Polowanie na Generała - Henryk Nicpoń - ebook + książka

Polowanie na Generała ebook

Henryk Nicpoń

4,0
25,53 zł

lub
Opis

Reporterski zapis historii konfliktu Piłsudskiego z generałem Rozwadowskim w procesie odzyskiwania przez Polskę niepodległości.

Rola Rozwadowskiego, doskonałego stratega, bohatera wojny 1920 roku, jakże często marginalizowana, okazuje się kluczowa. Autor, idąc pod prąd opiniom o Piłsudskim, jako jedynym bohaterze polskiej wolności, przywołuje fakty, które z jednej strony pomniejszają wielkość Naczelnika, ukazując go w wielu sytuacjach jako polityka zakompleksionego i bezradnego, a z drugiej wybijają geniusz wojskowy Rozwadowskiego i wskazują Piłsudskiego jako bezpośredniego sprawcę przedwczesnej śmierci Rozwadowskiego w 1928 roku.
„W nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku działacze lewicy niepodległościowej na czele z Daszyńskim ogłosili powstanie lubelskiego, Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej i obalenie Rady Regencyjnej, która przecież ogłosiła niepodległość Polski już miesiąc wcześniej, 7 października. Dla generała Jordan-Rozwadowskiego powołanie rządu lubelskiego było zamachem stanu. I to w sytuacji, gdy odradzające się państwo potrzebowało konsolidacji. Podobnie musiał myśleć Wincenty Witos, który odmówił przyjęcia jakiegokolwiek stanowiska w tworzącym się rządzie. Obawiał się nawet niemieckiej inspiracji, wywołującej całe to zamieszanie, dzielące Polaków na lubelskich i warszawskich, postępowych i zacofanych, Polaków lepszego i gorszego sortu.”
„Za kolejnymi próbami aresztowania generała Jordan-Rozwadowskiego mógł stać sam wielki bohater wracający z Magdeburga, witany w Warszawie jako zbawca narodu. Jeśli lubelski minister wojny Edward Rydz-Śmigły od chwili swojego awansu politycznego w jakikolwiek sposób kontaktował się z Piłsudskim, to musiał z nim konsultować wielkie polowanie, jakie urządził na generała Rozwadowskiego. Pytanie tylko: dlaczego obaj podjęli się tego zadania. Z lęku, że chwała za wywalczenie wolności dla Polski przypadnie komuś innemu, a nie im? Czy też otrzymali zlecenie na zniszczenie Rozwadowskiego? Od kogo?” – fragmenty e-booka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 291




Warszawa 2017
Copyright © by Fabuła Fraza
Copyright © by Henryk Nicpoń
Projekt graficzny i skład: Dymitr Miłowanow
Zdjęcia i plakaty: Archiwum Muzeum Niepodległości w Warszawie
Korekta: Alicja Kobel
Wydanie elektroniczne 2018
ISBN 978-83-65411-20-4
Fabuła Fraza Sp. z o.o.
02-495 Warszawa
ul. Apartamentowa 6/B3
www.fabulafraza.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Generał Tadeusz Rozwadowski uchronił Polskę, zapewne też Europę, przed eksportem rewolucji bolszewickiej. Autor wielkiego zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej 1920 roku został jednak okradziony przez propagandę sanacyjną z zasług i skazany na zapomnienie. Polakom do dziś przedstawiane są konfabulacje, mistyfikacje i różne półprawdy spreparowane przez sanację i samego Józefa Piłsudskiego, jako miarodajne i historycznie obiektywne. Już pod koniec lat 30. XX wieku pojawiały się coraz bardziej stanowcze żądania, by odkłamać historię Polski i przywrócić w niej miejsce dla takich ludzi, jak Rozwadowski – genialny strateg, świetny dyplomata, człowiek, którego Niemcy uważali za największe zagrożenie dla odbudowy własnej potęgi militarnej. Aby nie dopuścić do odkłamania historii i chronić stworzony mit przed konfrontacją z prawdą, obóz sanacyjny przeforsował 7 kwietnia 1938 roku ustawę o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego, Pierwszego Marszałka Polski. Można czasem odnieść wrażenie, że tamta ustawa obowiązuje i dziś.

