Wydawca: Gmork Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 402 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Polskie upiory - Piotr Borowiec

Zbiór dwunastu opowieści niesamowitych, inspirowanych motywami z klasycznej literatury grozy, w nowej, czasem przewrotnej formie, w których elementy nadprzyrodzone płynnie wpleciono w ludzkie losy, aby z ich pomocą pokazać, że najgorszym potworem zwykle jest człowiek.

Tytuł najnowszego zbioru opowiadań Piotra Borowca brzmi jak manifest i w istocie jest tak, że ta książka nie mogłaby nazywać się inaczej.

Borowiec wykorzystał atrybuty literatury gatunkowej nie po to, by je po prostu powielić, by zapisać kolejne strony iteracjami znanych już motywów, ale by przez narzędzia, jakie ta literatura oferuje, przeczytać współczesną Polskę. I o tym przede wszystkim są Polskie upiory: nie o manifestacjach nadprzyrodzonego, ale o demonach, które zamieszkują ludzkie serca: o zakorzenionych w historii, w mentalności, w uwarunkowaniach środowiskowych złośliwych duchach, których podszepty zmieniają ludzkie życie w piekło na ziemi.

Jednocześnie znać w tych tekstach rękę oddanego wielbiciela klasyki grozy. Jej zderzenie z całkowicie współczesną problematyką i scenografią wypada w książce Borowca rewelacyjnie i stanowi chyba najlepszy dowód na to, że horror dysponuje wielkimi możliwościami spełniania nieśmiertelnego postulatu Conrada: wymierzania sprawiedliwości widzialnemu światu.

WOJCIECH GUNIA

Opinie o ebooku Polskie upiory - Piotr Borowiec

Fragment ebooka Polskie upiory - Piotr Borowiec

MA­REK ZY­CHLA

PRZE­CZY­WI­STOŚĆ

(frag­ment)

Wy­daw­nic­two GMORK

SPIRALA

Na­praw­dę chce­cie wie­dzieć?

Na­pi­szę wam wszyst­ko, ko­rzy­sta­jąc z tego, iż mam wła­dzę przy­naj­mniej w pra­wej ręce. Nie je­stem w sta­nie cho­dzić, mó­wić, więk­szość cia­ła zo­sta­ła spa­ra­li­żo­wa­na. Kula prze­szła przez rdzeń krę­go­wy, lecz je­dy­nie na­ru­szy­ła go, nie prze­rwa­ła. Uszko­dzi­ła tkan­ki, zry­wa­jąc po­łą­cze­nia ukła­du ner­wo­we­go, po­zmie­nia­ła neu­ro­ny spo­tka­ne po dro­dze w mia­zgę. Pra­wie uda­na pró­ba sa­mo­bój­cza. Prze­pro­wa­dzo­na pra­wi­dło­wo, wło­ży­łem lufę w usta, we­pchną­łem głę­bo­ko, nie przej­mu­jąc się smro­dem sma­ru i tym, że me­tal rani dzią­sła. Kil­ka mi­nut wcze­śniej wi­dzia­łem, jak w ten sam spo­sób ode­brał so­bie ży­cie Ma­rek. Nad­zwy­czaj­nie uda­na pró­ba sa­mo­bój­cza. Na­ci­snął spust, huk wstrzą­snął szy­ba­mi za­nie­dba­ne­go domu, na ta­pe­cie za moim przy­ja­cie­lem… moim by­łym przy­ja­cie­lem roz­kwitł bor­do­wy kwiat. Nie, ma­ka­brycz­ny znak nie przy­po­mi­nał kwia­tu. Krew, odłam­ki ko­ści i mó­zgu nie uło­ży­ły się w płat­ki, lecz w kształt, któ­ry przy­po­mi­nał mi spi­ra­lę. W jej cen­trum tkwił kil­ku­gra­mo­wy ka­wa­łek oło­wiu, któ­ry uwol­nił Mar­ka od prze­kleń­stwa. Albo od ko­niecz­no­ści prze­ka­za­nia prze­kleń­stwa ko­muś in­ne­mu.

Tak to się dla nie­go skoń­czy­ło; tak, jak dla nas wszyst­kich za­czę­ło – pro­stym, zna­nym wszyst­kim zna­kiem. Coś wręcz try­wial­ne­go, ko­ja­rzą­ce­go się z ba­nal­ny­mi przed­mio­ta­mi: sprę­ży­ną, wi­rem, musz­lą bez­krę­gow­ca, jest w isto­cie naj­strasz­niej­szym sym­bo­lem, kry­je się za nim wszyst­ko. Do­słow­nie WSZYST­KO. Jest bra­mą, jest klu­czem, jest wa­run­kiem sine qua non osią­gnię­cia wie­dzy ab­so­lut­nej. Nie do znie­sie­nia.

Dzwo­niąc do mnie, Ma­rek znał przy­szłość, mu­siał mieć świa­do­mość, że wy­bie­ra­jąc się do nie­go, we­zmę broń. Wie­dział, że przy­ja­dę. Wie­dział, co się zda­rzy albo się zda­rzyć może, ja­kie są praw­do­po­dob­ne dro­gi roz­wo­ju sy­tu­acji albo jaki jest jej je­dy­ny moż­li­wy fi­nał. Któ­ry z punk­tów na pła­skiej krzy­wej jest bli­żej cen­trum.

– Pa­weł… przy­jedź. Mu­sisz mi po­móc to skoń­czyć – nie­wy­raź­ny głos w słu­chaw­ce te­le­fo­nu. Obłęd i rany unie­moż­li­wia­ły Mar­ko­wi pra­wi­dło­we ar­ty­ku­ło­wa­nie słów.

– Nie.

– Znam spo­so­by, by cię zmu­sić.

– Znasz, to fakt, ale nie­ko­niecz­nie je­steś w sta­nie. Nie przy­ja­dę.

– Przy­je­dziesz, też chcesz to za­koń­czyć albo roz­po­cząć na nowo. Wca­le nie czu­jesz się do­brze. Praw­da?

Ma­rek wła­śnie tym skło­nił mnie do przy­jaz­du: obiet­ni­cą, że skoń­czy­my to ra­zem. Gdy już otwie­ra­łem sa­mo­chód, cof­ną­łem się i wsze­dłem z po­wro­tem do domu. Broń ukry­wa­łem w sej­fie, w któ­rym oprócz pi­sto­le­tu i amu­ni­cji nie cho­wa­łem ni­cze­go war­to­ścio­we­go. Za­bez­pie­czo­ne­go gloc­ka we­tkną­łem za pa­sek od spodni.

Dwie go­dzi­ny póź­niej za­par­ko­wa­łem przed brzyd­kim, pię­tro­wym bu­dyn­kiem w ma­łej wsi pod Kra­ko­wem. Ja wy­cho­wa­łem się dwie uli­ce da­lej, tkwi­łem w tej cho­ler­nej dziu­rze do roz­po­czę­cia stu­diów dzien­ni­kar­skich. Po­dob­nie jak Ma­rek, któ­ry po­wró­cił tu, gdy zo­stał wy­pi­sa­ny ze szpi­ta­la, a obłęd znisz­czył ja­kie­kol­wiek szan­se na nor­mal­ne funk­cjo­no­wa­nie. W jego domu ro­dzin­nym wów­czas miesz­ka­ła tyl­ko sio­stra. Wy­pro­wa­dzi­ła się, za­pła­ka­na, nie­sio­na hi­ste­rią oraz po­czu­ciem winy, po tym, jak brat po­wie­dział dziew­czy­nie, że zna szcze­gó­ły śmier­ci mat­ki. Opi­sał wszyst­ko do­kład­nie, spo­koj­nym i ci­chym gło­sem czło­wie­ka, któ­ry nie ma pre­ten­sji. Sta­rusz­ka cięż­ko cho­ro­wa­ła, leki ta­nie nie są, ani opie­ka pro­sta. Pew­ne­go wie­czo­ru Ma­rzen­ka po pro­stu nie po­da­ła wszyst­kich ta­ble­tek. Nikt tego do­kład­nie nie spraw­dzał, wszy­scy uzna­li zgon za na­tu­ral­ną śmierć po wie­lo­let­niej wal­ce o na­stęp­ny dzień ży­cia.

