Wydawca: Ośrodek Karta Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 393 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Polski wir I wojny - Opracowanie zbiorowe

Sto lat temu europejską wojnę nasi przodkowie przyjęli jako szansę. Jej etapy niosły Polsce nieszczęścia, ale finał drogi - od niebytu do samostanowienia - okazał się radosny. Piłsudski wskrzeszał kraj, tworząc jego wojsko, każdy sojusz z czasów wojny mógł skończyć się tragicznie. Rok 1918 przyniósł jednak niepodległość. Przedstawiamy polskie dążenie i determinację w odzyskiwaniu podmiotowości narodowej.

Opinie o ebooku Polski wir I wojny - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Polski wir I wojny - Opracowanie zbiorowe

XX WIEK. ZBLIŻENIA

POL­SKI WIR I WOJ­NY

1914–1918

OPRA­CO­WAŁA

Agniesz­ka Dębska

WAR­SZA­WA 2014

Co­py­ri­ght by Ośro­dek KAR­TA, 2014

ISBN 978-83-64476-21-1

WYBÓR I OPRA­CO­WA­NIE, KO­OR­DY­NA­CJA: Agniesz­ka Dębska

WSPÓŁPRA­CA RE­DAK­CYJ­NA: Mar­ta Mar­kow­ska, Mar­cin Czaj­kow­ski

KON­SUL­TA­CJA HI­STO­RYCZ­NA: prof. dr hab. An­drzej Choj­now­ski

KWE­REN­DY TEK­STO­WE: Mar­cin Czaj­kow­ski, Ar­tur Kłus, Do­ro­ta Kruk, Małgo­rza­ta Ku­dosz, Pa­tryk Ma­kul­ski, Emi­lia Ma­tu­szew­ska, Emi­lia Wileńska-Skwa­rzec, Mo­ni­ka Żyła oraz zespół al­bu­mu Rok 1918. Od­zy­ski­wa­nie Nie­pod­ległej (2008)

IKO­NO­GRA­FIA: Ka­ro­li­na An­drze­jew­ska

PRO­JEKT OKŁADKI I OPRA­CO­WA­NIE TY­PO­GRA­FICZ­NE: to/stu­dio

SKŁAD: Tan­dem Stu­dio Piotr Suwiński

ZDJĘCIA NA OKŁADCE: s. I – Pa­trol 1 Pułku Ułanów Le­gionów Pol­skich, 1915. Fot. Cen­tral­ne Ar­chi­wum Woj­sko­we; s. IV – Ułan z 1 Pułku Ułanów, 1915. Fot. Bi­blio­te­ka Na­ro­do­wa

OŚRO­DEK KAR­TA: ul. Na­rbut­ta 29, 02-536 War­sza­wa, tel.: (+48) 22-848-07-12, fax: (+48) 22-646-65-11, e-mail: ok@kar­ta.org.pl, www.kar­ta.org.pl

DO­FI­NAN­SO­WA­NO ZE ŚRODKÓW MI­NI­STRA KUL­TU­RY I DZIE­DZIC­TWA NA­RO­DO­WE­GO

PART­NER PRO­JEK­TU:

PRO­JEKT WSPAR­LI: Zbi­gniew Ja­necz­ko, Ar­ka­diusz Piotr Le­nar­to­wicz, Ma­ciej Pi­li­chow­ski, Ja­nusz Pru­siński, Kan­ce­la­ria Ad­wo­kac­ka Sta­nisław Gawiński

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Od Wy­daw­cy

Pierw­sza woj­na to nie pre­hi­sto­ria. Cho­ciaż nikt z nas jej nie pamięta, wy­ra­sta­my wprost z jej dy­le­matów i roz­strzy­gnięć. Przed stu laty zaczęliśmy zbio­ro­wo określać swój sto­su­nek do po­ten­cjal­ne­go państwa; do sąsiadów-za­borców – w sy­tu­acji, gdy fakt, że byli najeźdźcami, zda­wał się już nie­co blednąć; do własnych wi­zji lep­szej przyszłości. Po­la­cy go­to­wi byli się wte­dy zgo­dzić, że bez woj­ny nie będzie Rzecz­po­spo­li­tej, a za­tem – że woj­na nie jest tyl­ko złem. Stanęli jed­nak wo­bec naj­cięższe­go doświad­cze­nia.

Ta woj­na to przełom pol­skie­go losu. Wcześniej prze­mie­la­ny na drob­ne, in­a­czej przez każdego z za­borców, po jej zakończe­niu – ru­szył po po­nad stu­le­ciu, gwałtow­nie zbie­rając swe dro­bi­ny w spójną całość. Gdy te­raz, od 25 lat, Pol­ska nie­pod­legła może w nie­skrępo­wa­ny sposób do­określać swą tożsamość, po­win­na wra­cać do po­przed­nie­go ćwierćwie­cza (1914–39), w którym nasi przod­ko­wie wy­ku­wa­li ją z za­borczej nie­rze­czy­wi­stości. Wy­ku­li tak, że prze­trwała i II wojnę, i Pe­erel – długie półwie­cze osłabiających ją ide­olo­gii.

W sen­sie mi­li­tar­nym I woj­na dla Pol­ski była wyłącznie nieszczęściem – niosła ka­ta­klizm: śmierć, wypędze­nie, ruinę. Pol­ski żołnierz, nowa jakość po po­przed­nim stu­le­ciu, to – przy na­wet wzor­co­wej wa­lecz­ności – byt ra­czej sym­bo­licz­ny. Choć każdy ówcze­sny so­jusz, w imię którego wal­czył, był dwu­znacz­ny, sku­tecz­ność bi­tew­na działała jed­nak na rzecz po­stu­lo­wa­nej państwo­wości. Fi­nal­nie roz­strzy­gał o niej wy­miar społecz­ny i po­li­tycz­ny woj­ny – de­ter­mi­na­cja w zbio­ro­wym zdo­by­wa­niu pod­mio­to­wości na­ro­do­wej. Z niej na­ro­dziło się państwo.

Przed­sta­wia­my klu­czo­we dla współcze­snej Pol­ski lata 1914–18, wi­dzia­ne przez tych, którzy określili na­stające po­tem, na­sze wspólne stu­le­cie. Zbio­ro­wy pol­ski dzien­nik tam­te­go cza­su pro­wa­dzi przez ko­lej­ne eta­py rze­czy­wi­stości wo­jen­nej; na na­szych zie­miach wy­zna­czała swe pola bi­tew­ne, ale też – w następujących po so­bie odsłonach – in­a­czej za­po­wia­dała możliwe od­ro­dze­nie kra­ju. To, jak prze­szliśmy przez te eta­py i w ja­kiej kon­dy­cji za­mknęliśmy tę zwy­cięską dla nas wojnę, przesądziło i o dwóch de­ka­dach wol­ności, i o następnych – znie­wo­le­nia.

Pol­ska wra­cająca do nie­pod­ległego bytu, jako so­jusz­nik zwy­cięzców w 1918 roku – to nie była sy­tu­acja oczy­wi­sta ani na­wet praw­do­po­dob­na. De­cy­do­wały i wa­run­ki zewnętrzne, na które umie­li wpłynąć pol­scy przed­sta­wi­cie­le na Za­cho­dzie, i de­ter­mi­na­cja w kra­ju, gdzie wymęcze­nie wojną nie osłabiło woli sa­mo­sta­no­wie­nia. Wiel­kie za­wi­ro­wa­nie lat wo­jen­nych, w którym mie­szały się pol­skie ra­cje i które sta­wiało Po­laków nie tyl­ko z bro­nią po prze­ciw­nych stro­nach frontów, ale też w nie­jed­nym kon­flik­cie ide­owym czy po­li­tycz­nym – przy­niosło w końcu wspólne for­mo­wa­nie Nie­pod­ległej.

Dzi­siaj I woj­na świa­to­wa, jak zresztą każda woj­na przeszła lub możliwa, jawi się nam, współcze­snym, jako skończo­ne zło. Po­la­cy w III Rzecz­po­spo­li­tej nie mo­gli­by ra­czej do­strzec w ja­kiej­kol­wiek po­ten­cjal­nej woj­nie cze­goś do­bre­go. Żyje­my w po­ko­ju, co­raz bar­dziej do­ce­niając za­ni­ka­nie (mimo pa­to­lo­gicz­nych epi­gonów) wście­kle-agre­syw­ne­go ob­li­cza ludz­kości. War­to pojąć, dlacze­go sto lat temu – przed II Rzecz­po­spo­litą – było in­a­czej, a w eu­ro­pej­skiej woj­nie przod­ko­wie wi­dzie­li szansę także dla nas, po­tom­nych.

Zbi­gniew Glu­za

Nie­pod­ległość Pol­ski nie jest chi­merą poetów i nie jest punk­tem par­tyj­ne­go pro­gra­mu, lecz jest po­wie­trzem żywotwórczym, bez którego płuca pol­skie nie mogą od­dy­chać […]. Mu­si­my wszy­scy […] odwrócić się od myśli, że sprawę Pol­ski można wyżebrać, wy­sza­chro­wać, wy­cze­kać.

Ste­fan Żerom­ski

Przed­woj­nie

LICZ­NE KRY­ZY­SY, KTÓRE WSTRZĄSAŁY EU­ROPĄ W PIERW­SZYCH LA­TACH XX WIE­KU (W TYM – DWIE WOJ­NY BAŁKAŃSKIE, W 1912 I 1913 ROKU), ZA­PO­WIA­DAŁY NA­DEJŚCIE POWAŻNIEJ­SZE­GO PRZE­SI­LE­NIA. NA ZIE­MIACH POL­SKICH – PO­DZIE­LO­NYCH NA RO­SYJ­SKIE KRÓLE­STWO POL­SKIE, AU­STRIACKĄ GA­LICJĘ I NALEŻĄCĄ DO PRUS WIEL­KO­POLSKĘ – OCZE­KI­WA­NO GO Z NIE­PO­KO­JEM, ALE I NA­DZIEJĄ, ŻE KON­FLIKT POMIĘDZY DO­TYCH­CZA­SO­WY­MI ZA­BOR­CA­MI STWO­RZY WA­RUN­KI DO OD­BU­DO­WY NIE­POD­LEGŁEGO PAŃSTWA. TO, W OPAR­CIU O KTÓREGO Z ZA­BORCÓW TEJ OD­BU­DO­WY BĘDZIE MOŻNA DO­KO­NAĆ, STA­NO­WIŁO PRZED­MIOT PO­LI­TYCZ­NYCH SPORÓW POMIĘDZY PRO­RO­SYJ­SKO NA­STA­WIO­NY­MI NA­RO­DO­WY­MI DE­MO­KRA­TA­MI, A PROAU­STRIACKĄ LE­WICĄ NIE­POD­LEGŁOŚCIOWĄ. Z TĄ OSTAT­NIĄ POWIĄZANE BYŁY DZIAŁAJĄCE W GA­LICJI OR­GA­NI­ZA­CJE PA­RA­MI­LI­TAR­NE (LICZĄCE KIL­KA­NAŚCIE TYSIĘCY CZŁONKÓW) – W TYM ZWIĄZEK STRZE­LEC­KI POD WODZĄ JÓZEFA PIŁSUD­SKIE­GO.

