Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 337 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pomarańczowy Majdan - Marcin Wojciechowski

We wrześniu 2000 roku zamordowano w makabryczny sposób Georgija Gongadze, opozycyjnego dziennikarza ukraińskiego. Cztery lata później świat obserwował wybuch pomarańczowej rewolucji, niezwykłego zrywu postradzieckiego ukraińskiego społeczeństwa, które zaprotestowało przeciwko skorumpowanym władzom. W jaki sposób śmierć dziennikarza i prowadzone wokół niej śledztwo mogły stać się motorem zmian, które ogarnęły całe państwo? Pomarańczowy Majdan, owoc kilkuletnich podróży Marcina Wojciechowskiego na Ukrainę, to opowieść o długich narodzinach demokratycznego społeczeństwa. Zawiera nie tylko relację z najważniejszych wydarzeń, ale także portrety Leonida Kuczmy, Wiktora Juszczenki, Julii Tymoszenko oraz Georgija Gongadze, wzbogacone zapisami rozmów z bohaterami rewolucji i ich bliskimi. Książka opowiada także o zwykłych Ukraińcach, którzy w ciągu ostatnich pięciu lat przeszli ogromną przemianę: przełamali postradziecką apatię i obojętność na życie publiczne, nabrali odwagi, by walczyć w obronie demokracji.

Autor opisuje zróżnicowanie Ukrainy na wschód i zachód, próbuje wyjaśnić, dlaczego część mieszkańców poparła opozycję, gotowa nawet przelać krew za jej zwycięstwo, a część zdystansowała się od niej. Książka doskonale oddaje gorącą atmosferę tamtych dni, głęboko analizuje przyczyny wybuchu rewolucji, przedstawiając je w szerokim kontekście przemian społecznych.

Opinie o ebooku Pomarańczowy Majdan - Marcin Wojciechowski

Fragment ebooka Pomarańczowy Majdan - Marcin Wojciechowski

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two WAB., 2006

Wy­da­nie I 

War­sza­wa 2006

wstęp

Poma­rań­czo­wy nie jest ko­lo­rem Ukra­iny – wie­lo­krot­nie po­wta­rza! od­cho­dzą­cy pre­zy­dent Le­onid Kucz­ma, gdy ukra­iń­ska opo­zy­cja co­raz po­waż­niej szy­ko­wa­ła się do wy­bo­rów pre­zy­denc­kich roz­pi­sa­nych na je­sień 2004 roku, za­koń­czo­nych spon­ta­nicz­ną po­ko­jo­wą re­wo­lu­cją. Nie da się usta­lić po­nad wszel­ką wąt­pli­wość, dla­cze­go na bar­wę kam­pa­nii wy­bor­czej opo­zy­cji wy­bra­no ko­lor po­ma­rań­czo­wy. Na­wet w szta­bie Wik­to­ra Jusz­czen­ki jego naj­bliż­si współ­pra­cow­ni­cy wzru­sza­li ra­mio­na­mi, gdy ich o to py­ta­łem. Agen­cje re­kla­mo­we pro­po­no­wa­ły kil­ka wa­rian­tów ko­lo­ry­stycz­nych, z któ­rych wy­bra­no wła­śnie ten. Ale dla­cze­go? Bo to cie­pły ko­lor słoń­ca, bo do­brze się ko­ja­rzy i ład­nie wy­pa­da w te­le­wi­zji, bo ktoś zdo­był in­for­ma­cję, że ko­lo­rem prze­ciw­ni­ków Jusz­czen­ki bę­dzie chłod­ny błę­kit… Ktoś mi na­wet tłu­ma­czył, że po­ma­rań­czo­wy jest ko­lo­rem eu­ro­pej­skim, bo to prze­cież bar­wa re­pre­zen­ta­cji pił­kar­skiej Ho­lan­dii. Po­dob­nych wy­ja­śnień pew­nie da­ło­by się zna­leźć jesz­cze z tu­zin.

Na­wet naj­lep­si spe­ce od po­li­tycz­ne­go mar­ke­tin­gu nie prze­wi­dzie­li jed­nak tego, że je­sie­nią 2004 roku Ki­jów – a za nim po­wo­li spo­ry ka­wał kra­ju – sta­nie się do­słow­nie po­ma­rań­czo­wy. Ukra­iń­ski kon­flikt na­ra­stał od daw­na, lecz dłu­go po­zo­sta­wał pra­wie nie­wi­docz­ny. Z wszech­ogar­nia­ją­cej sza­rzy­zny wy­ła­nia­ły się za­ląż­ki spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skie­go.

A tym­cza­sem wła­dza po­peł­nia­ła błąd za błę­dem, udo­wad­nia­jąc, że nie wie, w ja­kim kra­ju żyje i nie zna praw­dzi­we­go cha­rak­te­ru swo­ich ro­da­ków. To ona czte­ry lata wcze­śniej spra­wi­ła, że u źró­deł po­ma­rań­czo­we­go zry­wu le­gła ża­łob­na czerń…-

***

Za­łatw go, jak na­le­ży – do­bie­ga z ta­śmy głos Le­oni­da Kucz­my, pre­zy­den­ta Ukra­iny w la­tach 1994-2004.

– Już ja mu po­ka­żę, gdzie jego miej­sce – od­po­wia­da Le­onid Der­kacz, je­den z naj­bar­dziej za­ufa­nych lu­dzi Kucz­my, wów­czas szef Służ­by Bez­pie­czeń­stwa Ukra­iny, spad­ko­bier­czy­ni ra­dziec­kie­go KGB.

Roz­mo­wa do­ty­czy­ła dzien­ni­ka­rza Geo­r­gi­ja Gon­ga­dze i mia­ła miej­sce w czerw­cu 2000 roku, trzy mie­sią­ce przed jego ta­jem­ni­czym znik­nię­ciem. Na­gra­nie do­ko­na­ne w ga­bi­ne­cie ukra­iń­skie­go pre­zy­den­ta ujaw­nił kil­ka mie­się­cy póź­niej li­der opo­zy­cyj­nych so­cja­li­stów Ołek­sandr Mo­roz. Sam do­stał ta­śmę od by­łe­go ochro­nia­rza Kucz­my, ma­jo­ra My­ko­ły Mel­ny­czen­ki, któ­ry pod­słu­chi­wał pre­zy­den­ta od wie­lu mie­się­cy. Miał to ro­bić z wła­snej ini­cja­ty­wy, nie go­dząc się z tym, że eki­pa Kucz­my co­raz bar­dziej się de­ge­ne­ru­je i trak­tu­je pań­stwo ni­czym wła­sny fol­wark.

– Mó­wię: wy­wieźć, wy­rzu­cić na ch…, od­dać Cze­cze­nom, a po­tem wy­ku­pić. Albo przy­wieźć tu, ro­ze­brać, zo­sta­wić bez spodni, niech sie­dzi – to inny frag­ment na­gra­nia ujaw­nio­ne­go przez Mo­ro­za, rów­nież do­ty­czą­cy Geo­r­gi­ja Gon­ga­dze. Tym ra­zem Kucz­ma po­na­glał swe­go ulu­bień­ca, by­łe­go sze­fa MSW Ju­ri­ja Kraw­czen­kę. Było to na dwa mie­sią­ce przed znik­nię­ciem dzien­ni­ka­rza.

– Po­my­śli­my. Zro­bi­my wszyst­ko jak na­le­ży. Już ja mam od­po­wied­nich or­łów. Oni się tym zaj­mą – od­po­wie­dział pre­zy­den­to­wi Kraw­czen­ko.

Gruzin w szarawarach

Kim jest ten czło­wiek? I co to za fla­ga, bo prze­cież nie jest to ra­dziec­ki czer­wo­ny sztan­dar? Ta­jem­ni­cza po­stać w ukra­iń­skiej bia­łej ko­szu­li wy­szy­wa­nej czer­wo­nym ha­ftem, ma­cha­ją­ca nad gło­wą wiel­ką ma­li­no­wą fla­gą, za­dzi­wia­ła set­ki mło­dych lu­dzi, któ­rzy przy­je­cha­li na fe­sti­wal „Czer­wo­na Ruta” do Czer­nio­wiec w Kar­pa­tach. Był rok 1989. W Pol­sce za­koń­czy­ły się już ob­ra­dy „okrą­głe­go sto­łu”. Na ra­tu­szu we Lwo­wie wy­wie­szo­no nie­bie­sko-żół­tą fla­gę ukra­iń­ską. Po raz ostat­ni wi­sia­ła tam w cza­sie II woj­ny świa­to­wej, gdy ukra­iń­scy na­cjo­na­li­ści pró­bo­wa­li ogło­sić w Ga­li­cji swo­je pań­stwo u boku Nie­miec.

Pod ko­niec lat 80. na­dzie­je na nie­pod­le­głość Ukra­iny od­ro­dzi­ły się z nie­spo­ty­ka­ną siłą. Przy­wód­cy ukra­iń­skie­go ru­chu dy­sy­denc­kie­go do­sko­na­le wie­dzie­li, co dzie­je się w Pol­sce, gdzie opo­zy­cja wła­śnie za­war­ła z wła­dzą kom­pro­mis w spra­wie pierw­szych, jesz­cze nie do koń­ca wol­nych, ale jed­nak plu­ra­li­stycz­nych wy­bo­rów. Zo­li­bor­skie miesz­ka­nie Jac­ka Ku­ro­nia było punk­tem kon­tak­to­wym, przez któ­ry prze­wi­ja­li się dzia­ła­cze ukra­iń­skie­go Ru­chu na rzecz pie­re­stroj­ki, nie­le­gal­nej jesz­cze Ukra­iń­skiej Gru­py Hel­siń­skiej, ukra­iń­skiej Amne­sty In­ter­na­tio­nal, po­pu­lar­ne­go zwłasz­cza w Ga­li­cji Brac­twa Stu­denc­kie­go oraz in­nych bar­dziej i mniej spi­sko­wych or­ga­ni­za­cji, któ­re jak grzy­by po desz­czu wy­kieł­ko­wa­ły nad Dnie­prem pod ko­niec lat 80. W Ki­jo­wie i Lwo­wie mó­wio­no co­raz gło­śniej o tym, że naj­wyż­szy czas wy­rwać się spod ku­ra­te­li Mo­skwy.

Pół­le­gal­ny fe­sti­wal „Czer­wo­na Ruta” gro­ma­dził zwo­len­ni­ków pie­re­stroj­ki, od­ro­dze­nia ukra­iń­skiej kul­tu­ry, nie­skrę­po­wa­nej gor­se­tem cen­zu­ry twór­czo­ści ar­ty­stycz­nej. Przy­jeż­dża­ły tu nie­spo­koj­ne du­chy z ca­łe­go ZSRR: awan­gar­do­wi pi­sa­rze, mu­zy­cy nie­miesz­czą­cy się w ofi­cjal­nym nur­cie, lu­do­wi pie­śnia­rze śpie­wa­ją­cy za­bro­nio­ne od cza­sów woj­ny pio­sen­ki Ukra­iń­skiej Ar­mii Po­wstań­czej. Fe­sti­wal był ty­glem, w któ­rym mie­sza­ły się roz­ma­ite sty­le, po­łą­cze­niem Wo­od­stock z im­pre­zą pa­trio­tycz­ną. Sta­no­wił wy­zwa­nie rzu­co­ne drę­twej kul­tu­rze Ukra­iny ra­dziec­kiej. Dziś trud­no so­bie wy­obra­zić, jak te dwa świa­ty har­mo­nij­nie współ­ist­nia­ły ze sobą, ale wte­dy – gdy wiał wiatr wiel­kich prze­mian – wszyst­ko było moż­li­we.

