Wydawca: Krytyka Polityczna Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać ebook

Jaś Kapela  

4.33333333333333 (9)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 379 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać - Jaś Kapela

Jaś Kapela zatrudnił się na czarno przy łapaniu drobiu w kurniku oraz na etacie na zawieszaniu w ubojni, by u źródeł zobaczyć, w jakich warunkach żyją hodowlane kury i jak są później przetwarzane na mięso. Udał się do miasta w środkowej Polsce, gdzie znajduje się największy w Europie Środkowo-Wschodniej zakład uboju świń, by z lokalnymi dziennikarzami i aktywistami dowiedzieć się, jak przemysłowa produkcja zwierząt wpływa na życie codzienne mieszkańców. Wreszcie wyruszył śladem aktywistów do Puszczy Białowieskiej, by dowiedzieć się, jak ważne jest zaangażowanie w walce o lepszą przyszłość i dlaczego warto blokować harvestery.


„Polskie mięso” to nie tylko mocny reportaż o zwierzętach, jedzeniu mięsa, weganizmie, ale także poruszająca historia jedzenia – tego, jak jedzono, co się je i co będziemy jeść już za kilka lat.

Opinie o ebooku Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać - Jaś Kapela

Fragment ebooka Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać - Jaś Kapela

Tak więc wszystko, cokolwiek

w jatce sprzedają, spożywajcie,

niczego nie dociekając –

dla spokoju sumienia.

1 KOR 10:25

WSTĘPREWOLUCJASOJOWEGO LATTE

Czasami ludzie się dziwią, dlaczego jestem weganinem, skoro nawet nie lubię zwierząt. Cóż, za ludźmi też nie przepadam, nie znaczy to jednak, że mam ochotę ich torturować, zamordować, przyprawić i zjeść. Trochę się dziwię, że ludzie się dziwią, bo nawet w Polsce wiemy, że żadne „[z]wierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę”. Tak przynamniej głosi pierwszy artykuł polskiej Ustawy o ochronie praw zwierząt1. Jednak w dalszej jej części dopisaliśmy wiele wyjątków, żeby jednak móc zjadać krowy, kurczaki i świnie, a norki i szynszyle hodować na futro.

Kwestia, czy żadne zwierzę nie zasługuje na to, żeby cierpieć bez powodu, pozostaje otwarta. W końcu ciągle cierpimy my, ludzkie zwierzęta, a wraz z nami cierpią istoty, które udomowiliśmy, aby były dla nas pożytkiem i pożywieniem. Dziś jednak coraz bardziej zaczynamy zdawać sobie sprawę, że zwierzęta mają nie tylko prawa, ale też osobowość. Może więc nadszedł czas, by przestać je rozróżniać na te, które kochamy, i te, które zjadamy? Zresztą nawet ci, którzy nie mają żadnej empatii w stosunku do innych gatunków niż człowiek, zaczynają rozumieć, że konsumpcja mięsa może stwarzać zagrożenie nie tylko dla nich czy naszego zdrowia, ale również dla naszego porządku społecznego. Gazy cieplarniane, jeziora zwierzęcych odchodów, hektolitry antybiotyków i chemikaliów, które zatruwają nasze ziemie i oceany, będą jeszcze przez długi czas wpływać na ekologię jedynej planety, jaką mamy. A przy tym amerykańscy (i nie tylko) naukowcy już dawno udowodnili, że weganie nie tylko są zdrowsi, ale i żyją dłużej2.

Tymczasem globalny apetyty na produkty mięsne i odzwierzęce wzrasta. Jedzenie steków wciąż uchodzi za oznakę wysokiego statusu społecznego. Możliwość pozwolenia sobie na kawał mięsa sprawia, że czujemy się kimś wyjątkowym. Więc podajcie mi stek, bo tak osłabłem, że chyba zaraz umrę. Lepiej, żeby umarło jakieś zwierzę. A może nie? Może jeśli żadne zwierzę nie będzie umierało i cierpiało z naszej winy, nam wszystkim będzie żyło się lepiej? Badania pokazują, że spożycie mięsa może zwiększać ryzyko zachorowania na liczne choroby (poczynając od otyłości, poprzez cukrzycę i zawały, a skończywszy nawet na raku), ale również, że zabijanie zwierząt może wpływać negatywnie na naszą kondycję psychiczną.

Im więcej na ten temat czytam i wiem, tym bardziej jestem przekonany, że świat bez jedzenia mięsa i produktów odzwierzęcych byłby lepszy. Ale czy jest możliwy? I czy kiedyś przestanę mieć ochotę na pyszne krwiste befsztyki, jakie mama podawała nam na śniadanie (naprawdę!), choć wcale nie byliśmy bogaci? Nie wiem, ale dlatego piszę tę książkę – żeby się dowiedzieć, dlaczego jest jak jest, albo przynajmniej wiedzieć więcej.

Zresztą to nieprawda, że zupełnie nie lubię ludzi ani innych zwierząt. Nie lubię tylko tych, którzy zadają cierpienie innym bez powodu. Smaczny posiłek nie wydaje mi się wystarczającym powodem, by krzywdzić inną czującą istotę. Tym bardziej że coraz łatwiej o wegańskie alternatywy. Oczywiście trzeba nabrać nowych nawyków: jeść więcej pestek, nauczyć się przyrządzać pierogi ruskie z tofu. Ale gdy już nam się to uda, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby namówić najbliższych do kupowania mleka sojowego zamiast zwierzęcego, robienia humusu i przekonać mamę, żeby częściej piekła te swoje pyszne kulebiaki zamiast schabu. Tak zaczyna się rewolucja.

Zmiana nawyków żywieniowych jest też niezbędna, jeśli nie chcemy pogłębiać globalnych nierówności. A chyba nie chcemy, bo wystarcza nam problemów z obecnie istniejącymi. Już dziś ośmiu najbogatszych facetów świata posiada tyle, ile jego biedniejsza połowa. Czym będzie się żywić biedniejsza połowa świata, gdy populacja ludzi na ziemi wzrośnie do dziesięciu miliardów? Niektórzy proponują, żeby zjeść bogatych, ale jeszcze nigdy w historii nie nasyciło to głodu biednych. Może ciągle mamy za mało bogatych. Zresztą i tak pierwsi na pokarm dla zgłodniałych mas zostaną pewnie rzuceni najbiedniejsi, a nie najbogatsi. Może więc trzeba pomyśleć o innych zasobach? ONZ apeluje o jedzenie owadów – i być może już niedługo będą one dodawane do wysokobiałkowych batonów. Larwy mącznika młynarka są bardziej pożywne od mięsa kurczaka, a w produkcji mniej szkodliwe dla środowiska.

Zanim jednak przyjdzie nam jeść owady, myślę, że warto zrezygnować z jedzenia mięsa, a najlepiej także mleka, nabiału i jajek. Fermy przemysłowe to koszmar – nie tylko dla zwierząt i środowiska, ale często również dla ich pracowników; ale zarazem spożywanie produktów odzwierzęcych jest po prostu niezdrowe. Chyba wszyscy moi znajomi, którzy przechodzą na zrównoważoną dietę wegańską, szybko stwierdzają, że poprawiła im się cera, zrzucają kilka kilogramów i generalnie czują się lepiej – zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Nie zawsze tak myślałem. Kiedyś myślałem wręcz przeciwnie. Jak większość ludzi nie zastanawiałem się nad tym, co jem. Jadłem to, co mi dawano, i to, co mi smakowało. A ponieważ pochodzę z porządnej katolickiej rodziny, lubiłem befsztyki i golonkę. Kiedyś nawet przekonałem moją wegetariańską dziewczynę do zjedzenia kiełbasy. Nie pamiętam, jakich metod użyłem, ale z tego, co się orientuję, ciągle zdarza jej się jeść mięso.

Ta książka będzie też więc trochę pokutą. Za to, że nie myślałem o tym, co jem. Ani dlaczego. Dziś myślę o tym dużo. Niektórzy znajomi uważają nawet, że za dużo. Bo przecież ludzie też cierpią. I trzeba jeść mięso, żeby mieć siłę ich bronić. Ale ludzie przeważnie mogą bronić się sami. Ludzi też staram się wspierać, choć nie zawsze potrafię obronić siebie. Ale jednak nie jestem zwierzęciem prowadzonym na rzeź ani krową spędzającą życie w baraku. Znajdując się w miejscu lub położeniu niebezpiecznym, przeważnie mogę uciec, i czasem to robię. Nie mogę jednak uciec ze świata, który jest niemiły i okrutny, więc chciałbym go uczynić odrobinę bardziej przyjaznym.

Bronienie zwierząt nie wyklucza wspierania ludzi. Jedno zwykle łączy się z drugim. Chciałbym, żeby wszystkim żyło się dobrze na tej planecie. Moje dobre chęci to za mało, ale ludzi podobnych do mnie jest więcej. Raczej większość z nas chce żyć w pokoju i nie krzywdzić innych. Oczywiście niektórzy lubią czynić zło, ale nie bez powodu pokazujemy ich codziennie w wiadomościach i straszymy nimi dzieci. Zakładając więc dobrą wolę większości z was, chciałbym wam opowiedzieć, dlaczego przestałem jeść mięso i produkty odzwierzęce i dlaczego was również do tego zachęcam.

CZĘŚĆ PIERWSZAJAK ZOSTAŁEMWEGANINEM

MIĘSO JEST ZE ZWIERZĄT

Mam wielu znajomych, którzy odmawiali jedzenia mięsa już w dzieciństwie. Bo ich brzydziło. Bo nie chcieli jeść niczego, co ma oczy. Bo czuli, że coś z tym jest nie tak. Ich decyzja nie zawsze spotykała się ze zrozumieniem. Magda musiała często w niedzielę siedzieć przy stole nad kotletem do siedemnastej. O tej godzinie rodziców odwiedzała sąsiadka, więc matka przestawała interesować się córką niejadkiem. A może wstydziła się znęcać nad dzieckiem przy znajomej? Z pewnością jednak uważała to za słuszną metodę wychowawczą, bo sytuacja powtarzała się wielokrotnie, mimo konsekwentnego uporu Magdy.

Co takiego jest w mięsie, że uważamy jego jedzenie za tak istotne, by zamęczać nim własne dzieci? Oczywiście dorośli uważają, że wiedzą lepiej, co dobre dla dzieci, nic w tym dziwnego, ale jednak są pewne granice absurdu. Na przykład zmuszanie do wysiadywania co tydzień nad kotletem do siedemnastej uważam za ich przekroczenie.

Tymczasem dorośli potrafią zrobić bardzo wiele, żeby przekonać dzieci do jedzenia mięsa i produktów odzwierzęcych. Kłamią, manipulują, używają gróźb oraz innych form przemocy. Jakby człowiek pozbawiony zwierzęcego białka po miesiącu zmieniał się w bryłę cukru, a po dwóch roztapiał się jak lody na słońcu. Nigdy nie słyszałem o dzieciach, które mając dostęp do pożywienia, zagłodziły się na śmierć. Znam za to mnóstwo historii o traumach związanych ze zmuszaniem dzieci do jedzenia rzeczy, których jeść nie chciały. Poza mięsem najgorsze wydaje się mleko, a szczególnie mleko z kożuchem. Prawdziwy koszmar niejednego dzieciństwa.

Kożuch zbiera się nie tylko na mleku. Jak opowiedziała mi Pia: „Bardzo lubiłam czerninę, którą często karmiła mnie prababcia, jadłam ją ze smakiem całe lata, nie kojarząc, z czego jest zrobiona. Aż kiedyś sama wyciągałam ją z lodówki i na powierzchni zobaczyłam strup. Dopiero wtedy skojarzyłam, że takie same strupy mam na kolanach”.

Ciekawe, czy jacykolwiek rodzice mówią dziecku, z czego przyrządza się czerninę. Może niektórzy tak. Z pewnością są za to rodziny, w których nikogo nie dziwi podawanie dzieciom zupy z krwi, i nie mam na myśli rodziny Adamsów. Jedzenie mięsa tak silnie zakorzeniło się w naszej kulturze, że wydaje się oczywiste i przezroczyste. Niektórzy rodzice pewnie nawet nie czują potrzeby wyjaśniania, z czego się robi czerninę czy choćby kiełbasę. A jednak niektóre dzieci, gdy zorientują się, że mięso jest ze zwierząt, nie chcą go jeść. Zważywszy na popularność przekonania, że powinno się jeść mięso, trzeba być nadzwyczaj wrażliwym lub bystrym, żeby się tej ideologii przeciwstawić. Niektórym wychodzi to jednak na dobre. Tak przynajmniej uważa pisarka Dominika Dymińska: „Pierwszego dnia w przedszkolu zrzygałam się do talerza po tym, jak zmuszono mnie do zjedzenia kotleta mielonego. Zabrano mi talerz i dostałam nowy, pełny. Tym samym był to ostatni mój dzień w przedszkolu i potem już siedziałam z babcią, dzięki czemu też w wieku czterech lat umiałam już czytać i pisać”.

Hannie rodzice na szóste urodziny obiecali kaczuszki. Jak wspomina: „Z tego rodzinnego przyjęcia pamiętam tylko, jak ryczę, siedząc pod piekarnikiem, i wrzeszczę, że chciałam żywe”.

Oczywiście mogło dojść do zwykłego nieporozumienia. Dla rodziców kaczka to rodzaj jedzenia; dla dziecka – niekoniecznie. Jednak zdarza się, że rodzice wykazują się zwykłą perfidią. Jak wspomina Patrycja: „Zawsze bardzo kochałam konie, uczyłam się zresztą jeździć. Pewnego razu rodzice dali mi na obiad koninę, mówiąc, że to wieprzowina (którą w wieku dziesięciu lat jeszcze jadłam). Powiedzieli mi dopiero po obiedzie. Godzinę płakałam i rzygałam”.

Jestem ciekaw, co kierowało rodzicami Patrycji. Żartowali? Chcieli pokazać, że skoro je świnki, to konie też może? Podstęp okazał się przeciwskuteczny, bo Patrycja została wegetarianką, choć nie było to łatwe. W trakcie wegeepizodu w gimnazjum mama i babcia podawały jej pierogi z mięsem, wciskając, że to soja. A że w tamtych czasach pod Jarosławiem soja nie była zbyt popularna i Patrycja średnio orientowała się, jak ta roślina wygląda, wierzyła, że tak dokładnie imituje mięso.

Sposobów na to, żeby przekonać albo zmusić dzieci do jedzenia mięsa, było i jest wiele. Joannie mówiono, że niejedzenie mięsa powoduje pryszcze oraz młodzieńczą nerwowość. Dorota została podstępem wysłana na kolonie, które okazały się obozem dla niejadków. Terapia opierała się na metodzie „nie wyjdziesz, dopóki nie zjesz”, więc Doro trzy bite tygodnie spędziła w stołówce. Oczywiście mięsko było grane codziennie. Innej mojej znajomej, Magdalenie, babcia wpychała mięso (i inne rzeczy), strasząc, że jeśli nie zostanie zjedzone, przyjdzie czarownica. Wysiadywała z wnuczką przy stole i nie pozwalała odejść, dopóki młoda nie opróżni talerza. Jak wspomina Magda: „Czas ciągnął się okrutnie, a ja byłam pełna. Pamiętam dużą, długą jadalnię w wielkim poniemieckim domu, tapetę na ścianach jako tło dla skór dzika i sarny, poroży i starej dwururki. Babcia z kamienną twarzą stukała w spód stołu, odwracała się do drzwi i mówiła coś w stylu: widzisz, już po ciebie przyszła. Tak robiła ze mnie materiał na foie gras”.

