Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Polscy himalaiści - Dariusz Jaroń

Tuż przed wybuchem II wojny światowej grupa polskich wspinaczy dokonała jednego z najbardziej spektakularnych wyczynów. 2 lipca 1939 roku na szczycie Nanda Devi East stanęli Jakub Bujak i Janusz Klarner, pisząc efektowną kartę w dziejach nie tylko polskiego himalaizmu. Radość w obozie nie trwała długo. Dwa tygodnie później potężna lawina pogrzebała żywcem pozostałych członków wyprawy, Stefana Bernadzikiewicza i ojca polskiego himalaizmu Adama Karpińskiego.

Pogrążeni w żałobie koledzy ruszyli w drogę powrotną. Na statku do Europy usłyszeli o niemieckiej agresji na Polskę. Janusz Klarner trafił na front, a następnie w szeregi AK, a Jakub Bujak w filmowym stylu przedostał się do Wielkiej Brytanii, gdzie pracował nad tajnymi projektami zbrojeniówki.

Kiedy wydawało się, że los okaże się dla nich łaskawy i pierwsi Polscy himalaiści ułożą sobie życie w powojennych realiach, obaj w tajemniczych okolicznościach przepadli bez śladu. Tak jakby w pogłoskach o klątwie dotykającej zdobywców Nanda Devi kryło się ziarno prawdy…

To pierwsza tak kompleksowa publikacja o początkach naszego himalaizmu. Autor dotarł do archiwów, listów, dokumentów, wspomnień, relacji świadków i bliskich, żeby zrekonstruować drogę Polaków w najwyższe góry świata i podjąć próbę odpowiedzi na pytanie, co się z nimi później stało.

 

Jest rok 1939, czterej śmiałkowie z Polski jako pierwsi wchodzą na Nanda Devi East. Ta niezwykła historia od zawsze rozpalała moją wyobraźnię. Dariusz Jaroń barwnie kreśli historię ludzi, którzy mimo uwikłania w trudny czas historyczny nie wahają się marzyć i mają dość odwagi i wytrwałości, aby marzenia te spełniać. Fascynująca lektura!  - Adam Bielecki

 

Fascynująca opowieść o pierwszych polskich himalaistach, ich pionierskiej wyprawie, wojennych losach i tajemniczych zaginięciach.  Dziennikarska podróż w czasie przeszłym , wciąż niedokonanym. Przeczytałem jednym tchem. Czekam na film, bo scenariusz jest gotowy. - Przemysław Babiarz

Nanda Devi to dla mnie i dla historii polskiego himalaizmu góra szczególna. Cieszę się, że znalazł się ktoś, kto z takim rozmachem i wnikliwością przywrócił pamięć o jej zdobywcach – prawdziwych lodowych wojownikach. - Rafał Fronia

Jak rodził się Polski himalaizm? Jak wyglądała wspinaczka osiemdziesiąt lat temu? Z czym musieli się mierzyć pierwsi zdobywcy Nanda Devi East i jak skończyła się ich historia? Ta książka to nie tylko fascynująca lekcja górskiej historii – dzięki niej przeniosłam się w czasie i zostałam członkiem tej ekstremalnej wyprawy. - Miłka Raulin

Opinie o ebooku Polscy himalaiści - Dariusz Jaroń

Fragment ebooka Polscy himalaiści - Dariusz Jaroń

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja MAŁGORZATA KUŚNIERZ
Korekta KAROLINA WĄSOWSKA, JAN JAROSZUK
Konsultacja BEATA SŁAMA
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce pochodzi z archiwum Magdaleny Bujak-Lenczowskiej
Copyright © by Dariusz Jaroń Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66140-06-6
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Mróz jak metal u stóp i u skroni,

mróz, co wieńczy gałązką białą –

i nie ma innej już broni,

męstwo tylko i własne ciało.

Jerzy KierstOpowieść o Nanda Devi East

Pamięci tych,od których wszystko się zaczęło

Prolog

Cichy trzask.

Rozpaczliwy błysk świadomości.

Leci!

Gwałtowne szarpnięcie liny.

Uśmiech losu.

Wisi nad ziejącą grozą pięciusetmetrową zerwą, ale żyje. W przypływie adrenaliny wraca ostrość zmysłów. Błyskawicznie wraca po poręczówce na grań.

Tym razem skończy się na strachu. Jego i kolegów.

– Dobra, limit pecha na jedno wyjście w górę wyczerpany – jeśli taka myśl przeszła mu przez głowę, Janusz Klarner był w błędzie.

Kilkanaście godzin później.

Wychodzą z obozu we czterech: Stefan Bernadzikiewicz, Janusz Klarner, Boktej i Dava Tsering. Gramolą się z ładunkami pod ściankę tak zwanej Śnieżnej Kopy.

Droga przed nimi jest paskudna i bardzo niebezpieczna.

Wzdłuż grani biegnie nawis śnieżny, zwieszający się leniwie nad doliną Lawan. Kilka metrów od jego krawędzi mroźną pustką straszy szczelina lodowcowa. Idą gęsiego, związani jedną liną.

Na końcu Siam. Co jakiś czas pokrzykuje na kolegów, by trzymali się z dala od przepaści złudnie ukrytej pod nawisem. Mechanicznym kiwnięciem głowami dają znać, że zrozumieli, jednak instynktownie oddalają się od szczeliny. W otaczającym ją gęstym i grubym śniegu zapadają się nieraz i po same pachy.

Janusz Klarner ma dość uporczywego torowania. Robi dwa kroki w stronę krawędzi. Klnie jak szewc, bo ma wrażenie, że ponownie osuwa się po pas w irytującą biel. Mijają sekundy, a pod stopą wciąż nie czuje gruntu.

Znów leci!

Koziołkuje. Wokół wirują tumany śniegu, a przez głowę przebiegają dziesiątki myśli.

Rozpaczliwie próbuje się zatrzymać, jednak pędzi tak szybko, że nie wie już, gdzie jest niebo, gdzie ziemia, a gdzie ściana, z której spada.

Wściekłość bezradności.

Z letargu wybija go ostry ból w piersiach. To lina wrzyna się w ciało, ratując go przed pewną śmiercią. Przynajmniej na moment.