Jakże często podręczniki historii powtarzają legendy. Już przed, a szczególnie po zamachu majowym 1926 roku, sztaby ludzi powiązanych z Józefem Piłsudskim pracowały nad stworzeniem mitu o genialnym Marszałku – ojcu narodu, który po latach rozbiorów sam zwrócił Polsce wolność. Niszczono przy tym dokumenty niewygodne dla piłsudczyków. Zmieniano także sens wydarzeń historycznych, niejednokrotnie nadając wielkie, przełomowe znaczenie mało ważnym incydentom.

Książka „Polowanie na generała” nie pretenduje do bycia podręcznikiem historii. Przywołuje za to w większości znane fakty, ale uszeregowane w związki przyczynowo-skutkowe. Układają się one w opowieść pełną intryg. Do tego dochodzą niedawno ujawnione, nowe okoliczności, związane z zamachem majowym 1926 roku. Coraz więcej archiwalnych materiałów potwierdza, że Wielka Brytania oraz, najprawdopodobniej, Niemcy sfinansowały zamach. Jak się okazuje w świetle innych dokumentów, dokonano tego wysiłku finansowego między innymi dlatego, aby nie dopuścić do powstania federacji polsko-czechosłowackiej, do której oba kraje zmierzały.

Prawdziwy powód zamachu majowego, jak i wiele innych wydarzeń nie najlepiej świadczących o marszałku Piłsudskim, był w propagandowych opracowaniach pomijany, z archiwów zaś skrupulatnie usuwany. Wielu świadków historii związanej z odzyskaniem niepodległości i wojną polsko-bolszewicką 1920 roku swoją wiedzę przypłaciło życiem. Wśród nich generał Tadeusz Rozwadowski.

Niestety, zbyt wiele polskich dramatów, jakie nastąpiły po 1918 roku, znajduje odzwierciedlenie we współczesności.

Większość polskich patriotów była przekonana, że odrodzenie Rzeczypospolitej dokonuje się wbrew mocarstwowym interesom Austro-Węgier, Niemiec oraz Rosji i jest z różnych względów wyjątkowo niekorzystne dla wszystkich trzech zaborców. Fakt, że prowadziły między sobą wojnę, nie miał w tym przypadku większego znaczenia. We wspólnym ich interesie leżało, aby odzyskująca niepodległość Polska była państwem jak najsłabszym. Wszelkie najgorsze obawy i przewidywania wielu działaczy niepodległościowych potwierdziły się w pierwszych miesiącach 1918 roku w Brześciu Litewskim. Przystępując do negocjacji pokojowych, Niemcy i Austro-Węgry, państwa przewodzące sojuszowi państw centralnych, oraz Rosyjska Federacyjna Socjalistyczna Republika powstała w wyniku Rewolucji Październikowej pod wodzą Lenina, jednomyślnie postanowiły nie dopuścić do mających się toczyć rozmów przedstawiciela bądź wysłannika odradzającego się państwa polskiego. Ponadto nie sprzeciwiły się zaproszeniu na pertraktacje pełnomocników wybijających się na niepodległość Finlandii i Ukrainy. W negocjacjach uczestniczyli również reprezentanci Królestwa Bułgarii oraz Imperium Osmańskiego, sprzymierzeńcy Niemiec i Austro-Węgier w prowadzeniu wyniszczającej i bezwzględnej wojny przeciwko trójporozumieniu zwanemu Ententą, czyli aliansowi Wielkiej Brytanii, Francji i przedrewolucyjnej Rosji.