Czło­wiek w ukra­iń­skiej wy­szy­wan­ce wy­wo­ły­wał sen­sa­cję, bo sła­bo mó­wił po ukra­iń­sku, ale ro­syj­ski tak­że ka­le­czył dziw­nym ak­cen­tem, in­nym jed­nak od ukra­iń­skie­go za­śpie­wu. Miał dwa­dzie­ścia lat, fa­lu­ją­cą ciem­ną czu­pry­nę, uśmiech­nię­tą twarz i bar­dzo duże nie­bie­skie oczy. Tak duże, ja­sne i wzbu­dza­ją­ce uf­ność, że pra­wie od razu za­ko­chi­wa­ła się w nich każ­da dziew­czy­na. Był przy tym szar­manc­ki, ca­ło­wał ko­bie­ty w rękę, ce­re­mo­nial­nie prze­pusz­czał je w drzwiach, bły­ska­wicz­nie na­wią­zy­wał przy­jaź­nie. Zna­jo­mi na­zy­wa­li go „dam­skim ugod­ni­kiem”, czy­li kimś, kto dla każ­dej ko­bie­ty ma uśmiech i miłe sło­wo.

Są­dzo­no, że to może Ko­zak z od­ra­dza­ją­ce­go się ru­chu ko­zac­kie­go, któ­ry uży­wał ma­li­no­wej fla­gi jako swe­go sym­bo­lu. Ale prze­cież Ko­zak nie może sła­bo mó­wić po ukra­iń­sku. Poza tym na jego fla­dze były w rogu dwa dziw­ne pa­ski: bia­ły i czar­ny. Spra­wa wy­ja­śni­ła się do­pie­ro wów­czas, gdy mi­li­cja na wszel­ki wy­pa­dek wy­le­gi­ty­mo­wa­ła ta­jem­ni­cze­go mło­dzień­ca, któ­ry co ja­kiś czas po­krzy­ki­wał „Wol­na Ukra­ina!”, cho­ciaż wo­kół trwał jesz­cze Zwią­zek Ra­dziec­ki. Na­wet na pół­le­gal­nym fe­sti­wa­lu ten okrzyk brzmiał jak pro­wo­ka­cja. Mi­li­cjant usta­lił, że Geo­r­gij Gon­ga­dze za­mel­do­wa­ny był w Tbi­li­si, gdzie miesz­kał z oj­cem. Ale rzu­cił uni­wer­sy­tet i przy­je­chał z Gru­zji do mat­ki miesz­ka­ją­cej we Lwo­wie, żeby być świad­kiem re­wo­lu­cji, któ­ra za dwa lata mia­ła przy­nieść Ukra­inie nie­pod­le­głość. Na kul­to­wym fe­sti­wa­lu „Czer­wo­na Ruta” w Czer­niow­cach, o któ­rym pi­sał w swo­jej książ­ce Re­kre­acje Ju­rij An­dru­cho­wycz, Gija Gon­ga­dze – pół-Gru­zin (o czym świad­czy­ła fla­ga) i pół-Ukra­iniec (co pod­kre­ślał wy­szy­wan­ką i pró­ba­mi mó­wie­nia po ukra­iń­sku) – po raz pierw­szy wzbu­dził praw­dzi­wą sen­sa­cję. Póź­niej przy­ku­wa­nie uwa­gi sta­ło się jego spe­cjal­no­ścią, sty­lem ży­cia, pro­fe­sją i pa­sją.

– Po­zna­łem się z Giją dwa lata póź­niej, pod­czas dru­giej edy­cji „Czer­wo­nej Ruty” w Za­po­ro­żu – opo­wia­da jego przy­ja­ciel Wach­tang Ki­pia­ni, z po­cho­dze­nia Gru­zin, tak jak Gija, ale z wy­bo­ru Ukra­iniec. – Tym ra­zem to ja nio­słem nie­ofi­cjal­ną jesz­cze fla­gę gru­ziń­ską, a Gija, tak samo jak dwa lata wcze­śniej, ubra­ny był w wy­szy­wan­kę, sza­ra­wa­ry i wy­so­kie czer­wo­ne buty. Spa­ce­ro­wał z pierw­szą żoną po Za­po­ro­żu. Na wi­dok mo­jej fla­gi pod­szedł do mnie i za­gad­nął po gru­ziń­sku, ale ja po­pro­si­łem, że­by­śmy prze­szli na ukra­iń­ski, bo gru­ziń­ski znam sła­bo.

Na tym zna­jo­mość się urwa­ła. Gija wró­cił do Lwo­wa, a Wach­tang do Mi­ko­ła­jo­wa nad Mo­rzem Czar­nym, ale po kil­ku la­tach mie­li się spo­tkać po­now­nie. We Lwo­wie Gija mo­men­tal­nie wpadł w śro­do­wi­sko mło­dych re­wo­lu­cjo­ni­stów sku­pio­nych wo­kół pi­sma „Po­stup”. Go­dzi­na­mi de­ba­to­wa­li, jaka ma być nie­pod­le­gła Ukra­ina, bo nie mie­li wąt­pli­wo­ści, że roz­pad ZSRR jest tyl­ko kwe­stią cza­su. Za­sta­na­wia­li się, jak przy­spie­szyć ten pro­ces. Straj­ka­mi? Ma­so­wy­mi pro­te­sta­mi? Wal­ką zbroj­ną? Zdo­by­wa­niem ko­mi­te­tów par­tyj­nych, urzę­dów, po­ste­run­ków mi­li­cji? I co zro­bić, żeby tym ra­zem się uda­ło, żeby ko­lej­ny ukra­iń­ski zryw nie za­koń­czył się klę­ską. Chcie­li tak­że, by już po uzy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści nowa Ukra­ina prze­szła praw­dzi­wą kul­tu­ral­ną od­no­wę. Żeby jej miesz­kań­cy prze­sta­li wsty­dzić się swo­je­go ję­zy­ka, któ­re­mu przez dzie­się­cio­le­cia wła­dzy ra­dziec­kiej przy­le­pio­no łat­kę chłop­skie­go i pry­mi­tyw­ne­go. Dla­te­go w ukra­iń­skich mia­stach – z wy­jąt­kiem Ga­li­cji – mó­wio­no pra­wie wy­łącz­nie po ro­syj­sku. Mło­dzi re­wo­lu­cjo­ni­ści chcie­li to zmie­nić, stwo­rzyć żywą ukra­iń­ską li­te­ra­tu­rę, ga­ze­ty roz­cho­dzą­ce się w wiel­kich na­kła­dach i te­le­wi­zję, któ­ra – za­miast kal­ko­wać pro­gram emi­to­wa­ny z Mo­skwy – by­ła­by sa­mo­dziel­na.

O ile dla star­szych dzia­ła­czy nie­pod­le­gło­ścio­wych – pa­mię­ta­ją­cych jesz­cze przed­wo­jen­ną Pol­skę, par­ty­zant­kę UPA, po­wo­jen­ną wal­kę z NKWD, so­wiec­kie ła­gry i wię­zie­nia – nowa Ukra­ina mia­ła być przede wszyst­kim pro­jek­tem et­nicz­nym, re­ali­za­cją pra­wa na­ro­du do po­sia­da­nia wła­sne­go pań­stwa, o tyle dla mło­dych o toż­sa­mo­ści i sile ich kra­ju de­cy­do­wać mia­ła przede wszyst­kim kul­tu­ra.

– Geo­r­gij przy­cho­dził na na­sze spo­tka­nia, ale trzy­mał się z boku – opo­wia­da Wło­dek Paw­liw, je­den z lu­dzi dzia­ła­ją­cych od po­cząt­ku w krę­gu „Po­stu­pu”. – Być może od ak­tyw­ne­go udzia­łu w na­szych dys­ku­sjach po­wstrzy­my­wa­ło go to, że nie znał jesz­cze do­brze ukra­iń­skie­go. A może to, że bar­dziej niż na­sze roz­wa­ża­nia o re­wo­lu­cji in­te­re­so­wa­ły go dziew­czy­ny przy­cho­dzą­ce na spo­tka­nia. Cza­sem na­wet do­cho­dzi­ło mię­dzy nami do awan­tur na tym tle. My tu ro­bi­my re­wo­lu­cję, dys­ku­tu­je­my o naj­waż­niej­szych spra­wach, a on pod­ry­wa dziew­czy­ny! W jego za­cho­wa­niu było coś z kau­ka­skie­go ma­cho, co nas wte­dy bar­dzo wku­rza­ło.

pięknoduch jedzie na wojnę

Na po­cząt­ku lat 90. Gon­ga­dze na­gle prze­padł – rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie jak się nie­gdyś po­ja­wił we Lwo­wie. Być może uznał, że ukra­iń­ska re­wo­lu­cja wy­gra i bez nie­go, być może znu­dzi­ły go in­te­lek­tu­al­ne de­ba­ty i pra­gnął czy­nu. Wró­cił do Tbi­li­si do ojca. I, jak to on, zno­wu bły­ska­wicz­nie wpadł w wir wy­da­rzeń, bo gdy coś się dzia­ło, nig­dy nie po­tra­fił stać z boku. W Gru­zji to­czy­ła się aku­rat woj­na do­mo­wa; dwie pro­win­cje, Ab­cha­zja i Po­łu­dnio­wa Ose­tia pró­bo­wa­ły ode­rwać się od Tbi­li­si. Fa­na­tycz­ny gru­ziń­ski pre­zy­dent Zwiad Gam­sa­hur­dia – świet­ny po­eta, wy­bit­ny znaw­ca li­te­ra­tu­ry, ale kiep­ski po­li­tyk – pró­bo­wał siłą zdo­być nie­po­kor­ne pro­win­cje. Gru­bo się prze­li­czył: ma­leń­kie re­gio­ny, wspar­te przez Ro­sję, sta­wi­ły sku­tecz­ny opór. Sła­bo wy­po­sa­żo­na i fa­tal­nie wy­szko­lo­na, do­pie­ro nie­daw­no utwo­rzo­na ar­mia gru­ziń­ska nie była w sta­nie zdła­wić opo­ru. Woj­na do­mo­wa za­czę­ła się roz­le­wać ze zbun­to­wa­nych pro­win­cji na cały kraj.

Gam­sa­hur­dia wszedł w kon­flikt ze wszyst­ki­mi: z wła­snym na­ro­dem, z Za­cho­dem, z są­sia­da­mi, w tym z naj­waż­niej­szym – Ro­sją. Ale za­cza­dzo­ny wła­sną wi­zją wiel­kiej Gru­zji brnął w śle­pą ulicz­kę, co spra­wi­ło, że jego wczo­raj­si zwo­len­ni­cy prze­kształ­ca­li się w za­cie­kłych wro­gów. Jed­nym z po­li­ty­ków opo­zy­cji prze­ciw­ko Gam­sa­hur­dii był oj­ciec Geo­r­gi­ja. Gija po­je­chał go ochra­niać, i to w naj­bar­dziej do­słow­nym zna­cze­niu tego sło­wa. Ten pięk­no­duch i nie­po­praw­ny pod­ry­wacz jesz­cze przed upad­kiem ZSRR słu­żył w Afga­ni­sta­nie. W Gru­zji za­ło­żył mun­dur po raz dru­gi. Brał udział w cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność mi­tyn­gach po­li­tycz­nych, któ­re cza­sa­mi prze­kształ­ca­ły się w re­gu­lar­ne wal­ki. Zo­stał ran­ny w rękę odłam­ka­mi gra­na­tu. Oprócz ka­łasz­ni­ko­wa miał tak­że ama­tor­ską ka­me­rę wi­deo. Gdy po­ka­zał zdję­cia z Gru­zji we Lwo­wie, jego daw­ni ko­le­dzy prze­ży­li szok. Oni tyl­ko roz­ma­wia­li o re­wo­lu­cji, a nie­pod­le­głość „za­ła­twio­no im” w za­ci­szu ga­bi­ne­tów, bez jed­ne­go wy­strza­łu. Na­to­miast Gija na wła­sne oczy wi­dział woj­nę do­mo­wą, krew, na­ra­żał ży­cie. Wo­jen­na le­gen­da mia­ła mu to­wa­rzy­szyć aż do śmier­ci.

