Polowanie na mordercę - Rachel Caine - ebook

50 osób właśnie czyta

Opis

Gwen Proctor nie potrafi zignorować błagania o pomoc. Ale w tym miasteczku na odludziu właśnie rozpoczyna się sezon na polowanie.

Gwen zdołała uciec od męża – seryjnego mordercy – i ocalić swoją rodzinę, nie potrafi jednak uwolnić się od jego złej sławy ani zwyrodniałych internetowych mścicieli, którzy wciąż pragną odwetu za jego zbrodnie. Ukrywanie się w ogóle nie wchodzi w rachubę. Nie w sytuacji, kiedy jej jedynym celem jest zapewnienie normalnego życia swoim dzieciom.

Tym razem kontaktuje się z nią będąca w niebezpieczeństwie kobieta. Marlene Crockett z położonego na odludziu miasteczka Wolfhunter jest sparaliżowana strachem o siebie i swoją córkę. Kiedy Gwen przybywa do małej, odizolowanej społeczności, Marlene jest już martwa, a o morderstwo zostaje obwiniona jej córka. Ale to nie jej tak panicznie bała się Marlene, a Gwen nie zamierza wyjeżdżać, dopóki nie pozna całej prawdy.

Może już jednak być za późno. Pułapka została zastawiona, a pętla ma zacisnąć się na wszystkich najbliższych Gwen osobach. Jej prześladowcy nadchodzą, a w tak mrocznym miejscu jak Wolfhunter bardzo łatwo jest im zasadzić się na swoje ofiary…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 471

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

Cztery dni wcześniej

Kiedy Ellie White dowiedziała się od nauczycielki, pani Willingham, że kierowca zjawi się wcześniej, żeby odebrać ją ze szkoły, dziewczynka szybko się zorientowała, że nie usłyszała całej prawdy. Pan Lou nigdy nie przyjeżdżał przed czasem, chyba że źle się czuła.

– Dlaczego? – zapytała. Lubiła zadawać pytania, kiedy czegoś nie rozumiała. Owszem, miała tylko sześć lat, ale tata zawsze kazał jej to robić, kiedy coś wydaje się jej niejasne. Mama czuła się nieco zakłopotana, widząc, z jakim zaangażowaniem to robiła.

– Cóż, wydaje mi się… że to twój tata sam go o to poprosił – odparła pani Willingham. Była miłą kobietą o brązowych włosach przetykanych pasmami siwizny i dobrą nauczycielką. Nigdy nie traktowała Ellie inaczej niż inne dzieci, choć wiedziała, że ojciec dziewczynki dysponował sporym majątkiem. Nie robiła tego nawet dlatego, że skóra Ellie była ciemnobrązowa, ciemniejsza niż w przypadku innych dziewcząt, u większości których odcień skóry kojarzył się raczej z kartkami papieru.

– Tatuś tak nie robi – uznała Ellie. – Coś jest nie tak.

Pani Willingham zerknęła na nią przelotnie.

– Twoja mama zachorowała, więc tata wysłał samochód, żeby cię stąd zabrać prosto do szpitala. Rodzice w tej chwili tam są. Dobrze? – Pomogła Ellie założyć sweterek, za którym dziewczynka nie przepadała, ale którego nie chciałaby zostawić w szkole. I jeszcze plecak.

– Pani Willingham? – Ellie spojrzała na nauczycielkę. – Czy pani płacze?

– Ależ skąd, kochanie. Wszystko jest w porządku. Chodźmy, czas już jechać. Kierowca czeka.

– Czy tatuś pamiętał o haśle?

– Powiedział hasło – zapewniła ją pani Willingham. – Dzisiaj brzmi ono „kos”, prawda?

Ellie przytaknęła. W czwartki hasłem był „kos”. Każdego dnia za hasło służył inny gatunek ptaka. Lubiła ptaki, a mama zawsze nazywała ją „małym koliberkiem” w nawiązaniu do tego, jak szybko potrafiła się przemieszczać. Niedzielnym hasłem był „koliber”.

Pani Willingham zeszła po schodach szkoły, by zamienić kilka słów z panem Lou, który czekał w samochodzie zaparkowanym na dróżce biegnącej między wejściem a dużą, marmurową fontanną. Obowiązywała zasada, że Ellie nie wolno zbliżyć się do auta, dopóki pani Willingham jej na to nie zezwoli. Rozmowa nauczycielki z kierowcą przedłużała się, a po jej policzkach płynęły łzy.

Tego dnia było parno i wilgotno, jednak fontanna zawsze sprawiała wrażenie przyjemnej i uroczej. Woda wytryskiwała z kilku betonowych muszli i spadała do jeszcze większej muszli w samym środku. Mama opowiedziała jej kiedyś, że w środku zamieszkała piękna kobieta, ale rodzice dzieci zmusiły władze szkoły, by ją stamtąd wyrzuciły, więc ta przeniosła się do jakiejś szafy. Dziewczynka uważała tę historię za bardzo smutną.

Pani Willingham cofnęła się do schodów i uchwyciła dłoń Ellie, która podniosła wzrok.

– Wszystko będzie dobrze – zapewniła ją nauczycielka drżącym głosem. Miała zaczerwienione oczy. – Bardzo mi przykro, kochanie, ale muszę to zrobić. Ja też mam rodzinę.

Ellie zrobiło się jej żal.

– Czy z pani rodziną wszystko jest w porządku, pani Willingham?

Nie chciała doprowadzić kobiety do łez.

– Tak, Ellie, wszystko jest w porządku. Pomożesz mi sprawić, że tak pozostanie?

Dziewczynka nie wiedziała, w jaki sposób miałaby to zrobić, ale pokiwała głową. Lubiła pomagać, nawet jeśli nie była pewna, dlaczego pani Willingham w ogóle ją o to prosi.

Nauczycielka otworzyła drzwi i pomogła jej wsiąść, co zazwyczaj robił pan Lou. Po chwili ją przytuliła.

– Bądź silna, Ellie. Niczym się nie martw.

– A co z pani rodziną? – zapytała dziewczynka. – Nie jedzie pani ze mną, żebyśmy mogły im pomóc?

Pani Willingham zakryła usta i pokręciła głową, a po jej twarzy spłynęły kolejne łzy. Zatrzasnęła drzwi i w tej samej chwili Ellie miała już całkowitą pewność, że coś jest nie tak. Pani Willingham ją okłamała, choć nie wiedziała dlaczego.

Nagle Ellie przekonała się, że sprawy wyglądają dużo gorzej, niż się jej wydawało. Marka samochodu się zgadzała, jednak w środku nie pachniało tak, jak zazwyczaj – kokosem, który tak lubiła.

– Panie Lou? – zawołała w stronę kierowcy. Zamek zatrzasnął się z głośnym stuknięciem. Zobaczyła go na przednim fotelu – potężnego mężczyznę w czapce. Poczuła się jeszcze mniejsza na swoim siedzeniu. Kiedy samochód ruszył, szybko zapięła pas. Pan Lou nigdy by nie odjechał, nie upewniwszy się wcześniej, czy to zrobiła. – Panie Lou? Co się stało mamie? Pani Willingham powiedziała…

Przerwała w pół zdania, gdyż prowadzący samochód mężczyzna nie był panem Lou. Oczy, które zobaczyła we wstecznym lusterku, należały do kogoś innego.

– Zapnij pas – polecił obcy. Zdecydowanie nie był to głos pana Lou. Poza tym pan Lou dodałby słowo „proszę”.

– Już to zrobiłam – odparła. Bała się, ale nie chciała tego okazywać. – Zna pan hasło?

– Kos. Zgadza się?

– Kim pan jest?

– Kimś, kto zabierze cię w bezpieczne miejsce. Tak, jak chciałby tego pan Lou. Prawda?

– Zadzwonię do taty – powiedziała Ellie i rozpięła plecak, by wyciągnąć telefon komórkowy.

Nie znalazła go w zwyczajowym miejscu. Z pewnością nie zostawiłaby nigdzie telefonu. Był drogi i ważny, a ona zawsze chowała go w tej samej kieszonce.

Poczuła napływające do oczu łzy, ale powstrzymała się od płaczu. Ten, kto zabrał jej telefon, z pewnością zechciałby, żeby się rozpłakała. Ktoś, kto grał w tę paskudną grę.

– Kim pan jest?

– Nikim – odpowiedział kierowca. – Siedź cicho.

Skręcił kierownicą i SUV wjechał na główną drogę. Próbowała się zorientować, dokąd jadą, ale szybko się pogubiła. Nigdy wcześniej nie musiała zwracać na coś takiego uwagi. Szkoła zniknęła za wzgórzem, samochód pokonywał kolejne zakręty, a ona nie miała pojęcia, gdzie się znajdują.

Nie wiedziała, co robić dalej. Tata zawsze jej powtarzał, że istnieją źli ludzie i nie powinna z nimi nigdzie jechać, jeśli nie wypowiedzą hasła, ale ten człowiek znał hasło, a ona nie mogła nacisnąć przycisku alarmowego, skoro przepadł jej telefon.

– Proszę mnie wypuścić – powiedziała, starając się nadać swoim słowom ton, którego użyłaby mama: chłodny i rzeczowy. – Może się pan tutaj zatrzymać.

– Zamknij się – warknął kierowca. – Przestań gadać, bo zakleję ci usta taśmą.

To przestraszyło ją jeszcze bardziej niż świadomość, że siedzi w obcym samochodzie i nie ma telefonu. Znów jednak nie chciała tego okazać. Nie zamierzała się rozpłakać. Rozejrzała się, próbując wpaść na jakiś pomysł. Drzwi nie dadzą się otworzyć, to samo z oknem. SUV miał przyciemniane szyby, podobnie jak samochód pana Lou. Ich zadaniem była ochrona przed promieniami słońca, ale jednocześnie nie pozwalały zaglądać innym do środka.