Oczy­wi­ście Ma­rek zro­bił to ce­lo­wo. Zda­wał so­bie spra­wę, że Ma­rze­na nie bę­dzie w sta­nie miesz­kać z kimś, kto ma świa­do­mość, jak bar­dzo pra­gnę­ła śmier­ci mat­ki. Chciał być sam i zo­stał tu sam, w nisz­cze­ją­cym domu, ra­zem ze swo­ją wie­dzą.

Wsze­dłem, nie pu­ka­jąc, od razu skie­ro­wa­łem się szyb­kim kro­kiem na pię­tro. W domu po­twor­nie śmier­dzia­ło, odór świad­czył o tym, że je­dy­ny lo­ka­tor nie przej­mu­je się zmia­ną po­ście­li, spłu­ki­wa­niem to­a­le­ty czy gni­ją­cą żyw­no­ścią w lo­dów­ce. Ma­rek sie­dział w swo­im po­ko­ju, wpa­tru­jąc się przez okno w roz­gwież­dżo­ne nie­bo. Od ty­go­dni nie wstał z tego miej­sca. Pal­ce kur­czo­wo za­ci­śnię­te na po­rę­czy fo­te­la, wzrok wbi­ty w szy­bę, upo­rczy­wa, bez­sen­sow­na wal­ka, aby od­su­nąć od sie­bie to wszyst­ko, co wie­dział.

A wie­dział wszyst­ko.

– Daj mi broń. – Nie przy­wi­tał się, w ża­den spo­sób nie sko­men­to­wał mo­je­go przy­by­cia, na­wet nie drgnął. Od razu prze­szedł do kon­kre­tów.

– Ma­rek…

– Co, bę­dziesz mnie prze­ko­ny­wał, że ży­cie ma sens? Uwierz mi, nie ma. Ko­goś, kto wie wszyst­ko, nie moż­na prze­ko­nać do ni­cze­go. Praw­da? I po­wiem ci coś jesz­cze, coś o to­bie…

Prze­rwał, aby z tru­dem wstać. Od­wró­cił się do mnie, w świe­tle la­tar­ni wy­raź­nie zo­ba­czy­łem jego twarz. Od czo­ła aż po pod­bró­dek bie­gły ró­żo­we bli­zny. Ostrze noża od­cię­ło spo­ry ka­wa­łek mał­żo­wi­ny usznej i nosa, uszko­dzi­ło jed­no z oczu, po­roz­ci­na­ło war­gi. Le­ka­rze uzna­li, że au­to­agre­sja jest jed­nym z ob­ja­wów po­stę­pu­ją­cej schi­zo­fre­nii. Praw­da oka­za­ła się bar­dziej skom­pli­ko­wa­na.

– Otóż, Paw­le, przy­je­cha­łeś do mnie, ma­jąc na­dzie­ję, że po­wiem ci, gdzie jest księ­ga. Z dru­giej stro­ny, roz­wa­żasz też po­że­gna­nie się z ży­ciem. Tak jak Mosz­czyń­ski. Tę­sk­nisz za ab­so­lut­ną wie­dzą, zda­jąc so­bie spra­wę, jaka jest nie­zno­śna. Te­raz masz po­czu­cie, że je­steś ni­kim i ni­czym, jak wszy­scy lu­dzie na świe­cie. Chcesz zro­bić to co ja albo jesz­cze raz wy­po­wie­dzieć za­klę­cie i po­czuć się… po­czuć, że je­steś jak wszyst­kie wszech­świa­ty. Przy­po­mnieć so­bie. Gdy by­łeś na moim miej­scu, to mo­dli­łeś się, aby ktoś zdjął z cie­bie to prze­kleń­stwo. A kie­dy się uda­ło, zda­łeś so­bie spra­wę, jak bez­na­dziej­nie nud­na jest nor­mal­ność.

– Za­nim strze­lisz so­bie w łeb, po­wiesz mi, co wy­bio­rę? – Po­ło­ży­łem broń na sto­le przed nim.

– Obie rze­czy: być jak bóg-idio­ta oraz umrzeć. Księ­ga Spi­ra­li jest w piw­ni­cy.

Szyb­ko pod­niósł broń, we­pchnął w usta i na­ci­snął spust. Gdy cia­ło upa­dło na pod­ło­gę, ja od­wró­ci­łem się i zsze­dłem na dół, do piw­ni­cy.

W ciem­nym po­miesz­cze­niu za­pach spa­le­ni­zny przy­tłu­mił smród roz­kła­du. Nie mu­sia­łem dłu­go szu­kać, to, co zo­sta­ło z wo­lu­mi­nu, zna­la­złem za­raz przy scho­dach. Ogień stra­wił pra­wie wszyst­ko oprócz skó­rza­nej opra­wy i kar­ty ty­tu­ło­wej, na któ­rej ka­mień li­to­gra­ficz­ny od­bił prze­klę­ty sym­bol. Nie będę w sta­nie nic od­czy­tać, a co gor­sza, nie pa­mię­ta­łem za­klę­cia.

Su­kin­syn.

Miał ra­cję, wy­bra­łem obie rze­czy, lecz obu nie otrzy­ma­łem. Są­sie­dzi, za­alar­mo­wa­ni hu­kiem wy­strza­łu, we­zwa­li po­li­cję. Funk­cjo­na­riu­sze udzie­li­li mi pierw­szej po­mo­cy, bły­ska­wicz­nie prze­trans­por­to­wa­li do szpi­ta­la. Przy­tom­ność od­zy­ska­łem kil­ka dni póź­niej.

***

Pró­bo­wa­li mnie prze­słu­chi­wać. Py­ta­li i ocze­ki­wa­li od­po­wie­dzi na pi­śmie, sko­ro nie po­tra­fię mó­wić. Pro­szę opi­sać wy­da­rze­nia, ja­kie po­prze­dzi­ły wy­pa­dek? Czy na­kła­niał pan de­na­ta do sa­mo­bój­stwa? Jaki był jego stan psy­chicz­ny w mo­men­cie zda­rze­nia?

Ro­zu­miem, w przy­pad­ku sa­mo­bój­stwa pro­ku­ra­tu­ra musi spraw­dzić, czy nie do­szło do prze­stęp­stwa na­kła­nia­nia lub uła­twia­nia tar­gnię­cia się na ży­cie. Ru­ty­na i stan­dar­do­we pro­ce­du­ry, a przy tym idio­tyzm. Ab­sur­dal­ność tych py­tań wy­ni­kła cho­ciaż­by z in­for­ma­cji za­war­tych w na­szych kar­tach cho­ro­bo­wych. Były le­karz i były dzien­ni­karz, z pro­ble­ma­mi psy­chia­trycz­ny­mi, ze skłon­no­ścia­mi do au­to­agre­sji. A zbla­zo­wa­na pani pro­ku­ra­tor py­ta­ła, w ja­kim znaj­do­wa­li­śmy się sta­nie psy­chicz­nym.

Nic im nie na­pi­sa­łem. Jed­nak gdy praw­nicz­ka od­wie­dzi­ła mnie ostat­ni raz, tyl­ko po to, aby ży­czyć szyb­kie­go po­wro­tu do zdro­wia oraz po­in­for­mo­wać mnie, że nie zna­la­zła pod­staw do wsz­czę­cia po­stę­po­wa­nia kar­ne­go, uzna­łem opi­sa­nie wszyst­kie­go za do­bry po­mysł. Spi­sać to, co prze­ży­łem. Może dzię­ki temu będę w sta­nie przy­po­mnieć so­bie tekst za­klę­cia. In­wo­ka­cja to tyl­ko kon­we­nans, nie­istot­ny ele­ment ry­tu­ału. Li­czy się tyl­ko tych kil­ka­na­ście sy­lab, któ­re wy­po­wiem, sto­jąc w środ­ku na­ry­so­wa­nej spi­ra­li.