Ponadto autor niemieckiej strategii wojennej na wschodzie, generał major Max Hoffman, jednoznacznie dawał do zrozumienia wysłannikom Lenina, że po zakończeniu działań wojennych konieczne będzie przygotowanie podstaw do wzajemnego zbliżenia oraz współdziałania Niemiec i Rosji na wielu płaszczyznach, i to niezależnie od tego, kto będzie w obu krajach rządził. Także minister spraw zagranicznych Cesarstwa Niemieckiego Richard von Kuhlmann sugerował reprezentantom Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki, w tym Adolfowi Joffe, Lwowi Trockiemu, Grigorijowi Zinowiewowi i Grigorijowi Sokolnikowi, że we wspólnym interesie, niezależnie od treści postanowień traktatowych, istnieje konieczność podjęcia współpracy i niedopuszczenia do odrodzenia się Rzeczypospolitej w granicach przedrozbiorowych. Miał podobno powiedzieć:

– W tej części Europy nie ma miejsca dla jeszcze jednego mocarstwa!

Ze swymi antypolskimi poglądami nie krył się również minister spraw zagranicznych Austro-Węgier pochodzenia czeskiego, Ottokar Czernin. W dodatku za jego doradcę uchodził, wielokrotnie ostentacyjnie wyjeżdżający po wskazówki do Berlina, Mikołaj Wasilko, popularny w Europie pośrednik dyplomatyczny ukraińskiego pochodzenia, znany z prowadzenia podejrzanych interesów w wiedeńskich sferach rządowych. Dzięki ich staraniom strony negocjujące traktat postanowiły nie dopuścić do reaktywowania silnej Polski. Mając to na uwadze, przystały na oddanie Podlasia i Chełmszczyzny, a także na przyobiecanie wschodniej Galicji wraz ze Lwowem proklamowanej 25 stycznia 1918 roku Ukraińskiej Republice Ludowej. Przyjęte ustalenia sankcjonował specjalny traktat podpisany 9 lutego 1918 roku z ukraińskim rządem. Na jego mocy Kijów uzyskiwał te i inne ziemie, które polscy patrioci uważali za polskie. Do tego w trzecim punkcie tajnego protokołu porozumień między walczącymi stronami Rosyjska Federacyjna Socjalistyczna Republika zobowiązywała się do rozbrojenia i niedopuszczenia do formowania nowych oddziałów polskich na swych terenach. Nic zatem dziwnego, że z perspektywy polskiej zapis ten był boleśniejszy niż utrata przez rodzące się państwo radzieckie Estonii, Łotwy, Litwy, znacznej część Białorusi oraz całej Ukrainy. Sprawiał, że ostateczna wersja podpisanego 3 marca 1918 roku traktatu pokojowego między Cesarstwem Niemieckim i Austro-Węgrami oraz ich sojusznikami: Królestwem Bułgarii i Imperium Osmańskim a Rosyjską Federacyjną Socjalistyczną Republiką miała wyraźnie antypolski charakter. Nikogo więc nie powinno dziwić, że wielu europejskich polityków zaczęło mówić, iż austro-węgierski minister Czernin sprzedał odradzającą się Polskę za zapewnienie dostaw chleba i żywności z Ukrainy dla Wiednia i Berlina. Głód zaczął się bowiem szerzyć w obu mocarstwach, dlatego też zawarte porozumienie nazwano pokojem chlebowym.

W tych okolicznościach polscy działacze niepodległościowi uznali, że nadszedł czas przeciwstawienia się poczynaniom zaborców, w szczególności Niemiec i Austro-Węgier. Polski generał Tadeusz Rozwadowski, uważany w Berlinie i Wiedniu za jednego z najlepszych europejskich strategów wojskowych, napisał wprost: „Trzeba się teraz bronić do upadłego i starać się wykorzystać nawet najtrudniejszą sytuację jak najlepiej dla nas”.