Do Ellie dotarła straszliwa prawda. Była tylko cieniem wewnątrz czarnego samochodu z przyciemnianymi szybami, nikt nie mógł jej zobaczyć i nie wiedziała, jak temu zaradzić.

Kiedy zaczęła wołać o pomoc w kierunku przejeżdżających samochodów, kierowca zjechał z drogi, zaparkował pod mostem wśród zielonych drzew, po czym zakleił jej usta taśmą, którą również obwiązał nogi i ręce. Następnie zaniósł ją na tył SUV-a.

Bagażnik był pusty, nie licząc śpiwora z księżniczkami Disneya. Krzyczała pod taśmą, wiła się i próbowała uwolnić, ale ułożył ją na śpiworze i pokręcił głową.

– Śpij – rzucił, ścierając pot z twarzy. – Mamy przed sobą długą drogę. Jak będziesz się dobrze zachowywać, to za parę godzin dam ci coś do zjedzenia. Za kilka dni będziesz w domu i wszystkim opowiesz niesamowitą historię.

Tata zawsze jej powtarzał: jeśli znajdziesz się wśród złych ludzi, nie wierz w to, co mówią.

W ogóle nie wierzyła, że wróci do domu.

Wystraszyła się nie na żarty, kiedy poczuła smarki w nosie, a taśma na ustach zaczęła utrudniać jej oddychanie, więc przestała się szamotać i zaczęła brać powolne i regularne wdechy. Nadal się bała, ale była też wyczerpana i w końcu zamknęła oczy, próbując sobie wyobrazić, że jest w innym miejscu, w domu ze swoją mamą.

Fantazjowała tak mocno, że w końcu zasnęła na kolanach matki. Kiedy się obudziła, chciała dać mężczyźnie znać, że musi natychmiast iść siusiu, ale ten rozmawiał przez telefon. Stali w ciemnościach w lesie.

Dostrzegł jej ruch i się odwrócił. Przez przednią szybę ujrzała zakręt i przesuwające się po nim światła. Coś jechało prosto w ich stronę.

Chciała krzyknąć, ostrzec go przed drugim samochodem, ale ten tylko się skrzywił.

– Mówiłem, żebyś się zamknęła…

Drugie auto uderzyło w nich z impetem, wszystko się wywróciło, a Ellie wydawało się nawet, że usłyszała krzyk mężczyzny.

Pomóż mi, chciała powiedzieć, ale była zbyt przerażona i obolała.

Wtedy przestał krzyczeć i zapadła cisza.

1

GWEN

Szerokie, ciemne oko telewizyjnej kamery źle mi się kojarzy. Bardzo źle. Z całych sił próbuję sobie przypomnieć, dlaczego tutaj siedzę. Jestem tu po to, by opowiedzieć swoją historię, szczerze i bez ogródek.

Inni zbyt długo już mnie w tym wyręczają, kłamiąc na mój temat i na temat moich dzieci.

W mediach trąbią o tym wszystkim już od miesięcy: zbiegły seryjny morderca porywa swoją byłą żonę! Strzelanina w miejscu zbrodni! Słowa zawsze są sformułowane tak, by zapewnić najbardziej upiorny efekt, i zawierają przynajmniej pobieżną informację o tym, że zostałam aresztowana jako współwinna.

Czasami pamiętają, by dodać, że zostałam uniewinniona, najczęściej jednak pomijają ten jakże istotny szczegół. Moją skrzynkę zawaliły maile od dziennikarzy, więc ostatecznie ją wyłączyłam i całkowicie zignorowałam. Przynajmniej połowa spośród nich wybrała się na długą przejażdżkę do Stillhouse Lake z nadzieją, że otworzę drzwi i opowiem swoją wersję.

Nie byłam jednak aż tak głupia, by wpakować się w coś bez wcześniejszego rozpoznania. Przed występem w telewizji przez niemal miesiąc negocjowałam gwarancje dotyczące pytań, które zostaną mi zadane. Wybrałam Howie Hamlin Show, gdyż jego prowadzący słynął z tego, że odnosił się ze współczuciem do innych ofiar i walczył o sprawiedliwość.

Kiedy jednak zajmuję miejsce na fotelu przed wywiadem, nadal czuję się do niego nieprzygotowana. Nie spodziewałam się w ogóle ani takiego poziomu paniki, ani łaskoczącego mnie w kark potu. Fotel jest za głęboki, a ja siedzę na jego skraju, bezbronna i krucha. Ta kamera. Już mi się wydawało, że potrafię się opanować na jej widok, ale tak nie jest. Może już nigdy sobie z tym nie poradzę.

Kamera wciąż się gapi.

Wszyscy są tacy odprężeni. Operator kamery – żeby nie szukać za daleko – gawędzi z kimś innym z dala od sprzętu i jego wiecznie wybałuszonego oka. Gospodarz programu dyskutuje z kimś w półmroku za sceną, wśród kłębiących się przewodów. Ja jednak czuję się przyszpilona w miejscu i za każdym razem, kiedy mrugam, widzę tamtą kamerę, ustawioną na trójnogu w zrujnowanym domu na plantacji w Luizjanie.

Widzę mojego byłego męża i jego okrutny uśmiech. Widzę krew.

Zignoruj to.

Studio jest mniejsze, niż mi się wydawało. Scena składa się z krótkiego podestu i trzech foteli rozstawionych wokół połyskującego stolika. Leży na nim kilka książek, ale jestem zbyt zdenerwowana, żeby się im przyjrzeć. Zastanawiają mnie trzy fotele. Zawsze stawiają trzy? Nie wiem. Nie pamiętam, choć oglądałam już wcześniej ten program, żeby zorientować się, czego mogę oczekiwać.

Dasz radę, powtarzam sobie i biorę głębokie wdechy. Stawiłaś czoła nie jednemu, a dwóm seryjnym zabójcom. To tylko drobnostka, zwyczajny wywiad. Robisz to dla dzieci, żeby mogły poczuć się bezpieczniejsze. Jeśli pozwolę mediom opowiedzieć tę historię bez mojego udziału, sprawy potoczą się w złym kierunku.

To nie pomaga. Wciąż chcę stąd wybiec i już nigdy nie wrócić. Jedynym, co trzyma mnie na miejscu, jest widok moich dzieci, Lanny i Connora, które obserwują mnie z pomieszczenia obok. To nieco zaniedbana poczekalnia z dźwiękoszczelnym oknem z widokiem na studio, z której inne osoby mogą oglądać nagranie. Lanny pokazuje mi dwa kciuki uniesione w górę. Silę się na uśmiech. Pocę się pod makijażem, wiem o tym doskonale. Tak odwykłam od jego noszenia, że czuję, jakbym miała na sobie warstwę duszącej mnie lateksowej farby.

Kulę się odruchowo, kiedy ktoś dotyka mojego ramienia, i odwracam głowę. Stoi przy mnie brodaty facet w czapce z daszkiem, trzymający coś w dłoni. Dużo nie brakowało, żebym go uderzyła. W końcu dostrzegam mały mikrofon z długim przewodem.

– To dla pani, proszę przeprowadzić przewód pod bluzką i przypiąć mikrofon do kołnierza, dobrze? – mówi. Chyba się zorientował, jaka jestem spłoszona, bo robi na wszelki wypadek krok do tyłu. Wsuwam maleńki mikrofon pod brzeg bluzki i przesuwam w górę, tak jak mi polecił. Kiwa z zadowoleniem głową i na fotelu za moimi plecami kładzie akumulator. – W porządku, jest pani na żywo.

Mówię coś w ramach podziękowania, choć wcale nie czuję się wdzięczna. Zimny przewód dotyka mojej skóry. Zastanawiam się, czy mikrofon wyłapuje mój płytki, szybki oddech. Poprawiam go, tak dla pewności.

– Dwie minuty – woła ktoś z półmroku.

Prostuję plecy. Gospodarz wciąż krąży gdzieś poza sceną. Czuję się przeraźliwie samotna i odsłonięta. Zapalają się światła i oślepiają mnie. Powstrzymuję się przed zasłonięciem oczu dłonią. Splatam palce, żeby nie zaczęły się czymś nerwowo bawić.

Po informacji o jednej minucie pozostałej do początku nagrania gospodarz wchodzi na scenę. Jest dobrze zbudowanym mężczyzną w średnim wieku o siwiejących na skroniach włosach. Ma na sobie elegancki granatowy garnitur. Natychmiast zastanawiam się, czy nie jestem zbyt kiepsko ubrana. Albo zbyt wyzywająco. Przecież ja taka nie jestem. Zasadniczo nie dbam o takie rzeczy.

Z drugiej strony, nigdy wcześniej nie brałam udziału w programie na żywo. A przynajmniej nie z własnej woli.

– Dzień dobry, Gwen, jak pani samopoczucie? – pyta i wymieniamy uścisk dłoni. Jego dłoń jest ciepła, a moje palce lodowate. – Proszę się o nic nie martwić. Wiem, że to wszystko jest stresujące, ale przeprowadzę panią przez to, dobrze? Po prostu proszę mi zaufać. Trzymam pani stronę.

Kiwam głową. Nie mam w tej chwili żadnego wyboru. Ma ciepły uśmiech i równie ciepłe ręce. Dla niego to normalny dzień w pracy.

Biorę kolejny głęboki oddech.

Mija trzydzieści sekund i rozlega się odliczanie. Ostatnie trzy liczby to nieme ruchy rękami i nagle na twarzy mojego gospodarza rozkwita uśmiech.

Pochyla się nieco w stronę kamery.