Chciał­bym po­czuć to jesz­cze raz, ro­zu­mieć wszyst­ko, znać każ­dą przy­czy­nę i każ­dy sku­tek. My po­trze­bu­je­my WIE­DZIEĆ, ta po­trze­ba, sil­niej­sza niż u in­nych lu­dzi po­wo­do­wa­ła, że wy­bra­li­śmy taką, a nie inną dro­gę ży­cia: ja, Ma­rek i Mosz­czyń­ski. Dzien­ni­karz, dok­tor nauk me­dycz­nych i hi­sto­ryk.

Z tym, że Ma­rek prze­żył to naj­go­rzej. Jego sza­leń­stwo było naj­gwał­tow­niej­sze, naj­bar­dziej de­struk­tyw­ne, naj­szyb­ciej też stra­cił kon­tro­lę nad sobą. Już w dwa ty­go­dnie po tym, jak do­stał księ­gę, znisz­czył wszyst­ko wo­ko­ło. Spo­tka­łem wte­dy jego ko­le­gę ze szpi­ta­la, tam­tej­sze­go ka­pe­la­na, któ­ry opo­wie­dział mi, co się sta­ło. Sze­dłem przez za­to­pio­ny w wio­sen­nym słoń­cu Kra­ków. Spa­ce­ro­wa­łem po pro­stu, szczę­śli­wy i spo­koj­ny, mi­ja­łem lu­dzi, nie zna­jąc ich prze­szło­ści, po­dzi­wia­łem bu­dyn­ki, nie zna­jąc ich hi­sto­rii, po­ko­ny­wa­łem ko­lej­ne me­try, nie zda­jąc so­bie spra­wy, kto szedł przede mną i kto pój­dzie po mnie. Zwy­kły czło­wiek, wol­ny od nie­skoń­czo­nej ilo­ści in­for­ma­cji, w tym wie­lu ta­kich, któ­rych nie po­wi­nien po­sia­dać nikt. Na­praw­dę, nikt. Tę­sk­nić za tym za­czą­łem póź­niej, a w tam­tej chwi­li czu­łem je­dy­nie ulgę.

Ksiądz szedł z na­prze­ciw­ka, nie za­uwa­ży­łem go w tłu­mie ano­ni­mo­wych już dla mnie lu­dzi. Gdy­bym roz­po­znał go wcze­śniej, prze­szedł­bym na dru­gą stro­nę uli­cy, od­wró­cił się, uciekł ja­koś.

– Och, pan Pa­weł! Do­brze, na­praw­dę do­brze, że pana spo­tka­łem!

Przyj­rza­łem mu się zdzi­wio­ny. Łysa czasz­ka, z na­cią­gnię­tą na nią, po­marsz­czo­ną ze sta­ro­ści skó­rą. Spod si­wych brwi wpa­try­wa­ły się we mnie zmę­czo­ne oczy mą­dre­go pu­cha­cza. Na­wet w tam­tej chwi­li my­śla­łem, że gdy­by da­lej spo­czy­wa­ło na mnie prze­kleń­stwo boga-idio­ty, to wie­dział­bym o spo­tka­nej oso­bie wszyst­ko. A tak nie po­tra­fi­łem so­bie przy­po­mnieć, gdzie już go wi­dzia­łem.

– Tak, no tak, nie pa­mię­ta pan na­sze­go spo­tka­nia. Cóż, kil­ka razy od­wie­dził pan na­sze­go przy­ja­cie­la Mar­ka Mi­ko­łaj­czy­ka u nas w szpi­ta­lu. Ko­ja­rzy już mnie pan?

Ko­ja­rzy­łem, ja­sne, lecz w tej chwi­li nie mia­ło to więk­sze­go zna­cze­nia. Usły­sza­łem na­zwi­sko czło­wie­ka, któ­ry prze­ze mnie osza­lał albo wkrót­ce osza­le­je. Z po­cząt­ku nie chcia­łem słu­chać tego, co sta­ry ksiądz ma do po­wie­dze­nia. Po­czu­łem się zbi­ty z tro­pu i zdez­o­rien­to­wa­ny, nie mia­łem po­ję­cia, co ro­bić. Zi­gno­ro­wać go i odejść? Za­prze­czyć, „pro­szę księ­dza, to ja­kaś po­mył­ka”? Więc sta­łem i słu­cha­łem. A może chcia­łem po­znać kon­se­kwen­cje swo­ich czy­nów? Nie­waż­ne, ka­płan mó­wił da­lej:

– Z na­szym przy­ja­cie­lem dzie­je się coś nie­do­bre­go. Nie chcę uży­wać po­waż­nie brzmią­cych słów ani sta­wiać dia­gnoz, do któ­rych nie je­stem upo­waż­nio­ny, jed­nak, wie pan, Ma­rek albo osza­lał… albo, cóż…

Albo zo­stał opę­ta­ny – do­koń­czy­łem w my­ślach.

– Przy­kro mi, to strasz­ne – tyle mniej wię­cej zdo­ła­łem wy­krztu­sić.

– Na­praw­dę! Od ty­go­dnia nie po­ja­wił się w pra­cy. Wcze­śniej przez kil­ka dni za­cho­wy­wał się dziw­nie. Tak na­gle, nic wcze­śniej nie wska­zy­wa­ło, że ma… cóż… pro­ble­my. W szpi­ta­lu albo nie od­zy­wał się, albo mó­wił lu­dziom rze­czy bar­dzo nie­przy­jem­ne. Od­ma­wiał po­dej­mo­wa­nia obo­wiąz­ków, twier­dząc, że nie ma sen­su le­czyć pa­cjen­tów, sko­ro i tak umrą, a on wie kie­dy. Kil­ka razy za­rzu­cił ko­le­gom kłam­stwo, sły­sząc ich roz­mo­wy. Ja­kieś drob­ne spra­wy, zu­peł­nie Mar­ka nie­do­ty­czą­ce. Nie po­tra­fił skon­cen­tro­wać się na naj­prost­szych czyn­no­ściach, spra­wiał wra­że­nie albo to­tal­nie nie­obec­ne­go… albo… jak­by to po­wie­dzieć. Wręcz od­wrot­nie. Naj­go­rzej to ostat­nie­go dnia, or­dy­na­tor chciał już ko­goś we­zwać… wie pan, z od­dzia­łu psy­chia­trycz­no-neu­ro­lo­gicz­ne­go.

Ksiądz prze­rwał na chwi­lę swo­ją opo­wieść. Wes­tchnął, pra­wą rękę przy­ło­żył do kar­ku, aby po­lu­zo­wać sztyw­ną ko­lo­rat­kę. Uświa­do­mi­łem so­bie, że nie odej­dę od nie­go, nie uciek­nę pod byle pre­tek­stem. I tu nie cho­dzi­ło o mo­je­go na­stęp­cę, o nie. Cho­dzi­ło mi o mnie.

Bo wi­dzi­cie, cho­le­ra, ja pra­wie nic nie pa­mię­tam.