ˆˇˆˇ

Ja­nusz No­wi­na w ar­ty­ku­le Nie­pod­ległość i całokształt prac dla niej w mie­sięczni­ku „Rzecz­po­spo­li­ta”:

Jest już mo­ment ku temu ostat­ni, że w między­ak­cie tra­ge­dii dzie­jo­wej, który przeżywa­my obec­nie, nim za­grzmi zno­wu huk dział, podjąć win­niśmy trudną, ale ko­nieczną pracę myśli, spoj­rzeć w oczy pro­ble­mo­wi, który jest pro­ble­mem bytu lub nie­by­tu na­ro­du pol­skie­go i sta­rać się go roz­wiązać myślowo, za­nim przystąpimy do sze­ro­ko ujętej i poważnej ak­cji.

[…]

Idea nie­pod­ległości win­na być du­chem prze­ni­kającym i ożywiającym wszyst­ko, co na zie­mi pol­skiej ist­nie­je. In­a­czej po­je­dyn­cze gałązki prze­jawów życio­wych schnąć muszą lub wy­krzy­wiać się w kie­run­ku zgub­nych kom­pro­misów.

War­sza­wa, sty­czeń [179]

Płk Ju­liusz Rómmel (Po­lak, ofi­cer ar­mii ro­syj­skiej):

Początek roku 1914 był pod względem po­li­tycz­nym bar­dzo nie­spo­koj­ny. Na Bałka­nach zbie­rały się chmu­ry, cała Eu­ro­pa przysłuchi­wała się i od­czu­wała zbliżającą się burzę. Dy­plo­ma­cja au­striac­ka szła na całego, aby móc zna­leźć ja­kieś po­wo­dy do za­gar­nięcia całej Ser­bii, li­czyła na to, że Ro­sja nie odważy się na wojnę, wiedząc, że za Au­strią stoją Niem­cy, związane z nią so­ju­szem woj­sko­wym.

Pe­ters­burg [178]

Z ar­ty­kułu w „Ku­rie­rze Po­znańskim”:

„Ide­olo­gia” p. [Władysława] Stud­nic­kie­go i Ko­mi­sji Tym­cza­so­wej* orze­ka, że je­dy­nym na­szym od­wiecz­nym wro­giem – Ro­sja; z Pru­sa­mi należy za­wrzeć przy­mie­rze, od­wra­cając ich in­stynk­ty za­bor­cze od ziem pol­skich, a skie­ro­wując ich eks­pansję ku za­gad­nie­niom tzw. bli­skie­go wscho­du. Kto tej ide­olo­gii nie uzna­je, ten mo­ska­lo­fil, ten zdraj­ca i z tym załatwi się Ko­mi­sja Tym­cza­so­wa, sko­ro wy­bi­je go­dzi­na.

Za­prawdę, nie od­da­wa­liśmy i nie od­da­je­my się złudze­niom co do Ro­sji, jej ro­zu­mu po­li­tycz­ne­go i jej in­ten­cji wo­bec na­ro­du pol­skie­go. Ale nie­za­leżnie od tego mu­si­my orien­tację Ko­mi­sji Tym­cza­so­wej i jej „hi­sto­ry­ka” p. Stud­nic­kie­go na­zwać bez­myślnym nie­uc­twem.

Dziec­ko, uczące się po raz pierw­szy dziejów Pol­ski – Pol­ski przed­hi­sto­rycz­nej, państwo­wej i po­roz­bio­ro­wej, musi od­czuć i zro­zu­mieć, że od­wiecz­nym wro­giem pol­skości jest przede wszyst­kim świat ger­mański; wro­giem czy­hającym od za­cho­du na naszą zagładę już wówczas od daw­na, gdy nie­bez­pie­czeństwo wschod­nie w ogóle jesz­cze nie ist­niało, wro­giem sto­kroć mędrszym, sys­te­ma­tycz­niej­szym i, nie wa­haj­my się po­wie­dzieć, groźniej­szym, wro­giem ota­czającym nas ze wszech stron moc­nym ko­li­skiem in­tryg i czu­wającym bez wy­tchnie­nia nad tym, by w klesz­cze ujęty był nie tyl­ko żywioł pol­ski w państwie pru­skim, lecz cały naród pol­ski, gdzie­kol­wiek od­dy­cha, pra­cu­je, żyje.

Po­znań, 10 stycz­nia [109]

Józef Piłsud­ski, „Mie­czysław” (Ko­men­dant Główny Związku Strze­lec­kie­go) w roz­ka­zie do ko­mend miej­sco­wych Związku Strze­lec­kie­go:

Pięćdzie­siąt [51] lat temu oj­co­wie nasi w ciemną noc stycz­niową ze­rwa­li się do tej wal­ki, do której i my, ich sy­no­wie, się spo­so­bi­my. Rocz­ni­ca naj­bliższe­go w cza­sie i tym droższe­go na­sze­mu ser­cu, że przez tchórzo­stwo pol­skie tyle hańbio­ne­go i ośmie­szo­ne­go boju, nie po­win­na w na­szych sze­re­gach minąć bez śladu.

Roz­ka­zuję prze­to, co następuje:

1. Wszyst­kie podwładne mi or­ga­ni­za­cje strze­lec­kie mają w ciągu ty­go­dnia, w którym przy­pa­da dzień 22 stycz­nia, odbyć noc­ne ćwi­cze­nia stycz­nio­we.

2. Zbiórka win­na być wszędzie prze­pro­wa­dzo­na w sposób mo­bi­li­za­cyj­ny, czy­li że w noc wy­braną przez ko­mendę miej­scową od­dział ma być nie­spo­dzia­nie zmo­bi­li­zo­wa­ny dla ćwi­cze­nia.

3. Spe­cjal­na uwa­ga win­na być zwrócona na szyb­kość i spraw­ność mo­bi­li­za­cyjną. Pamiętać należy, iż od ta­kiej właśnie spraw­ności zależy najczęściej po­wo­dze­nie przed­sięwzięć po­wstańczych. Pamiętać należy, iż w noc, której pamięć czcić mamy, nie­udały wy­nik działań zbroj­nych spo­wo­do­wa­ny zo­stał w znacz­nej mie­rze niespraw­nością mo­bi­li­za­cyjną spi­sko­wych, których czwar­ta część za­le­d­wie sta­wiła się na punk­ty zbor­ne!

Lwów, 12 stycz­nia [165]

Z ar­ty­kułu w „Ku­rie­rze Lwow­skim”:

Naj­większym bra­kiem współcze­snej Pol­ski jest brak lu­dzi czy­nu, to jest sa­mo­dziel­nych, twórczych or­ga­ni­za­torów życia pol­skie­go w różnych dzie­dzi­nach. […]

Brak lu­dzi czy­nu ściśle się łączy z bra­kiem własnej or­ga­ni­za­cji państwo­wej, bo tyl­ko własne państwo może być ko­lebką nor­mal­nie roz­wi­jającego się społeczeństwa. Naszą nie­wolę po­li­tyczną może każdy wy­czy­tać z twa­rzy Po­la­ka, która nie jest ob­li­czem wol­ne­go człowie­ka. Piętno nie­woli od­bi­ja się na na­szej twa­rzy, w tem­pie na­sze­go życia, w spo­so­bie myśle­nia i od­czu­wa­nia. Nie­wo­la za­bi­ja, dez­or­ga­ni­zu­je i pod­li, nie­wola wy­cho­wu­je prze­ciętny typ człowie­ka bier­ne­go, uległego, skarżącego się, a taki typ jest an­ty­tezą człowie­ka czy­nu, który musi mieć sze­ro­ki od­dech i sze­ro­ki ob­szar działania. […]

Jedną z naj­większych wad na­sze­go wy­cho­wa­nia, nie tyl­ko szkol­ne­go, ale i oby­wa­tel­skie­go, jest zbyt da­le­ko po­su­nięta ku­ra­te­la nad człowie­kiem. U nas roz­wi­jająca się in­dy­wi­du­al­ność człowie­ka musi być od sa­me­go początku wtłoczo­na w pe­wien ściśle określony sza­blon, poza który wyjść nie wol­no, bo in­a­czej popełnia się grzech śmier­tel­ny prze­ciw „prze­pi­som” szkol­nym, kościel­nym, urzędo­wym… […]

Ta nieszczęsna ku­ra­te­la, ciążąca nad całym na­szym życiem, za­bi­ja nam lu­dzi czy­nu jesz­cze w wie­ku młodzieńczym. Ulu­bio­nym ty­pem w na­szych szkołach jest isto­ta po­kor­na, bier­nie spełniająca wolę „przełożonych”, mier­nie zdol­na, ale za to ide­al­nie „pod­ku­ta” i mająca wszel­kie kwa­li­fi­ka­cje na przyszłą mier­notę życiową, dla której ide­alną formą bytu będzie „au­to­ma­tycz­ny awans”.

Lwów, 24 stycz­nia [96]

Alek­san­der Skar­bek (wi­ce­pre­zes Koła Pol­skie­go** w par­la­men­cie au­striac­kim) w wy­wia­dzie dla ber­lińskie­go dzien­ni­ka „Die Zeit”:

Obec­nie po­li­ty­ka rządu ro­syj­skie­go żadną miarą nie wska­zu­je, ja­ko­by mia­no w ja­ki­kol­wiek sposób zmie­nić kurs do­tych­cza­so­wy, zmie­rzający do uci­ska­nia Po­laków. […] Dążność zru­sy­fi­ko­wa­nia wszyst­kie­go od­bi­ja się naj­wy­raźniej w szkol­nic­twie. W Króle­stwie Pol­skim nie ma uni­wer­sy­te­tu pol­skie­go. Nie ma gim­nazjów państwo­wych z języ­kiem wykłado­wym pol­skim. Szkoły lu­do­we są ro­syj­skie. […] Na Li­twie i w gu­ber­niach małoru­skich za­ka­za­no udzie­la­nia pry­wat­nej na­uki pol­skiej. Każdy, kto prze­kra­cza ten za­kaz, ule­ga su­ro­wym ka­rom. Także w dzie­dzi­nie kościel­nej po­wta­rzają się licz­ne prześla­do­wa­nia. Rząd ro­syj­ski dąży do szko­dze­nia żywiołowi pol­skie­mu na każdy możliwy sposób pod względem go­spo­dar­czym. […]

O ja­kiej­kol­wiek au­to­no­mii w Króle­stwie Pol­skim nie można mówić. Praw­da, że ist­nie­je za­miar udzie­le­nia sa­morządu mia­stom, ale języ­kiem urzędo­wym ma być wyłącznie ro­syj­ski. […] Au­stria po­sia­da sym­pa­tie wszyst­kich Po­laków, Ro­sja na­to­miast ta­kich sym­pa­tii nie po­sia­da. Sym­pa­tie dla Au­strii były w Króle­stwie Pol­skim na­wet bar­dzo wiel­kie. Nie­ste­ty po­li­ty­ka pru­ska prze­ciw­ko Po­lakom w Po­znańskiem do­pro­wa­dziła do tego, że sym­pa­tie w Króle­stwie Pol­skim odnośnie do sprzy­mie­rzo­nej z Pru­sa­mi Au­strii także nie­co ochłodły. Po­la­cy w Ga­li­cji umieją do­sko­na­le cenić war­tość państwa kon­sty­tu­cyj­ne­go, opie­rającego się na spra­wie­dli­wości i uzna­niu praw na­ro­do­wych. Nie ma żad­ne­go stron­nic­twa, które mogłoby wzdy­chać do państwa tak nie­spra­wie­dli­wie rządzo­ne­go, jak Ro­sja.

Wie­deń, 4 lu­te­go [110]

Z ar­ty­kułu w „Ilu­stro­wa­nym Ku­rie­rze Co­dzien­nym”:

Naprężenie nie­miec­ko-ro­syj­skie! Tym alar­mem roz­brzmie­wają dziś nie­miec­kie dzien­ni­ki, a alarm ten bu­dzi w świe­cie po­li­tycz­nym, przede wszyst­kim w Niem­czech, wiel­ki nie­pokój. Nie­pokój uza­sad­nio­ny. Gdy się zważy na nad­zwy­czaj zażyłe sto­sun­ki ro­syj­sko-nie­miec­kie, wzmoc­nio­ne na­wet po­kre­wieństwem dy­na­stii; gdy zwróci się uwagę na kie­row­niczą rolę, jaką w po­li­ty­ce ro­syj­skiej od­gry­wał Ber­lin, to na­wet wieść o oziębie­niu pomiędzy Niem­ca­mi a Rosją mogłaby bu­dzić uza­sad­nio­ne zdu­mie­nie. Obec­nie zaś nie ma już mowy o oziębie­niu, lecz o – naprężeniu wza­jem­nych sto­sunków dwóch przy­ja­ciół ser­decz­nych, cara Mikołaja i ce­sa­rza Wil­hel­ma.

[…] Tam zaś, gdzie star­cie ta­kie ist­nie­je, można ocze­ki­wać rze­czy naj­gor­szych, naj­nie­bez­piecz­niej­szych, nie wyłączając na­wet możliwości kon­flik­tu zbroj­ne­go. Taki kon­flikt pomiędzy Rosją a Niem­ca­mi nie mógłby nie pod­ważyć po­ko­ju ogólno­eu­ro­pej­skie­go. […]

Ro­zu­mie się, o ile by star­cie to nastąpiło, byłoby ono wiel­kim po­stra­chem, wiel­kim nie­bez­pie­czeństwem dla zbrojącej się od stóp do głów Eu­ro­py. Byłaby to jed­na z tych groźnych he­ka­tomb, które po­zo­sta­wiają głęboki ślad w hi­sto­rii świa­ta. Dla nas jed­nak byłaby ona mniej strasz­na. Prze­ciw­nie – otwo­rzyłaby ona przed nami nowe ho­ry­zon­ty na­dziei, gdyż nie uścisk ser­decz­ny dwóch za­borców, ale ich jak naj­ostrzej­sze star­cie daje nam szan­se za­bra­nia głosu w na­szej spra­wie, podjęcia od­bu­do­wy Pol­ski nie­pod­ległej.

Kraków, 7 lu­te­go [187]

Józef Piłsud­ski pod­czas od­czy­tu O pol­skim ru­chu strze­lec­kim:

Naród pol­ski wi­dzi w całej roz­ciągłości swą bez­sil­ność wo­bec per­spek­ty­wy woj­ny, która miała być sto­czo­na na jego zie­mi i która wydać go miała na łup Au­strii i Ro­sji. Tra­ge­dia jego prze­zna­czeń, ska­zująca go na pokaźne zwiększe­nie sze­regów woj­sko­wych trzech za­borców, może także po­sta­wić jego synów na­prze­ciw sie­bie we wro­gich sze­regach. Okrop­ność tej wi­zji, w sposób o wie­le dra­stycz­niej­szy niż wszel­kie ar­gu­men­ty lo­gicz­ne, roz­strzy­ga o roz­wo­ju or­ga­ni­za­cji woj­sko­wych. Licz­ba ich szyb­ko wzra­sta, a zna­cze­nie uwy­dat­nia się co­raz bar­dziej. Jeśli z początku opie­rały się one prze­ważnie na młodzieży in­te­li­genc­kiej, to obec­nie znaj­dują zwo­len­ników we wszyst­kich odłamach społeczeństwa, zwłasz­cza wśród lud­ności ro­bot­ni­czej i wiej­skiej. Zy­skując dla swej spra­wy te ele­men­ty, sta­no­wiące 7/8 członków, zdo­były pod­sta­wy moc­ne i pew­ne – i stają się siłą, z którą odtąd trze­ba się będzie li­czyć.

[…] Rozwój przy­go­to­wań woj­sko­wych dał już efek­ty po­zy­tyw­ne, nie­ule­gające wątpli­wości: sta­no­wi dla na­sze­go kra­ju pewną war­tość na ryn­ku po­li­tycz­nym Eu­ro­py, z którego kwe­stię polską po upad­ku po­wsta­nia 1863 roku bez­li­tośnie wy­kreślono. […] Je­dy­nie miecz waży dziś coś na sza­li losu na­rodów. Naród, który chciałby przy­mknąć oczy na tę oczy­wi­stość, prze­kreśliłby bez­pow­rot­nie swą przyszłość. Nie wol­no nam być ta­kim właśnie na­rodem. Ini­cja­to­rzy ru­chu woj­sko­we­go wska­za­li kra­jo­wi drogę, którą należy kro­czyć. Lecz osta­tecz­ny re­zul­tat zależy całko­wi­cie od in­ten­syw­ności zbio­ro­we­go wysiłku, od czyn­ne­go i upo­rczy­we­go współdziałania całego na­rodu.

Paryż, 21 lu­te­go [161]

Z ko­re­spon­den­cji z Wied­nia w „Dzien­ni­ku Po­znańskim”:

Wia­do­mości o próbnej mo­bi­li­za­cji w Ro­sji wywołują tu głębo­kie za­nie­po­ko­je­nie. Już oneg­daj w „Kölni­sche Ze­itung” ogłoszo­ny ar­ty­kuł wy­warł nie­zwykłe wrażenie, bo po raz pierw­szy – jak za­uważono – in­spi­ro­wa­ny or­gan nie­miec­ki wyraźnie wy­po­wie­dział, że zbro­je­nia ro­syj­skie kie­rują się prze­ciw Niem­com. Dotąd tak­ty­ka pra­sy nie­miec­kiej bywała kon­se­kwent­nie inna. Niem­cy sta­wały za­wsze w po­zie opie­ku­na Au­stro-Węgier, utrzy­my­wały fikcję, że ich własny sto­su­nek do Ro­sji jest jak naj­lep­szy, a wszyst­kie ro­syj­skie zbro­je­nia godzą tyl­ko w Au­strię. […] Dzien­nik nie­miec­ki przy­znał, że Niem­cy bro­nić muszą własnej skóry.

Wie­deń, 4 mar­ca [37]

Mi­chał So­kol­nic­ki (członek władz Związku Strze­lec­kie­go, współpra­cow­nik Józefa Piłsud­skie­go):

Opi­nia w Au­strii pragnęła po­ko­ju i – na­stra­ja­na umyślnym tu­ma­nie­niem pra­sy – jesz­cze bar­dziej łudziła sie­bie samą sztucz­nym pa­cy­fi­zmem; opi­nia pol­ska w Ga­li­cji szła na ogół za opi­nią Wied­nia. Opi­nia pol­ska w za­bo­rze ro­syj­skim chciała za wszelką cenę po­ko­ju i mo­dliła się o pokój, mając so­bie wmówio­ne przez de­kla­ma­torów ro­dzi­mych i przez ce­lo­we pod­szep­ty obce, że woj­na ozna­cza nowe po­działy i osta­teczną zgubę Pol­ski. Co gor­sza, ta­kież przed­wcze­sne po­ko­jo­we za­po­wie­dzi, sztucz­ne na­stro­je, opar­te na fałszy­wych da­nych, sze­rzo­ne były przez Wie­deń na użytek kół po­li­tycz­nych pol­skich. W ten sposób większość źródeł, z ja­kich się czer­pało in­for­ma­cje czy wy­mie­rzało ozna­ki nad­chodzącego cza­su, myliła i na­sta­wiała fałszy­wie. Na­stro­je tej zdra­dli­wej nie­praw­dy udzie­liły się kie­row­nic­twu or­ga­ni­za­cji woj­sko­wych. Ani Piłsud­ski, ani jego naj­bliżsi do­rad­cy po­li­tycz­ni wiosną 1914 nie ocze­ki­wa­li prędkie­go wy­bu­chu woj­ny.

Kraków, wio­sna [187]

Z ar­ty­kułu w „Ilu­stro­wa­nym Ku­rie­rze Co­dzien­nym”

Lat sto dwa­dzieścia mija od chwi­li, kie­dy Eu­ro­pa wy­kreśliła nas z mapy po­li­tycz­nej. Chwilę tę za­pi­sała w swej księdze Ne­me­zis [bo­gi­ni ze­msty] dzie­jo­wa jako jedną z naj­ohyd­niej­szych zbrod­ni, do­ko­na­nych w no­wo­cze­snych wie­kach.

Wiek upłynął, a kon­se­kwen­cje tego mor­du po­li­tycz­ne­go […] mszczą się na Eu­ro­pie. Hy­dra zbro­jeń nie­ustan­nych, mi­lio­ny lu­dzi stojących pod bro­nią, krwiożer­cze wyścigi, kto będzie mógł z ar­mat wy­rzu­cać cięższe po­ci­ski, ru­ina eko­no­micz­na i strach przed nad­chodzącym cza­sem, wstrząsający państwa­mi eu­ro­pej­ski­mi – oto ob­raz współcze­snej kul­tu­ry eu­ro­pej­skiej.

I nie na próżno strach ów łomo­ta w pier­siach gra­bieżców na­sze­go bytu państwo­we­go. Z gardła Ne­me­zis dzie­jo­wej bie­gnie oszałamiający, tra­gicz­ny okrzyk: „Czas i na was…”. […]

„Pol­ska zmar­twych­wsta­nie” – oto sa­kra­men­tal­ne słowa.

Kraków, 12 kwiet­nia [61]

Z ar­ty­kułu w „Ku­rie­rze Lwow­skim”:

Jeżeli nam na­sza szkoła i śro­do­wi­sko społecz­ne nie wy­cho­wa tward­szych cha­rak­terów i kon­se­kwent­nych, har­tow­nych, a nie­ustępli­wych twórców i or­ga­ni­za­torów życia – to my nig­dy nie sta­nie­my się na­ro­dem sa­mo­dziel­nym. Nie zbu­du­je nie­pod­ległej Pol­ski ten, kto nie umie silną wolą kie­ro­wać się w co­dzien­nym życiu, bo­wiem bu­do­wa­nie Pol­ski wy­ma­ga bo­ha­ter­stwa trwałego, a nas często nie stać na drob­ny choćby, ale kon­se­kwent­ny wysiłek.

Lwów, 17 kwiet­nia [97]

Sta­nisław Grab­ski (po­li­tyk ru­chu na­ro­do­we­go):

[Na zjeździe Rady Głównej Ligi Na­ro­do­wej***] Usta­li­liśmy so­bie de­fi­ni­tyw­nie, że zro­bi­my wszyst­ko, co będzie w na­szej mocy, by społeczeństwo pol­skie w zna­ko­mi­tej swej większości stanęło bez za­strzeżeń prze­ciw­ko Niem­com po stro­nie Trójpo­ro­zu­mie­nia****, łącznie z Rosją, wy­su­wając na front zadań po­li­ty­ki na­ro­do­wej ze­spo­le­nie trzech za­borów. Wy­cho­dzi­liśmy przy tym z założenia, że je­dy­nie prze­kreśle­nie dzieła roz­biorów i zjed­no­cze­nie wszyst­kich ziem Pol­ski, choćby na ra­zie pod rządami sa­mowład­nych carów, da na­ro­do­wi na­sze­mu do­sta­teczną siłę dla sku­tecz­nej wal­ki o od­zy­ska­nie z cza­sem sa­mo­dziel­ności państwo­wej.

[…] Re­al­nie zaś dać nam może zjed­no­cze­nie Pol­ski tyl­ko zwy­cięstwo Ro­sji nad Niem­ca­mi i Au­stro-Węgra­mi. Więc w każdym ra­zie trze­ba temu zwy­cięstwu po­ma­gać i na ra­zie głośno się tyl­ko jed­ne­go do­ma­gać: ze­spo­le­nia wszyst­kich ziem pol­skich. Przed­wcze­sne wy­su­wa­nie przez obóz an­ty­nie­miec­ki hasła nie­pod­ległości może je­dy­nie odstręczyć Rosję.

Wie­deń, 23 kwiet­nia [53]

Mi­chał So­kol­nic­ki:

Aż po mie­siące wio­sen­ne 1914 roku nie mie­li strzel­cy w zwy­cza­ju cho­dzić gro­mad­nie do kościoła. Nie żeby bez­bożnicy, ale z pew­nej prze­ko­ry. Woj­sko „od święta” po­zo­sta­wi­liśmy Drużynom Bar­to­szo­wym czy Sokołom, w ogóle lu­dziom bo­go­boj­nym. Po co się zbyt­nio na­przy­krzać Panu Bogu… Woj­sko ro­bi­liśmy dla woj­ska, dla woj­ny. Ta ro­bo­ta, częścio­wo za­kon­spi­ro­wa­na, nie lu­bo­wała się jesz­cze w świe­tle dnia i z rzad­ka tyl­ko, da­le­ko, na dy­stans od zbyt­niej cie­ka­wości bliźnich, pa­no­szyła się słonecz­na wesołość: uro­czy­stości za­cho­wa­my na czas, gdy będzie­my bić i zwy­ciężać.

Pierw­szy raz wte­dy w koście­le wiej­skim w oko­li­cach Wa­do­wic byliśmy zbio­ro­wo, tłumnie […]. Sta­liśmy na cze­le z Ga­licą [ko­men­dan­tem okręgo­wym], śpie­wa­liśmy po­tem wszy­scy Boże, coś Polskę i rzecz odbyła się pięknie. W ma­jo­wym słońcu, w rozbłysz­czo­nych do­li­nach, w po­wo­dzi słonecz­ne­go wcze­sne­go ciepła odbyły się po­tem kom­pa­nij­ne ćwi­cze­nia.

Wa­do­wi­ce, 3 maja [187]

Win­cen­ty Wi­tos (działacz ru­chu lu­do­we­go, poseł do ga­li­cyj­skie­go Sej­mu Kra­jo­we­go*****):

W Ga­li­cji roz­wi­jało się pra­wie bez prze­szko­dy pol­skie życie na­ro­do­we i to nie tyl­ko tej dziel­ni­cy, lecz nie­mal całej Pol­ski, gdyż kryjąc się przed prześla­do­wa­niem w in­nych dziel­ni­cach, zna­lazło tu bez­piecz­ne schro­nie­nie. W Ga­li­cji mo­gli się schro­nić różni prześla­do­wa­ni po­li­tycz­ni i na­ro­do­wi działacze, pro­wadząc swoją ro­botę nie­pod­ległościową bez przeszkód, a na­wet przy po­mo­cy rządu au­striac­kie­go. Oczy­wiście, że rząd to­le­ro­wał ją, a na­wet po­pie­rał tyl­ko wten­czas, jeśli mu szła na rękę i była prze­ciw Ro­sji skie­ro­wa­na. Do utrwa­le­nia zmia­ny w tych poglądach, a także roz­pa­le­nia nie­na­wiści do Ro­sji aż do białości po­su­niętej, przy­czy­ni­li się też w niektórych oko­li­cach emi­sa­riu­sze z Króle­stwa, prze­ważnie so­cja­liści, którzy w dużej ilości przy­by­wa­li do Ga­li­cji. Wszy­scy oni nie­mal ucho­dzi­li za męczen­ników i ofia­ry car­skich rządów, opo­wia­da­li sze­ro­ko o swo­ich strasz­nych przejściach i męczar­niach. Mówili o prześla­do­wa­niu wia­ry i na­ro­do­wości, więzie­niach, ka­za­ma­tach, bi­ciu, mor­do­wa­niu, wysyłce na Sy­bir.

Przy każdej spo­sob­ności usiłowa­li prze­ko­nać słucha­czy, że Ro­sja obec­na to tyl­ko po­zor­na potęga i ko­los na gli­nia­nych no­gach, który się może roz­bić przy pierw­szym ude­rze­niu. Że woj­sko tam­tej­sze zde­mo­ra­li­zo­wa­ne i roz­bite, poza tym nie po­sia­da pra­wie zupełnie ka­ra­binów, mun­durów ani też żad­nych za­pasów, bo to wszyst­ko zo­stało roz­kra­dzio­ne. Ge­ne­rałowie i większość ofi­cerów pozo­staje na żołdzie nie­miec­kim, go­to­wa każdej chwi­li do zdra­dy. Cara i jego ro­dzinę trzy­ma w swo­im ręku pop Ra­spu­tin, także przez Niemców opłaca­ny.

De­kla­ro­wa­li, że cała lud­ność Króle­stwa po pro­stu dy­szy nie­na­wiścią prze­ciw Ro­sji i ca­ra­to­wi, że mo­bi­li­za­cja się tam rządowi nie uda, a na dany znak wszyst­ko sta­nie pod bro­nią, ale w sze­re­gach po­wstańczych prze­ciw Ro­sji. Opo­wia­da­li o ma­sach bro­ni prze­my­ca­nej przez lata z Au­strii i Nie­miec, a po­cho­wa­nej w piw­ni­cach domów, w kościołach, la­sach lub też za­ko­pa­nej w zie­mi. Wszy­scy Po­la­cy cze­kają tam nie­cier­pli­wie, ażeby ją tyl­ko wziąć do rąk. Cała zaś ta ol­brzy­mia ak­cja zo­stała prze­pro­wa­dzo­na przez nich tak spraw­nie, że Mo­ska­le […] nic o niej nie wiedzą. Jeżeli woj­ska au­striac­kie wkroczą do Króle­stwa, to się cały naród na­tych­miast do nich przyłączy. Woj­na ro­ze­gra się bar­dzo szyb­ko, bo lud­ność ro­syj­ska wystąpi także prze­ciw ca­ra­to­wi.

Wsku­tek tej agi­ta­cji wie­lu lu­dzi, szczególnie młodych, za­po­mniało o tym, co woj­na nie­sie złego, a wi­działo tyl­ko jej do­bre stro­ny.

Wierz­chosławi­ce (Ga­li­cja), wio­sna [204]

Mi­chał So­kol­nic­ki:

Jeżeli, po­rzu­cając łatwą polską nie­przy­jaźń ludzką, za­po­mi­nając na chwilę kwasów i swarów, ro­zej­rzeć się było wkoło, stwier­dzało się, że ruch woj­sko­wy wzra­stał, że sta­wał się siłą. Kil­ka tysięcy młodzieńców kształciło się i ćwi­czyło z bro­nią na te­re­nie Ga­li­cji. Pa­ru­set ofi­cerów i kan­dy­datów na ofi­cerów od­da­wało się zażar­tej pra­cy przy­go­to­waw­czej. Sztab opra­co­wy­wał pla­ny i za­da­nia na bliską przyszłość. Poza tą siłą wi­dzialną i ob­li­czalną stała ta­jem­ni­ca Króle­stwa, znaj­do­wały się re­zer­wy, siły nie­zmie­rzo­ne. Je­dy­nie Piłsud­ski i jego naj­bliżsi współpra­cow­ni­cy wie­dzie­li w przy­bliżeniu, co fak­tycz­nie była war­ta i ile wy­no­siła ta po­zy­cja nie­wia­do­ma na­sze­go ra­chun­ku.

Z zewnątrz można było przy­pusz­czać, że za tysiącami zor­ga­ni­zo­wa­ny­mi w Ga­li­cji stoją dzie­siątki tysięcy go­to­we do boju w za­bo­rze ro­syj­skim. Te siły, zarówno wia­do­me, jak niewia­do­me, sze­rzyły nie­pokój we wro­giej, ota­czającej nas at­mos­fe­rze; jak ma­gnes przy­ciągały nie­bez­pie­czeństwo.

Kraków, wio­sna [187]

Bar­ba­ra Kos­suthówna (człon­ki­ni od­działu ko­bie­ce­go Strzel­ca):

Na wiosnę 1914, w Zie­lo­ne Świątki, na­zna­czo­no ćwi­cze­nia strze­lec­kie. Hur­ra, hur­ra! I od­działy żeńskie też pójdą. „I nie­wia­sty pójdą z nami – będą wal­czyć z Mo­ska­la­mi” – śpie­wa rozgłośnie je­den z plu­tonów strze­lec­kich na wia­do­mość o ko­bie­tach.

[…] Jakaś mała sta­cyj­ka… „Wysiąść.” Stoją w sze­re­gu bez ple­caków, które jadą na fu­rze. Piękny rześki ra­nek, do­bra dro­ga wie­dzie wśród opłotków […]. Kręte drożyny po­lne schodzą do brze­gu Wisły […]. Chwi­la jesz­cze, a cały od­dział żeński jest już umiesz­czo­ny w długiej wąziut­kiej łodzi, pierw­sze­go od­działu woj­sko­we­go przyszłej pol­skiej flo­tyl­li. […]

Hej, gdzie woj­na? Toż o niej nic się nie mówi. Mówią może tyl­ko baby ze wsi, które spo­tkaw­szy od­dział na dro­dze już na prze­ciw­nym brze­gu i zmiar­ko­waw­szy, że to te „ko­bi­ty-żołnie­rki”, co to w Kra­ko­wie uczą się „ma­sie­run­ku”, wołają do nas radośnie i z mocą: „A wy­wo­juj­ta że nam Polskę!”. – „Niedługo!” – od­po­wia­da­my ocho­czo, nie myśląc wte­dy w żar­tach, że istot­nie będzie to… niedługo.

Oko­li­ce Czer­ni­cho­wa, 31 maja [202]

Z ko­re­spon­den­cji z Wied­nia w „Ilu­stro­wa­nym Ku­rie­rze Co­dzien­nym”:

Wul­kan bałkański znów hu­czy, znów zio­nie ogniem i dy­mem. Roz­le­gają się też jak­by grzmo­ty pod­ziem­ne, świadcząc, iż je­steśmy do­pie­ro na pro­gu wiel­kich wy­padków, które w dal­szym ciągu ro­ze­grać się mają. At­mos­fe­ra na Bałka­nach, którą zda­wały się oczyścić ostat­nie woj­ny bałkańskie, zgęszcza się co­raz bar­dziej.

[…] Wszyst­ko to nie może bu­dzić różowych na­dziei co do naj­bliższej przyszłości, prze­ciw­nie – sta­no­wi groźbę no­wych za­wikłań między­na­ro­do­wych, które przy dzi­siej­szej gorączce zbro­je­nio­wej łatwo za­mie­nić się mogą w wiel­kie po­bo­jo­wi­sko państw i na­rodów.

Wie­deń, 17 czerw­ca [62]

Z ko­re­spon­den­cji z Wied­nia w „Ilu­stro­wa­nym Ku­rie­rze Co­dzien­nym”:

Wbrew ofi­cjal­nym uspo­ka­jającym za­pew­nie­niom, naprężenie między Wied­niem a Pe­ters­bur­giem nie­ustan­nie postępuje. […] Au­stria i Ro­sja […] żyją obec­nie jako sąsie­dzi na sto­pie nie­przy­ja­ciel­skiej. Oba te mo­car­stwa nie­na­widzą się ser­decz­nie, nie pomnąc daw­niej­szych czasów, kie­dy to ramię przy ra­mie­niu zwy­cięskie sta­cza­no boje i dyk­to­wa­no swą wolę Eu­ro­pie na kon­gre­sach. Ta dzi­siej­sza nie­na­wiść jest fak­tem, nie­pod­le­gającym naj­mniej­szej wątpli­wości.

[…] Woj­na wpływu na Bałka­nie roz­poczęła się strasz­na – na noże! Na wszyst­kich punk­tach. Po jed­nej stro­nie Au­stria ze swy­mi so­jusz­ni­ka­mi, a po dru­giej Ro­sja z po­mocą Fran­cji i An­glii. Pod taką oto per­spek­tywą szy­ku­je się naj­bliższa wiel­ka woj­na w Eu­ro­pie.

Wie­deń, 23 czerw­ca [63]

Z in­for­ma­cji w „Ku­rie­rze Lwow­skim”:

Dziś roz­po­czy­nają się w Bośni wiel­kie ćwi­cze­nia górskie. Licz­ba skon­cen­tro­wa­nych wojsk wy­no­si 26 tysięcy. Ar­cy­książę Fran­ci­szek Fer­dy­nand, który tu przy­był, zo­stał uro­czyście po­wi­ta­ny.

Lwów, 26 czerw­ca [98]

Mi­chał So­kol­nic­ki:

Zjazd strze­lec­ki od­by­wał się 27 i 28 czerw­ca. Brałem w nim udział jako kon­tro­ler Związków Woj­sko­wych i w tym cha­rak­te­rze składałem spra­woz­da­nia z na­szych in­spek­cji. […] Piłsud­ski, którego wi­ta­no na bacz­ność, z chwilą roz­poczęcia Rady zdał sprawę ze swej działalności, przed­sta­wił z żołnie­rską otwar­tością plu­sy i mi­nu­sy, bla­ski i cie­nie swej działalności i sy­tu­acji, po czym złożył swój urząd Ko­men­dan­ta Główne­go w ręce Rady.

Na zakończe­nie odbyły się wy­bo­ry Ko­men­dan­ta Główne­go, którym jed­no­myślnie zo­stał po­now­nie ob­ra­ny Piłsud­ski, ale cały prze­bieg Rady i for­ma wy­bo­ru prze­ko­nały mnie, że to wszyst­ko nie było czczym po­zo­rem, że w tym spo­so­bie postępo­wa­nia kryła się głębsza treść, że właści­wie jesz­cze nie wy­szliśmy z form po­li­tycz­nych, że nie ze­rwa­liśmy z przy­wi­le­jem głosującej de­mo­kra­cji. Potężne władz­two nad ludźmi i ich du­sza­mi, ja­kie po­sia­dał wśród nas Piłsud­ski, opar­te było na do­bro­wol­nie da­nym, zbio­ro­wym ak­cep­cie.

Lwów, 28 czerw­ca [187]

Z in­for­ma­cji w „Ilu­stro­wa­nym Ku­rie­rze Co­dzien­nym”:

O go­dzi­nie dru­giej po południu otrzy­ma­liśmy te­le­fo­niczną wia­do­mość od na­sze­go ko­re­spon­den­ta z Wied­nia. Po­twier­dze­nie zaś wia­do­mości o trze­ciej po południu. Na­tych­miast wy­da­liśmy za­wia­do­mie­nie o za­ma­chu [na ar­cy­księcia Fer­dy­nan­da] na kart­kach. Mimo dnia świątecz­ne­go, a za­tem bra­ku ze­cerów, zdołaliśmy już o go­dzi­nie ósmej wydać nad­zwy­czaj­ne wy­da­nie.

[…] Wia­do­mość o za­ma­chu wy­warła na pu­blicz­ności kra­kow­skiej ol­brzy­mie wrażenie. W ka­wiar­ni na plan­tach „Wiel­ki Kraków” […] mu­zy­ka woj­sko­wa prze­stała grać i udała się do ko­szar. Wspa­niała po­go­da zgro­ma­dziła tysiączne tłumy na tor wyści­go­wy, […] za­uważyliśmy naj­wyższą ge­ne­ra­licję, jak ko­men­dan­ta kor­pu­su [Edu­ar­da von] Böhm-Er­mol­le­go, ko­men­dan­ta twier­dzy gen. [Kar­la] Kuka, hr. [Kar­la von] Stürgkha oraz licz­nych przed­sta­wi­cie­li władz rządo­wych i au­to­no­micz­nych. Na wia­do­mość o za­mor­do­wa­niu ar­cy­księcia ko­men­dant kor­pu­su opuścił wraz z ge­ne­ra­licją tor wyści­go­wy, a ofi­ce­ro­wie – którzy mie­li wziąć udział w bie­gach – wy­co­fa­li się z nich. Przed­sta­wie­nia w te­atrach zo­stały odwołane. Z gmachów rządo­wych po­wie­wają na znak żałoby czar­ne chorągwie.

Kraków, 28 czerw­ca [64]

Z in­for­ma­cji w „Ilu­stro­wa­nym Ku­rie­rze Co­dzien­nym”:

Te­le­gra­my o za­ma­chu na ar­cy­księcia wywołały w Kra­ko­wie wrażenie, ja­kie­go daw­no na­sze mia­sto nie pamięta. Pu­blicz­ność tłoczyła się do późnej nocy przed re­dak­cja­mi pism, ko­men­tując z ożywie­niem wia­do­mości, na­deszłe po południu i z wie­czo­ra.

We wszyst­kich ki­no­te­kach prze­rwa­no przed­sta­wie­nia, po­dob­nie jak w obu te­atrach. W te­atrze lu­do­wym, w trak­cie aktu pierw­sze­go Królo­wej przed­mieścia, wy­szedł na scenę ko­mi­sarz To­ma­sik, do­nosząc o po­wo­dach prze­rwa­nia wi­do­wi­ska. […]

Ka­wiar­nie i re­stau­ra­cje były prze­pełnio­ne pu­blicz­nością, oma­wiającą szczegóły za­ma­chu do późnej nocy.

Kraków, 28 czerw­ca [65]

Ro­man Sta­rzyński (członek Związku Strze­lec­kie­go):

W strasz­li­wie upal­ny dzień wra­całem właśnie z sekcją in­struk­torską z ćwi­czeń strze­lec­kich od­działu miej­sco­we­go w To­niach, kie­dy na ob­szer­nej we­ran­dzie „Strzel­ca” w Par­ku Kra­kow­skim spo­strzegłem grupę ofi­cerów strze­lec­kich. Oddałem im wraz z całym od­działem prze­pi­so­we ho­no­ry, ale nikt mi nie od­po­wie­dział. Wszy­scy za­ab­sor­bo­wa­ni byli czy­ta­niem do­dat­ku nad­zwy­czaj­ne­go „Ilu­stro­wa­ne­go Ku­rie­ra Co­dzien­ne­go”.

Po­biegłem do­wie­dzieć się, co się stało. „Jak to? Nic nie wie­cie jesz­cze? – zawołano. – W Sa­ra­je­wie za­mor­do­wa­no następcę tro­nu, ar­cy­księcia Fran­cisz­ka Fer­dy­nan­da. Będzie woj­na! Naj­pierw z Ser­bią, a po­tem z Rosją.”

Dreszcz mnie prze­szedł, ale nie był to by­najm­niej dreszcz trwo­gi! Woj­na! Ileż gro­zy, ale za­ra­zem i radości brzmiało dla nas w tym wy­ra­zie! Od tylu lat wy­cze­ki­wa­na, spo­dzie­wa­na, upra­gnio­na woj­na sta­je się rze­czy­wi­stością. „Woj­na, woj­na z Mo­ska­la­mi, w Pol­sce – wiel­kie święto!”

Kraków, 28 czerw­ca [189]

* Ko­mi­sja Tym­cza­so­wa Skon­fe­de­ro­wa­nych Stron­nictw Nie­pod­ległościo­wych (od 1913 KSSN) – po­ro­zu­mie­nie par­tii po­li­tycz­nych, działające w Ga­li­cji od li­sto­pa­da 1912, którego ce­lem było podjęcie na wy­pa­dek woj­ny działań nie­pod­ległościo­wych w opar­ciu o Au­stro-Węgry.

** Koła Pol­skie gru­po­wały pol­skich przed­sta­wi­cie­li w par­la­men­tach państw za­bor­czych, ist­niały we wszyst­kich trzech za­bo­rach.

*** Liga Na­ro­do­wa – taj­na or­ga­ni­za­cja po­li­tycz­na kie­rująca ru­chem na­ro­do­wo­de­mo­kra­tycz­nym, jej przywódcą był Ro­man Dmow­ski.

**** Trójpo­ro­zu­mie­nie (En­ten­ta) – so­jusz Wiel­kiej Bry­ta­nii, Fran­cji i Ro­sji.

***** Ga­li­cja, ob­szar o sta­tu­sie au­to­no­micz­nym, po­sia­dała własny sejm i rząd o ogra­ni­czo­nych kom­pe­ten­cjach, do­tyczących spraw wewnętrznych. Dzięki temu za­kres swobód dla Po­laków był tu znacz­nie większy niż w po­zo­stałych za­bo­rach.

Nie py­ta­liśmy ni­ko­go, po czy­jej stro­nie w tym kon­flik­cie sta­nie Pol­ska. Wy­star­czyło nam, że zbliża się bu­rza, o którą mo­dliły się po­ko­le­nia pol­skie.

Ta­de­usz Ka­tel­bach

Wy­marsz

WY­BUCH WOJ­NY, KTÓRA LA­TEM 1914 Z DNIA NA DZIEŃ STA­JE SIĘ KON­FLIK­TEM OGÓLNO­EU­RO­PEJ­SKIM I PO­LEM STAR­CIA DWÓCH BLOKÓW PO­LI­TYCZ­NO-MI­LI­TAR­NYCH: TRÓJPO­RO­ZU­MIE­NIA (EN­TEN­TY), ŁĄCZĄCEGO WIELKĄ BRY­TA­NIĘ, FRANCJĘ I ROSJĘ, ORAZ TRÓJPRZY­MIE­RZA, CZY­LI ZWIĄZKU PAŃSTW CEN­TRAL­NYCH – NIE­MIEC, WŁOCH I AU­STRO-WĘGIER, WYWOŁUJE W SPOŁECZEŃSTWACH PAŃSTW ZA­BOR­CZYCH WIE­LE RADOŚCI POŁĄCZO­NEJ Z NIE­PO­KO­JEM. MO­BI­LI­ZA­CJA OBEJ­MU­JE RÓWNIEŻ PO­LAKÓW – ZNAJDĄ SIĘ ONI W SZE­RE­GACH AR­MII WSZYST­KICH TRZECH ZA­BORCÓW. JÓZEF PIŁSUD­SKI, ZA ZGODĄ WŁADZ AU­STRIAC­KICH, DO­KO­NU­JE MO­BI­LI­ZA­CJI OR­GA­NI­ZA­CJI STRZE­LEC­KICH I WKRA­CZA Z NIMI DO KRÓLE­STWA Z ZA­MIA­REM WYWOŁANIA TAM AN­TY­RO­SYJ­SKIE­GO PO­WSTA­NIA.

ˆˇˆˇ

Je­rzy Ban­drow­ski (dzien­ni­karz):

Wrażenie, ja­kie we Lwo­wie wywołała wieść o za­bi­ciu następcy tro­nu i jego żony, nie należało do głębo­kich. […] Ni­ko­go to nie wstrzy­mało od wy­jaz­du na lato. W dal­szym ciągu prze­sy­py­wa­no naf­ta­liną fu­tra i zi­mo­we ubra­nia, cho­wa­no do pieców słoiki z kon­fi­tu­ra­mi, obciągano po­krow­ca­mi co pa­rad­niej­sze me­ble i pa­ko­wa­no się. Łańcu­chy dorożek od wcze­sne­go rana je­chały na dwo­rzec ko­le­jo­wy, wioząc ku­fry, tłumo­ki, wózki dzie­cin­ne, ma­te­ra­ce i ro­dzi­ny, nad którymi roz­wie­wały się zie­lo­ne siat­ki na mo­ty­le.

Do ostat­niej chwi­li nikt nie wie­rzył w możliwość wy­bu­chu woj­ny, zwłasz­cza – ogólno­eu­ro­pej­skiej.

Lwów, li­piec [4]

Z in­for­ma­cji w „Ku­rie­rze Lwow­skim”:

Nota, która ma być wy­sto­so­wa­na do rządu serb­skie­go, wy­zna­czy Ser­bii 48-go­dzin­ny ter­min na od­po­wiedź […].

Wyłania się więc ko­niecz­ność za­sta­no­wie­nia się nad py­ta­niem, co się sta­nie, jeżeli mo­nar­chia nie znaj­dzie posłuchu w Bel­gra­dzie. Ce­sarz wte­dy, mimo swo­ich 85 lat, nie za­wa­ha się w za­ufa­niu do słuszności swej spra­wy zwrócić się do ar­mii ze słowem, którego nie spo­dzie­wał się więcej wy­po­wie­dzieć, z poważnym słowem: woj­na.

Lwów, 22 lip­ca [99]

Z in­for­ma­cji w „Ku­rie­rze Lwow­skim”:

We Lwo­wie pa­no­wało od go­dzi­ny szóstej [wie­czo­rem] zde­ner­wo­wa­nie i roz­gorączko­wa­nie. Do re­dak­cji te­le­fo­no­wa­no co chwi­la z za­py­ta­niem, czy Ser­bia dała już od­po­wiedź na ul­ti­ma­tum. […] Po go­dzi­nie siódmej zaczęła się pu­blicz­ność lwow­ska nie­cier­pli­wić i nie­po­koić – wszyst­kie re­dak­cje były ob­le­ga­ne… Po­nie­waż nie nad­cho­dziło z Wied­nia po­twier­dze­nie o ka­pi­tu­la­cji Ser­bii – zaczęto wątpić, aza­li wia­do­mość ta się spraw­dzi.

Do­pie­ro około go­dzi­ny ósmej na­deszła z Bel­gra­du przez Wie­deń urzędowa wia­do­mość o tym, że mi­ni­ster [Ni­ko­la] Pašić [serb­ski pre­mier] dał na ul­ti­ma­tum od­po­wiedź nie­za­do­wa­lającą i że [am­ba­sa­dor Au­strii] ba­ron [Wla­di­mir] Giesl po ze­rwa­niu sto­sunków dy­plo­ma­tycz­nych wy­je­chał z Bel­gra­du […].

Wia­do­mość ta od­działała pio­ru­nująco – prysła na­dzie­ja na utrzy­ma­nie po­ko­ju.

Lwów, 25 lip­ca [100]

Z ar­ty­kułu w „Ga­ze­cie War­szaw­skiej”:

25 lip­ca będzie wielką datą hi­sto­ryczną. Dzień ten roz­po­czy­na nowy okres w dzie­jach Eu­ro­py Wschod­niej. Kon­se­kwen­cje woj­ny serb­sko-au­striac­kiej mogą być po­wstrzy­ma­ne na ra­zie, pra­gnie­nie po­ko­ju, i to jest praw­do­po­dob­ne, może zwy­ciężyć, nie­mniej prze­to stwier­dzić można z całą sta­now­czością, że nie tyl­ko w hi­sto­rii wiel­kich mo­carstw, lecz w dzie­jach na­ro­du pol­skie­go roz­po­czy­na się okres de­cy­dujący o jego dal­szych lo­sach.

Mamy to niezłomne przeświad­cze­nie, że zbroj­ni w doświad­cze­nie po­li­tycz­ne, roz­wagę i wiarę sta­nie­my na wy­so­kości zadań, które stoją przed nami.

War­sza­wa, 26 lip­ca [43]

Zo­fia Ro­ma­no­wiczówna (działacz­ka społecz­na) w dzien­ni­ku:

Woj­na! Czy to praw­da, czy sen ciężki? To, co przed półtora ro­kiem było wid­mem groźnym, dziś zisz­cza się. Na ra­zie woj­na Au­strii z Ser­bią, ale są wiel­kie oba­wy (czy też na­dzie­je?), że może być eu­ro­pej­ska. A my, my? Jaka w niej będzie na­sza rola i na­sze losy? Strach myśleć, a zno­wu któż wie, czy to nie zo­rza wol­ności?

Lwów, 26 lip­ca [176]

Al­fred Wy­soc­ki (dy­plo­ma­ta w służbie au­striac­kiej):

Nie za­pomnę nig­dy wi­do­ku, jaki miałem przed oczy­ma. Pociągi spóźniały się ogrom­nie, spędziłem więc na sta­cji dwie czy trzy go­dzi­ny. Przez cały ten czas je­chały bez prze­rwy dzie­siątki wa­gonów, zapełnio­nych powołany­mi pod broń re­zer­wi­sta­mi, którzy śpie­wając na całe gardło – wy­ma­chi­wa­li czap­ka­mi i byli pełni otu­chy i we­se­la. Nie wi­działem ani jed­nej twa­rzy smut­nej czy za­nie­po­ko­jo­nej. Mijały bez końca działa i ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we, wa­gony stro­jo­ne w zie­leń i oleo­dru­ki przed­sta­wiające ce­sa­rza, cza­sem do­strze­gało się także jakiś skrom­ny ob­ra­zek święty, a ar­ty­le­rzyści często­wa­li wi­nem, które w dużych bu­tlach wieźli ze sobą. Tego na­stro­ju nie można było stwo­rzyć sztucz­nie. On był praw­dzi­wym od­zwier­cie­dle­niem ogólnej opi­nii. Po­bi­je się Serbów i wróci się za mie­siąc czy dwa do domu, aby wy­ko­rzy­stać w pełni od­nie­sio­ne zwy­cięstwo. Tak myślał prze­ciętny oby­wa­tel au­stro-węgier­skiej mo­nar­chii.

Wie­deń, 26 lip­ca [208]

Ste­fa­nia Ku­del­ska (człon­ki­ni Strzel­ca):

W Kra­ko­wie roz­poczęła się gorączko­wa, wytężona pra­ca. W szko­le let­niej od­by­wały się ćwi­cze­nia, ale obok nich szła pra­ca inna. W Pol­skim Skar­bie Woj­sko­wym zaj­mo­wały się stron­nic­twa nie­pod­ległościo­we gro­ma­dze­niem fun­duszów i pro­pa­gandą. My, nie­wia­sty, in­stynk­tow­nie jakoś wy­czułyśmy, że nie czas cze­kać, aż nas za­wezwą, nie czas oglądać się za jakąś funkcją w za­kre­sie swej spe­cjal­ności, ale trze­ba szu­kać pra­cy i robić to, co jest w da­nej chwi­li naj­pil­niej­sze. Toteż pra­co­wałyśmy w Skar­bie Woj­sko­wym przy sor­to­wa­niu i pa­ko­wa­niu bibuły pro­pa­gandowej i prze­wo­ziłyśmy ją do nad­gra­nicz­nych miej­sco­wości Króle­stwa Kon­gre­so­we­go.

Kraków, ko­niec lip­ca [202]

Wacław Sie­ro­szew­ski (działacz Związku Strze­lec­kie­go):

Or­ga­ni­za­cje strze­lec­kie zo­stały za­sko­czo­ne […] tak nie­spo­dzie­wa­nie, że do dal­szych miej­sco­wości, szczególniej za gra­nicę, już nie zdążyły dojść powołania mo­bi­li­za­cyj­ne. Młodzież uni­wer­sy­tec­ka i kie­row­ni­cy byli w roz­pro­sze­niu, pie­niędzy w Skar­bie było mało, bro­ni i amu­ni­cji tyle co nic. Przyszła chwi­la „im­pro­wi­za­cji” sił z ni­cze­go.

Na szczęście w bu­dyn­kach po­wy­sta­wo­wych w Kra­ko­wie, w tzw. Ole­an­drach, zaczęły się gro­ma­dzić ka­dry let­niej szkoły woj­sko­wej. Tam też na­zna­czo­ny zo­stał punkt zbor­ny szyb­ko ściągniętych od­działów strze­lec­kich. Przy­je­chał ze Lwo­wa szef szta­bu [Związku Strze­lec­kie­go], Ka­zi­mierz Sosn­kow­ski, i zaczęła się gorączko­wa ro­bo­ta, kon­fe­ren­cje z ofi­ce­ra­mi strze­lec­ki­mi, per­trak­ta­cje z au­striac­ki­mi władza­mi. Wszyst­ko gma­twało się nie­zmier­nie i szło jak z ka­mie­nia. Początko­wo nie wol­no było strzel­com na­wet cho­dzić gru­pa­mi po mieście i nosić bro­ni. Mimo to ze­wsząd napływa­li powołani i gęsto zabłękit­niały mun­du­ry strzelców na uli­cach Kra­ko­wa. W Ole­an­drach, w strze­lec­kiej Ko­men­dzie Pla­cu (na Ko­cha­now­skie­go), w Głównej Ko­men­dzie (w Par­ku Kra­kow­skim) roiło się od młodzieży i szła ener­gicz­na ro­bo­ta or­ga­ni­za­cyj­na. Szy­to mun­du­ry, pasy, przy­spo­sa­bia­no tor­ni­stry i ple­ca­ki.

Kraków, ko­niec lip­ca [173]

Ste­fa­nia Ku­del­ska:

Na dwor­cu w Kra­ko­wie nie­sa­mo­wi­ty ruch, roz­le­pio­ne pla­ka­ty mo­bi­li­za­cyj­ne. […] Pamiętam scenę, która ro­ze­grała się na pla­cu Szcze­pańskim. Na śro­dek pla­cu pędem wje­chał wóz, na którym stał jakiś człowiek w białej suk­ma­nie. Za­trzy­mał on gwałtow­nie ko­nie, ze­sko­czył z wozu, runął na ko­la­na na bruk i przy­warł głową do ka­mie­ni. Po chwi­li wy­pro­sto­wał się i, klęcząc tak z roz­krzyżowa­ny­mi rękami, ze wznie­sioną w górę, za­laną łzami twarzą, zaczął krzy­czeć głosem, w którym było zdu­mie­nie, radość i unie­sie­nie: „O Jezu Najświętszy, o Mat­ko Bo­ska! Mo­ska­li już na gra­ni­cy nie ma ani jed­ne­go! Z gra­ni­cy precz ode­szli!”.

Nie on je­den płakał; płaka­li wszy­scy koło nie­go, cisnęli się dokoła, do­py­tując, skąd i co… Był to włościa­nin z po­wia­tu mie­chow­skie­go. Wy­brał się, jak zwy­kle, do Kra­ko­wa na targ za prze­pustką gra­niczną i – nie miał jej komu oka­zać, bo straży już nie było.

Kraków, ko­niec lip­ca [202]

Zo­fia Nałkow­ska (pi­sar­ka) w dzien­ni­ku:

Wresz­cie „woj­na”, której pełne są od cza­su nie­ja­kie­go pi­sma, stała się do­sko­na­le wy­czu­waną rze­czy­wi­stością. Mo­bi­li­za­cja, ogra­ni­cze­nia pociągów i wresz­cie za­mknięcie banków. Właśnie po sta­ra­niach zażar­tych mat­ka otrzy­mała dziś z Kasy im. Mia­now­skie­go czek na 300 ru­bli. I powróciła tu na wieś bez ni­cze­go.

Górki k. War­sza­wy, 31 lip­ca [143]

Zyg­munt Jasiński (na­czel­nik ko­lei we Lwo­wie):

Ogłoszo­na zo­sta­je ogólna mo­bi­li­za­cja. Zda­wałoby się, że zarządze­nie to wywoła przygnębie­nie i kon­ster­nację. Stało się jed­nak całkiem prze­ciw­nie. Wie­czo­rem cała lud­ność wy­legła na mia­sto. Cu­kier­nie, ka­wiar­nie i re­stau­ra­cje były prze­pełnio­ne. Ofi­cerów Po­laków po­ry­wa­no na uli­cach na ręce i ob­no­szo­no z okrzy­ka­mi „Niech żyje Pol­ska!”. Wszyst­kie mu­zy­ki woj­sko­we i cy­wil­ne po lo­ka­lach pu­blicz­nych grały hymn au­striac­ki, a bez­pośred­nio po nim „Jesz­cze Pol­ska nie zginęła”! […] Lwów ra­do­wał się, że przyj­dzie do orężnego star­cia z od­wiecz­nym wro­giem Pol­ski, prze­czu­wając, że woj­na ta może nam przy­nieść zmar­twych­wsta­nie na­szej Oj­czy­zny.

Lwów, 31 lip­ca [76]

Wacław Jędrze­je­wicz (pod­ofi­cer Strzel­ca):

Po dro­dze, na sta­cjach, czuć już było at­mos­ferę wo­jenną. Wszędzie mnóstwo żołnie­rzy i sprzętu woj­sko­we­go, pociągi pasażer­skie kur­sujące nie­re­gu­lar­nie i do­kucz­li­wa pla­ga pierw­sze­go okre­su woj­ny – brak drob­nych. To samo w War­sza­wie. Z tru­dem udało się nam zna­leźć dorożkę na Dwor­cu Brze­skim […].

