Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 490 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Polskie Himalaje - Wojciech Fusek, Janusz Kurczab, Jerzy Porębski

Książka opowiada o najważniejszych wyprawach, podczas których dokonano pierwszych wejść na niezdobyte wcześniej szczyty, złotych latach polskiego himalaizmu zimowego, osiągnięciach Polaków w przejściach stylem alpejskim, samotnych wejściach i wyznaczaniu nowych dróg na szczyty. Autorzy opisują również największe tragedie będące udziałem polskich wypraw.
Osobna część poświęcona jest kobietom. Wanda Rutkiewicz przez wiele lat była pierwszą damą światowego himalaizmu. Światowej czołówce kroku dotrzymują m.in. Anna Czerwińska czy Kinga Baranowska.

Opinie o ebooku Polskie Himalaje - Wojciech Fusek, Janusz Kurczab, Jerzy Porębski

Fragment ebooka Polskie Himalaje - Wojciech Fusek, Janusz Kurczab, Jerzy Porębski

KOREKTA:

Jacek Bławdziewicz

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI:

Ula Pągowska

OPRACOWANIE GRAFICZNE:

Elżbieta Wastkowska

FOTOEDYCJA:

Marcin Kapica

PRZYGOTOWANIE ZDJĘĆ DO DRUKU:

Paweł Bajer

ZDJĘCIA NA OKŁADCE:

Bogdan Jankowski/Forum

Archiwum rodzinne Jerzego Kukuczki/Forum

ZDJĘCIA:

Tomasz Prażmowski/MSiT/Forum: s. 6, 297; Zbigniew Staszyszyn/PAP: s. 15, 46, 60, 63, 64; Archiwum: s. 30, Bogdan Jankowski/Forum: s.41, 100, 105, 111, 119, 201; 123RF: s. 52; Alamy/BE&W: s. 84, Archiwum Jerzego Kukuczki: s. 90-91, 131, 132, 140, 149, 152, 156, 159, 192-193, 211, 226, 229, 233, 242, 245, 250, 253, 282, 287, 292-293, 322, 327, 353, 370-371, 375, 387, 392; Aleksander Lwow/Forum: s. 114, 169, 216, 221, 239; Archiwum Ryszarda Gajewskiego: s. 123, 124; Archiwum Krzysztofa Wielickiego: s. 165, 183, 184, 260, 356, 410-411, 450-451, Dariusz Załuski: s. 175, 178; Archiwum Marianny Syrokomskiej: s. 273; Woody Ochnio/Forum: s. 279; Ferran Latorre: s. 338; Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta: s. 345; Marek Podmokły/Agencja Gazeta: s. 397; Piotr Morawski: s. 401; Krystian Maj/Forum: s. 405; Michał Obrycki/Forum: s. 415; Marcin Kin: s. 270

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Magdalena Kosińska

© copyright by Wojciech Fusek

© copyright by Jerzy Porębski

© copyright by Janusz Kurczab

© copyright by AGORA SA 2018

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

WARSZAWA 2018

© copyright for the Polish translation by Agnieszka Lubomira Piotrowska

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN978-83-268-2760-0 (epub), 978-83-268-2761-7 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Poświęcone pamięci Janusza Kurczaba

Hala Legii, 11.04.1965. Mistrzostwa Warszawy w szermierce, na zdjęciu Janusz Kurczab.

Wszystko zaczęło się w Czechach i z inspiracji Markéty Kratochvílovej. Któregoś dnia zadzwoniła do mnie z prośbą:

– Wiesz, robię dla czeskiej telewizji film „České himalájské dobrodružství” [„Czeska himalajska przygoda” – przyp. J.P.]. Wiem od Joski Rakoncaja, że przyjaźnisz się z Krzyśkiem Wielickim. Chcę go zaprosić do udziału w filmie. Zapytaj, proszę, czy może przyjechać do Ostrawy.

Krzysiek przyjechał, film powstał i chyba w 2007 roku w Pradze dostałem DVD. Patrząc na nie, pomyślałem sobie: „Czesi już mają taki film, a my w Polsce jeszcze nie... Więc powinien powstać. Historia polskiego himalaizmu, czyli po prostu »Polskie Himalaje«”.

Dalej poszło szybko. Krzysiek Wielicki zgodził się na współpracę, Grzegorz Boguta zaprowadził mnie do Agory. Dyrektor Robert Kijak zmienił projekt z filmowego na książkowo-filmowy. Krzysiek Wielicki został reżyserem filmów i konsultantem, Janusz Kurczab autorem książek, Wojtek Fusek redaktorem, Darek Załuski operatorem, Agnieszka Strauss kierownikiem produkcji, a ja producentem wykonawczym. Nad całością pracowało jeszcze wielu ludzi wymienionych w „Polskich Himalajach” z roku 2008. Produkcja zakończyła się imprezą w Rzędkowicach dla wszystkich zaangażowanych. Nigdy nie zbierałem autografów, ale wtedy poprosiłem wszystkich o podpis w pierwszym tomie.

Tom z podpisami wygląda zza szyby już wiele lat, kilku kolegów już z nami nie ma, ale przez te dziesięć lat polscy himalaiści dopisali ciąg dalszy historii. Dlatego z radością przyjęliśmy z Wojtkiem propozycję aktualizacji „Polskich Himalajów”.

Serdecznie więc dziękuję Małgosi Skowrońskiej i Pawłowi Goźlińskiemu za zaufanie, Wojtkowi za współpracę, a koleżankom i kolegom za bezcenną pomoc, bo jest to dzieło zbiorowe.

Zadanie przyjęliśmy z pełną świadomością odpowiedzialności za kontynuację dzieła Janusza Kurczaba.

JERZY PORĘBSKI

Janusz „Jano” Kurczab – taternik, alpinista, himalaista, trener wspinania, kierownik wypraw, autor górskich monografii. Dla wspinaczki porzucił szermierkę, w której doszedł trzykrotnie do indywidualnego i 14-krotnie do drużynowego mistrzostwa Polski w szpadzie. Z Legią zdobył klubowy Puchar Europy. Reprezentował też Polskę na igrzyskach olimpijskich w Rzymie w 1960 roku.

W górach najwyższych przeszedł dziewiczą południowo-zachodnią ścianę Noszaka – 7493 m n.p.m., wszedł solo na Ghenta Sar – 7090 m n.p.m. i dokonał pierwszego wejścia na Shipare – 7611 m n.p.m., co opisał w książce „Shipare, góra wyśniona”. Poprowadził też ważne polskie wyprawy, jak choćby pierwszą narodową ekspedycję na K2, górę gór. Był wielokrotnie nagradzany medalami „Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe”.

Na nazwisko Kurczaba natknąłem pierwszy raz, czytając jego – wydaną przez Sport i Turystykę – relację z przejścia filara Kazalnicy (2159 m n.p.m.) w 1962 roku. Dokonał tego wraz z trójką wschodzących gwiazd polskiego wspinania: Eugeniuszem Chrobakiem, Andrzejem Heinrichem (zginęli w 1989, w lawinie na przełęczy Lho La pod Everestem) i Krzysztofem Zdzitowieckim. A o postępie we wspinaczce niech świadczy to, że wtedy projekt zajął zespołowi ponad miesiąc, a efektywny czas wspinania to były aż 54 godziny. Dziś tę drogę wspinacze przechodzą w kilka godzin.

„Ostatnią barierę” – kilkusetstronicową opowieść Janusza o pierwszej polskiej wyprawie na K2 – kupiłem na majowych targach książki. Stoi w mojej bibliotece górskiej od 1980 roku, obok opasłego tomu „Na szczytach Himalajów”. Tę monografię Kurczab przygotował wspólnie ze Zbigniewem Kowalskim, a ja dostałem ją „spod lady”, dzięki znajomościom, które mój wuj miał w nieistniejącej już żywieckiej księgarni na rynku. Złota era polskiego himalaizmu wchodziła w kluczowy okres i książki o górach cieszyły się wtedy, tak jak dziś, ogromną popularnością.

Nigdy bym nie marzył, że po 25 latach będę miał zaszczyt redagować opus magnum Janusza – wydane przez Agorę sześciotomowe „Polskie Himalaje”, zawierające prócz opisów i relacji wypraw oraz zdjęć pięć dokumentalnych filmów, których producentem był Jerzy Porębski.

Tak w 2007 roku zaczęła się moja znajomość z Januszem. Szybko okazało się, jak skromnym i profesjonalnym jest autorem.

Dużo rozmawialiśmy o górach, o motywacjach pchających ludzi do wspinaczki, o historii himalaizmu, którego „Jano” przez dziesiątki lat był ważną postacią. Najpierw jako wspinacz, potem kierownik wypraw, a na koniec kronikarz.

Przez ostatnie osiem lat jego życia miałem okazję często korzystać z jego wiedzy. Uczestniczyliśmy też razem z Jurkiem w ostatniej „wyprawie”. Zdobyliśmy wspólnie Górę Zborów w Podlesicach.

Pojechaliśmy w Jurę, by uczcić zakończenie prac nad projektem wydania „Polskich Himalajów”. Janusz nie czuł się już najlepiej i pamiętam, jak między jedną himalajską opowieścią a drugą rzucił, że to może jego ostatni górski wysiłek. Inspirowani pomysłami Bartka Krawczaka mieliśmy jeszcze wszyscy trzej okazję pracować w zespole przygotowującym Muzeum Korony Ziemi, które ostatecznie miejsce znalazło w Chorzowie. „Jano” tworzył też centralne Archiwum Górskie.

Aż przyszła wiadomość o poważnym pogorszeniu jego stanu zdrowia. W ostatnich miesiącach Jurek odwiedził „Jano” w szpitalu w Łasku, gdzie chorym opiekował się przez pół roku himalaista, doktor Marek Rożniecki.

Janusz odszedł 11 kwietnia 2015 roku.

Olimpijczyka, himalaistę, instruktora wspinania, pisarza, fotografa, archiwistę, redaktora kwartalnika „Taternik” i internetowego serwisu Wspinanie.pl, wybitnego znawcę gór i literatury górskiej żegnało na praskim cmentarzu w Warszawie kilkudziesięciu kolegów i czytelników.

Jak to bywa, ojczyzna dopiero wtedy zorientowała się, kogo straciła. Prezydent Bronisław Komorowski odznaczył Janusza Kurczaba pośmiertnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

To jednotomowe, uzupełnione o wydarzenia ostatniej dekady wydanie „Polskich Himalajów” jest hołdem, który składamy wybitnemu człowiekowi. Mamy nadzieję, że za sprawą młodych polskich wspinaczy będziemy mogli je regularnie uzupełniać o nowe wyczyny i w ten sposób też przypominać postać Kurczaba.

Jak się rodził polski himalaizm

2 lipca 1939 roku wyprawa czterech wspinaczy zatknęła biało-czerwony proporzec na dziewiczym wierzchołku Nanda Devi East (7434 m n.p.m.). Adam Karpiński, Stefan Bernadzikiewicz, Jakub Bujak i Jan Klarner weszli do historii światowego himalaizmu i ustanowili niepobity przez 30 lat polski rekord wysokości.

W Himalaje ruszyli z kraju, w którym równiny i pagórki zajmują ponad 90 procent powierzchni, a najwyższy szczyt nie sięga 2500 m n.p.m. Konia z rzędem temu, kto wtedy przewidziałby, że ta skromna wyprawa będzie jedynie wstępem do niemającego precedensu w historii światowego himalaizmu narodowego szturmu na najwyższe góry świata.

Nim Polacy zawładnęli azjatyckimi szczytami, wojna i stalinowski dyktat zamroziły ich marzenia na kilkanaście lat. Pokolenie taterników musiało ćwiczyć na skrawku Tatr, który komunistyczna władza, by zabezpieczyć granice, próbowała ograniczać do Hali Gąsienicowej. Działo się tak, gdyż jak mówił, zmarły w 2018 roku, filmowiec i himalaista Jerzy Surdel: „Klub Wysokogórski stał się enklawą wolności, bo skupiał ludzi o poglądach – delikatnie mówiąc – odmiennych od obowiązujących”.

Przy pierwszej politycznej odwilży wspinacze mogli się wreszcie wyrwać za granicę i nadrobić dystans dzielący ich od świata. O atmosferze tamtych czasów wspominał Krzysztof Wielicki w wywiadzie dla „Magazynu Gazety Wyborczej”: „Chcieliśmy odrobić stracony czas i rzucaliśmy się od razu na najtrudniejsze szczyty. Dyrektorzy fabryk wspierali kluby wysokogórskie, dając alpinistom zlecenia na świetnie płatne prace wysokościowe”.

O innym źródle finansowania wypraw wspominała w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” Anna Czerwińska: „Do Katmandu, stolicy Nepalu, zabieraliśmy kijki narciarskie, menażki, żelazka, kryształy, a z powrotem jechały ciężarówki z indyjskimi ciuchami. W Warszawie sprzedawało się to do butików”.

Nie do przecenienia była ambicja wspinaczy. „...nie mieliśmy takich możliwości jak ludzie z Zachodu. Oni się nie przejmowali: stoi góra, jak nie wejdę teraz, to wejdę za rok. My nie wiedzieliśmy, kiedy znów będziemy mogli przyjechać. Pamiętam Jurka Kukuczkę – ten jego upór: »stoi szczyt, TRZEBA wejść«” – opowiadał Wielicki.

Między innymi dzięki „malowanym kominom”, przedsiębiorczości i ambicji Polacy zdobyli to, co jeszcze zostało do zdobycia, czyli dziewicze siedmiotysięczniki. Wytyczali nowe drogi na niezdobytych ścianach, zespoły kobiece dokonywały pierwszych wejść, a Wanda Rutkiewicz stała się główną bojowniczką walki o równouprawnienie kobiet w górach. O solowych wyczynach Kukuczki i Wielickiego pisał świat. Równocześnie Wojciech Kurtyka zyskał sławę wśród wspinaczy na świecie, którzy szukali ekstremalnych trudności oraz mistyki i krytykowali wdzierającą się komercję płatnych wypraw oraz wyścigi po łatwe rekordy.

„Zawsze robiliśmy ze wspinania zawody, ale do tej pory chodziło o zawody w przygodzie, natomiast teraz stają się one wyłącznie sportem” – zarzucił środowisku alpinistycznemu Kurtyka.

Polacy otworzyli również nową erę himalaizmu zimowego. Zaczęli od wysokiego „C” – Everestu.

Ojcem sukcesów był Andrzej Zawada, który choć sam nigdy nie stanął na wierzchołku ośmiotysięcznika, jak nikt inny potrafił zorganizować i poprowadzić wyprawę. „Był niesamowicie twardy i miał charyzmę” – wspominał Andrzej Wilczkowski, autor wielu górskich książek, w tym kultowej o historii polskiego taternictwa „Miejsce przy stole”.

„Dlatego był przywódcą, którego wszyscy słuchali, ale też przeklinali czasem. Alpiniści to narodek indywidualistów. »Wiem coś o tym – pisał Kurczab – bo byłem kierownikiem wypraw. Kierownik ma tragiczną sytuację, nie ma żadnych sankcji. Jeżeli stworzy się opozycja, do której będzie należało kilka osób, nie ma już wyprawy. Kierownika zespół musi po prostu akceptować i słuchać. Zawada umiał kazać. I słuchali go«”.

„Polscy alpiniści stanowili potęgę, było z piętnastu światowego formatu. Wybitnych kierowników nie było wielu. Ja wymieniłbym Bolesława Chwaścińskiego, Janusza Kurczaba i Zawadę” – mówił wspinacz, instruktor wspinaczki Wojciech Święcicki. „Zawada miał duszę artystyczną. Jego wyprawy były nie do końca zorganizowane. Kurczab wszystko zapinał na ostatni guzik. Wiadomo było, że nie zabraknie herbaty i że pod koniec wyprawy nie zostaną tylko szproty w tomacie. Organizował wyprawy z kwatermistrzowską logistyką. U Zawady było dużo twórczej improwizacji. Raz brakowało pieniędzy, a innym razem Andrzejowi udało się coś efektownie załatwić”.

Dlaczego „Lider” – taki miał pseudonim Zawada – prowadził wyprawy na ośmiotysięczniki zimą? Na to pytanie odpowiedział w przedmowie do „Wielkich wspinaczek” pod redakcją Chrisa Boningtona:

„Jest to wyzwanie sportowe najwyższej próby – zdobywać najwyższe szczyty najtrudniejszymi drogami w najbardziej niebezpiecznych warunkach, jakie natura stwarza właśnie zimą”.

Brawurowa szarża na kolejne szczyty została okupiona ofiarami. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Reinhold Messner, pierwszy zdobywca Korony Himalajów (wszystkie 14 ośmiotysięczników), mówił:

„Polacy byli najlepsi na świecie w latach 80. Sukces przygotowali tacy ludzie jak Zawada, Kurczab, Chrobak. Wychowali pokolenie wspinaczy. Wypchnęli ich na wysoki pułap. Ale Polacy mieli dużo wypadków i o tym też trzeba pamiętać”.

Najwyższe góry świata już podczas pierwszej wyprawy w 1939 roku próbowały odstraszyć Polaków. Kilka dni po sukcesie na Nanda Devi East lawina zabrała dwóch z czwórki śmiałków, kolejna dwójka zniknęła zaś kilka lat później w niewyjaśniony sposób. Ciał tej czwórki nigdy nie odnaleziono. Narodziła się legenda o fatum prześladującym wspinaczy, którzy naruszyli spokój hinduskiej bogini śmierci i zniszczenia Kali o przydomku Nanda. Kolejne pokolenia polskich alpinistów ruszały więc w Himalaje, pamiętając o czterech symbolicznych pogrzebach, choć była to pamięć, która nie paraliżowała, lecz dopingowała, ucząc pokory.

Praca pokoleń i wysiłek ludzi nieprzeciętnych – a do takich polskie taternictwo miało wyjątkowe szczęście – sprawiły, że jak rzadko w historii nie musimy czerpać dumy narodowej z podkoloryzowanej przeszłości, lecz z rzeczywistych sukcesów, które doprowadziły polskich himalaistów na szczyt, dosłownie i w przenośni.

Boom na organizowanie wypraw wysokogórskich, jaki nastał w Polsce w połowie lat 70. i trwał do końca lat 80., stanowił fenomen na skalę światową – było to zjawisko wyjątkowe, bo miało miejsce w warunkach realnego socjalizmu, wszechwładnej biurokracji, reglamentowania paszportów i dewiz oraz braków rynkowych, dotykających nie tylko specjalistycznego asortymentu, ale nawet podstawowych artykułów żywnościowych.

Jednak wiele okoliczności sprzyjało. Kluczowa była strona instytucjonalna: władze Klubu Wysokogórskiego, a od 1974 roku Polskiego Związku Alpinizmu były wybierane demokratycznie. Na tle innych związków sportowych stanowiło to ewenement, gdyż przy tego typu organizacjach nagminną praktyką było przynoszenie na walne zjazdy prezesów „w teczce”. W przypadku alpinistów próby te okazały się bezskuteczne. I tak prezesem Polskiego Związku Alpinizmu przez większą część PRL-u był Andrzej Paczkowski – osoba otwarcie sympatyzująca z opozycją polityczną. Atmosfera, jaką stworzył on i nieoceniona wieloletnia szefowa Biura Związku Hanna Wiktorowska, sprzyjała wszelkim inicjatywom, które przychylnie analizowano i czasem odpowiednio ukierunkowywano. Dwójka ta potrafiła utrzymywać kontakty z wyższymi władzami sportowymi, które dostrzegły w alpinizmie szansę na splendor dla kraju.

Dharan Bazar, Nepal, marzec 1978 r. Wyprawa w Himalaje Nepalu zorganizowana przez Polski Klub Górski z Warszawy. Celem jest zdobycie Południowej i Środkowej Kanczendzongi od strony południowej. Bagaż wyprawy dotarł do Bombaju na statku PLO „Świecie”, następnie został przewieziony samochodem ciężarowym Star z przyczepą do Biratnagar w Nepalu. Z miejsca, gdzie kończą się drogi kołowe, ruszyła piesza karawana z bagażami. Na zdjęciu postój w pobliżu Benares (Waranasi) w stanie Uttar Pradesh, Indie.

Również sami alpiniści potrafili zaskarbić sobie przychylność polskich placówek dyplomatycznych czy handlowych w Kabulu, Islamabadzie i Katmandu, choć nie zawsze była to pomoc bezinteresowna. Wyprawy dysponujące samochodem ciężarowym po zużyciu podczas działalności górskiej zapasów żywności i utracie (lub sprzedaży) części sprzętu często nie wracały bowiem do kraju puste. Służyły przestrzenią transportową dyplomatom, którzy akurat chcieli przewieźć do Polski zakupione meble, egzotyczne ozdoby czy eksponaty. Jednym ze sposobów pomnażania funduszy wyprawowych był natomiast handel – zamiast nielegalnego wywożenia dolarów, co nie było bezpieczne i korzystne, spieniężano śpiwory, materacyki piankowe, kryształy, sokowirówki, radzieckie aparaty fotograficzne, a nawet whisky! Kontrabandę chowano na dno bębnów wyprawowych, pod liny i namioty. Polscy celnicy patrzyli na to przez palce, odprawa zazwyczaj ograniczała się do sprawdzania dokumentów, przy czym często towarzyszył jej odpowiedni poczęstunek dla urzędników.

Działał też handel w odwrotnym kierunku: kożuchy z Afganistanu czy indyjskie ciuchy z Delhi dobrze sprzedawały się w Polsce. Wielu wspinaczy otworzyło firmy importowe, wspierając tym domowy – nadwyrężany wyprawami – budżet.

Innym ważnym czynnikiem było zwiększenie pod koniec lat 70. puli dewiz przeznaczanych na wyprawy, co odbywało się poza budżetem Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki (GKKFiT). Jerzy Wesołowski, jeden z działaczy Polskiego Klubu Górskiego i Polskiego Związku Alpinizmu (w latach 1978-1983 prezes PKG, a w 1980-1986 skarbnik PZA), pracował w Ministerstwie Finansów jako doradca ówczesnego wiceministra Mariana Krzaka (ministra w latach 1980-1982), co sprawiło, że udało mu się namówić szefa na wydzielenie limitu dewizowego (około 40 tysięcy dolarów, które trzeba było wykupić za złotówki) dla wypraw wysokogórskich. Limit ten – nazywany „krzakówką” – przyczynił się do rozwoju polskiego himalaizmu. Innym źródłem dewiz dla najważniejszych wypraw były fundusze polskiego milionera zamieszkałego w Szwajcarii – Juliana Godlewskiego (1903-1983).

Kolejnym sposobem rozwiązującym problemy dewizowe było zapraszanie do wyprawy alpinistów zachodnich, którzy ponosili większość kosztów dewizowych, podczas gdy strona polska rewanżowała się zaopatrzeniem w sprzęt i żywność. Uczestnicy zagraniczni pochodzili nie tylko z krajów europejskich, ale także zza oceanu – trafiali się wśród nich przedstawiciele tak egzotycznych wspinaczkowo nacji jak Brazylijczycy czy Meksykanie. Zdarzały się również sytuacje odwrotne: nasi himalaiści byli zapraszani do wypraw zachodnich, wnosząc wkład np. w sprzęcie puchowym czy namiotach – tak było z Wandą Rutkiewicz (wyprawa na Mt. Everest w 1978 roku) czy Tadeuszem Piotrowskim (Nanga Parbat w 1983, K2 w 1986).

Swój wkład w dofinansowanie wypraw miały także fabryki produkujące samochody, jak starachowicka Fabryka Samochodów Ciężarowych czy wytwórnia w Jelczu, które użyczały ciężarówek wyprawom alpinistycznym – była to bowiem dla nich reklama na rynkach dalekowschodnich i możliwość przetestowania produkowanego sprzętu w trudnych warunkach. Przewożenie wyposażenia wyprawy drogą lądową było tańsze od transportu lotniczego. W 1974 roku Polski Związek Alpinizmu nabył 10-tonowy samochód ciężarowy Jelcz 315, który wypożyczał wyprawom. Od 1980 roku ten typ transportu stał się jednak mniej bezpieczny, głównie ze względu na konsekwencje wynikające z rewolucji islamskiej w Iranie i wkroczenia wojsk sowieckich do Afganistanu.