Rozgląda się. Obok przelatują bryły lodu. Lecą też jego rękawice. Po kilkudziesięciu sekundach usłyszy łoskot u stóp lodowca. A więc taka jest alternatywa dla ratunku.

Sytuacja robi się dramatyczna. Pod nogami dwa kilometry powietrza, przed nosem niemal pionowa skała, a nad głową dwanaście metrów do grani – jedyna szansa na ciąg dalszy.

Jego życie zależy teraz wyłącznie od wytrzymałości liny i stabilności nawisu.

Zna doskonale pogłoski o klątwie Nanda Devi. Wie, że nie ma chwili do stracenia.

Uczestnicy brytyjskiej wyprawy na Everest z 1921 roku

1

Postawmy sprawę jasno. Wiele szczegółów tej opowieści nie jest stuprocentowo pewnych. Los zabrał bohaterów, czas i barbarzyństwo drugiej wojny światowej pochłonęły świadków tamtych wydarzeń, a płomienie powstania warszawskiego strawiły lwią część cennych dokumentów wyprawy.

Szczęśliwie, mimo kataklizmu pustoszącego Europę, pionierzy polskiego himalaizmu spisali wspomnienia. Janusz Klarner w okupowanej Warszawie ukończył maszynopis wydanej kilka lat później Nanda Devi[1], zachował się też dziennik himalajski Jakuba Bujaka, opublikowany w całości w 2015 roku dzięki staraniom jego córki Magdaleny Bujak-Lenczowskiej[2]. Ich relacje pozwoliły na wypełnienie wielu białych plam.

Ponieważ tę historię sprzed osiemdziesięciu lat chciałem zrelacjonować uczciwie, podczas pisania tej książki często próbowałem sobie wyobrazić, jak mogło być, rekonstruując dawne dzieje, zamiast przyjmować cokolwiek za pewnik. Tak jest fair w stosunku do uczestników wyprawy, ich bliskich, a przede wszystkim Ciebie, Czytelniku.

Jedna rzecz od początku do końca nie ulega najmniejszej wątpliwości. Rzecz fundamentalna i stała dla wszystkich historii o wysokogórskich pionierach i ich pasji, niezrozumiałych dla przytłaczającej większości społeczeństwa.

Na początku była góra.

I to góra nie byle jaka, bo sam Mount Everest. Zwalisty, pokryty wiecznym śniegiem skalno-lodowy kolos, pnący się w powietrze wysoko ponad chmury. W połowie dziewiętnastego stulecia topografowie rozstrzygnęli spór o najwyższą górę świata. Po dokładnym, na ile oczywiście pozwalała na to ówczesna technika, zmierzeniu ubiegających się o to miano pretendentów, padło na masywny, majestatyczny szczyt wznoszący się na granicy Tybetu i Nepalu. Nazwę, na cześć swojego poprzednika i inicjatora pomiarów himalajskich, sir George’a Everesta, nadał górze dyrektor Survey of India, generał Andrew Waugh.

Wywindowany przez naturę na 8848 metrów nad poziom morza wierzchołek w kolejnym stuleciu wyjątkowo silnie rozpalał wyobraźnię pionierów alpinizmu. I nie ma co się dziwić. Pierwsze miejsce w elitarnym wyścigu o szczyt Czomolungmy, jak nazywali górę miejscowi, gwarantowało nieśmiertelność, jedną z kart w podręcznikach historii.

O Evereście marzyli najlepsi. Marzył również Adam Karpiński. A właściwie Adaś, bo kiedy dowiedział się o istnieniu „góry gór”, największej ze wszystkich, miał zaledwie dwanaście lat. „Koniecznie trzeba zrobić wyprawę na tę górę!” – zdecydował chłopiec w myślach i już nie rozstał się z tym postanowieniem. Większość dzieci ma bujną wyobraźnię, potrafi snuć wielkie plany, lecz z upływem lat gubi zapał i nie realizuje swoich marzeń. Ale nie Adam Karpiński. Himalajski ćwiek wbił mu się głęboko w serce i utkwił w nim na dobre, wyznaczając rytm codziennego tętna.

„Jego stosunek do góry charakteryzuje w ogóle jego sposób bycia” – przed kamerą dokumentalistki Anny Teresy Pietraszek podkreśli po latach Krystyna Czarnocka, pasierbica wspinacza.

„To, co określamy sportem, to był sposób na życie. W naszym domu, jak to pamiętam, sportu się nie uprawiało, sport był w jakiś naturalny sposób włączony – oprócz życia zawodowego – w normalne życie. To było naturalne, że się na wakacje szło w góry albo że się jechało na kajak, albo że się w niedzielę jeździło na rowerze. Najważniejsze zawsze były jednak góry. Wszystkie wyprawy [...] traktował jako trening do Himalajów, a konkretnie do Everestu, bo Adam wierzył, że będzie na Evereście. On mówił, że prawdopodobnie z Everestu nie wróci, ale wierzył, że na nim będzie”.

Adam Karpiński nie był oczywiście pierwszym ani jedynym polskim alpinistą celującym w najwyższy z himalajskich kolosów, lecz jako pierwszy próbował tę równie śmiałą, co karkołomną – pamiętajmy, że jesteśmy w dwudziestoleciu międzywojennym – ideę wcielić w życie. A przynajmniej miał odwagę głośno o tym mówić.

Był rok 1924, gdy rozochocony słynną wyprawą George’a Mallory’ego i Andrew Irvine’a – co do której do dziś stawia się pytanie, czy wspinacze zginęli, schodząc ze szczytu, czy zmierzając w jego kierunku – ale też niesiony drzemiącymi w nim od dawna ambicjami snuł plany o polskiej ekspedycji na dach świata.

„Mam już od dawna opracowany plan wyprawy na Mount Everest – rzucił ku zaskoczeniu sporej części środowiska taternickiego, uważającej go często za niepoprawnego marzyciela, fantastę wzywającego do niemożliwego. – Wykonam go, skoro tylko zdobędę drobnostkę – potrzebny kapitał”.

Choć brzmi to nieprawdopodobnie, wkrótce znalazł się sponsor.

