieszkalibyśmy w lepiankach, jadali jakieś paskudztwa i słuchali płyt Dela Shannona.

STUART w tym momencie przedstawił doskonałe rozwiązanie. Oświadczył, że ponieważ używanie rodzaju męskiego jest nieprecyzyjne lub obraźliwe, lub też jednym i drugim naraz, natomiast dodawanie wszędzie „mężczyzna lub kobieta”, choć zgodne z zasadami dyplomacji, jest jednocześnie szalenie niewygodne, należy po zaimkach nieokreślonych zawsze stosować czasowniki w liczbie mnogiej. Stuart wysunął tę kompromisową koncepcję bardzo pewnym siebie głosem, więc był niezwykle zdumiony, gdy jednomyślnie odrzuciło ją całe gremium.

OLIVER wtrącił, że na przykład zdanie: „nie widać już tego kogoś, ale przed chwilą wsuwali głowę przez drzwi”, brzmi tak, jakby chodziło o dwa ciała obdarzone tylko jedną głową – jak w jakimś przerażającym rosyjskim eksperymencie naukowym. I natychmiast zaczął opowiadać o ludziach, będących swoistymi wybrykami natury, przedstawianych swego czasu jako atrakcje objazdowych lunaparków, wspomniał coś przy okazji o brodatych kobietach, zdeformowanych płodach owczych i najwyraźniej zamierzał się rozwodzić dalej nad podobnymi przyjemnościami, jednak został szybko przywołany do porządku przez Przewodniczącego (czytaj: mnie).

GILLIAN oznajmiła, że używanie czasowników w liczbie mnogiej po zaimkach nieokreślonych jest owszem dyplomatyczne, ale równie niewygodne, jak stosowanie formy „mężczyzna lub kobieta”, a do tego brzmi bardzo dziwacznie. I że tak naprawdę nie rozumie, czemu zebrani tak zdecydowanie bronią się przed zaakceptowaniem jej propozycji. Ostatecznie przez wiele wieków kobiety pouczano, by używały form męskoosobowych po zaimkach nieokreślonych, więc czy nie nadszedł już czas, by podjąć w tej materii jakieś działania naprawcze, choćby bardzo spóźnione i stające kością w kilku (męskich) gardłach?

STUART pozostał przy opinii, że jego propozycja jest najlepsza, ponieważ najmniej kategoryczna.

I na tym SPOTKANIE zakończono sine die.

Jeszcze długo po tym rozmyślałem o naszej rozmowie. Jak to możliwe, żeby troje całkiem inteligentnych ludzi siedziało i prowadziło zagorzałą dyskusję na temat sprowadzający się tak naprawdę do używania kilku banalnych słów: on, ona i on, oni. To takie krótkie, drobne wyrazy, my jednak nie mogliśmy dojść w ich kwestii do porozumienia. Mimo że byliśmy przyjaciółmi, nie osiągnęliśmy zgody. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu mnie to zmartwiło.

Ale dlaczego w ogóle zacząłem o tym wszystkim opowiadać? Ach tak. Poza mną nie ma już nikogo, co by nie pozmieniali sobie imion czy nazwisk. To prawdziwe i do tego całkiem doniosłe spostrzeżenie, czyż nie? Gillian, na przykład, zmieniła nazwisko, gdy została moją żoną. Jej panieńskie nazwisko brzmiało Wyatt, a teraz Gillian nazywa się Hughes. Nie pochlebiam sobie, że marzyła o tym, by nazywać się tak jak ja. Myślę, że raczej chciała się uwolnić od tego Wyatt. Bo, widzi pan, tak brzmiało nazwisko jej ojca, a ona nie bardzo go lubiła. Porzucił jej matkę, która potem przez lata musiała żyć z nazwiskiem kogoś, kto od niej odszedł. Zapewne nie było to przyjemne dla pani Wyatt, czy raczej Mme Wyatt, jak ją nazywają niektórzy, bo z pochodzenia jest Francuzką. Podejrzewam, że dla Gillian pozbycie się nazwiska Wyatt było czymś w rodzaju ostatecznego zerwania więzi z ojcem (który, nawiasem mówiąc, nie pojawił się na naszym ślubie) i uświadomienia swojej matce, co ona powinna była zrobić już bardzo dawno temu. Mme Wyatt nie pojęła jednak tej aluzji, zakładając, oczywiście, że za tym wszystkim w istocie kryła się jakaś aluzja.