Nowe możliwości zdobywania funduszy pojawiły się w latach 80., kiedy to nie wykształcił się jeszcze zawód „pracownika wysokościowego”, przez co nietypowe prace na dużych wysokościach z użyciem sprzętu wspinaczkowego mogli wykonywać tylko alpiniści. Stosowanie rusztowań czy specjalnych platform było mniej opłacalne dla przedsiębiorstw, w związku z czym przed alpinistami otworzyły się olbrzymie możliwości pracy: od uszczelniania budynków z wielkiej płyty (zwanego popularnie olikitowaniem), poprzez malowanie elewacji, do czyszczenia i malowania parusetmetrowych kominów. Formalną stronę zatrudniania ekip alpinistów, w przypadku członków Zrzeszenia Studentów Polskich, ułatwiał tzw. FASM (Fundusz Akcji Socjalnej Młodzieży), wkrótce jednak pojawiły się możliwości zdobywania zleceń poprzez PTTK czy bezpośrednio przez Kluby Wysokogórskie. Wielkie pole do popisu mieli taternicy ze Śląska, gdzie na remont oczekiwały dziesiątki budynków i kominów. Tu liczyły się jednak również umiejętności specjalnego kosztorysowania oraz – co tu ukrywać – łapówki dla decydentów w państwowych zakładach.

Wszystkie te aspekty nie miałyby jednak takiego znaczenia, gdyby nie wyjątkowe zdolności organizacyjne alpinistów, upór i energia przezwyciężająca bariery oraz fizyczny wysiłek przy organizacji wypraw.

Umiejętności zdobyte zimą w Tatrach i Alpach procentowały w górach najwyższych: w latach 70. i 80. zorganizowano ponad 40 wypraw na szczyty ośmiotysięczne, z czego ponad 75 procent odniosło sukces. Poprowadzono ponad 20 nowych dróg, dokonano siedmiu pierwszych wejść zimowych, zdobyto trzy poboczne dziewicze wierzchołki ośmiotysięczne oraz 13 siedmiotysięcznych! Polacy wdarli się do ścisłej elity „wyprawowych mocarstw” i wnieśli do podboju wysokich gór istotne innowacje, takie jak himalaizm zimowy czy samotne wspinaczki na najwyższe szczyty, a także dali impuls himalaizmowi kobiecemu. Polski alpinizm – dosłownie i w przenośni – sięgnął wyżyn! Oto ta opowieść.

Dlaczego ludzie ruszyli w góry

Związki człowieka z górami są równie stare jak ludzkość – potężne masywy stanowiły naturalne przeszkody, przez które migrowali nomadzi, a ich potomkowie wytyczali szlaki komunikacyjne i handlowe oraz trasy kolejnych podbojów. Człowiek wydzierał górom również coraz większe połacie ziemi pod uprawę rolną, mozolnie budując tarasowate poletka na zboczach. W góry zapędzali się pasterze i myśliwi, odprawiano tam rytuały. Gdzie indziej szczyty – jako siedziba bogów – stanowiły miejsce tabu.

Pierwsze wyprawy człowieka w góry wypływały z pobudek praktycznych i dopiero w Renesansie, który wzniecił intelektualny ferment w kulturze europejskiej, ludzie zaczęli zwracać baczniej uwagę na otaczający świat. W górach poeci i malarze poszukiwali natchnienia, wkroczyli tam również uczeni zajmujący się topografią, botaniką i meteorologią, skąd już krok od alpinizmu – sportu, którego idee i „reguły gry”, wciąż jeszcze dyskutowane, zmienne i nieskodyfikowane, z upływem lat stawały się coraz bardziej klarowne. Alpinizm, tak jak wiele dyscyplin sportowych, wyzbywał się funkcji użytkowej, przekształcając się w rodzaj zabawy ruchowej.

Za pierwszy wyczyn alpinistyczny uznaje się zdobycie w 1786 roku najwyższego szczytu Europy – Mont Blanc (4807 m n.p.m.), od którego datuje się rozwój alpinizmu klasycznego, rozumianego jako zdobywanie najwyższych szczytów Alp. W pierwszej połowie XIX wieku była to domena narodów mieszkających w okolicy tego masywu, jednak już ok. 1850 roku pojawili się tam przedstawiciele innych nacji – głównie Brytyjczycy – którzy zapoczątkowali okres nazywany Złotym Wiekiem Alpinizmu (1854-1865).

Wejście w 1865 roku na Matterhorn (4478 m n.p.m.) – szósty pod względem wysokości szczyt w Alpach – zainicjowało natomiast erę alpinizmu sportowego, który charakteryzował się zdobywaniem najtrudniejszych turni i iglic skalnych oraz przechodzeniem grani i ścian uprzednio zdobytych szczytów. Gdy zabrakło dziewiczych kolosów, pionierzy pochodzący z Wysp Brytyjskich, uprzywilejowani przez swoją sytuację finansową i polityczną, zaczęli szukać wyzwań poza Europą.

Z tego okresu pochodzą ekspedycje organizowane przez bogatych podróżników amatorów lub naukowców sponsorowanych przez towarzystwa geograficzne czy specjalnie w tym celu utworzone komitety. Alpiniści mówiący po angielsku zaczęli więc zdobywać coraz wyższe szczyty i w tych osiągnięciach upatrywali powodu dumy narodowej i sławy osobistej. Głównym obszarem ich zainteresowań szybko stały się Himalaje i Karakorum, które dla miejscowych ciągle jeszcze były siedliskiem bóstw. Sytuacja polityczna na subkontynencie indyjskim aż do II wojny światowej sprzyjała podróżnikom i alpinistom brytyjskim, gdyż krainy leżące u podnóża gór należały do tegoż imperium.

Liczne, przeważnie brytyjskie wyprawy eksploracyjne, które penetrowały Himalaje u schyłku XIX wieku, nie zbliżyły się nawet do najwyższego szczytu Ziemi, choć był on już opisany w 1852 roku. Jako pierwszy myśl zaatakowania Everestu rzucił w 1892 roku angielski alpinista i lekarz Clinton Thomas Dent. Inicjatywy podejmowane w następnych latach przez ówczesne największe autorytety: C.G. Bruce’a, F.E. Younghusbanda, D.W. Freshfielda, O.G. Jonesa i W.M. Conwaya nie wyszły jednak poza sferę projektów. Główny problem stanowiło bowiem zdobycie pozwolenia na działalność na terenie krajów zamkniętych dla Europejczyków – Nepalu i Tybetu. Dopiero po zakończeniu I wojny światowej udało się powołać Komitet Everestowski z sir F.E. Younghusbandem na czele oraz uzyskać poparcie władz, a w konsekwencji zgodę rządu Dalajlamy na wjazd do Tybetu. Nepal odmówił wstępu.

Pierwsza rekonesansowa wyprawa wyruszyła w 1921 roku. Kierował nią podpułkownik C.K. Howard-Bury. Składała się ona z dwóch grup: alpinistycznej, w skład której wchodziły cztery osoby – dr Alexander Mitchell Kellas, Harold Raeburn, George Leigh Mallory i G.H. Bullock – oraz naukowej. Nikłe rozeznanie co do topografii okolic Everestu i warunków klimatycznych (z Darjeelingu wyruszono dopiero 18 maja) sprawiło, że ekspedycja wykluczyła zdobywanie szczytu i skupiła się na znalezieniu najdogodniejszej drogi dla przyszłej wyprawy zdobywczej. Niestety, podczas trasy na serce zmarł dr Kellas, a po przybyciu w okolice Everestu ciężko rozchorował się Raeburn. Konieczność rozpoznania drogi spoczęła więc na barkach dwóch wspinaczy: Mallory’ego i Bullocka. Mimo błędów, które wpłynęły na opóźnienie wyprawy, w drugiej połowie września odkryto przejście na Wschodni Lodowiec Rongbuk i osiągnięto Przełęcz Północną (7066 m n.p.m.), na której obozy przez wiele lat stanowiły kluczową pozycję do szturmu na Everest i do dziś odgrywają tę rolę przy wejściu „normalną” drogą od strony północnej.

W 1922 roku wyruszyła wyprawa stawiająca sobie za cel zdobycie góry świata. Kierownictwo objął generał C.G. Bruce, znawca Himalajów i wybitny organizator, przez wiele lat dowodzący w Indiach regimentem Gurkhów. W składzie znalazł się Mallory, a oprócz niego m.in. T.G. Longstaff, E.F. Norton, T.H. Somervell i G.I. Finch. Mimo że zabrano ze sobą aparaturę tlenową, większość alpinistów nie zdecydowała się jej używać. Mallory, Norton i Somervell, idąc bez tlenu, osiągnęli wysokość 8225 m n.p.m. Kilka dni później Finch w towarzystwie początkującego wspinacza, bratanka generała – kpt. J.G. Bruce’a, używając tlenu, dotarł do wysokości 8326 m n.p.m.