Potwierdził to Justyn Wojsznis, uznany wspinacz i działacz Klubu Wysokogórskiego, w wydanej w 1966 roku książce Polacy na szczytach świata, nieocenionej dla udokumentowania przedwojennych dokonań polskiego alpinizmu.

„To Adam wystąpił po raz pierwszy z projektem wyprawy himalajskiej. Pragnął atakować niezdobyty jeszcze Mount Everest – najambitniejsze zamierzenie alpinizmu nie tylko polskiego, ale i światowego. Był już nawet zestawiony plan ekspedycji. Był już nawet człowiek, który podjął się sfinansować wyprawę mającą wyruszyć w 1925 roku”.

O wyprawie donosiła też prasa. „Gazeta Lwowska” uznała nawet, że warto o niej wspomnieć już na stronie tytułowej.

„Jak się dowiaduję, w Warszawie ma się przygotować pierwsza polska wyprawa na niezdobyty szczyt świata Mount Everest, o którego zajęcie daremnie się od dziesiątek lat trudzono. Ekspedycję tę ma sfinansować znany milioner warszawski p. Baytel. Wyprawę prowadzić będzie Daniel Gąsienica, najlepszy przewodnik tatrzański” – podano w piątek 14 listopada 1924 roku w krótkiej depeszy przekazanej telefonicznie przez stołecznego korespondenta gazety.

Daniel Gąsienica zaginął miesiąc później w Tatrach, a awizowany sponsor stracił fortunę.

Justyn Wojsznis pisze: „Inflacja załamała finansistę i wyprawę. Nie załamała jednak Adama, który ani przez chwilę nie ustawał w swych staraniach”.

Kłopoty finansowe niedoszłego sponsora nie były jedynym powodem rezygnacji, a raczej odłożenia w czasie marzeń o podboju himalajskiego giganta. Dziewiczy Everest stał się obsesją nie tylko Adama Karpińskiego, ale przede wszystkim Brytyjczyków, a ci ze względów geopolitycznych mieli pierwszeństwo i niepisany monopol na szturmowanie wierzchołka. Nawet najwięksi optymiści powątpiewali w to, że Anglicy dopuszczą inną nację do Czomolungmy, zanim sami nie staną na jej szczycie.

Wydaje się, że nasz pionier marzyciel zbytnio się tym nie przejął. Wiedział, że Himalaje są mu pisane. Czekając na przeznaczenie, rzucił się w wir pracy zawodowej, założył rodzinę, a po latach, jak pokaże historia himalaizmu, wrócił z jeszcze bardziej śmiałym i ryzykownym przedsięwzięciem.

To dobry moment, żeby go bliżej poznać.

Adam Karpiński, dla przyjaciół Akar.

Rocznik 1897. Weteran pierwszej wojny światowej. Lotnik. Inżynier mechanik. Konstruktor lotniczy. Wynalazca. Namiętnie palił fajkę, nawet w klaustrofobicznych rozmiarów namiotach rozstawionych gdzieś na skalnych graniach kilka tysięcy metrów nad ziemią, najpewniej doprowadzając tym współtowarzyszy wspinaczki do rozpaczy.

Zanim postanowił spełnić marzenie z dzieciństwa, spróbował zrewolucjonizować przemysł lotniczy.

Już jako student Wydziału Mechanicznego Politechniki Warszawskiej projektował szybowce, dolnopłaty, samoloty pasażerskie. Wymyślona przez niego maszyna mogła zabrać na pokład nawet trzystu pasażerów, czyli trzy, cztery razy więcej niż ówczesne konstrukcje, jednak projekt nie spotkał się ze zrozumieniem – mało kto wierzył, że taki gigant oderwie się od ziemi.

Dyplom inżyniera zdobył w czerwcu 1926 roku. Zaraz po studiach dostał posadę konstruktora lotniczego w Podlaskiej Wytwórni Lotniczej. Niedługo później wyjechał wraz z żoną Wandą Czarnocką-Karpińską na dalszą naukę do Włoch. W Turynie zgłębiał wiedzę dotyczącą budowy samolotów.

Żona, lekarka, taterniczka i narciarka, podzielała górską pasję małżonka, dlatego będąc w zaawansowanej ciąży, przystała na jego szalony plan.

Akar wymyślił sobie, że jego pierworodny syn przyjdzie na świat na Mont Blanc (4808 m), najwyższym szczycie Alp i, zdaniem części statystyków, wypychających o osiemset metrów wyższy Elbrus poza granicę kontynentu – całej Europy. Przekonany o słuszności swojego pomysłu, spakował żonę i ruszyli w stronę Vallota, ostatniego schronienia przed wierzchołkiem dla wspinaczy szukających ucieczki od przenikliwego mrozu, porywistego wiatru i zacinającego śniegu.

Spartańskiej chacie, szumnie zwanej schroniskiem, daleko było do współczesnych schronisk górskich, tłumnie odwiedzanych przez spragnionych odpoczynku turystów, gdzie gorąca kwaśnica i zmrożone piwo leją się strumieniami, a schabowego z ziemniakami i kapustą możemy poprawić kawą i szarlotką, zanim wyruszymy na kilkugodzinny spacer w stronę parkingu.

Nie, Vallot nie miał w sobie nic ze schroniska tego typu. Wokół zbitej z desek chałupki nie było żywej duszy, a za komplet wygód musiały posłużyć prycza i kilka koców dla przemarzniętych alpinistów. Dobre miejsce na awaryjny nocleg, schronienie przed kataklizmem czy regenerację przed dalszą wspinaczką, ale pewnie jedno z ostatnich, jakie mogą wpaść kobiecie do głowy, kiedy odejdą wody płodowe.

Karpińscy jednak nie dawali się zaszufladkować, dlatego próby – czynione przez znajomych i bliskich – wyperswadowania im porodu pod Mont Blanc i uświadomienia następstw, jakie mogą nieść tak wyczerpujący wysiłek dla Wandy i odległość od najbliższego lekarza, spełzły na niczym.

Niedługo przed terminem porodu dotarli na miejsce. Mimo wielkiej miłości, jaką niewątpliwie żona pałała do męża, po kilku dniach w warunkach dalekich od domowych Wanda zarządziła wycof. Tu znów odezwał się górski zew Adama Karpińskiego. Zejście spod szczytu to przecież doskonała okazja, by wytyczyć nową drogę.