– Dzień dobry, witam wszystkich w tym wyjątkowym odcinku Howie Hamlin Show. W późniejszej części programu powrócimy do szokującej, wciąż otwartej sprawy porwania małej Ellie White, wcześniej jednak porozmawiamy na gorący swego czasu temat dotyczący Melvina Royala. W całej tej medialnej wrzawie zabrakło jednego bardzo ważnego głosu, ale dziś mam szczęście gościć tę osobę w moim programie: Gwen Proctor, znana wcześniej jako Gina Royal. Żona niesławnego seryjnego zabójcy Melvina Royala, który został niedawno zastrzelony w Luizjanie podczas czegoś, co można określić mianem niezwykle brutalnego ataku na jego…

Dość tego. Postanawiam mu przerwać.

– Byłą – mówię, a Howard – Howie – Hamlin urywa nagle swój dopracowany w szczegółach wstęp. – Przepraszam, że przerywam, ale jestem jego byłą żoną. Rozwiedliśmy się dawno temu.

Milczy przez krótką chwilę i podejmuje przerwany monolog.

– Tak, oczywiście, ma pani rację, to moja pomyłka. On był pani byłym mężem w chwili tych wstrząsających wydarzeń. Czyli życzy sobie pani, by teraz nazywać ją Gwen Proctor, a nie Giną Royal, zgadza się?

– To moje nowe nazwisko. – Zmieniłam je oficjalnie, podobnie jak nazwiska moich dzieci. Gina Royal już nie istnieje. Nie istnieje od bardzo dawna, jeśli tak na to spojrzeć.

– Oczywiście. Dobrze, Gwen, chciałbym wprowadzić naszych widzów w tę niezwykłą opowieść… Kiedy Melvin Royal został po raz pierwszy zatrzymany przed kilkoma laty nad ciałem młodej kobiety wciąż znajdującym się w waszym wspólnym domu, została pani oskarżona o pomaganie mu w tych porwaniach. Czy to prawda?

– Tak. I zostałam uniewinniona.

– Zgadza się! – rzuca z zadowoleniem. – Ale krótko po tym zaczęła pani uciekać, zmieniła nazwisko i kilkakrotnie miejsce zamieszkania. Jaka była tego przyczyna, skoro była pani niewinna?

Zaczynam coś wyczuwać i wcale mi się to nie podoba. Coś jest nie tak. Mam wrażenie, że to nie będzie delikatna rozmowa, którą mi zagwarantowano.

– Jestem niewinna, ale pod adresem moim i moich dzieci codziennie wysuwano groźby śmierci. Ciągłe nękanie przez internet, groźby gwałtu i przemocy. Zrobiłam, co konieczne, żeby chronić moją rodzinę. – Nie wspominam o tym, że Melvin też stale nas odnajdywał. Wysyłał listy. To gniazdo żmij, do którego nie chcę już więcej wkładać ręki.

– Nie poszła pani z tym na policję?

– Policja zawsze niechętnie reaguje na anonimowe pogróżki, z czego dobrze zdają sobie sprawę wszystkie ofiary stalkerów. Zdecydowałam się działać, żeby chronić dzieci.

– Rozumiem. Ale co miały zatem na celu te wszystkie przeprowadzki?

– Jedną z rzeczy, z którymi doskonale radzą sobie internetowe trolle, jest znajdowanie ludzi i ciągłe robienie z nich ofiar. Dla wielu z nich to po prostu zabawa. Z początku nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale nękanie mojej rodziny było doskonale zorganizowaną akcją. Nadal jest, jestem o tym szczerze przekonana.

– Dlaczego więc jest pani tutaj i podejmuje dalsze ryzyko?

Milczę przez chwilę. Nie chcę udzielić złej odpowiedzi.

– Bo to się dzieje każdego dnia. Doświadczają tego nie tylko celebryci czy osoby takie jak ja, które przyciągnęły czyjąś uwagę. To dotyczy także zwykłych ludzi. Nawet dzieci. A nasze prawo, nasze służby, nie są przygotowane do radzenia sobie z tym problemem. Ale nie jestem tu po to, by ocalić świat, tylko moje dzieci.

– Przed czym tak właściwie?

– Przed dezinformacją – odpowiadam. – Kłamstwami, które zaczynają krążyć i wywoływać większe oburzenie, i prowadzą do jeszcze intensywniejszego nękania. Chcę więc opowiedzieć moją historię. – Samo wypowiedzenie tych słów sprawia, że dygoczę wewnątrz. Za długo już uciekałam. To najtrudniejsza rzecz, jaką zrobiłam, będąc taka… bezbronna.

– Nasz czas należy do pani – mówi Howie. – Właśnie temu służy ten program.

Robię to. Opowiadam o małżeństwie z moim byłym mężem, o naszym wczesnym życiu, kiedy nie miałam pojęcia, że żądania, które stawiał przede mną w domu, w naszej sypialni, nie były niczym normalnym. Byłam zbyt młoda i zbyt zamknięta w sobie, żeby się na nim poznać. Kazano mi być miłą, czułą, taką, jaką chciał mnie widzieć mój mąż. A kiedy pojawiły się dzieci, było już za późno na słuchanie swojej intuicji. Byłam zbyt wystraszona, żeby szukać prawdy.

Aż do chwili, kiedy prawda dotarła do warsztatu Melvina – do którego nigdy nie pozwalał mi wejść – w postaci pijanego kierowcy. To tego dnia makabryczne, okrutne zajęcie Melvina po raz pierwszy ujrzało światło dzienne.

Kiedy poruszam się wśród wspomnień, przypominając sobie różne chwile i walcząc ze sobą, Hamlin pochyla się do przodu.

– Gwen, przejdźmy do rzeczy. Musiała pani o tym wiedzieć, prawda? Jakim cudem sprowadzał do domu te młode kobiety bez pani wiedzy?

Próbuję opowiedzieć o jego zamkniętym warsztacie, w którym spędzał całe noce. Hamlin udaje, że słucha, ale tak naprawdę tylko czeka, aż skończę. W końcu ma okazję do wypowiedzi.

– Rozumie pani, dlaczego tak wiele ludzi wątpi w tę historię, prawda? Nie potrafią sobie wyobrazić, że mogła pani spać u boku mordercy i niczego się nie domyślać.

– Proszę zapytać o to dziewczynę Teda Bundy’ego – odpowiadam. – Żonę Gary’ego Ridgwaya. Całą rodzinę Dennisa Radera. Być może istniały jakieś wskazówki informujące o tym, co się działo, ale ja ich wtedy nie dostrzegałam. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że mógłby robić coś takiego lub że będę zmuszona spróbować go przed tym powstrzymać.

– Spróbować? – powtarza Hamlin.

– On by mnie zamordował, a potem zmusił dzieci do robienia tego, co mu się podoba. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co to mogłoby być, i nawet nie chcę tego robić. Przetrwałam, panie Hamlin. Zrobiłam to dla moich dzieci i będę robiła to dalej, nieważne jaką zapłacę za to cenę.

Jestem stosunkowo zadowolona ze sposobu, w jaki to powiedziałam, ale staję się ostrożna. Dlaczego on mnie tak naciska? Nie na to się umawialiśmy. Miał mi pomagać, a nie przesłuchiwać.

– Wróćmy do pani męża, Melvina Royala. Twierdziła pani, że ścigał ją nawet zza więziennych krat, zgadza się? Czy to był element tego nękania? Z pewnością nie miało to zbyt wiele wspólnego z tymi anonimowymi użytkownikami internetu?

Twierdziła.

Mam ochotę na niego warknąć. Siedzę na tym fotelu jak więzień i bardzo źle się z tym czuję. Nie mogę spojrzeć w kamerę, choć wiem, że ta się we mnie wpatruje. Na granicy mojego pola widzenia majaczy czerwony podświetlany napis „na żywo”. Próbuję skupić uwagę na twarzy Hamlina, ale wydaje się rozmazana. Wciąż widzę krążących wokół mnie ludzi i to mnie irytuje. Tak bardzo! Nie lubię, kiedy ktoś się przy mnie skrada.

– Gwen?

Dociera do mnie, że gapię się na niego niewidzącym wzrokiem i próbuję przypomnieć sobie zadane pytanie.

Melvin. Mówi o Melvinie.

– Mąż wysyłał mi listy. Ktoś w więzieniu je dla niego szmuglował. Uważamy obecnie, że przekazywał je ludziom z całego kraju do wysłania nawet po swojej śmierci. Z tego, co mi wiadomo, w tej sprawie nadal toczy się śledztwo.

– Zachowała pani te listy? Pokazała je władzom? Policji?

– Pierwsze, które dostałam. – Czuję suchość w gardle. Drżą mi palce. – Wtedy miał już na karku wyrok śmierci. Niewiele mogli zrobić, żeby go ukarać.

– Hmm. – Zastanawia się przez chwilę i na jego twarzy odmalowuje się wyraz skupienia. – I zachowała pani wszystkie te internetowe pogróżki?

Dlaczego we mnie wątpi? Co tu się, do cholery, wyrabia?

– Oczywiście, że tak. Włącznie z dokumentami policji i FBI na temat nękania. Myślę, że nie ma sensu kontynuować tego tematu, skoro uważa pan…

– Twierdzi pani, że wszystko początkowo pochodziło od rodzin ofiar Melvina Royala?

Jestem gotowa, by wstać i odejść, ale wciąż siedzę. Nie miałam ochoty tu przychodzić. Tak naprawdę powiedziałam producentowi, że nie będę odpowiadać na pytania dotyczące ofiar ani ich rodzin. Muszę coś z tym zrobić.

– Nie chcę rozmawiać na temat rodzin ofiar.