Ze zdjęć na­krę­co­nych przez Giję zmon­to­wa­no dla te­le­wi­zji ukra­iń­skiej kil­ka re­por­ta­ży o wal­kach w Gru­zji. Geo­r­gij pi­sał też ko­re­spon­den­cje wo­jen­ne do lwow­skie­go „Po­stu-pu”. I choć jego zna­jo­mi wspo­mi­na­ją, że na po­cząt­ku nie były to tek­sty wy­bit­ne, trze­ba było je wie­lo­krot­nie po­pra­wiać i re­da­go­wać, to tak wła­śnie na­ro­dził się dzien­ni­karz Gon­ga­dze.

dziennikarz Gongadze

Wieść o nie­ustra­szo­nym Geo­r­gi­ju szyb­ko do­tar­ła ze Lwo­wa do Ki­jo­wa. Świe­żo stwo­rzo­ne ukra­iń­skie te­le­wi­zje po­trze­bo­wa­ły re­por­te­rów z krwi i ko­ści. Ta­kich, któ­rzy do­trą wszę­dzie i do każ­de­go. Za­ry­zy­ku­ją wszyst­kim, żeby zro­bić cie­ka­wy ma­te­riał, mają nie­kon­wen­cjo­nal­ne po­my­sły, nie boją się za­da­wać na­wet naj­trud­niej­szych py­tań. Gija taki był, choć nig­dy nie uczył się dzien­ni­kar­stwa. Jego ko­le­dzy wspo­mi­na­ją, że nie miał warsz­ta­tu, ale ema­no­wa­ła z nie­go ogrom­na ener­gia i chęć do pra­cy. Swy­mi po­my­sła­mi cza­sem przy­pra­wiał współ­pra­cow­ni­ków o za­wrót gło­wy. Sta­wiał za­da­nie, żeby sfil­mo­wać ukry­tą ka­me­rą mi­li­cjan­ta bio­rą­ce­go ła­pów­kę, a po­tem cała eki­pa kom­bi­no­wa­ła, jak to zro­bić, bo Gija oczy­wi­ście nie wie­dział jak, tyl­ko miał taką wi­zję.

Wi­dzo­wie szyb­ko do­ce­ni­li jego bra­wu­rę. Bły­ska­wicz­nie stał się jed­ną z bar­dziej roz­po­zna­wal­nych po­sta­ci w dzien­ni­kar­stwie ukra­iń­skim. W 1997 roku spo­ra gru­pa dzien­ni­ka­rzy ze Lwo­wa do­sta­ła pra­cę w róż­nych te­le­wi­zjach w Ki­jo­wie.

– Kie­dy przy­je­cha­łem do sto­li­cy, Gija był już tam do­brze zna­ny – wspo­mi­na Wło­dek Paw­liw. Im bar­dziej Gija był po­pu­lar­ny, tym bar­dziej da­wał o so­bie znać jego buj­ny kau­ka­ski tem­pe­ra­ment. Na ko­le­giach cza­sem krzy­czał, rzu­cał krze­sła­mi, awan­tu­ro­wał się. Ko­le­gów to draż­ni­ło, ale wy­ba­cza­li mu, bo na ko­niec za­wsze oka­zy­wa­ło się, że choć współ­pra­ca z nim jest trud­na, a jego po­my­sły cza­sem wy­da­ją się nie­wy­ko­nal­ne, to je­śli już uda się je zre­ali­zo­wać, efekt jest olśnie­wa­ją­cy. – O Geo­r­gi­ju moż­na po­wie­dzieć, że jego za­wód po­le­gał na by­ciu „rów­nym go­ściem” – opo­wia­da Wach­tang Ki­pia­ni. – Miał taki styl ży­cia. Przy­jaź­nił się z ty­sią­ca­mi lu­dzi. Z do­pie­ro co po­zna­ny­mi oso­ba­mi od razu prze­cho­dził na ty, po­kle­py­wał po ple­cach, za­pra­szał do domu lub do knaj­py na piwo. Wo­bec ko­biet za­cho­wy­wał się tak, jak­by wszyst­kie na­le­ża­ły do nie­go. Mimo że by­wał draż­nią­cy, nie spo­sób było go nie lu­bić.

Sza­cun­ku do Geo­r­gi­ja na­bra­li tak­że po­li­ty­cy. Nie­któ­rzy zro­zu­mie­li, że le­piej z nim nie za­dzie­rać, bo jest bez­kom­pro­mi­so­wy, inni po­sta­no­wi­li wy­ko­rzy­sty­wać go do wła­snych roz­gry­wek, kom­pro­mi­to­wa­nia ry­wa­li, na­gła­śnia­nia pi­kant­nych plo­tek krą­żą­cych po par­la­men­cie, w sie­dzi­bie rzą­du, pa­ła­cu pre­zy­denc­kim. Gon­ga­dze oprócz sła­wy szyb­ko zy­skał sta­tus jed­ne­go z naj­le­piej po­in­for­mo­wa­nych dzien­ni­ka­rzy na Ukra­inie, czym się zresz­tą nie­sa­mo­wi­cie cheł­pił. Nie był to typ dzien­ni­ka­rza śled­cze­go ani ana­li­ty­ka po­li­tycz­ne­go. Nie pro­wa­dził wła­snych do­cho­dzeń – ca­ły­mi dnia­mi prze­sia­dy­wał w par­la­men­cie, roz­ma­wiał z de­pu­to­wa­ny­mi, z ich słów wy­ła­wiał plot­ki i strzę­py in­for­ma­cji, któ­re po­tem bez skru­pu­łów wy­ko­rzy­sty­wał w swo­ich ma­te­ria­łach. – W pew­nym mo­men­cie z pro­fe­sjo­nal­ne­go punk­tu wi­dze­nia jego ma­te­ria­ły za­czę­ły być iry­tu­ją­ce. Przede wszyst­kim cho­dzi­ło mu o wło­że­nie kija w mro­wi­sko, o pro­wo­ka­cję. Rze­tel­ność dzien­ni­kar­ska mia­ła dla nie­go zna­cze­nie dru­go­rzęd­ne – mówi jego ko­le­ga.

Geo­r­gij – po­dob­nie jak więk­szość zna­nych dzien­ni­ka­rzy ukra­iń­skich w tam­tych la­tach – wy­ko­ny­wał też roz­ma­ite „usłu­gi” na zle­ce­nie. – Ta­kie były wte­dy cza­sy, że dzien­ni­karz, by prze­żyć, mu­siał się zaj­mo­wać czar­nym pia­rem - opo­wia­da Ki­pia­ni. Gii zda­rza­ło się więc pro­sić ko­le­gów, by po­ka­za­li w wia­do­mo­ściach ja­kie­goś po­li­ty­ka czy biz­nes­me­na; cza­sem sam krę­cił ma­te­ria­ły na zle­ce­nie. Do­ra­biał so­bie tak­że jako do­rad­ca me­dial­ny kil­ku wpły­wo­wych po­li­ty­ków. Kie­dyś w par­la­men­cie roz­da­wał in­nym dzien­ni­ka­rzom ulot­ki re­kla­mu­ją­ce fir­mę Bi­zon, po­ten­ta­ta w im­por­cie pa­liw z Ro­sji. Nie było w tym nic szo­ku­ją­ce­go, bo pra­wie każ­dy ze zna­nych dzien­ni­ka­rzy do­ra­biał so­bie w ten spo­sób. Pro­sił ko­le­gów, żeby w mia­rę moż­li­wo­ści in­for­ma­cje z ulo­tek wy­ko­rzy­sta­li w swo­ich ma­te­ria­łach. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach do par­la­men­tu wpa­dła żona Geo­r­gi­ja, któ­ra w wiel­kim po­pło­chu od­bie­ra­ła od wszyst­kich owe ulot­ki. Była prze­ra­żo­na. Praw­do­po­dob­nie Gija o mały włos nie wpa­ko­wał się w awan­tu­rę, któ­ra mo­gła się dla nie­go skoń­czyć wiel­ki­mi nie­przy­jem­no­ścia­mi.

Rów­nie szyb­ko, jak Gija zro­bił ka­rie­rę w te­le­wi­zji, jego sze­fo­wie za­czę­li za­sta­na­wiać się, jak się go po­zbyć.

Kuczma i jego ferajna

Rok 1999 miał być szcze­gól­ny. Po pię­ciu la­tach rzą­dów pre­zy­dent Le­onid Kucz­ma po­sta­no­wił sta­nąć w szran­ki o dru­gą ka­den­cję, ale nie­zbyt wie­le atu­tów prze­ma­wia­ło na jego ko­rzyść. Ukra­ina była już od ośmiu lat nie­pod­le­gła, a po­cząt­ko­wa eu­fo­ria zwią­za­na z uzy­ska­niem su­we­ren­no­ści opa­dła. Lu­dzie nie po­czu­li wy­mier­nych ko­rzy­ści ze­rwa­nia z Mo­skwą, na któ­re tak bar­dzo li­czy­li. Zy­ska­ła głów­nie wą­ska gru­pa osób zwią­za­nych z wła­dzą. Kucz­ma, choć sta­rał się zaj­mo­wać po­zy­cję ar­bi­tra, stał na cze­le sys­te­mu, w któ­rym naj­waż­niej­sze de­cy­zje po­dej­mo­wa­ło kil­ka kla­nów biz­ne­so­wo-po­li­tycz­nych, dzie­lą­cych mię­dzy sie­bie wpły­wy i ma­ją­tek kra­ju. Po­zo­sta­ła część miesz­kań­ców żyła w bie­dzie. W do­dat­ku dłu­żej już się nie da­wa­ło tego ukry­wać. Afe­ry za­czę­ły wy­pły­wać na wierzch, kom­pro­mi­tu­jąc pre­zy­den­ta i jego oto­cze­nie. O ukra­iń­skiej ko­rup­cji za­czę­ły krą­żyć le­gen­dy.

Naj­więk­szą wpad­ką Kucz­my było no­mi­no­wa­nie na pre­mie­ra Paw­ła Ła­za­ren­ki. Ten z po­zo­ru rzut­ki po­li­tyk i eko­no­mi­sta, któ­ry miał roz­bu­dzić go­spo­dar­kę, oka­zał się naj­więk­szym afe­rzy­stą w dzie­jach Ukra­iny. Ła­za­ren­ko był w la­tach 90. gu­ber­na­to­rem ro­dzin­ne­go mia­sta Kucz­my – Dnie­pro­pie­trow­ska. Za­ło­żo­ny przez Ka­ta­rzy­nę II Je­ka­tie­ri­no­sław nad Dnie­prem miał być trze­cią sto­li­cą im­pe­rium, po Mo­skwie i Pe­ters­bur­gu. W cza­sach ra­dziec­kich Dnie­pro­pie­trowsk stał się jed­nym z głów­nych ośrod­ków pro­du­ku­ją­cych ra­kie­ty do wy­no­sze­nia gło­wic ją­dro­wych.