Niestrudzony pionier dzielnie torował w śniegu. Torował, torował... aż wpadł do lodowej szczeliny. Na ratunek pospieszyła mu małżonka z wielkim brzuchem i wyciągnęła z opresji za pomocą liny. Historia zakończyła się szczęśliwie. Jacek Karpiński przyszedł na świat w szpitalu w Turynie. To był początek prób hartowania chłopaka, zgodnego z wyznawaną przez ojca filozofią. Równie ambitne, co ryzykowne wyzwania stawiano także przed młodszym z synów Akara – Markiem. W życiu poradzić mieli sobie tylko najsilniejsi.

Najsilniejsi, ale niekoniecznie najbardziej pomysłowi. Życie pokaże, że przekleństwem Karpińskich stanie się to, iż przychodzą na świat w złym miejscu i czasie, a przynajmniej za wcześnie, aby w pełni móc wykazać się swoim potencjałem. Adamowi nie dane było zrewolucjonizować polskiego lotnictwa, a Jacek, chociaż kilkadziesiąt lat później będzie projektował nowoczesne, jak na tamte czasy, komputery, nie zostanie polskim Billem Gatesem. Komuna okaże się dla niego przeszkodą nie do pokonania.

Rozczarowany brakiem zainteresowania władz jego nowatorskimi projektami, jak pisał Piotr Lipiński w biografii Jacka Karpińskiego pod tytułem Geniusz i świnie, odrzucony przez środowisko Karpiński senior przeniósł swoje zainteresowanie na inne konstrukcje. „Zaczął projektować raki, śpiwory i czekany. Wymyślił nowe kształty namiotów, szukał dla nich odpowiednich tkanin. Sprawdzał płótno balonowe, współpracował z fabryką balonów w Legionowie. Brał kolejne bezpłatne urlopy i wyjeżdżał w góry. Uciekał od dotychczasowego życia”.

I chociaż po powrocie z Włoch Akar awansował na kierownika działu montażu Podlaskiej Wytwórni Lotniczej, a w kolejnych latach, po przeprowadzce z Białej Podlaskiej do Warszawy, pracował w Kierownictwie Zaopatrzenia Aeronautyki i Państwowych Zakładach Lotniczych, jego pierwszą miłością były góry. Związek ten, mimo wczesnych głośnych zapowiedzi himalajskich, rozwijał się zgodnie ze sztuką wspinaczki, czyli stopniowo: od Tatr i Alp w latach dwudziestych do egzotyki górskiej, jak przed wojną określano niemal wszystkie ekspedycje sięgające daleko poza Europę.

Te wyprawy, jak już wspomniała jego pasierbica, Adam Karpiński uważał za przygotowania do pisanego mu Everestu.

„Nie nęciły go efektowne krótkie wspinaczki skalne; jego żywiołem był śnieg i lód, ciągnęły go wielkie, długotrwałe wyprawy z wieloma biwakami, z nieodzownym przy tym ciężkim plecakiem, z wielogodzinną pracą czekanem. Największym jego przedsięwzięciem tego rodzaju była próba przejścia zimą całej grani Tatr Wysokich – we dwójkę, bez schodzenia z grani, biwakując cały czas na niej”[3] – opisywał w swoich pismach taternictwo Akara Jakub Bujak.

Adam Karpiński z Konstantym Narkiewiczem-Jodką przeszedł sporą część grani Tatr Wysokich – od Przełęczy pod Kopą do Białej Ławki. Na skalnych ośnieżonych graniach spędzili jedenaście nocy, biwakując w warunkach, które miały imitować niewygody najwyższych gór.

Ryszard W. Schramm w pierwszym tomie serii „Na szczytach gór Europy” ocenił nawet, że wcześniejsza pięciodniowa samotna wyprawa graniowa Adama Karpińskiego od Bobrowca po Tomanowy Wierch Polski dała podwaliny bezschroniskowej wysokogórskiej turystyce zimowej w kraju.

Akar, z początku wykpiwany za trzymanie głowy zbyt wysoko w chmurach, nazywany wręcz fanatykiem gór – nie do końca w dobrym tych słów znaczeniu – zyskał z czasem sporą grupę współwyznawców owego fanatyzmu. Polscy wspinacze coraz śmielej wbijali czekany nie tylko w rodzimych Tatrach, przesuwając granice wyczynu, i tym samym przybliżając wyjazd w dalekie dotąd finansowo i organizacyjnie Himalaje.

Ceniony wspinacz dwudziestolecia międzywojennego, Jan Kazimierz Dorawski, po pierwszej wyprawie Klubu Wysokogórskiego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Alpy snuł w grudniu 1931 roku ambitne plany ekspansji taternictwa.

„Projektując [...] na dłuższy czas naprzód, powiemy, że i Alpy okażą się tylko szkołą gór jeszcze większych – otworzą nam Egzotyk, nawet Himalaje! To, co dzisiaj jest utopią, za lat 5 czy 10 powinno się stać realną możliwością i – stanie się nią, o ile organizacje taternickie będą w tym kierunku usilnie pracować! W gotującym się generalnym ataku na góry Azji nie zabraknie taterników” – pisał w „Taterniku”, w artykule o wiele mówiącym tytule Droga do wielkości.

Jak się później okaże, nie pomyli się w swoich prognozach ani trochę. Mało tego, sam będzie częścią być może najważniejszej, przed himalajską, wyprawy krajowego alpinizmu.

Na przełomie 1933 i 1934 roku spełniło się marzenie Polaków o górskiej egzotyce i możliwości eksploracji nieznanego. Do Argentyny wyruszyła Pierwsza Polska Wyprawa Andyjska. W jej skład weszli: Konstanty Narkiewicz-Jodko (kierownik), Adam Karpiński (naczelny meteorolog), Jan K. Dorawski (lekarz), Stefan Osiecki (operator filmowy), Stefan Daszyński (geolog) i Wiktor Ostrowski (topograf i fotograf ekspedycji).

Ten ostatni wziął na siebie jeszcze jedną rolę: reportera wyprawy. Ostrowski niejednokrotnie pokazał, że ma niezłe pióro, a jego relacja z andyjskiej eskapady, Wyżej niż kondory, weszła do kanonu polskiej literatury górskiej.

