Polowanie na lisy. Prawdziwa historia uciekiniera z Jemenu - Mohammed al Samawi - ebook

Polowanie na lisy. Prawdziwa historia uciekiniera z Jemenu ebook

Mohammed al Samawi

4,4

Opis

Dramatyczna historia ucieczki przed wojną i terroryzmem, którą udało się zorganizować czterem nieznajomym mającym do dyspozycji wyłącznie media społecznościowe.

Urodzony w Jemenie, Muhammed Al Samawi został nauczony nienawiści do Żydów i świata Zachodu. Częściowo sparaliżowany z powodu dziecięcej choroby i wychowany w tradycyjnej rodzinie, dorastał całkowicie podporządkowany rodzicom. Gdy w wieku dwudziestu jeden lat po kryjomu przeczytał Biblię, zrozumiał, jak wiele łączy ją z Koranem. Przez Internet nawiązał też kontakt z żydami i chrześcijanami z innych krajów, by wkrótce zacząć działać na rzecz pojednania trzech wielkich religii. W mediach społecznościowych i na międzynarodowych konferencjach poznawał kultury, które do tej pory były dla niego obce.

Te działania bardzo szybko obróciły się przeciwko Mohamedowi. Groźby śmierci ze strony Al-Kaidy zmusiły go do ucieczki z rodzinnego miasta. W trosce o swoje bezpieczeństwo przeprowadził się do Adenu, który wkrótce stał się areną trwającej do dziś wojny domowej. Uwięziony w wynajmowanym mieszkaniu, zagrożony przez terrorystów z południa i wojnę na północy Mohammed postanowił spróbować ostatniej szansy. Bez nadziei na przeżycie, wysłał apel o pomoc…

Mohammed al Samawi – urodził się i wychował w Jemenie. Jako dwudziestolatek zaangażował się w działalność na rzecz dialogu i pojednania między muzułmanami, chrześcijanami a żydami. W 2015 roku, podczas wojny domowej w Jemenie, uciekł z Adenu do Stanów Zjednoczonych. Od początku swojego pobytu pracował w organizacjach promujących pokój i tolerancję religijną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 377

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Rozdział 1

Słabe więzy, silne więzi

Aden, marzec 2015

Liczyłem swoje kroki. Trzy od drzwi do przeciwległej ściany, dwa od sedesu do lustra. Moje nowe mieszkanie w Adenie było duże jak na jednego lokatora, więc nie przypuszczałem, że będę tkwił w łazience. Zielonoszare światło rzucane przez pojedynczą świetlówkę było rozproszone, odbijało się od lustra, barwiąc ściany, sufit, podłogę. Nie miałem gdzie się skryć.

Byłem w pułapce.

Oczy, przekrwione i podkrążone, zapadły mi się od niewyspania i stresu. Poddały się, wycofały z linii frontu, jakby nie chciały patrzeć na rozpad Jemenu. Zasłane gruzem ulice, żołnierze i zwykli obywatele krzyczący i strzelający do siebie, media społecznościowe pełne sloganów: „Bóg jest wielki! Śmierć Ameryce! Śmierć Izraelowi! Przeklęci Żydzi1! Islam zwycięży!”.

Wysiadł prąd. Spojrzałem na swój telefon i usiłowałem się uspokoić, analizując sytuację.

Był 22 marca 2015 roku. Siedem dni wcześniej uciekłem z domu w Sanie, stolicy Jemenu, przed groźbami i przemocą, która zapanowała już w pierwszych dniach wojny domowej. Po jednej stronie konfliktu znajdował się prezydent Abd Rabbuh Mansur Hadi2 i lojaliści, po drugiej – siły opozycyjne, Huti i ich Najwyższy Komitet Rewolucyjny, wspierani przez byłego prezydenta Alego Abd Allaha Saliha.

Sądziłem, że ratuję życie, ale przemoc podążała za mną.

Pierwsze było lotnisko, z którego wylatywałem – zostało opanowane przez Huti. Potem doszło do walk między zwolennikami Hadiego i rebeliantami Huti na tutejszym lotnisku. Czy bombardowania się rozszerzą? Wszyscy się modlili, żeby konflikt wygasł, ale starcia dopiero się zaczęły. Czy Jemen, najuboższe państwo w tym regionie, miał stać się terenem sowicie opłacanej wojny o wpływy między Iranem a Arabią Saudyjską?

Krążyły pogłoski. Mówiono, że Iran, państwo szyickie, wysyła broń swoim współwyznawcom, rebeliantom z północy – czyli Huti, a z kolei sunnicka Arabia Saudyjska wspiera prezydenta Hadiego, również sunnitę. Na domiar złego, sieć sunnicka obejmowała jeszcze Al-Kaidę Półwyspu Arabskiego (AQAP) oraz Państwo Islamskie w Iraku i Lewancie (ISIL) i obie te organizacje chciały zyskać kontrolę nad różnymi częściami Jemenu. Zmiana sunnicko-szyickiej równowagi sił w Jemenie mogła pchnąć Bliski Wschód w tym albo tamtym kierunku, wyglądało na to, że wszystkie te grupy interesów o bardzo luźnych afiliacjach politycznych robią wszystko, aby właśnie do tego doprowadzić.

Patrzyłem z okna, jak bojownicy patrolują ulice. Z miasta wychodziły tylko dwie drogi i obie biegły wokół lotniska, które stanowiło jeden z ośrodków walk, nie mogłem więc skorzystać z żadnej z nich. Sytuacja była trudna dla każdego, a dla tych, którzy mieli powiązania z Izraelem, żydami czy też działalnością międzywyznaniową – wręcz śmiertelnie niebezpieczna. A ja byłem winien wszystkich trzech zbrodni.

Jako działacz pokojowy na rzecz porozumienia między żydami, chrześcijanami i muzułmanami już od jakiegoś czasu znajdowałem się na celowniku. Teraz jednak to była zupełnie inna sprawa. Znacznie gorsza.

Gdyby ktoś się dowiedział, kim jestem, skąd pochodzę albo czym zajmuję się od kilku lat…

Groziło mi pojmanie.

Tortury.

I stracenie.

Jak długo jeszcze mogłem pociągnąć na adrenalinie, przerywanym dostępie do internetu i sieci komórkowej?

Zamknąłem oczy i oparłem obie dłonie na umywalce. Przytknąłem głowę do lustra, ale byłem tak spocony, że moje czoło ześliznęło się po jego powierzchni. Zwilżyłem językiem spękane usta, powstrzymując natrętne pragnienie rozerwania ich zębami. W żołądku skręcało mnie z głodu i ze strachu.

Słysząc odgłosy strzelaniny, podniosłem głowę.

Rozstawiłem gołe stopy na wyłożonej kafelkami podłodze i zacząłem się zastanawiać, czy wystrzelony z ulicy pocisk dosięgnąłby mnie tu, na trzecim piętrze.

Wybiegłem z łazienki, przywarłem plecami do ściany przy oknie i wyjrzałem przez wąską szparę między zaciągniętymi zasłonami. Linie wysokiego napięcia tworzyły splątaną sieć. Przecznicę dalej, w punkcie kontrolnym, straż pełnili dwaj bojownicy. Mieli na twarzach kefie. Pod ich białymi szatami, przylegającymi do piersi w powiewach wiatru, rysowały się pasy z nabojami, a u stóp tworzyły się wiry z piasku. Lufy karabinów były skierowane w niebo.

W co się wpakowałem? – pomyślałem sobie. Po co wyjechałem z Sany?

Ana himar. Osioł ze mnie.

Pragnąłem być z siostrami, siedzieć bezpiecznie w swoim pokoju i oglądać jakiś stary hollywoodzki film. Tam dobrzy by zwyciężyli. Tu, niestety, pod tyloma warstwami brudu i krwi dobrzy i źli byli czasami nie do rozróżnienia. Oficjalnie wszystkie strony konfliktu głosiły słuszne postulaty, nieoficjalnie jednak każda uciekała się do przemocy. Dla jednych Huti byli bohaterami, powstańcami z północy, dla innych – terrorystami. Bojownicy Al-Kaidy, żołnierze z południa, mieli i własnych zwolenników, i wrogów. Dobrzy, źli. Prawicowi, lewicowi. Nic nie było takie, na jakie wyglądało.

Co by się stało, gdyby jedni i drudzy starli się ze sobą? Huti właśnie zajęli Ta’izz, trzecie co do wielkości miasto w Jemenie, strategiczny punkt między północą a południem. Znajdowali się w odległości około stu sześćdziesięciu kilometrów, przygotowując się do ofensywy wojskowej, maszerowali na Aden. Prosto na mnie.

Z zamkniętymi oczami, zaciskając szczęki, raczej usłyszałem, niż zobaczyłem, że ponownie włączyło się światło. Czy był to znak od Boga? Szkoda tracić czas na rozważania. Prąd jest rzadkim i cennym udogodnieniem.

Przykucnąłem przed ładującym się w salonie laptopem. Telefon komórkowy znajdował się w kuchni, podłączony do gniazdka.