– Dnie­pro­pie­trowsk był za­wsze mia­stem dość spe­cy­ficz­nym, niby ukra­iń­skim, ale jed­nak cią­żą­cym ku Ro­sji – mówi pro­fe­sor My­ro­sław Po­po­wycz, zna­ny fi­lo­zof. – W la­tach 70. by­łem tam w de­le­ga­cji. Opro­wa­dzał nas szef miej­skie­go ko­mi­te­tu par­tii. Od razu z lot­ni­ska po­je­cha­li­śmy pod cer­kiew wznie­sio­ną w cen­trum przez Ka­ta­rzy­nę II. By­łem wstrzą­śnię­ty, że miej­sco­wy par­tyj­niak nie tyl­ko wie, ja­kie pla­ny ca­ry­ca mia­ła wo­bec mia­sta, ale jesz­cze opo­wia­da o nich z ta­kim za­pa­łem, jak­by sam chciał uczy­nić z Dnie­pro­pie­trow­ska trze­cią sto­li­cę im­pe­rium.

Jesz­cze w Dnie­pro­pie­trow­sku Ła­za­ren­ko opra­co­wał pro­jekt spry­wa­ty­zo­wa­nia Ukra­iny bez ko­niecz­no­ści in­we­sto­wa­nia wiel­kiej go­tów­ki. Kon­tro­lu­jąc jako gu­ber­na­tor ceny ener­gii – przede wszyst­kim gazu – mógł dyk­to­wać wa­run­ki wszyst­kim przed­się­bior­stwom w re­gio­nie. Wpę­dzał je w dłu­gi, zmu­szał do sprze­da­ży pro­duk­tów po okre­ślo­nych ce­nach i wy­łącz­nie okre­ślo­nym part­ne­rom. Dzię­ki umie­jęt­nym kom­bi­na­cjom w krót­kim cza­sie pod­po­rząd­ko­wał so­bie pra­wie całą go­spo­dar­kę ob­wo­du dnie­pro­pie­trow­skie­go. Pań­stwo­we przed­się­bior­stwa prze­cho­dzi­ły w ręce lu­dzi zwią­za­nych z wła­dzą, któ­rzy przej­mo­wa­li je po mi­ni­mal­nej ce­nie, a po­tem czer­pa­li z nich zy­ski albo od­prze­da­wa­li z wie­lo­krot­nym prze­bi­ciem. Tak po­wsta­ły pierw­sze wiel­kie for­tu­ny daw­nych se­kre­ta­rzy par­tyj­nych, kom­so­mol­ców, czer­wo­nych dy­rek­to­rów. – To były zło­te cza­sy, moż­na było ła­two za­ro­bić na­praw­dę duże pie­nią­dze – opo­wia­da An­drij Sa­do­wyj, dziś je­den z naj­bo­gat­szych biz­nes­me­nów we Lwo­wie, któ­ry na po­cząt­ku lat 90. zaj­mo­wał się pry­wa­ty­za­cją mię­dzy in­ny­mi w Dnie­pro­pie­trow­sku.

Kucz­ma za­pew­nia, że nic nie wie­dział o ma­chi­na­cjach Ła­za­ren­ki w Dnie­pro­pie­trow­sku i że mia­no­wał go pre­mie­rem w do­brej wie­rze. Był rok 1997. Ła­za­ren­ko spra­wiał do­bre wra­że­nie, sta­rał się lan­so­wać swój wi­ze­ru­nek jako cen­tro­pra­wi­co­we­go po­li­ty­ka po­pie­ra­ją­ce­go wol­ny ry­nek, mo­der­ni­za­cję, współ­pra­cę z Za­cho­dem. W tym celu stwo­rzył par­tię Hro­ma­da, ja­ko­by pierw­szą no­wo­cze­sną par­tię w dzie­jach Ukra­iny. Ale w rze­czy­wi­sto­ści Ła­za­ren­ko prze­niósł me­cha­ni­zmy spraw­dzo­ne w Dnie­pro­pie­trow­sku na cały kraj.

– Nie za­po­mnę nig­dy jego oczu. On był cał­ko­wi­cie owład­nię­ty żą­dzą zy­sku. Zysk sta­no­wił jego ob­se­sję. Był go­tów sprze­dać wszyst­ko i wszyst­kich. Cza­sem mó­wił, że chce prze­kształ­cić Ukra­inę w jed­ną wiel­ką stre­fę wol­no­cło­wą – opo­wia­da daw­ny współ­pra­cow­nik pre­mie­ra. Więk­szość ki­jow­skich eks­per­tów wąt­pi, by Kucz­ma nie wie­dział nic o ma­chi­na­cjach Ła­za­ren­ki. Praw­do­po­dob­nie nie tyl­ko przy­zwa­lał na nie, ale i sam czer­pał z nich zy­ski. Pre­mie­ra zgu­bi­ła jed­nak chci­wość. Dy­rek­to­rzy przed­się­biorstw skar­ży­li się, że nie dano im żad­nych szans dzia­ła­nia poza siat­ką po­wią­zań go­spo­dar­czych, któ­re ni­czym mac­ki ośmior­ni­cy co­raz gę­ściej opla­ta­ły kraj. Po­więk­sza­ła się sza­ra stre­fa, obej­mu­ją­ca we­dług nie­któ­rych sza­cun­ków na­wet 60 pro­cent go­spo­dar­ki. W kra­ju, któ­ry do­pie­ro wy­cho­dził z kry­zy­su po upad­ku ZSRR i wła­śnie zwal­czył hi­per­in­fla­cję, bra­ko­wa­ło go­tów­ki. Fir­my roz­li­cza­ły się bar­te­ro­wo – to­war za to­war. Szyb­ko oka­za­ło się jed­nak, że ten sys­tem jest wir­tu­al­ny i nie­wy­dol­ny. Za­czę­ło bra­ko­wać pie­nię­dzy na wy­pła­ty pen­sji dla pra­cow­ni­ków, nie mó­wiąc już o pie­nią­dzach na po­dat­ki, któ­rych pra­wie nikt nie pła­cił. Więk­szość le­wych zy­sków tra­fia­ła do kasy pre­mie­ra i jego ko­le­gów.

Ła­za­ren­ko mu­siał gdzieś te zy­ski in­we­sto­wać – a szły one już w mi­liar­dy do­la­rów – bo nie był pew­ny, czy ju­tro jego pie­nią­dze będą bez­piecz­ne nad Dnie­prem. Ukra­ina za­mie­nia­ła się w gi­gan­tycz­ną spół­kę z ogra­ni­czo­ną od­po­wie­dzial­no­ścią, ale w bu­dże­cie bra­ko­wa­ło środ­ków na szpi­ta­le, pen­sje dla na­uczy­cie­li, mi­li­cjan­tów, woj­sko­wych. Rów­no­cze­śnie po­wta­rza­ją­ce się gi­gan­tycz­ne trans­fe­ry go­tów­ki z Ki­jo­wa za gra­ni­cę za­czę­ły bu­dzić po­dej­rze­nia wśród państw z roz­wi­nię­tym sys­te­mem ban­ko­wym. Do me­diów prze­do­sta­ła się in­for­ma­cja, że Ła­za­ren­ko, za­ra­bia­ją­cy ofi­cjal­nie jako pre­mier za­le­d­wie kil­ka­set do­la­rów mie­sięcz­nie, ku­pił od zna­ne­go hol­ly­wo­odz­kie­go ak­to­ra Ed­die­go Mur­phy’ego wil­lę w Ka­li­for­nii za ba­ga­te­la… dwa­dzie­ścia mi­lio­nów do­la­rów. Gdy tę wia­do­mość ujaw­nio­no na Ukra­inie, lu­dzie do­zna­li szo­ku. Har­to­wa­li po­sęp­nie, że żyją w naj­bo­gat­szym pań­stwie świa­ta, choć do­tych­czas nie mie­li o tym zie­lo­ne­go po­ję­cia.

Za­czę­to wy­wie­rać na­ci­ski na Kucz­mę, żeby od­wo­łał Ła­za­ren­kę, ale pre­zy­dent dość dłu­go się im opie­rał. Skan­dal wy­buchł do­pie­ro wów­czas, gdy w Szwaj­ca­rii oskar­żo­no Ła­za­ren­kę o pra­nie brud­nych pie­nię­dzy (cho­dzi­ło o kwo­ty idą­ce w mi­lio­ny do­la­rów), a w Sta­nach Zjed­no­czo­nych aresz­to­wa­no go, gdy – ra­tu­jąc się uciecz­ką przed ukra­iń­skim wy­mia­rem spra­wie­dli­wo­ści – przy­le­ciał do No­we­go Jor­ku. Pro­ces Ła­za­ren­ki o pra­nie pie­nię­dzy i gi­gan­tycz­ną ko­rup­cję cią­gnął się przed są­dem w Ka­li­for­nii przez kil­ka lat. Za­ska­ku­ją­ce jest to, że na Ukra­inie nie­wie­le o tym wie­dzia­no. Ba­rie­ra mię­dzy ży­ciem pu­blicz­nym a ga­bi­ne­ta­mi po­li­ty­ków była tak szczel­na, że na­wet do dzien­ni­ka­rzy do­brze po­in­for­mo­wa­nych, jak Geo­r­gij Gon­ga­dze, do­cie­ra­ły tyl­ko od­pry­ski afer. Na ich pod­sta­wie trud­no było wy­ro­ko­wać o ska­li, na jaką wła­dza pro­wa­dzi po­kąt­ne ma­chi­na­cje.

– W nor­mal­nym kra­ju sce­na po­li­tycz­na przy­po­mi­na te­atr. Po­li­ty­cy gra­ją coś na sce­nie, a wi­dzo­wie, czy­li spo­łe­czeń­stwo, wy­ra­ża co ja­kiś czas swój za­chwyt lub dez­apro­ba­tę dla nich, po­słu­gu­jąc się kart­ką wy­bor­czą – mówi zna­ny dzien­ni­karz te­le­wi­zyj­ny My­ko­ła We­re­seń. – Ale na Ukra­inie Kucz­my, po­dob­nie jak w in­nych kra­jach by­łe­go ZSRR, stwo­rzo­no cały sys­tem fil­trów mię­dzy po­li­ty­ka­mi i opi­nią pu­blicz­ną. Zu­peł­nie tak, jak­by ak­to­rzy gra­li przy za­sło­nię­tej kur­ty­nie, a do wi­dzów do­cie­ra­ły je­dy­nie frag­men­ty ich re­plik. Tyl­ko bar­dzo nie­licz­nym uda­ło się prze­bić przez tę kur­ty­nę.

przykręcanie śruby

W 1999 roku Kucz­ma, chcąc prze­dłu­żyć swe rzą­dy o ko­lej­ne pięć lat, sta­nął przed ko­niecz­no­ścią chwi­lo­we­go uchy­le­nia kur­ty­ny. Jego do­rad­cy wpa­dli na po­mysł, jak wy­grać wy­bo­ry mimo afer, ko­rup­cji i bie­dy. Po­sta­no­wi­li do resz­ty zmar­gi­na­li­zo­wać re­al­ną opo­zy­cję, któ­ra i tak była wte­dy jesz­cze bar­dzo sła­ba, a do osta­tecz­nej roz­gryw­ki o pre­zy­den­tu­rę wpro­wa­dzić Kucz­mę i kan­dy­da­ta ko­mu­ni­stów. Sce­na­riusz był żyw­cem sko­pio­wa­ny z wy­bo­rów pre­zy­denc­kich w Ro­sji, któ­re w 1996 roku za­pew­ni­ły dru­gą ka­den­cję nie­po­pu­lar­ne­mu Bo­ry­so­wi­jel­cy­no­wi. Za­chód przy­mknął wte­dy oczy na licz­ne na­ru­sze­nia or­dy­na­cji wy­bor­czej, ko­rup­cję, sła­be stro­ny i grzesz­ki sa­me­go Jel­cy­na w oba­wie, że wła­dzę w Ro­sji przej­mie ko­mu­ni­sta i kraj za­cznie się co­fać w to­ta­li­tar­ną prze­szłość. Tego sa­me­go oba­wia­no się na Ukra­inie. Kucz­ma po­sta­no­wił więc sko­rzy­stać ze spraw­dzo­ne­go sche­ma­tu. Po­tem cheł­pił się wo­bec swo­ich współ­pra­cow­ni­ków, że „zwy­cięz­ców nikt nie są­dzi”. Oka­za­ło się, że to praw­da, ale do cza­su.