Tak opisywał na jej stronach Adama Karpińskiego:

Polacy w Andach, „Ilustrowany Kuryer Codzienny”

„Silnej budowy, z twardo wyrzeźbionymi rysami twarzy, Adam był cały jakby wyciosany z jednej bryły. Pod względem fizycznym i psychicznym. A w piersi tego wyznawcy bezwzględnej filozofii Nietzschego tłukło się doprawdy gołębie serce. Jego miłość do gór dochodziła do jakiegoś fanatyzmu, zdaje się, że dopiero w górach czuł się dobrze, dopiero tam zaczynał żyć pełnią życia”.

18 stycznia 1934 roku Akar i Wiktor Ostrowski jako pierwsi w historii zdobyli szczyt Mercedario (6770 m). Scena, która rozegrała się na wierzchołku, najlepiej obrazuje, ile dla Adama Karpińskiego znaczyły góry.

Z otaczających szczyt dolin złowrogo nadpływały burzowe chmury, niebezpiecznie zbliżając się do wierzchołka i tkwiących na nim Polaków, szczęśliwych, że zapisali się właśnie w historii eksploracji Andów. Wiemy doskonale, czym grozi burza w górach, nawet w Tatrach może stanowić śmiertelne zagrożenie, dlatego Wiktor Ostrowski, świadomy sytuacji, w jakiej niebawem znajdzie się z Akarem, pospieszał go, by jak najszybciej ruszyli w drogę powrotną, byle dalej od niebezpieczeństwa.

Spojrzał na partnera i, jak później wspominał w Wyżej niż kondory, słowa zamarły mu na ustach.

„Od tej chwili minęło wiele, wiele lat. Życie nie szczędziło głębokich wzruszeń i mocnych przeżyć, ale to, co zobaczyłem wówczas, co przeżyłem i... zrozumiałem – do końca moich dni pozostanie wspomnieniem jedynym w swoim rodzaju i niezapomnianym. Adam – wiecznie dokazujący i rozśpiewany Adam – twardy, mocny i bezwzględny człowiek, wyznawca i wielbiciel nadludzkiej filozofii Nietzschego, ten Adam... klęczał i ukrywszy twarz w dłoniach, modlił się.

Nie znam, Adamie, niezapomniany i najlepszy przyjacielu, słów tej twojej ówczesnej modlitwy. Nigdyśmy o tym nie mówili, jakoś delikatnie – może trochę wstydliwie – omijali w późniejszych rozmowach ten moment ze szczytu. Był zbyt osobisty, intymny”.

Adam Karpiński w trakcie andyjskiej ekspedycji nie tylko potwierdził wysokiej klasy umiejętności wspinaczkowe. Dał się również poznać jako zdolny i wyjątkowo pomysłowy konstruktor. W czasach, kiedy w góry wysokie jeździły jednostki, wspinacze często sami projektowali odzież i niezbędny sprzęt.

Akar opatentował namioty, śpiwór z łabędziego puchu, autorski plecak kominowy, a także specjalne obuwie do poruszania się w śniegach i lodach Andów. Janusz Kurczab w przedmowie do drugiego wydania Nanda Devi Janusza Klarnera napisał: „Cały zestaw ubrania, sprzętu i ekwipunku wyprawy andyjskiej był doskonale przemyślany i zaprojektowany przez Karpińskiego, zawierał szereg oryginalnych i po raz pierwszy w praktyce zastosowanych pomysłów”.

Krystyna Czarnocka: „Miał własną teorię na temat sprzętu. Uważał, że powinien składać się z wielu warstw, na przemian z jedwabiu, szlachetnych włókien i czystej wełny. Tym sprzętem żył cały dom. Pamiętam, że kiedy Adam projektował zimowy namiot, mama szyła prototyp w domu na maszynie, a potem cała rodzina lub przyjaciele szli na zimową graniówkę w Tatry, żeby go wypróbować”.

Wkładanie na górskie wyprawy kilku warstw odzieży stało się potem punktem obowiązkowym nawet szkolnych wycieczek w Tatry, jednak w latach trzydziestych minionego wieku nie było czymś oczywistym.

Przekonani w końcu przez Akara do słuszności tej koncepcji wspinacze ruszyli szturmować Andy ubrani „na cebulkę”. Wiktor Ostrowski napisał potem, że na ich garderobę składały się kolejno: wełniany podkoszulek, ciepła koszulka, cienka wełniana koszula, gruba wełniana koszula, lekki puszysty sweter, nieprzewiewna (lekka) wiatrówka z jedwabiu spadochronowego, ciepły sweter wełniany, wełniana kurtka na jedwabnej podszewce i nieprzewiewna wiatrówka z kapturem.

Z równą starannością opatulone były głowa, ręce i nogi zdobywców andyjskich szczytów. To dlatego, że Adam Karpiński bardzo bał się odmrożeń. Analizował podobne przypadki, czytał relacje z zagranicznych wypraw w góry najwyższe i ich wielodniowe zmagania z przenikliwym mrozem.

W końcu wpadł na to, by wspinacze byli wyposażeni w trzy pary rękawiczek wiązanych oddzielnie sznurkiem za plecami, a na stopach mieli łącznie cztery pary skarpet, podwójne mokasyny i wielkie rakobuty, umożliwiające sprawne poruszanie się po lodzie i śniegu.

Jesienią 1935 roku na łamach „Taternika” rozbrzmiały głosy przedstawicieli Klubu Wysokogórskiego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego na temat wyboru przyszłej ekspansji polskiego alpinizmu egzotycznego. Nietrudno się domyślić, że najgłośniej i najśmielej wypowiedział się w tej dyskusji Adam Karpiński.

Niespodzianką może być tylko to, że pogodzony z brytyjskim monopolem, wziął na celownik inny szczyt niż Mount Everest, chociaż – co dzisiaj już dobrze wiemy – jeszcze trudniejszy.

