Opis

To, co było tajemnicą, dziś staje się jawne. Po „Polsce Ludowej”, która była zapisem rozmów Karola Modzelewskiego i Andrzeja Werblana, przyszedł czas na „Postscriptum”. Andrzej Werblan opowiada o swoim życiu. O rodzinnym Tarnopolu. O zesłaniu na Syberię z pieczątką „syn wroga ludu”. O powrocie do Polski. A później o błyskotliwej karierze politycznej. O tym, jak został sekretarzem Bolesława Bieruta, a następnie znalazł się w gronie najbliższych współpracowników Władysława Gomułki i Edwarda Gierka. Za pośrednictwem jego wspomnień możemy wejść do gabinetów władców Polski Ludowej, poznać ich świat, sposób myślenia i kulisy najważniejszych decyzji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 571

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Redakcja: Anna Matysiak

Korekta: Dobrosława Pańkowska

Opracowanie indeksu: Anna Matysiak

Autorzy i źródła zdjęć: archiwum Andrzeja Werblana,

Narodowe Archiwum Cyfrowe, Polska Agencja Prasowa

oraz Zygmunt Matuszewski (s. 403 górne), Krzysztof Żuczkowski (s. 406 dolne). Numery stron dotyczą wydania papierowego.

Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, aby ustalić autorstwo i skontaktować się z autorami wszystkich zdjęć zamieszczonych w książce. W odosobnionych przypadkach okazało się to niemożliwe. Dlatego właścicieli praw do zdjęć, z którymi nie zostały podpisane umowy, prosimy o pilny kontakt z sekretariatem wydawnictwa.

Copyright © by Wydawnictwo Iskry,

Warszawa 2019

Copyright © by Andrzej Werblan, Robert Walenciak

Wydanie elektroniczne 2019

ISBN: 978-83-244-1058-3 (EPUB), 978-83-244-1058-3 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

Al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827 94 15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Od autora

Winien jestem czytelnikowi wyjaśnienie. Zamieszczony w tej książce wywiad rzeka, jaki przeprowadził ze mną nieoceniony redaktor Robert Walenciak, nie jest autobiografią, choć zawiera jej obszerne fragmenty. Autobiografię musiałbym napisać sam, w bardziej uporządkowanej, kompletnej postaci. Na to już wiek i siły nie pozwalają. Zamierzyliśmy z redaktorem Walenciakiem stworzenie obszernego wywiadu, który uzupełniłby wydaną przed kilku laty rozmowę Karola Modzelewskiego i moją o Polsce Ludowej, też pod wieloma względami autobiograficzną. Staraliśmy się więc bez potrzeby nie powtarzać treści w niej zawartych; stąd zarówno pewne luki, jak i sporo szczegółów w relacjach z wydarzeń wcześniej nieopisanych oraz trochę anegdot. Także niezbyt rygorystyczne trzymanie się ram chronologicznych. Oczywiście wyznaczyliśmy sobie takie ramy, ale często opowieść skłaniała do wybiegania w przód lub sięgania wstecz, jak to zazwyczaj dzieje się w opowieściach o czasach minionych.

I co ważniejsze, snułem tę opowieść, odwołując się wyłącznie do pamięci. W wyborze tematów częściowo sterował moją pamięcią Robert, co zresztą widoczne jest w tekście. Nie podejmowałem żadnych kwerend archiwalnych i bibliotecznych, nie miałem już na to siły, a ponadto takie kwerendy sprawiłyby, że w rezultacie książka przestałaby być wyłącznie zapisem wspomnień. Sprawdzałem jedynie, sam lub z pomocą Roberta, poprawność pisowni nazwisk, czasem daty. Jestem wdzięczny mojej żonie Lidii oraz córce Hannie i jej mężowi Andrzejowi Jakubcowi za ich cenną pomoc, za to, że zechcieli przeczytać ten tekst w maszynopisie i zwrócili mi uwagę na zauważone nieścisłości czy niejasności.

Jestem oczywiście świadom, choćby ze względów profesjonalnych, ułomności zapisu pamięciowego: skłonności do wyłamywania się z chronologii wydarzeń, mylenia koincydencji czasowej ze związkami przyczynowymi, prezentyzmu. Starałem się w miarę możliwości tych ułomności unikać. Na temat spraw i czasów, o których w tych wspomnieniach jest mowa, wcześniej opublikowałem kilka naukowych monografii, opartych na źródłach. Obraz przeszłości tam przedstawiony rysuje się zapewne surowiej i jest oceniany bardziej krytycznie, niż zapisała to moja własna pamięć, ale pod tym względem nie chciałem jej poprawiać. Starałem się dbać o zgodność faktów z rzeczywistością, lecz nie korygowałem odczuć, ocen, interpretacji; wolałem, aby zostały takie, jakie były w czasie dziania się historii, lub bliskie tego stanu. Przeszłość po pewnym czasie z reguły rysuje się w pamięci w jaśniejszych barwach niż w rzeczywistości, to ludzkie. Chciałem przedstawić czytelnikom prawdziwie subiektywną relację o swoim życiu i czasach, czyli taką, jaka zapisała się w mojej pamięci. Myślę też, że tym czasom, dziś bezceremonialnie oczernianym i dyskryminowanym, to się zwyczajnie należy. Mam nadzieję, że również profesjonalnym badaczom tamtych dziejów te wspomnienia, choć fragmentaryczne, okażą się pomocne.

Tyle wyjaśnień, reszta w ręku czytelnika.

Andrzej Werblan

Tarnopol

... w rodzinie dyskutowano, że ja księdzem będę...

Gomułka miał być ślusarzem, Jaruzelski – nauczycielem polskiego... A Pan? Kim Pan miał być?

W szkole byłem prymusem. Na świadectwach miałem z reguły bardzo dobry. Więc w rodzinie dyskutowano, że ja księdzem będę. Rodzina była pobożna, związana z plebanią, z jedną i drugą, z obydwoma wyznaniami. Najstarszy brat mojej mamy był redemptorystą, najmłodsza siostra – zakonnicą w zakonie Służebniczek Najświętszej Maryi Panny.

Powiedział Pan o dwóch wyznaniach...

Wyrosłem na pograniczu. Tak się złożyło, że wszyscy moi dziadkowie i pradziadkowie to były małżeństwa międzywyznaniowe. Zarówno w linii ojca, jak i w linii mamy. Więc cała rodzina była mieszana. Wtedy jeszcze nie mówiło się polsko-ukraińska. Jeśli już o sobie mówili, to Rusini lub Grecy i Łacinnicy.

W Pańskim domu mówiło się po polsku czy po ukraińsku?

I tak, i tak.

Pan jest grekokatolikiem?

Ochrzczony byłem po greckokatolicku. Po ojcu. Dziś jestem bezwyznaniowy.

Nauczył się Pan szybciej bukw czy alfabetu łacińskiego?

Łacińskiego oczywiście. W dzieciństwie byłem dość wątły. Do pierwszej klasy szkoły podstawowej mnie nie posłano; wiek szkolny zaczynał się w Galicji od sześciu lat. Pisania i czytania nauczyła mnie mama, z wykształcenia nauczycielka. Potem chodziłem do szkoły rejonowej, tak zwanej utrakwistycznej[1], gdzie uczono i po polsku, i po ukraińsku. Ale tylko dwa lata. Bo z trzeciej klasy ojciec mnie zabrał. Uznał, że popadłem w złe towarzystwo.

Na czym to polegało?

Urywałem się ze szkoły, chodziłem nad rzekę uczyć się pływać i omal nie utonąłem. Więc mnie zabrał stamtąd i przeniósł do elitarnej szkoły ćwiczeń[2] przy seminarium nauczycielskim. Tam zetknąłem się z chłopcami z socjety. Z dziećmi oficerów z dywizji i pułku, który stacjonował w Tarnopolu, synami adwokatów, synem prokuratora. Nauka była na wysokim poziomie. Szkoły przed wojną w ogóle były na poziomie. Zarówno szkoła ćwiczeń, do której uczęszczałem, jak i gimnazja. Tych ostatnich nie było dużo, w całej Polsce nieco mniej niż siedemset.

...dziadek kupił w Tarnopolu duży dom z pokaźnym ogrodem...

Porozmawiajmy o Pańskiej rodzinie...

Linię ojca znam słabo. Miał na imię Jan. Urodził się w 1899 roku. Mój dziadek ojczysty miał na imię Tomasz, a babcia Tekla z domu Kochańska. Byli rolnikami, średniozamożnymi. Rodzina pochodziła ze wsi Iwanówka spod Trembowli. I niemal cała wymarła w roku 1919, na hiszpankę. Po zmarłych rodzicach ojciec odziedziczył kilka hektarów dobrej ziemi. Większość tego spadku spieniężył na pokrycie kosztów studiów. Ukończył je w 1924 roku na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Zachował się dyplom nauczycielski ojca, uprawniający do nauczania języka polskiego oraz historii w szkołach średnich z polskim, ruskim i niemieckim językiem wykładowym. Tak tam napisano. Epidemię hiszpanki przeżyła jedna siostra ojca – Justyna. Wyszła za mąż za chłopa na tej wsi i tam mieszkała. Użytkowała pozostałą część ziemi ojca. Przeżyła też cioteczna siostra ojca – Rozalia Kochańska, która cieszyła się złą sławą na wsi, bo była kochanką dziedzica. Ale została przez niego bardzo dobrze uposażona. Miała z nim dwoje dzieci, Władka i Wandę, 25-hektarowe gospodarstwo, piękny murowany dom. Z tą ciotką Kochańską też utrzymywaliśmy stosunki. Wandę spotkałem po wojnie w Warszawie.

A rodzina mamy?

Mama urodziła się w 1906. Otrzymała imię Genowefa Władysława. W rodzinnych papierach mam jej metrykę. W czasie wojny, w ramach którejś z wymian dokumentów, Rosjanie przerobili jej imię na Eugenia. I tak już zostało. Jej matka, Maria z domu Muszka (1882–1946), wywodziła się z miasteczka Mikulińce, trzydzieści kilometrów od Tarnopola, wzdłuż rzeki Seret. To była najzamożniejsza część rodziny. Posiadali masarnie, sklepy mięsne, prowadzili handel bydłem skupowanym na Podolu. Kupowano wołki, podkarmiano i przepędzano żywe, wynajmując po drodze pastwiska, i sprzedawano jako żywiec na Śląsku Opolskim. Mój pradziadek dorobił się na tym, był też właścicielem młyna i dwóch czynszowych kamienic. Nazywał się Grzegorz Muszka, był unitą, a jego żona Katarzyna z domu Sokołowska rzymską katoliczką. Do tych Mikuliniec jeździłem w czasie wakacji.

Miasteczko miało opinię letniska...

Mieszkało tam dużo moich ciotek. Miały dziwne imiona, Kunegunda, Gizela... Arcyksiężne austriackie tak się nazywały i widocznie mój pradziadek swoje córki chrzcił wedle Wiednia. Najbardziej jeszcze ludzkie imię miała Anna, która przyjeżdżała do nas, przyjaźniła się z matką moją, mieszkała u nas miesiącami i ją najlepiej zapamiętałem. Otóż ciotki zawsze prowadzały mnie do kościoła, aby pokazać ołtarz boczny, ufundowany przez prababcię. I do cerkwi, gdzie w dzwonnicy jeden dzwon był ufundowany przez pradziadka.