Wy­bo­ry z po­zo­ru były de­mo­kra­tycz­ne, ale za ku­li­sa­mi do­cho­dzi­ło do roz­ma­itych ma­ni­pu­la­cji. Za­czę­ło się od czyst­ki i przy­krę­ce­nia śru­by w me­diach. Lu­dzie tacy jak Gon­ga­dze – nie­prze­wi­dy­wal­ni, śmia­li, nie­pod­da­ją­cy się ste­ro­wa­niu – mu­sie­li zejść na dru­gi plan. Gdy­by Ukra­ina była nor­mal­na, Gija na­tych­miast do­stał­by pro­po­zy­cję od in­nej sta­cji niż jego ka­nał STB, któ­ry po­sta­no­wił się z nim roz­stać. Ale wła­ści­cie­le naj­więk­szych ki­jow­skich te­le­wi­zji do­sko­na­le wie­dzie­li, że je­śli nie za­sto­su­ją się do su­ge­stii władz, stra­cą re­kla­mo­daw­ców, a może na­wet kon­ce­sje. Wa­chlarz moż­li­wo­ści był zresz­tą szer­szy – od­wie­dzi­ny in­spek­to­rów skar­bo­wych, sa­ne­pi­du, stra­ży po­żar­nej, któ­rzy pod byle po­zo­rem mo­gli znisz­czyć ich biz­nes.

Gon­ga­dze stra­cił pra­cę w te­le­wi­zji i prze­szedł do po­pu­lar­ne­go ki­jow­skie­go Ra­dia Kon­ty­nent. Było ono zna­ne, ale za­się­giem nie wy­kra­cza­ło poza Ki­jów i oko­li­ce. Po­nie­waż tra­fia­ło do ogra­ni­czo­ne­go krę­gu od­bior­ców, mógł tam do woli zaj­mo­wać się po­li­ty­ką. Z re­por­te­ra prze­kształ­cił się w ko­men­ta­to­ra, twór­cę jed­no­oso­bo­wych, ale za to nie­zwy­kle za­cię­tych ma­ra­to­nów po­li­tycz­nych przed mi­kro­fo­nem. Być może wła­śnie zwol­nie­nie z te­le­wi­zji, przy­mu­so­wa zmia­na sta­tu­su gwiaz­dy na sta­no­wi­sko dzien­ni­ka­rza lo­kal­ne­go ra­dia spra­wi­ło, że wy­rósł na jed­ne­go z naj­więk­szych prze­ciw­ni­ków władz, zwłasz­cza pre­zy­den­ta Kucz­my.

– Ale to wca­le nie zna­czy, że Gon­ga­dze był kla­sycz­nym opo­zy­cjo­ni­stą, bo­jow­ni­kiem o de­mo­kra­cję. Nadal zaj­mo­wał się świad­cze­niem na rzecz roz­ma­itych po­li­ty­ków. Nie­któ­re jego kon­tak­ty były moc­no po­dej­rza­ne. My­ślę, że i opo­zy­cyj­ność wo­bec Kucz­my nie wy­ni­ka­ła z prze­ko­nań – Geo­r­gij po pro­stu ko­chał sła­wę i kre­ował w ten spo­sób swój ory­gi­nal­ny wi­ze­ru­nek – opo­wia­da Wach­tang Ki­pia­ni.

Sa­mot­na kam­pa­nia Geo­r­gi­ja wy­mie­rzo­na prze­ciw­ko po­now­ne­mu wy­bo­ro­wi Kucz­my skoń­czy­ła się cał­ko­wi­tą kla­pą. W cza­sie obu tur wy­bo­rów je­sie­nią 1999 roku Geo­r­gij pro­wa­dził w Ra­diu Kon­ty­nent ca­ło­dzien­ny ma­ra­ton wy­bor­czy. Choć nie agi­to­wał wprost, zmu­szał swo­ich roz­mów­ców do re­flek­sji. Słu­cha­czy dzwo­nią­cych do stu­dia py­tał, dla­cze­go chcą albo nie chcą gło­so­wać na Kucz­mę. Wcho­dził z nimi w dys­ku­sje, nie da­wał się zbyć slo­ga­na­mi. Uru­cho­mił też go­rą­cą li­nię, pro­sząc, by słu­cha­cze in­for­mo­wa­li go o na­ru­sze­niach wy­bor­czych. Choć na an­te­nie sta­rał się po­wstrzy­my­wać od wy­ra­ża­nia wła­snej opi­nii, wi­dać było, że ca­łym ser­cem jest prze­ciw­ko Kucz­mie. Prze­ko­ny­wał, że rzą­dy ko­mu­ni­sty wca­le nie mu­szą ozna­czać po­wro­tu ZSRR. Kry­ty­ko­wał ar­gu­men­ta­cję lan­so­wa­ną przez wła­dze, że gło­su­jąc na Kucz­mę, wy­bie­ra się mniej­sze zło, przy­po­mi­nał wszyst­kie wpad­ki pre­zy­den­ta.

Ukra­iń­cy dali się jed­nak uwieść Kucz­mie, któ­ry obie­cy­wał im, że w cza­sie dru­giej ka­den­cji zo­ba­czą zu­peł­nie in­ne­go pre­zy­den­ta niż pod­czas pierw­szej. Gdy Kucz­ma świę­to­wał zwy­cię­stwo, za­ła­ma­ny i roz­cza­ro­wa­ny Geo­r­gij znów za­padł się pod zie­mię. Po­je­chał na sty­pen­dium do USA. Spo­ty­kał się z eks­per­ta­mi i po­li­ty­ka­mi in­te­re­su­ją­cy­mi się Wscho­dem, od­wie­dzał roz­ma­ite fun­da­cje pro­mu­ją­ce de­mo­kra­cję i pra­wa czło­wie­ka.Jego prze­ciw­ni­cy roz­pusz­cza­li po­tem po­gło­ski, że dał się zwer­bo­wać Ame­ry­ka­nom. Ale on szu­kał po­my­słu, co ro­bić da­lej. Do­stał luź­ną obiet­ni­cę, że je­śli wy­my­śli i po­pro­wa­dzi pro­jekt stwo­rze­nia na Ukra­inie nie­za­leż­nej ga­ze­ty, może li­czyć na wspar­cie. Ga­ze­ta dru­ko­wa­na, z roz­bu­do­wa­ną re­dak­cją, masą sprzę­tu, z dużą sie­dzi­bą kosz­to­wa­ła­by kro­cie i pew­nie na­tych­miast zna­la­zła­by się na ce­low­ni­ku władz. Trze­ba by iść na ustęp­stwa, do­ga­dy­wać się, kto musi po­zo­stać nie­ty­kal­ny i ja­kich te­ma­tów le­piej uni­kać. In­a­czej ga­ze­ta nie zo­sta­ła­by do­pusz­czo­na do wciąż kon­tro­lo­wa­nej przez pań­stwo sie­ci kol­por­ta­żu i do mo­no­po­li­stycz­nej ki­jow­skiej dru­kar­ni Pre­sa Ukra­iny, gdzie po­wsta­wa­ły głów­ne dzien­ni­ki. Geo­r­gij nie chciał iść na ustęp­stwa, poza tym nie miał ani pie­nię­dzy, ani do­świad­cze­nia w kie­ro­wa­niu dużą re­dak­cją. Po­my­ślał więc o in­ter­ne­cie. Tak na­ro­dzi­ła się jego „Ukra­iń­ska Praw­da”.

ja, dyrektor!

Po wy­gra­nej wal­ce o dru­gą ka­den­cję Kucz­ma do­stał od Za­cho­du wy­raź­ne ostrze­że­nie, któ­re nie­co przy­ćmi­ło ra­dość zwy­cię­stwa. – Da­li­śmy mu do zro­zu­mie­nia, że może li­czyć na na­sze po­par­cie, ale wy­łącz­nie w za­mian za re­al­ne przy­spie­sze­nie re­form, oczysz­cze­nie swe­go oto­cze­nia i po­wrót do de­mo­kra­cji – opo­wia­dał mi pod ko­niec 1999 roku am­ba­sa­dor jed­ne­go z państw za­chod­nich w Ki­jo­wie. Prze­kła­da­jąc te sło­wa na ję­zyk nie­dy­plo­ma­tycz­ny, Kucz­ma usły­szał, że albo zde­mo­kra­ty­zu­je i uno­wo­cze­śni Ukra­inę, albo zo­sta­nie ze­pchnię­ty do roli izo­lo­wa­ne­go pre­zy­den­ta Bia­ło­ru­si, Alek­san­dra Łu­ka­szen­ki. W isto­cie było to swo­iste ul­ti­ma­tum, choć rzecz ja­sna nie mó­wio­no o tym gło­śno.

Tuż po wy­bo­rze Kucz­ma spra­wiał wra­że­nie po­jęt­ne­go ucznia. Za­cho­wy­wał się jak na­wró­co­ny de­mo­kra­ta i re­for­ma­tor. Chęt­nie przy­zna­wał się do po­ra­żek pierw­szych pię­ciu lat rzą­dów, so­len­nie obie­cy­wał po­pra­wę. Trze­ba przy­znać, że brzmia­ło to na­wet dość szcze­rze. Wiel­kie wra­że­nie wy­warł też pe­wien gest – oto pod­czas skła­da­nia przy­się­gi pre­zy­denc­kiej Kucz­ma po­ło­żył rękę na Bi­blii. Obie­cał, że sta­nie się zu­peł­nie no­wym czło­wie­kiem, a kraj zo­ba­czy in­ne­go przy­wód­cę. Był to strzał w dzie­siąt­kę – Ukra­iń­cy są czu­li na sym­bo­le i ode­bra­li ten gest po­zy­tyw­nie.

Wkrót­ce po swo­im wy­bo­rze na dru­gą ka­den­cję Kucz­ma mia­no­wał pre­mie­rem Wik­to­ra Jusz­czen­kę, sze­fa Ban­ku Cen­tral­ne­go. Był to zdol­ny eko­no­mi­sta chwa­lo­ny przez do­rad­ców z Za­cho­du, ale dość bez­barw­ny i mało zna­ny jako po­li­tyk. Po­strze­ga­no go jako chłod­ne­go tech­no­kra­tę, a nie męża sta­nu. W sys­te­mie pre­zy­denc­kim da­wa­ło to jed­nak szan­sę na re­ali­za­cję pro­gra­mu Kucz­my, któ­ry obie­cy­wał prze­łom. Jusz­czen­ko ener­gicz­nie za­brał się do oczysz­cza­nia go­spo­dar­ki. Ukra­ina po­pra­wi­ła swój wi­ze­ru­nek w oczach świa­to­wych in­sty­tu­cji fi­nan­so­wych. Mo­gła li­czyć na ko­lej­ne kre­dy­ty i dal­szą po­moc. Kucz­ma wy­da­wał się z tego za­do­wo­lo­ny. Do­pie­ro po­tem skar­żył się pod­czas roz­mów z Ro­sja­na­mi, że nie może nic zro­bić, bo „pre­mie­ra przy­sła­li mu Ame­ry­ka­nie”. Na ra­zie jed­nak Kucz­ma ota­czał się no­wy­mi twa­rza­mi i obie­cy­wał, że zro­bi w kra­ju po­rzą­dek.