– Dlaczego nie? To pierwsze osoby, które skierowały ku pani swój gniew, prawda?

Nie chcę winić rodzin. Nie zamierzam pozostawić po sobie takiego wrażenia.

– Nie obwiniam ludzi, którzy musieli radzić sobie z tak ogromnym ładunkiem żalu i złości. Winię zupełnie inne osoby, które zapragnęły spełnić swoje własne zachcianki.

– Czy przyniosła pani jakiekolwiek dowody tego nękania, które moglibyśmy pokazać naszym widzom? Oczywiście po to, by udowodnić pani rację.

Czuję, jak palą mnie policzki i podbródek. Moją rację? Czy ja jestem w sądzie?

– Nie – odpowiadam, usiłując zachować rezon. – Nie przyniosłam. Nie zrobiłabym tego. To ohydne.

– Z tego, co mi wiadomo, nasz producent prosił, by czymś się z nami pani podzieliła, nie mylę się?

Próbowałam. Otworzyłam szufladę, w której trzymałam te okropne rzeczy, starając się znaleźć taką, która nie byłaby aż tak osobista i przerażająca, żeby nie wywołać mdłości, ale nie podołałam temu zadaniu. Wszystko o lżejszym kalibrze potraktowaliby jako dowód zupełnie nieoddający powagi sprawy. Wszystko o cięższym – jako nienadające się do pokazania na wizji.

– Zdecydowałam się chronić dzieci. Wiele spośród tych przekazów dotyczy ich osobiście, a ja nie zamierzam tego upubliczniać. Nie chcę, by ich udręka zmieniła się w telewizyjną rozrywkę. Jestem tu po to, żeby mówić prawdę, a nie pokazywać kłamstwa.

Kiedy to mówię, czuję się przez krótką chwilę spokojna. Mam rację, wiem o tym, i publiczność również to wie.

Wtedy zwraca się w moją stronę.

– Gwen. – Pochyla się do przodu w fotelu, niczym spowiednik. – Wie pani o istnieniu tego dokumentu?

Mam wrażenie, że fotel roztapia się pode mną, że zapadam się do wnętrza ziemi.

– Jakiego dokumentu? – Jestem świadoma, jak bardzo zaakcentowałam to słowo. Nie mogę się powstrzymać. – O co chodzi?

Dostrzegam ledwie widoczny błysk entuzjazmu w jego oczach.

– Dojdziemy do tego za chwileczkę. Najpierw chciałbym nawiązać do nagrania, które wydaje się potwierdzać fakt pani zaangażowania w sprawę byłego męża…

Jaki, kurwa, dokument? Robię głęboki wdech, żeby się uspokoić, i odpowiadam:

– To nagranie było doskonale spreparowaną fałszywką, co zresztą potwierdziło FBI. Wystarczy zajrzeć do oświadczenia prasowego. Sam fakt, że padło pytanie z tym związane, potwierdza tylko, jakim udrękom muszę stawiać czoła każdego dnia wraz z dziećmi. – Wciąż próbuję oddalić katastrofę. Nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić.

– Dobrze, porozmawiajmy o tym. Melvin Royal wydaje się dysponować dużą i wciąż rosnącą liczbą obrońców w sieci, którzy uważają, że albo nie ponosi on winy za to wszystko, co się wydarzyło w całej tej kryminalnej przestrzeni, albo że jest pani temu wszystkiemu na równi winna. Nie uważa pani, że te osoby mają prawo do wyrażania swoich opinii?

Mam ochotę strzelić mu w gębę. Chce mi się krzyczeć. Pragnę stąd uciec, biegnąc tak szybko, że nogi odmówią mi posłuszeństwa.

– Jeśli ich opinie mówią również o tym, że powinnam zostać żywcem obdarta ze skóry, a dzieci powinny zostać zamordowane na moich oczach, to nie. Nie uważam. – W moim głosie zaczyna gościć furia. Przełykam gulę, która rośnie w moim gardle. Czuję posmak żółci. – O jakim dokumencie mowa?

– Tak, to doskonała okazja, żeby przedstawić naszego drugiego gościa. Pani Tidewell? Zechce pani do nas dołączyć?

Okazuje się, że osobami, których ruch widziałam w tle, był brodaty technik od nagłośnienia i reżyser. Odwracam lekko głowę i widzę, że na podwyższenie ktoś wchodzi. Znam ją. Mam wrażenie, że zaraz całkowicie zamknę się w swojej skorupie.

Miranda Tidewell. Bogata, wpływowa i chorobliwie wściekła. Ma ku temu dobry powód: jej córka Vivian była drugą ofiarą mojego męża. Od samego początku twierdziła, że jestem współwinna, że powinnam o wszystkim wiedzieć i go powstrzymać lub że po prostu z nim współpracowałam. Była cierniem w moim oku już od momentu aresztowania Melvina. To zasadniczo jej podżeganie sprawiło, że ja też zostałam zatrzymana i osądzona, choć dowody były mizerne i opierały się w dużej mierze na lichych fundamentach krzywoprzysięstwa sąsiada.

Miranda chciała, żebym trafiła do celi śmierci razem z Melvinem. A sądząc po spojrzeniu, jakim obdarza mnie, zmierzając w kierunku trzeciego fotela, tego samego, który niedawno wzbudził mój niepokój… cóż, chyba nadal tego chce.

Kontrast między nami jest uderzający. Choć obie jesteśmy białymi Amerykankami, moje włosy są ciemne, a odzież niewymyślna i praktyczna. Ona ma podpięte włosy barwy jasnego złota, drogą biżuterię i spodnium od projektanta mody. Wygląda na doskonale przygotowaną do występu w telewizji, włącznie z idealnym wręcz makijażem.

Choć wbijam w nią wzrok, ignoruje mnie całkowicie. Ściska wyciągniętą dłoń Howiego Hamlina i z wdziękiem siada na fotelu.

– Dziękuję za zaproszenie mnie to studia, panie Hamlin – mówi. – Oraz za wysłuchanie naszej strony. Rodziny ofiar Melvina i Giny Royal doceniają ten gest.

Muszę wstać i odejść.

Ona nawet w najmniejszym stopniu nie reaguje na moją obecność. Nie mam żadnego pomysłu, jak miałabym odwdzięczyć się jej tym samym. Cały świat wydaje się teraz nierealny, jakbym tonęła w głębinach oceanu.

– Cała przyjemność po mojej stronie. A grupa, którą pani reprezentuje, nosi nazwę…

– Zagubione Anioły – odpowiada. – To w nawiązaniu do dzieci, sióstr, matek i innych bliskich osób, które zostały nam odebrane.

– Słyszałem, że Zagubione Anioły przeprowadziły zbiórkę funduszy na nakręcenie dokumentu, który pani zdaniem rzuci pełne światło na sprawę. Skoro jednak Melvin Royal nie żyje, a pani Proctor została oczyszczona z zarzutów, co pani chce osiągnąć?

Chcę krzyknąć, rzucić czymś, wynieść się stąd w cholerę, ale nie potrafię. Muszę słuchać. Howie Hamlin, świadomie czy nie, robi mi ogromną przysługę, ostrzegając, że Zagubione Anioły – grupa, o której nie słyszałam od dłuższego czasu – jest aktywna i działa. Tak naprawdę wydawało mi się już, że dali sobie spokój i powrócili do dawnego życia. Najwyraźniej jednak się myliłam.

– Cóż, z całą pewnością nie jesteśmy zainteresowani nowym procesem sądowym. Pani Royal została uniewinniona przed sądem przysięgłych – odpowiada Miranda. – Wierzymy raczej w sąd opinii publicznej, który okazał się tak skuteczny w innych omyłkach sądowych, kiedy winni unikali kary. Całą sprawę przedstawimy na forum publicznym w postaci nowego, szczegółowego filmu dokumentalnego, który wnikliwie opowiada o życiu Giny Royal.

– Czy dokument został już ukończony?

– To dopiero początek – mówi Miranda i niespodziewanie kieruje swoją uwagę w moją stronę. Nienawiść panująca w jej spojrzeniu jest niemal tak samo silna jak tego dnia, kiedy siedziała na sali sądowej, a ja zostałam uniewinniona i zwolniona z aresztu. Nie widziałam jej od tamtej pory, ale odnoszę wrażenie, że to było zaledwie kilka dni temu.

To tak przerażające, że przez chwilę w ogóle nie wierzę w to, co usłyszałam. Nie mogę się poruszyć. Nie potrafię zebrać myśli. Patrzę na kobietę, która sprawia wrażenie zupełnie normalnej, i nie mogę pojąć, jak można popaść w taką obsesję. Przez tyle lat.

– Nic z tego nie będzie – mówię. – Nie dacie rady zniszczyć w taki sposób mojego życia, życia moich dzieci. Po raz kolejny.

– Nie zamierzam – odpowiada Miranda. – Po prostu finansuję dokument, który po ukończeniu będzie odtwarzany w internecie i na festiwalach filmowych na całym świecie. To dokument o… sile miłości, jeśli wolisz takie określenie. Po to, by uszanować ofiary pani męża. Nasze dzieci. I nie mogę się już doczekać, żeby usłyszeć pani opinię na ten temat, pani Royal. Mam nadzieję, że spodoba się pani aktorka, która ją zagra w dramatycznych rekonstrukcjach scen.

Ona chce poklasku. Jest tu po to, by prowokować. Pragnie, żebym straciła panowanie i zbłaźniła się tutaj, na scenie z Howie Hamlinem i połową stanu Tennessee w roli przerażonych świadków. Muszę zagrać w tę grę i zrobić to rozsądnie.

Prostuję się.