Nikogo w środowiskach patriotycznych specjalnie nie zaskoczyło, że w odpowiedzi na podpisany 3 marca 1918 roku traktat brzeski Polski Korpus Posiłkowy, czyli dawna II Brygada Legionów Polskich, zwana Brygadą Żelazną, opuściła szeregi armii austriackiej. W Berlinie i Wiedniu rosło przekonanie, że ewentualne odrodzenie się Rzeczypospolitej w granicach przedrozbiorowych mocno uderzy w podstawy ich mocarstwowości. Toteż gdy Ukraińska Republika Ludowa okazała się zbyt słaba, aby przejąć przyznane jej traktatem brzeskim terytoria, a co ważniejsze, nie była w stanie wywiązać się z przyrzeczonych dostaw chleba i żywności, oba mocarstwa zmieniły nieco priorytety. Postanowiły teraz rozgrywać kwestię polską poprzez konfliktowanie krajów wybijających się na niepodległość w środkowej i wschodniej Europie. Temu celowi między innymi miało służyć utrzymanie Galicji Wschodniej wraz ze Lwowem w strefie ich wpływów. Pomysł, aby właśnie w ten sposób szachować odradzające się państwo polskie, zyskał wielu zwolenników zarówno w Berlinie, jak i w Wiedniu. Manifest cesarza Karola I Habsburga: „Do moich austriackich ludów” zapowiadał przekształcenie dualistycznych Austro-Węgier w państwo federalne. Do tego, aby zyskać jak największą przychylność ukraińskich, czyli rusińskich mieszkańców Galicji Wschodniej, zaczęto nazywać ich Tyrolczykami Wschodu. Za poczynione obietnice ustępstw kosztem odradzającej się Polski i kuszenie niepodległością żądano od nich jednego: by się zobowiązali, jak niedawno jeszcze Ukraińska Republika Ludowa, do dostarczania żywności obu „wygłodniałym” mocarstwom.

Wojskowe władze austro-węgierskie, realizując sprytnie obmyślaną strategię, kierowały do Lwowa pułki, w których służyli przede wszystkim Ukraińcy. Nie sprzeciwiły się także powstaniu Ukraińskiego Generalnego Komisariatu Wojskowego. Dla wzmocnienia, jak mówiono, zbrojnych sił wschodnio-tyrolskich nakazano żołnierzom powracającym z frontów i odległych garnizonów meldować się do dyspozycji narodowym władzom wojskowym. Przygotowano nawet magazyny broni do przekazania ukraińskim protegowanym. Namiestnik Galicji Karl Georg Huyn i komendant wojskowy Lwowa gen. Rudolf Pfeffer nie ukrywali swych sympatii politycznych. Przy ich aprobacie odbył się nawet zjazd mężów zaufania z Galicji Wschodniej, Bukowiny i Rusi Zakarpackiej, podczas którego 19 października 1918 roku ogłoszono powstanie Ukraińskiej Rady Narodowej. W jej skład weszli ukraińscy posłowie z dwuizbowego parlamentu austriackiego, Sejmu Krajowego Galicji, Sejmu Krajowego Bukowiny, przedstawiciele ukraińskich partii, przedstawiciele miast i powiatów oraz bezpartyjni fachowcy; łącznie sto pięćdziesiąt osób. Wśród nich znaleźli się Andrzej Szeptycki, Aleksander Barwiński, Iwan Horbaczewski i Kost Łewycki. Przewodniczącym Rady został Jewhen Petruszewycz.

Tymczasem można było odnieść wrażenie, że Polacy na tych terenach wolą przekrzykiwać się w głoszeniu niepodległościowych haseł niż zająć się tworzeniem zrębów mającego się odrodzić państwa. W kłótniach międzypartyjnych celowali aktywiści partii socjalistycznych i prawicowych oraz Polskiej Organizacji Wojskowej. Działacze innych ugrupowań politycznych i wojskowych też dolewali oliwy do ognia. Nie powinno więc dziwić, że blisko sześć miesięcy musiało upłynąć od ogłoszenia 28 maja 1917 roku przez galicyjski Sejm Krajowy deklaracji o dążeniu do utworzenia niepodległej Polski do powołania 28 października Polskiej Komisji Likwidacyjnej jako organu władzy odradzającego się państwa polskiego znajdującego się pod zaborem austriackim. I stało się to w Krakowie, a nie we Lwowie, stolicy Galicji. W Berlinie i Wiedniu żałowano tylko, że nie później.