Następna brytyjska próba, podjęta w 1924 roku, jest najbardziej znaną. Na czele wyprawy stanął ppłk E.F. Norton. W skład grupy alpinistycznej weszli: G.L. Mallory, C.G. Bruce, T.H. Somervell, N.E. Odell, A.C. Irvine, B. Beetham i J.V. Hazard.

Ekspedycję zaskoczyło załamanie pogody, a w wyniku chorób śmierć poniosło dwóch tragarzy. Na szczęście piękna aura powróciła pod koniec maja, a z nią pojawiła się nadzieja na zdobycie szczytu. 4 czerwca Norton i Somervell jako pierwsi wyruszyli bez tlenu z obozu VI (8145 m n.p.m.) w kierunku wierzchołka. Na wysokości 8540 m n.p.m. Somervell musiał zawrócić, natomiast Norton wykonał trawers (zwany odtąd trawersem jego imienia), przekroczył centralny kuluar północnej ściany i wspiął się na wysokość 8572 m n.p.m. Przez wiele lat był to rekord wysokości osiągniętej bez pomocy aparatów tlenowych.

Kolejny zespół szturmowy tworzyli Mallory i Irvine. Ten pierwszy dał się przekonać do używania tlenu i wyruszając 8 czerwca z obozu VI na szczyt, wspinacze dźwigali ciężkie butle, które Mallory określał mianem „przeklętych juków do wspinania”. Alpiniści poszli też inaczej niż Norton – wprost ku ostrzu grani północno-wschodniej, i nigdy z tej próby nie powrócili. Ostatnim człowiekiem, który ich widział, był Odell – sam podszedł do obozu VI, a nawet nieco wyżej. Gdy około 12.30 mgły się przerzedziły, spostrzegł (albo zdawało mu się, że spostrzegł) dwa punkciki posuwające się w górę. Mimo to nie mógł stwierdzić, czy wspinacze znajdują się pod pierwszym, czy drugim uskokiem grani. Niepewne świadectwo Odella było więc ostatnim dotyczącym losów dwójki pionierów w ich heroicznym ataku. W ciągu kolejnych 75 lat tajemniczy koniec Mallory’ego i Irvine’a był kanwą przypuszczeń snutych przez pokolenia wspinaczy – do dziś pozostaje zagadką, czy udało im się wejść na Mount Everest.

W 1933 roku L. Wager, P. Harris i F.S. Smythe znaleźli czekan Mallory’ego lub Irvine’a niedaleko pierwszego uskoku grani. W 1978 roku chiński alpinista Wang Hong Bao powiedział natomiast Japończykowi na wspólnej chińsko-japońskiej wyprawie, że podczas chińskiej wyprawy na północną ścianę Mount Everestu trzy lata wcześniej natknął się na ciało, które określił jako „Old English Dead” (martwego starego Brytyjczyka). Kilka dni po ujawnieniu tego faktu, zanim opisał położenie zwłok, zginął w lawinie. W 1986 roku powołano specjalną ekspedycję poszukiwawczą, która jednak nie znalazła szczątek brytyjskich wspinaczy. Dyskusja odżyła na nowo, gdy w 1999 roku Conrad Anker, członek amerykańskiej wyprawy Erica Simonsona, znalazł na wysokości ok. 8000 m n.p.m. ciało Mallory’ego. Mimo kolejnych poszukiwań ciało Irvine’a ani aparat fotograficzny Mallory’ego nie zostały odnalezione.

Odkąd alpinizm zaczął być doświadczeniem coraz liczniejszej rzeszy amatorów, a to wpływało na wzrost liczby wypadków, ludzie zaczęli zadawać pytania: dlaczego człowiek naraża życie, zapuszczając się w surowe rejony? Co skłania alpinistów do wspinania? Opinia publiczna rzucała oskarżenia, że istnienie alpinizmu nie jest wystarczająco usprawiedliwione w sensie praktycznym i nie warto narażać życia dla celów tak mało utylitarnych. Tego typu głosy pojawiły się między innymi w Anglii po tragedii ekipy Edwarda Whympera, podczas zdobycia Matterhornu w 1865 roku, oraz na początku lat 20. XX wieku, po niepowodzeniu pierwszych wypraw everestowskich.

Na pytanie o zasadność zdobywania Everestu prosto odpowiedział George Mallory: „Po prostu dlatego, że istnieje, jest tu – przede mną”. Dał do zrozumienia, że góry zmuszają do ich zdobywania, podobnie jak głębia morska zachęca do zanurzenia się w niej, a widok Księżyca i planet skłania do marzeń o podróży w kosmos. Alpinizm nie tylko realizuje naturalną potrzebę „wysiłku bez granic”, lecz ofiarowuje również uprawiającym go doznania duchowe i estetyczne. Zmuszając do twardej walki z przeciwnościami, jest szkołą charakteru i woli. Służy też pomnożeniu wiedzy o terenach, które mogą być dostępne tylko dla alpinisty, materiałach i sprzętach tworzonych do wsparcia w trudnych warunkach oraz zachowaniu się ludzkiego organizmu w sytuacjach ekstremalnych. Nie mają więc racji ci, którzy zarzucają alpinizmowi brak przydatności.

Polacy wkraczają na górską scenę – himalaizm eksploracyjny

Fascynacja najwyższymi górami, wywołana przez brytyjskie próby zdobycia Everestu, nie ominęła Polski. Twórcą pomysłu polskich wyprawy w Himalaje był warszawski alpinista Adam Karpiński, który już w 1924 roku miał projekt zaatakowania Everestu oraz przygotowany skład ekspedycji, a nawet fundatora. Początkowo pomysły spotkały się z pokpiwaniem. Fanatyk gór – tak mówili o Karpińskim klubowi koledzy, i nie było w tym określeniu przesady. Wkrótce stało się jednak jasne, że dopóki Anglicy, od których w dużym stopniu zależało pozwolenie na wyprawę, nie zdobędą Everestu, nie dopuszczą, aby inna nacja podejmowała na nim próbę ataku.

Karpiński postanowił więc wyznaczyć polskim alpinistom równie ambitny cel: „Namawiam na K2: góra olbrzymia, obronna, więc tym większa chwała dla narodu, który na niej walczy. Nawet po osiągnięciu wierzchołka Everestu będzie to pierwsze wejście na K2 zaliczone do wielkich czynów. Namawiam z całym rozmysłem. Wiem, że Polacy mogą robić wielkie rzeczy – tylko musi przed nimi stać wielki cel” – pisał, zabierając głos w dyskusji nad wyborem celu ekspansji polskiego alpinizmu egzotycznego toczącej się w Klubie Wysokogórskim Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego.

Wiosną 1936 roku powołano Komitet Himalajski Klubu Wysokogórskiego na czele z Karpińskim. W skład weszli Stefan Bernadzikiewicz i Jakub Bujak, również wielcy entuzjaści wyprawy w Himalaje. Komitet opracował długofalowy program przygotowań wyprawy na K2 (8611 m n.p.m.).

Jednocześnie rozpoczęto starania o uzyskanie pozwolenia na wjazd. W Foreign Office organizatorów spotkało jednak niepowodzenie. Jesienią 1937 roku nadeszła wiadomość, że spomiędzy państw występujących z projektem ekspedycji w rejon lodowca Baltoro pozwolenie otrzymał American Alpine Club. Gdy w 1938 roku amerykański atak na K2 się załamał, w Polsce odżyły nadzieje. Plany były jednak ostrożniejsze. Komitet Organizacyjny Polskiej Wyprawy w Himalaje otrzymał zadanie przygotowania wyprawy w kilku wariantach: na K2 w Karakorum, w Himalaje Garhwalu oraz do Tybetu na Gurla Mandhata (7728 m n.p.m.) lub wreszcie – tylko w Himalaje Garhwalu. Pod koniec lutego 1939 Anglicy zgodzili się na wyprawę do Garhwalu.