– Nie mogę się tego doczekać – mówię. – Z przyjemnością skorzystam też z okazji do wygłoszenia oświadczeń na temat wszelkich nieścisłości. A jak zapewne pani wie, nie wszyscy członkowie rodzin są po waszej stronie.

– Owszem – przyznaje Miranda. – Część z nich wierzy w ten teatrzyk, w którym kreuje się pani na ofiarę. Szkoda, naprawdę. – Zapewne ma na myśli Sama, ale zachowuje ostrożność. Ostatnią rzeczą, jakiej by teraz chciała Miranda, byłaby rozmowa na jego temat. W ten sposób pokazałaby się jako osoba mściwa, a nie pełna żalu.

– To ja żałuję, że nie zdołała pani znaleźć odpowiedniej drogi, by pozbyć się żalu, pani Tidewell – mówię to z przekonaniem. – Jest mi przykro z powodu tego, co przytrafiło się pani córce, i chciałabym, żeby pogodziła się pani ze sprawiedliwością, której stało się zadość. Jej zabójca już nie żyje.

– Jeden z nich – syczy. – Został jeszcze jeden. – W tym momencie orientuję się, że jeśli nie przekroczyła linii, to właśnie do niej dotarła, więc szybko przywołuje do oczu łzy i zakrywa dłonią usta. Dla przeciętnego widza to perfekcyjnie odegrana rola zdruzgotanej matki. – Proszę mi wybaczyć, panie Hamlin. To trudniejsze, niż mi się wydawało.

– Wszystko w porządku, pani Tidewell? – pyta Howie takim głosem, jakby go to cokolwiek obchodziło. Wyciąga chusteczki i ociera delikatnie jej oczy, starając się nie rozmazać makijażu. – Jeśli to dla pani zbyt bolesne, możemy zrobić przerwę.

– A jeśli to zbyt bolesne dla mnie? – pytam. Wiem, że jestem rozdrażniona, ale nie pokonam Mirandy Tidewell. Ona urodziła się z umiejętnością manipulacji, a ja nigdy nie zdołałam jej opanować. – Ta kobieta zorganizowała ruch, którego celem było narażenie życia mojego i moich dzieci na działanie sił, których nie potrafi kontrolować, a teraz zamierza to powtórzyć!

– Ja nikomu nie grożę – mówi Miranda. Potrafi nawet zrobić to drżącym głosem. Jaka dzielna kobieta, myślą z pewnością widzowie w domach. To ja sprawiam tutaj wrażenie paskudnej, mściwej i zimnej suki. – Powiedziałam tylko, że przygotowujemy dokument o stracie naszych bliskich i badamy całą tę sprawę.

– Pamiętajcie, proszę, drogie panie, że ja nie trzymam niczyjej strony – mówi Howie, a jego głos przypomina mi zatłuszczoną miskę ze smalcem, którą moja babka trzymała na piecu.

Nie daję rady. Pękam.

– „Nie trzymam niczyjej strony! Mówię samą prawdę!” – niemal krzyczę w jego kierunku. Nie mogę się już powstrzymać. – Ściągnął mnie pan do tego programu, żeby porozmawiać o nękaniu mojej rodziny, a zamiast tego zaoferował czas i miejsce kobiecie, która nie powstrzyma się przed niczym, żeby zniszczyć mnie i moje dzieci. Nie, nie musi pan nawet udawać, że nie trzyma niczyjej strony. Nie dlatego tutaj przyszłam!

– Pani Proctor…

– Nie! – Wstaję, odpinam mikrofon, ściągam go w dół pod bluzką i rzucam na fotel. Mam ochotę rzucić mu nim w twarz. – Skończyłam na dziś.

Kamera śledzi moje ruchy, kiedy zbiegam z podwyższenia i znikam poza zasięgiem reflektorów. Jestem bliska zepchnięcia tego przeklętego urządzenia z mojej drogi, ale to z pewnością oznaczałoby karę lub grzywnę, robię więc unik i kieruję się wprost do pokoju obok. Otwieram z impetem drzwi i patrzę na dwoje moich dzieci – moich wspaniałych, pięknych dzieci, które wpatrują się we mnie z otwartymi ustami. W pomieszczeniu znajdują się jeszcze trzy inne osoby: czarnoskórzy mężczyzna i kobieta oraz jeszcze jedna biała – wszyscy ubrani z myślą o wejściu na scenę. Ciemnoskóra para sprawia wrażenie zdumionej i niepewnej tego, czego tak naprawdę przed chwilą doświadczyli. Za moimi plecami Howie Hamlin przeprasza widzów i obiecuje wrócić do rozmowy, kiedy tylko pani Tidewell będzie do tego zdolna. Zapowiada reklamy, przegląda jakieś notatki i mówi:

– Doskonale. Pani Tidewell, poświęci mi pani jeszcze dwie minuty, po czym przejdziemy do sprawy White’ów. Erin, przygotuj państwa.

White’owie. Przypominam sobie jego wprowadzenie do programu. A więc to są rodzice Ellie White, zaginionej sześciolatki. Od zdarzenia upłynęło kilka dni. Dziewczynkę zabrał podstawiony szofer, a wszystko sprawiało wrażenie starannie zaplanowanego, profesjonalnego porwania.

– Bardzo mi przykro – mówię do nich i zaraz się zastanawiam, czy czegokolwiek ode mnie oczekują, choćby współczucia. Po całym tym show, które odstawiłam, zapewne nie. Nie odpowiadają. Nie jestem nawet do końca przekonana, czy mnie usłyszeli.

– Co się tam, do diaska, stało? – pyta w końcu Lenny. Robi wielkie oczy i jest zupełnie blada, nawet pod zbyt jasnym makijażem, który jej nałożono. – Mamo? Czy ta kobieta to jedna z matek…?

– Już dobrze, kochanie – uspokajam ją. – Idziemy stąd. Natychmiast.

Connor nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, ale podchodzi i mnie obejmuje. Sporo urósł w ciągu minionych kilku miesięcy i teraz sięga mi do ramion. Lanny wciąż jest od niego wyższa, choć już nie tak wyraźnie.

Chcę stąd wyjść, dopóki Miranda jest na scenie i nie może nas ścigać. Kłaniam się White’om. Towarzysząca im kobieta w średnim wieku z praktyczną fryzurą i w równie praktycznym kostiumie odpowiada mi tym samym gestem. Przygląda mi się, kiedy wyprowadzam dzieci z pokoju i zarzucam torebkę na ramię.

Wyciągam telefon, jeszcze zanim docieramy do drzwi wyjściowych. Pracownik stacji próbuje zastawić mi drogę, chcąc zapewne namówić mnie do powrotu na tę pełną idiotów arenę gladiatorów, ale odpycham go na bok i ignoruję każde jego słowo.

Kiedy wychodzimy na zewnątrz, Sam odbiera telefon.

– Już koniec? – pyta ze zdziwieniem.

– Nie oglądałeś?

– Poszedłem kupić sobie kawę. Co się stało?

– Powiem ci w samochodzie. Spotkamy się na końcu podjazdu – odpowiadam i kierujemy się w kierunku łagodnej skarpy.

Po drodze spostrzegam wielki monitor zawieszony na elewacji budynku studia, na którym bezgłośnie, z wyświetlanymi napisami, emitowany jest Howie Hamlin Show. Z całą pewnością występuje w tym przypadku opóźnienie czasowe, gdyż na ekranie Hamlin dopiero przeprasza widzów za moje nagłe wyjście. Jestem pewna, że następnym krokiem – personel Hamlina odrobi w końcu zadanie domowe – będzie komentarz Mirandy dotyczący mojego podejrzanego zachowania. Opowie o martwej młodej kobiecie, którą znaleziono w ubiegłym roku w wodach jeziora w Stillhouse Lake, niedaleko drzwi wejściowych do mojego domu.

O tym, jak upiekło mi się po tej zbrodni… tyle że to nie byłam ja. To był człowiek, który chciał wrobić mnie na polecenie mojego byłego męża. Ale i tak nikt w to nie uwierzy.

Nie powinnam w ogóle zostać zmuszona to obrony swojego życia. Swojej przerażającej przeszłości. Blizn na ciele i duszy.

Wciąż nie dowierzam, że dałam się wciągnąć w cały ten show. Zawiodłam dzieciaki. Walczę ze łzami i zaczynam się trząść. Wydawało mi się, że zakończę wszystkie nasze problemy, a w zamian zapewniłam dodatkowe widowisko.

Kiedy mijamy zakręt, dzwoni mój telefon. Widzę wóz Sama z włączonymi światłami awaryjnymi, stojący na jałowym biegu na końcu chodnika. Odbieram, nie spuszczając wzroku z trasy ucieczki.

– Tak?

– Pani Proctor, mówi Dana Reyes, asystentka producenta Howie Hamlin Show. Chciałabym przeprosić za tę przykrą niespodziankę. Z całą pewnością nie zamierzaliśmy przeprowadzić aż takiej konfrontacji. – Kłamczucha. – Proszę, niech pani wróci do studia. Przygotowaliśmy następną część przygotowaną tylko dla pani i obiecuję, że skupimy się wyłącznie na pani historii… – Niemalże widzę, jak czyta z notatek – …poświęconej nękaniu pani rodziny. Przepraszamy oczywiście, jeśli poczuła się pani urażona przez…

Kończę połączenie. Pakujemy się do pickupa, Sam gasi światła awaryjne i włącza się do ruchu. W Knoxville jest piękne popołudnie, upalne i słoneczne, niebo lśni błękitem. Sam rzuca mi ciekawskie spojrzenia. Nie chce zadawać pytań, a ja nie chcę zgłaszać się na ochotnika. Dzieci siedzą z tyłu w kabinie i również są zaskakująco milczące. Jestem wstrząśnięta, że taki przyjemny dzień zmienił się w coś kompletnie toksycznego.