„Namawiam na K2: góra olbrzymia, obronna, więc tym większa chwała dla narodu, który na niej walczy. Nawet po osiągnięciu wierzchołka Everestu będzie pierwsze wejście na K2 liczone do wielkich czynów [...]. Namawiam z całym rozmysłem. Wiem, że Polacy mogą robić wielkie rzeczy – tylko musi przed nimi stać wielki cel”.

Skala trudności narzuconego wyzwania była równie spektakularnych rozmiarów, co górująca nad sąsiednimi szczytami Karakorum skalna piramida. Mimo upływu lat, a tym samym ewolucji sprzętu, techniki i możliwości wspinaczkowych, K2 wciąż budzi szacunek wśród himalajskiej elity.

Wybór piekielnie wymagającej, drugiej najwyższej góry świata, mierzącej aż 8611 metrów, był przemyślany. Akar doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że tylko głośna i efektowna wyprawa przełoży się na zainteresowanie społeczeństwa, a tym samym ułatwi pozyskanie środków od sponsorów. Konieczne, uważał, było zaatakowanie jednego z ośmiotysięcznych szczytów, niezdobytych wówczas przez człowieka. A te w połowie lat trzydziestych poza Everestem, Kanczendzongą i Nanga Parbat były „pod względem alpinistycznym prawie nieznane”.

Kiedy na łamach „Taternika” ukazał się apel Adama Karpińskiego nawołujący polskie środowisko wspinaczkowe do wyjazdu na K2, drugi najwyższy szczyt świata nie tylko pozostawał niezdobyty, ale też niespecjalnie musiał bronić się przed atakami alpinistów. Do 1935 roku zorganizowano tylko dwie wyprawy, które stawiały sobie za cel osiągnięcie wierzchołka, obie – niemal trzydzieści lat wcześniej.

Ekspedycją z 1902 roku kierował Anglik Oscar Eckenstein, a siedem lat później pod K2 przybył słynny podróżnik i badacz egzotycznych zakątków świata, Luigi Amadeo di Savoia, książę Abruzji. Żadna z ekip nawet nie zbliżyła się do wierzchołka, chociaż druga z nich zrobiła wiele dla eksploracji masywu, a nazwa sprawdzonej przez kolejne pokolenia alpinistów drogi ataku na szczyt, czyli Żebro Abruzzi, pozostaje aktualna do dziś.

Szczyt na blisko trzy dekady uznano za niemożliwy do zdobycia. Ale i na to Adam Karpiński, niezachwiany górski optymista, miał receptę. Oto jak mobilizował kolegów w swojej odezwie: „Pierwsza rzecz – odrzucić, wyzbyć się inferiority complex [kompleksu niższości – przyp. aut.], do czego, przypuszczam, mamy już prawo; następna – działać z dobrą wolą i wiarą we własne siły”.

Entuzjazm w Klubie Wysokogórskim był już wówczas na tyle duży, że wiosną 1936 roku powołano Komisję Himalajską, organ odpowiedzialny za przygotowanie wyprawy w najwyższe góry świata. Na jej czele stanął Adam Karpiński, a w jej skład weszli ponadto znany polarnik Stefan Bernadzikiewicz i doświadczony alpinista Jakub Bujak.

Przyjrzyjmy się ich biografiom.

Stefan Bernadzikiewicz urodził się w 1907 roku w Białymstoku. Od wczesnej młodości związany był z Warszawą. Inżynier mechanik. Asystent w Zakładzie Metalurgicznym Wydziału Mechanicznego Politechniki Warszawskiej. Wspinacz i polarnik.

Ten wyjątkowo małomówny, uparty i chirurgicznie konkretny mężczyzna ożywiał się tam, gdzie spora część ludzkości najpewniej popadłaby w obłęd – w śniegach i twardych niczym głaz lodowcach Spitsbergenu.

„Jakże barwnie godzinami potrafił Stefan, zwykle tak małomówny i skryty, opowiadać o słońcu wędrującym dookoła nad horyzontem, o długich, długich cieniach, o blasku polarnych lodowców i o nocnym wypoczynku, o czym przypominały wskazówki zegarka, nie słońce” – pisał W skale i lodzie Wiktor Ostrowski, celnie punktując charakterystyczne cechy Siama, jak nazywali go przyjaciele.

Pseudonim Stefana Bernadzikiewicza, jak zauważył Jakub Bujak, pochodził najpewniej jeszcze z wczesnego dzieciństwa. Już jako kilkuletni chłopiec mały Stefan wszystko chciał robić „siam”. I tak mu zostało.

„Był człowiekiem czynu – potwierdził po latach w opublikowanym na stronach «Taternika» wspomnieniu o Siamie Bolesław Chwaściński. – Małomówny, głos zabierał rzadko, ale jeśli mówił, to tylko rzeczowo. Nie napisał żadnego błyskotliwego wspomnienia ze swoich przejść górskich czy polarnych, jednak należy do tych, którzy tworzą historię polskiego alpinizmu”.

Sprawdzał się w roli skutecznego organizatora. Żywność na wielotygodniową wyprawę daleko poza ludzkie siedziby? Niezbędny i niezawodny ekwipunek? Transport i logistyka? Żaden problem. Miał zaledwie dwadzieścia siedem lat, kiedy zorganizował i stanął na czele Pierwszej Polskiej Wyprawy Polarnej. Miała ona charakter naukowy – taternicy właściwie uzupełniali i wspierali naukowców, o co zresztą toczono potem namiętne dyskusje w środowisku, dochodząc do wniosku, że kluczem do sukcesu jest pogodzenie na równym poziomie interesów i ambicji wszystkich uczestników tego typu przedsięwzięć, a przynajmniej tworzących je grup.

W 1934 roku na historyczną wyprawę na Spitsbergen wyruszyli: Stefan Bernadzikiewicz (kierownik), Witold Biernawski (film, opieka nad radiostacjami), Henryk Mogilnicki (wyposażenie, zdjęcia, obsługa radiostacji), Stefan Zbigniew Różycki (prace geologiczne i glacjologiczne), Stanisław Siedlecki (obserwacje meteorologiczne, aprowizacja), Sylweriusz Zagrajski (triangulacja) oraz Antoni Rogala-Zawadzki (fotogrametria).