Babcie w ogóle bywają nieprzejednane w pragnieniu, żeby dzieci jadło mięso. Siostra jednej z moich przyjaciółek nie je mięsa od dwudziestu lat, a i tak zawsze na obiedzie u babci musi się liczyć z tym, że zupa będzie na mięsie, pierogi polane skwarkami, a bigos wegetariański, bo babcia tylko trochę kiełbasy dała.

Tymczasem krytyka spożywania mięsa jest chyba tak samo stara jak świat. Już Plutarch pisał:

Jak w ogóle możesz pytać, dlaczego Pitagoras odżegnywał się od jedzenia mięsa? Co do mnie, to jestem ciekaw, w jakich okolicznościach i w jakim stanie umysłu pierwszy człowiek dotknął swymi ustami posoki i zaczął jeść mięso martwego stworzenia. Jak to się stało, że położył na stole martwe, stęchłe ciała, które jeszcze przed chwilą żyły, poruszały się, ryczały i krzyczały, i ośmielił się nazwać je pokarmem. [...] zarzynamy niewinne, nieszkodliwe, łagodne stworzenia bez żądeł i kłów, którymi mogłyby wyrządzić nam krzywdę. Aby zdobyć trochę mięsa, pozbawiamy je słońca, światła i długości życia, do których mają prawo, gdy przychodzą na ten świat1.

I rzucał mięsożercom wyzwanie: „Jeśli twierdzicie, że taka dieta jest dla was naturalna, to osobiście zabijajcie dla siebie to, co chcecie zjeść. Zróbcie to jednakże gołymi rękami, nie używając tasaka, pałki czy topora”2.

MĘSKIE MIĘSKO

Oczywiście wśród moich znajomych są też tacy, którzy mają traumę związaną z byciem zmuszanym do jedzenia warzyw. Dziwnym trafem to jednak głównie chłopcy twierdzą, że największy problem sprawiało im jedzenie sałaty. Jedzenie mięsa ciągle kojarzy się facetom z siłą, dojrzałością i generalnie byciem męskim1. Nie jest to bardzo dziwne, zważywszy, że przez lwią część historii ludzkości to faceci zajmowali się polowaniem i przynosili łup do jaskini/szałasu. Ponieważ mięso ma ograniczony termin przydatności do spożycia, myśliwi dzielili się nim często z innymi członkami plemienia. Dzięki temu nie tylko zacieśniały się ich więzi towarzyskie, ale odnosili też bardziej wymierne korzyści, jak na przykład seks z nakarmioną mięsem samicą.

Spożycie mięsa w oczywisty sposób wiąże się tu z patriarchatem, zważywszy, że to zwycięscy myśliwi decydowali, kto wbije zęby w stek, a komu zostanie do wyssania tylko szpik z ogryzionych gnatów. Co prawda współcześni badacze nierzadko podważają znacznie spożycia upolowanego mięsa dla diety ludzi pierwotnych. Na przykład Marta Zaraska pisze:

Zabijanie dużych dzikich zwierząt nie jest łatwe. Współcześni myśliwi Hadza z Tanzanii używający potężnych łuków i zatrutych strzał (technologii niedostępnych dla wczesnych gatunków Homo) przez 97 na 100 dni polowania nie są w stanie przynieść mięsa do domu. Godzina ich pracy zapewnia średnio zaledwie 180 kalorii – mniej niż praca dzieci zbierających rośliny. A myśliwi Hadza wcale nie są najmniej skuteczni. Łowcy jednego z plemion żyjących na Nowej Gwinei zużywają więcej kalorii podczas polowania, niż zdołają ich pozyskać ze swoich zdobyczy. Lepiej zrobiliby po prostu, przesypiając całe dnie w obozie2.

Wygląda na to, że pierwotni myśliwi nie działali racjonalnie, podobnie jak nie czynią tego współcześni. Ci pierwsi nie przetrwaliby, gdyby nie pożywienie zbierane przez kobiety i dzieci. Dla tych drugich ważniejsza od zdobycia posiłku jest satysfakcja z zabicia zwierzęcia oraz splendor, jaki ta przemoc daje. Kiedyś na weselu przyjaciółki miałem wątpliwą przyjemność przysłuchiwać się rozmowom przyjaciół rodziny, którzy opowiadali sobie o polowaniach i nowych strzelbach. Spytałem jednego z nich, jak to jest zabić zwierzę. Pan z brzuszkiem w zielonej filcowej marynarce, wyglądający jak z reklamy Lasów Państwowych, zawahał się przez chwilę, po czym cmoknął: „Wspaniale”. „Wspaniale” – powtórzył z większą emfazą, aby na pewno do mnie dotarło.

Wyobrażam sobie, że zabicie innego żyjącego stworzenia musiało się wydawać równie wspaniałym doświadczeniem pierwszym homo sapiens.

Być może z potrzeby poczucia władzy wynika rozwój cywilizacji homo sapiens, nieodłącznie związany z niesieniem zagłady innym, słabszym i mniej zmyślnym istotom. Nawet jeśli jedzenie mięsa nie zapewniało nam kalorii w liczbie niezbędnej do przeżycia, i tak tam, gdzie pojawiał się człowiek, inne gatunki traciły siedliska, a nierzadko i życie. Lista gatunków całkowicie lub prawie całkowicie wytrzebionych przez człowieka jest długa. Dość wspomnieć nasze narodowe symbole: orła białego czy żubra. Nawet dziś lokalizacje gniazd bielika białego są objęte tajemnicą oraz obowiązuje wokół nich strefa ochronna. Dzięki trwającym lata zabiegom udało się zwiększyć populację tych ptaków do tysiąca pięciuset osobników. Może się wydawać, że to dużo, ale jeśli porównamy tę liczbę z populacją brojlerów, która w 2016 roku osiągnęła rekordowy wzrost (w Polsce wykluło się ponad 1,1 miliarda piskląt), dostrzeżemy pewien paradoks: najbardziej dbamy o populacje tych zwierząt, które przeznaczamy na rzeź. Inny paradoks można dostrzec w kwestii żubrów, których populacja by nie przetrwała, gdyby nie carskie edykty chroniące Puszczę Białowieską. Dziś, niestety, nie ma już cara, który by pilnował, żebyśmy dbali o swoją przyrodę, i choć próbuje to robić Unia Europejska, my, Polacy, lepiej wiemy, jak zadbać o ostatni naturalny las nizinny w Europie. Harwesterami. Czy w przyszłości na ziemi przetrwają tylko zwierzęta hodowlane? Czy może jednak zmienimy nasz stosunek do przyrody i innych gatunków?

Ponoć większość paleoantropologów zgodziłaby się z twierdzeniem, że mięso odegrało istotną rolę w ewolucji naszego gatunku, trwają jednak spory, co to było za mięso i w jakich ilościach. Niedysponujący skomplikowanymi narzędziami homo sapiens nie był urodzonym łowcą, tak jak nie jest nim do dzisiaj. Oczywiście zawsze można w zwierzęta rzucać kamieniami albo gonić je z kijem, ale uprawiający ten sport mężczyźni zapewne nie byliby dużo bardziej skuteczni niż dzisiejsi „dzicy”. Pojawiają się więc teorie, że na mięsną dietę ludzi składać się mogła w dużej mierze padlina. Padniętego zwierzęcia nie trzeba gonić z kijem, a jego mięso jeszcze przez jakieś dwa dni nadaje się do spożycia. Czasami trzeba było, co prawda, odgonić drapieżnych konkurentów, rzucając w nich odchodami i kamieniami, ale dzięki temu homo sapiens uczył się współpracować w grupie.