Bardzo dyplomatycznie...

Wyznanie było jedno – rzymskokatolickie. Tylko dwa obrządki – łaciński i grecki. To nie stwarzało przeszkód dla małżeństw.

Z kolei mój macierzysty dziadek, Bazyli, był urzędnikiem pocztowym. Urodził się w 1870 roku w chłopskiej rodzinie we wsi Okno powiatu Skałat. Był synem Teodora Antoniszyna i Heleny z domu Łysakowskiej. Dziadek służył najpierw zawodowo jako podoficer w wojsku austriackim. Wojował dla cesarza na Bałkanach. Mieszkał w różnych miejscach – w Innsbrucku, w Abacji[3] itd. Niedawno mój młody krewny, lekarz ze Zgorzelca Piotr Pyrzanowski, przysłał mi ksero wypisu z ksiąg metrykalnych parafii św. Mikołaja we Lwowie. W 1900 roku ochrzczono jego prababcię Józefę Antoniszyn, starszą siostrę mojej mamy. Z tej metryki sporządzonej po łacinie dowiedziałem się, że mój dziadek Bazyli był wówczas podoficerem (dekurionem[4]) w lwowskim c.k. 15 pułku piechoty. Nawet adres dziadka odnotowano: mieszkał przy ulicy Św. Jacka 6. Służył w wojsku dwanaście lat, potem zwolnił się i dostał państwową posadę, bo cesarz dbał o podoficerów zwalnianych z wojska. Najpierw pracował na poczcie w Żywcu. Moja matka tam się urodziła. Dopiero stamtąd dziadek przeniósł się do Tarnopola, żeby być bliżej rodzinnych stron. Miał trochę ziemi we wsi Okno, sprzedał ją i kupił w Tarnopolu duży dom z pokaźnym ogrodem, prawie hektar. Dom był na trzy rodziny. Mieszkali w nim, za moich czasów, dziadek z babcią oraz ich najmłodsze dzieci, zanim dorosły – Janina i Włodzimierz, moja rodzina i starsza siostra matki, Antonina z mężem. Trzy rodziny.

Pierwsza wojna światowa odcięła dziadka od Tarnopola. Był kierownikiem ambulansu pocztowego. Takiego wagonu kolejowego, który woził pocztę, ale spełniał też rolę urzędu pocztowego. W miejscowości, gdzie zatrzymywał się pociąg, można było przyjść na stację i do tego wagonu wrzucić list. Jak dziadek wyjechał w sierpniu 1914 roku swoim wagonem do Lwowa, to Tarnopol zajęli Rosjanie. Więc przez trzy lata był za linią frontu. Jeździł na trasie Lwów – Kraków. Ale gdy Rosjanie zajęli Lwów, zaczął jeździć na trasie Kraków – Wiedeń i mieszkał tam przez dwa lata. Pytałem dziadka, na spacery z nim chodziłem, dlaczego w Wiedniu? A nie w Krakowie? Odpowiedział – taniej było w Wiedniu... Potem, jak Austria odzyskiwała, przy pomocy Niemców, Galicję, dziadek przeniósł się bliżej domu. Po wojnie zaczął pracować w Tarnopolu. Potem przeszedł na emeryturę. Chorował. Zmarł w 1930 roku.

Miał Pan sześć lat...

Pamiętam pogrzeb. W największym pokoju stała otwarta trumna, odprawiano godzinki nad dziadkiem, a potem był dość okazały pogrzeb, z duchowieństwem obu wyznań. Dwóch księży greckokatolickich i trzech rzymskokatolickich. Był człowiekiem pobożnym, babcia też liczyła się w kołach kościelnych. A jego najstarszy syn Stefan był już księdzem redemptorystą. Gdy dziadek umierał, był w Belgii. Wezwany depeszą, zdążył wrócić, jeszcze zastał dziadka żywego, był na pogrzebie. Potem został misjonarzem w Kongu Belgijskim.

Co się z nim stało w czasie wojny?

Przed samą wojną był w klasztorze w Stanisławowie. Redemptoryści to zakon misjonarski. Ich tu specjalnie osiedlono, żeby wśród tej niezupełnie oświeconej katolicko ludności prowadzili nauczanie. W roku 1939 bolszewicy aresztowali go, zesłali na Syberię i tam zmarł. W każdym razie u redemptorystów jest szanowany, dostałem kiedyś broszurkę o redemptorystach, którzy zginęli na Wschodzie. Było jego nazwisko, ojciec Stefan Antoniszyn.

Z Żydami stykaliśmy się stale...

Tarnopol był miastem w istocie żydowskim. Na 35 tysięcy mieszkańców 19 tysięcy – to byli Żydzi.

Reszta, 16 tysięcy, to po połowie Ukraińcy i Polacy.

Nauczył się Pan trzech języków?

Polski i ukraiński znałem z dzieciństwa. Uczyć się nie musiałem.

A jidysz?

Jidysz trochę znałem. W pierwszej szkole, do której chodziłem, tej blisko domu, było dwóch chłopców żydowskich. A w szkole ćwiczeń – jeden. Syn adwokata. Nazywał się Dyner, mieliśmy po drodze do domu, czasem wracaliśmy razem. W Tarnopolu ludność żydowska mieszkała w swoich dzielnicach, zajmowała połowę miasta. Miała żydowskie gimnazja, i żeńskie, i męskie, z prawem szkół publicznych. Był szpital żydowski, bardzo dobry, na wysokim poziomie. Z Żydami stykaliśmy się stale. Kupowaliśmy w sklepach żydowskich. Leczył nas jako lekarz domowy doktor Ludwik Hirszberg. Mieliśmy z nim taką przygodę. Otóż gdy miałem jedenaście lat albo dziesięć, zachorowałem na dyfteryt. Wezwano doktora Hirszberga, on mnie obejrzał, rozpoznał chorobę i popadł w panikę. A to dlatego, że – jak powiedział ojcu – rok wcześniej też u mnie rozpoznał dyfteryt, jak widać błędnie, i dał mi zastrzyk surowicy. A teraz, jak mówił, drugi raz nie można zastrzyku dać. Jest więc kłopot, zagrożone życie, trzeba do szpitala, pędzlować gardło, próbować tubę założyć, żeby nie zadusiło. Zaproponował, że jeszcze się poradzi kolegi, specjalisty od chorób gardła, doktora Dreszera ze szpitala żydowskiego. Za jakieś trzy godziny dorożką przyjechał doktor Dreszer. Obejrzał mnie i powiedział ojcu, że Hirszberg jest niezłym lekarzem, ale nie od tych chorób. To jest rzeczywiście dyfteryt, ale nieprawda, że nie można drugi raz dać zastrzyku. Można, ale trzeba to zrobić z należytą ostrożnością. Siedział przy mnie trzy godziny, dawał mi co piętnaście minut małą dawkę i po trzech godzinach powiedział ojcu – wszystko w porządku, nie ma uczulenia, za cztery dni będzie po chorobie. I rzeczywiście mnie wyleczył. Takie to było miasto.

Nie było etnicznych waśni?

Były, ale do ekscesów dochodziło rzadko. Z politycznych zapamiętałem dwa. Jedno wydarzenie, zwykle powtarzające się co roku, w okolicach Wszystkich Świętych. Młodzi Ukraińcy szykowali wówczas obchody związane z pamięcią „siczowych strilciw”, żołnierzy poległych w walkach z Polakami w 1919 roku. W Tarnopolu były dwa cmentarze – katolicki obu wyznań, wspólny, i drugi, żydowski, naprzeciw. Na tym katolickim stał piękny pomnik, wielki krzyż drewniany, dla upamiętnienia ukraińskich żołnierzy, którzy wtedy polegli. Gdy szykowały się doroczne obchody żałobne, przyjeżdżała do Tarnopola kompania policyjna z Golędzinowa. Takie ówczesne ZOMO, formacja do rozpędzania tłumu. Stacjonowali w Golędzinowie, nie mieli tarcz ani pałek, jedynie karabiny z mocnymi kolbami. Nie strzelali, tylko bili. Wśród dokumentów, które wpadły w moje ręce w czasach, kiedy już zajmowałem się nauką, znalazłem rozporządzenie Sławoja Składkowskiego, który kazał zastąpić te kolby pałkami, ze względu na koszt. Bo kolba od karabinu to droga rzecz, a często są one uszkadzane. Pałki są tańsze i Golędzinów ma je dostać. Ale ja zapamiętałem Golędzinów bez pałek.

Przyglądał im się Pan?

O, tak! Oni się pokazywali na mieście, żeby było wszystkim wiadomo, że przyjechali i w razie czego będą bić. Więc dzieci latały ich oglądać, karabiny, bagnety i kolby.

Pojawiał się też ONR. Pamiętam, raz jeden, latem, ONR-owcy wybili sporo szyb w sklepach żydowskich. Prowadząc manifestację pod hasłem „Nie kupuj u Żyda!”.

A oficjalne manifestacje?

Były manifestacje młodzieży szkolnej. Pod hasłem „Wodzu, prowadź nas na Kowno” w 1938. W takim wiecu, chyba 1 września 1939 roku, brałem udział. Było już zaciemnienie, latarnie nie świeciły. Przemawiał prezydent miasta Tarnopola, emerytowany pułkownik Stanisław Zygmunt Widacki. Był to chyba wujeczny dziadek profesora Jana Widackiego[5]. Przedtem dowodził pułkiem piechoty w Brzeżanach, a po przejściu na emeryturę został prezydentem Tarnopola. Był dobrym gospodarzem miasta. Na Syberii, na zesłaniu, zetknąłem się z jego rodziną. Żoną Marią i córką Ryszardą. Byliśmy zżyci. One wyjechały z rodzinami wojskowymi z armią Andersa i zostały w Anglii. A z tamtego przemówienia Widackiego zapamiętałem zdanie: „gdy będziemy maszerowali na Berlin”. Później je sobie przypominałem, bo jednak maszerowałem na Berlin, zapewne jako jeden z nielicznych, którzy byli na tym wiecu. Maszerowałem na Berlin, tyle że sześć lat później. Przedtem odbyłem znacznie dłuższą podróż w innym kierunku.

Samochód osobowy budził sensację...

Była bieda w Tarnopolu?

Było sporo biedy. My mieszkaliśmy na przedmieściu, bo dziadek chciał mieć dom z dużym dodatkiem, właściwie z polem. Był z urodzenia chłopem. Więc dopóki żył, na podwórzu był chlewik i zawsze hodowano wieprzka. Dwa wieprzki rocznie szły pod nóż. Była wielka uroczystość – świniobicie. Dziadek chciał zapewnić tego typu wygody swojej rodzinie. Otóż na tym przedmieściu mieszkali różni ludzie pod względem zamożności. Było dużo kolejarzy. Oni budowali nawet bardzo ładne domy. Kolejarz, jak dosłużył się rangi maszynisty, to bardzo dobrze zarabiał. Całe osiedle kolejarskich domów było przy naszej i sąsiedniej ulicy. Mój wujek, mąż starszej siostry mojej mamy, który mieszkał w tym samym domu co my, też był maszynistą. Przed samą wojną został już maszynistą pierwszej klasy. Zarabiał grubo ponad 350 złotych miesięcznie. A na utrzymanie w Tarnopolu, jak miał własny dom, wydawał 60–70 złotych. Więc resztę szykował na zbudowanie ładnego domu, niestety, wojna przekreśliła jego plany. Na naszej ulicy mieszkali wojskowi, zawodowi podoficerowie, jeden prokurator.