Wszedłem na Facebooka. A potem na Twittera. Przejrzałem wiadomości na stronie Al-Masdar News. Wszyscy wiedzieli, że to tuba partii Al-Islah, czyli islamistów, ale tylko oni podawali informacje z samego frontu. Oni i niezależny amerykański dziennikarz Adam Baron. Kanały państwowe mogłem sobie darować. Według nich nie było żadnej wojny, żadnych ofiar.

Przytłoczony strachem i faktami zamknąłem laptopa. Rozglądając się po mieszkaniu, spojrzałem na zapasy żywności, jakie mi jeszcze zostały. Parę butelek wody, sok, batony czekoladowe, tuńczyk w puszkach, paczkowane ciastka i czipsy – to wszystko.

Zaburczało mi w brzuchu. Z głodu i pragnienia. Woda z kranu nie nadawała się do picia. Ponieważ nie miałem nic innego do roboty, znowu otworzyłem komputer, najbezpieczniejsze okno na świat.

Zajrzałem do poczty. Daremnie. Przez cały dzień tkwiłem przed laptopem zwinięty nad ekranem jak krewetka, przejrzałem swoje ostatnie połączenia, adresy e-mail i listę znajomych na Facebooku, po czym rozesłałem wiadomości do każdego, kto tylko przyszedł mi do głowy. „Pomocy. Proszę”. Nikt jednak nie wiedział, co robić. Ludzie musieli myśleć o sobie, ratować siebie i swoich bliskich. Nikt nie miał ochoty jechać samochodem przez strefę wojenną, aby ocalić nieznajomego – czy nawet przyjaciela. Wszyscy przesyłali wyrazy żalu, zapewnienia, że się o mnie modlą. Doceniałem to, ale modlitwa nie była środkiem lokomocji, który umożliwiłby mi ucieczkę.

A musiałem uciekać.

Tuż przed północą wysłałem jeszcze jedną wiadomość.

* * *

Przez sieć sieci przepłynęły pakiety danych. Odbijając się od kolejnych ruterów, dotarły do miejsca przeznaczenia. W ciągu zaledwie kilku sekund obiegły pół świata.

MOHAMMED AL SAMAWI: Danielu, mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze!

Nie jestem pewien, czy mnie pamiętasz. […] Pomyślałem, że spytam, czy nie mógłbyś czegoś dla mnie zrobić. Jeśli oglądasz wiadomości, pewnie wiesz, co się dzieje w Jemenie. Dlatego właśnie do Ciebie piszę. Jeżeli znasz kogoś, kto mógłby mi pomóc, daj znać.

Daniel Pincus stał sam podczas koktajlu na żydowskim weselu na Brooklynie. Wysoki i energiczny, ze skłonnością do pakowania się w najdziwniejsze sytuacje. Przesunął palcami po włosach. Dryfując w tłumie nieznajomych, między serem a kanapeczkami, wszedł na Facebooka. Tam zobaczył krótką, rozpaczliwą wiadomość od faceta, którego ledwie pamiętał. Zadowolony, że ma wymówkę, aby opuścić przyjęcie, wystukał odpowiedź i wyszedł do holu, chcąc połączyć się przez Skype’a z Jemenem.

W tym samym czasie Megan Hallahan, Amerykanka o dużych oczach i szopie ciemnych, kręconych włosów, siedziała przed laptopem w swoim mieszkaniu w Tel Awiwie. Młody mężczyzna, którego poznała na Facebooku przed trzema laty, utknął w Jemenie, w środku wojny. Od dwóch tygodni usiłowała znaleźć sposób, żeby pomóc wydostać mu się stamtąd, ale kończyły się jej pomysły i już traciła nadzieję. Napisała nową wiadomość i puściła ją w obieg w jeszcze innym kręgu znajomych. A potem poszła spać.

Natasha Westheimer, Amerykanka australijskiego pochodzenia mieszkająca w Izraelu, jeszcze nie spała, odpowiadała na e-maile w imieniu EcoPeace Middle East, kiedy ujrzała wiadomość od Megan, dziewczyny poznanej trzy tygodnie wcześniej w Jordanii podczas zjazdu poświęconego działalności społecznej. Temat brzmiał: „Pilne; mój znajomy w Jemenie”. Poprawiła okulary i założyła za uszy gęste, rude włosy. Jesienią Natasha miała wstąpić na uniwersytet w Oksfordzie, żeby robić dyplom z nauki o wodzie. Znała się na filtracji, ale nie eksfiltracji3. Jednak po krótkiej chwili odpisała.

Justin Hefter, który właśnie ukończył Stanford, był akurat na nartach w Utah. Wykończony po weekendzie z kumplami, mając przed sobą poranny lot powrotny o nieludzkiej porze, wstał wcześnie. O czwartej nad ranem wsiadł do ubera, żeby pojechać na lotnisko, i zajrzał do skrzynki odbiorczej w poczcie.

Drodzy Przyjaciele!

Przepraszam, że zawracam Wam głowę, ale mój znajomy znalazł się w prawdziwym niebezpieczeństwie i musi wydostać się z Jemenu, potrzebuje jedynie podkładki – jest gotów pojechać wszędzie i robić wszystko, żeby tylko mieć na utrzymanie. Pomocne będą wszelkie pomysły i kontakty, proszę, roześlijcie tę wiadomość, gdzie się da, i zawiadomcie mnie, jeśli coś wymyślicie. Dzięki z góry, Megan.

Justin pogrzebał w portfelu, szukając wizytówki pewnego dwudziestokilkuletniego Jemeńczyka, którego poznał na tym samym zjeździe w Jordanii. Wysłał krótkiego e-maila:

Hej, Megan, w Jemenie mieszka Mohammed Al Samawi, który był na konferencji. Może on będzie miał jakieś sugestie […]. Skontaktujesz się z nim na Facebooku (tu link).

W ciągu godziny Megan odpowiedziała krótko:

Cześć, Justin, chodzi właśnie o Mohammeda […]

* * *

Mieli na myśli mnie. To ja jestem Mohammed.

A oto moja historia.

Zaczyna się od książki i na niej kończy.

Rozdział 2

Sprzeczności

W szkole z kolegami z klasy

Odkąd tylko pamiętam, różniłem się od innych. Rodzice mówili mi, że jestem błogosławiony przez Boga, ale także przeklęty przez diabła. Byłem wyjątkowy, byłem dziwny. Kochano mnie i nienawidzono. Spotykałem się ze współczuciem, ale i z pogardą. A wszystko z powodu jednego zdarzenia, na które nie miałem wpływu, o którym moja rodzina rzadko wspomniała, a jeśli już, to najogólniej jak się dało.

Wychowywałem się, nie zachowawszy żadnych wspomnień z wcześniejszego okresu, czasu, kiedy było normalnie. Gdy większość dzieciaków uczyła się chodzić, ja leżałem na brzuchu. Dopiero w wieku czterech lat niepewnie okrążyłem chodzik, chwiejąc się i potykając, patrząc z ciekawością i ze złością na prawą nogę, kiedy odmawiała posłuszeństwa. Dlaczego jedna moja strona jest taka uległa, taka chętna? A druga taka uparta, zawzięta? Dlaczego nie mogłem sprawnie się poruszać?

Gdy podrosłem na tyle, żeby mówić, zapytałem mamę, dlaczego moje ciało jest inne, dlaczego prawa ręka wygląda jak ptasi dziób.

– Co jest ze mną nie tak?

– Nic nie jest z tobą nie tak. Miałeś wypadek i już. Wyjdziesz z tego.

– Kiedy?

– Niedługo.

– To znaczy kiedy?

– Mohammedzie, powinieneś cieszyć się z tego, jaki jesteś. Stałeś się wyjątkowy.

Nie widziałem w tym sensu. Byłem mniej sprawny od innych i to miał być powód do radości? Jeśliby mi się poprawiło, przestałbym być wyjątkowy? Ponieważ byłem za młody na takie filozoficzne rozważania, nie poddawałem się, wierząc, że pewnego dnia wszystko się zmieni. Był rok 1990. Miałem rodziców lekarzy. Medycyna rozwija się w szybkim tempie i w pełni z tego korzystaliśmy.

Gdybym nie urodził się w dobrze sytuowanej rodzinie, nie miałbym takich możliwości. Jemen był najuboższym krajem na Bliskim Wschodzie, ale nam powodziło się całkiem dobrze. Mój dziadek ze strony ojca był w społeczności szanowanym członkiem starszyzny, kimś w rodzaju sędziego, który rozstrzygał spory. Miał na tyle dochodową pracę i zyski z ziemi, że mógł posłać synów na uniwersytet. Studiowali tam prawo. Mój ojciec jednak, człowiek niezależny, został lekarzem. Z jego zarobkami stać nas by było na dom w najzamożniejszej dzielnicy Sany, ale ojcu na tym nie zależało. Mieszkaliśmy więc w bardziej demokratycznej okolicy, niedaleko Starego Miasta.