Oliver – jakże to dla niego typowe! – powiedział, że po ślubie Gill powinna mówić o sobie pani Gillian Wyatt-lub-Hughes, jeżeli chciałaby być w zgodzie z logiką, gramatyką, zdrowym rozsądkiem i dyplomacją. I zupełnie nie powinna zawracać sobie głowy niedogodnościami wynikającymi z przyjęcia takiego rozwiązania. W tym twierdzeniu objawił się cały Oliver.

A gdy już mówimy o Oliverze. On też nie miał tak na imię, kiedy go poznałem. Chodziliśmy razem do szkoły. Wówczas mówiliśmy na niego Nigel, a czasami „N.O.” lub „Russ”. Nigdy jednak Nigel Oliver Russel nie był nazywany Oliverem. Wydaje mi się, że w owym czasie nie wiedzieliśmy nawet, co oznacza to „O” przed jego nazwiskiem; choć być może on coś zmyślił na ten temat. W każdym razie chciałem powiedzieć, że ja nie poszedłem na uniwersytet, a Nigel tak. Wyjechał i gdy zjawił się po pierwszym semestrze, był nagle Oliverem. Oliverem Russellem. Całkowicie i nieodwołalnie pozbył się swego N – nawet z książeczki czekowej.

Widzi pan, ja naprawdę wszystko pamiętam. Ten facet poszedł do banku i jakoś zmusił ich, żeby wydrukowali mu nowe książeczki czekowe. I od tamtej pory zamiast „N.O. Russell” zaczął się podpisywać „Oliver Russell”. Zdziwiłem się, że mu na to pozwolono. Zawsze wydawało mi się, że imię można zmienić jedynie sądownie czy w jakiś równie urzędowy sposób. Zapytałem go, jak tego dokonał, ale nie chciał mi powiedzieć. Oznajmił jedynie: „Zagroziłem, że przeniosę swój debet gdzie indziej”.

Ja nie jestem tak inteligentny jak Oliver. W szkole zdarzało mi się dostawać wyższe od niego stopnie, ale tylko wtedy, gdy on postanowił się nie wysilać. Byłem lepszy w matematyce, przedmiotach ścisłych i zajęciach praktyczno-technicznych – Oliverowi wystarczyło pokazać tokarkę w warsztacie szkolnym, a już udawał, że mdleje – jednak gdy tylko miał ochotę mnie pokonać, nie sprawiało mu to żadnych trudności. I nie tylko mnie, ale i wszystkich innych. Umiał sobie radzić w życiu. Gdy musieliśmy zabawiać się w wojsko na szkolnych ćwiczeniach kadetów, Oliver zawsze potrafił się od tego wymigać. Jeżeli tylko chce, umie być bardzo sprytny. I do tego jest moim najstarszym przyjacielem.

Był też moim drużbą. No, może niedokładnie, ponieważ braliśmy z Gillian jedynie ślub cywilny w urzędzie, a tam nie ma kogoś takiego jak drużba. Prawdę mówiąc, na ten temat też mieliśmy z Oliverem głupią sprzeczkę. Naprawdę idiotyczną. Ale o tym opowiem panu przy innej okazji.

To był przepiękny dzień. Wymarzony na ślub. Ciepły czerwcowy poranek, błękitne niebo i lekki wietrzyk. Zebrało się nas sześcioro: ja, Gill, Oliver, Mme Wyatt, moja siostra (dawniej mężatka, teraz rozwiedziona, ale i tak nosząca inne nazwisko – no i co, czy nie mówiłem?) oraz jakaś bardzo wiekowa ciotka, którą Mme Wyatt wytrzasnęła w ostatniej chwili, nie wiadomo skąd. Nie dosłyszałem jej nazwiska, ale co tam. Założę się, że i tak nie było takie, jakie nosiła w chwili urodzenia.