Co ja narobiłam?, zastanawiam się. Już od internetowej zapowiedzi Howiego o zaproszeniu mnie do programu Miranda szykowała dla mnie kłopoty. Pozwoliłam, by szturm dziennikarzy odwrócił moją uwagę od wszystkich zagrożeń i popełniłam błąd. Nie wiedziałam, że wszystko skierowane jest przeciwko mnie, przeciwko nam. A powinnam była wiedzieć.

Teorie spiskowe od wielu lat mnożyły się w zastraszającym tempie i stawały się coraz bardziej niedorzeczne i naciągane. Chemiczne smugi kondensacyjne. Antyszczepionkowcy. Przeciwnicy teorii zmian klimatycznych. A wszystkie one są niemalże cenne w porównaniu z toksycznym horrorem członków ruchu „Prawda na temat World Trade Center i strzelanin w szkołach”, którzy redukują najgorsze koszmary każdego rodzica do fałszerstwa i niszczą życie ocalałych.

Wystarczy uwierzyć słowom Mirandy Tidewell, by się przekonać, że potrafi nas zniszczyć bez większego wysiłku. Przygotuje wypaczony dokument, wysunie kilka ohydnych oskarżeń, znajdzie coś, co wyda się prawdą, po czym sprzeda to wszystkim dookoła. Obłąkani i emocjonalnie skrzywieni znajdą w tym coś kojącego. Leniwi uznają to za mało prawdopodobne, ale możliwe. Po upływie roku czy dwóch leniwi stwierdzą, że lepiej dmuchać na zimne, i ostatecznie uznają pogłoski za prawdziwe. Taki sposób działania świadczy o jej przebiegłości. Film dokumentalny – nawet wypełniony półprawdą i oszczerstwami – cechuje się pewną dozą wiarygodności.

Ludzie w to wszystko uwierzą, ponieważ ten sposób myślenia narzuca przekonanie, że moja niewinność, tragedia i żal są wyłącznie pozorem. Przekonanie, że musiałam być w to zamieszana. Gdyby bowiem musieli przyznać mi rację, mogliby stać się ofiarami takich samych przerażających wydarzeń, które uderzyły we mnie niczym kula do burzenia budynków… a taka myśl okazałaby się dla nich zbyt przerażająca.

Lepiej zmagać się z wymyślonymi demonami niż stawić czoła prawdziwym.

Im więcej o tym myślę, tym większa ogarnia mnie złość. Naprawdę chciałabym móc wrócić do studia i dosłownie urwać uszy temu wymuskanemu prowadzącemu samą siłą mojego krzyku.

A to dobry powód, by tam nie wracać.

– Hej, wszystko gra? – pyta cicho Sam, czym przenosi mnie z kipiącego gniewem miejsca w inne, znacznie mniej gwałtowne.

– Nie. To była dosłownie napaść w programie na żywo. Przypuszczam, że znasz niejaką Mirandę Tidewell.

Dostrzegam, że sztywnieje. Rzuca mi pełne przerażenia spojrzenie.

– Ja pierdolę – rzuca. – Ona była w studiu? Z tobą?

– W rzeczy samej. Powiedziała, że grupa Zagubionych Aniołów przygotowuje film dokumentalny na mój temat. I nie wydaje mi się, żeby obyło się bez wciągania ciebie w tę sprawę.

– O mój Boże. – Sam wygląda na prawdziwie zdruzgotanego. Zastanawiam się, czy poznał Mirandę. Mogło to mieć miejsce, kiedy wrócił z Afganistanu. Spóźnił się na moją rozprawę i uniewinnienie, wpakował się więc w ten cały przerażający show w samym środku akcji. Miranda zapewne chciałaby mieć go po swojej stronie. Przypominam sobie z ukłuciem niepokoju, że przez krótką chwilę istotnie Sam był w jej szeregach. A przynajmniej wśród tych, którzy wierzyli w moją winę. – Dobra, musimy się stąd zabierać i jechać prosto do domu. – Jeśli nawet chciał powiedzieć mi „a nie mówiłem?”, to powstrzymuje się, za co jestem mu dogłębnie wdzięczna. Ostrzegał, żebym nie próbowała uwierzyć w dobrą wolę starych telewizyjnych wyjadaczy. Oczywiście miał rację.

Obiecał dzieciakom trochę rozrywki w Knoxville po nagraniu programu. Wiem jednak, że ten okręt już odpłynął. Ostatnią rzeczą, jakiej bym teraz chciała, byłoby pokazywanie się z nimi w miejscu publicznym, kiedy przynajmniej niewielka część mieszkańców miasta ma na nas oko po tej katastrofie. Jakiś kretyn mógłby nie zdołać się powstrzymać, a ja nie zamierzam narażać moich dzieci na niebezpieczeństwo.

– Jasne. Przykro mi, kochani. Wiem, że obiecałam wam miłe popołudnie, ale…

– Troszczysz się o nas – podsunęła Lenny. Connor, zgodnie z moimi przewidywaniami, milczał. – Rozumiemy to. Ale, mamo… my naprawdę potrafimy sobie poradzić. – Mówi to z absurdalną wręcz pewnością siebie jak na piętnastolatkę, co budzi moje przerażenie.

– Ja w tym momencie słabo sobie radzę – przyznaję, ponieważ w ten sposób nie obrażam żadnego z nich udawaniem, że nie przeszły prawdziwego piekła. – Wiem, że to długa podróż donikąd. Przepraszam. Nie miałam pojęcia, że dojdzie do czegoś takiego. – A powinnam. Gdybym zachowała ostrożność, monitorując internet jak należy…

– Nic się nie stało – mówi w końcu mój syn. – Rozumiemy to.

To dużo słodsze, niż na to zasługuję, i nagle czuję się jeszcze bardziej zła, że wokół nas żyją ludzie, którzy traktują nas jak papierowe tarcze strzelnicze. Moje dzieci są tak szczere i niezwykłe, jak to tylko możliwe. A ja będę walczyć w ich obronie do końca swoich dni.

– A może zjemy lody po drodze? – proponuje Sam.

– Lody! – Connor wyraźnie się ożywia. – Mogą być oreo?

– Jakie tylko zechcesz, kolego. Lanny?

Zerkam na nią w lusterku wstecznym. Marszczy nos, ale odpowiada:

– Jasne. – Ustępstwo. – Mamo? Czy my wracamy do DEFCON jeden[1]?

– Nie mam pojęcia. Po prostu nie wiem, skarbie. Póki co jednak, musimy być bardzo, ale to bardzo ostrożni.

***

Wracamy do Stillhouse Lake i docieramy do domu bez żadnych przygód. Najwidoczniej jestem nieco przewrażliwiona. Lody smakowały, a Connor jest w doskonałym nastroju po pochłonięciu całej swojej i połowy porcji siostry. W normalnych okolicznościach niepokoiłabym się jego jedzeniowymi nawykami, ale jedzenie słodyczy przed południem można u niego zaliczyć do anomalii, poza tym metabolizm mojego syna pozwala mu zachować smukłą sylwetkę. Rośnie i nabiera mięśni, obecnie stosunkowo wolno, ale wiem, że wkrótce ten proces przyspieszy. To dobrze. To jeden z nieszczęśliwych faktów dotyczących naszego życia: wymagam, by moje dzieci dojrzały szybciej, niż powinny. Jest tak już od chwili, kiedy nasz świat wywrócił się do góry nogami. Niech cię piekło pochłonie, Melvin.

Kilka ostatnich lat było stosunkowo trudnych dla Lanny i Connora. I dla mnie. Sądziłam jednak, że w końcu zmierzamy ku końcowi. Mieliśmy Sama, który dbał o dzieci równie troskliwie jak ja, który podążał za mną w dzikie ostępy, żeby je ratować. Mieliśmy dom i dość namacalne dowody akceptacji ze strony przyjaciół i części sąsiadów.

Ale po tym wszystkim… sama nie wiem. Po prostu nie wiem.

– Wypuść mnie tutaj – mówię do Sama. – Wyjmę pocztę. Wy zabierzcie się do obiadu, dobrze?

– Dobrze, ale wiesz, że to oznacza utratę prawa głosu.

– Masz moje pełnomocnictwo do głosowania. Coś zdrowego?

– Buu – odpowiadają równocześnie dzieci. Wywracam oczami i macham za nimi ręką, aż znikają za wzniesieniem.

Chęć wyjęcia poczty była tylko pretekstem, więc od razu wyciągam telefon. Kiedy na drugim końcu odzywa się automatyczna sekretarka, nagrywam wiadomość z prośbą o natychmiastowy kontakt z doktor Marks. Ludzie w tamtym biurze są opanowani i profesjonalni, wiedzą wszystko. Być może powinnam była przybrać bardziej zaniepokojony ton, ale doktor Marks mnie zna. Zrozumie przekaz.

Telefon odzywa się po zaledwie kilku minutach.

Katherine Marks.

– Gwen. – Jak zwykle jej głos jest wyraźny, spokojny i zaskakująco kojący. – Jak wypadł występ w telewizji?

– Oglądałaś?

– Niestety, nie. Miałam klientów.

– No cóż… – Przestępuję z nogi na nogę, niechętna, by opowiadać o tym teraz, przez telefon. – Niezbyt dobrze. Miałam… to coś, o czym rozmawiałyśmy.

– Reakcję na kamerę?