Ulica klasy średniej...

A równocześnie, naprzeciw nas, mieszkał ubogi szewc. Nazywał się Mościpan. Jego dom to była chałupa sprzed stu lat, kryta słomą. Sąsiednie domy, i nasz, były kryte blachą. Więc bano się, że kiedyś to się skończy pożarem. I skończyło się. Wiosną 1944 roku podczas walk radziecko-niemieckich o Tarnopol spłonęła większość domów na naszej ulicy. I nasz, i jego, i inne.

W Tarnopolu wielkich bogaczy nie było. Samochód osobowy budził sensację. Kto mógł go mieć? Wojewoda, prezydent miasta, starosta, dowódca pułku, dowódca dywizji, kilku lekarzy, adwokat. Częściej używano powozów konnych i dorożek. Było ich bardzo dużo. Obok nas, niedaleko, miał małe gospodarstwo wujek Kosiński. Jego żona była rodzoną siostrą mojej babci. On, oprócz małego gospodarstwa, miał dorożkę. Więc jak w domu potrzebna była dorożka, to posyłano po wujka Kosińskiego. Babcia, gdy uroczyście gdzieś się wybierała, to nie szła piechotą, tylko posyłała mnie – idź po wujka Kosińskiego. I zakładała kapelusz. Bo na co dzień nosiła chustkę. A jak zakładała kapelusz, to znaczyło, że wybiera się na jakąś uroczystość lub w jakiejś ważnej sprawie.

W jakiej?

Opowiem o jednej misji mojej babci. W Tarnopolu też był klasztor redemptorystów, byliśmy trochę z nimi zaprzyjaźnieni. Oni mieli przy klasztorze sad. Każdy klasztor składał się wtedy z księży i braciszków, czyli zakonników nieksięży, takich do pracy, do czarniejszej roboty. Jednym z nich był braciszek o imieniu Gerard, prawdopodobnie z Belgii, który prowadził sad. I on takich chłopców jak ja organizował latem do pomocy w zbieraniu porzeczek. W czasie wakacji. Więc we dwójkę, z kolegą, z Józiem Krawczyniukiem, pomagaliśmy mu. Zwyczajowo dostawaliśmy drugie śniadanie, kawę z mlekiem, pajdę chleba z masłem i szynką. A na koniec dnia braciszek Gerard powiedział – ja wam dam coś dobrego. Podszedł do takiego antałka, bo on z tych porzeczek robił wino, i nalał dla nas po dużym kubku cynowym. Był upalny dzień, wino było dobre, myśmy to wypili, szedłem do domu, zygzakiem. Wszedłem na podwórze. Babcia mnie zawołała. Coś ty robił? Odpowiedziałem. Kładź się do łóżka! Położyłem się. Przyszły siostry pytać, co się dzieje, odpowiedziała – chory, przegrzał się na słońcu. I zachowała to zdarzenie w tajemnicy. Ale na drugi dzień rano posłała mnie po wujka Kosińskiego. Była w kapeluszu, parasolkę w ręku miała. Pytam – Babciu, gdzie jedziesz? – Jadę do klasztoru, porozmawiać z przeorem. Pojechała ze skargą na rozpijanie młodzieży. Babcia była mądrą kobietą. A poza tym wiele rzeczy umiała. Jak się pozłościła, mówiła po ukraińsku. A tak – po polsku.

A święta które obchodziła?

Jedne i drugie. W szkołach w tym regionie też były dni wolne w święta jedne i drugie.

... no, Andrzejku, koniec naszej Polski, towarzysze idą!

Wojna ten świat zniszczyła. 1 września zmienił wszystko...

Były dwa naloty niemieckie na Tarnopol. Nadleciało kilka samolotów, zrzuciły bomby w okolicy stacji kolejowej, nie wyrządziwszy większych szkód. Poza tym było zaciemnienie i budowaliśmy schrony. Więc wykopaliśmy dwa rowy w ogrodzie. Dla nas wojna zaczęła się po 17 września.

Pamięta Pan ten dzień?

W południe wlazłem na słup przy bramie. Naszą posesję otaczał przyzwoity płot, była też ładna duża brama wisząca na dużych drewnianych słupach. Lubiłem tam siedzieć. To było dobre miejsce widokowe na ulicę i na podwórze. Więc siedziałem na tym słupie i patrzę, idzie wujek Michał, maszynista kolejowy. Z torbą kolejarską, wraca ze służby. Z odległości pięciu metrów spojrzał na mnie i mówi – no, Andrzejku, koniec naszej Polski, towarzysze idą! Wracam spod Podhajec. On prowadził pociąg ku granicy. Rano był w Podhajcach, kiedy Rosjanie przekraczali granicę. Ale zdążył wyruszyć w trasę, przyjechał do Tarnopola, oni jeszcze tu nie doszli, ale on już ich widział. Pokiwał głową i powiedział – ja jestem robotnik, to może jakoś przetrwam. Ale wam to gorzej będzie. Potem jeszcze się zatrzymał, machnął ręką i dodał – a miał poglądy lewicowe – teraz rządziła kurwa i złodziej, a będzie rządzić złodziej i kurwa! I poszedł. Tak dowiedziałem się o 17 września. A potem rozeszła się wieść, że już są. I że idą ulicą Ostrowskiego, ze wschodu. Dzieci z całej okolicy poleciały to oglądać. Szły kolumny tankietek, w nocy strzelanina w mieście była i spalił się kościół dominikański.

Po miesiącu aresztowano ojca.

Za co?

Uczył w dwóch gimnazjach, w trzecim gimnazjum państwowym i w prywatnym, koedukacyjnym gimnazjum ukraińskim. I tu, i tu uczył języka polskiego, a w ukraińskim jeszcze historii. To ukraińskie gimnazjum stało się przyczyną jego nieszczęścia po przyjściu władzy radzieckiej.

Dlaczego?

Przed wojną w prywatnych gimnazjach z innym niż polski językiem wykładowym były dwa przedmioty, które musiały być wykładane po polsku – język polski i historia. Nauczycieli do tych przedmiotów zatwierdzało kuratorium. W pewnym sensie oni mieli pilnować poprawności politycznej, tak to wyglądało... Po aresztowaniu ojca matka posyłała mnie do prokuratora, żebym uzyskał jakąś informację. Była w zawansowanej ciąży, wolała mną się posłużyć. I po dwóch czy trzech wizytach ten prokurator mi powiedział, że ojciec został skazany na osiem lat łagru, trudowo sprawitelnych łagieriej. Za to, że działał na szkodę narodu ukraińskiego na polecenie władz polskich. Ani przez moment nie wierzyłem, że ojciec robił coś niecnego. Powiedziałem to. Prokurator zaśmiał się i dodał – mamy jego przyznanie się.

Prokurator był skąd?

Nowa władza go przysłała ze Związku Radzieckiego. Mówił po ukraińsku. Później, po wojnie, w Tarnopolu, w czasach Gorbaczowa siostra moja, która tam mieszkała, nie wyjechała do Polski, zabiegała o rehabilitację ojca. Otrzymała dokument, że odpowiedni sąd rozpatrzył sprawę ponownie i orzekł pełną rehabilitację ojca ze względu „na brak znamion przestępstwa”.

W łagrze zmarł?

Wyszedł w roku 1948. Nie załapał się na amnestię po układzie Sikorski – Majski, w 1941 roku. Był na Kołymie. A między obozami na Kołymie a lądem komunikacja była tylko latem. Zimą, kiedy nie chodziły statki, komunikacji nie było. Dlatego wielu z tych, co tam siedzieli, przetrzymano do 1942 roku. A w 1942 roku przestali zwalniać. Więc w rezultacie on wyszedł dopiero w 1948 roku i po kilku latach zmarł.

Wrócił do Tarnopola?

Wrócił. Zresztą z tego powodu moja matka tam została. Była już przygotowana do repatriacji, jej dwie siostry wyjechały już do Polski, kiedy przyszedł list, z którego dowiedziała się, że ojciec żyje. I zdecydowała się zostać, czekać na niego.

Pozbawieni ojca jesienią 1939 roku znaleźliśmy się w trudnej sytuacji. Nasza rodzina była wielodzietna. Rodzice mieli dziewięcioro dzieci. Byłem najstarszy. Jedna siostrzyczka zmarła w 1934. W 1939 miałem pięć sióstr: Lubomirę, Wierę, Nadię, Zofię i Marysię, najmłodszą – urodziła się w grudniu 1939 roku, już po aresztowaniu ojca. Oraz dwóch braci – Jurka i Józefa. Zostaliśmy bez środków do życia, jedynie ja dorabiałem korepetycjami. Wspierała nas rodzina, tarnopolska i z Iwanówki, i z Mikuliniec. W kwietniu 1940 roku spotkało nas drugie nieszczęście, wywózka na Syberię.

Było ich trzech, jeden umundurowany żołnierz, z karabinem i bagnetem, i dwóch cywilów.

Jako rodzinę wroga ludu?

Były trzy wywózki. W pierwszej, w lutym 1940 roku, wywieziono osadników wojskowych, czyli chłopów w istocie rzeczy, których po wojnie, w ramach polonizacji tych ziem, nadzielano ziemią z reformy i osiedlano. Wywieziono też służbę leśną, gajowych, leśniczych... To była najbardziej dramatyczna wywózka, bo zimą, w mrozy. A wywożono pociągami towarowymi. Tak jak to wtedy było w modzie. Teraz czasem wspomina się jako szczególną udrękę, że towarowymi pociągami wywożono. Otóż ja jako żołnierz podróżowałem wyłącznie towarowymi pociągami. To były przystosowane do przewozu ludzi wagony. Miały piecyk w środku, dziurę w charakterze szaletu, prycze. I były obliczone na czterdzieści osób albo osiem koni. Z I wojny światowej utrzymał się ten rodzaj transportu. Masowo używany w Austrii, w Niemczech i w Rosji. Ale w lutym taki transport w kierunku Syberii to była groźba dla życia. Druga wywózka odbyła się 8–9 kwietnia, już wiosną. Była największa ilościowo. Wywieziono chyba 170 tysięcy osób. We wszystkich wywózkach z terenów włączonych do ZSRR – razem ponad 400 tysięcy. W tym drugim rzucie wywieziono rodziny wszystkich aresztowanych i internowanych. Czyli także rodziny oficerów, którzy zginęli w Katyniu. Zygmunta Widackiego, naszego prezydenta, aresztowano trzy dni po zajęciu miasta. On potem zginął, ale nie w Katyniu, a prawdopodobnie w Kijowie. Jego rodzinę z nami wywieziono.

W drugiej wywózce.

Tak. Z rodzinami oficerów, policjantów, urzędników sądowych, prokuratorskich i wszystkich aresztowanych z powodów politycznych. Z Tarnopola wywieziono tysiąc dwieście osób. Jeden duży transport. W jednym wagonie jechało mniej więcej czterdzieści osób.

Więc było trzydzieści wagonów...

Jechaliśmy dwadzieścia dni. Dotarliśmy do północnego Kazachstanu po 1 maja.

A trzecia wywózka?