Urzędnik stanu cywilnego okazał się dystyngowanym dżentelmenem, zachowującym należną swemu stanowisku dozę powagi i formalizmu. Obrączka, którą kupiłem dla Gillian, spoczywała na śliwkowej, welwetowej poduszce i mrugała do nas radośnie aż do chwili, gdy przyszło mi ją włożyć na palec oblubienicy. Wypowiedziałem słowa przysięgi małżeńskiej nieco za głośno, tak że zdawały się odbijać echem od jasnej dębowej boazerii ścian; za to Gill, jakby dla równowagi, wypowiedziała wszystko tak cichym szeptem, że i urzędnik, i ja ledwie zdołaliśmy ją usłyszeć. Ale oboje byliśmy bardzo szczęśliwi. Świadkowie podpisali akt ślubu. Urzędnik wręczył Gillian jego odpis i oznajmił: „To należy do pani, pani Hughes, i temu młodemu człowiekowi u pani boku zupełnie nic do tego”. Tuż obok ratusza stał duży zegar i to właśnie pod nim zrobiliśmy sobie ślubne zdjęcia. Na pierwszej fotografii widnieje godzina 12.13, a więc wówczas byliśmy małżeństwem od całych trzech minut. Na ostatniej – 12.18, co oznacza, że już od ośmiu minut mogliśmy oficjalnie nazywać się mężem i żoną. Niektóre z ujęć są zrobione pod dziwacznym kątem, ponieważ Oliver strasznie się wygłupiał. Później poszliśmy wszyscy do restauracji i zajadaliśmy łososia z grilla. Do tego piliśmy szampana. A potem znowu piliśmy szampana. Oliver wygłosił mowę. Powiedział, że chciał wznieść toast na cześć pierwszej druhny, ale skoro nikogo takiego nie ma w pobliżu, wypije za zdrowie Gill. Wszyscy zaśmiewali się w głos i klaskali, a po chwili Oliver zaczął wyrzucać z siebie cały potok strasznie długich słów. Po każdym z nich wydawaliśmy przeciągłe okrzyki radości. Siedzieliśmy w czymś w rodzaju bocznej sali i w pewnym momencie – gdy wrzasnęliśmy wyjątkowo głośno po jakimś wyjątkowo długim słowie – zajrzał do nas kelner, by sprawdzić, czy czegoś nie potrzebujemy, ale zaraz się wycofał. Oliver skończył swój występ i usiadł, poklepywany z aprobatą po plecach. Zwróciłem się w jego stronę i powiedziałem: „A tak na marginesie, nie widać już tego kogoś, ale przed chwilą wsuwali głowę przez drzwi”.

– Czego chcieli?

– Nie. Posłuchaj. Nie widać już tego kogoś, ale przed chwilą wsuwali głowę przez drzwi – powtórzyłem z emfazą.

– Upiłeś się? – zdziwił się Oliver.

A więc zapomniał. Ale ja pamiętam. Bo widzi pan, ja wszystko świetnie pamiętam.

Gillian

Proszę posłuchać, według mnie to nie powinno nikogo obchodzić. Naprawdę tak uważam. Nie jestem osobą publiczną, chcę mieć prywatne życie. I nie mam nic do powiedzenia. Dzisiaj, gdziekolwiek się obrócić, czyha ktoś gotowy wylać nam na głowę dzieje swojego życia ze wszystkimi szczegółami. Wystarczy otworzyć gazetę, a już jakby rozlegał się wrzask: „Wejdźcie z Butami w Moje Życie”. Gdy się włączy telewizor, w co drugim programie można obejrzeć kobiety lub mężczyzn rozwodzących się nad swoimi problemami: nad tym, że się rozwiedli, że są nieślubnymi dziećmi, że ich wykorzystano seksualnie; że chorują, padli ofiarami alkoholizmu, narkomanii, bankructwa, raka czy amputacji. Wyznają, że od lat uczęszczają na psychoterapię. Że on przeszedł wazektomię, ona – mastektomię, a on lub ona – appendektomię. I po co oni to robią? Patrzcie na Mnie. Słuchajcie Mnie. Czemu, zamiast przeżywać swoje życie, czują przymus, by o nim opowiadać?

Ale tylko dlatego, że nie mam natury ekshibicjonistki, nie należy sądzić, że łatwo o wszystkim zapominam. To nieprawda. Pamiętam, jak moja obrączka leżała na poduszce w kolorze głębokiego burgunda, jak Oliver przerzucał strony książki telefonicznej w poszukiwaniu ludzi o głupawych nazwiskach i pamiętam, co w owej chwili czułam. Ale to nie są sprawy, które należy wystawiać na żer publiczności. Moje wspomnienia to moja prywatna sprawa.