Pro­blem w tym, że Kucz­ma nie po raz pierw­szy obie­cy­wał me­ta­mor­fo­zę. – Po­wiedz­cie, co mam zbu­do­wać na Ukra­inie, a zbu­du­ję – tymi sło­wa­mi przy­wi­tał swo­ich do­rad­ców w paź­dzier­ni­ku 1992 roku. Chwi­lę wcze­śniej Rada Naj­wyż­sza wy­bra­ła go na pre­mie­ra. To zda­nie wy­po­wie­dzia­ne przez sze­fa rzą­du, by­łe­go dy­rek­to­ra fa­bry­ki, na­tych­miast sta­ło się na­ro­do­wym bon­mo­tem.

Kil­ka ty­go­dni póź­niej na Ukra­inie wy­bu­chła hi­per­in­fla­cja. Ku­po­ny, któ­ry­mi za­stą­pio­no ra­dziec­kie ru­ble, sys­te­ma­tycz­nie tra­ci­ły na war­to­ści. W okre­sie, gdy Kucz­ma był pre­mie­rem, ceny pod­sko­czy­ły re­kor­do­wo – sto pięć­dzie­siąt razy! Wie­lu lu­dziom ode­bra­no w ten spo­sób do­ro­bek ca­łe­go ży­cia. Gro­ma­dzo­ne jesz­cze w cza­sach ra­dziec­kich oszczęd­no­ści stop­nia­ły do zera. Eme­ry­ci, któ­rzy mie­li odło­żo­ne po kil­ka­set ru­bli na czar­ną go­dzi­nę – rów­no­war­tość kil­ku­na­stu ra­dziec­kich pen­sji – z dnia na dzień sta­li się nę­dza­rza­mi.

Po kil­ku­na­stu mie­sią­cach pra­cy w rzą­dzie Kucz­ma od­szedł, bo – jak mó­wił – „miał za małe upraw­nie­nia”. Ale jego naj­bliż­si twier­dzi­li, że był tak przy­bi­ty bra­kiem suk­ce­sów w go­spo­dar­ce, w za­rzą­dza­niu któ­rą uwa­żał się za spe­cja­li­stę, że chciał cał­ko­wi­cie wy­co­fać się z po­li­ty­ki. Naj­bliż­si z tru­dem prze­ko­na­li go, by w 1994 roku wy­star­to­wał w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich jako ry­wal pierw­sze­go pre­zy­den­ta nie­pod­le­głej Ukra­iny Le­oni­da Kraw­czu­ka. Kucz­ma wa­hał się, opie­rał i w koń­cu je wy­grał, choć mało kto da­wał mu szan­se po po­raż­ce w pierw­szej tu­rze. W dru­giej Kucz­ma zdo­był 52 pro­cent gło­sów, o kil­ka pro­cent wy­prze­dza­jąc Kraw­czu­ka. Całe odium po­ra­żek z pierw­szych lat nie­pod­le­gło­ści po­szło na karb pierw­sze­go pre­zy­den­ta. Kucz­mę, mimo że jako pre­mier nie­wie­le do­ko­nał, po­trak­to­wa­no jako na­dzie­ję i szan­sę na przy­szłość.

Zgod­nie z po­stra­dziec­ką tra­dy­cją na­tych­miast po wy­bo­rach pań­stwo­we dru­kar­nie wy­pu­ści­ły por­tre­ty no­we­go pre­zy­den­ta w kil­ku roz­mia­rach, by urzęd­ni­cy mo­gli po­wie­sić je nad swo­imi biur­ka­mi. W po­ło­wie pierw­szej ka­den­cji współ­pra­cow­ni­cy Kucz­my, prze­czu­wa­jąc, że bę­dzie wal­czył o dru­gą, za­mó­wi­li w ki­jow­skim wy­daw­nic­twie Sztu­ka al­bum Le­onid Kucz­ma – czło­wiek i pre­zy­dent. Już ty­tuł wstę­pu Ży­cio­rys Pre­zy­den­ta – ży­cio­rys na­ro­du zdra­dza, co to za dzie­ło. „Jak do­wie­dli ame­ry­kań­scy ucze­ni, na te­re­nie Ukra­iny po raz pierw­szy oswo­jo­no ko­nia i wy­na­le­zio­no koło. Nie­da­le­ko wsi na Czer­ni­chowsz­czyź­nie, w któ­rej uro­dził się i do­ra­stał Le­onid Kucz­ma, ar­che­olo­dzy od­kry­li za­byt­ki o świa­to­wym zna­cze­niu: rzeź­by z kłów ma­mu­ta, zdo­bio­ne po­dob­nie jak dzi­siaj zdo­bi się ukra­iń­skie ko­szu­le, ręcz­ni­ki i pi­san­ki wiel­ka­noc­ne. Nad brze­giem pły­ną­cej nie­da­le­ko De­sny zna­le­zio­no naj­star­sze w świe­cie in­stru­men­ty mu­zycz­ne z ko­ści ma­mu­ta, wy­ko­na­ne w epo­ce póź­ne­go pa­le­oli­tu” – pi­sał Wo­ło­dy­myr Drozd, au­tor przed­mo­wy.

Miesz­kań­cy wio­ski Czaj­ki­nie, w któ­rej w 1938 roku uro­dził się Kucz­ma, chy­ba do dziś nie wie­dzą, ile świat im za­wdzię­cza. Wsi nie spo­sób na­zwać in­a­czej niż za­pa­dłą dziu­rą. Do prą­du pod­łą­czo­no ją do­pie­ro w la­tach 60. Kucz­ma wspo­mi­na, że pierw­szą ża­rów­kę zo­ba­czył jako uczeń szko­ły śred­niej. As­fal­to­wą dro­gę zbu­do­wa­no w la­tach 90., żeby pre­zy­dent mógł ła­twiej do­je­chać z wi­zy­tą w ro­dzin­ne stro­ny. Jego oj­ciec Da­ny­ło nie wró­cił z woj­ny – zgi­nął na Bia­ło­ru­si. Kucz­ma re­gu­lar­nie od­wie­dza jego grób, skła­da­jąc przy tym hołd wszyst­kim we­te­ra­nom Wiel­kiej Woj­ny Oj­czyź­nia­nej, jak w by­łym ZSRR na­zy­wa się II woj­nę świa­to­wą. Na szkol­nym zdję­ciu Kucz­ma sie­dzi w pierw­szej ław­ce. Po­sa­dzi­li go tam, bo jako je­den z nie­wie­lu uczniów miał na no­gach buty. Za­po­bie­gli­wa mat­ka po­ży­czy­ła je od są­sia­dów na wieść o przy­jeź­dzie fo­to­gra­fa do szko­ły.

Po ma­tu­rze Kucz­ma wy­je­chał do Dnie­pro­pie­trow­ska. Do­stał się na pre­sti­żo­wy wy­dział fi­zy­ki. Uni­wer­sy­tet pod­le­gał bez­po­śred­nio Mo­skwie, a nie mi­ni­ster­stwu oświa­ty ra­dziec­kiej Ukra­iny, jak po­zo­sta­łe uczel­nie. Ab­sol­wen­ci wy­dzia­łu tra­fia­li naj­czę­ściej do dnie­pro­pie­trow­skich za­kła­dów Piw­den­masz (po ro­syj­sku Już­masz), naj­więk­szej i naj­lep­szej fa­bry­ki ra­kiet w by­łym ZSRR. Pra­co­wa­ło w niej pięć­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi, eli­ta ra­dziec­kiej zbro­je­niów­ki.

W la­tach 70. zna­cze­nie Dnie­pro­pie­trow­ska w im­pe­rium ra­dziec­kim wzro­sło nie tyl­ko z po­wo­du roz­bu­do­wu­ją­cych się stra­te­gicz­nych za­kła­dów zbro­je­nio­wych. Z mia­stem zwią­za­ny był Le­onid Breż­niew, se­kre­tarz ge­ne­ral­ny KPZR. W Ro­sji do dziś wspo­mi­na się, że Breż­nie­wa wy­nio­sło do wła­dzy w 1964 roku mię­dzy in­ny­mi ro­sną­ce w siłę dnie­pro­pie­trow­skie lob­by ra­kie­to­we. Za jego cza­sów pod mia­stem zbu­do­wa­no za­mknię­te osie­dle dacz dla wszyst­kich człon­ków mo­skiew­skie­go Biu­ra Po­li­tycz­ne­go, od­wie­dza­li więc oni Dnie­pro­pie­trowsk znacz­nie czę­ściej niż Ki­jów.

Z osie­dlem tym wią­że się aneg­do­ta. Oprócz luk­su­so­wych drew­nia­nych dom­ków, kor­tów te­ni­so­wych, saun, ba­rów, ba­se­nów i in­nych wy­gód za­dba­no i o to, by wy­po­czy­wa­ją­cy człon­ko­wie Biu­ra mie­li za­pew­nio­ne dam­skie to­wa­rzy­stwo. Z oko­licz­nych koł­cho­zów wy­bra­no kil­ka­na­ście zdro­wych i mło­dych dziew­cząt, któ­re zdrob­nia­le na­zwa­no Ha­łocz­ka­mi, czy­li Ha­lin­ka­mi. Żad­ne inne mia­sto ZSRR nie mo­gło po­chwa­lić się po­dob­nym pre­zen­tem dla to­wa­rzy­szy z Mo­skwy. Za­mknię­te w ośrod­ku dziew­czy­ny od cza­su do cza­su chcia­ły się jed­nak wy­szu­mieć. Kon­tak­ty ze star­ca­mi z Biu­ra Po­li­tycz­ne­go nie za­spo­ka­ja­ły ich mło­dzień­czych tem­pe­ra­men­tów. Kie­dy tyl­ko Ha­lin­ki wy­ry­wa­ły się na chwi­lę z ośrod­ka, na­tych­miast wy­bu­chał skan­dal. Więk­szość po­sie­dzeń miej­skiej ko­mi­sji kon­tro­li par­tyj­nej była po­świę­co­na utrzy­ma­niu Ha­li­nek w ry­zach. Wła­śnie w ta­kim mie­ście Kucz­ma wcho­dził w do­ro­słe ży­cie.

Zło­śli­wi twier­dzą, że jego ka­rie­ra za­czę­ła się na do­bre wów­czas, gdy oże­nił się z Lud­mi­łą, cór­ką wy­so­ko po­sta­wio­ne­go dzia­ła­cza par­tyj­ne­go z Dnie­pro­pie­trow­ska. Ze sta­no­wi­ska zwy­kłe­go in­ży­nie­ra w pro­duk­cji prze­nie­sio­no go do biu­ra kon­struk­cyj­ne­go. W swo­jej au­to­bio­gra­fii Kucz­ma nie­wie­le mówi o tam­tym okre­sie. Przy­zna­ne przez fa­bry­kę miesz­ka­nie, wcza­sy w Buł­ga­rii, nie­dziel­ne wy­jaz­dy z ko­le­ga­mi z pra­cy „na szasz­ły­ki” za mia­sto. Ta­kie to było ży­cie. Trud­no oce­niać tech­nicz­ną wie­dzę Kucz­my, ale mu­siał być zdol­ny – w prze­ciw­nym ra­zie jako za­le­d­wie czter­dzie­sto­la­tek nie zo­stał­by se­kre­ta­rzem or­ga­ni­za­cji par­tyj­nej w Piw­den-ma­szu. To sta­no­wi­sko da­wa­ło wte­dy wła­dzę znacz­nie więk­szą niż ta, jaką miał dy­rek­tor ge­ne­ral­ny.