– Tak. – Paradoksalnie, kiedy o tym wspominam, gwałtownie powracają wszystkie obrazy. Myślałam, że mam to już za sobą, choć doktor Marks ostrzegała, że ten szczególny rodzaj stresu pourazowego może nawracać. Sięgać głęboko. Tamtej nocy w Killman Creek naprawdę wierzyłam, że umrę jako kolejna ofiara Melvina Royala. Torturowana na śmierć przed widownią płacącą za ten przekaz, za jego całość, CAŁOŚĆ, obserwowaną przez nieruchome oko kamery. – Wciąż to widziałam. Nie potrafiłam… nie byłam w stanie tego kontrolować.

– Chciałabyś do mnie przyjechać?

– Nie mogę. – A raczej: nie chcę. Zamierzam się ukryć tutaj, w moim domu z rodziną. – Miałam nadzieję, że uda się może tylko…

– Przegadać to? – kończy za mnie z lekką nutą irytacji w głosie. – Byłaś wyjątkowo oporna w trakcie prób dogłębnej analizy tego problemu. Chcesz powiedzieć, że jesteś teraz na to gotowa?

– Tak. – Prawdę mówiąc, moja odpowiedź brzmi: nie. Albo: nie wiem, czy jestem. Zamykam oczy. Wiatr niesie ciepło i wilgoć, wdycham powietrze powoli i wydycham szybko.

Otwieram drzwi do mojej pamięci i pierwsze, co widzę, to mój były mąż Melvin Royal leżący tuż obok, uśmiechający się w reakcji na moje przebudzenie. Jestem tam. Czuję przytłaczającą, ciężką wilgoć panującą w powietrzu Luizjany, zapach murszejącego drewna, z którego zbudowano dom. Wilgotna, sztywna koszula nocna, która klei się do mojej skóry, należy do martwej kobiety.

Czuję kajdanki wrzynające mi się w nadgarstki.

Nie. NIE!

– Gwen?

Otwieram usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Odwracam się od wspomnienia, chowam je głęboko, zatrzaskuję drzwi umysłu i zamykam je na karykaturalnie dużą kłódkę w mojej wyobraźni. Wciąż jednak widzę jego uśmiech kojarzący się z kotem z Cheshire i szkliste oko obserwującej mnie kamery.

Widziałam na własne oczy, jak zatłukł kobietę na śmierć. Robił to tak długo, aż niewiele z niej zostało. Nie mogę tam wrócić.

– Przepraszam – mówię w końcu zdławionym głosem pokonanej osoby. – Nie mogę…

– Nic nie szkodzi – odpowiada doktor Marks. – Za szybko spróbowałaś. Odpuść trochę, zrób krok wstecz. Posłuchaj bicia swojego serca. Oddychaj. Nie musisz tego robić, dopóki nie poczujesz się gotowa. Do tego czasu chroń siebie przed wszystkim, co bolesne. To żadna ujma.

Robię, co każe. Mój oddech jest głośny i szybki, ale kiedy go spowalniam, wracam na miejsce, do Stillhouse Lake. Powietrze smakuje znajomo. Świeży zapach drzew wypycha wspomnienie smrodu zepsucia. Otwieram oczy i spoglądam na spokojną, lekko falującą powierzchnię jeziora.

Nie ma mnie tam. Ale tak naprawdę nigdy nie odeszłam. Może nie jestem jeszcze na to gotowa.

– Przepraszam – powtarzam. – Po prostu… wydawało mi się, że potrafię to dziś zrobić. Ale prawie przegrałam.

– Prawie. Ale nie do końca. Musisz sobie wybaczyć ludzką słabość. Nikt nie jest silny przez cały czas.

Ale ja muszę być silna. Mam wrogów, nie mniej niż kiedyś. Siła to jedyna rzecz, jaka rozdziela te pozbawione twarzy pogróżki od moich dzieci.

Umawiam się z nią na za dwa tygodnie. Jak zwykle usiądziemy na godzinę i spróbujemy usunąć ze mnie odrobinę trucizny. Ale jeszcze nie dziś.

Kiedy się rozłączam, do zachodu słońca pozostaje jeszcze trochę czasu, jest pełne przesuwających się cieni popołudnie. Raduję się przez chwilę ciszą, po czym kieruję kroki ku skrzynce na listy na skraju drogi. Ma kolor wesołej żółci i kwiatki na drzwiczkach. Kiedy dzieci prosiły, by umieścić na niej nazwiska, odmówiłam bardzo stanowczo. Zgodziłam się jedynie na inicjały, co uznałam za dobry kompromis. Skupiam uwagę na kolorze, na spokoju, który reprezentuje, i powtarzam sobie, że dam radę przez to wszystko przejść.

Opuszczam drzwiczki i nagle moje zmysły odnotowują gwałtowny ruch, syk i grzechot. Instynktownie odskakuję do tyłu tuż przed atakiem węża. Robię kilka szybkich, niestabilnych kroków wstecz. Węże potrafią zaatakować na odległość równą niemal całej długości ich ciała, a ten chybia dosłownie o kilka centymetrów, cofa się i zaczyna zwijać w gniewny splot wewnątrz skrzynki.

Wąż. W mojej skrzynce na listy.

Próbuję opanować dudnienie serca i drżenie ciała. To paskudnie wyglądający bydlak, brązowo-szary i cętkowany jak leśne runo, o charakterystycznym łbie osobników z rodziny żmijowatych. Nie znam się na wężach, ale wiem doskonale, że jeśli grzechoczą, to sprawy mają się źle. Nie wiem nawet, czy krzyknęłam. Zapewne tak.

Wybieram numer funkcjonariuszki policji w Norton, którą znam najlepiej – Kezii Claremont, jednej z niewielu osób, którym powierzyłabym opiekę nad moimi dziećmi. Telefon odbiera chyba w samochodzie, bo ma metaliczny głos, a w tle słychać hałas z ulicy.

– Cześć, Gwen. Co się dzieje?

– Mam węża w skrzynce na listy – mówię dziwnie pozbawionym emocji głosem. – To chyba jakiś rodzaj grzechotnika.

– Co?

– Grzechotnik. W mojej skrzynce na listy. – Rozglądam się dookoła i chwytam leżącą w pobliżu gałąź, rozglądając się najpierw za ewentualnymi znajomymi gada. Używam jej, żeby zamknąć drzwiczki skrzynki i uwięzić go w środku. W tej samej chwili zaczynam się zastanawiać, czy gałąź nie posłużyła wcześniej do tego samego celu. Za późno, żeby martwić się odciskami palców, o ile w ogóle dałoby się je pobrać z szorstkiego drewna. – Moje dzieciaki mogły otworzyć tę skrzynkę, Kez. Jezu Chryste.

– Jest jadowity?

– Grzechotał.

– Ukąsił cię?

– Nie, nie wydaje mi się. – Kiedy adrenalina zaczyna się wycofywać z krwiobiegu, odczuwam mdłości. Sprawdzam, czy nie mam na rękach żadnych śladów ukąszeń, ale niczego nie znajduję. – Nic mi nie jest. Ale ktoś musi przyjechać i go stąd zabrać.

– W porządku, oto co masz zrobić: zamknij tę skrzynkę. Zaklej ją taśmą, jeśli to konieczne. Wyślę specjalistę, który po niego przyjedzie. – Chwila ciszy. Odgłosy ulicy również milkną. – Sądzisz, że ktoś go tam włożył? Celowo?

– Skrzynka była zamknięta, kiedy tu przyjechałam, Kez. I w środku była poczta. Wąż zjawił się później. O ile grzechotniki nie wiedzą, jak zamykać za sobą drzwi, z pewnością nie wlazł tam z własnej woli.

Kezia milczy przez kilka sekund. Słyszę kliknięcia, chyba przeszła w tryb pisania. Kiedy się odzywa, słyszę, że coś odwraca jej uwagę.

– W porządku, zrobimy tak. Wysyłam faceta od węży i śledczych. Kiedy zabiorą grzechotnika, przyjrzą się dokładniej tej skrzynce. Jeśli się nam poszczęści, może znajdą czyjś odcisk palca.

Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek był aż tak głupi, ale Kezia ma rację. Warto spróbować.

– W porządku. Zaczekam tutaj, aż przyjadą.

– Ja też już do ciebie jadę.

Kiedy błękit nieba zaczyna ustępować miejsca oranżowi, a drzewa gubią zieloną, dzienną barwę i stają się ostrymi, czarnymi punktami, u szczytu wzniesienia pojawia się Lanny. Wiatr cichnie, a jezioro nieruchomieje. Większość łodzi odpłynęła.

Stoję w odległości dwóch metrów od skrzynki i nie spuszczam z niej wzroku.

– Mamo? – woła Lanny.

– Wracaj do domu. – Wbijam spojrzenie w skrzynkę, może nieco zbyt obsesyjnie. – Niedługo przyjdę. Czekam na kogoś.

– Ach, dobrze. – Nie wie tak do końca, co ja właściwie robię i o co ma pytać. – Mam już włączyć kurczaka, czy jak?

– Tak. Śmiało. Dziękuję, skarbie.

– Okej. – Stoi w miejscu. – Wszystko w porządku, mamo?

– Wszystko gra. – Reaguje zmrużeniem oczu. – Kochanie, ja tylko… potrzebuję chwilę czasu, dobrze? Muszę coś załatwić. Wracaj do domu. Powiedz Samowi, że wszystko jest w porządku. – Nie zdziwię się, jeśli Sam zjawi się tutaj w drugiej kolejności.

Lanny wie doskonale, że nie mówię całej prawdy. I ma rację, ponieważ muszę zapewnić jej bezpieczeństwo. W końcu jednak odchodzi. Podoba mi się jej instynkt, kwestionowanie wszystkiego. To przyda się jej w przyszłości, nawet w stosunku do mnie. Cieszę się również, że nie zdecydowała się tu zostać. Jestem świadoma – przeraźliwie świadoma w kontekście zapadającego zmierzchu – że stoję tutaj sama, odsłonięta, a wąż w mojej skrzynce na listy to tylko jedno z niebezpieczeństw. Co będzie, jeśli wróci osoba, która go tam włożyła? A jeśli w tej chwili mnie obserwuje?