Inna teoria głosi, że źródłem mięsa dla ludzi pierwotnych mogli być inni ludzie. Oczywiście możemy się tylko domyślać, czy neandertalczycy wyginęli, bo zostali zjedzeni, ale prawdopodobnie nie tylko wybuch wulkanu, ale również waleczny homo sapiens przyczynił się do ich zniknięcia. Według kolejnej teorii pokarmem, dzięki któremu ludzie zużywali mniej energii na trawienie, a więcej na kontakty społeczne, mogły być ślimaki i małże. Pierwsi ludzie przeważnie mieszkali w pobliżu wody. Zresztą do dzisiaj większość skupisk ludzkich jest usytuowana na wybrzeżach, a małże i ślimaki znajdują uznanie jako pokarm. Być może popularny w szkolnych podręcznikach obrazek paleolitycznego faceta w skórze z łukiem i włócznią należałoby zastąpić wizerunkiem człowieka jedzącego padlinę lub wygrzebującego małże na płyciźnie. Nauka nie potwierdziła na razie odczuwania bólu przez małże, więc ich jedzenie można zakwalifikować jako wegańskie. Choć tu też zalecam umiar: dziko żyjące małże giną jak pszczoły i należą do zagrożonych gatunków.

Niewątpliwie ludzie byli i są żywieniowymi oportunistami. Jedzą, co się da i co na drzewo nie ucieka. I to, do czego są przyzwyczajeni. W międzyczasie jednak ludzka technologia rozwinęła się w takim stopniu, że nie ma takiego zwierzęcia, które zdołałoby przed nami uciec, a większości ludzi został oszczędzony trud polowań. Dzięki temu moi mięsożerni znajomi mogą czuć się męscy, silni i dojrzali, choć stawiam dolary przeciwko orzechom, że większość z nich nie potrafiłaby dopaść i zabić dziko żyjącego kuraka. Co gorsza, uważam, że o byciu dojrzałym świadczy raczej umiejętność powstrzymania się od jedzenia zwierząt, które musiały umrzeć, żeby wylądować na naszym talerzu, niż podążanie za instynktami, jakkolwiek pierwotne by one były. Podobnie uważają niektórzy ewolucjoniści3. Wegetarianizm jest luksusem, zbrodnią przeciwko naturze, na którą nie mogli sobie pozwolić ludzie pierwotni, jeśli chcieli przeżyć w trudnych warunkach, jakie ich otaczały. Obecnie przeżyć jest łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej, o czym świadczy nie tylko to, że podobno na świecie żyje współcześnie więcej ludzi niż do tej pory umarło, ale również to, że w krajach rozwiniętych, jak choćby nasza Polska w ruinie, wyrzuca się i marnuje około 40 procent żywności.

Co więcej, z badań wynika, że dzieci wykazujące się większą inteligencją częściej zostają wegetarianami. Żyjemy w czasach, gdy nie musimy jeść mięsa, więc coraz więcej osób zaczyna to dostrzegać i wprowadzać w czyn. Są też jednak teorie głoszące, że mięso cenimy „nie pomimo krzywd zadawanych innym stworzeniom, ale właśnie dlatego, że je zadajemy”4. Jedzenie mięsa symbolizuje nasze panowanie nad przyrodą. Twierdzi tak choćby antropolog Nick Fiddes, autor książki Meat: A Natural Symbol (Mięso. Naturalny symbol)5, a zgodziliby się z nim nie tylko przedstawiciele ludów pierwotnych, którzy wierzyli, że dzięki jedzeniu mięsa zmarłego jego siła i cechy przechodzą na nas, ale również liczni współcześni socjologowie. Jak podsumowuje Marta Zaraska:

Przeżuwanie i połykanie innych wysoko rozwiniętych organizmów, które odczuwają, walczą i krwawią, to dowód naszej wyższości. Możemy cię zabić. Możemy cię zjeść. Im silniejszy przeciwnik, tym większy prestiż zyskujemy, pozbawiając go życia (polowanie na lwy w Afryce dodaje prestiżu, uprawianie kapusty w polu już nie tak bardzo)6.

Jedzenie mięsa wiąże się także z patriarchatem, gdyż to przeważnie na mężczyzn spływał prestiż zabicia zwierzęcia. Co więcej, jak przeczytałem u Zaraski: „Badanie przeprowadzone na stu nieuzależnionych od technologii społecznościach wykazało, że w im większym stopniu plemię opiera swoją dietę na produktach zwierzęcych, tym mniej władzy sprawują w niej kobiety”7. W sumie logiczne. Skoro to faceci polują i dostarczają pożywienia, to oni trzymają władzę. W plemionach, gdzie poziom konsumpcji mięsa jest niższy, a dieta w większym stopniu zależy od żywności zbieranej przez kobiety, mogą sobie one wywalczyć więcej wolności. Stąd już prosta konstatacja, że rezygnacja z jedzenia mięsa może być też środkowym palcem pokazanym patriarchatowi. O ile feminizm jest walką, żeby żadnej kobiety nie traktować przemocowo i przedmiotowo, o tyle weganizm idzie dalej, bo twierdzi, że żadna żyjąca i czująca istota nie powinna być traktowana jak rzecz. Może dlatego dziewczynom łatwiej zostać wegetariankami czy wegankami. Po prostu mają lepszą motywację. Gdy Magdzie udało się pokonać upór rodziców, którzy nie potrafili zrozumieć, dlaczego nie chce jeść mięsa, wszystkie jej kolejne wybryki okazywały się łatwiejsze do przełknięcia. Ostatecznie czy można oczekiwać jakiegokolwiek normalnego zachowania od osoby, która nie chce zjeść nawet mielonego?

Jednocześnie dla większości ludzi wychowanych w naszej patriarchalnej i mięsnej kulturze rezygnacja mięsa jest problemem. O ile w ogóle uważają to za problem. Podejrzewam, że większość ludzi w ogóle się nad tym nie zastanawia. Jedzenie mięsa uważają za naturalne i normalne, przynajmniej dopóki nie spotkają jakiegoś weganina. Ostatecznie chyba wszyscy czujemy, że zabijanie czujących istot tylko po to, żebyśmy mieli co położyć na talerzu, jest niefajne. Generalnie przecież zgadzamy się, że zabijanie jest złe, podobnie jak cierpienie, którego można by uniknąć. „Badania wykazują, że sam kontakt z roślinożercą (w odróżnieniu od wyznawców innych diet) wyprowadza wszystkożerców z równowagi i wywołuje u nich dysonans poznawczy, uruchamiając różne mechanizmy psychologiczne, co w efekcie prowadzi do tego, że mięsożercy pozwalają sobie na jedzenie dwa razy większych ilości mięsa niż dotychczas”8.

Czy powinniśmy zatem zacząć się ukrywać, żeby nie zwiększać apetytu wszystkożerców na mięso? A może to raczej mięsożercy powinni się zastanowić, czy najlepszym sposobem na redukcję dysonansu poznawczego (chcę jeść mięso, choć nie chcę, żeby zwierzęta cierpiały) jest zjedzenie podwójnej porcji steku?

A TY DLACZEGO CIĄGLE JESZ PADLINĘ?

Niewątpliwie rezygnacja z jedzenia mięsa wydaje się wielu osobom dużym wyrzeczeniem i sporym problemem, o ile oczywiście dostrzegają taki problem. Jednak coraz ciężej go nie dostrzegać. Wystarczy odpalić YouTube’a czy Facebooka, żeby natknąć się na filmiki z rzeźni, artykuły o zagrożeniach płynących z przemysłowej produkcji zwierząt czy korzyściach z diety roślinnej. Choć mnie rezygnacja z jedzenia mięsa przyszła przyszło dość łatwo, wiem, że na wielu ludzi działa ono jak narkotyk – nie potrafią sobie wyobrazić bez niego życia. Dlatego zapytałem znajomych, którzy próbowali je rzucić, dlaczego im nie wyszło. Ankieta była facebookowa i przeprowadzona na niereprezentatywnej grupie, a odpowiedzi nie zawsze racjonalne (bo i życie takie nie jest, więc musimy się mierzyć także z nieracjonalnymi zachowaniami), ale i tak sporo się z niej dowiedziałem. Generalnie wydaje się, że dwa najpoważniejsze powody, dla których ludzie świadomi ogromu cierpienia zwierząt ciągle jedzą mięso, to lenistwo i smak.