– No więc, wie pan… on przy­szedł do pra­cy w złym sta­nie. To zna­czy, źle wy­glą­dał. Nie­ogo­lo­ny, brud­ny, w nie­świe­żych ubra­niach. Mam­ro­tał coś pod no­sem, nie zwra­cał uwa­gi na po­le­ce­nia ani na py­ta­nia. Chy­ba pró­bo­wał, ja­koś… nie wiem… zwal­czyć to, co się z nim dzia­ło. Nie był jed­nak w sta­nie pod­jąć obo­wiąz­ków. Po go­dzi­nie bez­sen­sow­ne­go włó­cze­nia się po szpi­ta­lu sta­nął przy oknie na klat­ce scho­do­wej i po pro­stu pa­trzył przez nie. Mam­ro­tał coś do sie­bie. Or­dy­na­tor, Mi­chal­ski, nie chciał ro­bić za­mie­sza­nia, wie pan, to od­dział ge­ria­trycz­ny. Nie chciał wzy­wać pie­lę­gnia­rzy ani wsz­czy­nać pro­ce­du­ry przy­mu­so­we­go ba­da­nia psy­chia­trycz­ne­go, tym bar­dziej, że w su­mie nie stwier­dzi­li­śmy, że… że cho­ry stwa­rza ja­kieś nie­bez­pie­czeń­stwo. Ja z nim za­wsze dużo roz­ma­wia­łem… bo, wie pan, prze­cież Ma­rek to bar­dzo wie­rzą­cy czło­wiek. No więc dok­tor Mi­chal­ski po­pro­sił mnie, abym to ja po­roz­ma­wiał z Mar­kiem. Pod­sze­dłem, pró­bo­wa­łem za­ga­dać. On mó­wił do sie­bie, ja­kieś dziw­ne rze­czy, bar­dzo cha­otycz­ne.

Ksiądz ko­lej­ny raz prze­rwał, po­pra­wił zno­wu ko­lo­rat­kę, prze­tarł spo­co­ne czo­ło. Wy­ko­rzy­sta­łem se­kun­dę ci­szy, aby za­dać py­ta­nie:

– Co mó­wił? – Głos mi drżał z cie­ka­wo­ści i nie­po­ko­ju. Po­my­śla­łem, że je­śli usły­szę do­kład­nie, jak wy­glą­da­ją ob­ja­wy prze­kleń­stwa, może za­cznę so­bie przy­po­mi­nać to, co wie­dzia­łem. Cho­ciaż­by uła­mek.

– Cóż, ja bym to na­zwał beł­ko­tem… wte­dy… bo po­tem… No nie­waż­ne. Mó­wił o tym, co wi­dzi, może my­śli, a może wie. Strasz­nie cha­otycz­nie. O lu­dziach, o zda­rze­niach, o przy­szło­ści. Bar­dzo szyb­ko wy­po­wia­dał sło­wa, tak na za­sa­dzie sko­ja­rzeń. Abs­trak­cyj­nych, ale nie­zwy­kle… nie­po­ko­ją­cych. Zwró­cił na mnie uwa­gę do­pie­ro za trze­cim ra­zem, gdy go za­wo­ła­łem. Od­wró­cił się do mnie i po­wie­dział: „Ty! To ty! Je­steś bar­dzo waż­nym punk­tem na spi­ra­li! To już nie może być księ­ga”. Po­pro­si­łem, czy nie mógł­bym go od­wieźć do domu, tam by­śmy po­roz­ma­wia­li. On po pro­stu wy­szedł i… te­raz jest w szpi­ta­lu.

– Co się sta­ło? – spy­ta­łem już bar­dzo opa­no­wa­nym gło­sem. Ka­płan, za­nim od­po­wie­dział, po­ki­wał po­wo­li gło­wą.

– Ta­aak… Od­wie­dzi­łem Mar­ka pięć dni póź­niej. Gdy zo­ba­czy­łem go w drzwiach… to nie­wy­obra­żal­ne! Nie do opi­sa­nia. On oka­le­czył so­bie twarz, przy­jął mnie za­krwa­wio­ny, z po­licz­ka­mi i usta­mi zma­sa­kro­wa­ny­mi czymś ostrym. Ja onie­mia­łem. On był taki spo­koj­ny, pa­nie Paw­le, taki spo­koj­ny! Otwo­rzył mi drzwi i wpu­ścił do środ­ka. I za­czął mó­wić. Wy­ja­śnił, że na­był wie­dzę, nie­ludz­ką i po­nad po­ję­cie. Ból i rany mia­ły mu po­móc, jak to mó­wił, utrzy­mać się na po­wierzch­ni. Nie po­grą­żyć się w nie­skoń­czo­nej ot­chła­ni in­for­ma­cji, bo in­stru­men­ty do ich prze­twa­rza­nia są jak naj­bar­dziej ludz­kie. Po­stu­kał się w gło­wę. A po­tem mi po­wie­dział, że je­stem już nie­po­trzeb­ny i że­bym się wy­no­sił.

A więc jed­nak. Strzę­py wspo­mnień tych dni, to, jak za­bra­li mnie wte­dy na po­go­to­wie. Psy­chia­tra. Hi­ste­ria Emi­lii, mo­jej by­łej żony. Co ja jej po­wie­dzia­łem? Co zro­bi­łem? Cze­go mia­łem świa­do­mość? My na­praw­dę sza­le­je­my, je­śli je­ste­śmy obar­cze­ni prze­kleń­stwem. Umysł jest jak pu­ste na­czy­nie, ta wie­dza jak cały oce­an. Je­śli pró­bo­wać wlać ocen do wia­dra, to dru­gie za­wsze pęk­nie. Ra­czej prę­dzej niż póź­niej.

– On po pro­stu jest cho­ry, pro­szę…

– Nie. – Ka­płan po raz ko­lej­ny po­ki­wał gło­wą. – To coś wię­cej. Bo wie pan, ja po­sze­dłem na po­go­to­wie. Wró­ci­łem z sa­ni­ta­riu­sza­mi. Przy­szli­śmy po nie­go, on się nie opie­rał. Spo­koj­ny, tak jak po­przed­nio. I po­wie­dział mi coś na od­chod­nym. Dwie spra­wy. Po pierw­sze, że wte­dy, w czerw­cu, gdy od­wie­dzi­łem Ba­zy­li­kę Gro­bu Świę­te­go w Je­ro­zo­li­mie i mia­łem kry­zys wia­ry, to mia­łem ra­cję. Boga nie ma, a ja słu­żę ogłu­pia­niu lu­dzi. Po dru­gie… on po­wie­dział mi, że sio­stra w szpi­ta­lu bar­dzo chcia­ła, że­bym przy­szedł i fak­tycz­nie, wście­kła się na mnie, że musi umie­rać sama. Ro­zu­mie pan, co to ozna­cza?

To ozna­cza, że otrzy­ma­łem ko­lej­ny do­wód na to, że przez pe­wien czas fak­tycz­nie cią­ży­ło na mnie prze­kleń­stwo, któ­re prze­szło na mo­je­go przy­ja­cie­la. Nic mi to nie da­wa­ło, na­wet okru­chy tego, co po­zna­łem wcze­śniej, nie chcia­ły do mnie wra­cać.

– To jest ja­kaś siła nie­czy­sta. Ja ni­g­dy, po­wta­rzam, ni­g­dy nie dzie­li­łem się z ni­kim, na­wet ze spo­wied­ni­kiem tymi wąt­pli­wo­ścia­mi. I po­wiem panu coś, o czym my­śla­łem ostat­nio. Pan rów­nież miał pro­ble­my, praw­da? Za­ła­ma­nie ner­wo­we, żona ode­szła. A ob­ja­wy tego za­ła­ma­nia, z tego, co mi po­wie­dzia­no, były po­dob­ne do tych u Mar­ka. A te­raz on… to samo prze­cho­dzi. I tak się za­sta­na­wiam, czy wie pan, co może…

Od­sze­dłem bar­dzo szyb­ko, nie da­łem ka­pła­no­wi szan­sy na za­py­ta­nie mnie to­nem już mniej przy­jem­nym, czy przy­pusz­czam, co też mo­gło być przy­czy­ną obec­ne­go sta­nu Mar­ka. Całe moje za­do­wo­le­nie, że unik­ną­łem prze­kleń­stwa, ode­szło, aby już ni­g­dy nie wró­cić.