Oliver

Cześć, jestem Oliver. Oliver Russell. Papierosa? Nie, tak naprawdę nie przypuszczałem, że miałby pan ochotę. Ale ja zapalę, dobrze? Oczywiście, doskonale zdaję sobie sprawę, że palenie szkodzi mojemu zdrowiu i, prawdę mówiąc, właśnie dlatego lubię to robić. Dobry Boże, ledwo się poznaliśmy, a już napada pan na mnie jak jakiś wojujący wegetarianin i fanatyk zdrowego trybu życia. A tak w zasadzie, czemu to pana obchodzi? Za jakieś pięćdziesiąt lat ja będę martwy, natomiast pan przerodzi się w żwawego, zasuszonego jaszczura, siorbiącego jogurt przez słomkę, popijającego wody lecznicze zalatujące torfem i noszącego zdrowotne sandały. No cóż, ja zdecydowanie wolę swój sposób na życie.

Czy chciałby pan posłuchać mojej teorii? I tak wszyscy umrzemy albo na raka, albo na zawał. Ludzie – zasadniczo – dzielą się na dwa podstawowe typy: na tych, co duszą w sobie emocje, i na tych, co burzliwie wyładowują je na otoczeniu. Introwertyków i ekstrawertyków, jeśli bardziej odpowiada panu takie określenie. Introwertycy, jak powszechnie wiadomo, mają tendencję do internalizowania swoich emocji, swojego gniewu i pogardy dla własnej osoby i ta internalizacja, jak równie dobrze wiadomo, prowadzi do rozwoju raka. Natomiast ekstrawertycy objawiają się światu wybuchami straszliwego gniewu, niepohamowanej radości, przerzucaniem pogardy dla własnej osoby na wszystkich innych wokół i ten niesłychany wysiłek w logiczny, naturalny sposób prowadzi ich do zawału. A więc jedno lub drugie. Widzi pan, tak się składa, że ja jestem ekstrawertykiem, jeżeli więc zrekompensuję ten fakt paleniem, być może pozostanę istotą ludzką o doskonale zrównoważonym zdrowiu. Tak właśnie przedstawia się moja teoria. A poza tym jestem uzależniony od nikotyny, dzięki czemu łatwiej mi palić.

A więc mam na imię Oliver i pamiętam wszystko to, co istotne. Bo z pamięcią sprawa ma się następująco. Nie umknęło mojej uwagi, że większość ludzi po przekroczeniu czterdziestki uskarża się z jękiem godnym piły tarczowej, że ich pamięć nie jest już równie doskonała jak kiedyś ani tak dobra, jak oni by chcieli. Szczerze mówiąc, mnie to wcale nie dziwi: wystarczy tylko spojrzeć na przerażającą ilość śmieci, które decydują się przechowywać w swoich umysłach. To tak, jakby oczami wyobraźni ujrzał pan monstrualnych rozmiarów śmietnik, wypchany ściśle i po brzegi trywialnymi drobiazgami: wyjątkowo banalnymi wspomnieniami z dzieciństwa, pięcioma miliardami wyników sportowych, twarzami nielubianych ludzi, fabułami telenowel, praktycznymi poradami w rodzaju tych, jak wywabić z dywanu plamy po czerwonym winie, nazwiskami posłów z własnego okręgu wyborczego i tym podobnymi bzdurami. Cóż za przerażająca próżność każe ludziom sądzić, że pamięć chce być zapychana tego rodzaju odpadami? Wyobraźmy sobie, że nasz organ zapamiętywania to pracownik przechowalni bagażu na jakimś buzującym życiem dworcu – facet, który ma dbać o nasze liche, niepozorne manatki do czasu, aż znowu będziemy ich potrzebować. Zastanówmy się przez chwilę, czego tak naprawdę każemy mu pilnować. I za jak nędzne pieniądze! Bez jednego marnego słowa podziękowania. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że w tej przechowalni zazwyczaj brakuje fachowej obsługi.