Od tej pory Kucz­ma dys­po­no­wał sa­mo­lo­tem służ­bo­wym, pod­le­gał bez­po­śred­nio wy­dzia­ło­wi Biu­ra Po­li­tycz­ne­go KPZR od­po­wie­dzial­ne­mu za woj­sko i prze­mysł zbro­je­nio­wy, miał w Mo­skwie znacz­nie wyż­szą po­zy­cję niż re­zy­du­ją­cy w Ki­jo­wie szef Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Ukra­iny. Do jego obo­wiąz­ków na­le­żał nad­zór nad tym, by fa­bry­ka ter­mi­no­wo wy­ko­ny­wa­ła plan. Wy­ścig zbro­jeń spra­wiał, że pro­duk­cja no­wych ra­kiet była za­da­niem ab­so­lut­nie prio­ry­te­to­wym. Góry nie ob­cho­dzi­ło, ja­ki­mi me­to­da­mi Kucz­ma je zre­ali­zu­je – mia­ło być go­to­we i już. Li­czy­ła się wy­łącz­nie sku­tecz­ność. Po­noć Kucz­ma po­tra­fił po­sta­wić na bacz­ność na­wet ge­ne­ra­ła. Naj­pierw z jego ust wy­do­by­wał się prze­cią­gły mat (ro­syj­skie prze­kleń­stwo), a gdy pod­wład­ny za­czy­nał tłu­ma­czyć, że jego ze­spół nie bę­dzie go­tów z ja­kąś czę­ścią na czas, Kucz­ma mó­wił: „Chcesz mi po­wie­dzieć, że masz dwie le­gi­ty­ma­cje par­tyj­ne? Jak ci jed­ną za­bio­rę, to zo­sta­nie ci dru­ga?” Groź­ba za­zwy­czaj skut­ko­wa­ła. Strach przed utra­tą le­gi­ty­ma­cji, czy­li od­cię­ciem od wszel­kich przy­wi­le­jów, czy­nił cuda.

Kucz­ma z dumą po­wta­rza, że oso­bi­ście brał udział w star­cie 112 ra­kiet ba­li­stycz­nych. Był sze­fem ze­spo­łu te­stu­ją­ce­go woj­sko­we ra­kie­ty Ze­nit i Cy­klon, słu­żą­ce do prze­no­sze­nia bro­ni ją­dro­wej. Pró­by od­by­wa­ły się za­zwy­czaj na ko­smo­dro­mie Baj­ko­nur w Ka­zach­sta­nie. Ze wzglę­dów bez-pie­czeń­stwa la­ta­ło się tam jed­nak przez Mo­skwę. Wy­sie­dzieć kil­ka go­dzin w woj­sko­wym trans­por­tow­cu bez okien nie było ła­two. Po­dob­no na pa­miąt­kę po tam­tych dniach zo­sta­ła Kucz­mie cho­ro­ba krę­go­słu­pa, któ­ra daje o so­bie znać co roku na wio­snę, oraz sła­bość do pięk­nych ste­war­des. Cho­ciaż ży­cie pry­wat­ne by­łe­go pre­zy­den­ta oto­czo­ne jest ta­jem­ni­cą, jego żona przy­zna­ła kie­dyś przed ka­me­ra­mi, że ich zwią­zek prze­trwał tyle lat, bo po­tra­fi­ła wy­ba­czać. Po­noć sła­bość do ste­war­des, tak samo jak do kie­lisz­ka, prze­ja­wiał Kucz­ma tak­że jako pre­zy­dent. Jego al­ko­ho­lo­we wpad­ki były te­ma­tem wie­lu aneg­dot. Kie­dyś pod­czas świę­to­wa­nia na Kry­mie ko­lej­nej rocz­ni­cy wy­zwo­le­nia Se­wa­sto­po­la spod oku­pa­cji nie­miec­kiej pre­zy­dent miał kło­po­ty z usta­niem na no­gach – za­chwiał się przed szpa­le­rem we­te­ra­nów i w koń­cu upadł. Pod­no­sząc się na czwo­ra­ki, oświad­czył: – Prze­pra­szam, ale mój oj­ciec tak­że wal­czył na woj­nie… Rzecz­nik pre­zy­den­ta wy­do­by­wał po­tem od dzien­ni­ka­rzy ka­se­ty, żeby zdjęć z Se­wa­sto­po­la nie po­ka­za­ła żad­na te­le­wi­zja.

W po­ło­wie lat 80. Kucz­ma zo­stał naj­pierw głów­nym kon­struk­to­rem, a po­tem dy­rek­to­rem ge­ne­ral­nym Piw­den-ma­szu. W 1988 roku po raz pierw­szy po­je­chał na Za­chód – do Włoch, a po­tem do Nie­miec z wy­ciecz­ką zor­ga­ni­zo­wa­ną dla dy­rek­to­rów naj­więk­szych ra­dziec­kich przed­się­biorstw. Twier­dzi, że prze­żył wów­czas szok. – Przez całe ży­cie prze­ko­ny­wa­no nas, że w ZSRR jest naj­le­piej, a tym­cza­sem go­łym okiem wi­dać było, że to nie­praw­da. Nie za­po­mnę tych ko­lo­rów, tego po­rząd­ku – mó­wił Kucz­ma. Po­dob­no po wy­jeź­dzie na Za­chód za­czął wąt­pić w trwa­łość ZSRR.

Jako szef wiel­kiej fa­bry­ki wszedł z roz­dziel­ni­ka do Rady Naj­wyż­szej Ukra­iń­skiej So­cja­li­stycz­nej Re­pu­bli­ki Ra­dziec­kiej. Tej sa­mej Rady, któ­ra 24 sierp­nia 1991 roku pod­ję­ła de­cy­zję o ode­rwa­niu Ukra­iny od ZSRR. Wbrew temu, co pi­szą jego bio­gra­fo­wie, Kucz­ma nie był spe­cjal­nie za­an­ga­żo­wa­ny w uzy­ska­nie nie­pod­le­gło­ści. Na po­li­ty­ce się nie znał, w par­la­men­cie zna­lazł się przy­pad­ko­wo, pod­czas po­sie­dzeń Rady pra­wie nie za­bie­rał gło­su, a je­śli za­bie­rał, to naj­czę­ściej po kon­sul­ta­cji z sie­dzą­cym obok Wo­ło­dy­my­rem Fi­łen­ką, wów­czas dzia­ła­czem re­for­ma­tor­skie­go skrzy­dła w par­tii ko­mu­ni­stycz­nej, po­tem za­żar­tym prze­ciw­ni­kiem Kucz­my i w koń­cu jed­nym z ata­ma­nów po­ma­rań­czo­wej re­wo­lu­cji. Za na­mo­wą Fi­łen­ki Kucz­ma po­parł i przed­sta­wił de­pu­to­wa­nym pod gło­so­wa­nie uchwa­łę o go­spo­dar­czym unie­za­leż­nie­niu Ki­jo­wa od Mo­skwy – uchwa­łę, któ­ra po­prze­dza­ła uzy­ska­nie peł­nej nie­pod­le­gło­ści. Na­stro­je pa­no­wa­ły wte­dy ta­kie, że pra­wie wszy­scy opo­wia­da­li się za nie­pod­le­gło­ścią – w re­fe­ren­dum na „tak” gło­so­wa­ło po­nad 90 pro­cent miesz­kań­ców Ukra­iny. Wkład Kucz­my w uzy­ska­nie przez kraj nie­pod­le­gło­ści nie był więc tak wiel­ki, jak to przed­sta­wia­ją jego bio­gra­fo­wie.

Pierw­szy pre­zy­dent nie­pod­le­głej Ukra­iny, Le­onid Kraw­czuk, cho­ciaż ma ty­tuł dok­to­ra nauk eko­no­micz­nych, po­sta­no­wił, że spra­wy go­spo­dar­cze odda w ręce pre­mie­ra. Po kil­ku pró­bach wy­bór padł na Kucz­mę. Dy­rek­tor wiel­kich za­kła­dów, de­pu­to­wa­ny, szef Związ­ku Prze­my­słow­ców i Przed­się­bior­ców, wy­da­wał się ide­al­nym kan­dy­da­tem na to sta­no­wi­sko. Kucz­ma i Kraw­czuk nie po­lu­bi­li się jed­nak. Może obaj przez skó­rę czu­li, że wkrót­ce sta­ną się ry­wa­la­mi.

Wal­ka o pre­zy­den­tu­rę w 1994 roku nie była dla Kucz­my przy­jem­nym do­świad­cze­niem. Po­nie­waż le­d­wo mó­wił po ukra­iń­sku i do­ma­gał się dla ro­syj­skie­go sta­tu­su dru­gie­go ję­zy­ka urzę­do­we­go, na Ukra­inie za­chod­niej uzna­no go nie­mal za zdraj­cę. Na Kraw­czu­ka gło­so­wa­ło tam po­nad 90 pro­cent wy­bor­ców. Byli tacy, któ­rzy gro­zi­li, że je­śli wy­gra Kucz­ma, to wy­emi­gru­ją albo nie uzna­ją jego zwy­cię­stwa. W pierw­szej tu­rze wy­grał Kraw­czuk. Kucz­mie nie da­wa­no zbyt wiel­kich szans. Po­przed­ni pre­zy­dent ma za­wsze ła­twiej, zwłasz­cza w kra­jach by­łe­go ZSRR, gdzie na jego zwy­cię­stwo pra­cu­je cała ad­mi­ni­stra­cja. Do dziś nie wia­do­mo, w jaki spo­sób i za jaką cenę do­rad­com Kucz­my uda­ło się przed dru­gą turą do­ga­dać z mia­no­wa­ny­mi przez Kraw­czu­ka sze­fa­mi ob­wo­dów. Za­war­to dżen­tel­meń­ską umo­wę, że nie będą oni wspie­rać żad­ne­go z kan­dy­da­tów. Kraw­czuk – być może pew­ny po­wtór­ne­go zwy­cię­stwa – nie utrud­niał ry­wa­lo­wi do­stę­pu do te­le­wi­zji ani in­nych me­diów, co sta­no­wi­ło ewe­ne­ment. Do dziś na Ukra­inie pa­nu­je prze­ko­na­nie, że wy­bo­ry pre­zy­denc­kie, w któ­rych po raz pierw­szy wy­grał Kucz­ma, były naj­bar­dziej uczci­we i de­mo­kra­tycz­ne. Kucz­ma wy­grał mi­ni­mal­nie, głów­nie dzię­ki gło­som z gę­ściej za­lud­nio­ne­go i za­ra­zem pro­ro­syj­skie­go po­łu­dnia i wscho­du. Po jego zwy­cię­stwie w Ga­li­cji na kil­ka ty­go­dni za­pa­no­wa­ła ża­ło­ba.