Po­czu­cie winy, uczu­cie upo­ka­rza­ją­co wręcz ba­nal­ne, oraz na­dzie­ja, że wie­dza ja­koś wró­ci, zmu­sza­ły mnie do za­in­te­re­so­wa­nia się lo­sem mo­je­go przy­ja­cie­la. Moim by­łym przy­ja­cie­lem. Wy­pi­sa­no go ze szpi­ta­la już trzy dni póź­niej. Le­karz, któ­ry pod­jął de­cy­zję, nie chciał o niej roz­ma­wiać. Nie mam po­ję­cia, jak go Ma­rek zmu­sił. Boże, prze­cież wie­dział o lu­dziach wszyst­ko. Zo­sta­wił miesz­ka­nie w Kra­ko­wie, prze­niósł się do domu ro­dzin­ne­go. Ma­rze­na za­dzwo­ni­ła tego sa­me­go wie­czo­ru, roz­hi­ste­ry­zo­wa­na, aby zwie­rzyć się, co usły­sza­ła od bra­ta. Ja nie mia­łem ocho­ty ani jej po­cie­szać, ani wy­ja­śniać, ani wy­słu­chi­wać. Nie in­te­re­so­wa­ły mnie jej wy­rzu­ty su­mie­nia ani strach, że ktoś zna jej ta­jem­ni­cę.

Cały czas za­sta­na­wia­łem się, czy Ma­rek ma ze sobą księ­gę.

***

Pacz­ka przy­szła do mnie po trzech ty­go­dniach bez­czyn­no­ści. Blo­ka­da, brak po­my­słów, a na­wet coś głęb­sze­go – po­czu­cie to­tal­ne­go bez­sen­su, bez­war­to­ścio­wo­ści tego, co ro­bię. Czte­ry mie­sią­ce wcze­śniej uka­za­ła się moja książ­ka Naj­ciem­niej­sza z bia­łych ko­pert, zbiór kil­ku re­por­ta­ży śled­czych. Po­dob­no naj­lep­szych w ka­rie­rze, lecz po­chwal­ne re­cen­zje oraz gwiazd­ki przy ty­tu­le na lu­bi­my­czy­tać.pl tyl­ko mnie iry­to­wa­ły.

Pi­sa­łem o pol­skich na­jem­ni­kach wal­czą­cych w pry­wat­nych fir­mach w Ira­ku, gang­ste­rze z Prusz­ko­wa, któ­ry po od­by­ciu pięt­na­stu lat kary wy­szedł na wol­ność i za­ło­żył sek­tę, ko­rup­cji w se­mi­na­riach du­chow­nych oraz tu­szo­wa­niu mob­bin­gu w gi­gan­tycz­nych kor­po­ra­cjach. Ostre, gniew­ne dzien­ni­kar­stwo, za któ­re zbie­ra­łem na­gro­dy i do­sta­wa­łem li­sty z po­gróż­ka­mi.

Z tym, że ja już nie po­tra­fi­łem pi­sać ostre­go, gniew­ne­go dzien­ni­kar­stwa. Skoń­czył mi się za­pał, może to głu­pio brzmi, ale tak się wła­śnie sta­ło. Do wy­grze­by­wa­nia bru­du, opi­sy­wa­nia go, po­zna­wa­nia i sprze­da­wa­nia czy­tel­ni­kom po­trzeb­na jest pa­lą­ca cie­ka­wość. Co jest za za­sło­ną rze­czy­wi­sto­ści? Jaka jest praw­da o ludz­kiej du­szy? Kim na­praw­dę jest czło­wiek? Za­czą­łem od­kry­wać ma­chloj­ki, de­ma­sko­wać kon­spi­ra­cje, oskar­żać win­nych i bro­nić skrzyw­dzo­nych, aby uszczk­nąć tro­chę wie­dzy wyż­szej. Wy­da­wa­ło mi się, że mogę i że po­wi­nie­nem. Coś wię­cej niż ro­man­tycz­ne wy­obra­że­nie o dzien­ni­kar­stwie oraz ma­rze­nie, że kie­dyś ujaw­nię skan­dal na mia­rę afe­ry Ry­wi­na. Chcia­łem do­sto­so­wać pol­ską szko­łę re­por­ta­żu do po­trzeb spo­łecz­nych XXI wie­ku. Chcia­łem być zna­ny, a jak­że. Lecz przede wszyst­kim pra­gną­łem do­wie­dzieć się praw­dy przez za­je­bi­ście duże P.

Fakt, że ochrzci­li mnie w „Po­li­ty­ce” mia­nem „Ka­pu­ściń­skie­go pol­skie­go re­por­ta­żu śled­cze­go”, w ogó­le mnie nie ucie­szył. In­te­re­so­wa­ło mnie to tyle, co eu­nu­cha pre­mie­ry fil­mów por­no­gra­ficz­nych. Nie o to mi prze­cież cho­dzi­ło. Nie uda­ło mi się po­znać praw­dy o rze­czy­wi­sto­ści, o tym czym-jest-to-co-jest. Ile bym nie ujaw­nił sko­rum­po­wa­nych po­li­ty­ków, to i tak nie wie­dział­bym, jak ze­psu­ta jest wła­dza. Ile bym nie wska­zał kom­bi­na­cji po­tęż­nych kor­po­ra­cji, to i tak nie do­wie­dział­bym się, jak duży jest ich wpływ na spo­łe­czeń­stwo. Ile bym nie prze­pro­wa­dził roz­mów ze zgwał­co­ny­mi dziew­czy­na­mi i gwał­ci­cie­la­mi w po­ło­wie od­siad­ki, ni­g­dy bym nie po­znał od­po­wie­dzi na py­ta­nie: „dla­cze­go lu­dzie gwał­cą?”.

Księ­gę opa­ko­wa­ną w sza­ry pa­pier otrzy­ma­łem w mo­men­cie, gdy zda­łem so­bie spra­wę, że mie­sza­jąc pa­ty­kiem po po­wierzch­ni szam­ba, ni­g­dy nie zba­dam, jak jest głę­bo­kie. Zwią­za­na sznur­kiem pacz­ka, na wierz­chu ktoś fla­ma­strem na­pi­sał „Dla Paw­ła Zie­liń­skie­go. Nadaw­ca: dok­tor Ka­zi­mierz Mosz­czyń­ski”. Otrzy­my­wa­łem róż­ne rze­czy: do­ku­men­ty, zdję­cia albo ano­ni­mo­we za­pew­nie­nia, że je­śli nie od­pusz­czę, to ktoś na mo­ich oczach wy­bi­je wszyst­kie zęby żo­nie i uży­je so­bie na jej ustach. Ksią­żek nie do­sta­łem ni­g­dy, to już nie te cza­sy, aby waż­ne in­for­ma­cje prze­ka­zy­wać w opa­słych to­mach.

W nie­po­zor­nej pacz­ce znaj­do­wa­ła się książ­ka opra­wio­na tecz­ko­wo, z po­żół­kły­mi kar­ta­mi ob­ję­ty­mi przez twar­dą, tek­tu­ro­wą okła­dzi­nę. Na pierw­szej stro­nie zna­la­złem tyl­ko li­to­gra­fię przed­sta­wia­ją­cą spi­ra­lę. Na na­stęp­nej zo­ba­czy­łem też ty­tuł na­wią­zu­ją­cy do zna­ku. The Book of Spi­ral, Lon­dyn 1912. Za­miast na­zwi­ska au­to­ra, je­dy­nie jego ini­cja­ły. J.K.L.

Ktoś mi przy­słał an­ty­kwa­rycz­ną księ­gę. In­try­gu­ją­ce. List do­łą­czo­ny do wo­lu­mi­nu był już nie tyle in­try­gu­ją­cy, co wręcz nie­po­ko­ją­cy. „Sza­now­ny Pa­nie Paw­le! Na­zy­wam się Ka­zi­mierz Mosz­czyń­ski i za­trud­nio­no mnie na sta­no­wi­sku ad­iunk­ta na wy­dzia­le so­cjo­lo­gicz­no-hi­sto­rycz­nym Uni­wer­sy­te­tu Rze­szow­skie­go. Prze­sy­łam Panu pew­ną po­zy­cję, któ­rą otrzy­ma­łem od mo­je­go ko­le­gi z za­gra­ni­cy, któ­ra to księ­ga być może po­zwo­li Panu zna­leźć od­po­wie­dzi na nur­tu­ją­ce py­ta­nia, na przy­kład do­ty­czą­ce spo­so­bu, w jaki je­den z bo­ha­te­rów pań­skie­go re­por­ta­żu zre­kru­to­wał pierw­szą swo­ją ofia­rę. Cho­dzi mi tu­taj o tekst o sek­tach. Po­zna pan praw­dę, a w za­sa­dzie nie praw­dę, ale Praw­dę”.