War­sza­wa przeżywała wówczas okres szału wo­jen­ne­go: nie­na­wiść do Niemców związała się w jedną całość z uwiel­bie­niem do Ro­sji, per­so­ni­fi­ko­wa­nej przez armię ro­syjską. Wro­gie ma­ni­fe­sta­cje 31 lip­ca przed kon­su­la­ta­mi au­striac­kim i nie­miec­kim łączyły się z akcją wyrażania sym­pa­tii dla Ro­sji i wia­ry w jej zwy­cięstwo. Rozróżnia­no tyl­ko dwie stro­ny kon­flik­tu: Ro­sja i Niem­cy. Sprawę Pol­ski po­le­ca­no opie­ce bo­skiej.

War­sza­wa, 31 lip­ca [80]

Ste­fan Jan­kow­ski (działacz społecz­ny):

Bez mała wszy­scy od początku przyjęliśmy za pew­nik, że w woj­nie obec­nej po­win­niśmy życzyć zwy­cięstwa Ro­sji. Nie łudząc się żad­ny­mi re­sen­ty­men­ta­mi słowiański­mi, nie łudząc się tym bar­dziej co do sto­sunków ro­syj­sko-pol­skich w przyszłości, ro­zu­mie­liśmy, że w ra­zie zwy­cięstwa Trójprzy­mie­rza (a właści­wie „dwu­przy­mie­rza” lub jesz­cze właści­wiej: Nie­miec i ich wa­sa­la – Au­strii) los Pol­ski będzie jesz­cze bar­dziej pożałowa­nia god­ny niż dotąd. Na­to­miast w ra­zie zwy­cięstwa Ro­sji i połącze­nia większości ziem pol­skich w tym za­bo­rze, los nasz mu­siałby się po­pra­wić, już choćby dla­te­go, że in­a­czej z nami Ro­sja li­czyć by się mu­siała, gdy­by nas było ra­zem ja­kieś 15 lub 20 mi­lionów.

War­sza­wa [75]

Je­rzy Ban­drow­ski:

Uli­ca­mi zaczęły płynąć rze­ki ludz­kie – powołani pod sztan­da­ry re­zer­wiści. Na ko­niach, pro­sto od pługa czy wozu dra­bi­nia­ste­go wyprzęgniętych, bo prze­cie i ko­nie powoływa­no, oklep jadąc, spie­szy­li chłopi. W czwórkach, długi­mi ko­lum­na­mi szli re­zer­wiści z ku­fer­ka­mi w rękach, z tobołkami na ple­cach, w stro­ju własnym, więc w bu­tach z cho­le­wa­mi, w białych, płócien­nych sza­ra­wa­rach, w czar­nych lub ciem­nych ma­ry­nar­kach, bez kołnie­rzy­ka, ze spinką tyl­ko u ko­szu­li […]. Byli w tych sze­re­gach różni lu­dzie, drob­ni miesz­cza­nie z pro­win­cji, rze­mieślni­cy, ro­bot­ni­cy wszyst­kich branż, kup­cy, in­te­li­gen­ci, ale naj­więcej szło ludu rol­ne­go. Wszy­scy zgłasza­li się na pierw­sze zawołanie, nie­raz nie­po­trzeb­nie, lecz ro­zu­miejąc, że tu żartów nie ma. Szli przez uli­ce ryt­micz­nym kro­kiem, w porządku, jak sta­rzy żołnie­rze. Ni­ko­go nie trze­ba było przy­na­glać, ni­ko­go nie pędzo­no żan­dar­ma­mi, nikt się nie opie­rał.

Lwów [4]

Ste­fa­nia Ku­del­ska:

En­tu­zjazm lud­ności był cza­sa­mi wprost po­ry­wający. Składa­no w ofie­rze wy­tar­te, sta­re obrączki, ostat­nie klej­no­ty i oszczędności. Pamiętam jakąś sta­ruszkę służącą, która przyszła do jed­ne­go z biur skar­bo­wych i, wy­supłując z chu­s­tecz­ki pomiętą dwu­dzie­sto­ko­ronówkę, pro­siła ze łzami, żeby to przyjąć dla woj­ska pol­skie­go, tłumacząc się przy tym, że nie po­sia­da nic więcej.

Kraków [202]

Mi­chał So­kol­nic­ki:

Już za­sy­piałem, późno po północy, gdy roz­legł się przej­mujący głos dzwon­ka. Wy­szedłem otwo­rzyć. […] Przez drzwi padło krótkie, rze­czo­we py­ta­nie: „Czy jest oby­wa­tel «Le­szek»?… We­zwa­nie do oby­wa­tela Ko­men­dan­ta Główne­go… Na­tych­miast się sta­wić”.

Ubrałem się jak na alarm i w nie­wie­le mi­nut po­tem szedłem czy biegłem wraz z przy­byłym po mnie oby­wa­te­lem „An­drze­jem” [Ka­zi­mie­rzem Sa­wic­kim] do „Espla­na­dy”. Tej dziw­nej nocy w ka­wiar­ni „Espla­na­da” roz­począł urzędo­wa­nie Sztab Ar­mii Pol­skiej. Ale „Espla­na­da” trzęsła się za­ra­zem tej nocy od głośnych wi­watów, gorących to­astów w naj­bar­dziej przej­mującej at­mos­fe­rze roz­poczętego przeded­nia. To ofi­ce­ro­wie pol­skich Związków Strze­lec­kich fe­to­wa­li bra­ter­stwo bro­ni z ofi­ce­ra­mi pol­skich Strze­lec­kich Drużyn. Tego dnia Drużyny pod­dały się bez wa­runków pod ko­mendę oby­wa­te­la Ko­men­dan­ta Główne­go.

Ale od hałasu nie­sfor­nej młodej gro­ma­dy jak­by mu­rem nie­prze­nik­nio­nym były od­dzie­lo­ne dwa po­ko­je, za­sta­wio­ne spo­so­bem biu­ro­wym: dwa biur­ka, ma­szy­na do pi­sa­nia, parę krze­seł; po obu stro­nach ofi­ce­ro­wie, pełniący dyżury i do­pusz­czający li tyl­ko we­zwa­nych. Tu­taj urzędował oby­wa­tel Ko­men­dant Główny, Józef Piłsud­ski, z Sze­fem Szta­bu, Ka­zi­mie­rzem Sosn­kow­skim, i stąd w nocy 1/2 sierp­nia 1914, pierw­szej spo­między tylu nie­prze­spa­nych nocy woj­ny, wyszły pierw­sze roz­ka­zy pol­skie­go woj­ska.

Kraków, 2 sierp­nia [187]

Ste­fan Bo­gusław­ski (le­karz):

Z so­bo­ty na nie­dzielę, w piękną księżycową noc sierp­niową, sie­działem na bal­ko­nie wiej­skie­go dwor­ku wraz z całą ro­dziną mego przy­ja­cie­la, u którego w gości­nie byłem, kie­dy usłysze­liśmy naj­pierw dość głośny trzask śmigi [wir­ni­ka] i uj­rze­liśmy w prze­stwo­rzach, wy­nu­rzające się po­nad aleją to­po­li włoskich, ol­brzy­mie cy­ga­ro. Był to pierw­szy nie­miec­ki zep­pe­lin w gra­ni­cach Króle­stwa Pol­skie­go, kie­rujący się od Po­zna­nia w stronę War­sza­wy i roz­rzu­cający pro­kla­mację do na­ro­du pol­skie­go.

Był to pierw­szy zwia­stun woj­ny. Na­za­jutrz włościa­nie przy­nieśli do dwo­ru spo­ro tych pro­kla­ma­cji, na łąkach oko­licz­nych roz­rzu­co­nych, prosząc o ich od­czy­ta­nie. Treść ich, głosząca przy­ja­zne uczu­cia względem Po­laków i oswo­bo­dze­nie Pol­ski spod jarz­ma mo­skiew­skie­go, jakoś nie bar­dzo przemówiła do ro­zu­mu i ser­ca ludu na­sze­go, sko­ro na za­py­ta­nie, co o tym sądzą, ode­zwały się głosy: „Boć-ta Niem­com wie­rzyć można!”.

Oko­li­ce Ka­li­sza, 2 sierp­nia [10]

Bro­nisław Szcze­pan­kie­wicz (miesz­ka­niec Ka­li­sza):

2 sierp­nia o go­dzi­nie piątej rano za­pa­no­wał w Ka­li­szu nie­zwykły ruch: ulicą War­szawską prze­jeżdżał 2. szwa­dron ro­syj­skich dra­gonów, którzy się skie­ro­wa­li na szosę ku Łodzi, za szwa­dronem je­chały licz­ne pod­wo­dy z bagażami i ro­dzi­na­mi, ucie­kającymi ofi­ce­ra­mi i żołnie­rza­mi, którzy nie zdążyli wyje­chać ko­leją. O go­dzi­nie 7.00 opuścił Ka­lisz ostat­ni szwa­dron.

[…]

Nastąpiły trzy sil­ne de­to­na­cje, było to wy­sa­dze­nie dwóch mniej­szych mostków ko­le­jo­wych pomiędzy Ka­li­szem a Szczy­pior­nem oraz mo­stu na Prośnie w Pi­wo­ni­cach. […] Ucie­kający pod­pa­li­li ma­ga­zy­ny ko­le­jo­we […]. Czar­ne chmu­ry dymu z palących się ma­ga­zynów i składu naf­ty za­legły cały ho­ry­zont.

Po uciecz­ce Mo­ska­li oko­licz­ni i miej­sco­wi miesz­kańcy, prze­ważnie chłopi i Żydzi, rzu­ci­li się do ra­bun­ku, za­bie­rając i unosząc w bez­piecz­ne miej­sca całe sztu­ki ma­te­rii je­dwab­nych, suk­na, na­wet mar­mu­ry i me­ble, wszyst­ko, co się dało na rękach unieść, ukry­wa­no w naj­bliższych do­mach, gdzie zajeżdżały fur­man­ki i od­wo­ziły w różne stro­ny.

Ka­lisz, 2 sierp­nia [191]

Ju­liusz Rómmel (ofi­cer w ar­mii ro­syj­skiej):