Polskie firmy rodzinne - Artur Krasicki, Anna Zasiadczyk - ebook
Opis

Kiedy mówimy „Polskie firmy rodzinne”, myślimy: Wedel, Blikle, Kruk… Tymczasem w naszym kraju istnieje wiele mniejszych firm, które obecnie prowadzi trzecie, a nawet czwarte pokolenie spadkobierców. W książce Artura Krasickiego i Anny Zasiadczyk sukcesorzy stuletnich tradycji z dumą dzielą się opowieściami o historii biznesów, które zostały zapoczątkowane przez ich dziadków czy pradziadków, niekiedy jeszcze w czasie zaborów, i były mozolnie budowane przez kolejne lata.
A nie było to łatwe zadanie, bowiem pieniądze na otwarcie wymarzonej firmy często zdobywano aż za oceanem. Potem, po okresie prosperity w czasie dwudziestolecia międzywojennego, trzeba się było zmierzyć z trudami II wojny światowej i ciężkimi czasami PRL-u.

Kraków, Poznań, Warszawa, Łódź… To w tych miastach powstały firmy do dzisiaj działające i doskonale znane nie tylko ich mieszkańcom, ale wielu ludziom, także poza granicami naszego kraju. Krakowska Pracownia Krawatów Mikuły, warszawska Pracownia Cukiernicza Zagoździński, łódzki warsztat samochodowy Wróblewskich czy poznańska Pracownia Lutnicza Niewczyk & Synowie.

Niewczykowie, najstarszy ród lutniczy w Polsce, mogą poszczycić się stworzeniem unikalnych skrzypiec, które powstały na specjalne zamówienie A.P. Kaczmarka. Klientami pracowni Oprawa Obrazów Lachmanowie z Krakowa byli i nadal są nie tylko słynni malarze, ale i znane nazwiska ze świata sztuki, jak Stanisław Mrożek czy Andrzej Wajda. Przez ręce krakowskich „oprawców” przeszły przez lata istnienia zakładu dzieła o znaczącej wartości, na przykład Renoira, którego oprawy pilnowało… trzech uzbrojonych ochroniarzy. Ponoć Czesław Miłosz powiedział krakowskim Lachmanom, że musi napisać o nich wiersz. Autorzy „Polskich firm rodzinnych” o nich i o podobnych im, fascynujących ludziach prowadzących z sukcesem firmy rodzinne, napisali całą książkę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki:

Projekt drzew genealogicznych: Wojciech Jankowski

Redakcja: Izabella Wit-Kossowska

Korekta: Kamil Kowalski

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Zdjęcia: Archiwa rodzinne, NAC, Biblioteka Narodowa, Gutermann Josef/Federal Archive, Rafał Surówka, Mateusz Kamiński (www.metyou.pl), Monika Chrabąszcz Stowarzyszenie Dobre Cechy (www.dobrecechy.pl), Maximilian Witaszek, Agnieszka Stefańczyk, Anna Zasiadczyk, Artur Krasicki, Andrzej Belina-Brzozowski, Michał Zagórny, Sebastian Mamaj

Zdjęcie na okładce: Jerzy Buzek-Garzyński

Modelka: Gabriela Buzek

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

© for the text by Artur Krasicki, Anna Zasiadczyk, 2016

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0239-4

MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

FRAGMENT

Wstęp

Trzynaście rodzin, trzynaście zawodów, trzynaście różnych, choć podobnych losów. Ludzie uwikłani w zagmatwaną historię naszej ojczyzny, lecz dumni z polskości, swej lokalnej tożsamości, których siłą i mocą sprawczą była i jest rodzina. To głównie dzięki niej nie dali się upokorzyć i zniszczyć nieprzychylnej władzy czy bezdusznemu systemowi.

Opowieść o rodzimych rzemieślnikach to nie tylko historia danych zawodów. Dzięki nim poznaliśmy historię miast, codzienne życie minionych lat, dawne obyczaje. Na nowo odkryliśmy, że pieniądze szczęścia nie dają, że szybki zysk – w przeciwieństwie do zbawiennej cierpliwości – nie rodzi trwałych i smacznych owoców.