Mój sposób obchodzenia się z pamięcią polega na tym, by powierzać jej jedynie te rzeczy, nad którymi będzie czuwać w poczuciu pewnej dumy. Dlatego, na przykład, nigdy nie staram się zapamiętać numerów telefonicznych. Ledwo, ledwo pamiętam swój własny i bynajmniej nie powala mnie dławiąca trwoga w momencie, gdy muszę wyjąć notes, by sprawdzić w nim numer Olivera Russella. Niektórzy ludzie – posępni arywiści w królestwie intelektu – wiele mówią o trenowaniu pamięci, by była sprawna i zwinna niczym wyczynowy sportowiec. A przecież wszyscy dobrze wiemy, jak kończą wyczynowi sportowcy. Ci wioślarze o nieprzyzwoicie rzeźbionych muskułach niemal się rozpadają, gdy osiągną wiek średni, a piłkarze nabawiają się takiego artretyzmu, że przy każdym ruchu ich stawy skrzypią jak przerdzewiałe zawiasy. W bezlitośnie nadużywanych mięśniach tworzą się obrzydliwe zrosty, dyski ścierają się i osadzają ściśle jedne na drugich, jakby je ktoś przyspawał. Każdy jubileuszowy zjazd eks-sportowców to żywa reklama klinik geriatrycznych. Gdyby tylko ongiś tak brutalnie nie nadwerężali swych ścięgien…

Ja natomiast jestem zwolennikiem rozpieszczania pamięci, podsuwania jej jedynie najsmakowitszych kąsków moich przeżyć. Takich jak na przykład ten lunch zaraz po ślubie. Piliśmy frywolnie musującego, pozagatunkowego szampana osobiście wybranego przez Stuarta (marka? a skąd miałbym wiedzieć? mis en bouteille par Les Vins de l’Oubli) oraz spożywaliśmy saumon sauvage grillé avec son coulis de tomates maison. Osobiście nie wybrałbym czegoś podobnego, ale nikt nie konsultował się ze mną w tej sprawie. Nie, nie. Smakowało całkiem nieźle, wskazywało jedynie na szczególny brak wyobraźni… Mme Wyatt – siedzieliśmy à côté – zdawała się usatysfakcjonowana posiłkiem, a już na pewno delektowała się łososiem. Natomiast nie wykazywała przekonania do różowawych, przezroczystych sześcianików otaczających rybę. W końcu odwróciła się do mnie i spytała:

– Jak pan sądzi, co to takiego?

– Pomidory – byłem w stanie jej oznajmić. – Obrane ze skórki, wydrążone, oczyszczone z pestek, pokrojone w kostkę.

– Czyż to nie dziwne, Oliverze – odparła na to – że usuwa się z owocu wszystko to, co w istocie decyduje o jego charakterze?

Nie sądzi pan, że to była nadzwyczajna uwaga? Właśnie dlatego ująłem jej dłoń i ucałowałem.

Natomiast zupełnie nie umiałbym powiedzieć, który ze swoich ciemnoszarych garniturów Stuart miał na sobie tego dnia: ten średnio ciemnoszary czy też ten ciemno ciemnoszary.

Teraz rozumie pan, co mam na myśli?