Kolega Marceli Szpak przyznaje: „pierdolenie się ze znalezieniem czegoś jadalnego bez mięsa było męczące”, i dodaje: „dane sprzed 10+ lat”. Za tę odpowiedź zebrał dwadzieścia dwa lajki, więc najwyraźniej nie jest to odosobniona opinia. Rzeczywiście, dziesięć lat temu w większości sklepów nie uświadczylibyśmy pasztetów z soczewicy ani kotletów sojowych i innych tego typu oczywistych zamienników dla osób przyzwyczajonych do tradycyjnego polskiego menu. Nie brakowało jednak kapusty, fasoli i grochu, więc przy odrobinie pomyślunku i wysiłku można było sobie zorganizować warzywne posiłki. Ale nie było też wtedy Jadłonomii, Wegan Nerdów czy innych blogów i forów, które znacznie ułatwiają zmianę diety. Dziś księgarnie pełne są wegańskich książek kucharskich, więc na dietę roślinną można przejść nawet bez internetu. „Każdy może być weganinem”1 – przekonuje Marta Dymek na łamach lokalnej prasy, więc Marceli ma jeszcze szansę na zweryfikowanie swojej postawy. Ciągle chyba je mięso, więc najwyraźniej z innych powodów. Na argumenty, że bycie wegetarianinem jest dziś proste i w sumie zawsze było, bo „pierogi z kapustą i grzybami, z pieczarkami i szpinakiem, naleśniki na słodko i na słono, krokiety z grzybami, frytki, pizza wegetariańska”, Marceli odpowiada: „wszystko wymaga obróbki cieplnej, talerzy, sztućców i całej reszty, nie da się ciepnąć tego na chleb, jak kawałka mięsa i zjeść w pół minuty; jakbym chciał gotować zostałbym kucharzem, chcę posiłek nadający się do spożycia po wyjęciu z opakowania, a z wege w takiej formie są tylko warzywa, warzywa nie są dobre, zwłaszcza surowe”.

Problem tkwi więc też w smaku, a nie tylko w tym, że do jakiejś Biedronki nie dowieźli humusu. Większość ludzi lubi smak mięsa. Choć też zwykle jedzą je przetworzone, a nie surowe, więc porównywanie przyprawionego i poddanego obróbce termicznej mięsa do surowych warzyw jest absurdalne. Przyprawionego jemy przecież nawet tatara. Chodzi więc raczej o dostępność i przyzwyczajenia. Działy mięsne w sklepach ciągle są większe od tych z żywnością wegańską, dlatego łatwiej chwycić szynkę staropolską niż przeglądać etykiety nieznanych sobie produktów. Jednak wegańskie serki i wędliny trafiają już nawet do osiedlowych sklepów, więc argument, że przestrzeganie diety roślinnej jest w Polsce o wiele bardziej skomplikowane niż spożywanie martwych zwierząt, staje się coraz mniej trafiony.

Są jednak argumenty, z którymi trudniej polemizować. Na przykład Kasia przyznaje: „jem mięso, wstydzę się tego, staram się jeść rzadko, ale jem czasami, bo się boję, że umrę z głodu jak przestanę. I wcale mi nie smakuje”. Choć na świecie żyją miliony wegan i wegetarian i nie padają jak muchy, to przecież niczego nie dowodzi. Agnieszka z kolei twierdzi, że: „Jest to połączenie bycia nieogarem z absurdalnym chorym pociągiem do gryzienia i połykania ścierwa. Po 2 tygodniach wegetarianizmu czuję totalne ssanie w żołądku, moje oczy robią się czerwone i rosną mi kły”. Podobne objawy dostrzega u siebie Michał Zygmunt: „po kilku dniach bez mięsa (nie bez białka!) odczuwam gwałtowną potrzebę zjedzenia mięsa. A zwykłem słuchać się swojego organizmu”.

Reżyser Krzysztof Piesiewicz, któremu zadałem to samo pytanie, gdy spotkałem go na Festiwalu Filmowym Hommage à Kieślowski w Sokołowsku, je mięso rzadko i coraz rzadziej, ale też zdarza mu się, że jego ciało zgłasza na nie potrzebę, i wtedy ją zaspokaja, ale głównie rybami. Dlaczego na jedzenie ryb pozwalają sobie osoby, które nie chcą jeść mięsa, to osobny temat. Chyba wszyscy tworzymy sobie w głowach osobiste etyki, zgodnie z którymi pewne rzeczy uważamy za bardziej moralne, a inne mniej. Ostatnio kolega tłumaczył mi, że choć nie wychodzi mu całkowita rezygnacja z mięsa i produktów odzwierzęcych, to przeczytał gdzieś, że boczek jest właściwie produktem ubocznym zabicia świni, bo zdecydowanie większym powodzeniem cieszą się polędwice, schab czy karkówka, więc zaczyna dzień od jajecznicy na boczku, a potem już przez cały dzień jest weganinem. Patrząc na jego tuszę i pamiętając, jak wyglądał kilka lat temu, chciałem mu powiedzieć, że nie jest to najmądrzejsza dieta, nawet jeśli nie szkodzi dodatkowo zwierzętom, które i tak zostały już zabite. Ale się powstrzymałem. Ostatecznie jego tusza obchodzi mnie mniej niż cierpienie miliardów zwierząt. Poza tym może to geny, stres albo inne problemy, a nie jajecznica na boczku? Choć tofucznica też jest smaczna i ma mniej cholesterolu.

W książce łatwiej być odważniejszym i napisać, co się naprawdę myśli. Na przykład new age’owy argument, że należy robić to, co nam ciało dyktuje, uważam za z palca wyssany. Gdybyśmy wszyscy słuchali swojego ciała, nie licząc się z tym, że poza nim mamy uczucia i umysł, na świecie byłoby jeszcze więcej przemocy, niż jest. Są chociażby tacy, którzy nie potrafią się powstrzymać przed tym, co dyktuje im ciało, i zaczynają dzień od kreski amfetaminy, a potem operację tę powtarzają, dopóki ciało nie odmówi im posłuszeństwa. Zazwyczaj ich potępiamy i nazywamy narkomanami. Czyżby mięso było podobnym narkotykiem, tyle że legalnym i spotykającym się z powszechną akceptacją społeczną? Basia Starecka, dziennikarka i recenzentka kulinarna, autorka bloga Nakarmiona Starecka, tak pisze o przyrządzaniu rostbefu:

Sztukę smażenia steków powinien opanować każdy szanujący się wszystkożerny kucharz amator. Są częścią kulinarnego abecadła, a także często obiektem fiksacji mężczyzn kierujących się atawistyczną wiarą w ich magiczną moc. Z własnego doświadczenia mogę potwierdzić, że zdarzało mi się doświadczać euforii po ich zjedzeniu. Puls przyspieszał, źrenice się powiększały, umysł stawał się jakby bystrzejszy2.

Ktoś tutaj nieźle się naćpał. Mimo wszystko, wbrew narkofobicznej propagandzie, otyłość, nadciśnienie, wylewy i inne choroby cywilizacyjne są częściej związane ze spożyciem mięsa niż narkotyków. Ale oczywiście narkotyki są nielegalne, a mięso dostępne w każdym sklepie, nic więc dziwnego, że ma na swoim koncie więcej ofiar niż narkotykowy nałóg.

Rezygnacja z mięsa może być równie trudna jak z narkotyków, choć ponoć jest łatwiejsza niż rzucenie papierosów. Tak przynajmniej twierdzi Bogumił: „Ponad dwa tygodnie bez mięsa i jest bardzo spoko. Wcześniej jadłem sporadycznie. Myślę że to dużo łatwiejsze do odstawienia niż np. fajki”. Mogę się z nim zgodzić, bo choć za pierwszym razem rzucenie palenia poszło mi całkiem sprawnie, to już za drugim i trzecim nie było tak różowo. Ale może dlatego, usprawiedliwiam się, że w ten sposób szkodzę tylko sobie, a nie Bogu ducha winnym zwierzętom. Niewątpliwie trzeba mieć dobry powód, żeby zerwać z jakimś nałogiem, między innymi dlatego jednym rzucenie mięsa przychodzi łatwiej niż innym. Tym bardziej że „[l]ata ewolucji nauczyły nas, że warto jeść gotowane mięso ze względu na zawarte w nim substancje odżywcze. Jesteśmy genetycznie zaprogramowani w taki sposób, aby pozytywnie reagować na umami, które sygnalizuje nam obecność białek, oraz na aromat gotowanego mięsa (reakcja Maillarda) oznaczający, że potrawę można bezpiecznie spożyć”3.