Podczas dwóch miesięcy spędzonych w terenie topografowie zmierzyli niezbadaną dotąd część Ziemi Torella, zebrano również do dalszych prac badawczych liczne materiały geologiczne i botaniczne, a także solidnie udokumentowano wyprawę (ponad 2000 zdjęć oraz film reportażowy). Chociaż działalność alpinistyczna miała mieć charakter drugoplanowy, polscy wspinacze dokonali kilku istotnych, ze sportowego punktu widzenia, wejść, między innymi Henryk Mogilnicki zdobył Raudfjellet (1014 m) trudną drogą prowadzącą lodowcem, a Stefan Bernadzikiewicz – najwyższy szczyt Ziemi Torella, Berzelius (1205 m).

Na podstawie wykonanych pomiarów i zdjęć w Wojskowym Instytucie Geograficznym w Warszawie sporządzono pierwszą mapę nieznanego dotąd terenu w skali 1:50000.

Na Ziemi Torella. Od lewej: Stefan Bernadzikiewicz, Antoni Rogala-Zawadzki, Sylweriusz Zagrajski

„Mapa ta wprowadza w zbadanym przez wyprawę odcinku Ziemi Torella nazwy polskie, nadane na wniosek uczestników przez Komitet Organizacyjny i zatwierdzone przez Państwo Norweskie: Góry Piłsudskiego, Góra Staszica, Grań Stanisławskiego, Góra Kopernika, Góra Curie-Skłodowskiej, Szczyt Roku 1934, Lodowiec Polaków i Płaskowyż Amundsena. Szybkie, prawdziwie rekordowe opracowanie i publikacja powyższej mapy jest poważnym sukcesem propagandowym, jeżeli zważymy, że wyniki pomiarów norweskich z lat 1918 i 1920 do dziś dnia nie są jeszcze ogłoszone drukiem, a pomiary z roku 1919 nawet jeszcze nie opracowane” – pisał kierownik wyprawy w sprawozdaniu zamieszczonym w „Taterniku” w czerwcu 1936 roku.

Bilans ekspedycji z 1934 roku, najważniejszej z polskich wypraw polarnych przed drugą wojną światową, odbił się szerokim echem nie tylko w kraju. W dowód uznania za zasługi w eksploracji Spitsbergenu w 1935 roku Stefan Bernadzikiewicz został odznaczony norweskim Krzyżem Kawalerskim św. Olafa I klasy.

Siam nad wyraz dobrze wypadł w roli organizatora i kompana wyprawy, w kolejnych latach nie mógł więc narzekać na brak zajęć. W 1935 roku, między innymi wraz z Jakubem Bujakiem, jego późniejszym partnerem w Himalajach, wziął udział w pierwszej polskiej wyprawie kaukaskiej, o której jeszcze szerzej wspomnimy, wytyczając nową drogę – od północy – na Burdżulę (4364 m), a także zdobywając pięciotysięczną Szcharę (5193 m).

W kolejnym roku wrócił na Spitsbergen, by wraz z Konstantym Narkiewiczem-Jodką i Stanisławem Siedleckim przejść ponad osiemset kilometrów z południa na północ wyspy. Kolejne wyprawy polarne – na Grenlandię i raz jeszcze Spitsbergen – zorganizował w latach 1937–1938 odpowiednio dla Polskiego Towarzystwa Geograficznego we Lwowie i Polskiego Koła Polarnego w Warszawie.

Obok pasji polarnej Siam pielęgnował i rozwijał w sobie miłość do gór, co potwierdził nie tylko w Kaukazie. Szczególnie upodobał sobie wspinaczkę zimową. Bez wątpienia należał do czołowych taterników lat trzydziestych ubiegłego stulecia.

„Od 1930 roku corocznie spędzał w Tatrach zimy, zaczynając swe taternictwo zimowe od udziału w pierwszym zimowym wejściu na Żabi Szczyt Wyżni – pisał Bolesław Chwaściński w przywołanym już artykule. – W jego dorobku wyróżnia się zwłaszcza pierwsze wejście zimowe na Lodowy Szczyt z doliny Czarnej Jaworowej, dokonane w 1935 roku”.

Najwyższy wierzchołek w grani głównej Tatr Wysokich zdobył wraz ze Stanisławem Luxemburgiem i Wawrzyńcem Żuławskim. Sporo wspinał się ze starszym o rok bratem, również zapalonym taternikiem. Żona Tadeusza zapamiętała, że dla szwagra góry były ważniejsze od kariery zawodowej.

„Jego dewizą było to, że alpiniści powinni być stale na emeryturze, bo oni nie mają czasu na pracę. Powinni mieć możliwość odrobienia tej emerytury na starość, kiedy już nie będą sprawni fizycznie. Stale to powtarzał” – wspominała w filmie dokumentalnym Anny Teresy Pietraszek z 1989 roku.

Potwierdzenie słuszności tej teorii znajdziemy w życiorysie Siama. Po ukończeniu studiów dostał dobrze płatną posadę w Państwowych Wytwórniach Uzbrojenia. Szybko jednak z niej zrezygnował. Wolał asystenturę na politechnice, bo ta, mimo skromniejszego uposażenia, gwarantowała mu długi urlop, którego mogli mu pozazdrościć koledzy wspinacze, zarabiający na chleb w innych branżach niż naukowa.

Ważniejsza od pieniędzy były wolność, swoboda i możliwość realizowania górskiej i polarnej pasji. W tamtych czasach wyprawy eksploracyjne miały w dużej mierze charakter naukowy. Siam, wiedząc, że ma do zaoferowania „tylko” swoje doświadczenie i umiejętności organizatorskie, postanowił w 1938 roku, kilka dobrych lat po studiach, poszerzyć swoje kompetencje.

Wiktor Ostrowski: „Już nie pierwszej młodości, pracując zawodowo i w niełatwych warunkach materialnych, zaczął studiować geologię na Uniwersytecie Warszawskim. Ta dyscyplina bowiem, w jego pojęciu, dawała możność łączenia pięknego z pożytecznym, dawała podstawy do prac naukowych w czasie przyszłych wypraw w świat skał i lodu, zarówno polarnych, jak i wysokogórskich”.