Stare Miasto, leżące w dolinie u podnóża wysokiej góry, z charakterystycznymi budynkami i wieżami z ubijanej ziemi, powstało przed ponad dwoma tysiącami lat. W siódmym i ósmym wieku stanowiło regionalny ośrodek kultury muzułmańskiej, a historyczne tereny z jedenastego wieku zostały w 1986 roku – tym samym, w którym się urodziłem – wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Kiedy byłem mały i niemal cały czas siedziałem w domu, w myślach błądziłem tamtymi wąskimi uliczkami, wśród straganów na targu, między kopcami ziaren kawy i egzotycznych przypraw.

Ledwie sięgałem kolan matki, gdy ta pakowała mnie do samolotu i lecieliśmy do Indii, Egiptu oraz Jordanii na konsultacje medyczne i operacje. Za każdym razem wracałem do łóżka, żeby dojść do siebie, licząc, że wkrótce dołączę do dzieci biegających po okolicy, jak słyszałem. Ich krzyki dochodziły do mojego pokoju, na parterze czteropiętrowego domu, ale gdy tak spoczywałem na materacu, z igłami w całym ciele i twarzy, specjalista od akupunktury mamrotał: „Leż spokojnie. Leż spokojnie”. Byłem przyszpilonym, wijącym się egzemplarzem gatunku, znieczulonym, lecz w pełni świadomym.

Jedyne, czego pragnąłem, to wstać i pobiec uliczkami w stronę słońca. Jednak po tym cichym poleceniu nieruchomiałem – nie chciałem, żeby cokolwiek kolidowało z kuracją, która, jak modliłem się co wieczór, miała przywrócić mnie do życia. Ale Bóg musiał kierować ucho w inną stronę. Matka, zamiast kupić mi rower, którym jeździłbym po ulicy przed bramą, kupiła mi książkę o chłopcu z rowerem.

– To będzie równie dobre – orzekła.

Ona – Nawal – i ojciec – Chalid – zaczęli pracować ze mną wieczorami, uczyli mnie rozpoznawać, wymawiać i pisać dwadzieścia osiem liter składających się na abdżad, arabski alfabet. Wkrótce umiałem już czytać. Słowa otworzyły przede mną nowy świat, chociaż ten za drzwiami domu był dla mnie wciąż niedostępny.

Matka mówiła mi, że z tego wyjdę.

Niedługo.

A niedługo to kiedy?

Pierwszego dnia w szkole stanąłem na parkingu, uginając się pod plecakiem pełnym strachu. Nie miałem żadnych kolegów i do tej pory nie stykałem się z innymi dziećmi poza starszym bratem Husajnem, starszą siostrą Lajal, młodszym bratem Sajfem i siostrzyczką Nuhą. Denerwowałem się w mundurku – granatowych, bawełnianych spodniach, koszulce i białej, zapinanej na guziki koszuli – gdy inni uczniowie wyskakiwali z samochodów. Gdy zbliżaliśmy się z matką do budynku, przechodziliśmy obok ochroniarzy, opartych o limuzyny i land cruisery marki Toyota, jakimi jeździli bogacze. Spojrzałem na matkę. Była jedynym rodzicem w zasięgu wzroku.

Szkoła, położona w odległości czterdziestu pięciu minut jazdy od naszego domu, znajdowała się w zamożnej dzielnicy Sany o nazwie As-Sittin. Choć do szkoły publicznej miałbym znacznie bliżej, nie stwarzała takich możliwości jak Azal al-Wadi. W publicznym systemie kształcenia główny nacisk kładziono na wpajanie zasad islamskich. To oczywiście obowiązywało w każdym programie. Ale tu były też inne przedmioty, jak nauka o Ziemi, geografia, historia czy matematyka. Moi rodzice, lekarze, jak wspomniałem, zdawali sobie sprawę ze znaczenia wszechstronnej edukacji.

Zanim weszliśmy do klasy, matka z uśmiechem zapewniała mnie, że nie mam się czego bać, ale kiedy się pochyliła, żeby poprawić mi krawat na gumce, drżała jej dłoń. Była zdenerwowana, w końcu miała chodzić do tej nowej szkoły razem ze mną. Postanowiła, że pierwszego dnia usiądzie z tyłu klasy, żeby obserwować, jak odnoszą się do mnie inni uczniowie.

Wkroczyliśmy więc tam we dwoje, ja zająłem ławkę w pierwszym rzędzie, a ona usadowiła się na krześle pod ścianą. Wyjąłem podręczniki i układając kredki, usiłowałem sprawiać wrażenie ważnego. Nie mógłbym ucieszyć się bardziej, gdy nauczyciel klasnął i dał znak, że zaczyna się lekcja.

Tamten pierwszy dzień ograniczył się do wprowadzenia: alfabet, liczenie, podstawowe informacje o Jemenie i islamie. Umiałem już czytać i liczyć. Dlaczego pozostałe dzieci tego nie potrafiły?

Drugiego dnia matka usiadła przed salą, ale widać ją było przez okna. Koledzy wskazywali ją, trącali się łokciami i szeptali, zasłaniając dłońmi usta.

Nie rozumiałem, o co chodzi. Matka zawsze wszędzie mnie ze sobą zabierała. To prawda, często byłem w grupie kobiet jedynym dzieckiem – i to chłopcem. Ale bywałem nawet na weselach, kiedy wyraźnie proszono gości, żeby nie przychodzili z dziećmi. Dorośli poświęcali mi dużo uwagi, więc czułem się wyjątkowy, kochany, hołubiony. Mój brat Husajn, starszy ode mnie o sześć lat, stał się zazdrosny i bił się ze mną, co zdawało się tylko dowodzić, że zasługuję na taką troskę ze strony matki. Tu jednak, po raz pierwszy, był to minus. I po kilku tygodniach matka uzgodniła ze mną, że przestanie mi towarzyszyć, do szkoły miał mnie zawodzić nasz kierowca Taha.

Było jednak na to trochę za późno. Zostałem już napiętnowany. Uznano mnie za kalekę, maminsynka, palanta. Potrzebowałem nowej tożsamości. Pomyślałem o wszystkich swoich przewagach. Nie mogłem biegać ani jeździć na rowerze, ale umiałem czytać. W domu uczyłem się, ile tylko byłem w stanie. Chomikowałem podręczniki do matematyki Husajna i podprowadzałem Lajal powieści. Wiedziałem, że w dziedzinie sportu, jaką była nauka, miałem szansę wygrać – mogłem być najlepszym zawodnikiem w klasie. Moim celem stało się przychodzenie do szkoły przed wszystkimi. Podnoszenie ręki jako pierwszy z uczniów. Zdawanie egzaminów w pierwszej kolejności. Codziennie po wykonaniu zadania demonstracyjnie odkładałem ołówek, wstawałem z miejsca i rozglądałem się wokół, żeby sprawdzić, jak idzie pozostałym. Nauczyciel szybko zaczął mnie wyznaczać do pilnowania porządku w klasie, kiedy z niej wychodził. Gdy po powrocie pytał, czy ktoś źle się sprawował, składałem pełny raport, wskazując każdego, kto gadał, gdy mieliśmy pracować w ciszy.

Szybko się przekonałem, że zgłaszanie się do odpowiedzi na każde pytanie zadawane przez nauczyciela to prosta droga do wykluczenia, i za swoją dumę zapłaciłem izolacją. Nie wiedziałem już, co jest gorsze – to, że wszyscy się na mnie gapią, czy to, że odwracają ode mnie wzrok. Z latami nauczyłem się nie rzucać w oczy. Kiedy nauczyciel o coś pytał, podkładałem zdrową rękę po tyłek i czekałem, żeby ktoś inny wymienił główne lotniska międzynarodowe w każdym z krajów świata arabskiego. W ciszy, która zapadała, bezgłośnie, tylko ruchem warg, udzielałem odpowiedzi: Dubai International, Hamad International, King Abdulaziz International, Abu Dhabi International. Byłem na wielu z nich podczas swoich licznych wyjazdów na konsultacje do tego czy innego lekarza.

Te lata mojego życia były mroczne – dosłownie. Na parterze, gdzie głównie przebywałem, prawie w ogóle nie było okien, co oznaczało, że nie mogłem nawet patrzeć, jak Husajn gra w piłkę z kolegami. Słyszałem ich okrzyki i jęki, ale niczego nie widziałem. Kiedy grupa starszych chłopców przychodziła po wodę i ciastka, kuśtykałem do tej części domu, gdzie akurat byli, bo chciałem brać w tym udział. Oczywiście Husajn przewracał oczami, a potem przywoływał się do porządku: brał mnie za rękę i prowadził do matki. Wrzaski i protesty z niosły się echem po domu. Stałem i ich słuchałem, czując się jeszcze mniejszy i mniej znaczący niż zwykle, kiedy najstarszy brat robił matce wymówki i zostawiał ją zapłakaną.

Ana himar – gromiłem samego siebie. Osioł ze mnie.

Kiedy miałem siedem czy osiem lat, nauczyłem się stwarzać sobie w głowie własny świat. Codziennie rano Taha czekał, żebym wsiadł do samochodu, a potem wiózł mnie do szkoły. Przez czterdzieści pięć minut, przy wtórze ogłuszających odgłosów ruchu ulicznego w Sanie, patrzyłem przez okno na labirynt minaretów i domów z kamienia, liczących od pięciu do dziewięciu kondygnacji. Budynki z ubijanej ziemi i wypalanej cegły, wykończone bielą, piekły się w słońcu jak piernikowe chatki z baśni. Przy warkocie silnika pogrążałem się w fantazjach, wizjach innego życia. Mogłem być lekarzem, prawnikiem, aktorem hollywoodzkim. A najlepiej gwiazdą światowego futbolu.

Futbol był moją obsesją, a mistrzostwa świata – najbardziej wyczekiwanym wydarzeniem w moim życiu, przed Międzynarodowymi Targami Książki w Sanie. Gdy tylko było to możliwe, siedziałem przyklejony do telewizora i oglądałem piłkarzy dryblujących na boisku, ich nogi przypominały elektryczne nożyce tnące trawę, gdy biegli w stronę bramki. Nawet kiedy nie oglądałem rozgrywek, w drodze do szkoły szukałem zapomnienia w świecie, w którym byłem supergwiazdą, robiłem zwody, zdobywałem decydujące bramki. Taha zatrzymywał się zbyt szybko przed wrogą fortecą – moją ekskluzywną prywatną szkołą.

Pewnego szczególnie pięknego dnia koledzy z klasy wiercili się w ławkach. Słońce świeciło na niebie niczym kryształowa kula i każde tyknięcie zegara zbliżało nas o sekundę do przerwy na gimnastykę. Wreszcie lekcja geografii się skończyła i zostaliśmy wypuszczeni. Inni uczniowie wybiegli na boisko, a ja zająłem miejsce na drewnianej ławce, zmieniając jedną niewygodną pozycję, od której drętwiał mi tyłek, na drugą. Czarno-biała piłka toczyła się po trawie, a ja patrzyłem, jak moi koledzy nawalają, tracąc piłkę. Biegali nieporadnie, a potem wyrzucali ręce w górę, zawiedzeni niesprawiedliwością patronujących piłce nożnej bóstw. Co oni wiedzieli o niesprawiedliwości? Nadal jednak siedziałem nieruchomo, patrząc obojętnie, jak się miotają.

– Mohammed pokurcz! – zawołał jeden z nich.

– Mohammed maminsynek! – dorzucił drugi.

Spojrzałem na naszego nauczyciela, który stał zwrócony do mnie plecami, w zasięgu wzroku. Nie pokazał czerwonej kartki ani nie ogłosił faulu. Zamiast tego uśmiechnął się na jakąś oryginalniejszą obelgę.

Przez całą powrotną drogę do domu patrzyłem na czyste, bezchmurne niebo. Dlaczego ja? – pytałem Boga. Czy to ma być jakaś boska próba? Otworzyłem drzwi frontowe i przywitałem się z opiekunką, Hinduską, oraz z gospodynią. Unikając matki, poszedłem do swojego pokoju, żeby poczytać ulubiony komiks Madżida. Pogrążyłem się w lekturze, wyobrażając sobie siebie w roli tytułowego młodego bohatera. W przeciwieństwie do mnie miał mnóstwo rozmaitych przygód, ale jak ja prawie zawsze pakował się w kłopoty.

– Salam, Mohammedzie. – W progu stanęła matka. – Jak było w szkole?

Nie chciałem się użalać. Wiedziałem, że jeśli rodzice zaczną biegać ze skargami, nic dobrego z tego nie wyniknie. Matka rozmawiała już z rodzicami moich klasowych kolegów, a ojciec nawet dał nauczycielowi łapówkę, żeby był czujniejszy – ale przez to dokuczano mi jeszcze bardziej. Nie miałem siły, żeby zdawać matce raport ani gubić się w półprawdach, więc zamiast tego zapytałem, czy mógłbym pójść do sklepu po słodycze. Pokręciła głową.

– Husajn może chodzić sam! – wykrzyknąłem, dając upust poczuciu krzywdy z całego dnia.

– Ale Lajal nie może.

– Lajal jest dziewczyną. A ja jestem chłopakiem. To niesprawiedliwe!

Matka spojrzała na mnie, jakby cierpiała nie mniej niż ja.

– Husajnie?! – zawołała, nad czymś się zastanawiając. – Idź z bratem. Chce słodyczy.

Chwilę później zjawił się Husajn. Przewracając oczami, zrezygnowany, patrzył na mnie z niesmakiem.

– Dlaczego muszę z nim iść? – zapytał niezadowolony.

Matka stała z rękami na biodrach, jej postawa wyrażała urazę i wyrzut.

– Co z ciebie za wyrodek? Po co w ogóle o to pytasz?

– Nie mam ochoty nigdzie chodzić – wyrzucił z siebie Husajn.

– Pójdziesz i już.

Rozdarty między poczuciem obowiązku a poczuciem krzywdy, odwrócił się na pięcie i zza pleców skinął palcem, dając mi znak, żebym poszedł za nim.

Kiedy wychodziliśmy za bramę, starałem się dotrzymać mu kroku. Na ulicy mój brat przystanął i rozejrzał się wokół. Na rogu kilka przecznic dalej stała grupa chłopaków, za sprawą długich cieni wydawali się jeszcze wyżsi. Husajn westchnął głęboko.

– My nie… – zacząłem.

– Tędy.

Klepnął mnie w ramię. Skrzywiłem się i ruszyłem za nim.

Uszliśmy zaledwie z pięćdziesiąt metrów, kiedy z tyłu dobiegł do nas odgłos kroków. Usłyszałem przenikliwy gwizd. I następny.

Potem rozległ się głośny wydech i towarzyszące mu stęknięcie. Husajn dotknął tyłu głowy. A potem zbliżył rękę do twarzy – spomiędzy jego kciuka i palca wskazującego pociekła strużka krwi, która spłynęła po nadgarstku i zniknęła pod mankietem koszuli. Wyrzucił z siebie potok przekleństw.

Od otaczających nas kamiennych murów odbiły się krzyki i śmiechy. Obok nas przeleciało kilka kolejnych kamieni i wylądowało na ziemi. Obok mnie upadł z głuchym odgłosem kawałek drewna o nierównych brzegach, jak zęby rekina. Chciałem go kopnąć, ale moja prawa stopa stawiła opór. Szurnąłem butem po szorstkiej powierzchni, ale moja noga ledwo drgnęła i drewno przesunęło się ledwie o centymetr. Poczułem ściskanie w gardle, gdy Husajn, przyciskając brodę do piersi, gwałtownie się skulił. Roztrzęsiony, ponownie dotknął głowy i podniósł rękę, żeby pokazać napastnikom skutek ich uderzenia.

Po powrocie do domu pierwszy opowiedział matce, co się stało. To były chłopaki z sąsiedztwa. Połowa z nich zrezygnowała już z nauki, żeby pomóc rodzicom związać koniec z końcem. Na tym polegał problem: tylko połowa młodych Jemeńczyków, którzy uczyli się w szkole podstawowej, przechodziła do szkoły średniej, a w przypadku dziewczynek była to zaledwie jedna trzecia. Mieli więc dużo czasu i zabijali go, stwarzając kłopoty. Matka rozmawiała już z ich rodzicami, ale to nic nie dało. Te dzieciaki są ignorantami – podsumowała, używając tego słowa w dosłownym sensie. Z tonu jej głosu wynikało, że to im należy współczuć i za wszelką cenę wystrzegać się ignorancji. Powinienem więc nie tyle unikać takich ludzi, ile starać się nie być jak oni.

Husajn powiedział, którzy to byli chłopacy, ale gdy z jego ust wychodziły kolejne imiona, miałem wrażenie, że mówi: Mohammed, Mohammed, Mohammed. To do mnie miał pretensję. A ja, jako że nie mogłem zrobić nic innego, obwiniłem matkę.

Po kolacji usiałem na łóżku, wsparty na poduszkach. Matka roztarła w dłoniach oliwę do masażu i zaczęła wcierać ją w moją guzowatą prawą rękę. Po kilku minutach zabrała się do nogi – znajomy rytuał sprawiał mi przyjemność, ale i wywoływał frustrację. Spędzaliśmy tak każdy wieczór. Po wieczornych modłach matka przychodziła do mojego pokoju. Te sesje fizykoterapeutyczne były błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Pomagały, ale i powodowały cierpienie. Symbolizowały szczególną więź między mną a matką i budziły niechęć u mojego rodzeństwa.

Zanim matka zaczęła bolesne rozciąganie i zginanie moich kończyn, zapytałem:

– Dlaczego nie powiesz mi prawdy?

Mimowolnie zamrugała powiekami, jakby coś wpadło jej do oczu. Przestała masować mi nogę, ale po chwili do tego wróciła. Jej usta ułożyły się w niesymetryczne „O”. Wypuściła przez nie powietrze, które zaświszczało między zębami.

– To nigdy się nie zmieni, no nie?

– Przykro mi, Mohammedzie – zaczęła spokojnie, rzeczowo. – Chciałam dobrze. Miałam nadzieję, że… – Szloch zdławił jej głos. Spojrzała w sufit i pokręciła głową. Po jej twarzy spłynęły łzy, wsiąkając w hidżab.

Nie miałem jeszcze roku – zaczęła opowiadać. Oboje z ojcem byli w pracy, przyjmowali pacjentów. Zostałem w domu z Husajnem, który miał prawie siedem lat, i niespełna czteroletnią Lajal. Brat zauważył, że coś jest ze mną nie tak. Zachowywałem się niezwykle cicho. Ale to chyba dobrze, co? Że nie płakałem? Że leżałem spokojnie? Kiedy matka wróciła do domu, szkody były nieodwracalne. Niewielki wylew w lewej półkuli mózgu spowodował paraliż prawej strony ciała – ramienia, ręki, nogi i stopy.

Potem matka rzuciła pracę. Obwiniała się, że gdyby jak inne matki była w domu, nigdy by do tego nie doszło. Zauważyłaby, że coś mi jest, i zawiozłaby mnie do szpitala. A zamiast opiekować się synem, zajmowała się obcymi.

Wbrew temu, o czym kiedyś mnie zapewniała, nie miało mi się polepszyć. Mogłem wyzdrowieć tylko cudem. Więc zaczęliśmy za nim gonić.

Rozdział 3

Rozum i wiara

Szesnastowieczny wizerunek króla Jemenu

Kiedy poznałem liczby dwucyfrowe, dostałem bardzo ważną lekcję: rozum i wiara nie zawsze chodzą w parze. Niebawem miałem skończyć dziesięć lat i matka uznała, że jeśli medycyna nie może mi pomóc, musimy z podwójną energią skupić się na wierze. Chętnie się zgodziłem. Przez całe życie modliłem się do Boga i wciąż czekałem na efekty.

Któregoś ranka, gdy pojechałem do szkoły, moja matka lekarka poszła do imama i kupiła od niego kadzidełko. Kiedy wróciłem, zaprowadziła mnie za rękaw przez korytarz i salon do małej alkowy. Przytknęła palec do ust, dając mi znak, żebym był cicho. Pośrodku pomieszczenia na talerzyku leżało kadzidełko. Pochyliła się, żeby je zapalić, a kiedy się wyprostowała, wraz z nią wniosła się spirala dymu. Pachniał jak nasz miejscowy meczet.

– Mohammedzie – szepnęła przejęta i poważna – rzucono na ciebie zły urok.

Słyszałem to od lat. Kultura islamska ma wyraźnie skrzywienie na prawo. Religia nakazuje robić prawą ręką wszystko, co dobre i szlachetne, tak jak pisanie czy ściskanie dłoni, jedzenie i picie, i odwrotnie – żąda, żeby do załatwiania się używać lewej. Być może kiedyś te zasady miały sens. Nie jedz tam, gdzie… i tak dalej. Ale ze współczesnymi wynalazkami – mamy na przykład mydło – czemu to ma służyć? Niemniej chciałem być czysty. Skręcałem więc ciało, żeby przy powitaniu podawać prawą dłoń, szorowałem lewą, aż wysychała mi skóra. Jednak to wciąż nie wystarczało. Jedzenie lewą ręką, choćby nie wiem jak czystą, było uważane za haniebne, rodzaj bluźnierczej zniewagi wobec Allaha. Ludzie kwestionowali moją wiarę w Boga tylko dlatego, że „nie chciałem” jeść zgodnie z jego nakazem. Podchodzili do mnie obcy i głośno żądali, żebym przestał Go obrażać, i zaczął jeść prawą – właściwą – ręką. Wielokrotnie tłumaczyłem, dlaczego tak robię, mimo to pobożni mężczyźni i kobiety nie zważali na moje fizyczne ograniczenia i domagali się, żebym okazywał Bogu szacunek. „Rzucono na ciebie zły urok” – przekonywali, a matka brała mnie na bok i mówiła, żebym ignorował ignorantów. W każdym razie do czasu…

– Może ci się polepszyć tylko wtedy, gdy będziesz mnie słuchał i robił, co ci każę – powiedziała.

Myśl, że zostanę wyleczony, była podniecająca.

– Oczywiście – odparłem. – Zrobię wszystko.

Przez kilka następnych minut chodziłem w kółko wokół kadzidełka, podczas gdy matka czytała fragmenty Koranu. Nie wiem, czy przez to chodzenie, zapach kadzidełka czy moją własną niezgrabność, ale się potknąłem. Zanim zdążyłem złapać równowagę, strąciłem kadzidełko i zapalił się od niego brzeg dywanika. Ogień zaczął rozprzestrzeniać się korytarzem, przesycając powietrze wonią palonej wełny.

Matka spojrzała na mnie z przerażeniem.

– Co ty wyrabiasz?!

Wetknęła Koran pod ramię i zaczęła deptać po przypalonym dywaniku.

– Ana asif, ana asif – przepraszałem gorączkowo.

Nie wiem, które z nas było bardziej przygnębione. Nie przestałem być kaleką, a matka musiała wytłumaczyć ojcu, jak to się stało, że piękny i drogi dywan został zniszczony. Wyglądało na to, że rzeczywiście jestem przeklęty.

Postanowiłem więc, że wypędzę diabła, poświęcając się Bogu. Oddałem się studiowaniu Koranu – słowu Allaha, podyktowanemu przez archanioła Gabriela prorokowi Mahometowi – i hadisów, przypowieści o czynach i naukach Proroka. Ojciec bardzo mnie do tego zachęcał. W każdy piątek po południu zabierał mnie (i braci) do miejscowego meczetu, a potem podczas lunchu omawialiśmy nauczania imama. Chciałem być jak mój abi. Podziwiałem jego pełne cierpliwości oddanie, całkowite poświęcenie sprawom wiary, zwłaszcza że przez większość dorosłego życia nie należał do ludzi szczególnie pobożnych. Zmienił się, gdy omal nie umarłem.

Wcześniej pił alkohol. Chociaż był on haram, zakazany, i w Jemenie nie można nim było handlować, ojciec kupował wódkę na czarnym rynku i od znajomych, matka chowała się wtedy w kuchni, urażona, zmieszana, nie wiedząc, jak się zachować. W któryś weekend, gdy miałem pięć albo sześć lat, ojciec zabrał mnie ze sobą do hotelu Sheba, jednego z wielu, które sprzedawały alkohol cudzoziemcom – policja i imamowie przymykali na to oko. Mężczyźni siedzieli tam nad basenem, a ich rozmowy powoli przechodziły w pomruki, podkreślane żywą gestykulacją.

Patrząc, jak w krystalicznej wodzie odbija się słońce, zapytałem ojca, czy mogę wejść do basenu. Nie umiałem pływać, ale widziałem, jak to robią Husajn i Lajal, więc pomyślałem, że położę się na plecach albo zostanę w płytszej części i trochę się popluskam. Będę ostrożny – obiecałem. Zanurzyłem palce stóp, potem całe stopy, następnie kostki i łydki. Kiedy cały wszedłem do wody, poczułem, że wszystkie moje ograniczenia znikają. Miałem wrażenie, jakby wreszcie stał się cud. Byłem lekki i unosiłem się na powierzchni. Mogłem poruszać się tak sprawnie jak nigdy na lądzie. Wyobraziłem się, że podobnie przez cały czują się wszyscy inni, prężni, swobodni.

Sprawną ręką trzymałem się chłodnych kafelków na brzegu basenu, a woda obmywała mi usta, nos, oczy, głowę. I wtedy straciłem podparcie. Oddaliłem się od ściany, a kiedy zacząłem machać sprawnymi kończynami, tylko uniosło mnie dalej. Łapiąc powietrze, krzyczałem i krzyczałem, aż zalewająca mnie woda stłumiła wszelkie dźwięki. W pulsującej ciszy słyszałem głos ojca:

– Pomóżcie mu! Niech ktoś mu pomoże! Mój syn! On nie umie pływać!.

Jednocześnie czułem, że opadam coraz niżej, powoli, powoli, a odgłosy świata niknęły w eksplozji bąbelków.

Kiedy ponownie otworzyłem oczy, leżałem na brzegu. Moją pierś uciskały czyjeś dłonie. Wyplułem haust wody. Zaczerpnąłem tchu i się zakrztusiłem. Swędział mnie tył głowy, oczy piekły, a po twarzy spływały mi krople, choć nie potrafiłem powiedzieć, czy były to łzy, czy chlorowana woda z basenu. Postać ojca to się wyostrzała, to stawała niewyraźna.

Z tego, co wiem, ojciec nigdy więcej nie wziął alkoholu do ust. Już będąc poważnym człowiekiem, spoważniał jeszcze bardziej. Po tym zdarzeniu na basenie raczej karcił, niż śmiał się pobłażliwie, dostrzegał raczej grzechy niż piękno. Stał się uważniejszy, a jego poglądy bardziej tradycyjne.

Wieczorami, zdejmując z półki Koran, opowiadał mi o moim dziadku Hakimie, który pełnił funkcję sędziego. W Jemenie obowiązywało prawo islamskie, szariat. Dosłownie słowo to znaczy „właściwa droga”. I chociaż fundamentaliści traktowali je dosłownie, tak jak przed wiekami, kiedy zostało spisane, większość znanych mi ludzi uważała, że powinno z biegiem czasu być zmieniane.

Pogląd ten wyznawali liczni muzułmanie i przez całe lata żyliśmy w Jemenie spokojnie, mimo że uprawialiśmy różne praktyki wynikające z doktryny i dziedzictwa religijnego, sięgające jeszcze śmierci Mahometa. Wyznawców Proroka podzieliła bowiem sprawa tego, kto był jego następcą. Niektórzy uważali, że on sam mianował nim swojego kuzyna i zięcia Alego. Nazywani oni byli szi’at Ali, stronnictwem Alego – czy też krótko: szyitami. Należała do nich rodzina Al Samawich, która utożsamiała się z grupą zajdytów, wywodzących się od Zajda, prawnuka Alego.

Sunnici natomiast nie godzili się na to, żeby kalifami byli następcy Mahometa. Uważali, że przywódcy religijni powinni być wybierani przez lud.

Tam, gdzie mieszkałem, w północnym Jemenie, dominowali zajdyci, ale po wieloma względami duchową ojczyzną islamu była Arabia Saudyjska, w której większość stanowili sunnici. Jeśli chcieliśmy być dobrymi muzułmanami, oczekiwano od nas, żebyśmy udali się na pielgrzymkę do Mekki, czyli odbyli hadżdż – religijny obowiązek tak ważny, że stanowi jeden z pięciu filarów islamu. Na terenie Arabii Saudyjskiej leży także inne święte miejsce w naszej religii, Medyna, dokąd Mahomet poprowadził swoich wyznawców, gdy wygnano go z Mekki, i gdzie został pochowany.

Arabia Saudyjska wywiera więc duży wpływ w całym regionie, w sensie duchowym i politycznym. Religia i polityka zawsze były nierozłączne. Państwo to uchodzi za wiodący ośrodek myśli islamskiej, miejsce, gdzie często najsilniej odczuwa się pragnienie, żeby chronić naszą wiarę przed Zachodem i współczesnym tendencjami. W szkole uczono mnie, że Arabia Saudyjska to asz-szakika al-kubra – starsza siostra – takich państw jak Jemen, która chce pomagać gorzej radzącemu sobie rodzeństwu.

Ta „pomoc” rozciągała się na nasze meczety i szkoły, z których wiele zbudowali Saudyjczycy. To także oni kształtowali program nauczania. Już na samym początku dowiedziałem się, że należy czcić trzy flagi, które powiewały przed naszą szkołą – jemeńską, iracką i saudyjską – nie dopuszczając, żeby dotknęły ziemi. Że Saddam Husajn to przywódca, który robi wszystko, żeby poprawić los swojego narodu, naszych braci i sióstr. I oczywiście że nasza Starsza Siostra Arabia Saudyjska czuwa, by nie stała nam się żadna krzywda. Że Jemen jest biedny, ale ma przyjaciół, którzy dbają o jego interesy. Stanowimy jedną wielką muzułmańską rodzinę.

Kraj, religia, rodzina, dziedzictwo. To wszystko było ze sobą powiązane i opierało się na Koranie. W swojej wierze kierowałem się więc podstawowymi zasadami:

islamem, czyli „poddaniem się woli Boga”,

imanem, czyli „wiarą”,

ihsanem, czyli „etyką i moralnością”.

Wciąż jednak mimowolnie wracałem do innej podstawowej zasady: rahma – miłosierdzie. Jak powiedział w Koranie Allah: „My posłaliśmy Ciebie tylko jako miłosierdzie dla światów!”4. Czy też jak Prorok oznajmił w jednym z hadisów: „Najbardziej miłosierny okazuje miłosierdzie tym, którzy mają miłosierdzie dla innych. Okazuj miłosierdzie tym na ziemi, a Ten w niebiesiech okaże miłosierdzie tobie”.

Siedziałem w klasie albo klęczałem w meczecie i zastanawiałem się, czy moi prześladowcy słyszeli te słowa. A jeśli słyszeli, to dlaczego ich nie rozumieją? Dlaczego nie okazują miłosierdzia, jak nakazał nam Bóg?

W poszukiwaniu odpowiedzi poświęciłem się studiom religijnym. W każdym semestrze jednego dnia w tygodniu mieliśmy lekcję poświęconą szariatowi. Uczono nas, że prawo islamskie ma dwa źródła: boską interwencję i ludzki rozum. Szariat przypisuje się pierwszemu, podczas gdy fikh wynika z drugiego i odwołuje się do naszej wiedzy oraz rozumowania. Jedno i drugie razem pomaga każdemu z nas kierować swoim postępowaniem. Nie możemy przyjąć zasad tak po prostu, dosłownie – musimy sami używać rozumu, angażować mózg i intelekt. Inaczej mówiąc, dzieciom, które znęcały się nade mną, wpajano miłosierdzie, rahma, ale musiały odwoływać się do swojego ludzkiego rozumu, żeby odpowiednio się zachowywać. Starałem się ich nie oceniać, nie odczuwać niechęci.

Jednak miłosierdzie i wyrozumiałość mają granice.

Któregoś razu, kiedy wkraczałem w okres nastoletni, nauczyciel wyszedł na środek klasy, żeby zacząć lekcję „Jak Żydzi próbowali pokonać i zabić proroka Mahometa”. Opowiadał barwnie, ze wszystkimi szczegółami: Żydzi podążali za Mahometem ulicami, wyzywali go i rzucali w niego kamieniami, raniąc go do krwi. Gdy tego słuchałem, niemal czułem, że mnie samego te słowa przeszywają jak kamienie. Żydzi zadawali Mahometowi ból i w końcu zabili go, zanim zdążył się doczekać męskiego potomka.

Inny nauczyciel poświęcił lekcję zdradzie proroka Mahometa przez Żydów. Obiecywali oni, że pomogą go chronić, gdy będzie w Mekce, a tymczasem uknuli jego morderstwo. Dlatego – brzmiała konkluzja – nie powinniśmy ufać żadnemu Żydowi. Słowo Żyda jest nic niewarte. Kiedy lekcja dobiegała końca, w klasie panowała cisza.

– Żydzi to lisy – oświadczył nauczyciel. – Nawet jeśli wydają się dobrzy, zawsze coś ukrywają.

Nienawidziłem więc Żydów. Ślepą, bezwarunkową nienawiścią.

W domu i w meczecie przywódcy religijni zarzucali im wszelkie zło i występek. Żydzi jedzą wieprzowinę. Żydzi bez przerwy cudzołożą. Żydzi piją alkohol. Żydzi przekłamują słowo Allaha. Imam powoływał się na hadis, który głosił: „Dzień zmartwychwstania nie przyjdzie, dopóki muzułmanie nie wypowiedzą Żydom wojny i ich nie zabiją, i dopóki skała i drzewo, za którym ukryje się Żyd, nie powie: »O muzułmaninie, o sługo Allaha, za mną jest Żyd, przyjdź i go zgładź!«”.

Studiowałem Koran i wszędzie czytałem to samo: „Za to, że oni naruszyli swoje przymierze, my ich przeklęliśmy i uczyniliśmy ich serca zatwardziałymi. Oni wypaczają sens słów i zapominają część tego, co im zostało przypomniane. Ty nieustannie odkrywać będziesz zdradę z ich strony z wyjątkiem nielicznych spośród nich. Lecz odpuść im i przebacz! Zaprawdę, Bóg kocha dobrze czyniących” (5, 13). Ten fragment to potwierdzał. Tak głosił Allah. Nie mogłem kwestionować jego słów. Nie znałem osobiście żadnego Żyda, ale słowa Allaha stanowiły prawo.

Nie byłem sędzią jak mój dziadek, ale dowody wydawały się mocne. I wkrótce miały okazać się niepodważalne.

* * *

Pod koniec września słońce przenikało pod zaciągniętymi roletami w oknach i zalewało podłogę w klasie. Nasz nauczyciel Abd as-Salam jeszcze nie przyszedł. Był to ostatni rok szkoły podstawowej i mając po trzynaście, czternaście lat, uważaliśmy się za dorosłych. Czekaliśmy w milczeniu, nie było już nikogo, kto by notował nazwiska tych, którzy źle się zachowywali. Siedziałem w swojej ławce i spoglądałem na chłopca o imieniu Ahmed. Kiedyś rywalizowaliśmy ze sobą w nauce, ale w końcu się zaprzyjaźniliśmy, bo obaj mieliśmy ojców, którzy oczekiwali od nas osiągnięć w szkole i posłuszeństwa domu. Wyjąłem notatki z rozdziału w książce do fizyki, który mieliśmy omawiać w następnym tygodniu. Im szybciej, tym lepiej.