Pamiętam za to, jak owego dnia wyglądało niebo: białe chmury kłębiły się na błękicie na podobieństwo wzorku marmurkowej okleiny. Wiało odrobinę zbyt mocno, toteż każdy wchodzący do urzędu stanu cywilnego przygładzał dłonią włosy. Czekaliśmy przez dziesięć minut usadzeni wokół niskiego stolika, na którym leżały trzy londyńskie książki telefoniczne oraz trzy „Panoramy firm”. Ollie we własnej osobie usiłował rozbawić towarzystwo, wyszukując w owych tomiskach przedstawicieli branż odpowiednich na podobną okazję: prawników, specjalizujących się w rozwodach, czy sprzedawców prezerwatyw, gumowych fantomów i strojów sadomaso – oferujących swój towar zarówno w detalu, jak i hurcie. Nie wzbudziło to jednak w zebranych ducha wesołości. A wkrótce potem weszliśmy do jednej z sal, by stanąć oko w oko z małym, nokturnowym urzędnikiem, wyglądającym tak, jakby go całego wysmarowano olejem. Odniosłem ponadto wrażenie, że na ramionach wybuchła mu bomba mącznego łupieżu. Niemniej przedstawienie potoczyło się bez żadnych zgrzytów – tak gładko, jak tylko może się potoczyć podobny spektakl. Obrączka ułożona na pouffe w kolorze dojrzałej śliwki damaszki błyskała niczym jakiś dopochwowy środek antykoncepcyjny. Stuart wyryczał tekst przysięgi, jakby stał co najmniej przed sądem polowym, gdzie zaniedbanie odpowiedniej wymowy kosztem maksymalnej siły głosu groziłoby kilkoma dodatkowymi latami w pudle. Biedna Gilli natomiast prawie nie była w stanie wyartykułować słów przyrzeczenia. Wydawało mi się, że wyszeptując je, płacze, ale uznałem, że wlepianie w nią w tym momencie wzroku byłoby co najmniej wulgarne. A zaraz potem wyszliśmy na dwór, by strzelić kilka ślubnych fotografii. Odniosłem wrażenie, że Stuart chełpliwie się puszył. To prawda, że jest moim najstarszym przyjacielem, i że to był jego ślub, ale wyglądał na faceta, który za chwilę pęknie z samozachwytu, więc przechwyciłem w swoje ręce aparat fotograficzny, oznajmiając wszem wobec, że w ślubnym albumie nie może zabraknąć kilku artystycznych ujęć. Brykałem wokół nich, kładłem się na ziemi, obracałem obiektyw o 45 stopni i stawałem tak blisko, jakbym zamierzał zdemaskować każdy rozszerzony por na ich skórze, ale tak naprawdę chciałem jedynie wyraźnie uchwycić podwójny podbródek Stuarta. A przecież on ma zaledwie trzydzieści dwa lata. No, może określenie „podwójny podbródek” jest nieco niesprawiedliwe: powiedzmy, że na jego żuchwie zalęgło się coś przypominającego wyglądem polędwiczki wieprzowe. Niemniej wirtuoz obiektywu o sokolim oku może sprawić, że na fotografii te drobne wypukłości będą solidnie wybrzuszone i jaskrawo błyszczące.

Stuart… Ale zaraz. Pan z nim przecież rozmawiał, prawda? Rozmawiał pan ze Stuartem. Wyczułem to pańskie drobne wahanie, gdy wywołałem temat jego podwójnego podbródka. Czyżby pan doprawdy tego nie zauważył? Tak… no cóż, w półmroku, przy świetle padającym od tyłu… Poza tym on pewnie mocno wysuwał szczękę do przodu, aby to jakoś wizualnie zrekompensować. W moim przekonaniu ta pękata ociężałość dolnej części twarzy nie rzucałaby się tak bardzo w oczy, gdyby Stuart zapuścił trochę włosy, ale on nigdy nie daje swojej mysiej, szorstkiej szczecinie żadnej Lebensraum. I do tego ta jego pyzata twarz, i małe okrągłe oczka wyzierające łagodnym spojrzeniem zza tandetnych, niemodnych okularów. To znaczy, z tym wszystkim Stuart wygląda dość poczciwie, ale jest taki jakiś niedopracowany, nie sądzi pan?

Że co takiego? Nie nosił okularów? Ależ na pewno miał na nosie okulary. Znam go od czasów, gdy sięgał nauczycielom do kolan i… Chociaż, bo ja wiem, może potajemnie sprawił sobie szkła kontaktowe i postanowił wypróbować je na panu. Zgoda. To możliwe. W zasadzie wszystko jest możliwe. A więc całkiem niewykluczone, że Stuart poszukuje nowego, szacowniejszego image’u, tak że kiedy znajdzie się w tej swojej ohydnej, ciasnej klatce w City i wlepi marsowy wzrok w mały, neurotycznie migający ekran komputera, a potem warkliwym tonem zawrze przez telefon komórkowy kolejną transakcję terminową czy coś w tym rodzaju – wyda się krztynę bardziej macho, niż – jak nam wszystkim wiadomo – jest w rzeczywistości. Nie zmienia to jednak faktu, że za żadne skarby nie pozwala zbankrutować optykom – szczególnie tym trzymającym na składzie najbardziej niemodne ze wszystkich niemodnych już oprawek – od czasu gdy chodziliśmy razem do szkoły.