Cel – Nanda Devi East

Dwuwierzchołkowy masyw Nanda Devi jest najwyższym wzniesieniem tego regionu, a jednocześnie całych Indii w ich obecnych granicach terytorialnych. Obydwa wierzchołki są samodzielnymi szczytami połączonymi wyniosłą granią trzykilometrowej długości. Główny szczyt (7816 m n.p.m.) wznosi się we wnętrzu trudno dostępnego ogromnego kotła górskiego zwanego Sanktuarium Nanda Devi, zamkniętego ze wszystkich stron ścianami o wysokości paru tysięcy metrów.

Wybór Polaków padł na dziewiczą Nanda Devi East (7434 m n.p.m.). Na kierownika powołano Adama Karpińskiego (ps. Akar), a w skład weszli ponadto Stefan Bernadzikiewicz (ps. Siam), Jakub Bujak (ps. Kuba) – doświadczeni alpiniści i podróżnicy. Czwartym członkiem ekspedycji został Janusz Klarner, narciarz i żeglarz, mniej taternik – o jego udziale zdecydowały względy finansowe. Pochodził z bogatej rodziny i wsparł ekspedycję pokaźną sumą.

Warto nadmienić, że sprzęt, z wyjątkiem butów zakupionych w Austrii, został zaprojektowany przez Karpińskiego i świetnie spisał się podczas wyprawy.

Rozterki organizatorów przy wyborze celu oraz opóźnienie w nadejściu pozwolenia na wejście sprawiły, że działalność przypadła na monsun, który na szczęście w Garhwalu miał łagodny przebieg. Z końcem kwietnia 1939 roku uczestnicy opuścili kraj, udając się morzem do Indii.

Z Bombaju wyruszali zaś w 40-godzinną, wyczerpującą z powodu upału i kurzu podróż koleją do podnóża gór. Po dalszych ośmiu godzinach w autobusie wyprawa dotarła do stolicy dystryktu Almora leżącej na wysokości 1800 m. Wówczas dołączyło sześciu Szerpów z Dardżylingu oraz oficer łącznikowy mjr J.R. Foy, który godził te obowiązki ze sprawowaniem funkcji lekarza.

Czas dziesięciodniowej karawany był wytchnieniem od upałów oraz dał możliwość wzmocnienia mięśni po podróży. Trasa wiodła ścieżkami przez wiele dolin i grzbietów, zniżając się do poziomu 1000 m n.p.m. lub wspinając się na ponad 3000 m n.p.m. 25 maja uczestnicy ekspedycji założyli bazę (4050 m n.p.m.) w dolinie Lawan u podnóży wysokiej na 3000 metrów wschodniej ściany Nanda Devi East. Już następnego dnia rozpoczęto akcję zakładania obozów oraz transportu ekwipunku i żywności. Na wysokości 4900 m n.p.m. stanął obóz I. Podczas gdy tragarze nosili ładunki, Karpiński i Klarner weszli 28 maja na przełęcz Nanda Devi Khal (dawniej Przełęcz Longstaffa, 5910 m n.p.m.), gdzie znaleźli miejsce na obóz II.

Tymczasem ciężko zachorował Bujak, który z objawami zatrucia pokarmowego i temperaturą ponad 39ºC na wiele dni został wyłączony z akcji. Także jeden z Szerpów nie mógł brać udziału w pracach ze względu na zakażenie otarcia stopy. Bernadzikiewicz i Klarner cierpieli na bóle głowy, a Karpiński miał dolegliwości żołądkowe. Mimo to już 31 maja akcja została wznowiona. Alpiniści zaporęczowali trzy trudne turnie skalne wznoszące się nad przełęczą, po czym sforsowali uskok lodowy, by po przebyciu Śnieżnej Kopy i łatwiejszej, długiej partii grani założyć obóz III (6250 m n.p.m.). Karpiński z Szerpą Dawą Tseringiem zdążyli zrobić jeszcze wypad rekonesansowy na wysokość 6350 m n.p.m., trafili tam jednak na nawisy śnieżne grożące oberwaniem. Pogoda zaczęła się psuć, aż nadszedł monsunowy opad śniegu trwający przez ponad dwie doby. Na szczęście po tygodniu stan zdrowia Bujaka poprawił się na tyle, że mógł on wziąć udział w akcji górskiej, co zwiększyło szanse. Polacy działali odtąd w dwóch zespołach, dzięki czemu szybciej założyli górne obozy. Aura zmieniła się też na korzyść. 12 czerwca zdecydowano o wyruszeniu w górę.

Warunki na grani okazały się niekorzystne. Masy świeżego śniegu wymagały wyczerpującego torowania, a na ostrzu grani wisiały groźne nawisy. Gdy uczestnicy obniżali się na zbocze – ryzykowali wywołanie lawiny. Szczególnie ryzykowna była droga powyżej Śnieżnej Kopy, ponieważ masy świeżego śniegu zakrywały szczelinę biegnącą pod granią po stronie Sanktuarium. Alpiniści mieli więc wybór: wpadnięcie w szczelinę albo lot z oberwanym nawisem. Tu 14 czerwca swoją przygodę przeżył Janusz Klarner. „Zbliżam się na dwa metry do krawędzi. Pomimo to zapadam się znowu. Klnę szczelinę. Lecz nie... lecę!

Wpadam w kozły. Otaczają mnie wirujące zwały zlodzonego śniegu i nieprzenikniony tuman puchu. Przez głowę przebiegają myśli szybkie jak błyski. Muszę przeciwdziałać, lecz nie wiem, gdzie jest ziemia, gdzie niebo ani gdzie ściana, po której spadam. Wściekłe uczucie absolutnej bezradności. Nagle ostre, bolesne szarpnięcie w piersiach. Spokój. Zasłona śnieżna rozpływa się. Chwilę obserwuję lecące w dół bryły, za którymi gonią moje rękawice. Mija kilkadziesiąt sekund, a potem słyszę stłumiony łoskot gdzieś spod progu lodowca leżącego dwa tysiące metrów pod mymi stopami – kurzy się tam tuman śnieżny, znaczący drogę niedoszłego przeznaczenia.

Wyrąbuję stopnie. Staję. Luzuję zaciśniętą na piersiach linę. Mogę odetchnąć. Ze zdziwieniem widzę, że nie straciłem czekana ani plecaka. Jedynie rękawice zatknięte za linę nie okazały przywiązania do mnie. Wiszę około 12 metrów poniżej grani. Ściana jest nieomal pionowa. Gdy tak deliberuję nad niewesołą robotą, jaka mnie czeka, lina wypręża się. Towarzysze powoli wyciągają mnie. Dojeżdżam w ten sposób pod grań. Lecz tu poważna przeszkoda. Pozostały szczątek nawisu tworzy potężną przewieszkę – jak gdyby dach, do którego dociśnięto mnie liną głęboko w śnieg werżniętą. – Poluzować! – krzyczę. Opuszczają mnie cokolwiek. Zyskuję swobodę ruchów. Zaczynam ponad sobą przerąbywać szczątkowy nawis. Powstaje nowe poważne niebezpieczeństwo. Ciężkie bloki zlodowaciałego śniegu zaczynają się obrywać i zwalają mi się na głowę oraz ramiona. Grozę sytuacji odczuwam obecnie silniej niż w czasie upadku. Obawiam się, czy lina wytrzyma. Wreszcie, po wielu wysiłkach i rąbaniu czekanem, przejście jest wolne. Wyciągają mnie. Gdy głowa moja wyjeżdża ponad grań, widzę trzy zwarte postacie w skupieniu ciągnące linę.

Siam podniecony opowiada, że w momencie oberwania się nawisu Dawa, idący za mną, znalazł się na krawędzi obrywu. Przytomnie uskoczył w dół na stronę basenu, zapewniając w ten sposób wytrzymanie szarpnięcia. Poklepuję przyjacielsko Dawę, wyrażając mu po polsku słowa uznania. Śmieje się całą gębą, odpowiadając coś w swoim narzeczu, co jak rozumiem z jego miny miało znaczyć: to był dobry kawał!”.

Mimo tej przygody i ciężkich warunków akcja posuwała się, a nawet przyspieszyła. 17 czerwca na wysokości 6250 m n.p.m. stanęły namioty obozu III. Dwa dni później czterej Polacy założyli na polu śnieżnym u stóp tzw. Wielkiego Uskoku obóz IV (6400 m n.p.m.). 20 czerwca Bernadzikiewicz i Bujak pokonali i ubezpieczyli dwie trzecie uskoku, w tym pionowy próg skalny.