Właśnie skończyłem czytać o energii potencjalnej, gdy do klasy wkroczył nauczyciel. Zwykle surowy mężczyzna, którego uśmiech oglądało się rzadziej niż księżyc w pełni, tego dnia sprawiał wrażenie jeszcze poważniejszego. Jego jastrzębi wygląd wzmacniały krzaczaste brwi, tworzące ostre V nad nasadą nosa. Nie mówiąc ani słowa, stanął przed nami z drżącymi rękami zaciśniętymi w pięści.

– Chłopcy – zaczął łamiącym się głosem – musicie się o czymś dowiedzieć. Musicie coś zobaczyć. Po powrocie do domu obejrzyjcie telewizję. I uczcie się.

Tamtego wieczoru każdy kanał telewizyjny pokazywał przyciśnięte do kamiennego muru, kulące się za jakimś występem dwie postaci. Obraz, ziarnisty, w bieli i niebieskościach, był nieruchomy. Napis pod nim nie pozostawiał wątpliwości: „Żołnierze izraelscy na fali przemocy w Strefie Gazy zastrzelili palestyńskiego chłopca”. Przyjrzałem się uważniej i zobaczyłem, że jedną z tych postaci rzeczywiście jest chłopiec, trochę młodszy ode mnie, drugą zaś był dorosły mężczyzna. Mały płakał, miał z bólu i ze strachu otwarte usta, podczas gdy tamten (jego ojciec, jak się potem dowiedziałem) trzymał go za ramię, żeby stał płasko przy ścianie i nie wychylił się zza występu.

Następnego dnia, zanim zaczęły się lekcje, Abd as-Salam stanął przed nami, wciąż przejęty i podenerwowany.

– Tak właśnie postępują – oznajmił. – Zabijają niewinnych ludzi. Co im zrobił ten chłopczyk? Dlaczego musiał zginąć? Dlatego, że był Palestyńczykiem? Dlatego, że był muzułmaninem? Bo Żydzi nie znają litości? Tak, tak, tak.

Zerknąłem na Ahmeda. Miał szeroko otwarte oczy, uchylone usta i powoli, prawie niezauważalnie kręcił głową, wyczuwając niepokój, który ogarnął wszystkich.

Tym chłopcem mógł być każdy z nas.

Przez wiele lat słyszałem, że Żydzi w Izraelu, jeśli to tylko służy ich celom, zabijają dzieci jak popadnie. Dwa dni wcześniej, 28 września 2000 roku, zaczęła się druga intifada. Siedziałem z ojcem przez telewizorem i patrzyłem, jak Ariel Szaron, przyszły premier Izraela, dla prowokacji odwiedza Wzgórze Świątynne na Starym Mieście w Jerozolimie. To dla muzułmanów jedno z najświętszych miejsc. Dlaczego ten straszny człowiek musiał wybrać się właśnie tam, chociaż wiedział, że przy takim napięciu ten gest może oznaczać tylko jedno: zniewagę? Nastąpiły protesty, doszło do zamieszek.

A teraz ja i moi koledzy siedzieliśmy razem w klasie, powstrzymując łzy. Zasłoniłem twarz. Uczono mnie, że nie należy płakać. Płacz jest dobry dla bab. Kiedy jednak spojrzałem w bok, przekonałem się, że pozostali też kryją twarze za podręcznikami.

Wkrótce miałem dowiedzieć się więcej o tym chłopcu, Muhammadzie ad-Durra. Był zaledwie dwa lata młodszy ode mnie. Tak jak ja uwielbiał samochody. Tamtego dnia wyszedł z domu z ojcem, bo ten właśnie sprzedał na aukcji swojego fiata z 1974 roku.

Kiedy po południu wróciłem do domu, matka przywitała się ze mną już w progu. Przytuliła mnie nieco mocniej nie zwykle, musnęła palcami moje skronie i przeczesała włosy, uspokajając nas oboje. Wieczorem ojciec jak zwykle zasiadł przed telewizorem i z miną wyrażającą na przemian przerażenie oraz gniew zebrał nas wszystkich wokół.

W kolejnym dniach wszędzie, dokąd tylko się poszło, ludzie zatrzymywali się i rozmawiali o Muhammadzie ad-Durra. Skrzyżowanie, na którym zginął, stało się znane jako Asz-Szuhada: skrzyżowanie Męczenników. Ojciec chłopca Dżamal ad-Durra był ciężko pracującym stolarzem, skromnym, porządnym człowiekiem. Nie brali udziału w protestach i zamieszkach, zajmowali się swoimi sprawami. Ofiary. Skoro coś takiego zdarzyło się tam, to mogło i tutaj. Psy.

Kilka dni później znowu siedziałem w klasie. Na miejscu dla nauczyciela stali trzej przedstawiciele Bractwa Muzułmańskiego. Chcieli z nami porozmawiać. Jemen był najbiedniejszym państwem w regionie, ale mówiono nam, że jest pierwszy, gdy chodzi o pomoc finansową dla braci muzułmańskich w Palestynie. Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Kuwejt, Katar – kraje te były zamożniejsze, podobno jednak nie dawały tyle co my.

Bractwo Muzułmańskie, założone w Egipcie w 1928 roku przez sunnickich członków intelektualnej elity, zaczęło działalność jako tajna organizacja mająca na celu przywrócenie świata muzułmańskiego muzułmanom. Pierwszym krokiem było ustanowienie islamskich rządów w Egipcie i zerwanie więzów z Zachodem – niemoralnym, rozkładającym się systemem, który stanowił źródło wszystkich światowych problemów.

Ponieważ Egipt był wtedy jeszcze pod wpływem Brytyjczyków, Bractwo Muzułmańskie musiało działać w podziemiu. Wielu jego członków zbiegło do innych krajów w regionie, gdzie głosili swoją ideologię poprzez setki tajnych sekcji i podgrup. W 1989 roku na przykład założyli Hamas, antyizraelską organizację wojskową.

Jako sunnici bracia muzułmańscy zyskali poparcie Arabii Saudyjskiej, która ich także finansowała. W rezultacie ugrupowanie to stało się potężną siłą w zakresie szerzenia myśli islamistycznej w regionie. Dlatego właśnie, w czasie kiedy jego przedstawiciele przyjechali do naszej szkoły, uważaliśmy je za legalną organizację należącą do głównego nurtu i szczyciliśmy się nią jako muzułmanie – mimo że jej członkowie byli sunnitami, a my zajdyckimi szyitami.

W pewnym sensie w Jemenie żyło się wtedy łatwiej. Mimo że sunnici mieszkali głównie na południu, a szyici głównie na północy, większość z nas zamiatała historyczny sunnicko-szyicki konflikt pod dywaniki modlitewne. W naszej społeczności każdy uważał się po prostu za muzułmanina. Nie było niczego takiego jak szyicki meczet czy sunnicki sklep – jedliśmy razem, rozmawialiśmy ze sobą i wspólnie podążaliśmy za Allahem. Modliliśmy się pięć razy dziennie, pościliśmy podczas ramadanu, w szkole uczyliśmy się Koranu. Religia nas jednoczyła, podobnie jak grupy w rodzaju Bractwa Muzułmańskiego. Nawet jeśli istniały między nami różnice doktrynalne, bracia angażowali się w działalność dobroczynną i wspierali muzułmanów w regionie.

Przedstawiciele Bractwa Muzułmańskiego, stojąc wtedy przed nami w klasie, oznajmili, że walka z wrogiem to tylko jedna forma dżihadu. Inną są datki finansowe. Wspieranie bojowników to też dżihad. Jeśli nie możemy zbrojnie walczyć o słowo Boże, zawsze możemy pomóc pieniędzmi.

Sięgnąłem do kieszeni. Właśnie dostałem kieszonkowe, żebym miał przez tydzień na lunch. Kiedy dotarł do mnie mały koszyk, wrzuciłem do niego całą sumę z poczuciem, że muszę tak postąpić. Nie. Że chcę. Że to ja mogłem być na miejscu tamtego chłopca. Żydów należy powstrzymać. Izrael nie wygra.

Po południu, kiedy wróciłem do domu, powiedziałem matce, że jestem głodny. Zdziwiła się, więc wyjaśniłem, dlaczego nie zjadłem lunchu. Uściskała mnie z radości. Gdy przyszedł ojciec, słyszałem, jak piętro wyżej rozmawiają z matką. Chwilę później oboje wkroczyli do mojego pokoju. Usiadłem prosto i spojrzałem na nich przestraszony. Ojciec nigdy do mnie nie zachodził, to nas zawsze wzywano do niego.

– Mohammedzie, słyszałem, co zrobiłeś – zaczął, stając przede mną i kiwając głową. Nie spuszczał ze mnie wzroku.

– Masz – włączyła się matka i podała mi mały plik banknotów. – Ponieważ oddałeś wszystko, co miałeś, zrekompensujemy ci to.

– Podwójnie – dodał ojciec. – Zachował się jak mężczyzna, więc powinien został wynagrodzony jak mężczyzna. – Po czym wyszedł.

Matka i ja spojrzeliśmy na siebie z uśmiechem.