Rzeczywiście, umami, czyli stosunkowo niedawno odkryty piąty smak4, czyni pokarm bardziej atrakcyjnym dla ludzi. Jednocześnie nasze postrzeganie smaków zależy od liczby brodawek grzybowatych na języku. Ci, którzy mają ich mniej, są mniej wrażliwi na smaki, więc pewnie łatwiej im też zrezygnować ze smakowitego mięska. Na szczęście umami występuje też w wielu innych pokarmach, jak pomidory, grzyby, soja, ziemniaki, a nawet zielona herbata, więc zostając weganami, nie pozbawiamy się całkowicie tej przyjemności.

Nie dziwi mnie jednak, że nawet wśród moich lewicowych znajomych są tacy, którzy nie wyobrażają sobie rezygnacji z jedzenia mięsa, jak Michał Zygmunt, który stara się ograniczać, ale jednocześnie dodaje: „rzucać nigdy nie zamierzam, za bardzo lubię tatara, dobrą kiełbasę czy foie gras” (choć z pewnością zdaje sobie sprawę, jak bardzo przemocowa jest produkcja gęsiej wątróbki). Również publicysta Jakub Majmurek lubi się wypowiadać o korzyściach ze spożycia mięsa, w szczególności takich rzadkich gatunków jak ortolany, dawny narodowy przysmak Francuzów. Polowanie na tego znajdującego się pod ścisłą ochroną ptaka jest dziś nielegalne, ale wciąż wystarczająco popularne, by jego populacja na skutek utraty siedlisk, urbanizacji i kłusownictwa została w Europie w ciągu ostatnich trzydziestu lat zredukowana o 84 procent. Tradycyjnie ortolany wcina się w całości – z dziobem – usuwając tylko pióra i łapki. Podobno ptaszek smakuje jak chrupiące orzechy laskowe z nutą brandy, co nie dziwi, bo ortolany uśmierca się, topiąc je w kieliszku armaniaku.

Nawet Martin Caparrós, autor fenomenalnego Głodu, nie potrafi zrezygnować ze steku, choć w swojej książce pokazuje, że niedożywienie milionów ludzi na całym świecie nie wynika z braku możliwości ich wyżywienia, tylko z decyzji politycznych, a wśród nich naszego wsparcia dla branży mięsnej. Caparrós pisze między innymi, że

hektar dobrej ziemi może dać 35 kilogramów białka roślinnego; jeśli produkcja będzie przeznaczona na wykarmienie zwierząt – 7 kilogramów. Czyli jeden człowiek jedzący mięso zagarnia dla siebie środki, które rozdzielone, wystarczyłyby dla pięciu albo dziesięciu ludzi. Jedzenie mięsa wprowadza bezwzględną niesprawiedliwość: pozwalam sobie na jedzenie produktu pięć, dziesięć razy droższego niż ten, który jesz ty. Jeść mięso, znaczy mówić: mam gdzieś pozostałych dziewięciu5.


Swoje przywiązanie do wołowiny Caparrós podsumowuje następująco:

Gdyby nie to, że nie potrafię, że jestem straconym przypadkiem, że mam za sobą pół wieku argentyńskiej pieczeni, że zawsze mogę się bronić, sugerując bezużyteczność takiego ewentualnego gestu, jedynym podsumowanie tych stron byłoby ogłoszenie przeze mnie nieodwołalnej decyzji: nie wezmę więcej befsztyka do ust. W przeciwnym razie będę demonstrował – i demonstruję – maksymalną niespójność własnych słów6.

Choć nie jestem takim mózgiem jak Caparrós, świadomość globalnej niesprawiedliwości, jaką wprowadza spożycie mięsa, mam już od czasów lektury Geopolityki głodu Jeana Zieglera7, który przez wiele lat pełnił funkcję specjalnego sprawozdawcy ONZ do spraw prawa do wyżywienia, i staram się, żeby moje poglądy były spójne. Prawdopodobnie nie zmienię globalnej polityki, nie zatrzymam spekulacji na rynku żywności ani produkcji biopaliw z jadalnych roślin, czego domaga się Ziegler, lecz mogę przynajmniej zrezygnować z jedzenia mięsa, a przez to również pokazać, że nie mam w dupie globalnej niesprawiedliwości; wręcz przeciwnie, chciałbym, żeby świat był bardziej sprawiedliwy. Również większość znanych mi osób chciałaby uczynić świat lepszym, a jednak czasem trudno utrzymać narzucony sobie reżim, bo poza globalną sprawiedliwością są też uczucia naszych najbliższych. Nie chcemy ich ranić. Jak ładnie podsumowała moja koleżanka Ola: „no przecież nie powiem babci, że jak jajeczniczka z boczkiem, to już nie zjem”.

Teoretycznie niezabijanie zwierząt bez sensu jest ważniejsze od dobrego samopoczucia babci, ale to z babcią siedzimy przy jednym stole. Czy rzeczywiście sprawienie babci przykrości może jakoś pomóc zwierzętom? Zależnie od humoru uważam tak albo inaczej, jednak przeważnie skłaniam się ku opinii, że tak. Że trzeba być zmianą, którą chce się widzieć w świecie, i grzecznie wytłumaczyć babci, dlaczego przeszkadza nam jedzenie boczku.

Prawdopodobnie nie zrozumie. Prawdopodobnie dlatego boimy się to mówić. Nie chcemy, by brano nas za wariatów, którzy nie szanują tradycji. Ale co, jeśli naprawdę nimi jesteśmy? Jeśli nasza tradycja ma oznaczać nieprzyjmowanie uchodźców i wpieprzanie schabowego, to wybieram jednak inną opowieść dla uporządkowania sobie świata. Ciągle wierzę, że możemy być bardziej empatyczni i racjonalni, a jedno z drugim każe mi ograniczyć spożywanie produktów odzwierzęcych. Nic dziwnego, że część dzieci rozmiłowuje się w mięsie, skoro są nim karmione od niemowlęctwa. Już w słoiczkach z daniami dla niemowlaków często można znaleźć zmielone mięso. Uśmiechnięte bobasy reklamują wędliny, a parówki mają specjalne nazwy i design, czasem nawet zachęcające napisy „dzieci to lubią”. Może i lubią, ale czy wiedzą, że na przykład produkowane przez Animex Bobaski w 57 procentach składają się z MOM, czyli mięsa oddzielonego mechanicznie, a więc przemielonych skórek, chrząstek i kurzych łapek? Dodatkowo zawierają tłuszcz wieprzowy. Konserwowane są azotynem sodu, a dla wzmocnienia smaku dodaje się do nich glutaminian sodu. Dzięki temu Bobaski można sprzedawać po wyjątkowo konkurencyjnej cenie. I nawet jeśli dzieci same by sobie takiego jedzenia nie wybrały, z pewnością nakarmią je nim ich rodzice. Ciągle to najniższa cena jest decydującym czynnikiem wpływającym na wybór kupowanych przez nas produktów. Co gorsza, nasz zmysł smaku kształtuje się już na wczesnym etapie życia płodowego. Jeśli nasi rodzice jedli mięso, prawdopodobnie nam też będzie smakowało, choć zdarzają się wyjątki. Jak wspomina moja znajoma Ania: „z przedszkola zdarzało mi się wracać z kulką przeżutego kurczaka w buzi”. Tam, gdzie jest przymus, pojawia się też opór.