Osiągnięta wysokość – 6700 m n.p.m. – dawała nadzieję na bliski już moment szturmu. Następnego dnia Bernadzikiewicz i Klarner z Szerpami Dawą Tseringiem i Indżungiem wyruszyli z obozu IV do ataku szczytowego. W świeżym śniegu przy sporych trudnościach technicznych pokonali resztę Wielkiego Uskoku, po czym ostrą granią z nawisami dotarli na wysokość 6950 m n.p.m. Niestety, w czasie przygotowań do rozbicia namiotów obozu V pod Indżungiem urwał się olbrzymi nawis śnieżny i znów szarpnięcie poszło na związanego z nim Dawę Tseringa, który klęcząc nad brzegiem obrywu, czynił rozpaczliwe wysiłki, aby utrzymać wiszącego 15 metrów niżej towarzysza. Klarner rzucił się wówczas ku Tseringowi i szarpnięciami pomógł mu utrzymać równowagę. Zszokowany Indżung nie potrafił wesprzeć ratowników, toteż wyciąganie go na grań trwało pół godziny.

Członkowie wyprawy na Nanda Devi East w 1939 r. Od lewej: Janusz Klarner, Adam Karpiński, angielski lekarz J.R. Foy, Jakub Bujak, oficer łącznikowy S. Blake, Stefan Bernadzikiewicz.

Po tym wydarzeniu załamany psychicznie Indżung nie był zdolny do samodzielnego zejścia, dlatego wspinacze musieli odłożyć szturm i zająć się sprowadzeniem Szerpy na przełęcz.

Atak próbowali teraz podjąć Bujak i Karpiński. 23 czerwca śnieżyca przeszkodziła im jednak w dotarciu nawet do miejsca planowanego obozu V. Karpiński, który odczuwał dolegliwości przewodu pokarmowego, zrezygnował ostatecznie z wierzchołka i zszedł do bazy. Pozostała trójka od nowa rozpoczęła upartą walkę z niepogodą i ciężkim śniegiem zalegającym na grani. 30 czerwca wraz z Szerpami Dawą Tseringiem, Boktejem i Nyimą założyli obóz V. Stanął ledwie 50 metrów wyżej od miejsca wypadku Indżunga, na skalnej platformie na grani (7000 m n.p.m.). W obozie razem z alpinistami został Dawa Tsering, pozostała dwójka Szerpów zeszła.

1 lipca nad Nanda Devi szalała huraganowa wichura przy temperaturze -14ºC. Zmusiła ona wszystkich do przeczekania w szarpanych wiatrem namiotach. Następnego dnia o 5 rano znów wiał silny wiatr, ale niebo było bezchmurne. Słupek rtęci wskazywał, że jest jeszcze zimniej niż poprzedniego dnia, wkrótce jednak słońce zalało grań i temperatura się podniosła. To pomogło alpinistom podjąć decyzję – czwórka wyruszyła do ataku szczytowego. Prowadzili Bujak z Dawą Tseringiem, rąbiąc stopnie w zlodowaciałym śniegu. W pewnym momencie Bujak stracił jednak czucie w stopach i musiał zdjąć buty, by nacierać palce aż do przywrócenia krążenia. Szybko odzyskał ochotę do wspinaczki, jednak Bernadzikiewicz był w bardzo złej formie. O godzinie 11, u stóp Środkowego Uskoku (7200 m n.p.m.), miał oznaki tak silnego wyczerpania, że zawrócił. Wraz z nim zszedł Dawa Tsering. Bujak i Klamer pokonali więc Środkowy Uskok w trudnej wspinaczce po niekorzystnie uwarstwionych, zaśnieżonych płytach skalnych. Dalsza część grani wymagała pracowitego rąbania stopni w firnie o zmiennej konsystencji. Zaczął się wyścig z czasem. Późnym popołudniem wspinacze stanęli pod skałami uskoku szczytowego. Z dołu wyglądał on groźnie, teraz okazał się dosyć łatwy ze względu na dobre uwarstwienie skał. Klamer poszedł jako pierwszy i po dwóch długościach liny niespodziewanie wynurzył się ze stromizn uskoku na olbrzymią śnieżną rówień. To był szczyt Nanda Devi East!

Obaj wspinacze brnęli teraz, zataczając się w głębokim śniegu i walcząc z wichrem. O 17 doszli do punktu kulminacyjnego.

Przenikliwy wiatr skłonił ich do szybkiego odwrotu. Zrobili zdjęcia i przemarznięci ruszyli w dół. Około 20 m poniżej kopuły szczytowej, wśród wystających ze śniegu skałek, zostawili puszkę z notatką potwierdzającą wejście. Wkrótce zaskoczyła ich ciemność. Posrebrzoną światłem księżyca granią dwójka zdobywców dotarła o godzinie 21.15 do namiotów. W ten sposób został osiągnięty cel wyprawy, który przez długie lata był największym sukcesem polskiego alpinizmu oraz polskim rekordem wysokości.

Niestety, radość zdobyczy szybko przyćmiła tragedia.

Po wypoczynku wyprawa przeniosła się na lodowiec Milam i 11 lipca założyła bazę na wysokości 4250 m n.p.m. Jej kolejnym celem były dziewicze szczyty nad górnym kotłem tego lodowca: Hardeol (7151 m n.p.m.) i Tirsuli (7074 m n.p.m.). Wyprawa dysponowała mapą, która niestety okazała się błędna. Dopiero wypady rekonesansowe i obserwacje za pomocą mocnej lunety skłoniły Karpińskiego do wybrania za cel ataku szczytu Tirsuli. Najdogodniejszą możliwość wejścia dawały północno-wschodnie stoki, z górnego kotła Milam.

W czasie próby ataku na szczyt Tirsuli (7074 m n.p.m.), w nocy z 18 na 19 lipca pod lawiną, która zasypała obóz III (6150 m n.p.m.), zginęli Bernadzikiewicz i Karpiński. Ich ciał nigdy nie odnaleziono. Janusz Klarner tak opisywał poznane szczegóły tragedii:

„Świadomość śmierci naszych przyjaciół nie może dotrzeć do naszych umysłów. Wczoraj jeszcze prowadzone rozmowy i wspólnie snute śmiałe plany mają nadal zbyt dużo cech rzeczywistości, ażebyśmy mogli pogodzić się z myślą, że przestali oni istnieć. Ciągle jeszcze chwytamy się nieprawdopodobnej już w tej chwili nadziei, że lawina mogła zejść dziś przed południem, gdy obóz był opuszczony. Ponad zerwą buli dostrzegamy ciemną plamę – chyba jest to wór ładunkowy. Powyżej odcina się na śniegu ostry kontur. Może jest to szczyt namiotu. Poniżej ścianki lodowej pozostawiamy ładunki. Niewielkie podejście.

Wydostajemy się na ogromnych rozmiarów lawinisko. Szerpowie po krótkim namyśle wskazują przybliżone miejsce w jego środku: tu stał wczoraj obóz. Obecnie teren ten zalegają zwały bloków lodowych przetykanych zbitym śniegiem. Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy pod śniegiem kilka pustych puszek rozrzuconych na znacznej przestrzeni – dowód prawidłowego określenia miejsca obozu. Pomimo to tli się jeszcze w nas nikła nadzieja. A może jednak nie było ich wówczas w obozie.

Bulę, na której się znajdujemy, przecina w poprzek potężna szczelina o 20 metrów w kierunku spadku od domniemanego miejsca obozu. Zarówno Kuba, jak i Szerpowie twierdzą, że w ubiegłych dniach z pewnością jej nie było. Zbliżamy się ku niej. W jej przeciwległej krawędzi spostrzegamy wbity głęboko but. Martwy ten przedmiot jest dowodem nieomylnym. Stało się. Akar i Siam zginęli. Zimno ogarnia nas od wewnątrz. Za gardło chwyta skurcz.

Zaglądam w szczelinę. Sięga ona do 30 metrów w głąb. Szerokość jej nie przekracza trzech metrów. Zwężające się silnie dno zalega niewielka tylko ilość śniegu. Lawina musiała przeskoczyć przez nią lub szczelina rozwarła się dopiero po jej przejściu. Po obu stronach szczeliny tkwią w powierzchni śniegu różne drobne przedmioty, wszystkie rozrzucone w mniej więcej tej samej linii spadku. Wśród nich znajduje się drugi but, nie od pary z poprzednim, kawałek słupka namiotowego, pokrywa aparatu kinematograficznego, której róg wyglądał na odległość jak szczyt namiotu, i wreszcie wór ładunkowy pełen żywności. Znajdujemy również garść wyparzonej herbaty, co wskazuje, że katastrofa musiała nastąpić po zjedzeniu przez naszych towarzyszy kolacji. Powierzchowne sondowanie czekanami nie daje żadnych rezultatów. Z ułożenia znalezionych przedmiotów wyciągamy wniosek, że namiot mógł być przez czoło lawiny zniesiony z powierzchni buli i zrzucony niżej.