Mimo usil­nych sta­rań ni­g­dy nie do­wie­dzia­łem się, w jaki spo­sób ten cho­ler­ny ban­dy­ta na­kło­nił osiem­na­sto­let­nią dziew­czy­nę z do­bre­go domu do za­miesz­ka­nia z nim, upra­wia­nia z nim sek­su, od­da­nia mu ukra­dzio­nych ro­dzi­com pie­nię­dzy, a w koń­cu do za­ło­że­nia apo­ka­lip­tycz­nej gru­py re­li­gij­nej oraz po­peł­nie­nia sa­mo­bój­stwa na oczach in­nych miesz­kań­ców Domu Ostat­nie­go Mil­le­nium. Gdy prze­czy­ta­łem na­pi­sa­ną od­ręcz­nie wia­do­mość, nie za­sta­na­wia­łem się, w jaki niby spo­sób sta­ra książ­ka ma mi po­móc po­zy­skać od­po­wie­dzi na te aku­rat py­ta­nia. Nie­do­wie­rza­łem, zszo­ko­wa­ny wręcz, skąd fa­cet wie­dział, iż mnie to nur­tu­je. Ni­ko­mu nie mó­wi­łem, że nie znam po­cząt­ku hi­sto­rii. Uzna­łem to za dzien­ni­kar­ską po­raż­kę, a ja bar­dzo nie lu­bię mó­wić o nie­po­wo­dze­niach.

Za­in­try­go­wał mnie, na­praw­dę, cho­le­ra, za­in­try­go­wał.

To wy­star­czy­ło, że­bym za­czął czy­tać Księ­gę Spi­ra­li.

Przy­go­to­wu­jąc się do ma­te­ria­łu o by­łych więź­niach za­kła­da­ją­cych obłęd­ne kul­ty, prze­czy­ta­łem bar­dzo dużo po­dob­nej li­te­ra­tu­ry. Po­dob­nej, nie iden­tycz­nej, bo­wiem Księ­ga tyl­ko spra­wia­ła wra­że­nie ko­lej­ne­go trak­ta­tu mi­stycz­no-re­li­gij­ne­go albo krót­kiej hi­sto­rii wszech­świa­ta, oraz wy­kła­du de­mo­no­lo­gicz­ne­go, za­pi­su kil­ku dzi­wacz­nych teo­rii spi­sko­wych, pod­ręcz­ni­ka czar­nej ma­gii czy hi­sto­rii ar­che­olo­gicz­nej wy­pra­wy do Sy­rii. Styl, w ja­kim tekst zo­stał na­pi­sa­ny, su­ge­ro­wał, iż jego au­to­rem jest kom­plet­ny wa­riat. Eru­dy­cja oraz umie­jęt­ność łą­cze­nia zja­wisk i ich przed­sta­wia­nia świad­czy­ła, iż ów wa­riat jed­nak wie­dział, co pi­sze.

Księ­ga Spi­ra­li mo­men­ta­mi mnie ocza­ro­wy­wa­ła, nie­kie­dy prze­ra­ża­ła, naj­czę­ściej jed­nak za­dzi­wia­ła.

Cią­gle i upar­cie po­wra­cał wą­tek ko­smo­lo­gicz­ny. We­dług J.K.L., kim­kol­wiek on był, nasz wszech­świat jest jed­nym z wie­lu, na­ro­dził się i umrze. Wszyst­kie rze­czy­wi­sto­ści ukła­da­ją się w kształt spi­ra­li, są po­szcze­gól­ny­mi punk­ta­mi na krzy­wej. W cen­trum tej fi­gu­ry tkwi obłą­ka­ne bó­stwo, wszech­wie­dzą­ce, ale bez­rad­ne. Po­sia­da­ją­ce wie­dzę ab­so­lut­ną, o wszyst­kim, co się zda­rzy­ło i zda­rzy, o każ­dym fak­cie oraz o tym, jak te fak­ty są po­łą­czo­ne. Aza­thoth, śle­py bóg-idio­ta, bez­sil­ny wo­bec swo­jej wła­snej na­tu­ry.

Au­tor za­pew­niał w jed­nym z ostat­nich roz­dzia­łów, iż w trak­cie ba­dań nad sta­ro­żyt­ny­mi kul­ta­mi zdo­był umie­jęt­ność na­wią­zy­wa­nia te­le­pa­tycz­nej łącz­no­ści z Aza­tho­them. Dzię­ki niej śmier­tel­nik może uzy­skać całą wie­dzę, jaka do­stęp­na jest bó­stwu. Ten, kto wy­po­wie in­kan­ta­cję, znaj­du­jąc się w środ­ku na­ry­so­wa­nej spi­ra­li, bę­dzie jak bóg. Pro­blem po­le­gał na tym, iż w tym sa­mym cza­sie za­szczy­tu łącz­no­ści z Aza­tho­them mógł do­stą­pić tyl­ko je­den czło­wiek. Je­den je­dy­ny. Wy­po­wie­dze­nie za­klę­cia przez ko­go­kol­wiek po­wo­do­wa­ło, iż to na wy­po­wia­da­ją­ce­go prze­cho­dzi­ło bło­go­sła­wień­stwo, a po­przed­nik je tra­cił. Coś jak szta­fe­ta – cho­ciaż dru­ży­na li­czy wie­lu za­wod­ni­ków, bie­gnie tyl­ko je­den z nich. Gdy skoń­czy, pa­łecz­kę prze­ka­zu­je na­stęp­ne­mu. Opis ry­tu­ału za­czy­nał się pa­te­tycz­nie: „łącz­ność z Nim, z wie­dzą i prze­klę­tym bło­go­sła­wień­stwem uzy­sku­je się je­dy­nie przez kom­bi­na­cję woli, zna­ku gra­ficz­ne­go i wy­po­wie­dzia­ne­go na głos we­zwa­nia”.

W tym mo­men­cie, gdy prze­czy­ta­łem za­pew­nie­nia J.K.L., iż zna po­tęż­ne za­klę­cie, po­wi­nie­nem odło­żyć książ­kę. W naj­lep­szym wy­pad­ku, a tak po praw­dzie, to po­win­na ona wy­lą­do­wać w ko­szu. Wszech­świa­ty rów­no­le­głe, wszech­wie­dzą­ce bó­stwo, za­klę­cia, ry­tu­ały od­pra­wia­ne na środ­ku ma­gicz­ne­go zna­ku – do­bra­noc, dzię­ku­je­my pań­stwu. Zmar­no­wa­ny czas na czy­ta­nie trzy­stu stron okul­ty­stycz­ne­go beł­ko­tu.