A co teraz ma oznaczać ten szczególny uśmieszek? Chodziliśmy razem do szkoły… Ach, tak. Już pojmuję. Stuart zapewne żałośnie biadolił, że zmieniłem sobie imię, prawda? Wie pan, on ma jakąś chorobliwą obsesję na tym punkcie. Sam nosi takie nudne nazwisko – Stuarcie Hughes, proszę posłuchać, czeka pana kariera w dziale sprzedaży mebli tapicerowanych, nie wymagamy żadnych kwalifikacji, potrzebujemy jedynie kogoś o odpowiednim nazwisku, sir, właśnie takim jak pańskie – i do tego błogim zadowoleniem napawa go perspektywa legitymowania się tym nazwiskiem aż do końca życia. Natomiast Oliver miał niegdyś na imię Nigel. Mea culpa, mea maxima culpa. A może nie. Może raczej – serdeczne dzięki, mamusiu. Tak czy owak, nie można przez całe życie mieć na imię Nigel, czyż nie? Nie można nawet być bohaterem powieści, jeżeli przez cały czas trwania akcji miałoby się nosić takie imię. Po prostu po pewnym czasie niektóre imiona przestają się nadawać do użytku. Na przykład załóżmy, że nazwano pana Robinem. Całkiem przyjemna ksywka do, powiedzmy, dziewiątego roku życia. Ale wkrótce potem musiałby pan energicznie zadziałać w tej sprawie, prawda? Oficjalnie i urzędowo zmienić imię na Samson lub Goliat czy coś podobnego. Natomiast w przypadku niektórych appellations sprawa ma się dokładnie odwrotnie. Weźmy na przykład imię Walter. Przecież nie można być Walterem, gdy się jest rozkosznym bobasem w wózeczku. Moim zdaniem nie można nosić imienia Walter przynajmniej do siedemdziesiątego piątego roku życia. Tak więc jeżeli ktoś zamierzałby dać swojemu dziecku na chrzcie Walter, powinien przed tym imieniem postawić parę innych: jedno na okres niemowlęco-dziecięcy i co najmniej jedno na długi okres żmudnego stawania się Walterem. W takim przypadku można by, powiedzmy, nadać latorośli imiona Robin Bartholomew Walter. W moim przekonaniu beznadziejna kombinacja, niewątpliwie jednak wysoko ceniona w pewnych określonych kręgach.

Ja zamieniłem Nigela na Olivera. Oliver to było zresztą moje oficjalne drugie imię. Kiedyś nazywałem się Nigel Oliver Russell – proszę, gdy wymawiam te słowa, karmin rumieńca nie wykwita na mych policzkach. Wyjechałem na pierwszy semestr do Yorku jako Nigel, a powróciłem jako Oliver. Ale czy to doprawdy takie niezwykłe? Mnie nie wydaje się bardziej dziwaczne niż przyjazd na pierwszy urlop z wojska z wąsami pod nosem. To nic innego jak swoisty rytuał męskiej inicjacji. Jednak z jakichś bliżej nieokreślonych względów Stuart nie może tego strawić.

Natomiast Gillian to dobre imię. Pasuje do niej. Zdoła przetrwać.

Za to Oliver pasuje do mnie, zgadza się pan, prawda? Do moich ciemnych, bardzo ciemnych włosów, ponętnych białych zębów i płaskiego brzucha, do mojej klasy i eleganckiej nonszalancji, a także do lnianego garnituru z niespieralną plamą po pinot noir. Współgra z debetem na moim koncie i świetną znajomością Prado. A także z faktem, że istnieją ludzie, którzy chętnie rozwaliliby mi łeb. Na przykład tacy jak ten tkwiący w głębokich mrokach prymitywu wyższy urzędnik bankowy, do którego poszedłem pod koniec pierwszego semestru na uniwersytecie. Facet z gatunku tych, co dostają erekcji na wieść, że stopa kredytowa ich banku wzrosła o całą jedną dziesiątą procent. W każdym razie ten troglodyta, ten… ten Walter wprowadził mnie do swojej wyłożonej wygłuszającą boazerią jaskini, gdzie zapewne głównie oddawał się masturbacji, po czym zaklasyfikował moje podanie o zmianę nazwiska na czekach z „N.O. Russell” na „Oliver Russell” jako prośbę niezgodną z priorytetami polityki jego banku na lata osiemdziesiąte, a do tego oznajmił, że jeżeli w najbliższym czasie nie napłyną fundusze zdolne w pełni pokryć czarną dziurę na moim koncie, nie wydadzą mi nowej książeczki czekowej, choćbym się nagle zaczął nazywać święty Mikołaj. Na takie dictum opadłem bezwładnie na krzesło, najpierw oddałem się skutecznemu symulowaniu uniżonego panegiryzmu, po czym – jak wytrawny matador – przez kilka ładnych minut powiewałem mu przed oczami muletą mojego uroku i czaru osobistego, aż nagle, zanim ktokolwiek zdołałby wypowiedzieć „fundador”, Walt padł przede mną na kolana i zaczął błagać o coup de grâce. W takiej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak pozwolić mu na zaszczyt zatwierdzenia swoim podpisem zmiany mojego nazwiska.