Była parę miesięcy później. Wywieziono w niej „bieżeńców”, uciekinierów z zachodnich regionów, którzy nie wrócili do Generalnej Guberni. A mogli. W tej trzeciej wywózce połowa była Żydów. Oni bardzo narzekali, że popełnili błąd i zamiast wrócić do Generalnej Guberni, zostali i wywieziono ich na Syberię. Przekonali się za dwa lata, że w ten sposób uratowali życie...

A rodzina Jaruzelskiego?

Ich wywieźli w czwartej fali, na dwa tygodnie przed atakiem Niemiec.

Spodziewaliście się, że będziecie wywiezieni?

Nie spodziewaliśmy się. Byliśmy zaskoczeni, kiedy o piątej rano zjawili się u nas. Było ich trzech, jeden umundurowany żołnierz, z karabinem i bagnetem, i dwóch cywilów. Przyjezdni, ze Wschodu. Oświadczyli, że mamy dwie godziny na spakowanie się, mamy wziąć tylko najbardziej niezbędne rzeczy i żywność na dwa tygodnie. I że zostaniemy przesiedleni do wschodnich obwodów Ukrainy.

Oszukali was!

Pojechaliśmy 4 tysiące kilometrów dalej... Ale oni nie musieli tego wiedzieć... Przybiegła babcia, ciotka, pomagali matce pakować. Mieliśmy zapewne trochę szczęścia lub może ten najstarszy z nich zlitował się, widząc kobietę z siedmiorgiem drobiazgu. W każdym razie zgodził się, gdy babcia zaproponowała, że niemowlę, czyli Marysię, zatrzyma przy sobie. Zaczął też dyskretnie doradzać mamie, co powinna zabrać. Rady te wydały się początkowo dziwne. Matka w panice wyrzucała takie rzeczy, które wydawało się, że się nie przydadzą. Na przykład swoje balowe suknie, eleganckie pantofle... Ciotce to oddawała. A on na to patrzył i powiedział: niesłusznie robicie, zabierzcie to. Zabraliśmy i później parę miesięcy żyliśmy ze sprzedaży tych sukni i pantofli.

Odsprzedaliście je potem!

Tak! Wszystkie zegarki także, z wyjątkiem budzika. Potem się okazało, że on nam się bardzo przysłużył tymi swoimi radami. Jednej matka nie posłuchała – futro ojca zostało u babci! On kręcił głową, mówił, żeby zabrała ze sobą. Ale matka się nie zdecydowała. Powiedziała – a nuż wróci? Będzie potrzebował! A gdybyśmy to futro wzięli, było przyzwoite, to wymienilibyśmy je na waciaki dla całej rodziny.

Spakowaliście się i potem...

Załadowali nas na ciężarówkę. Z naszej ulicy zabrali jeszcze jedną rodzinę, bliską krewną, cioteczną siostrę mamy, Jankę Mazurową, żonę Henryka, policjanta. Ciotka Mazurowa jechała z trojgiem dzieci. Zawieźli nas na dworzec, wpakowali do wagonu, zamknęli drzwi, staliśmy jeszcze z dziesięć godzin na stacji. Przybiegli krewni, rozmawiali, ale już z wagonów wyjść nie było można. I ruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy około trzech tygodni.

Syberia

Im dalej odjeżdżaliśmy, tym swobodniej nas traktowano.

Jedzenie dostawaliście?

Kazali nam wziąć ze sobą żywności na dwa tygodnie, powiedzieli, że w wagonie będzie można gotować. Mama nie miała zapasów, ale babcia i ciotka się złożyły, kaszy jakiejś zabrała. Po drodze najpierw nie dostawaliśmy nic prócz wody, później chleb i wodę. Co dwa dni brali z wagonów po dwie osoby, które to przynosiły. Na stacjach chodziło się z wiadrami po dwa rodzaje wody. Zimną i wrzątek. Na wszystkich rosyjskich stacjach był kipiatok. W wagonie był piecyk, mieliśmy czajniki, dawano węgiel, kobiety gotowały herbatę, ale kipiatok się przydawał. Był wagon sanitarny. Nie wyglądało, żeby tam był lekarz, ale jakiś felczer był i pielęgniarka. Kilka osób chorych zabrali do tego wagonu, wiem, że niektórych zostawili po drodze w szpitalach. Potem, jak wyzdrowiały, dowieźli je na zesłanie. Im dalej odjeżdżaliśmy, tym swobodniej nas traktowano. Jak odjechaliśmy z tysiąc kilometrów, to już jak zatrzymaliśmy się na stacji, po ten kipiatok mogło iść i z pięć osób z wagonu...

No, bo gdzie by uciec?

To by się nie udało. Biletu na dłuższą podróż nie można było swobodnie kupić, trzeba było wylegitymować się, uciekiniera złapano by więc przy kasie. A bez biletu do pociągu by się nie wsiadło. W tamtej Rosji w każdym wagonie był konduktor, który na stacji stał przy wejściu i sprawdzał bilety. Zwał się prowadnik wagona. Zatrudniano w ten sposób tysiące ludzi.

W końcu gdzieś dojechaliście...

Do stacji Pawłodar. To graniczny obwód, nad Irtyszem, między Kazachstanem a Syberią rosyjską. Należy do Kazachstanu, ale przyrodniczo to Syberia. To była zresztą końcowa stacja, dalej nie szedł pociąg, to była odnoga linii transsyberyjskiej. I zaczęli nas rozwozić. Do wiejskich przedsiębiorstw. Były to sowchozy, głównie hodowlane, nie rolnicze, hodowano bydło i owce. Na pograniczu lasostepu. Personel był kazachski. Kierownictwo – rosyjskie. Nas umieścili stosunkowo niedaleko miasta Pawłodar, dwadzieścia kilometrów, na drugim brzegu Irtyszu. W dużym pegeerze, rozciągającym się wzdłuż rzeki na przestrzeni dwudziestu kilometrów i w głąb stepu na sto. Nazywał się Potaninskij Mołoczno-Miasnoj Sowchoz imieni Kaganowicza. A mieścił się w powiecie Jermakowskij rajon. Ten sowchoz składał się z centrali – zarząd, sklep, piekarnia, to było rosyjskie, i ferm, które były kazachskie. Tam prowadzono hodowlę. Nas przydzielono do pierwszej fermy, w odległości trzech kilometrów od centrali, nad odnogą Irtyszu. Umieścili tam dziesięć rodzin. Wszystkich z Tarnopola.

To były kobiety z dziećmi?

Różnie było! Był inżynier Jan Landa. Naczelny inżynier samorządu tarnopolskiego. Wodociągów, kanalizacji, tego wszystkiego. Jego wywieźli z powodu jednego z synów, 18-letniego, który wdał się w konspirację i został aresztowany. Więc wywieźli całą rodzinę – Landy żonę i dwóch synów. Był doktor Sowiak, weterynarz, którego wywieźli za brata. Brat został aresztowany. Różnie więc było.

Sprzedaliśmy wszystkie zegarki. Suknie balowe mamy.

Jak was traktowali?

Najpierw nas rozmieścili w jedynym miejscu, jakie mieli. Wielka świetlica, budynek z drewnianą podłogą. Taka hala. Ale porządna, czysta. Tam nas ulokowali, a potem, w ciągu mniej więcej dwóch tygodni, porozmieszczali w domach. Każda rodzina dostała izbę. Nawet zbudowali w tym celu trzy nowe domy. Budowa domu, takiego samego, w jakich oni wszyscy mieszkali, odbywała się bardzo prosto. Na stepie specjalnym pługiem orano płaty calizny, szerokości 60 centymetrów, grubości mniej więcej 15–18 centymetrów. Potem je cięto. Z tych darniowych cegieł budowano ściany domów. Po węgłach paliki drewniane i między tymi palikami kładli tę caliznę, ziemię przerośniętą korzeniami traw. To, jak wyschło, tworzyło niezłą izolacyjną ścianę. Z wierzchu i w środku wylepiano ją gliną. Podłogą również było klepisko. Do tego drewniane drzwi, dwa małe okienka, płaski dach z żerdzi, gałęzi, suszonej trawy, też ziemią przykryty i wylepiony gliną. W środku piec zbudowany z cegły, niewypalanej, ale glinianej. I ściana grzejna, która dzieliła dom na dwie izby. Dwie rodziny w tym mieszkały. Mieli parę wolnych takich domów, a dla kogo brakowało, w ciągu miesiąca zbudowali trzy nowe. My mieszkaliśmy z rodziną Batorów w jednym z takich nowych. Więc nawet nie można powiedzieć, żeby ci ludzie nas źle traktowali. Ale to nie znaczy, że było dobrze. Było dramatycznie! Gnieździliśmy się całymi rodzinami w jednej niewielkiej izbie. Wszyscy zmuszeni zostali do fizycznej pracy, na której się nie znali. Lekarz najbliższy dziesięć kilometrów. Pracowaliśmy...

W sowchozie...

Przy pasterstwie. Żadne dziecko nie poszło do szkoły. Było wśród nas dwoje wysoko wykwalifikowanych weterynarzy. Ogromny sowchoz hodowlany, bydło masowo chorowało na brucelozę, a oni pracowali jako robotnicy. W naszej rodzinie ja byłem najstarszy, piętnastolatek, więc robiłem za pastucha owiec. Pasłem stado około tysiąca owiec. Takich stad w naszej fermie było sześć. Całością zawiadywał baca, Kazach, starszy czaban. Przy okazji zaobserwowałem prozę radzieckiego życia. On co dwa – trzy tygodnie zabijał jedną owieczkę. Mówił, że to jego, miał mieć prawo do dwudziestu sztuk. Ale musiały być wyjątkowe i rodzić wyłącznie dwojaczki, aby wystarczyło na to zabijanie. Jednak uczciwie częstował tą baraniną podwładnych i nikt na niego nie doniósł. Było to jedyne mięso, jakie jadłem latem 1940 roku.

Dla mnie w dzień wywózki, czyli 8 kwietnia 1940 roku, na sześć lat zakończyła się nauka szkolna. W 1939 ukończyłem trzecią klasę gimnazjum z wynikiem bardzo dobrym. Czekała mnie czwarta klasa i mała matura. Władze radzieckie wprowadziły swoją dziesięciolatkę. Czwartą klasę gimnazjum zaliczyli jako swoją ósmą. Uczyli nas ci sami nauczyciele w istocie programu czwartej gimnazjalnej. Na dwa miesiące przed końcem roku zostałem wywieziony. Pisałem z Sybiru do szkoły z prośbą o zaświadczenie o tym, co ukończyłem. Otrzymałem odpowiedź, że dyrekcja zdecydowała zaliczyć mi cały rok i wystawić świadectwo ukończenia ósmej klasy. Byłem dobrym uczniem. Moja babcia odebrała to świadectwo w czerwcu 1940 roku i przechowywała wraz z resztą naszych dokumentów rodzinnych, które zostawiliśmy pod jej pieczą. W marcu 1944, w czasie walk o Tarnopol, wszystko wraz z domem spłonęło.

Na Syberii zaś matka moja, z wykształcenia nauczycielka, dostała pracę przy cielętach. To miejscowi jej poradzili – będzie sobie pani zawsze mogła wziąć czajnik mleka dla dzieci. Z powodu brucelozy nie dopuszczano cieląt do krów. Krowy dojono, a mleko pasteryzowano i dopiero takim je pojono. Więc te cielętnice wszystkie chodziły z czajnikami i nosiły do domu mleko. Mimo to nie dojadaliśmy, zarabialiśmy mało. A ponadto w centralnej osadzie można było kupić tylko chleb i to nie codziennie. W mieście Pawłodarze dostępna była mąka, kasza, sól, trochę najprostszych wyrobów przemysłowych, mydło. Mięso, tłuszcze, cukier, warzywa i owoce nie wchodziły w grę. W sowchozie nawet mleka kupić nie było można, dostawaliśmy za darmo trochę „obratu”, mleka odwirowanego ze śmietany...

Jak sobie radziliście?

Pierwsze – rodzina z Tarnopola. Pisaliśmy i oni przysyłali paczki z żywnością. Poczta chodziła. Po drugie Pawłodar był blisko, więc zaczęliśmy odwiedzać bazar. Piechotą się szło albo promem Irtyszem. Sprzedaliśmy wszystkie zegarki. Suknie balowe mamy. Bo na zimę trzeba było kupić jakąś odzież. A nie byliśmy do takiej zimy przygotowani, choć trochę naszych rzeczy zdążyła nam babcia przysłać. W paczkach. Czyli, po prostu, żyliśmy z paczek i ze sprzedaży. W Pawłodarze w sklepie sportowym dostałem sprzęt wędkarski i czasami udawało mi się coś złowić w Irtyszu. Jakoś przeżyliśmy ten rok.

Na ciężką próbę wystawiła nas przyroda. Zachorowałem na malarię i dręczyły mnie jej napady. Chinina była niedostępna, w aptece w mieście sprzedawano kiepskie zamienniki. Zimą marzliśmy nieludzko, bo opał był niedostępny. W lutym 1941 roku zajrzała mi w oczy śmierć. Nadeszła syberyjska zawieja, buran. Pierwszego dnia wiało z przerwami, więc wybrałem się kilka kilometrów po chleb. W drodze powrotnej wiało na całego, zabłądziłem. Szczęśliwie znalazłem się pod linią telefoniczną, druty były widoczne i postanowiłem za nią iść, nie wiedziałem tylko, czy idę w stronę centrali sowchozu czy do odległego o trzydzieści kilometrów powiatowego miasteczka. Spotkałem nieoczekiwanie towarzysza, też Polaka, znalazł się w podobnej sytuacji, ale z parą wielbłądów i saniami. Wspieraliśmy się moralnie, grzaliśmy się między wielbłądami. Na szczęście w nocy na chwilę się rozpogodziło, ujrzeliśmy w oddali światła i trafiliśmy do dość odległej wsi. Tam przeczekaliśmy zawieję, trwała tydzień. W tę zawieję zginęła żona inżyniera Landy. Pracowała przy cielętach, podobnie jak moja mama. Kazaszki stanowczo odradzały wychodzić w zawieję z obory, radziły przeczekać nawet tydzień, aż ustanie. Moja mama posłuchała, pani Landa jednak zdecydowała się pójść do domu z mlekiem. Znaleźliśmy ją po dziesięciu dniach w odległości dwóch kilometrów. Zamarzniętą. Pod koniec zimy, czyli na wiosnę w 1941 roku, trochę polepszyły się warunki pracy. Matka z wykształcenia była nauczycielką, ale bardzo lubiła ogrodnictwo. A w tym sowchozie podjęto próbę zaprowadzenia produkcji warzyw. Matka tam się zatrudniła, zaczęła hodować rozsadę kapusty, pomidorów, w takich małych oranżeriach. Umiała to robić. Była to lepsza praca niż przy cielętach. Ja zatrudniłem się jako stróż na plantacji arbuzów i melonów. I w ten sposób doczekaliśmy wybuchu wojny radziecko-niemieckiej.

Jesienią ciężki głód zajrzał nam w oczy.

Co to dla was, zesłańców, oznaczało?

Po wybuchu wojny, chyba w sierpniu, przyjechał oficer NKWD. Zebrał nas wszystkich w świetlicy, całe te dziesięć rodzin, wszystkich dorosłych. I odczytał nam oświadczenie, że na podstawie dekretu Rady Najwyższej zostaliśmy amnestionowani jako obywatele polscy. Zabrał wszystkim radzieckie dowody osobiste.

A te radzieckie dowody gdzie dostaliście? W obozie czy jeszcze w Tarnopolu?

Na zesłaniu. Ze specjalną kategorią, na podstawie której wiadomo było, że nam nie wolno opuścić miejsca zamieszkania. Więc te dowody nam zabrali i dostaliśmy zaświadczenia. Ja dowodu nie miałem, bo nie ukończyłem jeszcze szesnastu lat, wpisany byłem do dowodu matki. Ale zaświadczenie mi wystawili, bo te szesnaście lat było już blisko. Było w nim napisane, że taki i taki, na podstawie ukaza Wierchownowo Sowieta z dnia tego i tego, amnistirowan kak polskij grażdanin, i imiejet prawo swobodonowo prożiwania na wsiej teritorii SSSR. Za iskluczeniem, z wyjątkiem... I na odwrotnej stronie cała strona była zadrukowana tymi wyjątkami.

Ha, ha...

Pierwsze – strefy, na których wprowadzono stan wojenny, czyli cała europejska część Związku Radzieckiego – wyłączona. Dwa – reżimnyje goroda pierwej i wtoroj kategorii. To były miasta z obowiązkiem meldunku, większe miasta. I wiele innych. Niemniej jednak to dawało w zauralskiej części Związku Radzieckiego pewną swobodę poruszania się. Po pierwsze na podstawie tego dokumentu mogłem kupić bilet kolejowy do Irkucka, do Nowosybirska, do Omska... i wsiąść do pociągu i pojechać. Nie zameldowano by mnie w Omsku, bo to był reżimnyj gorod. Ale przyjechać tam mogłem. Z tych możliwości latem 1941 roku nikt jeszcze nie korzystał. Ale one okazały się zbawienne. Dlatego że nastąpiło gwałtowne pogorszenie warunków życia. Gwałtowne. Ze sklepów znikła żywność. W naszym sowchozie, w sklepie, w którym kupowaliśmy chleb, kaszę jaglaną, znikł chleb, znikła kasza. Jesienią ciężki głód zajrzał nam w oczy.

A to listopad dopiero!

Niby pracowaliśmy, tego mleka trochę mama miała, bo wróciła do cieląt, ale to było za mało. Rzeczy do sprzedaży już prawie nam się skończyły. A i za nie niewiele dało się kupić. Zrobiło się dramatycznie. No i ta cała dziesiątka rodzin naradzała się, co robić. Ponieważ byliśmy niedaleko Pawłodaru, jeździliśmy tam, zasięgaliśmy języka. Okazało się, że w grudniu w Pawłodarze pojawił się przedstawiciel polskiej ambasady. Zorganizował biuro i zapowiedział pomoc. W tej sytuacji naradziły się te nasze rodziny i zdecydowaliśmy – przeniesiemy się do Pawłodaru. Poszła delegacja do kierownictwa sowchozu. Powiedzieli – dobrze, chcecie się przenieść, przenieście się, damy wam podwody, zabierzcie swoje rzeczy i jedźcie. Najpierw pojechały do Pawłodaru cztery panie.

Na rozpoznanie...

I okazało się, że bez kłopotu, za niewielkie pieniądze, można wynająć na przedmieściach kazachską chatę, prymitywną, z cegły darniowej, dwie izby z piecem. Trzeba tylko coś kupić do opału. Suszony nawóz, tzw. kiziak. W tej sytuacji przenieśliśmy się i w styczniu wylądowaliśmy w Pawłodarze. Tam od razu sytuacja uległa pewnej normalizacji. Po pierwsze wszyscy dostaliśmy kartki żywnościowe. One teoretycznie gwarantowały kilka artykułów, praktycznie to było tylko 40 deka chleba na osobę dziennie. Można było zamiast chleba wziąć odpowiedni równoważnik mąki. U nas na całą rodzinę oznaczało to jeden bochenek chleba. To zapewniało połowę niezbędnych kalorii, nadal niedojadanie, ale już nie śmierć głodową. Drugie – można było znaleźć jakąś pracę w mieście. Na przykład w przemyśle. Z pracą w przemyśle był zazwyczaj związany jeden posiłek dziennie, to było ważne. Bo ta osoba, która pracowała, dostawała jeszcze obiad.

... zakwalifikowali mnie do armii Andersa...

A Pan?

Zatrudniłem się w spółdzielni rybacko-myśliwskiej. Patroszyłem i skórowałem wiewiórki, do których oni masowo strzelali. Bo jak się trafił sobol, to myśliwy sam skórował. Ale wiewióreczki – to my, było nas trzech praktykantów. Na Irtyszu łowiliśmy ryby. Nie w zimie, ale na wiosnę. I jadły nas komary. Pojawiła się też pomoc organizowana przez delegaturę ambasady. Żywność – cukier, ryż, trochę kawy, tłuszcz, margaryna, czasem topione masło. Po drugie odzież. Wybrakowane mundury wojskowe angielskie, zafarbowane na inny kolor, żeby nie były khaki. Ale dostałem to, i buty też. Poza tym w tej delegaturze ambasady zostały zatrudnione przebywające na zesłaniu żony wyższych oficerów...

Pani Widacka.

Pani Widacka została kierowniczką magazynu żywności i odzieży. Zaprzyjaźniliśmy się z nią. Ona nas bardzo wspomagała. I po jakichś trzech – czterech miesiącach zaproponowała mi, żebym zatrudnił się w jej magazynie jako goniec. W ten sposób przeżyliśmy tam osiem miesięcy, ratując się od nieszczęścia, bo groził nam głód. W tym czasie miały miejsce dwa wydarzenia. W marcu 1942 roku odbyła się komisja wojskowa do armii Andersa. I zostaliśmy, ja i kilku moich kolegów, zakwalifikowani. W kwietniu nas tam wysłali. Między innymi wspomnianego już inżyniera Landę, wziął z sobą synów, nie miał z kim ich zostawić.

Jechał Pan do armii Andersa i Pan nie dojechał...

Po pięciu dniach podróży pociągiem, w rejonie Ałma-Aty, wyjęto mnie i jednego kolegę z pociągu z podejrzeniem tyfusu plamistego. Chodziły sanitariuszki po wagonach, świeciły latarkami w oczy i po źrenicach oceniały, kto ma gorączkę. Tych, co mieli temperaturę, wyprowadzali, mierzyli temperaturę, badali. Okazało się, że mam 39 stopni. Rzeczywiście, złapałem tyfus. Wszy to roznosiły. My byliśmy wojskowi już, mieliśmy powołania do wojska. To położyli nas pod Ałma-Atą, w wojskowym szpitalu zakaźnym. Nie bardzo pamiętam, bo to wysoka temperatura, jak to było. W każdym razie wiem, że już przekwitły jabłonie, bo Ałma-Ata jest miastem jabłek, jak ze szpitala mnie wypisywali. I skierowano mnie do komisariatu wojskowego, najbliższego. Tam mi powiedzieli – waszej armii uże niet. To co? Pojedziecie z powrotem do domu. Dali skierowanie, wróciłem do Pawłodaru.

Zadowolony czy zmartwiony?

Zmartwiony! Jeszcze jak! Więc z panią Widacką znów współpracowałem. Ale niedługo to trwało. Po jakimś miesiącu, sześciu tygodniach, zwinięto tę delegaturę ambasady, a Widacka spakowała się i wyjechała z wojskiem ze Związku Radzieckiego. Kilka rodzin z Pawłodaru uzyskało taką szansę. Podstawili im wagon towarowy. Pamiętam, że jeszcze latałem po Pawłodarze, to już było lato, sierpień, na bazarze kupowałem dla niej arbuzy na drogę i coś jeszcze do jedzenia. Pożegnaliśmy się i ona z córką pojechały.

A wy?

Raz wybrałem się na handel. W Pawłodarze było łatwo kupić duże ilości samosiejki machorki, sadzonej w ogródkach, rąbanej. Wtedy wszędzie brakowało tytoniu. Więc kupiłem dziesięć kilogramów, worek cały. I z koleżką, który też kupił worek, wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy w kierunku na Nowosybirsk, Irkuck. Sprzedając na małe dawki tę machorkę, na taką miarkę. Przebicie było jeden do dziesięciu. I koszt podróży się pokrył, i jeszcze za każdego rubla wydanego dostałem dziesięć. Ale tylko jedną taką podróż odbyłem. Tydzień trwała. Przez dobę byłem w Nowosybirsku. Jeszcze miałem wtedy te zaświadczenia polskie, przy każdym legitymowaniu to była wyśmienita przepustka.

Dlaczego tylko raz Pan pojechał?

Nie zdążyłem więcej... Bo władze radzieckie zawiadomiły, nie tylko nas, wszystkie polskie rodziny, było ich sto, może sto pięćdziesiąt, że jesteśmy niepożądani w Pawłodarze. I że musimy się przenieść na wieś.

... z gramotnych we wsi zostałem tylko ja.

Z powrotem do sowchozu?

Ale mieliśmy wciąż zaświadczenie, że jesteśmy obywatele polscy, że możemy sobie wybrać.

I wybraliście...

Radzili nam znajomi Rosjanie, że najlepiej do rosyjskiego kołchozu. Gdzie uprawia się zboże, a nie hoduje owce. Więc zdecydowaliśmy się na odległy o 150 kilometrów od Pawłodaru kołchoz. Wieś powiatowa Szczerbakty, 22 kilometry od niej wieś Lubymowka, kołchoz im. Róży Luksemburg. Pojechaliśmy tam. I w tym kołchozie pracowałem dwanaście miesięcy. Przyjechaliśmy tam w sierpniu 1942 roku. Sześć naszych rodzin. Pięć tarnopolskich, jedna z Łomży.

W Pawłodarze zostawiliśmy mogiłę. Kilka tygodni przed wyjazdem mój najmłodszy braciszek, czteroletni Józio, zmarł na dyzenterię. Pochowaliśmy go w zbitej przeze mnie z deseczek trumience, wózkiem ręcznym zawieźliśmy na cmentarz, wykopałem grób, odmówiliśmy modlitwy, usypaliśmy mogiłkę, krzyż z napisem i tak go zostawiliśmy.

Czy w kołchozie było lepiej?

Kołchoz pilnie potrzebował traktorzystów. Pomyślałem – nauczę się tego zawodu, to daje pewne uprzywilejowane warunki. Traktorzyści pracują na umowę z kołchozem. Czyli nie na dniówkę obrachunkową. I dostają wynagrodzenie wedle umowy, część w pieniądzu, a część w zbożu. Ukończyłem krótki kurs, ale tak naprawdę nigdy nie pracowałem na maszynie. Bo okazało się, że w mojej brygadzie, która miała cztery traktory, bardziej potrzebny jest chłopak ze znajomością pisania i liczenia. Taki pomocnik brygadzisty, który prowadzi ewidencję paliwa, załatwia części zamienne, magazyn tych części prowadzi. I oni mnie, ponieważ wszyscy piśmienni poszli do wojska, w tym charakterze zatrudnili. Pracowałem tam od października gdzieś do lutego, z różnymi perypetiami. Zarabiałem 3 ruble dziennie. I przede wszystkim dostawałem trochę kiepskiego pośladu, czyli odsianego odpadowego ziarna. Z rzadka troszkę baraniny. Ponadto siostry po żniwach wraz z innymi dziećmi zbierały na polach kłosy pozostawione przez kosiarki. Kilkadziesiąt kilogramów ziarna uzbierały. Mełło się to na żarnach. Z biedą, ale jakoś się żyło. A w lutym do wojska odszedł księgowy kołchozu, Aleksander Kukota. W moim wieku, rocznik 1924. I z gramotnych we wsi zostałem tylko ja. Więc przewodniczący kołchozu, rada w radę ze starszyzną, zaproponowali mi, żebym został księgowym.

Wziął to Pan!

Nie znałem się na tym. Ale pomyślałem tak – muszę na kilka dni usiąść w tych księgach i to obejrzeć, jak to było prowadzone. I powiem im, czy ja to potrafię. Siadłem, trzy dni studiowałem te księgi, zobaczyłem, że to jest taka najprostsza księgowość, nie wymaga żadnych kwalifikacji poza umiejętnością liczenia i pisania. A liczyć na liczydłach nauczyłem się jeszcze u pani Widackiej, ona umiała to robić i pokazała mi zasady. I tak zostałem szczetowodom kołchoza. Na podstawie kontraktu. Z trochę lepszym wynagrodzeniem. Marnym, ale lepszym. Trochę więcej jedzenia, zboża niewiele, trochę więcej mleka i trochę pieniędzy. I w tym charakterze pracowałem od lutego, bo pamiętam, że musiałem zrobić sprawozdanie za 1942 rok, już Kukoty nie było, do lata.

... prijezżaj, jest dwie butyłki odekałona!

Pili w kołchozie alkohol?

Nie było w sprzedaży alkoholu.

A nie pędzili?

Moim zdaniem nie. Nie dlatego, że się bali. Dlatego że nie mieli nadwyżek żywności, które mogliby przeznaczyć na pędzenie. To były czasy, kiedy chłopi dostawali bardzo skromne ilości zboża od kołchozu. Za rok 1942, kiedy ja już to rozliczałem, na dniówkę obrachunkową było pół kilograma pośladu. Czyli rodzina, która wypracowała trzysta dniówek w roku, dostawała 150 kilogramów pośladu. Oni oczywiście do tego zebrali na polu trochę kłosów, już po żniwach. Po drugie mieli trochę żywności ze swoich działek przyzagrodowych, kartofle, warzywa... Ale to nie znaczy, że sobie mogli pozwolić na pędzenie. Nie zetknąłem się z tym. Jedyny przypadek alkoholu to był mój odekałon, przeze mnie kupiony.

Jak to – kupiony?

W kołchozie oczywiście nie było sklepu, najbliższy był w powiatowym mieście. Ale jeździł taki sklep na kółkach, samochód, który był sklepem. A sklepową była dziewczyna z naszej wsi, Jefrosinja Pawłowna Połtorackaja. Było to w maju, trwały siewy, cała wieś była na polach, a ja siedziałem w swojej kancelarii. Przyjechał ten sklepik. Przyszła do mnie Frośka, przywitaliśmy się. I zapytałem ją, co ty dzisiaj masz? Myśląc, że zapewne nic, bo zwykle nic nie było. O! – odpowiedziała – dzisiaj jest odekałon.

Eau de Cologne...

E, mnie po co odekałon? Ona do mnie – no co ty, zwariowałeś?! Ja dla ciebie dwie butelki zachowałam. Zachowałaś? To wezmę. Myślałem, że to będą dwie buteleczki wody kolońskiej. Grosze kosztowało, to wezmę, dziewczęta wrócą z pola, to im dam. Patrzę, a ona mi przynosi dwie półlitrowe butelki wody kolońskiej. Z etykietą odekałon trojnoj. Wziąłem, postawiłem na półce. Za dwie godziny przyjechał przewodniczący. Co się działo? Nic – mówię – Frośka była, s ławkoj. Sklep to ławka. I co? Mówię – nic, tylko odekałon, wmówiła mi dwie butelki. Przyjadą dziewczęta wieczorem z pola, to im dam. Spojrzał na mnie. Ty co, z uma saszoł? A zaczem im? Pokaży. Pokazałem. Wziął te butelki, wstawił do sejfu, w którym normalnie pieniądze kołchozowe trzymał. Zamknął na klucz i do telefonu. Połączył się z weterynarzem powiatowym. I mówi – słuchaj, prijezżaj, są dwie butyłki odekałona. W kołchozie mieliśmy na wykarmieniu dwadzieścia wołków, jakiejś dobrej rasy. Z których miały być buhaje rozpłodowe. Ale tylko te, które będą zakwalifikowane. Zakwalifikowano z tej dwudziestki osiem, a dwanaście przeznaczono do wykastrowania na woły robocze. One czekały na swój los.

I los przyszedł...

Przewodniczący zadzwonił do weterynarza – przyjeżdżaj wyczyścić te wołki, bo mamy dwie butelki odekałona. Okazało się, że te bycze jaja uchodziły za zakąskę wyśmienitą. Tylko nie mieli wódki. Bo wódka była absolutnie niedostępna. Jak wreszcie trafił się mój odekałon, to szykowano całą uroczystość. Dla byków to nie była uroczystość, ale dla starszyzny kołchozowej – owszem. Ktoś dodał do tego kaczkę. U szefa hodowli kołchozowej, Nieczyporenki, który miał przyzwoity dom, to przyjęcie się odbyło. Jego żona, uchodząca za wyśmienitą kucharkę, przygotowała tę kaczkę i te jaja. A przedtem – bania (taka mała łaźnia parowa w ogródku zbudowana, kilku gospodarzy to miało z dawnych czasów) została nagrzana. Wszyscy się w niej wykąpaliśmy. Cała ceremonia. Przyjechał weterynarz, byczki odcierpiały, co im się należało. Dwie godziny wszyscy się parzyli w tej bani. Potem zasiedliśmy przy stole. Nasz odekałon zmieszano pół na pół z przegotowaną wodą. Napój zrobił się mlecznobiały. Pachniał. I ja potem też śmierdziałem tą wodą kolońską przez cały dzień. Był to mój drugi alkohol w życiu, a miałem już osiemnaście lat. Następny raz miałem popróbować wódki już w wojsku, na powitanie roku 1944.

Wziąłem udział w malwersacji.

Traktowali Pana jak swojego...

Wziąłem też udział w malwersacji. Chyba jedynej w życiu. Otóż byłem jeszcze w brygadzie traktorowej. Odpowiadałem za dostawy paliwa, części i tym podobne rzeczy. Zbliżała się zima z roku 1942 na 1943, rynek był pusty zupełnie. Nawet kołchoz nie miał odrobiny nafty, a nie był zelektryfikowany. Bo był niewielki, czterdzieści rodzin wszystkiego. Ale miał hodowlę, obory, kancelarię. W oborach – pierwsze dojenie, nad ranem, jeszcze ciemna noc. Drugie też po ciemku, wieczorem. Bez światła? W takiej sytuacji przewodniczący kołchozu dogadał się z brygadzistą naszej brygady. Otóż nasze dwa traktory pracowały na wysokogatunkowej nafcie. To była nafta, nie benzyna czy olej napędowy. Dwa inne pracowały na oleju napędowym. On zaproponował brygadziście naszemu, a to była jesień, i oraliśmy jesienną orkę, że kołchoz wołami zaorze dziesięć hektarów, a zapisane to będzie na traktor. I tę naftę, która miała być zużyta przez ten traktor, dostanie kołchoz. Brygadzista kręcił głową, mówił, że to prestuplenije... No, dla dobra kołchozu to by nawet się zgodził, ale, dodał, trochę tej nafty to i my sobie weźmiemy. Dla brygady. Dogadali się!

A Pan?

Nie mogli tego załatwić beze mnie! Bo ja prowadziłem magazyn. Klucz od szopki, w której stały beczki, ja miałem. I musieli mnie w to wtajemniczyć. Zgodziłem się. Nasze traktory na hektar orki paliły piętnaście litrów nafty, było dziesięć hektarów do zaorania, więc prawie beczka.

I podzieliliście się...

Kołchoz dostał najwięcej. Bo to dla niego było i ostatecznie on te woły dał. Dwie trzecie poszło na potrzeby publiczne kołchozu. Po butelce, pół litra, dostała każda rodzina kołchoźników. U nas w brygadzie po litrze dostali, niewielka to była brygada, siedem osób. Coś sobie wziął więcej brygadzista. Mnie dał cztery litry. To było dużo. Ale w ten sposób nikt nie wysypał, bo wszyscy z tej transakcji coś dostali. A nie dało się dostać przydziałowo nafty ani grama. Wojna pochłaniała. Na orkę musieli dać, bo nie byłoby chleba...

Co Pan zrobił ze swoją naftą?

Nie miałem na zimę zupełnie obuwia, moje buty, które dostałem z przydziału w delegaturze ambasady, na tamtejszą zimę się nie nadawały. To były angielskie buty, raczej na tropiki niż na Syberię. Moje dawniejsze, z Polski, już się rozleciały i wyrosłem z nich. Byłem w ciężkiej sytuacji. Nawijałem cztery onuce, ale nic z tego. W tamtym czasie zostałem tym szczytowodom i kołchoz mi w ramach płacy dał dwa kilogramy wełny. Kołchoz miał owce i je strzygł. Zimą przyjechał do wsi rzemieślnik folusznik, zwany po rosyjskupimokat. Rozgościł się u sąsiadki, bo duża była izba, rozłożył swój warsztat, taki jakby stół ogromny, i robił walonki. Ludzie mieli swoje owieczki, więc kilka rodzin zebrało wełny z dwóch czy trzech lat, bo na to trzeba było od półtora do dwóch kilogramów, i te walonki zamawiali. Więc ja też chciałem z tego skorzystać. Ale był problem, bo on wynagrodzenie brał w naturze. Chłopi płacili mu żywnością. Myśmy nie mieli żadnej. I ja z tych czterech litrów nafty oddałem mu dwa i pół. Nam zostało na zimę półtora litra, z perspektywą, żeby używać dziennie nie więcej niż pół godziny lampki naftowej. Ale zrobił mi piękne walonki, które przez zimę chroniły mnie od mrozu. A idąc do wojska, zostawiłem je rodzinie i one na zmianę służyły matce i najstarszej siostrze. To trochę charakteryzuje ówczesne stosunki radzieckie. Bez przerwy gdzieś coś trzeba było kombinować, żeby przeżyć. Kołchoz, żeby działać, też musiał kombinować, łamać prawo.

Choroszo, ja was w oficerskuju szkołu poszlu!

Wsiąkał Pan w kołchozowe życie...

W tym czasie miały miejsce dwa wydarzenia. Pierwsze – wezwano mnie i matkę, i wszystkich dorosłych Polaków, którzy tam byli, do powiatu, do NKWD. Tam nam oświadczyli, że już nie jesteśmy obywatelami polskimi, że jesteśmy z powrotem obywatelami radzieckimi. Zabrali nam nasze zaświadczenia i powiedzieli, że za dwie godziny wystawią nam radzieckie paszporty. Ale już będą one normalne, nie będzie w nich żadnych ograniczeń, nie jesteśmy zsylni, tylko normalni obywatele radzieccy. To zapytałem – a jeśli odmówię przyjęcia? Ja się czuję obywatelem polskim! – No cóż – odpowiedział – macie prawo. I co? Wyjdziecie stąd. Pierwszy napotkany milicjant was zatrzyma, będziecie bez dokumentów. Za przebywanie bez dokumentów na terytorium Związku Radzieckiego zostaniecie zatrzymani, postawieni przed sądem i skazani na pięć lat pobytu w trudowoj sprawitelnych łageriach. Proszę bardzo. Więc po krótkiej wymianie poglądów z matką wzięliśmy te paszporty. A w miesiąc później wezwali mnie na komisję wojskową. Okazało się, że organizuje się polskie wojsko. I że do tego wojska zostałem powołany.

Dali Panu bilet...

Nie od razu! Lekarka, która nas badała, polska Żydówka, osłuchała mnie i powiedziała – u pana jest jakaś wada serca. Ja to muszę powiedzieć. I powiedziała. Zmartwił się przewodniczący komisji, bo tych poborowych miał kilku tylko. I zaczął mnie wypytywać. – A jak ja się czuję? Odpowiedziałem – dobrze! A czy chcecie pójść do wojska? Odpowiedziałem – bardzo! I mimo tego, co ona mówi, jesteście gotowi pójść? Tak! Choroszo, ja was w oficerskuju szkołu poszlu! A na razie – powiedział – wracajcie do kołchozu, do pracy. Jak przyjdzie czas, to was zawiadomimy, pojedziecie.

I wrócił Pan do kołchozu, do księgowości.

To trwało jeszcze kilka miesięcy. Mój przewodniczący usiłował mnie wyreklamować. Potem mi powiedział – nie udało się. Pod koniec lipca przysłali mi wezwanie, prosto na stację miałem się stawić, tam mi dostarczą dokumenty i bilet. Odbyło się typowe wiejskie pożegnanie odchodzącego na wojnę. Cała wieś odprowadziła mnie, tak jak odprowadzała swoich, do granicy pól. Szła nasza powózka, zaprzężona w kołchozowego ogiera, sam przewodniczący zdecydował się mnie odwieźć. Piechotą szliśmy koło tej powózki, moja rodzina i cała wieś. I u granicy pól zatrzymaliśmy się, odbyło się pożegnanie, całowanie się, wszystko... Potem wsiedliśmy na powózkę, pojechaliśmy, wieś została. Przewodniczący kołchozu odwiózł mnie na dworzec. Na stacji wsiadłem do pociągu. Dokumenty otrzymałem do Riazania. I w ten sposób zaczęło się moje wojsko.

Szybko Pan tam dojechał?

To trwało chyba z dwanaście dni. Różnie było, czasem normalnym wagonem z miejscami do spania, częściej wagonami towarowymi. Po kilku dniach miałem trzech kolegów, Polaków, podobnie jak ja jadących do Riazania. Na węzłowych stacjach zajmowali się podróżującymi poborowymi i wojskowymi komendanci stacji, wsadzali nas do właściwych pociągów, zaopatrywali w suche racje żywnościowe. Ostatni odcinek drogi ze stacji Ruzajewka do Riazania jechałem na dachu. Bo nie było miejsc w środku. A spieszyło nam się do tego wojska. Jechaliśmy w towarzystwie kilku radzieckich marynarzy, którzy wracali ze szpitala do Murmańska, i oni też chcieli dostać się na swoje okręty. Szybko. To oni namówili nas, że wsiadamy na dach, jak nie będzie miejsca w środku. I weszliśmy na te dachy. Tylko ostrzegali, żeby worek z rzeczami położyć pod głowę, bo na dachach kradną. Zaśniesz, rozetną i wyjmą, co tam jest. Na pięć stacji przed Riazaniem pociąg został zatrzymany, milicja otoczyła nas i z dachu zdjęli wszystkich. Ale to już było niedaleko i podmiejskimi pociągami, które tam były, dojechaliśmy. Marynarze z nami, mówiąc, że miną Riazań i znowu wsiądą na dach.

Dlaczego im się spieszyło do wojska?

Dlatego, że chcieli wrócić na swoje okręty. Nie chcieli, żeby ich posłali na inne. A my? Z patriotyzmu spieszyliśmy się do wojska.

Przecież Pan wiedział, że ludzie na froncie giną.

Każdy wiedział, że na wojnie się ginie. Ale każdy miał nadzieję, że on nie zginie. Na wojnę idzie się z nadzieją, że się ją przeżyje.

A nie przeszkadzało, że to wojsko nie do końca polskie?

Nie. Bo ono było jednak polskie. To nieprawda, że nie było polskie. Wszystkim nam przyświecało – wrócić stamtąd, do siebie, do kraju. Z tym wojskiem mieliśmy szansę.

...byliśmy faktycznie podludźmi.

Lepiej być na wojnie niż w kołchozie?

Na Syberii przeżyłem różne, najczęściej bardzo ciężkie czasy, i głodu, i zimna, i poniewierki. Siedmioosobową rodziną mieszkaliśmy cały czas w jednej izbie. Nikt nie chodził do szkoły... Matka sama, ona była z zawodu nauczycielką, młodsze dzieci uczyła. Nawet po amnestii Sikorskiego – Majskiego byliśmy faktycznie podludźmi. To nam dawali paszporty, dokumenty, że jesteśmy wolnymi ludźmi, to nam je zabierali. To pozwalali mieszkać w Pawłodarze, to wyganiali z Pawłodaru. To było upokarzające. Warunki życia były dla nas zupełnie dramatyczne w porównaniu z tym, jak żyliśmy przed wojną. Ale z takich obserwacji...

Sowchoz był kazachski i dla mnie była to czysta egzotyka. Oni byli ludźmi z jurt, którzy przenieśli się do ziemianek, chat budowanych z darni. Pili kumys. Po cichu modlili się do Allaha i Mahometa. Ale byli piśmienni. Mówili też po rosyjsku.

A Pan mówił po kazachsku?

Nauczyłem się po kazachsku tylko przeklinać. Bo przez pewien czas pracowałem jako woźnica, wołami. Otóż do rytuału woźnicy przy wołach należą przekleństwa. Woły je rozumieją i reagują na nie. Więc nauczyłem się przeklinać, takimi długimi zdaniami. Sowchoz był więc taki, jakbym w dzicz trafił. Kołchoz – nie.

Dlaczego?

Kołchoz, w którym pracowaliśmy, był mały, liczył czterdzieści rodzin, miał 5 tysięcy hektarów ziemi w ogóle, z czego tylko 800 hektarów oraliśmy i sialiśmy. A pozostałe ziemie to był step. Co roku kawał calizny oraliśmy. Otóż ta wieś Lubymowka pochodziła sprzed I wojny światowej, z tzw. stołypinskich posielenij. To realizacja polityki Stołypina, żeby nadmiar ludności z przeludnionej rolniczo europejskiej części Rosji i z Ukrainy przesiedlać na urodzajne tereny z pogranicza Syberii i Kazachstanu i osiedlać tam na dogodnych warunkach. Co odważniejsi chłopi szli, dostawali 50, 100 hektarów, i gospodarowali. Potem, po rewolucji, ich skolektywizowano. Jak oni mieszkali? Oni byli mniej więcej wszyscy jednacy. Bogatych i biedniejszych nie było, to byli tacy średni. Dwóch z chłopów na tej wsi rozkułaczono w czasie kolektywizacji, aresztowano, ale dzieci ich zostały i wieś się nimi opiekowała. Przyjaźniłem się z takim, którego ojciec gdzieś w łagrze jeszcze żył. On zresztą poszedł, już za moich czasów, ostatni z mojego rocznika, do wojska. A potem wrócił, jak ja odchodziłem do wojska, jako inwalida już, zastąpił mnie w kancelarii. Otóż po latach, kiedy wracałem pamięcią do tamtych czasów, to ta wieś dawała do myślenia. Ja znałem dobrze podolską wieś. W moim gimnazjum, i zresztą w szkole podstawowej też, trafili mi się nauczyciele geografii, którzy wiosną i jesienią urządzali z nami bez przerwy wycieczki. A poza tym miałem rodziny chłopskie, i po ojcu, i po matce, bywałem na wsiach.

I porównywał Pan...

Rzuciło mi się w oczy, że w mojej Lubymowce, czyli kołchozie im. Róży Luksemburg, przeciętny chłop tamtejszy pod pewnymi względami miał się lepiej niż chłop na Podolu. Na Podolu mieli w chatach polepę, a nie podłogę, a strzechy słomiane. Z wyjątkiem cioci Kochańskiej, która miała 25 hektarów, dom murowany i kryty blachą. A ci na Syberii mieli drewniane domy, choć to było pogranicze stepu. Tajga była o 150 kilometrów i zimą wysyłano podwody po drzewo. W ten sposób oni wszyscy sobie zwieźli drzewo na domy, z podłogami, kryte gontem. Po drugie, byli lepiej ubrani. To nie była tylko sprawa klimatu, że mieli cieplejsze ubranie. Na wsi podolskiej głównym problemem było obuwie. Najczęściej nie starczało obuwia na całą chłopską rodzinę. Nawet w Tarnopolu dzieci biedniejsze, z przedmieść, zimą nie chodziły do szkoły, dlatego że nie miały w co się obuć. Jak było czworo dzieci i tylko dwie pary obuwia, to na zmianę w nim chodzili. A chłopka do kościoła szła boso, buty niosła zawieszone, żeby się nie zużywały, zakładała je przed kościołem, bo one na całe jej życie miały posłużyć. Otóż tu cała rodzina miała buty. Jakości gorszej niż te u nas, ale jednak... W zimę z kolei chodzili w walonkach. Co też rzucało się w oczy – mieli w zasięgu ośmioletnią szkołę. Dziesięciolatka była w powiecie. Ale osiem klas było w sąsiedniej wsi, w odległości czterech kilometrów. I co najistotniejsze – mieli opiekę lekarską. W tej sąsiedniej wsi, cztery kilometry od nas. Krasiłówka się zwała. Tam był sielsowiet, gmina, była przychodnia i szpitalik. I trzy lekarki. Chłop na podolskiej wsi lekarza najczęściej nie oglądał przez całe życie. Nawet po śmierci. Jak umarł, to zgon stwierdzał nie lekarz, a taki urzędnik z gminy, nazywał się oglądacz zwłok. On wystawiał świadectwo zgonu. I może na koniec – oni nawet w wojnę, w 1943 roku, w tej wsi trochę lepiej się odżywiali niż chłop na Podolu. Chłop na Podolu jadał mięso w święta i jak była bardzo ciężka praca. A poza tym produkty jego hodowli szły na sprzedaż. Tu inaczej. On miał małe gospodarstwo osobiste, to się nazywało podsobnoje chazjajstwo. Mógł mieć jedną krowę, jedno cielę, dwie albo trzy owce, jedną czy dwie świnki, kury... I z tego miał dostawy obowiązkowe. Ale w rezultacie i tak sporo mu zostawało. Chłop na Podolu wszystko, co mógł, sprzedawał, pieniędzy mu stale brakowało. A ci na Syberii w 1943 roku i tak niczego kupić nie mogli. Oni po prostu trochę lepiej jedli. My, zesłańcy – nie. Nie mieliśmy tego gospodarstwa. Nasze życie było dużo cięższe niż ich. Więc jeśli chodzi o standard życia, nie wywiozłem najgorszego wrażenia z tej mojej wsi kołchozowej. Przypuszczalnie w europejskiej części ZSRR było dużo gorzej.

A jak uczyłem się ich księgowości i przestudiowałem dokumenty z pięciu lat, w tym z 1938 i 1939 roku, to zobaczyłem, że na przykład w 1938 roku, a to był urodzajny rok na Syberii, chłopi dostali po kilka ton zboża, które sprzedali państwu. Kupowali rowery, jeden kupił motocykl. Sprowadzali odzież. Zaopatrzyli domy w jakieś łóżka, pościel. Oni się po prostu na tym urodzajnym roku, kilka lat go wspominali, dorobili. Na tych swoich działkach przydomowych uprawiali przeróżne rzeczy, osiągając niezwykłą wydajność.

Zdawali sobie sprawę, że żyją w państwie policyjnym?

Pamiętali, że zabrano im ziemię. Że ich rozkułaczano. Jak ognia unikali w rozmowach tematów politycznych, bali się. Ale w czasie wojny presji jakiejś policyjnej nie odczuwali. W naszej wsi pojawiło się NKWD raz w czasie mojego pobytu. Z takiego powodu, że przydzielony do wsi nadzorca z komitetu powiatowego partii, urzędnik, który pilnował, żeby zboża za dużo chłopi sobie nie wzięli, żeby wszystko odstawili, przyjechał końmi ze swojego urzędu, a one dobrały się do ziarna przygotowanego na siew. I padły. Bo ono było już czymś spryskane. To się nazywało – zabajcowane. Zaczęło się śledztwo. Więc przyjechało NKWD, podejrzewali sabotaż. Że to robota dziewczyny, która prowadziła magazyn zbóż. Broniliśmy jej wszyscy. Mnie też przesłuchali, pamiętam to przesłuchanie. Spisywał dane. Pytanie – czy karany? Odpowiedziałem – nie. A – powiedział – znaczy, pierwszy raz. Ja na to – jeśli będziecie sądzić, to będzie pierwszy. Ale za co, to nie wiem. On się zaśmiał. Ja nie miałem z tym nic wspólnego, on mnie wypytywał o tę dziewczynę. I w sumie wybroniliśmy ją. Raczej wyszło, że nieostrożność była tego urzędnika. Nie pilnował swoich koni, nie uwiązał ich, jak trzeba, i one dobrały się do ziarna, które było przygotowane do innych celów.

Wyjeżdżaliśmy jako przeciwnicy komunizmu.

Gdy przywieziono was na Syberię, byliście wrogami komunizmu...

I wyjeżdżaliśmy stamtąd nadal jako przeciwnicy. Ale z opinią o ludziach lepszą, niż gdy przyjeżdżaliśmy. Może dlatego, że przywykliśmy? Że weszliśmy w to życie? Nie zginęliśmy... Naszą sytuację złagodziło to, że od 1941 roku nie byliśmy już formalnie zsylnymi. Byliśmy w fatalnej sytuacji gospodarczej, żywnościowej, mieszkaniowej. Bez szkoły. I marzyliśmy o powrocie do Polski.

I byliście tą grupą, która wprowadzała w Polsce ustrój socjalistyczny.

My? Nikt nam tego nie mówił. Wręcz przeciwnie! Słowo socjalizm było zakazane w I Armii. Była tylko demokracja. Komuniści, ci nasi oficerowie polityczni, mieli zakaz mówić o jakimkolwiek socjalizmie. Starannie wystrzegali się tego, żeby nam powiedzieć, że niosą coś na podobieństwo Związku Radzieckiego. Gdyby powiedzieli, że mamy sowietyzować Polskę, mieliby z tym wojskiem na pieńku. Zresztą nie sądzę, żeby oni, sami ci komuniści, wtedy tak myśleli. Oni raczej sądzili, że Stalin kazał, że to ma być demokratyczny ustrój, a nie radziecki. Takie było wyobrażenie. Wracaliśmy do kraju z przekonaniem, że to będzie po trosze jak przed wojną. Może trochę sprawiedliwiej.

W 1990 roku Mieczysław Rakowski przed rozwiązaniem PZPR polecił, aby wydział kadr zwracał każdemu, kto się po to zgłosi, jego teczkę personalną. Skorzystałem z tego i swoją zabrałem. Nic ciekawego w niej nie znalazłem poza jedną kopertą. W niej z 1949 roku donos. Pułkownik Anatol Fejgin w tym czasie szef Informacji WP przesyła kierownikowi Wydziału Kadr KC Kazimierzowi Witaszewskiemu wygrzebane z archiwum meldunki agenturalne o tym, że w 1944 w gronie kolegów wypowiadałem się negatywnie o ustroju politycznym ZSRR i wyrażałem nadzieję, że w Polsce będzie inaczej. Witaszewski poinformował o tym sekretarza KC Zenona Nowaka i zapytał, czy ma tej sprawie „nadać dalszy bieg”. Nowak, który odsiedział swoje w ZSRR i znał wartość tych donosów, odpowiedział: wyrzucić do kosza. Witaszewski jednak zachował go w mojej teczce. Myślę, że doniesienia agenta nie mijały się z prawdą. Tak zapewne w 1944 roku myślałem i z tym się nie kryłem.

A miał Pan świadomość, że Tarnopola w Polsce nie będzie?

Dla nas było istotne, że my wyjdziemy ze Związku Radzieckiego, z Syberii wrócimy do siebie. Choć raczej już nie do Tarnopola. To żeśmy wiedzieli i z tym żeśmy się pogodzili.

Już wtedy?

Znałem Tarnopol, wiedziałem, jak to wygląda. Te tereny nie były polskie. Przypuszczałem, że po wojnie tam wrócimy, ale później chyba wyjedziemy.

A mama też?

Nawet bardziej niż ja. Była większą optymistką. Po moim wyjeździe do wojska sytuacja mojej rodziny pogorszyła się znacznie, nie miał kto pracować. Kołchoz, w którym zaskarbiłem sobie trochę uznania, coś tam pomagał, ale niewiele. Znalazł się zresztą w kłopotach. Najpierw dosiedlono kilka rodzin wysiedlonych z Powołża Niemców, to byli spokojni, pracowici ludzie. Ale później gromadę Czeczeńców, z Kaukazu. Oni przynieśli do wsi tyfus plamisty. Wybuchła epidemia. Moja matka i starsza siostra chorowały, zabrano je do prowizorycznego szpitala w gminie, młodsze rodzeństwo wtedy głodowało. Od połowy 1944 roku otrzymywałem gażę oficerską i mogłem połowę scedować na rodzinę w głębi ZSRR. Takie uprawnienia przysługiwały oficerom w armii czynnej, frontowej. Skorzystałem z tego i rodzina otrzymywała kilkadziesiąt rubli miesięcznie – bardzo niewiele.

Jesienią 1944 roku matce udało się z dziećmi powrócić do Tarnopola. Tarnopol został wyzwolony w marcu 1944, a matka wróciła w listopadzie. Bo mimo że nam wręczono z powrotem rosyjskie paszporty, formalnie nie byliśmy już zesłańcami. Amnestia z sierpnia 1941 roku nie została formalnie uchylona. I dlatego można było wystarać się o prawo powrotu. Matka je uzyskała, moja służba w wojsku też jej w tym pomogła, rodzina przysłała pieniądze na bilet. Trochę towarowymi wagonami, a trochę normalnymi, po dwóch tygodniach dotarła z dziećmi do domu, który nie istniał. Zamieszkała u sąsiadów.