Tamtego wieczoru długo leżałem w łóżku po zgaszeniu światła. Wyobrażałem sobie, że idę ulicami pogrążonej w wojnie Jerozolimy. Mam przy sobie karabin maszynowy. Otaczają mnie dym i iskry, wokół przelatują pociski. Byłem jak postać z gry wideo Deus Ex.

– Nie okazuj miłosierdzia – szepnąłem do siebie. – Żadnego miłosierdzia. Daj im to, na co zasługują.

A potem zapadłem w głęboki, niczym niezakłócony sen.

Śmierć Muhammada ad-Durry stała się katalizatorem dla wielu ludzi w świecie arabskim. Przez kolejne lata w jej rocznicę oglądaliśmy wiadomości telewizyjne i czytaliśmy nagłówki, przypominające jego historię: „Dziś Muhammad ad-Durra miałby trzynaście lat”, „Dziś Muhammad ad-Durra miałby czternaście lat”… Z biegiem czasu wszyscy utwierdzali się w gniewie.

Przez wiele lat snułem fantazje. Łączyłem motywy z różnych książek, które czytałem: historie wojowników, czyny bohaterów, tragedie męczenników. W obliczu wroga byłbym ewangelistą czy zdobywcą? Szeregowym żołnierzem czy oficerem? Byłbym silny czy silniejszy? Rozgromiłbym wroga czy okazałbym mu łaskę? Jak głosi jeden z hadisów:

Kto odejmie ziemskich cierpień wyznawcy, temu Allah w Dniu Sądu odejmie jedno jego cierpienie. Kto ulży potrzebującemu, temu Allah ulży na tym i na tamtym świecie. Kto osłoni muzułmanina, tego Allah osłoni na tym i na tamtym świecie. Allah będzie pomagał swemu słudze tak długo, jak ten będzie pomagał swemu bratu.

* * *

W szkole średniej zacząłem pomagać ojcu w szpitalu, zapisywałem pacjentów na wizyty i załatwiałem sprawy. Czułem się użyteczny i mówiłem sobie, że to dobre doświadczenie zawodowe, mimo że czasami nie miałem co robić. Pewnego dnia, czekając, aż ojciec skończy pracę, przeszedłem się korytarzem i zobaczyłem dwóch mężczyzn w ciemnych zachodnich garniturach i białych koszulach. Obaj mieli na głowach czarne okrągłe czapeczki, a wokół brodatych twarzy – kręcone pasemka włosów.

Żydzi.

Przyjrzałem im się.

Przyszły lisy, żeby żerować na chorych i słabych.

Jeden z mężczyzn objął ramieniem drugiego, jego jabłko Adama poruszało się w górę i w dół. Tylko siedem kręgów łączyło głowę z resztą ciała. Nieduży, drobny kościec. Moja lewa ręka zacisnęła się w pięść. Pomyślałem, żeby rzucić się na nich, obalić ich na posadzkę. Ale zamiast chwycić najbliższy skalpel, zawiesiłem się. Język przylgnął mi do podniebienia, gardło się zacisnęło, ręce zawisły sztywno przy bokach. Biernie patrzyłem, jak oddalają się korytarzem. A kiedy zdołałem przemieścić stopy, żeby wyjrzeć za róg, już ich nie było. Zniknęli, jakby za sprawą czarów.

Przejęty wróciłem przed gabinet ojca i opadłem na krzesło. Kto ich wpuścił do wojskowego szpitala? Czy to możliwe, żeby leczył ich któryś z naszych lekarzy? I co ważniejsze, czy nie zmarnowałem okazji, żeby się wykazać? Miałem swoje pięć minut i nic nie zrobiłem.

Wiedziałem, że gdzieś w Jemenie, w ukryciu, wciąż mieszka kilkuset Żydów. Czy mogłem ich dorwać?

Rozdział 4

I tak w kółko

Arabski jeździec z Jemenu, około 1787 roku

Kiedy wpadłem w króliczą norę i fantazjowałem o odwecie, mój starszy brat Husajn zakochał się w dziewczynie, pół Egipcjance, pół Jemence. Nie była zajdytką. I chociaż podział na szyitów i sunnitów nie odgrywał wielkiej roli w naszym życiu, podtrzymanie w rodzinie tradycji zajdyckiej było dla moich rodziców ważne, może dlatego, że sami stanowili małżeństwo mieszane.

Matka i ojciec jako para złamali wszystkie tradycyjne i społeczne konwencje. Rodzina Al Samawich była szanowana i wywodziła się aż od samego proroka Mahometa. Przez całe pokolenia jej przedstawiciele służyli społeczności jako sędziowie, prawnicy i inżynierowie. Wykształceni i poważani, byli bardzo konserwatywni, jeśli chodzi o wybór żony. Mój ojciec, doskonały uczeń i przyszły lekarz, był idealnym kandydatem w oczach jemeńskiej matki, szukającej męża dla swojej córki. Zanim jednak zdążył się ożenić, wyjechał na studia medyczne do Związku Radzieckiego. Dzięki temu moja babka zyskała więcej czasu, żeby znaleźć mu godną szacunku zajdytkę z północy.

Jemen był wtedy podzielony na dwa państwa: Jemeńską Republikę Arabską na północy i Ludowo-Demokratyczną Republikę Jemenu na południu. Ten podział, chociaż nietrwały, wynikał z liczącej tysiące lat historii. Ludzie zamieszkiwali rozciągające się na wybrzeżu równiny i głębiej położone góry południowozachodniej części Półwyspu Arabskiego już pięć tysięcy lat przed naszą erą i od tego czasu przez Jemen i wokół niego prowadził szlak handlowy między Europą a Azją z jej różnymi cywilizacjami. Kontrola nad nim i dostęp do niego miały wielkie znaczenie dla całego świata. Osmanowie zdawali sobie z tego sprawę i w miarę, jak sułtan imperium osmańskiego podbijał Półwysep Arabski, zmierzając w kierunku muzułmańskich świętych miejsc Mekki i Medyny, stawał się nie tylko religijnym autorytetem, ale także władcą tego szlaku. Jednak jego armia zatrzymała się, zanim dotarła do Adenu – co ostatecznie przyczyniło się do upadku imperium.

Przez jakiś czas Osmanowie kontrolowali miejscowy handel, ale w piętnastym wieku Europejczykom zaczęły przeszkadzać związane z tym ograniczenia. W 1497 roku portugalski odkrywca Vasco da Gama wyruszył w podróż, żeby znaleźć nową drogę morską prowadzącą z Europy do Indii, i uświadomił sobie, że gdyby Portugalczycy opanowali Aden – a wraz z nim Maskat w Omanie i Diu w Indiach – w końcu mogliby całkowicie ominąć imperium osmańskie. Więc przez cały szesnasty wiek jego rodacy walczyli z Osmanami o władzę w tym rejonie – także nad drogą morską. Chociaż nie ma zgodności co do datowania, Portugalczykom udało się w pewnym momencie zdobyć część Adenu, co groziło, że całkowicie odetną Osmanów od handlu przyprawami.

W 1548 roku Osmanowie odzyskali te tereny, ale to nie ocaliło ich imperium. Ponieważ szlak handlowy tracił na znaczeniu, co z kolei prowadziło do utraty władzy i bogactwa, państwo to zaczęło gwałtownie słabnąć. Wtedy do akcji wkroczyło nowe supermocarstwo: Brytyjczycy. Zmiana globalnego układu sił znalazła wyraz w 1839 roku, kiedy weszli oni do południowego Jemenu i zagarnęli Aden. Ich kontrola nad tym miastem zwiększyła się w 1869 roku po otwarciu Kanału Sueskiego, który prowadził przez Egipt. Choć początkowo kanał należał do rządu egipskiego i prywatnych francuskich inwestorów, Brytyjczycy wykorzystali kłopoty finansowe Egiptu i kupili od jego władz blisko pięćdziesiąt procent udziałów. Niebawem Kanał Sueski stał się kluczowy dla wszelkiego handlu między Morzem Śródziemnym a Oceanem Indyjskim.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Nazwa „żyd/Żyd” zapisywana jest dwojako: małą literą, jeśli oznacza wyznawcę religii, a wielką – gdy mowa o członku grupy etnicznej/narodowościowej. Jeżeli kontekst nie wskazuje jednoznacznie na to, którego z rozumień dotyczy dane słowo, to z reguły stosuje się zapis wielką literą [przyp. tłum.]. [wróć]

Transkrypcja nazwisk i nazw arabskich została uproszczona. Z różnych względów w części przypadków użyto ustalonych form zapisu (przeważnie w transkrypcji angielskiej lub francuskiej) [przy. tłum]. [wróć]

Eksfiltracja – w wojskowości żargonowe określenie skrytej ewakuacji [przyp. tłum.]. [wróć]

Koran, 21, 107. Wszystkie fragmenty Koranu są cytowane za: Koran, przeł. Józef Bielawski, Warszawa 1986. Pozostałe tłumaczenia, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki [przyp. tłum]. [wróć]