Schodzimy obejściem do stóp pierwszej ścianki lodowej 25-metrowej wysokości. Znajdującą się poniżej niej kotlinkę zaściela lawinisko, którego grubość dochodzi do ośmiu metrów. W trakcie sondowania nie znajdujemy tutaj nic oprócz kilku papierów z opakowania żywności.

Zmęczeni poszukiwaniami, musimy usiąść; odpoczywając, staramy się odtworzyć przebieg tragicznej katastrofy. Źródłem lawiny były olbrzymie bloki lodowe i seraki wywieszone pod samą nieomal granią szczytową. Z nich musiał nastąpić wielki obryw lodowy, który na urwistej ścianie w górnej części nabrał tak wielkiej szybkości, że w niższej nie poszedł w linii spadku, przebiegającej tu skośnie do grani, lecz siłą bezwładności runął prosto w kierunku obozu. Bloki lodowe przeleciały przez rozległy kocioł, po czym na dalszej, mało stromej części zbocza oberwały masy śniegu. Śnieżno-lodowa lawina przeszła dalej od stóp zbocza około 200 metrów po płaskim już terenie i wdarła się na lekko podniesiony skłon buli. Czoło jej zeskoczyło z wysokości lodowej ścianki buli w niewielką kotlinkę. Lawinisko zalega przestrzeń długości około 250 metrów i szerokości ponad 100 metrów, przy znacznej grubości warstwy”.

Tragedia ta nie wydarzyłaby się, gdyby nie pechowy zbieg okoliczności. Wskutek opóźnienia spowodowanego chorobą Indżunga Karpiński i Bernadzikiewicz założyli obóz w miejscu przypadkowym (choć jak błędnie oceniali – bezpiecznym), około 200 metrów niżej, niż zamierzali, co niestety miało tragiczny skutek.

Wielka tragedia, jaka dotknęła polskich himalaistów, utonęła w morzu nieszczęść II wojny światowej. Echa jej powróciły jednak we wspomnieniach przyjaciół wspinaczy na łamach prasy wspinaczkowej.

Redaktor „Taternika” Witold H. Paryski poświęcił Polskiej Wyprawie Himalajskiej w jej dziesięciolecie prawie cały zeszyt nr 1-2 z 1949 r. Do tematu powrócił on też kilka lat później przy okazji pierwszej polskiej wyprawy w Hindukusz. W „Taterniku” nr 3-4 z 1960 r. zamieścił „Dziennik himalajski” Jakuba Bujaka.

Taki był – triumfalny i tragiczny – początek polskiego himalaizmu, o którego sukcesach stało się potem głośno. Drogo okupione zdobycie Nanda Devi East – podówczas szóstego co do wysokości ze zdobytych szczytów – miało być początkiem serii wypraw.

Drugiego przejścia polskiej drogi południową granią Nanda Devi East dokonał w 1951 roku późniejszy zdobywca Everestu Tenzing Norgay. Był on uczestnikiem francuskiej wyprawy. Tak wspominał wspinaczkę w książce: „Grań stawała się coraz węższa i bardziej eksponowana, oblodzona lub też pokryta niezwiązanym śniegiem. Nie byliśmy pierwsi na tej drodze. 12 lat temu robili ją polscy alpiniści, zdobywając szczyt. Kilkakrotnie napotkaliśmy pozostawione przez nich liny i haki, jednak już zbyt stare i zniszczone, aby można im było zawierzyć. Musieliśmy więc iść własną drogą – poprzez ogromne uskoki i turnie, to znów wąską krawędzią nad trzykilometrową przepaścią, a przez cały czas po stopniach tak niepewnych, że groziły obsunięciem.

Zapytywano mnie nieraz, która z moich dróg była najtrudniejsza i najbardziej niebezpieczna. Spodziewano się usłyszeć, że Everest. Ale to nie był Everest. To Nanda Devi East”.

Fatum Nanda Devi

Dramatyczne losy pozostałych przy życiu uczestników wyprawy sprawiły, że zaczęto nawet mówić o fatum prześladującym tych, którzy naruszyli spokój Kali. Nanda to bowiem przydomek bogini śmierci i zniszczenia Kali, małżonki Śiwy.

Początkowo Bujak i Klarner wracali razem do kraju. W Bombaju dotarła do nich wiadomość o napiętej sytuacji w Polsce i przygotowaniach do wojny. 23 sierpnia wspinacze odpłynęli z Indii statkiem „Victoria”, pozostawiając część ekwipunku wyprawy pod opieką polskiego konsulatu. Na Morzu Czerwonym doszła ich wieść o wybuchu wojny. 4 września zeszli na ląd w Port Saidzie, skąd przez Aleksandrię, Constanzę i Bukareszt dotarli 11 września do Lwowa.

Jakub Bujak ruszył ponownie przez Rumunię, a następnie Francję do Anglii, gdzie wpierw był mechanikiem w zgrupowaniu lotniczym w Blackpool, a później – jako wysoko ceniony specjalista od budowy samolotów – został przeniesiony do brytyjskiego przemysłu lotniczego. Pracował w Laleham pod Londynem, a następnie w oddziale doświadczalnym zakładów Rolls-Royce’a w Derby. W czasie pobytu w Anglii został członkiem Alpine Clubu.

W pierwszych dniach lipca 1945 roku wyruszył na kolejną wycieczkę w góry Kornwalii i tam ślad po nim zaginął. Pozostał tylko opuszczony namiot między osiedlem Zennor a brzegiem morskim, około 5 kilometrów na południowy zachód od St. Ives. Nigdy nie znaleziono ciała i władze w końcu przyjęły wersję, że Bujak utopił się 5 lipca podczas kąpieli (góry leżały nad brzegiem morza). Inni mówią, że alpinista, który pojechał na wycieczkę w przeddzień powrotu do kraju, gdzie zostawił ukochaną żonę Marię Łomnicką-Bujakową, również taterniczkę, wiedział zbyt wiele o tajemnicach brytyjskiego przemysłu lotniczego.

Tymczasem Jakub Klarner dotarł do Warszawy, gdzie działał w podziemiu – walczył w Powstaniu Warszawskim, był ranny. Po wojnie mieszkał w Warszawie i jeździł po kraju z odczytami o wyprawie. Napisał o niej książkę. Zimą 1947 roku wspinał się w Tatrach w towarzystwie Bolesława Chwaścińskiego. 17 września 1949 roku wyszedł z mieszkania w Warszawie i już do niego nie wrócił. Krótko po upływie dziesięciu lat od zdobycia szczytu żaden z uczestników wyprawy nie żył. Wtedy zaczęła się tworzyć legenda o zemście bogini Kali.

Niemal dokładnie 18 lat po tragicznej lawinie na Tirsuli, 17 lipca 1957 roku, w Tatrach zginął Marek Karpiński, jeden z synów Adama. Wraz ze swym partnerem wspinaczkowym Janem Zarębskim wracał z tygodniowego pobytu w Tatrach Słowackich. Wypadek nastąpił w południowym żlebie Młynarzowej Przełęczy. Wspinając się niewielkim progiem, Marek sprowokował lawinę kamienną. Spadające głazy zmiażdżyły mu nogę pod kolanem, powodując krwotok tętniczy. Wezbrane potoki zagłuszały wołanie o pomoc. Zarębski założył Karpińskiemu opaskę uciskową z liny, zapakował go do śpiwora i przypiął do haków, po czym udał się po pomoc.

Gdy po kilku godzinach wraz z dwoma taternikami wrócił na miejsce wypadku, więzy były rozluźnione, a wykrwawiony Marek znajdował się w agonii. Przybycie ratowników z Zakopanego opóźniało się z powodu trwającej trzy kwadranse rewizji celnej na Łysej Polanie. Marek zmarł o 17.30, a godzinę później na miejscu wypadku zjawiło się pogotowie.

[...]