Na szczęście bez większych kontrowersji w obu stolicach przyjęto informację, że w skład krakowskiej namiastki rządu polskiego weszli posłowie z dwuizbowego parlamentu austriackiego, Sejmu Krajowego Galicji oraz polscy patrioci ze wszystkich stronnictw politycznych: Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast”, Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej, PSL – Lewicy, Polskiego Stronnictwa Postępowego, Polskiego Stronnictwa Demokratycznego, Zjednoczenia Narodowego i Stronnictwa Prawicy Narodowej. Członkowie prezydium Komisji: Ignacy Daszyński, Aleksander Skarbek, Tadeusz Tertil i Józef Londzin oraz jej przewodniczący Wincenty Witos, lider Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast”, byli też z punktu widzenia zaborców do zaakceptowania.

Tymczasem w obu stolicach wyraźnie nie spodobało się ogłoszenie 31 października 1918 roku przez Polską Komisję Likwidacyjną przejęcia pełni władzy nie tylko na terenach całej Galicji, ale i Śląska Cieszyńskiego. Uznanie przez PKL za swoje najważniejsze zadanie doprowadzenia do połączenia ziem zaboru austriackiego z resztą odradzającej się Rzeczypospolitej było dla Wiednia nie do przyjęcia. Dla establishmentu państw aspirujących do podporządkowania świata własnym interesom była to prowokacja, którą należało jak najszybciej ukrócić.

Z perspektywy obu stolic szczególnie złowrogie wieści nadchodziły z Warszawy, najważniejszego miasta ziem polskich odbitych jeszcze w 1916 roku z rąk rosyjskich i nazywanych od tego czasu Królestwem Polskim. Wielu niemieckich i austriackich dygnitarzy zaczynało żałować proklamacji wydanej 5 listopada 1916 roku w Pszczynie, podpisanej przez generalnych gubernatorów: niemieckiego z Warszawy – Hansa Hartwiga von Beselera i austro-węgierskiego z Lublina – Karla Luka, zawierającej obietnicę niepodległości dla kraju położonego nad Wisłą.

Przede wszystkim Rada Regencyjna, organ władzy zwierzchniej królestwa w Warszawie, utworzony zgodnie z danym wtedy słowem, ogłosiła 7 października 1918 roku niepodległość Polski. Nie hucznie, ale skutecznie. Pod względem formalnym nienagannie. W specjalnym orędziu do narodu polskiego wydrukowanym w dodatku nadzwyczajnym „Monitora Polskiego” oznajmiła, że odradzająca się Rzeczypospolita obejmie „wszystkie ziemie polskie, z dostępem do morza, z polityczną i gospodarczą niezawisłością, jako też terytorialną nienaruszalnością, co przez traktaty międzynarodowe zagwarantowane będzie”. Szczególnie w Berlinie potraktowano warszawskie oświadczenie niepodległościowe jako przejaw wyjątkowej nielojalności osób, którym Niemcy zaufały i umożliwiły tworzenie zrębów państwa, które od ponad wieku nie istniało. Z orędzia jednoznacznie bowiem wynikało, że do Polski przynależeć będzie co najmniej Wielkopolska i Pomorze z Gdańskiem. O tym, że nie były to czcze słowa, świadczyło uczynienie podporucznika Henryka Bigoszta odpowiedzialnym za kontakty z Poznańskiem oraz wydanie specjalnego oświadczenia o udzieleniu wszelkiej pomocy polskim powstańcom w razie wybuchu zbrojnego zrywu antyniemieckiego na tych terenach.