Jed­nak nie po­tra­fi­łem ani wy­rzu­cić Księ­gi Spi­ra­li, ani gło­śno przy­znać się przed sa­mym sobą, iż to nie tyl­ko beł­kot. Na tych trzy­stu stro­nach po­roz­sie­wa­no bar­dzo dużo nie­po­ko­ją­cych uwag. Nie­po­ko­ją­cych mnie, bo do­ty­ka­ją­cych mo­ich pro­ble­mów i mo­ich prze­żyć. Stro­na dwu­dzie­sta dzie­wią­ta: ad­no­ta­cja o przy­szłym czy­tel­ni­ku, któ­ry czy­ta te sło­wa po ze­rwa­niu ze swo­ją ko­bie­tą. Ty­dzień wcze­śniej ode­szła ode mnie żona. Stro­na sto sześć­dzie­sią­ta ósma: opis roz­te­rek przy­szłe­go czy­tel­ni­ka, któ­ry zo­stał uzna­ny za świet­ne­go dzien­ni­ka­rza, a w ogó­le go to nie cie­szy. Stro­na dwie­ście osiem­dzie­sią­ta dzie­wią­ta: i po raz ko­lej­ny, przy­szły czy­tel­nik po­ja­wia się zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, w cza­sie opi­su ko­lej­nej teo­rii okul­ty­stycz­nej, jako czło­wiek, któ­ry z ni­kim już się nie kon­tak­tu­je, tyl­ko ze swo­im przy­ja­cie­lem le­ka­rzem. Fak­tycz­nie, dwa dni wcze­śniej wi­dzia­łem się z Mar­kiem.

Cie­ka­we? Na pew­no. Nie­po­ko­ją­ce? Żeby tyl­ko. Tak na­praw­dę, cała sy­tu­acja za­czę­ła mnie prze­ra­żać, co nie zmie­nia­ło fak­tu, iż da­lej in­try­go­wa­ła. Wie­le uwag do­ty­czą­cych tego nie­zna­ne­go przy­szłe­go czy­tel­ni­ka, po­mi­mo że rów­nie oso­bi­stych, nie od­no­si­ło się do mnie. Chy­ba… tak te­raz po­dej­rze­wam… były to pu­łap­ki za­sta­wio­ne na mo­ich po­przed­ni­ków. Za­pew­ne kil­ka z nich po­dzia­ła­ło na Mosz­czyń­skie­go.

Odło­ży­łem księ­gę na biur­ko i do­pie­ro wte­dy za­uwa­ży­łem, że rogi ostat­nich czy­ta­nych kar­tek po­zna­czy­ły wil­got­ne pla­my. Fak­tycz­nie, gdy je­stem moc­no zde­ner­wo­wa­ny, pocą mi się ręce. Uru­cho­mi­łem kom­pu­ter, po­sta­no­wi­łem, że za­nim do­koń­czę lek­tu­rę, spraw­dzę, czy wszech­wie­dzą­cy Go­ogle zna ty­tuł albo ma ja­kieś in­for­ma­cje o fa­ce­cie, któ­ry przy­słał księ­gę.

Na sło­wa klu­czo­we „The Book of Spi­ral” wy­szu­ki­war­ka wy­rzu­ci­ła mi masę ty­po­wych bzdur. Ja­kaś książ­ka fan­ta­sy, ja­kieś gry RPG, ja­kieś psal­my. Le­piej po­szło z ha­słem „Ka­zi­mierz Mosz­czyń­ski dok­tor”. Pierw­szy wy­świe­tlił się ne­kro­log. Świę­tej pa­mię­ci zmar­ły od­szedł od nas śmier­cią tra­gicz­ną w dniu, w któ­rym pacz­ka zo­sta­ła nada­na.

Cu­dow­nie, fa­cet na­da­je mi dzi­wacz­ną księ­gę, któ­ra oprócz tego, że jest sza­lo­nym pod­ręcz­ni­kiem czar­nej ma­gii, to jesz­cze jest roz­pra­wą o moim ży­ciu, a po­tem so­bie umie­ra. Jak? Dla­cze­go? Po co?

Jed­na z mo­ich ko­le­ża­nek ze stu­diów pra­co­wa­ła w lo­kal­nej ga­ze­cie rze­szow­skiej. Dziew­czy­na kiep­sko wy­lą­do­wa­ła, szcze­gól­nie jak na tak ogar­nię­tą dzien­ni­kar­kę. Z pew­no­ścią mo­gła zdo­być szcze­gó­ło­we in­for­ma­cje o śmier­ci na­ukow­ca z tam­tej­szej uczel­ni.

– Zie­liń­ski? – Lu­dzie ze stu­diów za­wsze zwra­ca­li się do mnie po na­zwi­sku. – A cze­muż to gwiaz­da re­por­ta­żu dzwo­ni do sza­rej my­szy z pro­win­cji?

– Ewka, to po­waż­na spra­wa, po­trze­bu­ję in­for­ma­cji o śmier­ci jed­ne­go fa­ce­ta z Rze­szo­wa.

– Aha, po­trze­bu­jesz in­for­ma­cji. No prze­cież…

– Tak, cho­le­ra. Fa­cet zmarł trzy dni temu, na­zy­wał się Ka­zi­mierz Mosz­czyń­ski. To waż­ne, od­wdzię­czę…

– O, pew­nie, że się od­wdzię­czysz. Jak wszy­scy w tej bran­ży, psia wa­sza mać. Do­bra, będę coś mia­ła, to za­dzwo­nię.

Ewka oka­za­ła się na­praw­dę ogar­nię­tą oso­bą. Od­dzwo­ni­ła tego sa­me­go wie­czo­ru z pa­skud­ną opo­wie­ścią. Ar­che­olog, zna­ny w swo­im śro­do­wi­sku. Spo­ro pu­bli­ka­cji, do­bra opi­nia. Nie­daw­no miał pro­ble­my psy­chicz­ne. Nikt się nie spo­dzie­wał, wszy­scy wstrzą­śnię­ci. Skoń­czył pa­skud­nie, zna­leź­li go w go­dzi­nę po tym, jak po­wie­sił się w miesz­ka­niu. Wcze­śniej wi­dzia­no go na po­czcie, ale wo­bec fak­tu, że oko­licz­no­ści zda­rze­nia ewi­dent­nie wska­zy­wa­ły na sa­mo­bój­stwo, nikt nie do­cho­dził, co też obłą­ka­ny dok­tor wy­słał.

Gdy odło­ży­łem te­le­fon, zu­peł­nie już su­chy­mi dłoń­mi się­gną­łem po wo­lu­min. Do­koń­czy­łem go, prze­czy­ta­łem wszyst­ko wraz z opi­sem ry­tu­ału. Za­klę­cie jest strasz­nie trud­ne. Cho­ciaż w Księ­dze znaj­do­wa­ły się wska­zów­ki, jak je wy­mó­wić, to do­pie­ro za trze­cim ra­zem uda­ło mi się je wy­po­wie­dzieć po­praw­nie.

Pe­wien je­stem, że gdy­by te­raz uda­ło mi się je przy­po­mnieć, wy­po­wie­dział­bym je wła­ści­wie już za pierw­szym ra­zem.

Trzy ty­go­dnie póź­niej Księ­gę Spi­ra­li otrzy­mał Ma­rek. Tego, co dzia­ło się przez ten czas, pra­wie w ogó­le nie pa­mię­tam. Po­dob­nie jak sa­mej in­kan­ta­cji.

Pra­wie nic.

Jest więc na­dzie­ja.

***

Mag­da­le­na jest naj­mil­szą pie­lę­gniar­ką. An­ga­żu­je się w szcze­ry, nie­wy­mu­szo­ny spo­sób. Nie tyl­ko mówi do mnie, ale i cier­pli­wie cze­ka, aż na­pi­szę od­po­wiedź. To ona zor­ga­ni­zo­wa­ła mi lap­to­pa. To ona pod­nio­sła mnie z pod­ło­gi w tę noc, gdy pró­bo­wa­łem wy­po­wie­dzieć za­klę­cie.

Bo wi­dzi­cie, cho­le­ra, ja je so­bie przy­po­mnia­łem. Całe, co do jed­nej sy­la­by.

Dzie­sięć stron za­pi­sa­nych no­ta­tek i wola wy­star­czy­ły, żeby wy­grze­bać z po­ra­nio­nych wspo­mnień brzmie­nie in­kan­ta­cji. Mia­łem wła­dzę nad pra­wą ręką, mo­głem też ze­śli­zgnąć się na pod­ło­gę i peł­znąć ku środ­ko­wi po­ko­ju. Mo­głem rów­nież na­ry­so­wać spi­ra­lę. Nie by­łem w sta­nie jed­nak wy­po­wie­dzieć za­klę­cia.