Po raz kolejny utwierdziliśmy się też w przekonaniu, że wpływ zaborów ciągle jeszcze tkwi w naszej świadomości. W Poznaniu rozczuliła nas dbałość o detal, w Krakowie nieco rozbawił artystyczny galicyjski sznyt, w Warszawie olśnił niemal europejski rozmach. W Łodzi zasmucił niszczący wpływ przemian ustrojowych.

To była fascynująca podróż w przeszłość. Do Polski, której już nie ma, do której wielu z nas, karmionych nostalgicznymi wspomnieniami babć i dziadków, wraca pamięcią.

To również opowieść o Polsce współczesnej, o walce z absurdalnymi przepisami, unijnymi dyrektywami, korporacjami, zalewającymi rynek tanią i byle jaką chińszczyzną. Bronią tych ludzi jest przekazywana z pokolenia na pokolenie jakość, uczciwość, rzetelność. Ich atutami determinacja, pracowitość, umiłowanie rodzinnej tradycji. Dzięki tym cechom polski rzemieślnik przetrwał najróżniejsze burze i zawirowania dziejowe. A w czasach prosperity, głównie w okresie międzywojennym, rozwijał rodzinną firmę. I kto wie, czy gdyby nie II wojna światowa, to wiele z polskich firm nie byłoby dzisiaj światowymi markami.

Jesteśmy przekonani, że polski rzemieślnik z powodzeniem przetrwa najróżniejsze zmiany zachodzące we współczesnym świecie. Nawet w dobie automatyzacji i kodów kreskowych.

Miłej lektury!

Anna Zasiadczyk

Artur Krasicki

Kraków

Dla nas nie tylko rodowe nazwisko jest obciążeniem, ale również świadomość, że powinno ono dalej istnieć w branży fotograficznej. I jak tu zamknąć zakład? – mówią pół żartem, pół serio Barbara Kańska-Bielak i jej kuzyn, Jerzy Buzek-Garzyński. Są wnukami Julii i Zygmunta Garzyńskich, znanych krakowskich fotografów.

Założona w 1918 roku najstarsza działająca firma fotograficzna w mieście Kraka przeszła wiele wzlotów, ale i upadków. Mimo to przetrwała i sporo wskazuje na to, że pokoleniowa tradycja firmy Foto Garzyński, obecnie Foto Buzek-Garzyński i Foto Garzyńska, będzie kontynuowana.

Zygmunt i Julia. Niezapomniane portrety

Geneza krakowskiej firmy fotograficznej sięga pierwszych lat XX wieku, kiedy to Zygmunt Garzyński rozpoczął terminowanie u znakomitego krakowskiego fotografa, Józefa Sebalda (1853–1931), wychowanka Walerego Rzewuskiego (1837–1888).

Od początku Zygmunt czerpał więc z najlepszych wzorców. Walery Rzewuski był bowiem jednym z najbardziej cenionych dziewiętnastowiecznych krakowskich fotografów, znanym szczególnie z portretów osób majętnych i znaczących: przedstawicieli szlachty, magnaterii oraz wybitnych mieszkańców Krakowa. Miał doskonale wyposażone atelier przy ulicy Grodzkiej, bowiem pochodził ze znanej i bogatej krakowskiej rodziny. Wybudował dom przy ulicy Kolejowej 27 b (dzisiaj Westerplatte 11), w którym także otworzył nowoczesne atelier i laboratorium.

W kilka lat po śmierci Walerego Rzewuskiego Józef Sebald (przed zmianą nazwiska Sheybal) odkupił od jego spadkobiercy, Lesława, zakład mieszczący się przy ul. Kolejowej. Wraz z nim wszedł w posiadanie archiwum klisz mistrza fotografii, z których wykonywał odbitki sprzedawane często jako stylowe, popularne pocztówki. Przejął również pracowników oraz klientów Rzewuskiego. Podobnie jak jego mistrz, Sebald również wykonywał głównie zdjęcia portretowe, których cechą charakterystyczną było wykorzystanie niewielkiej liczby rekwizytów. Przywrócił zakładowi dawną renomę i doprowadził do rangi najlepszego w mieście. Terminowanie u niego było zaszczytem.

Zygmunt Garzyński uważnie przyglądał się pracy Józefa Sebalda. Uchodził za jego najlepszego retuszera, a gdy w zakładzie nie było właściciela, robił także coraz lepsze zdjęcia klientom.

Krewny Józefa Sebalda, Stanisław Sheybal, tak opisywał w książce „Wspomnienia 1891–1970” (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1984) atelier stryja i jego zdolnego pracownika:

„Do zakładu, przez ogród, prowadził romantyczny krużganek obrośnięty pnączami. Z krużganku gość wchodził do obszernego, wytwornie urządzonego salonu przyjęć, którego architekturę, sprzęty i wystrój wraz z przylegającą do salonu garderobą, oświetloną pięknym witrażem, projektowali artyści, przyjaciele stryja. Salon zdobiły liczne dużych rozmiarów portrety wybitnych pisarzy, plastyków i aktorów, m.in. znakomity portret siedzącego w fotelu Sienkiewicza, fotografie Matejki, Modrzejewskiej itp. Niektóre z nich, np. portret Matejki, zrobione były jeszcze przez Rzewuskiego. […]

Z salonu przyjęć wchodziło się do przestronnego atelier – altany, w której robiło się zdjęcia. Cały sufit altany i jedna jej ściana były oszklone i szczelnie pokryte licznymi, małymi zasłonami z gęstego płótna. Manewrując długim kijem, można było każdą z tych zasłonek odsunąć, przepuszczając z danego kierunku snop światła, lub też zasunąć, ocieniając z danej strony postać fotografowanej osoby. Przy dużej ilości zasłonek możliwość regulacji rodzaju oświetlenia była wręcz nieograniczona. Dziś, w dobie lamp elektrycznych i reflektorów, takie urządzenie wydawać się może prymitywnym, mało przydatnym i wręcz śmiesznym. Być może. Ale ja patrzyłem, jak stryj, zręcznie operując zasłonami, z pełną swobodą realizował swoje najbardziej nawet wyrafinowane koncepcje, stwarzał efekty zaskakujące bogactwem niuansów światłocienia, zawsze najlepiej dostosowane do sytuacji, typu postaci czy twarzy klienta. I przy pełnym szacunku dla nowych zdobyczy technicznych nie mogę się wyzbyć sentymentu do tego archaicznego urządzenia.

Atelier zostało też zgodnie z ówczesną modą bogato zaopatrzone w różnego rodzaju tła, stylowe mebelki i rekwizyty. Tła były rozmaite: obok spokojnych gładkich płaszczyzn białych, szarych i ciemnych były fałdziste kotary, a także staromodne tła malowane, imitujące wytworne wnętrza, ogrody, las itp. Jakkolwiek te ostatnie odznaczały się możliwie subtelną dyskrecją i nie przypominały nachalnej aktywności malowideł używanych przez jarmarcznych (i nie tylko jarmarcznych) fotografów, stryj stosował je niechętnie: czasem na wyraźne żądanie mniej wybrednego klienta, czasem przy zdjęciach grupowych.

Z altany wchodziło się do retuszerni, w której przy retuszerskich pulpitach siedziało stale kilku pracowników, czasem i ja. A często także stryj, sam retuszujący negatywy zdjęć, na których mu specjalnie zależało. Retuszował zawsze bardzo oszczędnie i celowo, a był w tej sztuce mistrzem niezrównanym.

Pracowników wyspecjalizowanych w retuszu zatrudniał stryj dwu. Jednym z nich był […] Zygmunt Garzyński, który w razie nieobecności mistrza wykonywał też zdjęcia. Był już wszechstronnie wyszkolonym fotografem, zdolnym do samodzielnej pracy zawodowej”.

Uwieczniony we wspomnieniach krewnego Józefa Sebalda Zygmunt Garzyński, po zdobyciu wiedzy i niezbędnych czeladniczych papierów, kupuje w 1918 roku od swojego mistrza część fotograficznego wyposażenia i otwiera własny zakład przy ulicy Sławkowskiej 6.

Foto Garzyński liczy sobie 250 metrów kwadratowych, a w jego skład wchodzi przebieralnia z mnóstwem ubiorów i rekwizytów, które są niezbędne do wykonywania tak modnych wtedy portretów. Niespełna trzydziestoletni Zygmunt, wzorem swojego mistrza, od początku stawia na ten typ fotografii, co w przyszłości zaowocuje prestiżowymi nagrodami na krajowych oraz zagranicznych wystawach. W jego atelier powstają także zdjęcia legitymacyjne, dyplomowe, gabinetowe i wizytowe. Z czasem w zakładzie pomagają mu żona Julia oraz córki Halina i Danuta.

Kilka lat później Zygmunt Garzyński otwiera swoją pierwszą filię przy ulicy Floriańskiej 31. Tę prowadzi żona Julia, której brat, Jan Łazarski, w 1924 roku w Paryżu zdobywa dla Polski srebrny medal, pierwszy drużynowy w historii naszych występów olimpijskich w rowerach torowych.

Znakomity krewny sprawił, że wnuk Julii, Jerzy Buzek-Garzyński, jak przyznaje, od małego czuje słabość do przedwojennych jednośladów – w swojej kolekcji ma kilka unikatowych rowerów, prawdziwych perełek.

W Foto Garzyński powstało wiele doskonałych zdjęć znanego szwagra, z których część przetrwała do naszych czasów. Stojąc w witrynie zakładu, przyciągały klientów. Umiejętność tworzenia pięknych portretów przyczynia się do tego, że wśród krakusów rodzina Garzyńskich ma szczególną pozycję, a ich fotografie są cenione i podziwiane. Klienci są gotowi poddać się długiemu i męczącemu pozowaniu, aby tylko stać się właścicielami zdjęcia z rozpoznawalnym w Krakowie logo zakładu Garzyńskich.

W czasach dziadka Zygmunta pośpiech w czasie robienia fotografii był zdecydowanie niewskazany. Klient musiał siedzieć bez ruchu i spoglądać w jednym kierunku, bo brak migawki w aparacie, niska czułość materiałów oraz długi czas naświetlania kliszy sprawiały, że o zmianie pozycji nie było mowy. Model mógł wtedy zostać uwieczniony nieostro, a tego przecież nikt nie chciał.

Stanisław Sheybal we wspomnianej wcześniej książce opisał przygotowania do wykonania fotografii:

„W wielu ówczesnych zakładach fotograficznych istniała instytucja tzw. »pozera«, którego zadaniem było »artystyczne« upozowanie fotografowanego klienta. Pozer ustawiał gościa w pozycji jego zdaniem najkorzystniejszej, dobierał tło (zazwyczaj malowane) i rekwizyty, ustalał położenie głowy, tułowia, rąk, nóg i dłoni, a często każdego palca z osobna, układał fałdy ubrania, decydował o kierunku wzroku i o wyrazie twarzy delikwenta. Zabiegi te zazwyczaj trwały długo i były dla klienta bardzo męczące. Dlatego też tak często oglądamy na starych fotografiach podobizny naszych antenatów w nienaturalnie sztucznych pozach, z ogłupiałymi ze zmęczenia minami”.

Pozowanie do fotografii, któremu towarzyszył opisany powyżej rytuał związany z doborem ubrań i rekwizytów, było dla modela nie tylko męczące, ale i kosztowne. Zdjęcia w owym czasie nie były bowiem tanie, bo materiały fotograficzne kosztowały niemało, a i fotograf musiał poświecić sporo czasu na wykonanie swojej pracy, która nie kończyła się przecież wraz z naciśnięciem migawki. Negatywy potem pracowicie, ręcznie retuszowano.

Dlatego uwieczniano najczęściej ważne wydarzenia z życia rodziny, jak urodziny, chrzest potomka, komunia czy ślub. Odświętnie ubrani klienci bez szemrania wykonywali polecenia fotografa, zaś odbiór odbitek, na które czekano z wielką niecierpliwością, był zawsze małym świętem.

– W mieszczańskim Krakowie każdy musiał mieć zdjęcia swoje i rodziny zrobione w zakładzie, tak tutaj było od lat. Każda szanująca się familia przy różnych okazjach przychodziła wystrojona do fotografa i uwieczniała zdarzenie – opowiada Barbara Kańska-Bielak.

W pierwszych latach po odzyskaniu przez Polskę niepodległości fotografowali się najczęściej ludzie zamożni, niewielu było bowiem stać na skorzystanie z ekskluzywnych usług fotografa. A nawet jeśli okazją była ważna uroczystość, modele zawsze wyglądali na zdjęciach bardzo poważnie, pozując do obiektywu z kamiennymi, wręcz marsowymi minami. Powodem był nie tylko wspomniany bezruch, konieczny dla wykonania doskonałej fotografii – utrzymanie w takich warunkach uśmiechu raziłoby sztucznością – a przede wszystkim ówczesne kanony zachowania, które nie widziały w uśmiechu niczego nobilitującego. Uśmiech był domeną dzieci, idiotów, kuglarzy i pijaków…

Postęp techniczny sprawia, że w latach trzydziestych XX wieku fotografia przestaje być elitarnym zawodem. Do użycia wchodzą nowoczesne, niewielkie i lekkie aparaty fotograficzne, i od tej pory, aby uwiecznić kogoś na zdjęciu, nie trzeba już posiadać ani atelier, ani doświadczenia. Bez problemu można zrobić zdjęcia migawkowe „z ręki”, bez potrzeby używania nieporęcznego statywu.

Możliwość uwiecznienia modela w plenerze i w ruchu powoduje, że bardzo modne stają się zdjęcia wykonane na ulicy, w parku, na narciarskim stoku lub po prostu w domu. Jak grzyby po deszczu powstają tak zwane „filmówki”, czyli zakłady bez własnego atelier, oferujące o wiele tańszą od tradycyjnych pozowanych zdjęć „fotografię uliczną”. Ich właściciele uwieczniają klienta w naturalnych warunkach, czyli wszędzie tam, gdzie sobie tylko życzy. Często cechuje ich chęć szybkiego zarobku oraz brak profesjonalizmu, co odbija się na jakości wykonywanych zdjęć. Do tego dochodzą rzesze fotografów amatorów, bo dostęp do tanich aparatów nie jest większym problemem. Nie brakuje jednorazówek – jak choćby rodzimych „Bolków” za 10 złotych, czy zagranicznych „Kodaków BB” za 12,50 zł (dla porównania, kilogram cukru kosztuje w tym czasie złotówkę, mięso złoty pięćdziesiąt, za kilogramowe masło trzeba zapłacić cztery złote).

Oczywiście, dla bardziej wymagających osób są droższe, bardziej precyzyjne cudeńka – Agfa Billy to wydatek rzędu 125 zł, lecz kupno na raty jest dość powszechną praktyką. Średnie miesięczne wynagrodzenie wykwalifikowanego robotnika w roku 1939 to suma rzędu 95 zło­tych, a pracownika umysłowego 280 złotych.

Garzyńscy nie czują się jednak poważnie zagrożeni fotograficznymi nowinkami. Ludzie dość szybko przekonują się o słabości „filmówek”, a renoma zakładu sprawia, że odwiedzają go zarówno zwykli mieszkańcy Krakowa, jak i osobistości z pierwszych stron gazet. Charakterystyczną cechą atelier nadal są specjalnie zaaranżowane wnętrza, wyposażone w rekwizyty, meble, fotele i malowane ręcznie tła fotograficzne, na których dominują klasyczne motywy krajobrazowe lub architektoniczne.

– W atelier dziadka, a potem mojej mamy Haliny, robiono zdjęcia prawdziwym znakomitościom. Dziadek Zygmunt fotografował prezydenta Ignacego Mościckiego, kardynała Adama Sapiehę, Wincentego Witosa, Ludwika Solskiego, Mieczysławę Ćwiklińską, Henryka Sienkiewicza czy Jana Kiepurę. Mama miała całą kolekcję fotografii artystów z kabaretu Zielony Balonik z Jamy Michalikowej, regularnie robiła im zdjęcia. Dziadek Zygmunt zrobił też marszałkowi Piłsudskiemu dużą sesję na Wawelu – opowiada Barbara.

Podczas sesji fotograficznych nie wszystko zawsze szło gładko. Jerzy Buzek-Garzyński wspomina rodzinną anegdotę uwieczniającą artystyczne roztrzepanie protoplasty rodu.

– Pierwszy zakład dziadka znajdował się przy ulicy Sławkowskiej pod szóstką, naprzeciwko sklepu Foto-Optyka, gdzie sprzedawano klisze fotograficzne. A że dziadek był artystą pełną gębą i często bujał w obłokach, zdarzało się, że zapominał je kupić. Kiedy jednak pojawiał się klient, nigdy się przed nim do tego nie przyznawał, tylko jak gdyby nigdy nic sadzał go, ustawiał i „robił zdjęcie”. Prosił później klienta, aby wrócił po wykonaną fotografię za kilka godzin, najlepiej w tym samym ubraniu. Gdy ten wychodził z zakładu, dziadek biegł kupić kliszę, a podczas odbioru zdjęcia tłumaczył modelowi, że zrobił tak przedziwną minę i wypadł tak niekorzystnie, iż sesję trzeba koniecznie powtórzyć.

Naprzeciwko zakładu Foto Garzyński, pod numerem 5/7, znaj­dował się także słynny krakowski Grand Hotel. W dwudziestoleciu międzywojennym w hotelowej kawiarni spotykała się elita intelektualna Krakowa. Do legendy przeszedł stolik, przy którym przesiadywali Zofia i Zdzisław Jachimeccy – profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i jego piękna żona, tłumaczka literatury włoskiej i francuskiej, muza artystów uwieczniona w portretach między innymi przez Witkacego, Teodora Axentowicza, Wojciecha Kossaka i Józefa Mehoffera. W „Grandzie” rozgrywa się też akcja znanej powieści Tadeusza Kurtyki „Zaklęte rewiry” powstałej w 1936 roku. Jej autor, piszący pod pseudonimem Henryk Worcell, pracował w kawiarni jako kelner i zapewne obsługiwał również ekscentrycznego mistrza fotografii, gdyż Zygmunt Garzyński był tam stałym bywalcem.

– Dziadek był prawdziwym krakowskim bon vivantem, jeździł po mieście żółtym kabrioletem. Ubierał się także nietuzinkowo. Zakładał fioletowy garnitur, a do tego żółtą kamizelkę, zawsze miał muszkę i na błysk wypolerowane buty. Wieczory spędzał zazwyczaj w „Grandzie” lub „Żywcu”. Wcześniej szedł do zakładu babci, aby dała mu pieniądze na drobne wydatki. To ona bowiem trzymała kasę. Jak Garzyński podążał na Floriańską po drobne od żony, wiadomo było, że jest dziewiętnasta. Potem dziadek siedział w kawiarni i przyglądał się dziewczętom. Znany był z tego, że lubił robić zdjęcia pięknym kobietom, niekoniecznie biorąc za to pieniądze – opowiada Barbara.

Żona Julia akceptowała artystyczną naturę swojego męża. Była kobietą wyzwoloną – jako pierwsza w Krakowie jeździła na motorze, do tego w spodniach – i nie protestowała, kiedy jej ukochany Zygmunt wpadł na pomysł dość osobliwej jak na tamte czasy reklamy. W swojej gablotce usytuowanej na rogu ulicy Szewskiej i Rynku umieścił zdjęcia roznegliżowanych modelek.

– Nie były to takie akty, jakie robi się współcześnie, ale i tak wywołały olbrzymią sensację w Krakowie! W latach trzydziestych wokół Rynku i Szewską jeździł tramwaj i ta prowokacyjna zawartość gabloty sprawiła, że tłum gapiów zablokował ruch. Amatorów śmiałych zdjęć musiała rozpędzać policja, chcąc zaprowadzić porządek – mówi Jerzy.

Zapotrzebowanie na dobrą fotografię jest duże, dlatego Garzyńscy otwierają sezonowe filie swojego krakowskiego zakładu w Krynicy i Zakopanem, gdzie głównie uwieczniają turystów. Świetnie prosperujący interes przerywa II wojna światowa. XVIII-wieczna kamienica przy Sławkowskiej 6 zostaje zaadaptowana przez Niemców na lokal dla urzędników Generalnego Gubernatorstwa. Zygmunt dostaje godzinę na wyprowadzkę i cały sprzęt fotograficzny przenosi do swojego drugiego zakładu na ulicę Floriańską. Jego renoma sprawia, że nawet gubernator Hans Frank sprowadza krakowskiego fotografa do swojej rezydencji na Wawelu, aby zrobił mu pamiątkowe zdjęcia…

Rodzina Garzyńskich szczęśliwie przetrwała wojnę. Pierwsze lata po okupacji nie zwiastują jednak niczego dobrego dla prywatnej inicjatywy. Na Floriańskiej urzędują Zygmunt i Julia razem z młodszą córką Haliną. Natomiast zakład przy ulicy Sławkowskiej 6, który po wojnie wrócił do rodziny, przejmuje starsza córka Danuta z mężem Jerzym Buzkiem – od tego momentu firma nosi nazwę Foto Buzek-Garzyński.

W 1954 roku komunistyczne władze stawiają Danucie ultimatum: albo będzie kontynuować działalność prywatną z nakazem natychmiastowej eksmisji, albo pozostanie w swoim lokalu jako kierowniczka państwowego Fotosu. Danuta Garzyńska-Buzek wybiera niezależność i przenosi się do trzydziestometrowego lokalu zastępczego przy ulicy Stradom 9.

– Za komuny, gdy nas gnębiono i zarzucano różnymi dziwnymi domiarami, zawsze marzyło mi się, że kiedy zmieni się ustrój, to wreszcie władze ustalą określony podatek i będę wiedział, ile mam płacić. W tamtym latach prywatne firmy odwiedzane były regularnie przez urzędników ze skarbówki. Negatywy chowaliśmy więc przed nimi w aparacie Globica, aby nie widzieli, ile zdjęć robimy – wspomina Jerzy, pokazując wielki, stojący pod ścianą aparat. Przypomina też sobie inne historie.

– W czasach PRL-u zabawne sytuacje zdarzały się z dygnitarzami, zwłaszcza wtedy, gdy ukradkiem przychodzili z dziećmi wystrojonymi do Pierwszej Komunii Świętej. Fotografie powstawały w tajemnicy, potem oni zawsze prosili, by nie umieszczać ich w gablotce, która wisiała na zewnątrz zakładu. Wtedy jeszcze nie było ustawy o ochronie danych osobowych, więc sami decydowaliśmy, jakie zdjęcia eksponujemy – uśmiecha się.

Okres PRL miał również i dobre, mniej mroczne strony. Niewesołe czasy solidaryzowały i cementowały środowisko.

– Wszyscy krakowscy fotografowie, mimo że byli dla siebie dużą konkurencją, jednak się przyjaźnili. Największą przyjaciółką mojej mamy Haliny była pani Danuta Konaszewska, jej największa konkurentka. Fotografów skupiał prężnie działający cech, wspólnie walczyli o swoje prawa, spotykali się towarzysko. Mama przez jakiś czas była cechmistrzem. Teraz cech nie jest już tak prężny, odkąd zniesiono obowiązek przynależenia do niego, wszystko się jakoś rozeszło – mówi z pewną nostalgią Barbara.

W połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku Zygmunt mówi w końcu „dość” – dobiega osiemdziesiątki i postanawia przejść na emeryturę. Nadal jednak codziennie dogląda interesu.

Julia i Halina, Danuta i Jerzy. Cienie i blaski czasów PRL-u

Kiedy Zygmunt Garzyński umiera, w lipcu 1969 roku, zakład na ulicy Floriańskiej prowadzi jego żona z córką Haliną, która później przeniesie się na ulicę św. Marka i zmieni nazwę pracowni na Foto Garzyńska.

Lata siedemdziesiąte to początek fotografii kolorowej.

– Pamiętam, że pierwsze zdjęcie kolorowe wykonane przez nas przedstawiało żołnierza w czerwonym berecie na niebieskim tle. Wtedy mieliśmy dostęp tylko do krajowych papierów – ich jakość była tragiczna. A zagraniczne były tak drogie, że nawet nie można było o nich marzyć. Powstał wówczas Ogólnopolski Komitet Fotografów – zrzucaliśmy się wszyscy na dolary, gdyż istniała jakaś luka prawna, którą skrzętnie wykorzystaliśmy. Tę walutę prywatnym samochodem przewożono do zachodnich Niemiec, gdzie w siedzibie AGFY [producent akcesoriów fotograficznych – dop. aut.] kupowało się komponenty do produkcji lepszego papieru. Zawoziło się je później do Fotosu, polskiej państwowej firmy produkującej papier. Oczywiście, ten wyprodukowany na nasze specjalne zamówienie był dystrybuowany tylko wśród tych, którzy się zrzucili. Trzeba się było wtedy ostro nakombinować – opowiada Jerzy Buzek-Garzyński. Mimo to nie ukrywa, że „czuje nostalgię za starą fotografią”.

– Kiedyś należało odpowiednio oświetlić, ustawić, wykadrować i wiedzieć, kiedy nacisnąć migawkę. Na kliszy znajdowało się szesnaście klatek, z czego piętnaście musiało być dobrych – tłumaczy i dodaje: – Dawniej wizyta w studiu fotograficznym miała większą magię. Klient był bardziej przejęty, skupiony, wiedział, że chce utrwalić coś dla potomnych. W Krakowie zostały już chyba tylko cztery firmy, które mają tradycję i renomę, mnóstwo za to jest takich, w których stoją bezduszne maszyny, w kilka sekund robiące zdjęcie. One bardzo zepsuły nasz rynek i do tego robią fatalne fotografie. Wystarczy usiąść, pan lub pani mówią: „proszę spojrzeć” i już jest zdjęcie. Często ludzie są potem z tych zdjęć niezadowoleni i nic dziwnego, że nawet nie przyjdzie im do głowy, aby przyjść do prawdziwego studia fotograficznego z rodziną i zrobić sobie pamiątkową fotografię. Boją się, że wyjdą na niej równie źle. Szczerze jednak powiem, że ci, którzy już do nas dotrą, to nas nie opuszczają. Mało jest jednak krakowskich rodzin z tradycjami, które robią sobie dzisiaj wspólne zdjęcia. Jeśli już się zdarzają, to nie dostają od nas tych zdjęć na płycie czy innym nośniku, ale na papierze, w ładnym albumie. Warto jest mieć tradycyjne zdjęcia, wtedy możemy mieć pewność, że taka rodzinna pamiątka w albumie przetrwa, nie zniknie.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Zdjęcie ślubne Julii i Zygmunta Garzyńskich. Fot. Archiwum rodzinne

Akt kupna zakładu fotograficznego przy ulicy Sławkowskiej 6. Zygmunt Garzyński wraz z żoną Julią zapłacili za niego 12000 koron. Fot. Archiwum rodzinne

Julia Garzyńska w studiu przy ulicy Sławkowskiej 6, lata 20. XX wieku. Fot. Archiwum rodzinne

Logo rodzinnej firmy Garzyński. Fot. Archiwum rodzinne

Eleganckie wnętrze studia przy ulicy Sławkowskiej 6. Fot. Archiwum rodzinne

Krakowskie gwiazdy chętnie robiły sobie zdjęcia studyjne u Garzyńskiego, które potem zamieszczały gazety. Fot. Archiwum rodzinne

Jan Łazarski, brat Julii – srebrny medalista olimpijski, Paryż 1924 rok. Fot. Archiwum rodzinne

Kardynał Adam Sapieha, portret wykonany w studiu Garzyńskich. Fot. Archiwum rodzinne

Autobusy (m.in. autobus odkryty) – własność Krakowskiej Spółki Tramwajowej przed Grand Hotelem w Krakowie, w którym częstym gościem był Zygmunt Garzyński. 1930 rok. Fot. NAC

Sala restauracyjna w Grand Hotelu, marzec 1928 rok. Tutaj bywał znany krakowski fotograf i ówczesne gwiazdy. Fot. NAC

Reklama materiałów fotograficznych Agfa. Fot. Archiwum rodzinne

Reklama materiałów fotograficznych Agfa. Fot. Archiwum rodzinne

Aparat fotograficzny Leica najczęściej używany przez fotografów ulicznych zwanych niegdyś laikażami. Fot. Archiwum rodzinne

Danuta Garzyńska-Buzek jako mała dziewczynka. Zdjęcie ukazało się w gazecie „Światowid”. Fot. Archiwum rodzinne

Siostry Danuta i Halina Garzyńskie w marynarskich strojach. Fot. Archiwum rodzinne

Halina i Danuta Garzyńskie, lata 30. XX w. Fot. Archiwum rodzinne

Zygmunt Garzyński, lata 40. XX w. Fot. Archiwum rodzinne

Zygmunt Garzyński, Jerzy Buzek-Garzyński i Jan Kański, lata 60. XX wieku. Fot. Archiwum rodzinne

Danuta z ojcem Zygmuntem Garzyńskim na balu. Fot. Archiwum rodzinne

Julia i Zygmunt Garzyńscy, rok 1968. Fot. Archiwum rodzinne

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz