Polska Żydowska -  - ebook

Polska Żydowska ebook

0,0
14,90 zł

lub
Opis

Dlaczego tak trudno wypowiedzieć te dwa proste słowa? Dlaczego tak trudno o związanych z nimi tematach pamiętać i dlaczego nie można o nich zapomnieć? Jak brzmią klasyczne już teksty o Zagładzie i polskiej współodpowiedzialności za nią, o antysemityzmie i antyjudaizmie? Jak rozmawiać o Auschwitz, Jedwabnem, Kielcach czy Marcu’68, ale też o tych zdarzeniach ze wspólnej historii, które dają nadzieję na przyszłość? Jakie są miejsca, w których fatalizm nieporozumień i wrogości wydaje się przełamany, a prawda o przeszłości ma charakter terapeutyczny?

 

Choć wszystkie te pytania unosiły się nad nami podczas pracy nad „Polską Żydowską”, mam nieodparte wrażenie, że to wydanie specjalne „Tygodnika” powinno się obyć bez żadnych wstępów. Z jednej strony nie ma co tłumaczyć: tematy, po które sięgamy, należą do budzących w naszym kraju najwięcej emocji. Awantura wokół ubiegłorocznych zmian w ustawie o IPN, burze wokół kolejnych książek Jana Tomasza Grossa, skandal związany z antysemicką homilią prałata Jankowskiego czy ponura heca z krzyżami na oświęcimskim Żwirowisku to przykłady pierwsze z brzegu, a przecież bywały czasy – nawet już po Zagładzie – kiedy oprócz słów leciały kamienie, a niewinnych obywateli Polski zabijano i zmuszano do emigracji. Z drugiej strony tematy te należą do najważniejszych w „Tygodnikowej” historii i tożsamości, i to nie tylko dzięki publikacji przypomnianego także tutaj eseju Jana Błońskiego.

 

Pozwolą więc Państwo, że zwrócę uwagę na jedną tylko kwestię. Obecność tego wydania w punktach sprzedaży wyznaczją rocznice wyzwolenia obozu Auschwitz i Powstania w Getcie Warszawskim, nad całością jednak unosi się inna data – kończymy pracę nad „Polską Żydowską” w setną rocznicę urodzin Marka Edelmana. W zamykającym to wydanie tekście „Najważniejsze jest życie” przypomniał on, że Holokaust nie był tylko sprawą niemiecko-żydowską, w której brała udział także jakaś grupa Polaków, ale że był klęską cywilizacji europejskiej – i to klęską, która nie skończyła się w 1945 roku. W również tu publikowanej dramatycznej rozmowie z Anką Grupińską dodawał z kolei, że w jego myśleniu nie ma miejsca na naród wybrany i na ziemię wybraną: jest sprawa poszanowania każdego życia. I koniec. Po przypomnieniu tych słów „Polska Żydowska” naprawdę może się obyć bez wstępu.

Michał Okoński, redaktor wydania

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB

Liczba stron: 496

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



„POLSKA ŻYDOWSKA” – dlaczego tak trudno wypowiedzieć te dwa proste słowa? Dlaczego tak trudno o związanych z nimi tematach pamiętać i dlaczego nie można o nich zapomnieć? Jak brzmią klasyczne już teksty o Zagładzie i polskiej współodpowiedzialności za nią, o antysemityzmie i antyjudaizmie? Jak rozmawiać o Auschwitz, Jedwabnem, Kielcach czy Marcu, ale też o tych zdarzeniach ze wspólnej historii, które dają nadzieję na przyszłość? Jakie są miejsca, w których fatalizm nieporozumień i wrogości wydaje się przełamany, a prawda o przeszłości ma charakter terapeutyczny?

Choć wszystkie te pytania unosiły się nad nami podczas pracy nad „Polską Żydowską”, mam nieodparte wrażenie, że to wydanie specjalne „Tygodnika” powinno się obyć bez żadnych wstępów. Z jednej strony nie ma co tłumaczyć: tematy, po które sięgamy, należą do budzących w naszym kraju najwięcej emocji. Awantura wokół ubiegłorocznych zmian w ustawie o IPN, burze wokół kolejnych książek Jana Tomasza Grossa, skandal związany z antysemicką homilią prałata Jankowskiego czy ponura heca z krzyżami na oświęcimskim Żwirowisku to przykłady pierwsze z brzegu, a przecież bywały czasy – nawet już po Zagładzie – kiedy oprócz słów leciały kamienie, a niewinnych obywateli Polski zabijano i zmuszano do emigracji. Z drugiej strony tematy te należą do najważniejszych w „Tygodnikowej” historii i tożsamości, i to nie tylko dzięki publikacji przypomnianego także tutaj eseju Jana Błońskiego.

Pozwolą więc Państwo, że zwrócę uwagę na jedną tylko kwestię. Obecność tego wydania w punktach sprzedaży wyznaczają rocznice wyzwolenia obozu Auschwitz i Powstania w Getcie Warszawskim, nad całością jednak unosi się inna data – kończymy pracę nad „Polską Żydowską” w setną rocznicę urodzin Marka Edelmana. W zamykającym to wydanie tekście „Najważniejsze jest życie” przypominał on, że Holokaust nie był tylko sprawą niemiecko-żydowską, w której brała udział także jakaś grupa Polaków, ale że był klęską cywilizacji europejskiej – i to klęską, która nie skończyła się w 1945 roku. W również tu publikowanej dramatycznej rozmowie z Anką Grupińską dodawał z kolei, że w jego myśleniu nie ma miejsca na naród wybrany i na ziemię wybraną: jest sprawa poszanowania każdego życia. I koniec.

Po przypomnieniu tych słów „Polska Żydowska” naprawdę może się obyć bez wstępu.

MICHAŁ OKOŃSKI, REDAKTOR WYDANIA

NASZA OKŁADKA

MIECZYSŁAW WASILEWSKI profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, był wykładowcą na uczelniach artystycznych od Iranu, poprzez USA i Chile, do Finlandii. Brał udział w kilkuset wystawach polskiego plakatu i ilustracji w kraju i za granicą, a także w dziesiątkach międzynarodowych imprez sztuki plakatu. Laureat wielu nagród za plakaty i grafikę wydawniczą. Autor okładek naszych „Kanonów” i wydań specjalnych: „Do Betlejem!”, „Wszystko, co wiemy”, „Polska od nowa” i „Moc czytania”.www.wasilewski.art.pl

WSPÓŁWYDAWCA

PARTNERZY WYDANIA

TYGODNIK POWSZECHNYWYDANIE SPECJALNE NR 1 (9) 

ISSN 2392-3628

REDAKCJA Michał Okoński

PROJEKT GRAFICZNY, ŁAMANIE Marek Zalejski

FOTOEDYCJA Grażyna Makara, Marek Zalejski

TP TYPOGRAFIA Marta Bogucka, Andrzej Leśniak, Artur Strzelecki

KOREKTA Grzegorz Bogdał, Sylwia Frołow, Maciej Szklarczyk

OPIEKA WYDAWNICZA Maja Kuczmińska, Anna Pietrzykowska, Marta Filipiuk

WYDAWCA Tygodnik Powszechny Sp. z o.o.

PREZES ZARZĄDU Jacek Ślusarczyk

ADRES WYDAWCY I REDAKCJI 31-007 Kraków, ul. Wiślna 12, tel.: 12-422-25-18, 12-422-23-11, [email protected]

REKLAMA, OGŁOSZENIA tel. 12-422-05-70, [email protected]

PRENUMERATA tel. 12-431-26-83, [email protected]

[email protected]

ZAMÓ[email protected]

E-WYDANIEpowszech.net/polskazydowska

www.TygodnikPowszechny.pl

▪ Prawa autorskie i majątkowe do wszystkich materiałów zamieszczonych w „Tygodniku Powszechnym” należą do Wydawcy oraz ich Autorów i są zastrzeżone znakiem © na końcu artykułu. Materiały oznaczone na końcu dodatkowym znakiem  mogą być wykorzystane przez inne podmioty tylko i wyłącznie po uiszczeniu opłaty, zgodnie z Cennikiem i Regulaminem korzystania z artykułów prasowych, zamieszczonymi pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl/nota-wydawnicza

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

słowa pełne miłości

ANKA GRUPIŃSKA

Czasem wstawał z fotela i podchodził do okna. Nieruchomiał w białej firance. I znikał naprawdę. To były, myślę, powroty do świata prawdziwego, do czasu, który w nim tkwił, do spraw, które tylko dla niego się działy. Nikt z nas nie miał tam dostępu.

W ZBIORACH KIBUCU BOJOWNIKÓW GETTA (IZRAEL)

WIELE LAT TEMU ALA MARGOLIS opowiedziała mi o pewnej parze, którą widziała w kotle na Miłej, we wrześniu 1942 r. Ona była pielęgniarką, a on był chyba młodym lekarzem. Stali tam, na tym placu, czekając na werdykt. I on ją tak bardzo mocno obejmował, a ona miała ręce zarzucone na jego szyję. I tak bardzo przytuleni czekali, czy dostaną numerki. To musiała być prawdziwa para. Na progu śmierci tacy byli zespoleni miłością. Ja na to długo patrzyłam – pamiętała Ala.

Marek Edelman zawsze mówił, że miłość jest najważniejsza i że tam też była, a ludzie jej potrzebowali bardziej niż gdzie indziej. Czasem miłość bywa zła, okrutnie krzywdząca i o takiej dużo z nim rozmawiałam. On umiał rozróżnić dobro i zło, przed złem chciał chronić, przestrzegał. Przez ostatnie lata ciągle namawiał, żeby pisać o miłości, film zrobić. Paula Sawicka zdołała zapisać jego opowieści o miłości w getcie. Jola Dylewska zaczęła robić swój film. Ja, wierzę, napiszę książkę o miłości. Bo po Marku mam przekonanie, że miłość jest najważniejsza. W dni po jego śmierci miałam poczucie, że umiem już tę dobrą od złej odróżnić. Doprawdy zawdzięczam mu wszystko.

JEŹDZIŁAM DO MARKA EDELMANA przez ponad dwadzieścia lat. Parkowałam ok. 11.30 naprzeciwko jego okna, najczęściej otwartego, z firanką wessaną do środka. Wysiadając, już czułam zapach przeszłego miejsca i czasu. Dla moich nozdrzy i mojej wyobraźni tylko tam, na Zelwerowicza 34A, w domu po rodzicach Aliny Margolis, ten zapach się zachował. Dzwonek. Czekałam z kwiatami na progu. Jeśli Marek był sam, drzwi otwierały się po dłuższej chwili. A potem był rytuał: kuchnia, kubek, szklanka, rozmowa, stół pod obrazkami, papierosy, rozmowa, gazety, małe serwetki, listy zewsząd, alkohol, ciężka popielniczka, rozmowa, kalafior albo szpinak, czasem ryba, którą Marek lubił, rozmowa, mgielne światło w pokoju, zegarek, niepokój, rozmowa, strach, rozmowa i pożegnanie, ok. 17 najczęściej.

W tych rozmowach Marek siedział w głębokim fotelu po prawej stronie stołu, ja – na krześle obok. Czasem był niecierpliwy, często był niecierpliwy, złościł się, że nie rozumiem albo że nie wiem, złościł się, że ciągle musi tłumaczyć, a i tak świat od tego lepszy i mądrzejszy nie jest. Ja ze swoją potrzebą dociekania irytowałam go, ale tę irytację zawsze rozpoznawałam jako jego troskę i niemoc. Czasem był łagodny. Wtedy mówił: „Ugotowałem ci kalafiora i szpinak”. Jak był ciepły i cierpliwy, to opowiadał. Pewnie, że o przeszłości, o sprawach i ludziach, które przez niego znałam. Czasem mnie pytał: „czy Masza od razu poszła do lasu, czy była najpierw w Warszawie?”, albo: „od kiedy Marysia Zielona mieszkała na Pańskiej?”; czasem pamiętałam Jego słowa lepiej niż on.

I w tych miękkich rozmowach, cierpliwych Marek wstawał z fotela i podchodził do okna. Nieruchomiał w białej firance. I znikał naprawdę. Nie było go przez dłuższą chwilę. Czekałam i wyobrażałam sobie, gdzież on teraz jest. To były, tak myślę, powroty do świata prawdziwego, do czasu, który w nim tkwił, do spraw, które tylko dla niego się działy. Nikt z nas, którzy wokół niego żyli, nie miał tam dostępu.

Pierwszy raz pojechałam do Łodzi w 1985 r., wczesną wiosną. Z przyjacielem, Włodkiem Filipkiem. Wydawaliśmy pismo w Poznaniu, „Czas” się nazywało. Takie podziemne, ambitniejsze, żeby nie ciągle o Jaruzelskim i polityce. Znaliśmy książkę Hanki Krall i chcieliśmy wiedzieć, co i jak doktor Edelman mówi o naszej rzeczywistości. Jechaliśmy autostopem, żeby było bardziej konspiracyjnie, szliśmy jakimiś polami niby na skróty, a w mieście rozdzieliliśmy się: że jak jedno wpadnie, to drugie dotrze. To nie była rozmowa. Zadawaliśmy naiwne pytania i uczyliśmy się odpowiedzi. Tamte kilka godzin przy stole zmieniło moje życie. Czasem tak bywa (nawet jeśli to brzmi zbyt podniośle – nic nie mogę poradzić).

POTEM POJECHAŁAM DO IZRAELA. Był rok 1988. Wszystkie numery telefonów miałam od Marka i od Hani. Wędrowałam po mieszkaniach pełnych „europejskich” dywanów i europejskiej pamięci. Słuchałam, notowałam, nagrywałam, czasem czekałam, kiedy mój rozmówca wróci – zza łez albo zza firanki. Pojechałam do kibucu Lochamej Hagettaot: to było gniazdo ocalonych z getta warszawskiego. Kilka lat wcześniej tam właśnie zmarł Icchak Cukierman, przedtem zmarła jego żona Celina Lubetkin – przyjaciele Marka z getta, z Pańskiej, z Powstania Warszawskiego, z całego życia. Czułam się trochę jak posłaniec. Przywiozłam nasz podziemny wywiad i bardzo chciałam go przeczytać.

Dorka i Icchak Sternbergowie zaprosili kilkanaście osób do swojego kibucowego domku. Byłam smarkata, przejęta i szczęśliwa. Oni byli ciekawi, podejrzliwi i nieufni. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego. W pewnej chwili Ewa zaczęła krzyczeć do mnie: „A kim on jest? Chrystusem Polaków?!”. Jak by to nielogicznie brzmiało, to była reakcja na fragment: „Trzymilionowe państwo w morzu 100 milionów Arabów nie może istnieć. Nie ma żadnych szans. Będą tak samo wyrżnięci i cofnięci do morza. Ameryka będzie tak długo dawała im samoloty, jak długo tam będzie miała swój lotniskowiec”.

TO SPOTKANIE BYŁO MOJĄ PIERWSZĄ LEKCJĄ o tym, jak obco i niechętnie Marek jest postrzegany w Izraelu. Spędziłam tam w sumie siedem lat i przykładów niechęci wobec doktora Edelmana nazbierałam w pamięci sporo. A powody tej niechęci? Że został na cmentarzu, że nie był syjonistą, przeciwnie – że był antysyjonistą, bundowcem. Że się wynosił ponad innych, no bo jak rozumieć, że w Polsce był taki ważny? Że pouczał i miał rację, że nie lubił tej historii, którą konstruowali Izraelczycy, że potępiał ich za antypalestyńskość, że ciągle był niepokorny, odważny i wolny. Zapytałam izraelskiego przyjaciela, lewicowca: dlaczego Edelmana nie honorowano w Izraelu. Taka jego odpowiedź: „Edelman nie tańczył w naszym rytmie. Nie zrobił aliji. Był żyjącym dowodem niesyjonistycznej alternatywy. Nie przyjeżdżał tu, żeby przelewać krew na naszych wojnach. Nie dbał o public relations w Izraelu. Był indywidualistą”. Myślę, że niewielu odczytywało w Marka izraelskich osądach jego troskę, niepokój, strach… Niewielu rozpoznawało ból skrywany za cynizmem, ironią, za okrucieństwem w słowie.

Nie był bohaterem dlatego, że dowodził w powstaniu. Był bohaterem, bo nigdy nie dał się wepchnąć na beczkę i inni za to właśnie go honorowali. Kiedyś powiedział: „Nie chodzi mi o dawanie świadectwa żołnierskiej dzielności. Ja chcę świadczyć o wartościach, o mężczyznach i kobietach, o miłości i polityce, o braterskich więziach”. Umieranie z bronią w ręku nie jest bardziej godne niż umieranie w komorze gazowej, żadna śmierć nie jest mniej godna – często mówił. Był wybranym bohaterem dla wielu, którzy rozpoznawali i cenili jego mądrość oraz prawość. W ważnych sprawach Marek zawsze miał rację. I miał piękne oczy, które jakby wychodziły z duszy, jakby wyrastały z twarzy, jakby były nieśmiertelne.

©■ „TP” 41/2009

biedni Polacy patrzą na getto

MAREK ZALEJSKI

„Ślad muru” – projekt Eleonory Bergman i Tomasza Leca, upamiętniający w miejskim chodniku granice warszawskiego getta. Okolice Teatru Studio.

Biedni Polacy patrzą na getto

JAN BŁOŃSKI

Czytamy czy słuchamy rozważań o żydowsko-polskiej przeszłości i kiedy tylko dojdzie do nas zdarzenie, fakt, który nie najlepiej o nas świadczy, gorączkowo staramy się go pomniejszyć, wytłumaczyć, zbagatelizować. Czujemy przecież, że nie wszystko było w porządku. Jakże zresztą mogłoby być w porządku?

FRANCISZEK PRZYMUSIŃSKI / ODBITKA W ZBIORACH ŻIH

Płonie warszawskie getto. Zdjęcie z albumu komendanta tzw. policji granatowej płk. Franciszka Przymusińskiego. Kwiecień–maj 1943 r.

Czesław Miłosz wypowiedział kilkakrotnie osobliwe słowa o obowiązku oczyszczenia, który ciąży na polskiej poezji. Oczyszczenia rodzinnej ziemi, która jest – przytaczam – „obciążona, skrwawiona, zbezczeszczona”1). Obciążać może tylko krew cudza. Krew własna, krew ofiary podsyca wspomnienie, budzi żal, litość, szacunek.

Domaga się pamięci, modlitwy, sprawiedliwości. Pozwala także na przebaczenie, chociaż przebaczenie to nie przychodzi łatwo. Inaczej już z krwią cudzą, ale przelaną w sprawiedliwej walce. Mamy prawo do obrony koniecznej, ale to prawo już jest ustępstwem, Chrystus kazał Piotrowi schować miecz… Zapewne więc każda przelana krew domaga się refleksji i pokuty, nie można jednak powiedzieć, aby każda obciążała, bezcześciła ziemię.

Miłosz nie myśli ani o krwi rodzimej, ani o krwi najezdników. Jasne, że myśli o krwi żydowskiej, o ludobójstwie, którego naród polski nie jest winien, ale które dokonało się na naszej ziemi i tę ziemię jakoś na wiek wieków naznaczyło. Poezja, literatura – albo ogólniej, pamięć, zbiorowa świadomość – nie może o tym krwawym i ohydnym znaku zapomnieć. Nie może zachować się tak, jakby go nie było… Słychać jednak czasem głosy (zwłaszcza młode), których ten znak nie porusza. Odrzucamy przecie – powiadają – zasadę odpowiedzialności zbiorowej… Jeśli tak, nie musimy wracać do spraw zapadłych nieodwracalnie w przeszłość. Dość będzie, jeśli zbrodnię potępimy in toto, jak potępiamy wszelką krzywdę, wszelką nikczemność.

Odpowiem tak: kraj ojczysty nie jest hotelem, w którym dość sprzątnąć brudy po przypadkowych gościach. Zbudowany jest przede wszystkim z pamięci, inaczej mówiąc, jesteśmy sobą tylko dzięki pamięci o przeszłości.

Tą przeszłością nie możemy dowolnie rozporządzać, chociaż – jako jednostki – nie jesteśmy za tę przeszłość bezpośrednio odpowiedzialni. Musimy nosić ją w sobie, chociaż bywa to przykre czy bolesne. I winniśmy dążyć do tego, aby ją oczyścić.

Ale jak? Oczyścić pole Kaina to – najpierw – pamiętać o Ablu. Ów Abel nie był sam, mieszkał w naszym domu (na naszej ziemi), a więc we wspólnym domu na wspólnej ziemi. Krew została na ścianach, wsiąkła w ziemię, czy chcemy, czy nie. Wsiąkła w naszą pamięć; w nas samych. Więc nas samych musimy oczyścić, czyli zobaczyć siebie w prawdzie. Bez tego dom, ziemia, my sami pozostaniemy zbrukani. Taki jest sens słów poety, jeżeli je dobrze rozumiem. Tak w każdym razie widzi on swój obowiązek, wzywając niejako nas wszystkich, abyśmy także swego obowiązku dopełnili.

Jak to jest trudne, dowodzi znany bardzo wiersz Miłosza, „Campo di Fiori”. Opowiada o karuzeli, którą – chciał traf, ale jaki to znaczący, osobliwy traf – zmontowano w Warszawie, na placu Krasińskich, tuż przed wybuchem Powstania w Getcie. Gdy zaczęły się walki, karuzelowy interes nie przestał funkcjonować, gromadził dalej dzieci, młodzież, gapiów.

Czasem wiatr z domów płonących

Przynosił czarne latawce,

Łapali płatki w powietrzu

Jadący na karuzeli.

Rozwiewał suknie dziewczynom

Wiatr od tych domów płonących,

Śmiały się tłumy wesołe

W czas pięknej warszawskiej niedzieli.

Miłosz porównuje „wesołe tłumy” z rzymskimi przekupniami, którzy – w chwilę po spaleniu Giordana Bruna – powrócili do swoich zajęć, ciesząc się „różowymi owocami morza”, „koszami oliwek i cytryn”. I kończy refleksją o „samotności ginących”, której sprzeciwia się „słowo poety”. Tylko tak może ono – zdaje się mówić – „ocalić” to, co można jeszcze ocalić, ocalając zaś, oczyszcza naszą pamięć buntem przeciwko mijaniu i „zapomnieniu, co rośnie, / nim jeszcze płomień przygasnął”.

WSPOMNIENIE I WESTCHNIENIE nie uwalnia jednak od obrazu stosu na targu czy karuzeli na grobie. Dowodem dalsze dzieje wiersza, który był często tłumaczony i przytaczany. Rozumiano go nieraz jako oskarżenie. Przełożony na przykład na hebrajski, zdać się może dowodem na wrogą obojętność wobec zagłady getta… Po latach Miłosz zastanawia się, „czy rzeczywiście taka była wtedy ulica warszawska. I była, i nie była. Była, bo w okolicach getta kręciły się karuzele, i nie była, bo w innych momentach, w innych okolicach Warszawa była inna, więc nie chodzi o jakieś oskarżanie”2).

Wiersz – powiada – jest „publicystyczny”, czyli nadto jednoznaczny, za łatwo pozwala wyciągać wnioski. Coś upraszcza, upraszczając zaś, uspokaja… Gorzej: poeta odkrywa, że napisał wiersz „bardzo niemoralny”.

Dlaczego? Bo – cytuję – „pisany o umieraniu z pozycji obserwatora”. I rzeczywiście: tak jest ten wiersz napisany, że ten, który mówi – czyli poeta – wychodzi obronną ręką. Jedni umierają, drudzy się bawią, on zaś „wznieca bunt” swoim słowem i odchodzi, zadowolony, że piękny wiersz napisał… Czuje więc po latach, że się za łatwo wykręcił. W zestawieniu z „horrorem”, jak mówi, pisanie okazuje się „niemoralne”: „Campo di Fiori” nie zdołało pokonać „konfliktu życia ze sztuką”. Miłosz dodaje więc na usprawiedliwienie, że wiersz powstał „jako zwyczajny odruch ludzki wiosną 1943 roku”, i oczywiście zgodzimy się chętnie, że był to piękny, szlachetny odruch. W tę okropną Wielkanoc uratował on – jak ktoś ładnie napisał – „honor ludzkiej poezji”. Ale razem z poetą czujemy, że ostatnie słowo nie zostało powiedziane.

Może te poetyckie udręki pomogą nam zrozumieć, dlaczego nie możemy sobie poradzić z rozważeniem całej żydowsko-polskiej przeszłości. Porzucę więc teraz literaturę i odwołam się do osobistego doświadczenia.

A właściwie nie całkiem osobistego, bo każdy chyba, kto był za granicą, powiedzmy, na zachodzie Europy, usłyszał pytanie, czy Polacy są antysemitami? Albo wyraźniej: dlaczego Polacy są antysemitami. Ja sam słyszałem to pytanie tyle razy, i tyle razy wdawałem się w wyjaśnienia, że mógłbym chyba ze dwadzieścia takich rozmów schematycznie streścić w jedną:

– Czy Polacy są antysemitami?

– Dlaczego pan tak stawia pytanie? Bywają Polacy antysemici, bywają filosemici, bywają tacy, których to nic nie obchodzi, i takich właśnie jest coraz więcej.

– Oczywiście, są rozmaici Polacy, ale ja pytam o większość społeczeństwa. Polacy zawsze uchodzili za antysemitów, nie może to być przypadek?

– Jak to zawsze? Przecież wtedy, kiedy Anglia, Francja, Hiszpania wygnały Żydów, właśnie w Polsce znaleźli schronienie!

– Zapewne, ale to było dawno, w średniowieczu, wtedy Żydami pogardzano wszędzie, ale od połowy osiemnastego wieku, w nowożytnej Europie, zawsze były z polską nietolerancją kłopoty.

– Ale przecie od końca osiemnastego wieku żadnej Polski nie było!

– Było jednak polskie społeczeństwo, w którym Żydzi nie mogli sobie znaleźć miejsca, dlaczego?

– Byliśmy w niewoli, musieliśmy myśleć przede wszystkim o sobie.

– Właśnie. Dlaczego nie myśleliście o sobie razem z Żydami?

– Za wielu ich było. Nie mieliśmy szkół, sądów, urzędów. Żydzi nie mówili nawet po polsku. Woleli uczyć się niemieckiego, rosyjskiego… Ale światli ludzie namawiali do asymilacji, starali się zbliżyć Żydów do Polaków!

– Czemu nie odwrotnie? Czy Żydzi nie mogli zostać Żydami? Urządzaliście pogromy, nie rozumiem dlaczego.

– Pierwsze pogromy miały miejsce na Ukrainie, sprowokowała je carska policja…

I dalej:

– Kiedy odzyskaliście niepodległość, los Żydów wcale się nie polepszył. Przeciwnie, antysemityzm stawał się coraz jadowitszy…

– W dwadzieścia lat nie można przerobić społeczeństwa, a poza tym, czy w całej Europie nie było podobnie? Po pierwszej wojnie przyjęliśmy wielu Żydów z Rosji, po 1934 roku – z Niemiec…

– Może to i prawda, ale traktowaliście Żydów jako obywateli drugiej kategorii. A w czasie wojny uchroniliście bardzo niewielu.

– Jest w Izraelu miejsce pamięci ludzi, którzy ratowali Żydów, trzydzieści procent nazwisk to Polacy.

– Ale procent ocalonych Żydów był w Polsce niski, najniższy w Europie w stosunku do całej ludności kraju.

– W 1942 roku, w Warszawie, na ośmiu Polaków było w mieście czterech Żydów. Jak ośmiu może ukryć czterech?

– Właśnie Polacy rozpoznawali Żydów i wydawali ich Niemcom. Albo policji, która przecież była polska…

– W każdym społeczeństwie jest kilka procent ludzi bez sumienia. Pan nie ma pojęcia, czym była okupacja niemiecka w Polsce. Za ukrywanie jednego Żyda rozstrzeliwano całe rodziny, z dziećmi włącznie.

– Owszem, tak było, ale za konspirację także strasznie karano, a wszyscy podobno konspirowali. Po wojnie Żydzi nie chcieli pozostać w Polsce…

– Trudno im było żyć wśród wspomnień.

– Trudno im było żyć wśród Polaków, którzy nie chcieli im zwracać sklepów, mieszkań, grozili, zabijali, nie słyszał pan o pogromach, w Krakowie, w Kielcach?

– Pogrom w Kielcach był prowokacją polityczną.

– No to co? Prowokacja, jeśli była, to znalazła posłuch. Dziesięć tysięcy prowokatorów?

– Żydzi ginęli nieraz nie za to, że byli Żydami, ale za to, że byli komunistami.

– A w 1968 roku, czy dlatego opuszczali Polskę, że byli komunistami?

– Polacy rozpoznawali Żydów i wydawali ich Niemcom.

– W każdym społeczeństwie jest kilka procent ludzi bez sumienia. Pan nie ma pojęcia, czym była okupacja niemiecka w Polsce.

– Czy Polacy są antysemitami?

– Dlaczego pan tak stawia pytanie? Bywają Polacy antysemici, bywają filosemici, bywają tacy, których to nic nie obchodzi.

I TAK DO KOŃCA czy też raczej bez końca. Dyskusje historyków wyglądają bardzo podobnie. Powracają – dokładniej udokumentowane – te same opinie i zdarzenia, które starałem się zebrać w mojej (na wpół) wyimaginowanej rozmowie. Istnieje o tych sprawach ogromna literatura, pamiętnikarska i historyczna, o której mamy w Polsce bardzo blade pojęcie… Tymczasem powinniśmy ją znać, choćby dlatego, że mówi także o nas. Jest w niej znaczny rozrzut stanowisk i wniosków. Trafiają się książki, których autorzy nie kryją, że powoduje nami nienawiść. Lekceważyć ich nie wolno. Zrodziły się przecież z osobistych przeżyć, których autentyczności nie sposób podawać w wątpliwość. A poza tym – czy w naszym piśmiennictwie nie roi się od wypowiedzi pełnych obłąkanej wręcz nienawiści do Żydów?

Jest także sporo książek ostrożnych i – o ile możliwe – obiektywnych. Przypominają one starannie mentalne i materialne uwarunkowania polsko-żydowskiego współżycia. Uwzględniają niewyobrażalne dziś niemal natężenie okupacyjnego terroru, który spowodował moralne zdziczenie społeczności – nie tylko polskiej…3) Przyjmują milcząco we wnioskach, że do nieszczęść środkowej Europy nie można przykładać miar, powiedzmy, angielskich. Gdy wali się niebo, nawet kopniak może być dowodem litości i współczucia… Prawda pozostaje jednak i trudna do ustalenia, i trudna do przyjęcia.

Przysłuchiwałem się przed dwoma laty dyskusji zagranicznych i polskich specjalistów i muszę powiedzieć, że było to bardzo ciężkie przeżycie. Dla nas i także, jak sądzę, dla Żydów. Do uzgodnienia stanowisk było oczywiście daleko. Ale też nie jest ono celem takich konferencji. Myślałem ciągle o tym, co nie zostało tam powiedziane i co właściwie sprawia, że dyskusje – przyjacielskie na ogół – łączyły się dla wszystkich z przykrością i cierpieniem. Potem doszedłem do wniosku, że było to właśnie poczucie skażenia, zbrukania, zbezczeszczenia, o jakim mówił Miłosz.

Dlatego pozwolę sobie jeszcze raz wrócić do poety. W 1943 roku Miłosz napisał inny jeszcze wiersz o zburzeniu getta. Jest on mniej jednoznaczny, może nawet trudny do zrozumienia. Zaczyna się od obrazu niszczenia:

Rozpoczyna się rozdzieranie, deptanie jedwabi,

Rozpoczyna się tłuczenie szkła, drzewa, miedzi, niklu, srebra, pian

Gipsowych, blach, strun, trąbek, liści, kul, kryształów –

– aż:

Wali się w ogniu dach, ściana i żar ogarnia fundament.

Jest już tylko piaszczysta, zdeptana, z jednym drzewem bez liści –

Ziemia.

Zburzone zostało miasto, została ziemia, pełna skorup i odpadków. Pełna także ciał ludzkich. I w tej ziemi czy raczej pod ziemią

Powoli, drążąc tunel, posuwa się strażnik-kret

Z małą czerwoną latarką przypiętą na czole.

Dotyka ciał pogrzebanych, liczy, przedziera się dalej,

Rozróżnia ludzki popiół po tęczującym oparze.

Popiół każdego człowieka po innej barwie tęczy.

Kim jest ten kret, trudno powiedzieć. Jest strażnikiem, może strażnikiem pogrzebanych? Ma latarkę, a zatem widzi, widzi w każdym razie lepiej niż umarli. A wśród tych umarłych znajduje się jakby także sam poeta, czy też raczej ten, który wiersz wypowiada. I on tam leży, i boi się. Boi się kreta. Osobliwy, zdumiewający obraz.

Boję się, tak się boję strażnika-kreta.

Jego powieka obrzmiała jak u patriarchy,

Który siadywał dużo w blasku świec,

Czytając wielką księgę gatunku.

A zatem ten kret ma rysy Żyda, ślęczącego nad Talmudem czy Biblią. Chyba Biblią, bo ona raczej zasługuje na nazwę „wielkiej księgi gatunku”, ludzkiego oczywiście.

Cóż powiem mu ja, Żyd Nowego Testamentu,

Czekający od dwu tysięcy lat na powrót Jezusa?

Moje rozbite ciało wyda mnie jego spojrzeniu

I policzy mnie między pomocników śmierci:

Nieobrzezanych.

STRASZNY TO WIERSZ, bo pełen lęku. Ale są w nim jakby dwa strachy. Jeden to strach przed śmiercią, dokładnie przed pogrzebaniem żywcem, co przecie zdarzyło się tylu ludziom, zasypanym w podziemiach, także w piwnicach getta. Ale w tym pierwszym strachu jest drugi strach, strach przed strażnikiem-kretem. Ten kret posuwa się pod ziemią, ale także jakby – poniżej naszej świadomości. To poczucie winy, do jakiej nie chcemy się przyznać.

Pogrzebany pod ruinami między zwłokami Żydów, „nieobrzezany” boi się, że zostanie policzony między morderców. Więc lęk przed potępieniem, lęk piekielny! Lęk nie-Żyda, który patrzy na walące się getto, wyobraża sobie, że mógłby tu – przypadkiem – także zginąć, i wtedy w oczach kreta, co umie rozróżnić popioły, wyda się „pomocnikiem śmierci”. I rzeczywiście, wiersz nosi tytuł „Biedny chrześcijanin patrzy na getto”. A zatem jest w tym chrześcijaninie lęk przed losem, jaki spotkał Żydów, ale jest także – stłumiony, zaszyfrowany przez niego samego – lęk przed tym, że zostanie potępiony. Potępiony przez kogo? Przez ludzi? Nie, ludzi już nie ma. To kret go potępia, a raczej może potępić, ten kret, który dobrze widzi i zna „księgę gatunku”. Własne moralne sumienie potępia (może potępić) biednego chrześcijanina. I on chciałby się przed tym kretem-sumieniem ukryć, bo nie wie, co mu powiedzieć.

Miłosz, zapytany, co czy kogo ten kret oznacza, uchylił się od odpowiedzi. Odparł, że napisał wiersz spontanicznie, nie zaś „programowo”4). Jeśli tak, tym lepiej, wiersz byłby bezpośrednim wyrazem grozy, która – jak to bywa we śnie i także w sztuce – wyłania z siebie obrazy. Unaocznia to, co nie w pełni zrozumiane, to, co było, a może jeszcze jest, w ludziach, zapewne także w poecie, ale w niejasnym, zamazanym, przytłumionym kształcie. Wczytując się w taki wiersz, lepiej siebie rozumiemy, bo to, co niejasne, oglądamy jakby przed nami. Ja „Biednego chrześcijanina…” trochę – jak każdy czytelnik – uzupełniłem, skomentowałem. Myślę jednak, że nie jestem bardzo daleko od odczuć poety.

Ale nie tylko poety. Wracam teraz do fikcyjnej rozmowy. Jest ona – trochę uproszczonym – streszczeniem dziesiątków sporów i polemik. Co w niej uderza? W odpowiedziach mego syntetycznego Polaka rozpoznać można ten właśnie lęk, który odzywa się w „Biednym chrześcijaninie…”. Lęk, aby nie zostać policzonym między pomocników śmierci. Tak on okropny, że czynimy wszystko, aby go oddalić, aby nie dopuścić nawet do jego wyjawienia. Czytamy czy słuchamy rozważań o żydowsko-polskiej przeszłości i kiedy tylko dojdzie do nas zdarzenie, fakt, który nie najlepiej o nas świadczy, gorączkowo staramy się go pomniejszyć, wytłumaczyć, zbagatelizować. Nie jest nawet tak, abyśmy go chcieli ukryć czy zaprzeczyć, że miał miejsce. Czujemy przecież, że nie wszystko było w porządku. Jakże zresztą mogłoby być w porządku? Współżycie społeczności – jak współżycie jednostek – nigdy nie jest bez skazy. Cóż dopiero takie burzliwe, nieszczęśliwe współżycie. Nie umiemy jednak rozmawiać o nim spokojnie. Dlatego, że – świadomie czy nieświadomie – boimy się oskarżenia. Boimy się, że odezwie się strażnik-kret i powie, zajrzawszy w swoją księgę: ach, wyście także służyli śmierci? I wyście pomagali zabijać? Albo przynajmniej: patrzyliście spokojnie na żydowską śmierć?

POMYŚLMY JEDNAK UCZCIWIE: takie pytanie musi paść. Musi je zadać każdy, kto rozmyśla nad polsko-żydowską przeszłością, niezależnie od odpowiedzi, jakiej udzieli. Ale my – świadomie czy nieświadomie – nie chcemy, aby to pytanie padło. Odsuwamy je od siebie jako niemożliwe, skandaliczne. Przecieśmy nie stanęli po stronie morderców. Przecież sami byliśmy następni w kolejce do pieca. Przecież – nie najlepiej, ale jednak – jakoś z tymi Żydami współżyliśmy, oni zaś także nie byli w naszych sporach bez winy. Więc stale musimy o tym wszystkim przypominać. Bo co o nas inni pomyślą? Jak my sami będziemy o sobie myśleć? Jakże to będzie z dobrym imieniem naszego kraju, naszego społeczeństwa?…

Ta troska o „dobre imię” jest stale obecna w prywatnych – a bardziej jeszcze w publicznych – wypowiedziach. Inaczej mówiąc, rozważając przeszłość, chcemy z tych rozważań wyciągnąć moralny zysk. Nawet wtedy, kiedy potępiamy, chcemy sami stanąć ponad – czy poza – potępieniem. Chcemy znaleźć się absolutnie poza oskarżeniem, chcemy być zupełnie czyści. Chcemy być także – i tylko – ofiarami… Ta troska jest wszakże podszyta lękiem – jak w wierszu Miłosza – i ten lęk wypacza, zniekształca nasze myślenie o przeszłości. Co też od razu wyczuwają nasi rozmówcy… Nie chcemy mieć nic wspólnego z okropnością. Czujemy jednak, że kala nas ona jakoś, „bezcześci”. Dlatego wolimy o tym wszystkim nie mówić. Albo mówimy tylko po to, aby odeprzeć oskarżenie. Oskarżenie, które nieczęsto pada, ale wisi niejako w powietrzu5).

Czy możemy się go wyzbyć? Czy możemy mu zapobiec? Ja myślę, że nie, bo ono jest – na dobrą sprawę – w nas samych. To my sami boimy się kreta, który drąży sumienia. I myślę także, że go nie odpędzimy. A przynajmniej nie odpędzimy go zapominając o przeszłości albo przyjmując wobec niej postawę obronną. Musimy całkiem szczerze, całkiem uczciwie stanąć wobec pytania o współodpowiedzialność. Nie ma co ukrywać: to jest jedno z najboleśniejszych pytań, przed którym możemy stanąć. Myślę jednak, że powinniśmy je koniecznie rozważyć.

Przed tym pytaniem my – jako Polacy – nie stoimy sami. I to może nam pomóc. Nie dlatego, że raźniej bić się w piersi gromadnie. Że rozłożymy tak naszą winę, że się ta wina niejako pomniejszy… Raczej dlatego, że lepiej będziemy ją mogli zrozumieć. Zrozumieć zarówno naszą winę, jak to, dlaczego przed nią uciekamy. Czytaliśmy niedawno o wizycie, którą Ojciec Święty złożył w rzymskiej synagodze. Znamy też kościelne dokumenty, gdzie – już za czasów Jana XXIII – rozważono ponownie i, miejmy nadzieję, ostatecznie stosunek chrześcijan do Żydów, albo raczej: chrześcijaństwa do judaizmu. W tym przemówieniu i w tych dokumentach od razu uderza jedno. Nie zajmują się one wyważaniem win ani roztrząsaniem przyczyn (społecznych, ekonomicznych, intelektualnych czy Bóg wie jakich), które sprawiły, że chrześcijanie patrzyli na Żydów jak na wrogów, szkodników czy natrętów. Jest natomiast jasno powiedziane: chrześcijanie (i Kościół) się mylili. Nie mieli prawa ani podstawy, aby uważać Żydów za naród „przeklęty”, za naród winien śmierci Chrystusa. Taki zatem naród, który „powinien” zostać odsunięty, odosobniony, wyłączony ze wspólnoty.

Jeśli się to jednak stało, to dlatego, że chrześcijanie byli za mało chrześcijanami… Nie mówi się zatem: myśmy „musieli” się bronić, myśmy „nie mogli” ratować czy traktować Żydów jak braci. Nie przypomina się nawet danych, które mogłyby stanowić okoliczność łagodzącą. A trochę takich danych jest. Przecież Żydów (jako monoteistów) nie lubiła już starożytność. W średniowieczu spoiwem Europy była jedność religijna, a zatem nie tylko Żyd, ale każdy, kto inaczej lub innego czcił Boga, jawił się od razu jako obcy… Kościół bywał też na ogół łagodniejszy niż świeccy panujący. Ale to wszystko nie zmienia istoty rzeczy. Musi więc zostać pominięte. Podkreśla się raczej, że kościelna praktyka podniecała niechęć do Żydów i utrzymywała ich w poniżeniu i izolacji… Słowem, współczesne dokumenty nie zmierzają do wybielenia przeszłości, nie targują się o okoliczności łagodzące. Mówią jasno o zaniedbaniu obowiązków braterstwa i miłosierdzia. Resztę pozostawiają historykom. W tym jest właśnie chrześcijańska wielkoduszność tych wypowiedzi.

MYŚLĘ, ŻE w naszym stosunku do żydowsko-polskiej przeszłości winniśmy tę postawę naśladować. Przestać się bronić, usprawiedliwiać, targować. Podkreślać, czego nie mogliśmy zrobić, za okupacji czy dawniej. Zrzucać winę na uwarunkowania polityczne, społeczne, ekonomiczne. Powiedzieć najpierw: tak, jesteśmy winni. Przyjęliśmy Żydów do naszego domu, ale kazaliśmy im mieszkać w piwnicy. Kiedy chcieli wejść na pokoje, obiecywaliśmy, że wpuścimy, jeśli przestaną być Żydami, jeśli się „ucywilizują”, jak mawiano w XIX wieku, nie tylko w Polsce, rzecz jasna. Tak myślały najświatlejsze umysły, Orzeszkowa, Prus… Znaleźli się wśród Żydów tacy, co gotowi byli tej rady posłuchać. Ale wtedy zaczęliśmy mówić o najeździe Żydów, o niebezpieczeństwie, które nam zagrozi, kiedy przenikną w polskie społeczeństwo! Zaczęliśmy – jak to expressis verbis napisał Dmowski – stawiać warunki: jak choćby ten, że tylko tych Żydów uznać można za Polaków, co będą współdziałać w ograniczeniu żydowskich wpływów! Mówiąc zwyczajnie: tych, co zwrócą się przeciw bliskim, przeciw rodzicom!

Wreszcie straciliśmy dom i w tym domu okupant zaczął Żydów zabijać. Czyśmy im solidarnie pomogli? Ilu z nas uznało, że to nie ich rzecz! Byli też tacy (pomijam zaś zwykłych zbójów), co się po cichu cieszyli, że Hitler załatwił nam „problem” żydowski… Nie umieliśmy nawet powitać i uszanować niedobitków, cóż z tego, że rozgoryczonych, zbłąkanych, może i dokuczliwych. Słowem, miast się targować i usprawiedliwiać, winniśmy najpierw pomyśleć o sobie, o własnym grzechu czy słabości. Taki właśnie moralny przewrót jest w stosunku polsko-żydowskiej przeszłości konieczny. Tylko on może stopniowo oczyścić skażoną ziemię.

Co w słowach łatwe, w praktyce jednak trudne. Zmienić się musi bowiem społeczna świadomość problemu. Domagamy się nieraz od Żydów (albo od ich przyjaciół) ostrożnej, sprawiedliwej oceny wspólnych dziejów. Powinniśmy jednak najpierw wyznać naszą winę i prosić o przebaczenie. I w gruncie rzeczy oni tego tylko czekają – jeżeli czekają. Przypominam sobie wzruszające przemówienie. Mówca zaczął od stwierdzenia, że stosunek wielu Żydów do Polski przypomina zawiedzioną miłość. Mimo cierpień i trudności – ciągnął – społeczność żydowska była istotnie przywiązana do Polski. Znalazła tam bowiem dom i schronienie, możliwość „bycia u siebie”. Świadomie czy podświadomie oczekiwali, że jej los będzie się polepszać. Że zmniejszy się ciężar poniżenia, przyszłość stanie się jaśniejsza. Stało się inaczej. Nic się już – kończył – nie zmieni. Żydzi nie mają i nie mogą mieć żadnej w Polsce przyszłości. Powiedzcie więc tylko – wołał – że w tym, co się stało, nie było naszej winy. Niczego innego nie chcemy. Ale z takiego przyznania nie możemy zrezygnować.

OZNACZA TO – po polskiej stronie – przyjęcie winy. Ale tu zjawia się po raz ostatni strażnik-kret i pyta: pełnej winy? Czy także współwiny za ludobójstwo? Słyszę już wołania: jak to? Przecież myśmy, na Boga, nie brali w ludobójstwie udziału! Tak, to prawda, odpowiem. Nikt rozsądny nie może powiedzieć, że Polacy – jako naród – brali w ludobójstwie udział. Co prawda, odzywają się czasem takie głosy. I należy je spokojnie rozważyć, nie popadając w gniew – znak paniki. Uważam je wszakże – razem ze znaczną większością – za niesłuszne. Więc dlaczego mówić o ludobójstwie? O współ-winie?

Odpowiem tak: współ-udział i współ-wina to nie jest to samo. Można być współ-winnym, nie biorąc udziału w zbrodni. Najpierw przez zaniechanie czy przeciwdziałanie niedostateczne. A kto może powiedzieć, że było ono w Polsce dostateczne? Właśnie dlatego, że dostateczne nie było, składamy hołd i otaczamy czcią tych wszystkich, którzy to heroiczne ryzyko podjęli… Chociaż dziwnie to zabrzmi, niewykluczone, że ta współ-wina przez zaniechanie jest mniej istotna dla naszego pytania. Gdybyśmy bowiem – w przeszłości – postępowali mądrzej, szlachetniej, bardziej po chrześcijańsku, ludobójstwo byłoby zapewne „mniej do pomyślenia”, byłoby prawdopodobnie utrudnione, a już niewątpliwie spotkałoby się ze znaczniejszym oporem. Inaczej mówiąc, nie zaraziłoby obojętnością i zdziczeniem społeczeństwa (społeczeństw), w przytomności których miało miejsce.

Powstaje zaraz pytanie: czy można to powiedzieć nie tylko o Polakach, także Francuzach, Rosjanach, o całej Europie, o całym chrześcijaństwie? Owszem, zgoda. Ta współwina jest rzeczywiście wspólna. Ale nie sposób zaprzeczyć, że właśnie w Polsce było Żydów najwięcej (więcej niż dwie trzecie Żydów na świecie to Żydzi „polscy”, w tym znaczeniu, że ich przodkowie mieszkali na ziemiach przedrozbiorowej Rzeczypospolitej). Z konieczności myśmy więc mieli wobec nich najwięcej moralnych zobowiązań (czy były one na nasze siły, niech rozstrzyga Pan Bóg i rozważają historycy). Więc dla nas Żydzi byli najbardziej problemem, można nawet powiedzieć, wyzwaniem czy zadaniem, które postawił los…

Aby na chwilę wrócić jeszcze do literatury: rozumiał to najlepiej nie kto inny jak Mickiewicz. Myśl i marzenie największego z poetów były najbardziej dalekowzroczne. Inaczej nawet niż większość ludzi Żydom życzliwych, Mickiewicz uważał, że Izrael, „brat starszy”, winien cieszyć się w Polsce tymi samymi przywilejami co wszyscy, zarazem jednak zachować prawo do swej odrębności religijnej i obyczajowej. Podobna była postawa Norwida, nie inaczej, o ile można wyrozumieć, myślał Słowacki… Przynajmniej więc najwięksi stali po stronie prawdy i sprawiedliwości. Marzenie Mickiewicza było w istocie prorocze: dostrzegł on jakby, że tylko taki społeczny wybór mógł uratować (przynajmniej częściowo) Żydów od zagłady, nas zaś od moralnego upadku… Byłby to wybór zaiste niezwykły, we właściwym znaczeniu słowa mesjański. Stało się jednak dokładnie inaczej, bo przecie przyznać trzeba, że właśnie w Polsce antysemityzm stał się – zwłaszcza w XX wieku – szczególnie dokuczliwy i jadowity…

Czy doprowadził do wzięcia udziału w ludobójstwie? Nie. Kiedy czyta się to, co o Żydach wypisywano przed wojną, kiedy się odkrywa, ile było w polskim społeczeństwie nienawiści – można się nieraz dziwić, że za słowami nie poszły czyny. Ale nie poszły (albo szły rzadko). Bóg tę rękę zatrzymał. Tak, Bóg, bo jeśli nie wzięliśmy udziału w tej zbrodni, to dlatego, że byliśmy jeszcze trochę chrześcijanami, że w ostatniej chwili pojęliśmy, jak szatańskie to było przedsięwzięcie… Ale od współ-winy wcale nas to nie uwalnia. Skażenie, zbezczeszczenie polskiej ziemi miało miejsce i dalej ciąży na nas obowiązek oczyszczenia. Chociaż – na tym cmentarzu – sprowadza się już tylko do jednego: do obowiązku zobaczenia naszej przeszłości w prawdzie.

©JAN BŁOŃSKI ■ „TP” 2 / 1987

1 Ewa Czarnecka (Renata Gorczyńska), „Podróżny świata. Rozmowy z Czesławem Miłoszem. Komentarze”, Nowy Jork 1983, s. 119.

2 Tamże, s. 63-64.

3 Ofierze trudno pogodzić się z tym, że została nie tylko skrzywdzona, ale także poniżona i zbrukana przez kata, że nie umiała sprostać nieludzkości. W latach 1944-48 opinia polska nie chciała przyznać się do rozpadu norm i moralnego zdziczenia dużej części społeczeństwa. Drastyczność pisarzy takich jak Borowski i Różewicz budziła oburzenie. Czytelnicy „TP” odnieśli się bardzo niechętnie do opowiadania Jana Józefa Szczepańskiego „Buty”. Ciężko było pogodzić się z prawdą o „zarażeniu śmiercią” (termin Kazimierza Wyki). Podobne zjawiska występowały oczywiście także wśród Żydów.

4 Czarnecka, dz. cyt., s. 65.

5 Dlatego też można policzyć na palcach pozycje literackie, przedstawiające stosunek polskiego społeczeństwa do zagłady Żydów, zwłaszcza w powojennych dziesięcioleciach. Rzecz nie tylko w tym, że wobec ludobójstwa w całości literatura czuje się bezradna. Temat „parzył”, pisarze obawiali się, że wejdą w konflikt z odczuciem czytelników.

DANUTA WĘGIEL

JAN BŁOŃSKI (1931–2009) był historykiem literatury, krytykiem, teatrologiem i tłumaczem, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, badaczem twórczości Sępa Szarzyńskiego, S.I. Witkiewicza, Gombrowicza, Miłosza i Mrożka, stałym współpracownikiem „TP”. Opublikował m.in. „Zmianę warty” (1961), szkic o Prouście „Widzieć jasno w zachwyceniu” (1965), „Odmarsz” (1978), „Romans z tekstem” (1981), „Miłosz jak świat” (1998), „Witkacy na zawsze” (2003).

Ludzkość, która zostaje

■JAN BŁOŃSKI, MAREK EDELMAN, CZESŁAW MIŁOSZ I JERZY TUROWICZ o samotności ginących, karuzeli za murem getta i o tym, czy są w ludzkim języku słowa, którymi można o tym opowiadać.

JAN BŁOŃSKI: Wśród wierszy Czesława Miłosza jest jeden, który ma szczególne miejsce w twórczości poety, mianowicie „Campo di Fiori”. Ma szczególne miejsce dlatego, że to jest pierwsza reakcja polskiej literatury na Holokaust, na Powstanie w Getcie Warszawskim. Powstanie uprzytomniło ludziom, że celem Niemców jest zupełne, totalne wyniszczenie Żydów. Ten wiersz jest i pod tym względem niezwykły, że jest jedną z nielicznych reakcji polskiej literatury na to straszne wydarzenie. Osnuty został na kontraście pomiędzy karuzelą, na której ludzie bawili się pod murem getta, i oblężeniem getta, toczącymi się za murem walkami. Zbudowany na tym kontraście wiersz mówi także o samotności wszystkich ginących, wraca do Giordana Bruna spalonego na stosie. Czy moglibyśmy się dowiedzieć, jakie konkretne wydarzenie skłoniło poetę do napisania tego wiersza?

CZESŁAW MIŁOSZ: Ten wiersz, jak i niektóre inne wiersze pochodzące z moralnego oburzenia, gniewu, został wydarty ze mnie przez zbieg okoliczności.

Jechałem do Jerzego Andrzejewskiego, który mieszkał na Bielanach. Linia tramwajowa przechodziła właśnie tam, gdzie stała karuzela i gdzie słychać było strzały broniących się powstańców. Był zator tramwajowy i przez dłuższy czas patrzyłem na to, co się tam działo. Pod naciskiem emocji zaraz napisałem ten wiersz. Andrzejewski napisał opowiadanie „Wielki tydzień”. W domu Andrzejewskiego były osoby pochodzenia żydowskiego, które przeżywały dramat z powodu tego, że nie są w getcie. Andrzejewski pokazał tę sytuację w swoim opowiadaniu. Mój wiersz został wydrukowany w takiej małej antologii „Z otchłani”, która się ukazała w rok po Powstaniu w Getcie, w kwietniu 1944 r., po czym został przedrukowany zaraz w Nowym Jorku.

Ten wiersz miał rozmaite wersje, bo ja straciłem kontrolę nad krążącymi odpisami. Jest taka książka Natana Grossa „Poeci i Shoah. Obraz zagłady Żydów w poezji polskiej”, której rozdział „Dzieje pewnego wiersza” pokazuje, jak krążyły rozmaite wersje. Korespondowałem z autorem, trochę broniłem tych innych wersji. Ale wreszcie kiedy Gross był ostatniego lata w Krakowie, po rozmowie z nim przyznałem, że wersja pierwotna była poprawniejsza, a późniejsza moja poprawka – niepotrzebna. Uznałem to.

Jaka była pierwsza wersja? Ta właśnie wydana w zbiorze „Z otchłani” jeszcze w czasie wojny; następna wersja ukazała się w antologii „Pieśń ujdzie cało” wydanej przez Michała Borwicza zaraz po wojnie. Po rozmowie z Natanem Grossem przywróciłem w późniejszych wydaniach tekst pierwotny. Na czym polegała różnica? Poza nieistotnymi drobiazgami, dosyć istotna zmiana dotyczyła wersów o Giordanie Brunie:

ja jednak wtedy myślałem

o samotności ginących,

O tym, że kiedy Giordano

wstępował na rusztowanie

nie było w ludzkim języku

ani jednego wyrazu,

żeby coś zdołał powiedzieć

ludzkości, która zostaje.

To jest wersja pierwotna. A w tomie „Ocalenie” było:

nie znalazł w żadnym języku

ani jednego wyrazu,

żeby nim ludzkość pożegnać,

tę ludzkość, która zostaje.

Ta wersja pierwsza jest silniejsza, prawda?

JAN BŁOŃSKI: Znacznie silniejsza, naturalnie.

CZESŁAW MIŁOSZ: I to przywróciłem. Poza tym na samym końcu Gross kwestionował wersję:

i ci, ginący, samotni,

już zapomniani od świata.

Język nasz stał się im obcy

jak język dawnej planety

W niektórych wersjach jest „język ich stał się nam obcy”.

Aż wszystko będzie legendą

i wtedy po wielu latach,

na nowym Campo di Fiori

bunt wznieci słowo poety.

On przypomniał, że w pierwotnej wersji było:

na wielkim Campo di Fiori

bunt wznieci słowo poety.

To lepiej, prawda?

JERZY TUROWICZ: Oczywiście.

JAN BŁOŃSKI: To znaczy, że cały świat jest Campo di Fiori, poeta wznieci bunt na świecie.

Sens tego wiersza był jednak kwestionowany, na przykład niektórzy ludzie twierdzili, że nie było tych karuzel. Ja, chociaż byłem małym chłopcem, widziałem te karuzele chodząc na piechotę ze Starego Miasta na Żoliborz. Doskonale pamiętam karuzelę stojącą przy murze getta; koło niej grała katarynka, a zza muru było słychać wystrzały.

CZESŁAW MIŁOSZ: To jest bardzo dziwne uczucie być poetą, który napisał taki wiersz, jakby wyrwany, jakby na przekór jego dotychczasowej twórczości. Ja nie chcę pozować na moralistę, na człowieka, który sądzi innych. Oczywiście, poczuwam się do napisania tego wiersza. Ale on był wyrwany z mojego losu, prawda?

JAN BŁOŃSKI: Mówiłeś w tym wierszu o samotności ginących. To stawia od razu pewien problem: czy ten wiersz zwraca się w jakimś sensie przeciwko społeczności polskiej, wytyka jej obojętność? Żydzi są tutaj porzuceni, osamotnieni. Jestem ciekaw jak ty, Czesławie, to widzisz, ale także jak pan by to widział (do Edelmana).

CZESŁAW MIŁOSZ: Dla mnie samotność była tutaj najważniejszym elementem. Samotność ginących. I zresztą stąd ten obraz Giordana Bruna. Ja nie wiem, skąd przyszedł ten obraz, bo to nie było filozoficzne, to nie było to, że Giordano Bruno był dla mnie bohaterem walki o wolność myśli. Pamiętałem Campo di Fiori, to miejsce, gdzie spalono Giordana Bruna i ten bezustanny ruch ludzkiej masy handlującej, bawiącej się naokoło.

JAN BŁOŃSKI: Interesuje mnie to, czy i kiedy ten wiersz dotarł także do Żydów.

MAREK EDELMAN: To nie jest takie proste. Nie dotarł od razu. Ale wróćmy jeszcze do karuzeli – to jest sprawa od początku szalenie istotna. Bo to było tak: trzeba sobie zdać z tego sprawę, że na przykład władze podziemne Polski londyńskiej, a nawet komunistycznej nie chciały Powstania w Getcie. Bały się, że to Powstanie zapali ogień na całą Warszawę. I bez krępacji generał Grot powiedział: „Panowie, nie będzie tego powstania, bo my wam nie pomożemy, my się boimy. Jest za wcześnie”. Myśmy nigdy z nim nie mieli bezpośredniego kontaktu. Były dwie osoby pośredniczące: kierownik referatu żydowskiego pan Henryk Woliński i pan Aleksander Kamiński, autor „Kamieni na szaniec”; byli naszymi mężami zaufania. W tej tragicznej rozmowie, która odbywała się pomiędzy Żydowską Organizacją Bojową a dowództwem AK przez pośredników, powiedziano: „Nie możecie tego zrobić”. A po drugie: „Nie mamy do was zaufania, mamy mało broni i wam nie damy”.

To była ta jedna samotność. Nie będę mówił o prehistorii, gdzie różne ugrupowania, PPS i inni, chcieli zrobić powstanie, ale wszyscy byli podwiązani pod londyńską filozofię: nie robić za wcześnie. Nie mogę powiedzieć tego wszystkiego okropnego, że jedyny rewolwer, który był przed Powstaniem w getcie, pochodził od komunistów. Taki obrzydliwy komunista Witold Jóźwiak swój rewolwer przyniósł do getta. I pierwszy strzał padł z tego rewolweru. Myśmy sami kupowali od Niemców broń na Kercelaku i na Pradze za duże pieniądze. To też była samotność – nikt nam nie pomógł.

Samotność zaczęła się o wiele wcześniej. 18 stycznia padły pierwsze strzały w getcie i zginęło dwóch czy trzech Niemców – to było motorem akcji pod Arsenałem. Gdyby nie to, że pierwszy Niemiec padł w otwartym boju, nigdy by nie było tej akcji. To mówią wszyscy – Kamiński, Orsza – że nimb hełmu niemieckiego został zniszczony. W czasie samego Powstania to już nam AK pomagała, dawała broń itd. Ale zrozumcie, AK zmobilizowała trzy plutony naprzeciwko getta i przez trzy tygodnie nikt nam o tym nie powiedział. Nigdy nie chcieli z nami mieć łączności.

Pierwszego dnia Powstania w Getcie ta karuzela była, ale się nie kręciła. Dopiero drugiego dnia zaczęła się kręcić i to było coś tragicznego. Przez okna było widać, jak się kręci, katarynka gra, spódnice dziewczyn, czerwone i niebieskie w białe grochy, powiewają na wietrze. To widzieliśmy z okien, i to było naszym przekleństwem. Tu się pali i zabijają, a tam się wszyscy śmieją i bawią.

JAN BŁOŃSKI: To jest wstrząsający obraz. Tu powstaje problem samotności, problem jakiejś historycznej odległości, historycznego niezrozumienia, rozejścia się społeczności polskiej i żydowskiej…

MAREK EDELMAN: To nie jest problem rozejścia się. Trzeba by popatrzeć na to zupełnie inaczej. W czasie okupacji ludzie, którzy byli zamknięci w getcie, byli ludźmi drugiej kategorii. Nie tylko dla Niemców, ale dla wszystkich. Jeżeli ok. 400 tysięcy ludzi może być zamkniętych i mogą ich jeść wszy, mogą umierać z głodu i nic nie mogą zrobić, to są podludźmi.

Zresztą Roosevelt powiedział expressis verbis do delegacji, która przyszła do niego: tak, to prawda, że ich mordują, ale nie piszcie, że zamordowano 100 tysięcy, bo to jest cyfra, która nikogo nie obchodzi. Napiszcie, że małą Maszę z długimi warkoczykami i wielkimi oczami zabiło dwóch Niemców. To przemówi do społeczeństwa. Ale jak giną tysiące, tysiące codziennie, na oczach ludzi, to się staje banałem.

CZESŁAW MIŁOSZ: Niemcom chodziło o to, żeby ofiary odhumanizować. Pamiętam, kiedy zamykano getto w Warszawie, były napisy na murach: „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”, żeby połączyć te słowa.

JAN BŁOŃSKI: Wiersz „Campo di Fiori” był nie tylko hołdem czy wyrazem zgrozy, ale stawiał też problem stosunku pomiędzy społecznością polską a społecznością żydowską.

MAREK EDELMAN: Ten wiersz był takim samym sztandarem, jakim był „Alarm” Słonimskiego w 1939 roku. Dostałem wiersz Miłosza przypadkowo od Mitznera, który się zajmował sprawami przedruków. Mimo dużych trudności posłaliśmy odpis wiersza do lasu. I co ci chłopcy – którzy ginęli z rąk takich, innych, nie będziemy mówić o tym w szczegółach – powiedzieli? „Nareszcie ktoś nas zauważył”. To było najważniejsze.

Gajcy by nie napisał takiego wiersza, pan rozumie? On był dobrym poetą, ale on nigdy by takiego wiersza nie napisał, bo on pogardzał tymi ludźmi. Pan rozumie, o co chodzi? Szukało się ludzi, którzy nie mają nas w pogardzie. Byliśmy brudni, zawszeni, a jednak każdy mówił i myślał jak człowiek.

CZESŁAW MIŁOSZ: Powiedziałem, że ten wiersz został wyrwany ze mnie, ale naturalnie moje przedwojenne stanowisko polityczne miało istotny wpływ na to, co pisałem podczas okupacji. Kiedy się idealizuje Polskę przedwojenną, to zapomina się na przykład o działalności prasy brukowej, o ruchach antysemickich, o „Prosto z mostu”…

MAREK EDELMAN: O wielkich poetach…

JAN BŁOŃSKI: Wszyscy to wiedzą. Ale globalnie trzeba powiedzieć, że gdyby wszyscy Polacy byli tak nastawieni do Żydów jak poeci, to jeszcze nie byłoby najgorzej. W tym fachu było stosunkowo mało antysemitów.

MAREK EDELMAN: Ja bym nie chciał być żołnierzem Gajcego…

JAN BŁOŃSKI: No tak, Gajcy był związany z ONR-Falanga.

CZESŁAW MIŁOSZ: Znałem oczywiście tych młodych ludzi, znałem Gajcego i uważałem, że ich idee były zupełnie obłąkane. Ale zawsze się zakłada, że byli bardzo młodzi, że gdyby przeżyli, to zmieniliby poglądy.

JERZY TUROWICZ: Ja sądzę, że niezależnie od swojej wartości artystycznej, ten wiersz Czesława Miłosza miał ogromne znaczenie, bo jako pierwszy dotykał sedna sprawy stosunku społeczeństwa polskiego do zagłady Żydów.

MIŁOSZ:Nie chcę pozować na moralistę, na człowieka, który sądzi innych. Oczywiście, poczuwam się do napisania tego wiersza. Ale on był wyrwany z mojego losu, prawda?

EDELMAN:Widzieliśmy to z okien, i to było naszym przekleństwem. Tu się pali i zabijają, a tam się wszyscy śmieją i bawią.

MAREK EDELMAN: A nie sedna sprawy życia?

JERZY TUROWICZ: To także. Ale mnie chodzi o tę sprawę, która jest aktualna w dyskusjach, polemikach po dziś dzień. Wiemy o tym, że nawet obecnie Polacy, społeczeństwo polskie, są oskarżani o współodpowiedzialność za zagładę Żydów. Mówi się, że obozy zagłady powstały w Polsce dlatego, że Polacy byli antysemitami. Wiemy, że to są oskarżenia niesprawiedliwe. Obozy zagłady były w Polsce, a także w Rosji, dlatego że tutaj była największa w Europie populacja Żydów, więc przewozić ich gdzieś, skoro się miało ich zabić, nie miało sensu. Po wtóre, Niemcy chcieli jednak w miarę możności przed światem zachodnim utrzymać to w tajemnicy, no a Polska była oddzielona od Zachodu Trzecią Rzeszą.

Natomiast oczywiście jeżeli chcielibyśmy powiedzieć, że Polacy nie ponoszą współodpowiedzialności, to sprawa nie jest taka prosta. Głośny artykuł Jana Błońskiego „Biedni Polacy patrzą na getto” opublikowany w „Tygodniku Powszechnym”, który także nawiązuje do wierszy Miłosza, wskazuje na winę znacznej części społeczeństwa polskiego polegającą na obojętności. Wiemy, że ludzie wrażliwi, którzy próbowali coś robić, ratować Żydów, byli jednak w mniejszości.

Natomiast duża masa społeczeństwa zachowywała obojętność, motywując to albo: „to nas nie dotyczy”, albo: „Niemcy mordują Żydów, ale nas także mordują”. Dokonywali porównania między sytuacjami jednak absolutnie nieporównywalnymi, mimo wszystkich ofiar, które naród polski poniósł. Czy też wreszcie: „teraz mordują Żydów, a potem wymordują nas”. Na trafność takiego twierdzenia także nie ma dowodów.

Karuzela przy murze getta była bardzo wymownym obrazem tej obojętności. Gdyby jej nie było, to nie znaczy wcale, że udałoby się wielu więcej Żydów uratować. Pewnie więcej, chociaż niewielu. Bo jakaż była możliwość ratowania, nie wiem, we wschodniej Polsce, w małym sztetlu, gdzie było 80 procent Żydów, chasydów, niemówiących nieraz po polsku? Tam możliwości ratunku były bliskie zeru. Ogromna większość społeczeństwa była rzeczywiście bezsilna i bezradna. Ale obojętność – nie mówiąc już o skrajnych przypadkach, na szczęście, ufam, jednak nielicznych, ludzi, którzy byli zadowoleni, że rękami Hitlera kwestia żydowska zostanie w Polsce rozwiązana – ta obojętność jest jakąś winą. I myślę, że wiersz „Campo di Fiori” pokazał, jakiego rodzaju wyzwanie stanowi zagłada Żydów dla sumienia, sumienia chrześcijańskiego i sumienia ludzkiego w ogóle.

JAN BŁOŃSKI: Ja myślę, że to jeszcze mocniej widać w drugim wierszu Czesława Miłosza z tego okresu poświęconym także Żydom, wierszu „Biedny chrześcijanin patrzy na getto”. Wiersz jest bardzo zagadkowy w pierwszej chwili, bo przedstawia obraz rumowiska, w którym leżą ludzie zabici, wśród ruin, wśród resztek swoich mieszkań.

W tym dziwnym podziemiu, w tym Hadesie, pojawia się strażnik-kret, z małą latarką na czole. Poeta porównuje tego kreta do patriarchy, więc to jest jak gdyby ktoś z zaświatów, może prorok, może żydowski prorok. I teraz on liczy, liczy, patrzy, on wszystko wie i patrzy, czy tam są tylko obrzezani, czy też i nieobrzezani. A nieobrzezani to Niemcy. Ten, który mówi, bohater wiersza, boi się strasznie, że on tam też mógłby leżeć i wtedy patriarcha uznałby go także za Niemca, za kata, za mordercę…

CZESŁAW MIŁOSZ: Podział na chrześcijan i na Żydów…

JAN BŁOŃSKI: Obawia się, że jako chrześcijanin mógłby być zaliczony do pomocników śmierci.

CZESŁAW MIŁOSZ: Jak najbardziej.

BŁOŃSKI:Gdyby wszyscy Polacy byli tak nastawieni do Żydów jak poeci, to jeszcze nie byłoby najgorzej. W tym fachu było stosunkowo mało antysemitów.

TUROWICZ:Karuzela przy murze getta była wymownym obrazem obojętności. „Campo di Fiori” pokazuje wyzwanie, jakie Zagłada stanowi dla sumień, nie tylko chrześcijańskich.

JAN BŁOŃSKI: Dla mnie to był wiersz może nawet jeszcze bardziej wstrząsający od „Campo di Fiori”. „Campo di Fiori” ma taki blask, to jest wiersz „włoski”, a ten jest bardzo poruszający.

CZESŁAW MIŁOSZ: Muszę powiedzieć, że ja mam pewne trudności natury moralnej. Patrzę na ten problem z innej perspektywy, ponieważ nie mieszkam stale w Polsce, tylko w Ameryce. W każdym razie do niedawna tak było. Nie czytam tych wierszy na wieczorach autorskich w Ameryce z powodu powszechnej opinii, że Polacy są wszyscy antysemitami. Czytanie tych wierszy jest w pewnym sensie samograjem.

Można te moje odczucia uważać za skrupuły natury albo moralnej, albo estetycznej. Więc ja, z perspektywy amerykańskiej, próbuję zrozumieć, co ludzie w Polsce myślą o tamtym okresie. Nie mogę zrozumieć zjawiska antysemityzmu bez Żydów, nie mogę tego w Polsce zrozumieć.

MAREK EDELMAN: Czytałem ten wiersz 20 lat temu i zupełnie inaczej go odczytałem niż dzisiaj. Wówczas to był dla mnie wiersz, który dotyczył bezpośrednio okresu wojny – hitleryzmu, getta itd. Jak wczoraj go czytałem – bo przecież nie pamiętałem go, poezja jest trudna rzecz, wylatuje z głowy – przeczytałem go nie jako wiersz o getcie. To nie jest wiersz o tym, co się stało w Warszawie. To jest wiersz o ludzkości, to jest wiersz o tym, co się w ogóle dzieje z ludźmi.

Po 50 latach mamy tych holokaustów – nie chcę tutaj wymieniać – znacznie więcej. I trzeba sobie zdać sprawę, że takie jest życie ludzkie. To jest w człowieku. Ten wiersz nie dotyczy 4 milionów Żydów, którzy zostali tu zamordowani. On dotyczy człowieka, dotyczy całego życia, natury takiej, jaka ona jest.

„Ocalenie” to była dla mnie ważna książka, wydana tuż po wojnie, pierwszy tomik poezji. Nie jestem wielkim znawcą, bo poezję to się czyta i wylatuje z głowy – ale coś z tego mi zostało. Wtedy uważałem, że to dotyczy tylko mnie. A wczoraj zobaczyłem, że to dotyczy wszystkich, dotyczy tego, czy człowiek jest dobry, czy zły. Nie wiem dobrze, co to jest jansenizm, ale rozumiem, o co z grubsza chodzi. W tych wszystkich wierszach jest myślenie o ludzkości i chyba to jest najbardziej istotne.

JAN BŁOŃSKI: Można tak szeroko rozumieć ten wiersz, ale dla mnie on był skupiony na ukrytym wyrzucie sumienia, na tym, co się pojawia w podświadomości, co jest w głębi człowieka.

CZESŁAW MIŁOSZ: Ukosem, ukosem ten wiersz dotyka jednej sprawy: stałego zarzutu Żydów wobec chrześcijan, zarzutu wobec ludowej wersji rozumienia chrześcijaństwa, według której „Żydzi zabili Jezusa”. Takie myślenie w dużym stopniu było powodem antysemityzmu.

MAREK EDELMAN: To nie jest incydentalny wiersz. Jest w nim obraz dzisiejszego świata. Po 50 latach jest bardziej aktualny niż wtedy.

©

■ „TP” 18/2005

ROZMOWA JANA BŁOŃSKIEGO, MARKA EDELMANA, CZESŁAWA MIŁOSZA I JERZEGO TUROWICZA została nagrana najprawdopodobniej w 1993 r., w bibliotece wydawnictwa Znak. Nagranie powstało z myślą o przygotowywanym przez Telewizję Katowice filmie dokumentalnym o powrocie Miłosza do Krakowa. Nie zostało włączone do filmu z powodów technicznych, a kaseta z nim utonęła w domowym archiwum. Odnalazłam ją przypadkowo jeszcze za życia Czesława Miłosza, spisałam i dałam mu do autoryzacji. Przy okazji rozmawialiśmy na temat różnych wersji wiersza „Campo di Fiori”. Temat odbioru tego wiersza poruszał go nie mniej niż dziesięć lat wcześniej.

Na początku rozmowy Miłosz, Błoński i Turowicz dyskutują na temat różnych wersji „Campo di Fiori”. Autor skłonny jest uznać, że najsilniej działa na odbiorcę wersja pierwsza, która ukazała się drukiem w podziemnym tomiku zatytułowanym „Z otchłani. Poezje” (red. J. Wajdelota [T.Sarnecki], Ż[ydowski] K[omitet] N[arodowy], Warszawa 1944) i krążyła w licznych odpisach, często zniekształcających brzmienie wiersza. W tomie „Ocalenie” poeta umieścił „zmodyfikowaną” wersję tekstu, którą, wbrew opiniom wygłoszonym w trakcie tej rozmowy, uznał za właściwą i obowiązującą, włączając później do krytycznego wydania swoich wierszy, opublikowanego w wydawnictwie Znak. Jak informuje nota edytorska, brzmienie wiersza zostało z autorem szczegółowo przedyskutowane. Dla postronnego czytelnika różnice pomiędzy obiema wersjami nie są uderzające; autor przywiązywał do nich tak dużą wagę nie ze względów formalnych czy artystycznych, jak sądzę. Temat Powstania w Getcie był dla niego niezwykle ważny i bolesny do końca życia.

© JOANNA GROMEK-ILLG

JAN LISOWSKI / DOMENA PUBLICZNA

Huśtawki-łódki i karuzele na pl. Krasińskich przy murze warszawskiego getta. Zdjęcie wykonał Jan Lisowski w kwietniu 1943 r.

5 sierpnia 1942 roku dziennik „Nowy Kurier Warszawski” informuje, że powstało tzw. wesołe miasteczko na placu Krasińskich i warszawiacy będą wreszcie mieli miejsce beztroskiej rozrywki.

Pustynia ludzka

MICHAŁ OKOŃSKI

Lęk „biednego chrześcijanina” z wiersza Miłosza, że może zostać policzony „między pomocników śmierci” , jest uzasadniony – wynika z ustaleń Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Unosi się nad nimi pytanie o współudział Polaków w Holokauście.

Oczyścić pole Kaina to – najpierw – pamiętać o Ablu. Ów Abel nie był sam, mieszkał w naszym domu (na naszej ziemi), a więc we wspólnym domu na wspólnej ziemi. Krew została na ścianach, wsiąkła w ziemię, czy chcemy, czy nie. Wsiąkła w naszą pamięć; w nas samych. Więc nas samych musimy oczyścić, czyli zobaczyć siebie w prawdzie. Bez tego dom, ziemia, my sami pozostaniemy zbrukani”.

To oczywiście Jan Błoński, w eseju „Biedni Polacy patrzą na getto”. Po lekturze książek Barbary Engelking i Jana Grabowskiego z Centrum Badań nad Zagładą Żydów zaczyna nas prześladować inny obraz. Oto typowy polski pejzaż: chałupa przy końcu wsi, za nią zagajnik, dalej pastwiska i pola, tor kolejowy, las. Szarość przedświtu. Mgła. W tym pejzażu błąkają się cienie. Posuwają się powoli, noga za nogą, drepczą, wloką się, lezą, czołgają, starając się nie zostawiać śladów. Nie wiemy, kim są i co tu robią, ale budzą nasz niepokój. Nie chcemy o tym pamiętać, udajemy się do innych zajęć, ale ten obraz nie daje o sobie zapomnieć. W pejzażu, który tak dobrze znamy, coś się wydarzyło.

Dlaczego nie chcemy pamiętać? „Ci znużeni wygnańcy z naszego świata mogą nas obdarować wiedzą niechcianą – pisze Barbara Engelking – wiedzą o nicości, o tym, czym jest zło”. Ich tułaczka „umożliwia zdobycie takiej wiedzy o drugim człowieku, której lepiej byłoby nie mieć”. Dodajmy, zważywszy na wiejskie korzenie naszego społeczeństwa: tym drugim człowiekiem może być ktoś z naszych bliskich, ktoś z pokolenia rodziców czy dziadków. W tle, ale już bardzo blisko, jest pytanie o wiedzę o nas samych, ulegających pokusie, i odpowiedź, że linia oddzielająca dobro od zła bywa umowna, a ludzie są nie tyle źli, ile raczej mają dyspozycję zarówno do czynienia dobra, jak i zła – że w innych sytuacjach, pod mniejszą presją, mogliby się zachować zupełnie inaczej.

Sezon polowań

Jest rok 1942. Po kilku latach wyniszczania Żydów w gettach, po kilku miesiącach mordowania ich w obozach zagłady, zaczyna się coś, co za Christopherem Browningiem, od którego Jan Grabowski bierze tytuł swojej książki, możemy nazwać „Judenjagd” – polowanie na Żydów. Polowanie na tych, którym udało się ukryć, uciec z transportów czy wręcz z miejsc egzekucji, a którzy podjęli walkę o przetrwanie.

Ilu ich było – to temat, do którego trzeba będzie wrócić. Na razie powiedzmy tylko, że aż do wyzwolenia los tych ludzi będzie w ogromnej mierze zależeć od polskich sąsiadów. Wcześniej ludność miejscowa mogła jedynie obserwować poczynania Niemców, nie mając większego wpływu na to, co dzieje się z Żydami.

W scenariuszu napisanym przez Niemców Żydom przypadła rola ściganej zwierzyny. Polakom: rola świadka polowania, czasem naganiacza, ale też myśliwego. „Polacy mogli być także obrońcami dającymi schronienie i pomagającymi tym, którzy szukają ratunku” – pisze Barbara Engelking. Mogli patrzeć obojętnie albo wołać, jak pewna kobieta w czasie likwidacji getta w Sandomierzu: „Daj pani te chuste z głowy, i tak przecież na śmierć idziecie”.

Istotą jest jednak to, że „Żydzi nie mieli wyboru ani ucieczki od napisanej dla nich roli, Polacy zaś taki wybór mieli”. Niemcy byli na służbie zła, Polacy zaś „bywali tego zła wolontariuszami”, choć – zdaniem badaczki – na pewno nie byli przymuszani do aktywnego czynienia zła, nie musieli wydawać ani mordować Żydów.

Macie ich zrobić

„Jest taki piękny słoneczny dzień…” to fragment zdania, które wypowiedział złapany przez chłopów, prowadzony na śmierć i daremnie błagający o życie anonimowy Żyd. Barbara Engelking, pisząc o polskiej wsi pod okupacją, koncentruje się na spojrzeniu żydowskim; podstawę jej książki stanowi 500 pamiętników i relacji ocalonych w połączeniu z aktami 300 procesów sądowych z tzw. dekretu sierpniowego (na jego podstawie ścigano „zdrajców narodu polskiego”, kolaborantów, ale także ludzi wydających i mordujących Żydów), w sumie w omawianych dokumentach mowa jest o 2574 Żydach wydanych i zabitych przez Polaków. „Liczyłam ofiary bardzo ostrożnie – podkreśla badaczka – tam, gdzie nie została podana konkretna liczba, a mowa jest o kilku – zakładałam 3, gdzie mowa o kilkunastu – przyjmowałam 11, gdzie o kilkudziesięciu – przyjmowałam 21 ofiar”.

Grabowski inaczej: analizuje wszystkie dostępne źródła dotyczące jednego tylko powiatu, Dąbrowy Tarnowskiej, pod wieloma względami dość typowej dla przedwojennej Polski. Wykorzystuje relacje żydowskie i polskie materiały sądowe, ale także dokumenty niemieckie, zwłaszcza protokoły przesłuchań żandarmów i gestapowców, oraz publikacje historyczne, prasę lokalną i dokumenty wytwarzane przez podziemie.

Nic dziwnego, że ich książki się różnią. Grabowski miesiąc po miesiącu opisuje losy wspólnoty żydowskiej z interesującego go powiatu. Przed akcjami wysiedleńczymi liczyła ona ok. 5500-6000 osób, z czego wojnę przeżyło, według ostrożnych obliczeń, tylko 50-60. Badacz natrafił na 239 udokumentowanych przypadków mordów na Żydach, z czego 7 osób zginęło z rąk niemieckiej żandarmerii działającej samodzielnie, 84 osoby – z rąk niemieckiej żandarmerii, wydane przez miejscowych, 6 osób – z rąk chłopów, 11 osób z rąk granatowych policjantów działających samodzielnie, 82 osoby – z rąk granatowych, wydane przez miejscowych, a 49 osób – w okolicznościach dotąd niewyjaśnionych. Donosiciele, łapacze i mordercy – podkreśla Grabowski – w zdecydowanej większości byli dojrzałymi, żonatymi mężczyznami, posiadającymi średniej wielkości gospodarstwa, trudno więc określać ich jako hołotę.

W statystykach uderza rola granatowych w mordowaniu żydowskich niedobitków. Z opisywanych przez historyka przypadków zdaje się wynikać, że zabijanie Żydów było dla policjantów czynnością dość zwyczajną, a czasem miało wręcz charakter inicjacji, wejścia w kolejny krąg wtajemniczenia: komendant posterunku z Gorzyc mówi do dwóch młodszych policjantów o złapanych Salomei i Heli Süss: „macie ich zrobić, bo jeszcze nic nie zrobiliście”.

Co kryje się za suchymi liczbami z poprzednich akapitów? „W roku 1942 ukryła się u Michała Kozika w Dąbrowie Tarnowskiej Rywka Glückmann z dwoma dorosłymi synami. Gospodarz przetrzymywał ich od 1942 do 1944 (ok. 3 miesiące przed wkroczeniem Armii Czerwonej), jak długo mu się opłacali. Gdy pieniądze się skończyły, Kozik zamordował wszystkich troje siekierami”.

Trwanie bez istnienia