Poddaję się. Kiedy córka znika za wzniesieniem, rozglądam się nerwowo.

Nie widzę nikogo. Nie dostrzegam żadnego niebezpieczeństwa.

Ale to nie oznacza, że go tam nie ma i że nie czeka na odpowiedni moment.

[1] Pierwszy, najwyższy stopień gotowości bojowej sił zbrojnych USA wobec zagrożeń zewnętrznych (przyp. tłum.).

2

GWEN

Mężczyzna zjawia się pierwszy, dziesięć minut później. Wygląda jak twardziel, który spędził kilka ostatnich tygodni w lesie, i wcale mi się to nie podoba. Ani on sam. W ogóle nic mi się w tej chwili nie podoba.

– Dzień dobry, przyjechałem po węża.

– Dokument – rzucam.

Patrzy na mnie z niedowierzaniem.

– Co takiego?

– Proszę o jakiś dokument tożsamości. Nie znam pana i jestem uzbrojona. – Staję w pozycji do walki, obieram środek ciężkości i rozluźniam kolana. Nie wiem, czy to dostrzega, ale obserwuje mnie uważnie. Chyba właśnie się zastanawia, czy nie ma do czynienia z jakąś paranoiczką.

Cóż, taka właśnie jest prawda.

– W porządku. – Unosi obie dłonie. – Nie ma sprawy. Sięgam po dokument, okej?

– Powoli.

Robi to, nie spuszczając ze mnie wzroku. Sięga za plecy. Blefowałam na temat broni, ponieważ zostawiłam ją w cholernym schowku na rękawiczki w samochodzie, a teraz pluję sobie w brodę z tego powodu. Kiedy znów powoli przesuwa rękę, w końcu dostrzegam w niej portfel. Otwiera go i wyciąga grubą, białą wizytówkę.

– Na ziemię – nakazuję. Kuca i kładzie ją w połowie dzielącej nas odległości, tak daleko, jak tylko zdołał sięgnąć.

Robię krok do przodu i podnoszę wizytówkę jednym płynnym ruchem, po czym unoszę ją tak, żeby móc przeczytać treść, nie spuszczając z niego wzroku.

Wizytówka jest elegancka, biała, z nadrukowanymi czarnymi, nieco wypukłymi literami. Profesor Greg Maynard z Uniwersytetu Tennessee. To dowód, że nie można oceniać po wyglądzie kogoś, kto wygląda jak leśny odludek. To pełnoetatowy profesor biologii. Zdumiewające.

– Wąż? – pyta ponownie.

Wskazuję skrzynkę na listy.

– Przepraszam pana – mówię. – Ja po prostu nie wiem, kto mógł to zrobić.

– Może to miał być tylko żart?

– Proszę otworzyć.

Chwyta bawełniany worek i pręt zakończony haczykiem, po czym otwiera skrzynkę. Wąż atakuje. Profesor nie sprawia wrażenia wystraszonego, stoi w idealnie bezpiecznej odległości.

– Grzechotnik pospolity – osądza. – Wow. Super. Miała pani dużo szczęścia, to z całą pewnością nie żart. A jeśli żart, to mało śmieszny.

Obserwuję zafascynowana, jak wypędza ze skrzynki węża, który schodzi w dół po jej metalowej nodze. Tam skutecznie dociska jego łeb do ziemi, po czym z pełnym spokojem podnosi go gołymi rękami. Wąż grzechocze i szamocze się, ale szybko trafia do worka, który zostaje ciasno związany.

Już prawie się odprężam, kiedy dociera do mnie, że ktoś o właśnie takich umiejętnościach musiał podłożyć grzechotnika do mojej skrzynki pocztowej.

– Czy one tutaj występują? – pytam.

Kiwa głową.

– Jasne, przeważnie w lasach. Czasami któryś przyplącze się w pobliże domostw, ale to zdarza się bardzo rzadko. Częściej można spotkać w wodzie mokasyny błotne czy mokasyny miedziogłowce. – Maynard jest bardzo skrupulatny. Przygląda się wnętrzu skrzynki, świecąc sobie latarką z telefonu komórkowego.

– W porządku, po problemie. Zabiorę tę piękność do mojego laboratorium.

– Laboratorium?

– Jestem herpetologiem. Doję węże. W ten sposób uzyskujemy surowicę przeciwko jadowi. W kraju zawsze jest na nią zapotrzebowanie. Jeśli zobaczy pani jeszcze jakiegoś, dowolnego osobnika z rodziny żmijowatych, proszę do mnie zadzwonić. Kiedy się z nim uporam, znajdę mu dobry dom w lesie, gdzie nie będzie nikogo niepokoił.

Kiwam głową, wciąż nie spuszczając z niego spojrzenia. Profesor czy nie, ten facet jest teraz moim głównym podejrzanym, choć nie potrafiłabym znaleźć powodu, dla którego mógłby zechcieć tak mnie wystraszyć czy doprowadzić do ukąszenia. Nie wydaje się żywić jakiejkolwiek osobistej urazy. W ogóle nie wyczuwam w nim jakiejkolwiek wrogości.

Ładuje węża do pickupa, kiedy nadjeżdża stary jeep z ekipą śledczą – a tak naprawdę jednym facetem w średnim wieku, ubranym w luźną wiatrówkę. Mężczyzna w ogóle o to niepytany pokazuje mi legitymację tak naturalnym ruchem, że pewnie robi to także przez sen. A skoro o śnie mowa, sprawia wrażenie wycieńczonego. Zadaje mi jednak inteligentne pytania, wszystko zapisuje, po czym używa pędzelka na skrzynce w poszukiwaniu odcisków. Kilka minut później na miejscu zjawia się Kezia Claremont. Prowadzi prywatny samochód bez żadnych syren czy sygnałów, co bardzo mnie cieszy. Nasi sąsiedzi i tak z całą pewnością już gapią się zza firanek. Wolałabym nie dawać im więcej powodów do plotkowania.

– Cześć, Beto – rzuca Kez do śledczego, który wita się gestem dłoni, nie podnosząc wzroku. Kez wciąż ma na sobie ciuchy, które moim zdaniem zakłada do pracy: granatowe bawełniane spodnie, białą bluzkę i odznakę detektywa przypiętą do paska. Pod żakietem nosi ukrytą broń. Gdyby teraz dotarła do domu, włożyłaby zapewne dżinsy i wygodny T-shirt. – Z tego, co widzę, węża już nie ma.

– Pojechał do nowego domu, z tego, co mówił… – zerkam na wizytówkę – …profesor Maynard. Co wiesz na jego temat?

– Dlaczego? – pyta, po czym sama sobie odpowiada. – Umiejętności, rozumiem. – Kręci głową. – Możesz go skreślić ze swojej listy. W okolicy znalazłabyś co najmniej dwudziestu wieśniaków, którzy równie dobrze poradziliby sobie z wężem, a oni mieliby więcej powodów, żeby coś takiego zrobić.

Nie ma sensu pytać o przyczynę, ale i tak to robię.

– Jakiś szczególny powód?

Wzrusza ramionami.

– Już na sam początek wystarczy fakt, że jesteś spoza miasteczka i do niego przyjeżdżasz.

– Mieszkam nad jeziorem od…

– Ja nie jestem stąd, przeprowadziliśmy się tu z ojcem ponad dwadzieścia lat temu – mówi. – Jeśli się tu nie urodziłaś, to zawsze będziesz obca. Niektórym to w zupełności wystarcza. Do tego można dodać plotki, całe to internetowe gówno… prawdę mówiąc, to może być każdy.

– Rewelacja.

Koniec z nadziejami na zakończenie dnia bez kolejnej paranoi. Kez podchodzi do skrzynki na listy.

– Blokada działa bez zarzutu, tak?

– Owszem.

– Czyli nie ma mowy, żeby wąż dostał się do środka przypadkiem.

– Nie ma na to szans. On mógł ukąsić Sama albo dzieciaki. Całe szczęście, że to ja ją otworzyłam. Gdyby zrobił to Connor albo Lanny…

– Ale nie zrobił – ucina. – Skupmy się więc na tym, co się wydarzyło. W najgorszym wypadku ktoś po prostu próbował cię zabić, choć spodziewałabym się raczej, że prokurator okręgowy uznałby to raczej za kryminalną intrygę. On nie należy do twoich największych fanów.

– Żartujesz – rzucam z przekąsem. – Jestem zaskoczona, że nie postawił mnie w stan oskarżenia za to, że zbyt długo tu stoję.

– Sama wiesz, co się mówi o dobrym prokuratorze okręgowym: taki zdoła namówić przysięgłych do oskarżenia kanapki z szynką. Dobrze, że nasz nie jest aż tak doświadczony.

Nie mogę się powstrzymać od śmiechu, ponieważ Kezia zasadniczo nie krytykuje stróżów prawa. Na temat prokuratora okręgowego Elroya Comptona ma jednak szczególne zdanie. Ja również. To siwowłosy mężczyzna, którego sprawy sądowe obejmują niemal w całości skazywanie czarnoskórych w okręgu dręczonym przez białych handlarzy metamfetaminą i lekami na receptę. Idzie oczywiście na ugodę z białymi przestępcami. Dla niego to ludzie z „dobrem ukrytym w sercach”. Potrafi gadać też różne inne pierdoły niezależnie od tego, jak pełne agresji i deprawacji są ich przestępstwa. Członkowie ich Kościoła za nich poręczą. Ich rodzice są przykładnymi chrześcijanami. Wciąż ta sama gadka.