Poza tym gdzieś po drodze zagubili mi się ci z kolegów, którzy nazywali mnie Nigelem. Z wyjątkiem Stuarta, oczywiście. Powinien pan nakłonić Stuarta, by opowiedział panu o naszych szkolnych czasach. Ja, rzecz jasna, nigdy nie znieważyłem swojej pamięci prośbą o zachowanie tego całego rutynowego śmiecia. Natomiast Stuart – zazwyczaj tylko po to, żeby coś powiedzieć – recytował niekiedy: „Adams, Aitken, Apted, Bell, Bellamy…” (jak się pan zapewne domyśla, w tej chwili fabrykuję te wszystkie nazwiska na poczekaniu).

– Co to ma być? – pytałem go wtedy. – Jakaś twoja nowa mantra?

On, oczywiście, w takiej sytuacji wyglądał zawsze na zupełnie skołowanego. Pewnie sądził, że „mantra” to model samochodu. Oldsmobil Mantra.

– Nie – odpowiadał. – To nasza 5A, nie pamiętasz? Mieliśmy wówczas starego Biffa Vokinsa za wychowawcę.

Ale ja nie pamiętam. Nie chcę pamiętać. Pamiętanie jest jedynie aktem woli, podobnie zresztą jak zapominanie. Mam wrażenie, że dość skutecznie udało mi się wymazać z pamięci pierwszych osiemnaście lat mojego życia – przerobić je na nieszkodliwą papkę dla niemowląt. Bo czy może być coś gorszego od bycia nękanym przez stare wspomnienia? Pierwszy rowerek, pierwsze łzy, ten stary miś z odgryzionym uchem. To nie jest jedynie sprawa dobrego smaku, ale – przede wszystkim – czystego praktycyzmu. Jeżeli zbyt dobrze pamiętasz przeszłość, zaczynasz ją rzutować na teraźniejszość. Popatrz, jaką wyrządzili mi krzywdę, właśnie z tego powodu jestem, jaki jestem, a to wcale nie moja wina. Ja chciałbym skorygować podobne twierdzenie, jeśli mogę: to najprawdopodobniej właśnie jest twoja wina. Więc bądź taki miły i oszczędź mi szczegółów.

Ludzie mawiają, że w miarę upływu lat coraz lepiej pamięta się okres swojego dzieciństwa. To jedna z potężnych pułapek czyhających na człowieka: bezlitosna zemsta umysłu, pogrążającego się w starczym uwiądzie. A tak à propos, czy przedstawiałem już panu swoją Wielką Teorię Życia? Życie jest jak próba podboju Rosji. Zaczyna się Blitzkriegiem, tak zmasowanym uderzeniem, że tylko zewsząd sypie się pierze, niby w ogarniętym paniką kurniku; potem nadchodzi okres gładkich zwycięstw, dokumentowanych w euforycznych raportach z pola walki, opuszczanego w pośpiechu przez nieprzyjaciela; jeszcze potem przychodzi czas mozolnego marszu nadwątlającego morale, gdy racje żywnościowe stają się coraz bardziej skąpe, a na twarzy maruderów osiadają pierwsze płatki śniegu. Moskwa zostaje spalona, ale i tak popada się w niewolę okrutnego generała – Rosyjskiego Stycznia – wdzierającego się wszędzie swoimi lodowymi paluchami, ostrymi niczym sople. Gorycz upokarzającego odwrotu. Nacierający Kozacy. I w końcu śmierć od kul wystrzelonych przez jakiegoś dzieciaka artylerzystę w czasie przeprawy przez jedną z polskich rzek, której nawet nie ma na mapie twojego dowódcy.

Nigdy nie chciałbym się zestarzeć. Proszę mi tego oszczędzić. Czy to leży w pana mocy? Nie, nawet pan nie rozporządza taką władzą – a szkoda. W takim razie proszę się poczęstować moim papierosem. No, śmiało. Och, no dobrze. Jak pan sobie życzy. Ostatecznie każdemu według własnych gustów.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.