Kucz­ma za­sko­czył jed­nak wszyst­kich. Za­czął co­raz le­piej mó­wić po ukra­iń­sku, wy­co­fał się z po­my­słu, by ro­syj­ski uczy­nić dru­gim ję­zy­kiem urzę­do­wym, za po­mo­cą pa­trio­tycz­nych ge­stów za­bie­gał o po­par­cie ob­wo­dów za­chod­nich. Jego „pra­wa ręka”, Wo­ło­dy­myr Hor­bu­lin, ukuł wte­dy ha­sło, że w po­li­ty­ce za­gra­nicz­nej Kucz­ma jest na­cjo­na­li­stą, w we­wnętrz­nej – li­be­ra­łem, a w spo­łecz­nej – so­cjal­de­mo­kra­tą. Choć był to ab­so­lut­ny po­li­tycz­ny misz­masz, o dzi­wo chwy­ci­ło.

W wal­ce o dru­gą ka­den­cję Kucz­ma chwa­lił się suk­ce­sa­mi od­nie­sio­ny­mi w pierw­szej: kraj zy­skał kon­sty­tu­cję, wpro­wa­dzo­no sta­bil­ną wa­lu­tę – hryw­nę, a miesz­ka­ją­cy w nie­pod­le­głym kra­ju Ukra­iń­cy nie mu­szą już, jak Ro­sja­nie, gi­nąć na woj­nie w Cze­cze­nii. Mil­czał jed­nak o po­wszech­nej ko­rup­cji, ko­lo­sal­nych za­to­rach w wy­pła­cie pen­sji i eme­ry­tur, nie­zde­cy­do­wa­niu w re­for­mach go­spo­dar­czych, co­raz mniej­szej kon­tro­li spo­łe­czeń­stwa nad wła­dzą. Obie­cy­wał, że pod­czas dru­giej ka­den­cji bę­dzie „zu­peł­nie no­wym pre­zy­den­tem”. Za swój stra­te­gicz­ny cel uznał in­te­gra­cję z Unią Eu­ro­pej­ską i ra­dy­kal­ne przy­śpie­sze­nie re­form. Zgo­dził się, by na cze­le rzą­du sta­nął mło­dy re­for­ma­tor Wik­tor Jusz­czen­ko, któ­ry na tle Kucz­mow­skiej eli­ty dał się po­znać jako po­li­tyk uczci­wy. Ra­dość nie trwa­ła jed­nak dłu­go. Wy­cho­dząc z ga­bi­ne­tu Kucz­my po wy­wia­dzie, któ­re­go mi udzie­lił na po­cząt­ku swo­jej dru­giej ka­den­cji, nie spo­dzie­wa­łem się, że już wkrót­ce nie tyl­ko ja, ale cały świat bę­dzie so­bie sta­wiał py­ta­nie, czy ten uśmiech­nię­ty, cie­pły i cał­kiem przy­jem­ny w roz­mo­wie czło­wiek mógł zle­cić mor­der­stwo.

„ukraińska prawda”

Refor­ma­tor­ski na­strój Kucz­my na po­cząt­ku dru­giej ka­den­cji trwał nie dłu­żej niż kil­ka mie­się­cy. Prób­ką tego, jak wy­obra­ża on so­bie de­mo­kra­cję, było re­fe­ren­dum do­ty­czą­ce po­sze­rze­nia wła­dzy pre­zy­den­ta, prze­pro­wa­dzo­ne nie­speł­na pół roku po wy­bo­rach. Kucz­ma tłu­ma­czył, że po­trzeb­ne mu jest pra­wo do roz­wią­zy­wa­nia par­la­men­tu, żeby trzy­mać bat nad Radą Naj­wyż­szą, w któ­rej co praw­da po wy­bo­rach za­sia­da­ła więk­szość po­pie­ra­ją­ca pre­zy­den­ta, ale więk­szość nie dość sta­bil­na, by po­zwa­la­ła na dłuż­szą metę spo­koj­nie rzą­dzić kra­jem. Kucz­ma zno­wu za­sło­nił się ko­niecz­no­ścią wal­ki z chcą­cy­mi od­bu­do­wy Związ­ku Ra­dziec­kie­go ko­mu­ni­sta­mi, by zy­skać przy­zwo­le­nie na na­gię­cie de­mo­kra­cji do swo­ich ce­lów. Wy­ni­ki re­fe­ren­dum dały Kucz­mie po­na­do­siem­dzie­się­cio­pro­cen­to­we po­par­cie, ale tym ra­zem już nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że była to kpi­na z de­mo­kra­cji – i to kpi­na w żywe oczy. Po­li­to­lo­dzy za­sta­na­wia­li się, jak to moż­li­we, że fre­kwen­cja w mało czy­tel­nym dla prze­cięt­ne­go czło­wie­ka ple­bi­scy­cie była znacz­nie wyż­sza niż w ogrom­nie waż­nych wy­bo­rach pre­zy­denc­kich sprzed kil­ku mie­się­cy. Praw­do­po­dob­nie to wte­dy po raz pierw­szy na Ukra­inie ma­so­wo do­rzu­co­no gło­sy do urn, żeby po­pra­wić wy­nik na ko­rzyść wła­dzy. Na pro­win­cji sze­fo­wie władz lo­kal­nych za­stra­sza­li lu­dzi, żeby wzię­li udział w re­fe­ren­dum i po­par­li pre­zy­den­ta. Dy­rek­to­rzy fa­bryk i do­go­ry­wa­ją­cych koł­cho­zów gro­zi­li, że ci, któ­rzy nie za­gło­su­ją na „tak”, mogą stra­cić pra­cę. Po­tem tech­ni­kę fał­szerstw udo­sko­na­la­no, ale w re­fe­ren­dum po raz pierw­szy za­sto­so­wa­no ją w prak­ty­ce. Po­nie­waż świat nie pro­te­sto­wał, eki­pa Kucz­my uwie­rzy­ła, że ta­kie me­to­dy moż­na sto­so­wać bez­kar­nie.

Prze­ciw­ni­cy Kucz­my trium­fo­wa­li, spraw­dzi­ły się bo­wiem ich pro­gno­zy, że ten czło­wiek mimo obiet­nic nie jest w sta­nie przy­sto­so­wać się i za­ak­cep­to­wać de­mo­kra­tycz­nych re­guł gry. Za­chód mil­czał, jak zwy­kle ma­jąc na gło­wie waż­niej­sze spra­wy. Geo­r­gij Gon­ga­dze mó­wił w swo­ich au­dy­cjach o po­cząt­ku „łu­ka­szen­ki­za­cji” Ukra­iny. Zno­wu za­czął gwał­tow­ną kam­pa­nię prze­ciw­ko Kucz­mie, ale po raz dru­gi ją prze­grał. Po ci­chu zaś przy­go­to­wy­wał start no­wej in­ter­ne­to­wej ga­ze­ty.

„Ukra­iń­ska Praw­da” ru­szy­ła wio­sną 2000 roku. In­ter­net na Ukra­inie nie był wte­dy jesz­cze zbyt roz­po­wszech­nio­ny. – Pa­mię­tam, jak Geo­r­gij na­ma­wiał mnie, że­bym pi­sał do jego ga­ze­ty – opo­wia­da Wach­tang Ki­pia­ni, póź­niej je­den z głów­nych pu­bli­cy­stów „Ukra­iń­skiej Praw­dy”. – Obie­cy­wał, że za­mie­ści każ­dy ar­ty­kuł, że nie bę­dzie żad­nej cen­zu­ry. Za­py­ta­łem go, jaki ga­ze­ta ma na­kład, a on ro­ze­śmiał się, że dzię­ki in­ter­ne­to­wi mogą ją czy­tać mi­lio­ny lu­dzi na ca­łym świe­cie. Szcze­rze mó­wiąc, nie uwie­rzy­łem w to, bo jesz­cze nie ro­zu­mia­łem, czym jest in­ter­net. Wo­la­łem pi­sać do „Ukra­iny Mo­ło­dej”, któ­rej na­kład wy­no­sił sto ty­się­cy eg­zem­pla­rzy.

Na po­cząt­ku „Ukra­iń­ska Praw­da” mia­ła bar­dzo skrom­ną, sza­ro­czer­wo­ną sza­tę gra­ficz­ną. Stro­na wol­no się ła­do­wa­ła – co ozna­cza­ło dla czy­tel­ni­ka dużą stra­tę cza­su. W logo ga­ze­ty był Don Ki­chot na ko­niu, sym­bo­li­zu­ją­cy ide­alizm i nie­za­leż­ność dzien­ni­kar­ską.

„Ukra­iń­ska Praw­da” róż­ni­ła się od in­nych por­ta­li tym, że nie po­prze­sta­wa­ła na prze­dru­ku de­pesz z wszel­kich do­stęp­nych źró­deł. Mia­ła am­bi­cje, by stać się praw­dzi­wym pi­smem po­li­tycz­nym z wła­sny­mi ko­men­ta­rza­mi, po­waż­ną pu­bli­cy­sty­ką, sie­cią współ­pra­cow­ni­ków na Ukra­inie i za gra­ni­cą.

– Za­czy­na­li­śmy w kil­ka osób, ma­jąc tyl­ko kom­pu­te­ry, wy­na­ję­te miesz­ka­nie, grant na parę mie­się­cy i mnó­stwo en­tu­zja­zmu. Zu­peł­nie nie wie­dzie­li­śmy, czy nam się uda. Sła­bo zna­li­śmy tech­ni­ki in­ter­ne­to­we, ale po­sta­no­wi­li­śmy za­ry­zy­ko­wać – wspo­mi­na Ołe­na Pry­tu­ła, wte­dy pra­wa ręka i naj­bliż­sza przy­ja­ciół­ka Geo­r­gi­ja, dziś na­czel­na „Ukra­iń­skiej Praw­dy”. Ta nie­wy­so­ka, fi­li­gra­no­wa blon­dyn­ka o me­lan­cho­lij­nym uśmie­chu i du­żych błę­kit­nych oczach była przez wie­le lat dzien­ni­kar­ką agen­cji In­ter­fax. To­wa­rzy­szy­ła pre­zy­den­to­wi we wszyst­kich po­dró­żach, była jed­ną z osób, któ­re do­sko­na­le zna­ły Kucz­mę, rów­nież od stro­ny nie­ofi­cjal­nej, i mia­ły ła­twy do­stęp do jego oto­cze­nia. Przez wszyst­kie lata pra­cy z pre­zy­den­tem wie­le się na­pa­trzy­ła; wi­dzia­ła, jak Kucz­ma za­pra­szał dzien­ni­kar­ki do swo­je­go sa­lo­ni­ku w sa­mo­lo­cie. Jak pod­czas lo­tów na­le­wał żur­na­li­stom peł­ne szklan­ki whi­sky i ka­zał im pić dusz­kiem do dna z proś­bą, żeby do­brze pi­sa­li o pre­zy­den­cie. A je­śli się opie­ra­li, mó­wił: – Prze­cież ci na­le­wa pre­zy­dent!

W koń­cu Ołe­na po­wie­dzia­ła „dość” i ode­szła z In­ter­fak­su. Geo­r­gij ocza­ro­wał ją i za­ra­ził swo­ją pa­sją, żeby ro­bić coś prze­ciw­ko Kucz­mie. Ołe­na sta­no­wi­ła nie­oce­nio­ne źró­dło in­for­ma­cji, po­tra­fi­ła je zdo­by­wać i spraw­dzać; mia­ła też do­sko­na­łe wy­czu­cie dzien­ni­kar­stwa po­li­tycz­ne­go. Gdy do­dać do tego ener­gię, kau­ka­ski tem­pe­ra­ment i wro­dzo­ną prze­bo­jo­wość Gii, trze­ba przy­znać, że two­rzy­li zna­ko­mi­ty duet.

„Praw­da” na­sta­wia­ła się na