IA TH'AILOG! KTHA­KLUTH M'KHUR'G ATH'LYS!

Je­śli ma się spraw­ny apa­rat mowy, pra­wi­dło­we wy­po­wie­dze­nie skom­pli­ko­wa­nej in­kan­ta­cji jest trud­ne. Je­śli ma się krtań i gar­dło zu­peł­nie nie­wład­ne, jest to po pro­stu moż­li­we. Dwie go­dzi­ny po­wta­rza­nia w my­ślach, prób wy­szep­ta­nia, na­pi­sa­nia ręcz­nie, wy­po­wie­dze­nie bez­wład­ny­mi war­ga­mi nie przy­nio­sły re­zul­ta­tu. Oprócz woli i zna­ku gra­ficz­ne­go do na­wią­za­nia łącz­no­ści ko­niecz­ne jest jesz­cze wy­po­wie­dze­nie na głos za­klę­cia.

I tak zna­la­zła mnie Mag­da­le­na, sku­lo­ne­go w pło­do­wej po­zy­cji, w środ­ku ab­sur­dal­ne­go sym­bo­lu na­ma­lo­wa­ne­go fla­ma­strem. Na­wet nie mo­głem wy­ła­do­wać swo­jej fru­stra­cji, nie­mo­wa tak samo nie wy­po­wie za­klęć, jak i prze­kleństw. Pie­lę­gniar­ka pod­nio­sła mnie, po­mo­gła z po­wro­tem za­jąć po­zy­cję w fo­te­lu. Py­ta­ła, jak może mi po­móc, za­wia­do­mi­ła też le­ka­rza. Psy­chia­tra za­re­ago­wał ty­po­wo, zwięk­sza­jąc daw­kę neu­ro­lep­ty­ku.

Nie za­ży­wa­łem ich, na­uczy­łem się oszu­ki­wać, wkła­da­jąc ta­blet­ki pod ję­zyk. Mo­głem my­śleć, mu­sia­łem wręcz, tyle mi po­zo­sta­ło. Ga­pić się przez okno i usi­ło­wać wszyst­ko zro­zu­mieć.

Bo wi­dzi­cie, cho­le­ra, to wszyst­ko wy­da­wa­ło mi się bez sen­su.

Sko­ro po­łą­czy­łem się ze śle­pym bo­giem-idio­tą, sko­ro na­by­łem jego wie­dzę, to po­zna­łem rów­nież przy­szłość. Dla­cze­go więc zgo­dzi­łem się na to, co mnie spo­tka­ło? Na­ło­ży­łem na sie­bie bło­go­sła­wień­stwo sza­lo­ne­go bó­stwa, któ­re oka­za­ło się prze­kleń­stwem. Osza­la­łem, co zmu­si­ło mnie do re­zy­gna­cji z prze­kleń­stwa. Prze­ka­za­łem je swo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi, któ­ry miał po­dob­ne am­bi­cje, z tym że skie­ro­wa­ne ku wie­dzy me­dycz­nej. Jego spo­tka­ła śmierć, mnie ka­lec­two. Spi­sa­nie ca­łej hi­sto­rii, ty­go­dnie spę­dzo­ne w fo­te­lu, ga­pie­nie się przez cały czas w roz­gwież­dżo­ne nie­bo.

Dla­cze­go się na to zgo­dzi­łem? Mo­głem prze­cież pal­nąć so­bie w łeb jak Ma­rek, albo po­wie­sić się jak Mosz­czyń­ski.

I chy­ba po­dej­rze­wam, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

O was.

To nie tyl­ko wy do­ma­ga­cie się wie­dzy, to wie­dza do­ma­ga się was. Jest jak wi­rus, prze­no­szo­ny z jed­ne­go no­si­cie­la na ko­lej­ne­go. Jed­nak aby za­ka­że­nie na­stą­pi­ło, no­si­ciel musi od­pra­wić ry­tu­ał, cze­go nie zro­bi, je­śli nie bę­dzie za­in­try­go­wa­ny. Nikt już nie chce czy­tać opa­słych ksiąg, szcze­gól­nie je­śli za­wie­ra­ją obłą­ka­ne tre­ści. Mnie za­in­try­go­wa­ła księ­ga, ale was za­in­try­gu­je coś krót­sze­go.

Na przy­kład dzi­wacz­ny tekst zna­le­zio­ny w In­ter­ne­cie.

Cała ta ma­ka­bra, na­sze sza­leń­stwo i na­sze sa­mo­bój­stwa, wszyst­ko to mia­ło na celu uwia­ry­god­nie­nie hi­sto­rii. Co in­ne­go zna­leźć obłą­ka­ny tekst, co in­ne­go zna­leźć obłą­ka­ny tekst na­pi­sa­ny przez zna­ne­go sa­mo­bój­cę, któ­ry przy­jaź­nił się ze zna­nym sa­mo­bój­cą, a w tym obłą­ka­nym tek­ście wy­mie­nia z imie­nia i na­zwi­ska in­ne­go zna­ne­go sa­mo­bój­cę.

Nie jest przy­pad­kiem, że mam wła­dzę w pra­wej ręce. Mogę nie tyl­ko stu­kać nią w kla­wia­tu­rę, mogę też pew­nie trzy­mać ży­let­kę. Trze­ci trup jesz­cze bar­dziej za­in­try­gu­je czy­tel­ni­ka.

Ma­cie za­pi­sa­ny tekst za­klę­cia, ma­cie pod­sta­wo­we in­for­ma­cje o ry­tu­ale. Ma­cie też trzy na­zwi­ska uwia­ry­gad­nia­ją­ce hi­sto­rię. Wy­go­oglu­je­cie je so­bie. Prze­cież w In­ter­ne­cie moż­na zna­leźć wszyst­ko. Na­praw­dę, te­raz już wszyst­ko.

Ma­rzec 2015

Piotr Bo­ro­wiec

 

Oj­ciec Ali­cji i Ju­lii, fan kla­sycz­nej li­te­ra­tu­ry gro­zy i mu­zy­ki roc­ko­wej. Jest sta­łym współ­pra­cow­ni­kiem blo­ga Okiem na Hor­ror, oraz kwar­tal­ni­ka „Oko­Li­ca stra­chu”. W 2015 roku jego opo­wia­da­nie Tam, gdzie miesz­ka­ją szczu­ry otrzy­ma­ło no­mi­na­cję do Na­gro­dy Pol­skiej Li­te­ra­tu­ry Gro­zy im. Ste­fa­na Gra­biń­skie­go. Swo­je tek­sty pu­bli­ko­wał w ma­ga­zy­nach „Kryp­ta”, „Hi­ste­ria”, „Gra­barz Pol­ski”, „Bra­ma”, an­to­lo­giach Hor­ror na Roz­to­czu 2 oraz Krew za­po­mnia­nych bo­gów. W 2015 roku na­kła­dem wy­daw­nic­twa Gmork uka­zał się zbiór jego opo­wia­dań Wszyst­kie bia­łe damy.

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two GMORK Świąt­kow­ska Ryba sp.j.© Co­py­ri­ght by Piotr Bo­ro­wiecWro­cław 2018

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.All Ri­ghts Re­se­rved.

Ko­rek­ta i re­dak­cja:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKAKA­MI­LA ŚWIĄT­KOW­SKAJU­STY­NA MA­SE­RAK

Skład:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA(ebo­ok) PRZE­MY­SŁAW RYBA

Ilu­stra­cja na okład­ce:BAR­TOSZ WOJ­DY­GA

Fragment książki

Wy­da­nie I

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób, włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Wy­daw­nic­two Gmork Świąt­kow­ska Ryba Sp.j.ul. Do­mey­ki 16, 53-209 Wro­cławtel: 795 626 546www.gmork.plwy­daw­nic­two@gmork.pl

Pa­tro­ni me­dial­ni:

Ku­pu­jąc wspie­rasz: