Wydawca: Sine Qua Non Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 244 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Polski most szpiegów - Łukasz Walewski, Jan Wojciech Piekarski

Zakulisowa prawda o polskiej dyplomacji

Kiedy w 1966 roku młody chłopak z Radomia wyjeżdżał jako tłumacz na Daleki Wschód, nie wiedział, że to początek błyskotliwej kariery dyplomatycznej. Nie przeczuwał też, że czeka go szereg niebezpiecznych operacji, w których odegra kluczową rolę.

Do Laosu trafił w samym środku wojny domowej. W Iranie zastała go rewolucja, podczas której ukrywał się wraz z rodziną w budynku ambasady, gdy tłum na zewnątrz skandował: „Śmierć obcym!”. Po zerwaniu stosunków dyplomatycznych między USA a Irakiem to właśnie on – do niedawna urzędnik „zza żelaznej kurtyny” – przeprowadził spektakularne negocjacje zmierzające do uwolnienia amerykańskiego obywatela z irackiego więzienia Abu-Ghraib.

Oto pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji historia polskiego ambasadora Jana Wojciecha Piekarskiego. Opowieść o negocjacjach, szpiegach, współpracy z wywiadem PRL, a także szlifowaniu wizerunku polskich prezydentów, premierów i ministrów podczas szefowania Protokołowi Dyplomatycznemu.

Kulisy tajnych operacji i rozmowy, od których zależy ludzkie życie. Wojny i rewolucje, narażanie siebie i bliskich. Jan Wojciech Piekarski przez lata był tam, gdzie najgoręcej. Reprezentował Polskę i USA, pertraktował z przedstawicielami reżimowych rządów i zachowywał zimną krew, gdy wokół płonął świat. Jego historia to gotowy materiał na scenariusz filmowy.
Vincent V. Severski, pisarz, były oficer wywiadu

 

BIOGRAM

Jan Wojciech Piekarski

W czasie swojej wieloletniej kariery dyplomatycznej pełnił funkcje wicedyrektora, dyrektora departamentu i dyrektora generalnego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W latach 1994–1997 był szefem Protokołu Dyplomatycznego MSZ za prezydentury Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego. Organizował wizyty państwowe monarchów, prezydentów i premierów różnych krajów świata. Za granicą pełnił funkcje m.in. I sekretarza ambasady w Iranie (1977–1981), ambasadora w Pakistanie, szefa sekcji interesów amerykańskich w Iraku (1991–1994), ambasadora w Królestwie Belgii i Wielkim Księstwie Luksemburga (1997–2002), a także w Państwie Izrael (2003–2006). Jest współautorem (z Cezarym Ikanowiczem) podręcznika SGH Protokół dyplomatyczny i dobre obyczaje oraz autorem książki Niezbędnik dyplomatyczny i protokolarny, czyli co o tych sprawach powinni wiedzieć politycy, dziennikarze i obywatele. Posiada wiele odznaczeń polskich, m.in. Krzyż Kawalerski OOP oraz kilkanaście zagranicznych, m.in. Order Legii Honorowej Republiki Francuskiej, Złoty Medal Zasługi Departamentu Stanu USA. Prowadził wykłady na wielu krajowych uczelniach.

Łukasz Walewski

Dziennikarz, autor książki Przywitaj się z królową oraz współautor (z Marcinem Pośpiechem) publikacji Ambasadorowie. Czego nie powie ci królowa. Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Łódzkim, wykładowca dziennikarstwa. Szczęśliwy mąż i ojciec, miłośnik Hiszpanii, żeglarstwa, narciarstwa i dobrego poczucia humoru.

Opinie o ebooku Polski most szpiegów - Łukasz Walewski, Jan Wojciech Piekarski

Fragment ebooka Polski most szpiegów - Łukasz Walewski, Jan Wojciech Piekarski

1. IRAK

Amerykańskie rakiety typu Tomahawk zbombardowały i zniszczyły iracką centralę Służby Wywiadu Wojskowego w Bagdadzie około półtora kilometra od mojej rezydencji. W takiej właśnie atmosferze napięcia trzeba było reprezentować interesy Stanów Zjednoczonych i starać się o uwolnienie Beaty’ego.

Łukasz Walewski: Tę historię najlepiej rozpocząć od pewnego wspomnienia. To początki III Rzeczpospolitej, 1991 rok. Jedzie pan samochodem z wujkiem i żoną. Włączone jest radio, a w nim…

Jan Wojciech Piekarski: …a w nim akurat szły wiadomości i usłyszeliśmy, że Polska będzie reprezentowała interesy Stanów Zjednoczonych w Iraku. Była to pierwsza wiadomość i została przedstawiona jako wielki sukces Polski i jej dyplomacji. Wujek był z tego powodu bardzo dumny. „Popatrz, jakie to wyróżnienie dla Polski i jaki dowód zaufania ze strony Amerykanów” – oświadczył z uznaniem. Przytaknąłem, choć w duchu powiedziałem sobie: „Człowieku, siedzi koło ciebie facet, który będzie to robił. W radiu mówi się »Polska«, ale to ja i kilkoro ludzi tam jedziemy”. Zawodowa dyskrecja nie pozwalała, abym wyraził to na głos, choć trudno było mi powstrzymać entuzjazm. Nie ukrywam, czułem wtedy wielką dumę. To była pierwsza informacja upowszechniona na temat mojej misji. Stanowiło to dla mnie potwierdzenie, że sprawa stała się już nie tylko MSZ-etowska, ale i publiczna. Swoją drogą, doświadczenie nauczyło mnie, żeby nie mówić o wyjeździe, dopóki nie ma się biletów i paszportu w ręku, dlatego że zdarzają się różne rzeczy.

A wtedy już miał pan bilety w rękach?

Nie, choć minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski potwierdził, że to ja jestem typowany, aby reprezentować interesy USA w Iraku jako szef Sekcji Interesów Stanów Zjednoczonych (USINT) w Bagdadzie. Nie wykluczam, że to „typowanie” odbyło się przy udziale naszych partnerów z Departamentu Stanu oraz ambasady USA w Warszawie.

O tym, że Amerykanie przygotowują prośbę do rządu polskiego, dowiedziałem się od Jennifer Brush, amerykańskiej dyplomatki w Warszawie, mniej więcej dwa tygodnie wcześniej. Jennifer (budziła wielką zazdrość moich kolegów w MSZ-ecie: wysoka, o sportowej sylwetce, chodząca w nieregulaminowo krótkiej spódniczce) bardzo często wpadała do naszego departamentu. Dla mnie to była bombowa informacja!

I WOJNA W  ZATOCE PERSKIEJ

Działania zbrojne na początku 1991 roku spowodowane aneksją Kuwejtu przez Irak w sierpniu 1990 roku. Poprzedzone były rezolucjami Rady Bezpieczeństwa ONZ żądającymi wycofania wojsk irackich, nałożeniem embarga handlowego na Irak oraz ultimatum zapowiadającym użycie siły przez armie państw sprzymierzonych (USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i innych). Wymienionym działaniom towarzyszyła koncentracja sił lądowych, lotniczych i morskich 39 państw (między innymi ponad 500-tysięczny korpus amerykański) na terenie Półwyspu Arabskiego i w Zatoce Perskiej. Po odrzuceniu rezolucji ONZ przez przywódcę Iraku Saddama Husajna i po niepowodzeniu prób mediacji dyplomatycznej (między innymi ZSRR) rozpoczęto działania wojenne: od 17 stycznia 1991 roku odbywały się zmasowane naloty aliantów na obiekty militarne i pozycje wojsk irackich, ponadto od 24 do 28 lutego trwała ofensywa lądowa zakończona rozbiciem głównych sił Iraku, jego wycofaniem z Kuwejtu i przyjęciem wszystkich warunków Rady Bezpieczeństwa ONZ[1].

To było miesiąc po powrocie do Iraku personelu naszej placówki. Wcześniej w związku z działaniami wojennymi ewakuowano stamtąd ambasadę. Tydzień później dostałem informację, że jest decyzja Departamentu Stanu i że przygotowują w tej sprawie notę – czyli oficjalne wystąpienie do rządu polskiego. Tę notę wręczył ministrowi ambasador USA 3 maja przy okazji spotkania na uroczystym posiedzeniu Zgromadzenia Narodowego w parlamencie. Następnego dnia – w sobotę – byłem umówiony w MSZ-ecie z wiceszefem resortu w sprawie przygotowania dokumentów na wizytę prezydenta Lecha Wałęsy w Izraelu (jako człowiek prowadzący wówczas sprawy z Izraelem byłem za to odpowiedzialny). Podczas rozmowy wiceminister nawiązał do tej noty amerykańskiej. Wydał mi dyspozycję, że mam natychmiast wspólnie z dyrektorem Departamentu Amerykańskiego Zbyszkiem Lewickim (dziś profesorem i przewodniczącym rady programowej Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych) przygotować pilną notatkę – to jest dokument z reguły tajny, rozsyłany do najważniejszych urzędników państwa w celu uzyskania oficjalnej decyzji.

Ten też był tajny?

Tak. I w tej pilnej notatce poza przedstawieniem prośby Amerykanów zawarta była w załączeniu propozycja stanowiska Polski, czyli nasza odpowiedź. W końcowej części rozmów wiceminister Jan Majewski powiedział, że ta misja będzie wymagała obsady personalnej. „Niech się pan przygotuje, że pan tam pojedzie”.

Wbiło pana w fotel?

Szczerze mówiąc, spodziewałem się tego, ponieważ cały czas prowadziłem te sprawy. Powiedziałem, że traktuję to jako polecenie służbowe, ale zastrzegłem, że względy rodzinne i osobiste każą mi to przemyśleć. Wtedy wszyscy tak naprawdę myśleliśmy, że to będzie misja ograniczona czasowo. Może nie liczona w tygodniach, ale w miesiącach, ze względu na wielkie osłabienie reżimu Husajna. I że potem po upadku jego rządu albo Amerykanie wrócą, albo wyposażą tę działającą pod polską flagą Sekcję Interesów Amerykańskich w amerykański personel (co Waszyngton wielokrotnie w takich sytuacjach praktykował).

Na pana nominację zgodził się premier Jan Krzysztof Bielecki.

Podpisał ją minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski z upoważnienia premiera Bieleckiego.

„Faktycznie było tak, że to Amerykanie go wskazali” – tak w jednym z wywiadów mówił o panu anonimowo jeden z ówczesnych pańskich kolegów z MSZ-etu. Co najciekawsze, był pan przecież dyplomatą, który zdobył wieloletnie doświadczenie w czasach komunistycznych, również jako współpracownik wywiadu PRL. Był pan, mówiąc wprost, „człowiekiem z drugiej strony żelaznej kurtyny”, tymczasem teraz miał pan reprezentować Amerykanów. W jednym z tych artykułów z amerykańskiej prasy, która szeroko się o tym rozpisywała, stwierdzono, że będzie się pan w gabinecie amerykańskiego ambasadora w Bagdadzie uczył „kapitalizmu”…

Nie wiem, czy decyzja o moim wyborze zapadła po stronie amerykańskiej, ale na żadnym etapie nie miałem wątpliwości, że wykonuję zadanie na rzecz polskiego rządu na prośbę amerykańskiego rządu. Już po podpisaniu porozumienia w ambasadzie Polski w Waszyngtonie siedziałem na lunchu obok amerykańskiego ambasadora Davida Macka. Przestrzegł mnie: „Tylko nie popełnij tego błędu co ambasador Belgii w Bagdadzie w latach 60., który reprezentował nas po zerwaniu stosunków. Nie poczuj się amerykańskim ambasadorem”.

Drugie wspomnienie, bardziej gorzkie, które mi towarzyszy w związku z tym okresem, to odwiedziny w kraju u wiceministra Andrzeja Ananicza. Pracowałem wówczas w Bagdadzie i przyjechałem do Polski na urlop. Wtedy w MSZ-ecie dokonywano jednej z pierwszych… nie powiem „czystek”, ale określiłbym to „próbą przeglądu kadr”. I Ananicz, człowiek z „nowej” ekipy, stwierdził, że wreszcie następuje odzyskiwanie MSZ-etu i wstawia się właściwych ludzi na właściwe miejsca. „Pana też byśmy odwołali, ale niestety pan ma świetne opinie u Amerykanów” – zakończył. Poczułem się, jakby mi ktoś dał w gębę. Potraktowano mnie, jakbym był na usługach Waszyngtonu, jakby to Amerykanie nie pozwalali mnie wywalić. A przecież pracowałem dla Polski, budując jej silną pozycję w oczach najpotężniejszego wówczas mocarstwa, z którym chcieliśmy wejść w sojusz.

Nigdy też nie ukrywałem przed Amerykanami mojej wcześniejszej kariery w – jak to się mówi – „słusznie minionym okresie”. Oni jednak mieli podejście pragmatyczne, na pierwszym miejscu stawiali efektywne reprezentowanie ich interesów. Co więcej, w tamtym czasie pracowałem jako wicedyrektor departamentu, a wcześniej byłem samodzielnym pracownikiem prowadzącym sprawy bliskowschodnie i izraelskie. Codziennie miałem wtedy gości z amerykańskiej ambasady. Od 2 sierpnia 1990 roku, gdy Irakijczycy zajęli Kuwejt, regularnie rozmawiałem z Amerykanami w Warszawie, czasem również o sprawach krajowych. Myślę, że te kontakty spowodowały, że dobrze mnie poznali i nabrali do mnie zaufania. Wiedzieli też, że Polska chciała się włączyć do koalicji antysaddamowskiej, ale z drugiej strony znali nasze ograniczenia – polityczne, finansowe i militarne.

ZAANGAŻOWANIE POLSKI W OPERACJĘ „PUSTYNNA BURZA”

Była to przeprowadzona przez koalicję 27 państw w dniach od 17 stycznia do 28 lutego 1991 roku operacja powietrzno-morsko-lądowa, której celem było wyzwolenie Kuwejtu zajętego przez Irak. Polska udzieliła pomocy medycznej. Wysłała dwa okręty-szpitale: ORP „Wodnik” i ORP „Piast”, a także na pół roku skierowała do szpitali w Arabii Saudyjskiej lekarzy i pielęgniarki. Koszty związane z utrzymaniem obu okrętów zobowiązała się ponieść Arabia Saudyjska[2].

Domyślam się, że pański wyjazd poprzedziły rozmowy z Waszyngtonem dotyczące szczegółów czekających pana zadań. Jak przebiegały?

Pracowaliśmy wtedy nad sformalizowaniem sprawy w takim czworokącie: USA–Polska–Irak–Algieria. Bo to pod algierską flagą Irakijczycy w Waszyngtonie otworzyli swoją Sekcję Interesów Irackich. Chodziło o to, aby te działania toczyły się równolegle. Ja starałem się nieco odsunąć w czasie wyjazd do Waszyngtonu, bo akurat wtedy, w maju 1991 roku, przygotowywałem wizytę prezydenta Lecha Wałęsy w Izraelu, w której zresztą wziąłem udział.

To były dla pana równorzędne priorytety? Trudno było wybrać tylko jedno z tych zadań…

Oczywiście absolutnie były to równie ważne sprawy. Nie wiem nawet, czy wizyta w Izraelu nie była wtedy ważniejsza. To jedna z pierwszych wizyt zagranicznych prezydenta i miała olbrzymie znaczenie dla stosunków polsko-izraelskich i dla stosunków z całą diasporą żydowską na świecie.

Sypiał pan dobrze w tym czasie?

Tak, starałem się mieć wszystko pod kontrolą. Choć bezpośrednio po wizycie w Tel Awiwie i Jerozolimie musiałem napisać notatkę, a dzień później, w poniedziałek, wylatywałem z profesorem Zbigniewem Lewickim na rozmowy do Waszyngtonu. To z nim opracowywałem szczegóły naszego udziału w koalicji antysaddamowskiej, a potem te dotyczące reprezentowania interesów Stanów Zjednoczonych w Iraku.

Jeżeli nie zaznaczono inaczej, fotografie pochodzą z prywatnego archiwum Jana Wojciecha Piekarskiego

Tak zaczęło się w Waszyngtonie, a kilka tygodni później przejęliśmy Ambasadę USA w Bagdadzie

Jak szczegółowo uzgodniliście zakres obowiązków? Musiały przecież zostać wyznaczone granice kompetencji polskiej strony. Innymi słowy, musieliście mieć glejt wskazujący, co dokładnie kryje się pod terminem „amerykańskie interesy”.

Amerykańska nota miała cztery strony tekstu i pół strony uzasadnienia prośby (talking points). Rząd Stanów Zjednoczonych zwracał się o podjęcie przez rząd polski usług (services) w Iraku wymienionych w punktach. Zakres spraw, którymi mieliśmy się zajmować w Bagdadzie, był znacznie szerszy, niż mogłem przypuszczać. Miał obejmować stworzenie kanału oficjalnej komunikacji pomiędzy rządami Stanów Zjednoczonych i Iraku, zabezpieczenie opieki konsularnej nad amerykańskimi obywatelami w Iraku, przejęcie i otoczenie opieką majątku rządu Stanów Zjednoczonych i amerykańskich obywateli, zorganizowanie pracy personelu byłej ambasady USA w Bagdadzie i tym podobne. W uzasadnieniu Amerykanie pisali też, że rozważali powierzenie reprezentacji interesów Kanadzie lub Japonii. Dalej powołali się na podpisaną w marcu 1991 roku przez prezydentów George’a Busha i Lecha Wałęsę deklarację przyjaźni między Stanami Zjednoczonym a Polską. Przyjęliśmy to jednoznacznie jako pierwszy praktyczny i konkretny wyraz szczególnego charakteru stosunków polsko-amerykańskich i jednocześnie jako dowód zaufania okazanego polskiej dyplomacji.

Z punktu widzenia prawa takie szczegółowe uzgodnienie zakresu misji było bardzo ważne. Co więcej, to rzadka formuła prawa międzynarodowego – reprezentowanie cudzych interesów w dyplomacji. Aczkolwiek znana.

Polska w odróżnieniu od USA nie miała doświadczenia w tej formie działalności dyplomatycznej. Co prawda w przeszłości nasza dyplomacja reprezentowała interesy Bułgarii w Zairze i ZSRR w Liberii, to jednak nie było to samo. Z kolei USA, prowadząc globalną politykę, angażowały się w konflikty militarne i polityczne, w rezultacie których dochodziło do dwustronnego zrywania stosunków. Amerykanie często powierzali reprezentowanie swoich interesów dyplomatom szwajcarskim (na przykład na Kubie i w Iranie) i belgijskim (w Iraku od 1967 formalnie aż do 1984 roku, a niedawno w Libii). W MSZ-cie zdawaliśmy sobie sprawę, że nie można roztrwonić kredytu zaufania, jaki otrzymali polscy dyplomaci od Stanów Zjednoczonych. Tym bardziej że ani Szwajcarzy, ani Belgowie nie reprezentowali amerykańskich interesów w kraju, z którym USA były w stanie wojny.

KONWENCJA WIEDEŃSKA A REPREZENTACJA INTERESÓW

Sprawy te formalnie reguluje Wiedeńska Konwencja o stosunkach dyplomatycznych z 18 kwietnia 1961 roku.

Artykuł 45 stwierdza, że:

„Jeżeli stosunki dyplomatyczne między dwoma państwami zostały zerwane lub też jeżeli misja została na stałe lub czasowo odwołana:

a. państwo przyjmujące zobowiązane jest, nawet w wypadku konfliktu zbrojnego, szanować i ochraniać pomieszczenia misji wraz z jej mieniem i archiwami;

b. państwo wysyłające może powierzyć pieczę nad pomieszczeniami misji wraz z jej mieniem i archiwami państwu trzeciemu, które jest do przyjęcia dla państwa przyjmującego;

c. państwo wysyłające może powierzyć ochronę swych interesów oraz interesów swoich obywateli państwu trzeciemu, które jest do przyjęcia dla państwa przyjmującego”.

Artykuł 46 także dotyczy podobnych sytuacji i stwierdza, że:

„Państwo wysyłające może, za uprzednią zgodą państwa przyjmującego i na prośbę państwa trzeciego niereprezentowanego w państwie przyjmującym, podjąć się czasowej ochrony interesów tego państwa trzeciego i jego obywateli”.

To właśnie zasady konwencji wiedeńskiej stanowiły podstawę formalnych uregulowań funkcjonowania Polski jako „państwa chroniącego”. W terminologii amerykańskiej pojęcie protecting power dotyczy państwa, które zgadza się działać w imieniu i na prośbę drugiego państwa w obrębie terytorialnej jurysdykcji trzeciego państwa. Formalna lub milcząca zgoda kraju trzeciego, który jest krajem przyjmującym, to niezbędny element takiego porozumienia, z założenia mającego charakter tymczasowy.

W praktyce wchodził pan na cienki lód…

Tak. Ponadto realizując tę misję dla Amerykanów, nie mogłem robić nic, co przeszkodziłoby w realizacji misji naszego ambasadora w Bagdadzie – Krzysztofa Płomińskiego. Jego zadaniem było ratować, co się da, w stosunkach polsko-irackich. Zwłaszcza w kwestiach gospodarczych – tam był polski sprzęt wart dziesiątki milionów dolarów. Nie było wiadomo, czy wrócimy tam kontynuować nasze budowy, czy nie.

Pańskie posunięcia mogły być a conto przypisane polskiemu ambasadorowi.

Nie tyle moje posunięcia, ile…

…jak by je odebrano na miejscu.

To było problemowe – w jakim stopniu amerykańska polityka sankcji i izolacji reżimu Saddama oraz karne naloty na Irak mogły być identyfikowane z Polską. Robiliśmy wszystko, aby reprezentować te amerykańskie interesy, a zarazem nie być batem Wielkiego Brata. Częściowo się to udawało. Ale zdarzało się, że antyamerykańskie demonstracje przychodziły pod Sekcję Interesów Stanów Zjednoczonych, czyli pod moje okna, mimo że nad budynkiem powiewała wyłącznie flaga polska.

Szybko więc, bo już 6 maja – trzy dni po otrzymaniu noty od USA – poproszono ambasadora Iraku w Warszawie, Mohammeda Haboubiego, o możliwie szybkie uzyskanie stanowiska Bagdadu. Ambasador wyraził zadowolenie z tej propozycji i był przekonany, że władze w Bagdadzie pozytywnie ustosunkują się do prośby z uwagi na dobre stosunki między Irakiem a Polską.

Amerykanie oczekiwali niezwłocznej, pozytywnej reakcji strony irackiej na nasze wystąpienie, ponieważ sami już wcześniej wyrazili zgodę na reprezentowanie interesów Iraku w Stanach Zjednoczonych przez Algierię i obsadę ich sekcji przez dyplomatów irackich. Zdziwiło nas w MSZ-ecie, że nie załatwiali tych spraw równolegle.

13 maja ambasador Krzysztof Płomiński depeszował z Bagdadu, że został przyjęty przez irackiego ministra spraw zagranicznych Ahmeda Husajna, który poinformował go, że 12 maja rząd Iraku wyraził zgodę na reprezentowanie przez Polskę interesów Stanów Zjednoczonych i ma nadzieję, że pozwoli to na znormalizowanie ich stosunków z USA.

Po opublikowaniu komunikatu sprawa wzbudziła duże zainteresowanie polskiej prasy i korespondentów zagranicznych. „Dlaczego właśnie Polska?” – to było najczęściej zadawane pytanie. Rzeczywiście, trzeba było się głębiej zastanowić, jak wielkie zmiany musiały zajść na świecie i w Polsce, aby pierwsze światowe mocarstwo zwróciło się do kraju, który niecałe dwa lata wcześniej należał do obozu radzieckiego, o reprezentowanie jego interesów w obcym państwie. Dwa lata wcześniej było to nie do pomyślenia, rok wcześniej – trudne do wyobrażenia, w 1991 roku stało się rzeczywistością.

Departament Stanu w materiale dla prasy stwierdził: „Po starannym rozważeniu sprawy zwróciliśmy się do Rządu Polski o reprezentowanie naszych interesów w Iraku z uwagi na doskonały stan amerykańsko-polskich stosunków dwustronnych i fakt, że Polska ma w Bagdadzie skutecznego [effective] ambasadora i w pełni funkcjonującą ambasadę z dobrym systemem łączności”.

Ten praktyczny aspekt wspomniany w amerykańskim oświadczeniu, a mianowicie funkcjonujący system łączności radiowej pomiędzy ambasadą RP w Bagdadzie a MSZ-etem w Warszawie, był w tamtych czasach naprawdę bardzo istotny. Bez własnego systemu łączności radiowej sprawne funkcjonowanie ambasady i szybkie załatwianie spraw byłoby niemożliwe. W Iraku system ogólnodostępnej łączności telekomunikacyjnej (telefony, telefaksy, teleksy) został zniszczony w czasie działań wojennych. Połączenia miejskie, wewnątrzkrajowe, a tym bardziej międzynarodowe, nie funkcjonowały i w tej sytuacji radiostacja ambasady była praktycznie jedynym naszym łącznikiem ze światem.

Wróćmy do pańskiego pobytu w Waszyngtonie. Po wylądowaniu udał się pan do Departamentu Stanu? Zapewne wtedy dowiedział się pan, dlaczego naprawdę Amerykanie wybrali Polskę?

W czasie pierwszej rozmowy usłyszeliśmy bardzo pozytywne oceny na temat pomocy, której polskie władze udzieliły amerykańskim obywatelom w Iraku. Chodziło o tak zwaną operację „Samum”.

OPERACJA „SAMUM”

Kryptonim „samum” oznacza pustynny wiatr. Pod tą nazwą kryje się przeprowadzona w 1990 roku misja ewakuowania z Iraku sześciu amerykańskich agentów CIA, DIA i NSA. Za jej powodzenie odpowiadał polski wywiad ZW UOP. Waszyngton z prośbą o pomoc w tym przedsięwzięciu zwrócił się do Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji oraz Polski. Jedynie Warszawa nie odmówiła. Dowódcą operacji został generał Gromosław Czempiński. Zakończyła się sukcesem, w wyniku czego Amerykanie załatwili umorzenie połowy polskiego zadłużenia wobec Klubu Paryskiego – 16,5 miliarda dolarów. Informacje o operacji po raz pierwszy opublikował w 1995 roku „The Washington Post”[3].

Po drugie, Amerykanie byli zadowoleni z naszego zaangażowania w operację antyiracką. A po trzecie, wyrazili zadowolenie z wystąpienia Lecha Wałęsy w Izraelu, skąd właśnie wróciłem. Poza tym to ja pracowałem nad tym wystąpieniem. Cieszyło ich zawarte w nim stwierdzenie, że Polska nie będzie eksportowała broni do tego regionu. Dodałem, że wystąpienie prezydenta zawierało bardziej ogólną wymowę, że „Polska nie uczyni niczego, co mogłoby zagrozić bezpieczeństwu Izraela”. Dla Amerykanów było to naprawdę bardzo istotne, wręcz kluczowe.

Podkreślili na początku, że będą kontynuowali naciski na sankcje gospodarcze i na izolację polityczną oraz dyplomatyczną Iraku, że są przeciwni powrotowi misji dyplomatycznych do tego kraju.

Amerykański podsekretarz stanu wyraził uznanie dla faktu, że Polacy powierzyli misję doświadczonemu dyplomacie w randze ambasadora. Natychmiast wyjaśniłem, że jeśli chodzi o mój status, wyjeżdżam do Bagdadu w randze ministra pełnomocnego, nie ambasadora, bo ambasador Polski jest już na miejscu, a poza tym nie widzimy potrzeby dowartościowywania Saddama. To jednak w niczym nie zmieniło stanowiska USA – w korespondencji czy w bezpośrednich rozmowach niezmiennie zwracali się do mnie per „ambasador”. Natomiast iracki personel sekcji mówił „panie ministrze”.

Czy podczas spotkania w Waszyngtonie, gdy zdał pan sobie sprawę z trudności tej misji, nie zastanawiał się: „Co ja tu robię? Na co mi to?”.

Nie miałem ani chwili wahania, ponieważ traktowałem to jako wielką przygodę dyplomatyczną. Byłem pierwszym polskim dyplomatą, któremu przypadło w udziale realizować misję takiego typu, i to w czasie, gdy polska pozycja na arenie międzynarodowej dopiero się kształtowała, gdy zabiegaliśmy o szacunek jako młody kraj, który właśnie dołącza do Europy Zachodniej i wspólnoty euroatlantyckiej. Wtedy mieliśmy już prezydenta Lecha Wałęsę, ale proszę pamiętać, że wojska sowieckie ciągle znajdowały się na naszym terytorium. Wiedziałem, że po prostu muszę tę misję dobrze wykonać. ZSRR już się wtedy rozwalił i stało się oczywiste – przynajmniej tak nam się wtedy wydawało – że świat staje się jednobiegunowy: z jednym dominującym mocarstwem, Stanami Zjednoczonymi. Wiedziałem, jakie ryzyko się z tym wiąże. Zdawałem też sobie sprawę, że to wielka szansa dla mnie, dla mojej pozycji zawodowej.

Czy czuł się pan trochę jak na rozmowie o pracę – jakby chcieli pana sprawdzić? Czy miał pan wrażenie, że polska strona powinna udowodnić, że będzie warta zaufania Amerykanów?

Nie, już to wiedzieliśmy, decyzja była podjęta. Otrzymaliśmy wcześniej treść porozumienia zawartego przez Amerykanów z Irakiem i Algierią, traktującego o reprezentacji interesów irackich. Nasze miało być symetryczne. I ono mówiło o całokształcie relacji.

Ale Amerykanie podkreślali jeszcze jedno – to, że Polska będzie reprezentowała interesy USA w Bagdadzie, jest ważniejsze dla relacji polsko-amerykańskich niż iracko-amerykańskich. To był ważny niuans. Oni realizowali swoją politykę wobec Bagdadu w Waszyngtonie, co było dla nas bardzo wygodne i zdejmowało z nas odium występowania w sprawach drażliwych dla Iraku i dla jego prestiżu międzynarodowego, na przykład w sprawach sankcji. Jednocześnie mieliśmy pełnić funkcję kanału informacyjnego. Ja to ograniczenie dotyczące kontaktów politycznych rozumiałem bardzo dosłownie – tylko informujemy. Wiedziałem równocześnie, że nie mogę być w tej relacji kimś, kto ma Amerykanom podpowiadać, co mają robić. Zdawałem sobie sprawę, że nie będziemy ich jedynym źródłem informacji, jak również z tego, że mają lepsze rozeznanie, co leży w interesie Stanów Zjednoczonych w relacjach z reżimem Saddama. Jeśli więc w naszych relacjach pojawiały się wzmianki o tym, że na przykład na szczeblu pułkowników w rządzie może powstać grupa ludzi chętnych, aby przeprowadzić jakiś przewrót, to nie pisaliśmy: „Znajdźcie ich i zróbcie to a to”.

Odwiedził pan też Pentagon?

Tak. Zrobił na mnie wielkie wrażenie. Już gdy podjeżdża się do tego wielkiego, przysadzistego gmachu (ma tylko pięć pięter, plus dwa pod ziemią) widać, że jest to miejsce wyjątkowe. Po sprawnej procedurze sprawdzania i zdeponowaniu wszelkich sprzętów elektronicznych wędruje się długimi, niemal identycznymi korytarzami, na szczęście w towarzystwie gospodarzy znających topografię tego kolosa. Naszymi rozmówcami byli dyrektorzy odpowiedzialni za region bliskowschodni oraz za planowanie strategiczne, zastępca podsekretarza obrony odpowiedzialny za sprawy sowieckie i sprawy Europy Wschodniej.

W tym czasie był pan człowiekiem, w którego kraju nadal stacjonowały wojska sowieckie i który sam był współpracownikiem wywiadu wojskowego PRL. A teraz znalazł się pan w sercu wojska amerykańskiego.

No tak (śmiech). Wcześniej w Pentagonie nie byłem. Potem jeszcze zdarzyło mi się go odwiedzić, kiedy w lipcu 1996 roku towarzyszyłem prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Witano go z całym ceremoniałem, między innymi salutem 19 salw armatnich.

Czuł pan, że na pana oczach tworzy się historia?

Wtedy tego nie analizowałem, teraz, gdy myślę o tym z perspektywy wielu lat, to może faktycznie. Ale jestem takim człowiekiem, który jak zaczyna coś robić, to traktuje to jako normalne zadanie do wykonania i tyle. W takiej samej formule potem pracowałem w protokole dyplomatycznym – gdy realizowałem wizyty naszego prezydenta czy premiera u cesarzy czy królów. Moim obowiązkiem było się tym zająć, więc się zajmowałem, a że czasem trzeba pójść do Pentagonu czy włożyć frak? No cóż, to taka praca.

Z całym szacunkiem, panie ambasadorze, nie każdy ma taką pracę…

Jedni jedzą w stołówkach, inni czasami na królewskich dworach. Ale przecież nie mogłem wejść do Pentagonu z trzęsącymi się portkami ani też z zadartym nosem tylko dlatego, że to mnie powierzono tę robotę. Mieliśmy kilku rozmówców. Rozmowy były prowadzone na poziomie drugim, czyli w części podziemnej, która jest lepiej zabezpieczana. Zresztą w czasie operacji „Samum” i wcześniej, podczas przygotowywania naszego udziału w koalicji antysaddamowskiej, nasze służby, wojsko i wywiad także musiały się oswajać z Pentagonem i innymi tamtejszymi instytucjami. Sam w Pentagonie usłyszałem kilka dobrych słów o polskich działaniach. Amerykanie dziękowali za wywiezienie ich ludzi z Iraku i za informacje, które otrzymywali z naszej placówki w Bagdadzie. Podzielili się też swoimi planami wobec Kurdów i polityką nacisków, również militarnych, na Saddama, jeśli nie będzie współpracował z międzynarodowymi inspektorami.

Ja wyglądał kanał komunikacji?

Jako szef Sekcji Interesów Amerykańskich wywalczyłem sobie w kraju wystarczającą autonomię, żeby nie podlegać pod polskiego ambasadora w Iraku. Nawet miałem prawo do samodzielnej korespondencji szyfrowej z naszym MSZ-etem. Przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski zapytał mnie, jak będzie wyglądał układ zależności między mną a Departamentem Stanu, to znaczy, czy będę się kontaktował bezpośrednio z Waszyngtonem. Powiedziałem mu, że będę raportował przez nasz Departament Bliskiego Wschodu, a kiedy trzeba, to przez Departament Amerykański, ale w naszym MSZ-ecie. Amerykanie bardzo ściśle tego przestrzegali. Każde zadanie, które otrzymywałem, było mi powierzone przez nich, ale uzgodnione z polskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych i przekazywane za jego pośrednictwem.

Czy w szczególnych sytuacjach miał pan możliwość kontaktowania się bezpośrednio z Waszyngtonem?

Owszem, ale były to sytuacje naprawdę wyjątkowe, dotyczące więźniów amerykańskich. W Waszyngtonie zapoznano mnie z funkcjonowaniem centrum operacyjnego Departamentu Stanu pracującym w rytmie „24 godziny, siedem dni w tygodniu”, które zajmowało się sytuacjami kryzysowymi.

Na spotkaniu bezpośrednio przed wyjazdem minister Skubiszewski spytał mnie, jak się dostaniemy do Bagdadu. Odparłem, że samochodami z Ammanu, bo nie ma lotów cywilnych do Bagdadu. „Jak to daleko?” – chciał wiedzieć. Nie wiedząc dokładnie, stwierdziłem, że to cały dzień jazdy. On na to: „Ja się pana nie pytam, ile się jedzie, tylko ile to jest kilometrów”. Cały Skubi. Pedantyczna precyzja. Na zakończenie rozmowy życzył mi powodzenia i przypomniał o spoczywającej na kierowniku sekcji oraz jego współpracownikach odpowiedzialności. Zaznaczył, że Polska nie może zawieść okazanego jej zaufania.

Był jeszcze rezerwowy łącznik w Jordanii, prawda?

Zgadza się. Przed wyjazdem do Bagdadu zatrzymaliśmy się właśnie w Ammanie i złożyłemwizytę ambasadorowi USA. Przekazał mi ostatnie informacje z Waszyngtonu, między innymi dotyczące charakterystyki miejscowych pracowników byłej placówki amerykańskiej w Bagdadzie. Oprócz tego zaznaczył, że amerykańska ambasada w Jordanii w żadnym wypadku nie będzie się mieszała w irackie sprawy.

Czyli tak jakby miał pan dobrego sąsiada, który w nic się nie wtrąca, ale do którego w razie potrzeby można zadzwonić?