Na nartach w Karpatach Wschodnich, około 1932 roku. Jakub Bujak drugi z lewej

Chociaż małomówny, miał posłuch wśród kolegów ze środowiska taternickiego. Był pierwszym przewodniczącym Koła Wysokogórskiego Oddziału Warszawskiego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, a po unifikacji organizacji taternickich został prezesem Klubu Wysokogórskiego PTT. Ponadto był jednym z założycieli i wiceprezesem wspomnianego przy okazji trzeciej wyprawy na Spitsbergen stołecznego Polskiego Koła Polarnego.

Justyn Wojsznis w książce Polacy na szczytach świata pisze: „Stefan słynął ze stanowczości i uporu, był ambitny, pracowity, na wskroś uczciwy, można było na nim w pełni polegać”. Należał przy tym, podkreślał Jakub Bujak, do niewielu polskich alpinistów, którzy nie tylko marzyli o Himalajach, ale i dążyli do zrealizowania tych marzeń.

Wkrótce mieli wspólnie wyruszyć, aby je spełnić.

Stefan Bernadzikiewicz, Jakub Bujak, Adam Karpiński i inni przedstawiciele środowiska wspinaczkowego doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że romantyczne zapędy i dobre chęci to za mało, by dokonać czegoś, co wielu utytułowanych alpinistów epoki uznało za niemożliwe. Przed porwaniem się na drugi wierzchołek świata konieczny był rekonesans, nabranie doświadczenia w warunkach występujących jedynie w Himalajach i Karakorum.

Opracowany przez Komisję Himalajską plan przygotowań zakładał kolejno: wyprawę treningową w Alpy, trzyosobową wyprawę rekonesansową na lodowiec Baltoro w Karakorum, sześcioosobową wyprawę treningową w Kaukaz Centralny oraz cztero- lub sześcioosobową wyprawę w Himalaje Garhwalu. Dopiero po takich przygotowaniach i selekcji wspinaczy miała ruszyć ekspedycja na drugi szczyt świata.

Równolegle prowadzono działania polityczne i dyplomatyczne, bez których o jakiejkolwiek wyprawie nie mogło być mowy. Warto podkreślić, że były to czasy zupełnie inne od obecnych, kiedy to bazy pod najbardziej obleganymi – zarówno przez zawodowców, jak i poszukujących wrażeń amatorów z wypraw komercyjnych – szczytami przypominają autonomiczne i gwarne wielonarodowe wioski. W latach trzydziestych poprzedniego stulecia w Himalajach i Karakorum przebywały jedna, czasem dwie ekipy, a bywały lata, że w góry nie przyjeżdżał nikt.

Pierwszą wzmianką o ambitnych planach Polaków, oficjalnie wykraczającą poza granice kraju, było pismo z 1 grudnia 1936 roku przygotowane przez Stefana Bernadzikiewicza, ówczesnego prezesa Klubu Wysokogórskiego PTT, i sekretarza organizacji, Zdzisława Dąbrowskiego.

W liście do władz Alpine Clubu w Londynie pisali:

„Mamy zaszczyt zakomunikować Panom, że klub nasz przystąpił do zorganizowania wyprawy na jeden z wysokich szczytów w Himalajach lub Karakorum. W pierwszym rzędzie zamierzamy wysłać wiosną 1937 roku wyprawę badawczą, której celem będzie wybór celu ataku właściwej wyprawy, wywiad terenu pod względem geograficznym, klimatologicznym i alpinistycznym, wreszcie zebranie doświadczeń w organizowaniu transportów.

Wyprawa ta, w składzie trzech alpinistów i fizjolog, ma udać się na lodowiec Baltoro w Karakorum i zająć się specjalnie szczytami położonymi w jego otoczeniu.

Zwracamy się do Panów jako do najstarszej organizacji wysokogórskiej posiadającej chlubną tradycję i ogromne doświadczenie w organizowaniu wypraw himalajskich z prośbą o udzielenie nam rad lub wskazówek, gdybyśmy się znaleźli wobec niewiadomych przy opracowywaniu szczegółowego planu wyprawy. Czy będziemy mogli napisać do Panów w razie potrzeby, wymieniając nasze trudności?

Na razie prosimy o przyjęcie do wiadomości naszych zamierzeń na rok 1937. Nadmieniamy, iż wyprawa nasza, o której mowa, ma zamiar posługiwać się pomocą tragarzy wysokościowych tylko w bardzo małej mierze, a więc nie przeszkodzi w niczym planom Alpine Clubu.

Wkrótce przeprowadzimy właściwą drogą dyplomatyczną starania o pozwolenie wstępu na terytorium Indii i Kaszmiru. W tej samej sprawie piszemy jednocześnie do Himalayan Club. Spodziewamy się, że zechcecie Panowie zająć w stosunku do naszych planów życzliwe stanowisko”.

Niedługo później Witold Hulanicki z Wydziału Prasowego MSZ w Warszawie kontaktuje się z Ambasadą RP w Londynie. „Brzmi to fantastycznie, ale ma realne zupełnie możliwości – zwraca się do dyplomaty Jana Tomaszewskiego. – Proszę o możliwie szybką odpowiedź, w jakiej formie należy prosić Foreign Office o pozwolenie, czy i kogo ze sfer wojskowych trzeba prosić”.

Sprawę przejął radca ambasady, Antoni Jażdżewski, i osobiście przedyskutował ją z brytyjskimi urzędnikami. O wynikach tych rozmów poinformował MSZ w liście z 29 grudnia, studząc nieco zapały rodaków przebierających już w wyobraźni nogami po lodowcu.

„Foreign Office wskazało na to, że wyprawa musi być uzgodniona z rządem indyjskim, a w szczególności jeszcze z władzami miejscowymi, tak iż na przeprowadzenie wstępnych formalności i uzyskanie zasadniczej zgody potrzebne jest co najmniej 12 miesięcy.

Mimo okazanej ze strony Foreign Office gotowości pośredniczenia w tej sprawie wątpi ono, czy uzyskanie zgody właściwych czynników na odbycie wyprawy w roku 1937 da się osiągnąć między innymi dlatego, że wpłynęło już kilka zgłoszeń na rok 1937 ze strony organizatorów innych analogicznych wypraw, wśród nich także od Niemców, którym będzie dane, rzecz oczywista, pierwszeństwo.