Magda wychowywała się na Podkarpaciu i przez kilka lat myślała, że jest jedyną osobą na świecie, która nie chce jeść mięsa. Aż kiedyś jej rodziców odwiedziła znajoma z Niemiec. Gdy zaproponowano jej mięso z grilla, podziękowała i wytłumaczyła, że jest wegetarianką. Wtedy Magda dowiedziała się nie tylko, że nie jest wybrykiem natury, ale że na ludzi takich jak ona istnieje nawet specjalne określenie. Znajomej z Niemiec nikt jednak nie kazał siedzieć przy karkówce, dopóki nie zje. Zamiast mięsa zaproponowano jej pieczony chleb. Dla postaw ludzi obcych mamy większe zrozumienie niż dla własnych dzieci. Przyjmujemy do wiadomości i rozumiemy, że muzułmanie nie jedzą wieprzowiny, a Hindusi wołowiny. Wydaje się, że nawet wegetarian łatwiej zrozumieć, gdy przyjeżdżają z daleka. Od własnych dzieci oczekujemy jednak, żeby były takie same jak my.

BIEDNY CHRZEŚCIJANIN PATRZY NA KARPIA W TESCO

Dlaczego właściwie chrześcijanie jedzą mięso? Choć już od dawna nie jestem katolikiem, to kiedyś z religii dostawałem szóstki. Nawet dziś w głowie mam więcej cytatów z Biblii niż z Kanye Westa, choć na słuchanie tego rapera poświęcam znacznie więcej czasu niż na czytanie Pisma Świętego. Lata spędzone na mszach i katechezach sprawiły, że pewnie już nigdy nie przestanę myśleć o chrześcijaństwie. Zatem: dlaczego chrześcijanie jedzą mięso?

Oczywiście automatycznie nasuwa mi się ulubiony biblijny cytat ministra Jana Szyszki: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. Słowa te jednak są częścią dłuższego zdania, w którym Bóg zwraca się do ludzi: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1:28). Z cytatu tego oczywiście nie wynika, że mamy naszych poddanych zjadać. Co więcej, słowo „panowanie” w Starym Testamencie odnosi się również do panowania mężczyzny nad kobietą, a jednak sytuacje, w których faceci mordują dziewczyny, żeby je potem zgrillować i schrupać, zdarzają się wyjątkowo rzadko. Nie przypominam sobie, żeby taka historia pojawiła się w Biblii, obfitującej przecież w akty brutalnej przemocy.

Co więcej, słowa te Bóg skierował do ludzi w Raju, który – jak wiemy z Księgi Rodzaju – był całkowicie wegański. Pierwszym ludziom Bóg polecał wprost: „Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem” (Rdz 1:29). Skoro zatem w raju Adam i Ewa odżywiali się wegańsko, co takiego się stało, że dzisiejsi chrześcijanie jedzą mięso na potęgę, z wyjątkiem piątków – wtedy jedzą ryby, które zgodnie z katolicką teologią mięsem nie są? Od tamtego czasu wiele się oczywiście wydarzyło, ale z perspektywy chrześcijańskiej najważniejsze było zjedzenie przez Ewę zatrutego jabłka z drzewa poznania. To chyba najsłynniejsze zjedzenie owocu zostało nazwane „grzechem pierworodnym” i być może z tego powodu jedzenie owoców do dzisiaj wielu osobom źle się kojarzy.

Zgodę na zabijanie i spożywanie zwierząt Bóg sformułował dopiero po grzechu pierworodnym i potopie. Czyżby też w ramach wymierzanej ludziom kary? Można argumentować, że weganizm należał do pierwotnego planu Boga, a mięsożerność pojawiła się jako skutek ludzkiej degeneracji. Twierdzi tak choćby jezuita Dariusz Kowalczyk1, choć zastrzega, że nie jest to dogmatyczna wykładnia doktryny Kościoła. Nie jestem jezuitą, więc mogę sobie chyba pozwolić na jeszcze mniej dogmatyczną interpretację. Słowa, w których Bóg zgadza się, że zwierzęta mogą być pokarmem, brzmią: „Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka. Wszystko, co się porusza na ziemi i wszystkie ryby morskie zostały oddane wam we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko. Nie wolno wam tylko jeść mięsa z krwią życia. Upomnę się o waszą krew przez wzgląd na wasze życie – upomnę się o nią u każdego zwierzęcia” (Rdz 9:2–5).

Bóg teoretycznie daje nam wszystko, ale od razu zastrzega, że nie możemy spożywać mięsa z krwią. Żydzi wywnioskowali, że trzeba ze zwierzęcia spuścić całą krew, zanim zabierzemy się do jedzenia. Czy to nie nazbyt prostacka interpretacja? Dalej czytamy przecież, że Bóg upomni się o krew każdego zabitego zwierzęcia. Czy nie oznacza to raczej, że możemy zabijać i zjadać zwierzęta tylko wówczas, gdy jest to absolutnie konieczne? Wygląda na to, że z przelanej krwi każdego zwierzęcia chrześcijanie będą musieli się tłumaczyć na Sądzie Ostatecznym. Zważywszy, że Polacy średnio spożywają jakieś siedemdziesiąt kilogramów mięsa rocznie, będą się musieli zdrowo nagłówkować. „Ten boczek był taki samotny. Gdybym go nie zjadł, to by się zmarnował”, „Te parówki wyglądały tak biednie i w 70 procentach zrobiono je z odpadów, więc trzeba było je zjeść ze względu na szacunek dla już zabitych zwierząt”. Powiedzmy, że można znaleźć jeszcze parę wytłumaczeń, ale czy rzeczywiście będziemy potrafili usprawiedliwić się przed Bogiem z każdego zjedzonego zwierzęcia? Ja bym sobie nie poradził, bo trochę zwierząt w życiu zjadłem, i choć żadnego nie znałem osobiście, jestem pewien, że żadne z nich nie chciało umierać.

W Starym Testamencie możemy też znaleźć zachęty do weganizmu. W Księdze Daniela opisano próbę, jakiej zostali poddani Daniel i jego towarzysze: „Spożywali jedynie jarzyny i wodę. Efekt był taki, że po upływie dziesięciu dni wygląd ich był lepszy i zdrowszy niż innych młodzieńców, którzy spożywali potrawy królewskie” (Dn 1:15). Jak widzimy, starożytni wieki przed narodzeniem Chrystusa wiedzieli, że dieta wegańska jest najzdrowsza. Naszej oświeconej cywilizacji odkrycie tego faktu zajęło ponad dwa tysiące lat, ale w końcu nauka wydała chyba jednoznaczny werdykt. Z metaanaliz wynika, że weganie nie tylko są szczuplejsi i zdrowsi niż wszystkożercy, ale też rzadziej chorują na raka2.

W mojej ulubionej biblijnej księdze, Księdze Koheleta, możemy też przeczytać, że nie jesteśmy w niczym lepsi od zwierząt: „Los bowiem synów ludzkich jest ten sam, co i los zwierząt; los ich jest jeden: jaka śmierć jednego, taka śmierć drugiego, i oddech życia ten sam. W niczym więc człowiek nie przewyższa zwierząt, bo wszystko jest marnością” (Koh 3:19). Za podobne twierdzenie, że zwierzęta odczuwają takie same emocje jak ludzie, Darwina odsądzano od czci i wiary. Najwyraźniej dla wielu kapłanów jedzenie mięsa było ważniejsze niż wczytywanie się w Biblię.

Porzucając już analizę Starego Testamentu, którego nauki zostały wszak mocno zrewidowane przez Chrystusa, trzeba zauważyć, że w Nowym Testamencie nigdzie nie napisano wprost, że Jezus jadł mięso. Co prawda kazał sobie i swoim uczniom przygotować baranka wielkanocnego, ale nie wiadomo, czy go choćby spróbował. Powiedział tylko: „Gorąco pragnąłem spożyć Paschę z wami, zanim będę cierpiał” (Łk 22:15), i ani słowa o tym, czy smakowała mu baranina. Z łatwością mogę sobie wyobrazić, że baranek paschalny może tu być metaforą. Czy nie po to Jezus umarł za nasze grzechy, żebyśmy nie musieli już składać Bogu w ofierze innych zwierząt? Jezusa też nazywamy barankiem Bożym, ale w trakcie mszy nie spożywamy mięsa, a jedynie opłatek. Może baranek paschalny spożywany przez Jezusa też był z chleba? Pascha do dziś pojawia się na wielkanocnych stołach i bynajmniej nie przyrządza się jej z mięsa.