To było z oczywistych względów zrozumiałe. Królowi Jordanii zależało, aby pozostać w dobrosąsiedzkich relacjach z Bagdadem ze względu na relacje handlowe, a także przebywających na terenie jego kraju irackich uchodźców. Ale już kilka tygodni po naszej wizycie w Ammanie przyjechał radca amerykańskiej ambasady w Jordanii, którego jedynym zadaniem było prowadzenie irackich spraw i utrzymywanie relacji z naszą sekcją.

Czy w Ammanie usłyszał pan, który z pańskich współpracowników występuje w podwójnej roli i jest również informatorem wywiadu amerykańskiego?

Owszem, chodziło o trzy osoby, z którymi potem blisko współpracowałem i do których miałem wyjątkowe zaufanie.

Agentów CIA?

(Cisza i uśmiech). Pan pozwoli, ale w tej sprawie zachowam milczenie. Nic o tym nie wiem. Powiem jedno: Amerykanie również mieli do nich pełne zaufanie. Dwójka to byli Kurdowie, trzeci był rdzennym Irakijczykiem.

W miejsce godła USA pojawiła się tablica z napisem: „Ambasada Rzeczpospolitej Polskiej Sekcja Interesów USA”

Czuł pan, że kontrolują też trochę pana?

Zdawałem sobie sprawę, że cały miejscowy personel, a szczególnie ci ludzie, bacznie mi się przyglądają. Wiedziałem, że jestem obserwowany i że oceniają nasz profesjonalizm w działaniu, porównując go z amerykańskimi metodami. To było jasne, że opinie o mnie są przekazywane na zewnątrz, że docierają do Ammanu i Waszyngtonu. Miałem okazję się dowiedzieć, że były to opinie pozytywne.

No dobrze, nie wyprzedzajmy wydarzeń. Rządy w Warszawie i Waszyngtonie się dogadały, dokumenty podpisano. Zaraz ma pan wyjeżdżać. Ile czasu pan dostał?

Amerykanie nalegali, aby odbyło się to najprędzej, jak to możliwe, jak to mówią: ASAP – as soon as possible. Ale przygotowania trwały. Zajęły mniej więcej miesiąc – placówkę otworzyliśmy 29 czerwca.

Pojechałem bez rodziny, bo wtedy ciągle uważaliśmy, że to będzie misja ograniczona czasowo. W ogóle gdy zrelacjonowałem całą sprawę żonie, to Grażyna nie była zachwycona perspektywą wyjazdu na tak trudną i niebezpieczną misję. Wolała pracę w swoim ZOZ-ie i opiekę nad naszymi studentkami SGH niż pobyt w Bagdadzie. Ale co jakiś czas moje dziewczyny wpadały odwiedzić męża i ojca.

Kiedy zapadła decyzja o upublicznieniu informacji o polskiej misji?

Kilka dni po mojej wizycie w Waszyngtonie.

Pomówmy jeszcze o sprawach finansowych. Lecąc do Ammanu, a potem jadąc stamtąd do Bagdadu, udawał się pan w drogę z własnymi pieniędzmi w kieszeni…

…i taką też dyspozycję wydałem moim trzem współpracownikom.

Dlaczego?

Warunki finansowe były jednym z problemów w negocjacjach z Amerykanami. Zgadzając się na reprezentowanie ich interesów, przekazaliśmy naszemu rządowi, że naturalnie wszelkie koszty będą pokrywane przez stronę, która zwraca się o pomoc. Nie mogliśmy prosić o fundusze naszego rządu – przecież wtedy, na początku lat 90., stan polskiego Skarbu Państwa był tragiczny. Z drugiej strony natrafiliśmy na przeszkody w Waszyngtonie. Okazało się, że Amerykanie nie mogą finansować obcych rządów bez zgody Senatu USA. Procedura jej uzyskania byłaby długotrwała, a im zależało na czasie. A ponieważ nasz MSZ nie wypłacił nam żadnej zaliczki, postanowiłem postawić Amerykanów pod ścianą i powiedziałem: „Wyjeżdżamy, ale nie mamy finansowania ze strony naszego rządu”. Dlatego wydałem dyspozycję kolegom, aby mieli ze sobą jakąś kasę.

Ale zaraz – na czym stanęło w czasie rozmów w Waszyngtonie? Chyba nie chciał pan prywatnie finansować takiego przedsięwzięcia?

Powiedzieli: „Będziemy poszukiwali rozwiązania”. Zagwarantowali, że będą refundować koszty. Ale mnie naturalnie zależało, żeby nie trzeba było wykładać pieniędzy. Uratowało nas jedno. Kiedy prowadziliśmy operację wycofywania Polaków z Kuwejtu i Iraku, zdeponowaliśmy w naszej placówce w Ammanie w Jordanii pewne środki, potrzebne na wypadek, jeśli zaszłaby konieczność przekazania jakiejś gotówki naszym obywatelom, gdyby musieli spędzić kilka dni na miejscu. Po parę dolarów na chleb czy coś innego. Albo gdyby trzeba było „przepchnąć” pewne decyzje na granicy iracko-jordańskiej.

Czyli chodziło na przykład o bakszysz…

Zgadza się. Do tego potrzebne były pewne środki.

Jako doświadczony dyplomata z pewnością zna pan wartość wyrażenia „rezerwy celowe”. Zawsze da się coś wyskrobać?

Zawsze. I wie pan, na czym wtedy polegała nasza mądrość? Chodziło o małe nominały tego funduszu. Kiedy agenci CIA wwozili do Iraku i do Afganistanu miliony dolarów gotówką przeznaczone na przekupywanie lokalnych oddziałów, musieli za to płacić po kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Wykładali te pieniądze na stół, najczęściej banknoty o nominale 100. W rezultacie w obiegu były tylko stówki. A jak trzeba było kupić bochenek chleba, natrafiało się na problem. Tymczasem teściowie przekazali mi pewną mądrość: w czasie wojny trzeba mieć dolary, ale w niskich nominałach, żeby móc kupić choćby chleb.

Wróćmy do tej „rezerwy” w Ammanie.

Tamtejszym chargé d’affaires był mój przyjaciel Edmund Pawlak. I zagrałem z nim trochę va banque. „Mundek – powiedziałem – wiem, że masz 20 tysięcy dolarów w depozycie. Pożycz mi te pieniądze, ja ci je na pewno oddam. Ponegocjuję z Amerykanami, oni wkrótce mają przekazać fundusze do Ammanu. Gdy to zrobią, będę mógł je uruchomić”. On na to: „Stary, przyjaźń przyjaźnią, ale na gębę to krem nivea. Ja to muszę mieć na papierze. Wypłacę ci te pieniądze, jeśli załatwisz zgodę w Warszawie”. No więc szybko poszedł teleks do Warszawy. Niebawem przyszła zgoda z centrali.

Nie myślał pan, by załatwić tę zgodę przed wyjazdem?

Nie, ponieważ nie wiedziałem, ile zostało tych pieniędzy Pawlakowi. Na szczęście starczyło na rozruch. Amerykanie w końcu znaleźli wyjście – finansowanie sekcji przez samodzielne konto przy amerykańskiej ambasadzie w Ammanie. Zaczęło to funkcjonować, ale problemy bynajmniej się nie skończyły. Musieliśmy regularnie jeździć samochodem z Bagdadu do Ammanu i transportować olbrzymie sumy.

Raz wybrałem się do Jordanii sam. Potrzebowałem 50 tysięcy dolarów. Usiadłem w City Banku przy ustronnym biureczku z panią oddelegowaną do obsługi naszych interesów. Podałem jej swoje nazwisko i poprosiłem, żeby przekazała mi te pieniądze dyskretnie. „Oczywiście, nie ma problemu” – powiedziała. Czekałem w hallu przy stoliku. W pewnym momencie wychodzi facet, niesie dużą kopertę i wywołuje mnie po nazwisku. Podchodzę do kontuaru, a gość wysypuje z koperty pięć plików banknotów i pyta: „To pana pieniądze, będzie pan liczył?”. Zaprzeczyłem, pospiesznie schowałem pieniądze z powrotem do koperty i wyszedłem.

Miałem do pokonania 350 kilometrów przez Jordanię i 550 przez Irak. Tu i tam praktycznie przez pustynię. Uderzyła mnie wtedy myśl, że jestem nieustannie inwigilowany, nie tylko na terenie Iraku, ale także w Jordanii. Władze irackie mogą przecież ten mój wwóz gotówki przez granicę uznać za nielegalny. Ale wtedy uświadomiłem sobie, że skoro jestem inwigilowany, to znaczy, że zapewne nic mi nie grozi, ponieważ obecność agentów odstraszy bandziorów.

Skoro jesteśmy przy pieniądzach – w umowie z Amerykanami na pewno poruszono kwestię dysponowania przez pana amerykańskim majątkiem w stolicy Iraku.

W Waszyngtonie poprosiłem o odpowiedni protokół zawierający informacje: ile spośród nieruchomości amerykańskich w Bagdadzie jest własnością USA, a ile jest wynajmowanych i na jakich warunkach; jaki jest park samochodowy, ile osób liczy personel i na jakich warunkach się je zatrudnia; jaki jest stan finansów – ile w kasie i w banku, jakie są zobowiązania. Dostałem taki protokół, ale bez ostatniego elementu. W sprawie konta powiedzieli mi jedno: „Spytasz o to Violettę, ona wszystko wie i ci powie”. W odpowiedzi na pytanie, kim jest Violetta, usłyszałem: „Naszą kasjerką”. Zdziwiłem się, że takie informacje posiada wyłącznie pracownik miejscowy w Bagdadzie. „A jeśli się nie zgłosi do pracy? – spytałem. – Przecież trwa wojna…” Byłem pełen obaw. Na szczęście trzeciego dnia przyszła do pracy.

Skąd wiedziała, gdzie i kiedy ma się zgłosić?

Polska ambasada dała w miejscowej prasie ogłoszenie zawierające prośbę, aby pracownicy zjawili się w dniu otwarcia sekcji. Gdy więc Violetta przybyła, przystąpiliśmy do sprawy. Wysłałem moich pracowników, by wraz z nią otworzyli sejf. Violetta była jedyną osobą, która dysponowała kodami i kluczami. Świadczy to o wielkim zaufaniu, jakim Amerykanie obdarzają swoich pracowników. Przecież gdyby nie plomby na pomieszczeniach założone przez władze irackie po wybuchu wojny, ta kobieta miałaby otwarty dostęp do amerykańskiego majątku.

Przy liczeniu pieniędzy wyjętych z sejfu trzęsły jej się ręce. Była tam miejscowa waluta, dolary i dinary jordańskie, a także pełne raporty, wyciągi bankowe, książeczki czekowe… Violetta trzęsła się nie ze względu na sumy – po prostu się bała, nie do końca rozumiała, co się dzieje. Wezwano mnie, bym ją uspokoił i wyjaśnił, że chodzi o rutynową kontrolę stanu kasy, za którą teraz my odpowiadamy. Po pewnym czasie wynikła zabawna sytuacja. Mianowicie odkryliśmy woreczki z kilkoma setkami dinarów jordańskich albo dolarów amerykańskich – już nie pamiętam dobrze. Okazało się, że te pieniądze nie należą do ambasady USA. Departament Stanu zastrzegł: „To nie nasza własność, proszę nam o tym nie raportować”. Odkryliśmy, że były to środki sklepiku ambasadzkiego, czyli pieniądze wspólnotowe amerykańskich pracowników. Nie wiedzieliśmy, co z tym zrobić, bo wielu spośród tych ludzi już nie pracowało. Były to takie „bezpieczne woreczki Violetty”.

A gdzie trzymano poufne materiały?

W innym sejfie, w mieszczącej się na drugim piętrze części ambasady, do której nie mieliśmy dostępu. Wejście tam było zabezpieczone drzwiami pancernymi z zamkiem szyfrowym. Pracownicy Departamentu Stanu poinformowali nas, że nie planują naszego wejścia do tych pomieszczeń, jednak gdyby mocno nalegali na to Irakijczycy, to mamy im udostępnić tę możliwość. Musieli się liczyć z taką ewentualnością, ponieważ przetrzepali ambasadę Iraku w Waszyngtonie, łącznie z rezydencją ambasadora, i spodziewali się, że Irakijczycy zechcą się zrewanżować. Na szczęście do tego nie doszło.