Na wieść o zgłoszonych przez Warszawę oczekiwaniach terytorialnych kosztem Niemiec w Berlinie nastąpiła konsternacja. Dla sprawujących tutaj władzę nie do przyjęcia było, by państwo, które według nich wygrało wojnę światową na wschodnim froncie, o czym świadczył chociażby pokojowy traktat brzeski, miało stracić wschodnie ziemie zdobyte w wyniku rozbiorów Rzeczypospolitej. Nie mieściło im się w głowie, że ludzie, którym zaufali i którym przekazali władzę w odbitym przez nich z rąk rosyjskich Królestwie Polskim, mogą być aż tak bardzo wiarołomni, wręcz zdradzieccy. Nie mieli najmniejszej wątpliwości, że wchodzący w skład Rady Regencyjnej książę Zdzisław Lubomirski, Aleksander Kakowski i Józef Ostrowski okazali się obłudnikami.

7 października postanowiono w Warszawie o jak najszybszym przejęciu przez odradzające się państwo polskie władzy zwierzchniej nad wojskiem, czyli Polską Siłą Zbrojną, oraz nad administracją Królestwa i Galicji. Kolejne wydarzenia coraz dobitniej świadczyły, że Niemcy i Austro-Węgry tracą Polskę. Wymuszona na generale-pułkowniku Hansie Hartwigu von Beselerze „dobrowolna rezygnacja” ze wszystkich funkcji dowódczych w Polskiej Sile Zbrojnej potwierdziła tylko, że sytuacja w Warszawie wymknęła się Niemcom spod kontroli. Powołanie przez Radę Regencyjną rządu Józefa Świeżyńskiego oznajmiło światu, że zachodzące przeobrażenia i zmiany są nieodwracalne. Polska niepodległość zaczynała coraz bardziej zagrażać spójności, granicom i międzynarodowej pozycji obydwu mocarstw, które wywołały wielką wojnę.

Wkrótce w Berlinie i Wiedniu za złowróżbną informację uznano mianowanie 28 października 1918 roku, na Naczelnego Wodza i równocześnie szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, generała Tadeusza Rozwadowskiego. Niemiecki Sztab Generalny po naradzie z byłym generalnym gubernatorem Beselerem zadecydował, że należy zrobić wszystko, aby jak najszybciej pozbyć się człowieka, który stanął na czele odradzającego się wojska polskiego. W obu stolicach trwożnie analizowano, że generał Tadeusz Rozwadowski jest nie tylko niezrównanym organizatorem regularnej armii, ale przede wszystkim utalentowanym i wybornym strategiem. Jego wyjątkowa przytomność umysłu i pomysłowość pozwalały wygrywać bitwy, których początkowy przebieg nie wróżył zwycięstwa. Dlatego wielu najwyższych rangą wojskowych obu potęg militarnych uważało, że Rozwadowski może być groźniejszy dla mocarstwowego bytu i pozycji ich państw na arenie międzynarodowej niż całe odradzające się wojsko polskie razem wzięte. Do tego sam Rozwadowski, mianowany na Naczelnego Wodza i szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, nie ukrywał, że jego życiową misją i posłannictwem jest odbudowa Rzeczypospolitej.

Kreatorzy polityczni i decydenci wojskowi w Berlinie, Wiedniu i w Ukraińskiej Radzie Narodowej musieli być zaskoczeni, gdy dotarły do nich informacje, że Polska Komisja Likwidacyjna zadecydowała o wysłaniu Aleksandra Skarbka, Zygmunta Lasockiego i Władysława Grzędzielewskiego do Lwowa, by na początku listopada 1918 roku przejęli władzę nad ziemiami zaboru austriackiego. Zgodnie z niemiecko-austriackim scenariuszem, „Tyrolczycy wschodni”, czyli Rusini lub, jak kto woli – Ukraińcy, mieli przejąć władzę dopiero 15 listopada. Misternie przygotowany plan się walił. Aby go ratować, po błyskawicznie przeprowadzonych konsultacjach wojskowi powiązani z Ukraińską Radą Narodową uznali, że nic nie stoi na przeszkodzie, by przyśpieszyć realizację wyznaczonych zadań.

W samym tylko Lwowie dysponowali kilkoma tysiącami żołnierzy zakwaterowanych w koszarach przy ulicach Kurkowej, św. Piotra i Pawła, Jabłonowskich i Zyblikiewicza. Austriackie dowództwo, w porozumieniu z przedstawicielami powstających władz ukraińskich, pozbyło się większości Polaków służących w tych oddziałach, szczególnie zaś oficerów. Zadbano, by w policji wojskowej, którą dowodzili Polacy, służbę pełnili przede wszystkim szeregowcy i podoficerowie ukraińscy. Podobnie w żandarmerii. Polskich funkcjonariuszy przenoszono jak najdalej od Lwowa. Tylko z siedziby przy ulicy Sapiehy pozbyto się w ten sposób siedemnastu Polaków. Znaczne zapasy karabinów i amunicji w całej Galicji Wschodniej przekazano już do dyspozycji ukraińskich oddziałów wojskowych.

Nawet w Wiedniu uważano za istotne, by Ukraińska Rada Narodowa przejęła kontrolę nad miastem jak najszybciej, przed przybyciem przedstawicieli Polskiej Komisji Likwidacyjnej. Najlepiej w nocy z 31 października na 1 listopada 1918 roku. Specjalnie powołana na tę okoliczność Egzekutywa Bojowa zadecydowała, by dowództwo nad akcją objął cesarsko-królewski kapitan/pułkownik Dymytro Witowskyj. Utworzona została Ukraińska Komenda Generalna. O tym, na co się zanosi, w środowiskach polskich wiedziano niewiele. Przypadkowo jednak do rąk porucznika Janusza de Beaurain, działającego w Polskiej Organizacji Wojskowej, trafiło wezwanie organizatorów przewrotu do stawienia się na zbiórkę o godzinie drugiej po północy przed jednym z lwowskich gmachów. De Beaurain natychmiast wszczął alarm.

Pierwszym budynkiem publicznym przejętym przez siły ukraińskie była główna poczta, z centralą telegraficzno-telefoniczną. W ten sposób łączność Lwowa ze światem zewnętrznym, w tym z Krakowem i Warszawą, została przerwana. Polscy patrioci byli zdani na samych siebie i na szybką pomoc z zewnątrz nie mogli liczyć.

Ukraińcy w nocy opanowali również namiestnictwo, Wydział Krajowy, Dyrekcję Policji i dworce kolejowe. Zdobyli także Bank Austro-Węgierski, Bank Krajowy i wszystkie kasy rządowe. W ten sposób zawładnęli olbrzymimi zasobami. Dysponowali już nie tylko licznym wojskiem, pokaźną ilością broni i amunicji oraz znacznymi zapasami żywności w wojskowych magazynach, ale przede wszystkim niemałym kapitałem na sfinansowanie działań wojennych. Wydawało się, że wszystkie atuty są po ich stronie. Nie tylko podjęli inicjatywę w przejmowaniu władzy, ale przede wszystkim zapewnili dla swych aspiracji do samostanowienia przychylność i poparcie państw centralnych.

Wydawało się, że nikt nie jest już w stanie przeszkodzić Ukraińskiej Radzie Narodowej w opanowaniu Lwowa. Kilkuset wojskowych, przede wszystkim z Polskiej Organizacji Wojskowej, nie było przygotowanych do wojny. Kapitan Zdzisław Tatar-Trześniowski wraz z czterdziestoma ochotnikami stanął do obrony szkoły im. Henryka Sienkiewicza. Nie mieli jednak prawie w ogóle broni. Podporucznik Tadeusz Felsztyn postanowił dozbroić obrońców szkoły na nieodległym posterunku policji przy rogatce Gródeckiej. Wraz z dwunastoma chłopcami w cywilnych ubraniach bardzo szybko dotarł na miejsce. Po krótkiej walce ochotnicy, wyposażeni już w kilkanaście karabinów, wrócili do szkoły atakowanej przez blisko sześćdziesięcioosobowy oddział Ukraińców. Dzięki broni zdobytej na posterunku policji natarcie zostało odparte. W ręce obrońców wpadł samochód uzbrojony w karabin maszynowy.