Podobnie zresztą można interpretować historię o rozmnożeniu przez Jezusa ryb. Spotyka się teorie, że w rzeczywistości nie musiały to być ryby, tylko rodzaj bułki. Trzeba też zauważyć, że Jezus nie zabił żadnych ryb, żeby nakarmić wiernych, a jedynie wykorzystał do ich rozmnożenia swoją supermoc. Cud ten kojarzy mi się z prężnie rozwijającą się technologią hodowli mięsa in vitro. Gdyby jacyś chrześcijanie próbowali w przyszłości dowodzić, że jedzenie mięsa z in vitro jest wbrew katolickiej doktrynie, warto przypomnieć im tę opowieść: hej, Jezus robił mięso (albo bułki) z in vitro już dwa tysiące lat temu!

Jeśli Jezus jadł mięso, to raczej rzadko i chyba tylko wtedy, gdy go nim częstowano. Choć sam odmawiam jedzenia mięsa nawet w gościach, bo wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach każdy dobry gospodarz powinien być gotowy na ugoszczenie wegan, rozumiem taki wybiórczy wegetarianizm. Jeśli przygotowany dla nas kurczak miałby wylądować na śmietniku, to może lepiej go zjeść.

Ciekawa też jest sprawa błędnego tłumaczenia zdania z Listu do Koryntian3. W Biblii Tysiąclecia brzmi ono: „Tak więc wszystko, cokolwiek w jatce sprzedają, spożywajcie, niczego nie dociekając – dla spokoju sumienia” (1 Kor 10:25) i jest niezgodne z greckim oryginałem, zdrowym rozsądkiem i kontekstem biblijnym. W rzeczywistości powinno brzmieć raczej: „Tak więc nie jedzcie wszystkiego, co w jatce sprzedają, dociekając dla spokoju sumienia”. Zważywszy, że jest to jeden z nielicznych fragmentów w Nowym Testamencie poświęcony jedzeniu mięsa, to chyba jednak duża różnica. Takiemu tłumaczeniu sens nadają choćby padające wcześniej słowa: „Wszystko wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko wolno, ale nie wszystko buduje” (1 Kor 10:23). Czy jedzenie mięsa przynosi korzyść i buduje? Korzyści ze zjedzenia kotleta są krótkotrwałe, a masowy ubój zwierząt niewątpliwie buduje cywilizację opartą na wyzysku i cierpieniu.

Duchowość chrześcijańska zawsze wysoko ceniła powstrzymywanie się zarówno od jedzenia mięsa, jak i od jakiegokolwiek zabijania. Święty Paweł z Tarsu pisał: „Dobrą jest rzeczą nie jeść mięsa” (Rz 14:21). Wtórowali mu ascetycznie nastawieni Ojcowie Kościoła. Pierwsi chrześcijanie często byli wegetarianami, choć zapewne nastręczało im to problemów w Rzymie, gdzie mięso jadano powszechnie, więc dieta bezmięsna mogła ich zdradzić, a w efekcie mogli skończyć jako pożywienie dla lwów. Do czasów średniowiecza diety wegetariańskiej przestrzegano w wielu zakonach. Do dziś istnieją zakony, których reguły zabraniają spożywania mięsa. Zakonnicy byli pierwszymi świadomymi wegetarianami w Polsce. Reguły zakonne, które nakazywały wszystkim braciom całkowite powstrzymywanie się od jedzenia mięsa, dopuszczały zazwyczaj dwa wyjątki: wolno było to czynić w chorobie oraz poza klasztorem. „Ażeby nie być uciążliwym dla gospodarzy”4 – wyjaśnia kapituła generalna dominikanów z 1249 roku. Za zjedzenie mięsa dominikanin mógł nawet trafić do więzienia. Niestety, wraz z rozwojem cywilizacji chrześcijańskiej zakonnicy zaczęli luzować pasy i zmieniać podejście do konieczności przestrzegania diety bezmięsnej.

Warto jednak pamiętać, że przez większą część swojej historii chrześcijaństwo zalecało częste posty. W średniowieczu długość postów była różna w zależności od diecezji i wynosiła od stu dziesięciu do nawet dwustu piętnastu dni w roku. Ocenia się, że na terenie dzisiejszej Polski w XIII wieku wstrzymywano się od spożywania potraw mięsnych przez więcej niż połowę dni w roku. W obrębie tych stu dziewięćdziesięciu dwóch dni obowiązywało jeszcze pięćdziesiąt jeden dni postu ścisłego, podczas którego zakazane było również spożywanie nabiału. Tak, Polacy w średniowieczu byli weganami przynajmniej przez pięćdziesiąt dni w roku, a może nawet częściej, wszak mięso było towarem ekskluzywnym, widywanym głównie na pańskich stołach, do których większość tubylców nie miała dostępu. Współcześnie postna tradycja zanikła. Współcześni katolicy narzekają: „Dla wielu z nas niejedzenie mięsa w piątek jest sporym wyrzeczeniem, a przestrzeganie ścisłego postu w Środę Popielcową i Wielki Piątek niemal aktem heroizmu”5. Katolicki post ścisły zakłada powstrzymanie się od jedzenia pokarmów zwierzęcych i zjedzenie tylko jednego posiłku do syta. Wielki mi heroizm. Podejrzewam, że na takiej diecie jest połowa moich znajomych prekariuszy.

Dowodem na to, że Bóg dał nam przyzwolenie na jedzenie mięsa, mają być halucynacje, jakich doznał zgłodniały apostoł Piotr, gdy czekał na dachu, aż zostanie mu podany posiłek. Ujrzał zesłany mu z nieba kosz ze smakołykami „Przyglądając mu się uważnie, zobaczyłem czworonożne zwierzęta domowe i dzikie płazy i ptaki powietrzne. Usłyszałem też głos, który mówił do mnie: «Zabijaj, Piotrze, i jedz!». Odpowiedziałem: «O nie, Panie, bo nigdy nie wziąłem do ust niczego skażonego lub nieczystego». Ale głos z nieba odezwał się po raz drugi: «Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił»” (Dz 11:6–10).

Halucynacje wygłodniałego wędrowca rzadko dowodzą czegokolwiek poza tym, że człowiek był głodny. Jeśli ktoś twierdzi, że Bóg w tym momencie zezwala na spożywanie niekoszernego mięsa, to znaczy, że nie przeczytał tego rozdziału Biblii do końca. Zaledwie kilka zdań dalej Piotr wyjaśnia swoją wizję. Nie chodzi o to, że może jeść nieczyste mięso, tylko o to, że Bóg polecił mu spotkać się z poganami, którzy byli dla Żydów tak samo nieczyści jak mięso. Wcześniej Piotr mówił zresztą: „Wiecie, że zabronione jest Żydowi przestawać z cudzoziemcem lub przychodzić do niego. Lecz Bóg mi pokazał, że nie wolno żadnego człowieka uważać za skażonego lub nieczystego” (Dz 10:28). Ten postulat również brzmi radykalnie w dzisiejszej katolickiej Polsce. Nie jeść mięsa, nie uważać obcych za skażonych? Gruba przesada.

Co takiego się stało, że niegdysiejszy postulowany wzór jest dziś przez większość katolików wyśmiewany jako wyraz absurdalnej czułostkowości? Oczywiście chrześcijaństwo z ascetycznej religii pustelników i banitów wyrosło na religię władzy. A władza lubi pokazywać swoją przewagę, również nad naszymi „braćmi mniejszymi”, którzy w efekcie lądują na stołach. Obwiniać można też chrześcijańskie problemy z manicheizmem. Manichejczycy byli heretykami, a do tego wegetarianami. Żeby sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie jest wyznawcą herezji, dawno mu do zjedzenia mięso.