Uratowany został również „Dom Techników” przy ulicy Issakowicza. Jego obrońcy z kolei zdobyli karabiny składowane w szpitalu wojskowym na Politechnice Lwowskiej. Co ważniejsze, rozeszły się wieści, że komendantem obrony miasta jest podpułkownik artylerii Czesław Mączyński. Ku zaskoczeniu wszystkich do obrony Lwowa zaczęli się zgłaszać kilkunastoletni chłopcy i młodzież szkół średnich. Obrońcom udało się wyprzeć oddziały ukraińskie z Dworca Czerniowieckiego, które akurat wyładowywały z wagonów broń i amunicję. Niewielka grupa osób pod dowództwem porucznika Bernarda Monda zajęła remizę tramwajową pod Cytadelą, w której stacjonowała załoga kilkuset Ukraińców. Wkrótce w ręce Polaków wpadł ważny punkt strategiczny: Główny Dworzec Kolejowy. Od niego bowiem biegły szyny we wszystkich kierunkach, w tym na zachód, do Krakowa. Znajdowały się tu także magazyny pełne broni, amunicji, mundurów i żywności.

Zwycięzcami 1 listopada 1918 roku czuli się jednak Ukraińcy. Najważniejsze gmachy publiczne i obiekty wojskowe znalazły się w ich posiadaniu. Dowodzący operacją wojskową cesarsko-królewski kapitan/pułkownik Dymytro Witowskyj wzorowo wywiązał się z powierzonego mu zadania. Wszystko wskazywało na to, że Ukraińska Komenda Generalna przejęła całkowitą kontrolę nad Lwowem. Około południa oficjalnie internowany namiestnik Galicji, generał Karl Georg Graf Huyn, przekazał władzę swojemu zastępcy, Włodymyrowi Decykewyczowi. Ogłoszone zostało także powstanie Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Miała być częścią federacji austriackiej zaproponowanej przez cesarza Karola I Habsburga w manifeście „Do moich austriackich ludów”. Przewodniczącemu Ukraińskiej Rady Narodowej Petruszewyczowi nie brakowało więc powodów do zadowolenia. Tymczasem powołanie tego dnia Polskiego Komitetu Narodowego przez Ernesta Adama z Narodowej Demokracji i Tadeusza Cieńskiego, reprezentującego polskich konserwatystów, było sygnałem, że bitwa o miasto dopiero się zaczyna. Zgodnie z przewidywaniami Wiednia i Berlina, walki między polską a ukraińską społecznością Lwowa w kolejnych dniach nie tylko przybierały na sile, ale stawały się coraz bardziej krwawe.

Informacje, jakie od kilku dni docierały do zastępcy szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, podpułkownika Włodzimierza Zagórskiego, przynoszone między innymi przez agentów wywiadu, brzmiały sensacyjnie. Wynikało z nich, że z inspiracji Niemiec, ale też uwięzionego w Magdeburgu Józefa Piłsudskiego, powstanie Tymczasowy Rząd Ludowej Republiki Polskiej w Lublinie, który ogłosi obalenie Rady Regencyjnej. Przewidziano, że premierem zostanie niczego jeszcze nie świadomy Ignacy Daszyński. Przedsięwzięcie miało zyskać poparcie komendanta głównego Polskiej Organizacji Wojskowej, pułkownika Edwarda Rydza-Śmigłego. W zamian obiecano mu stanowisko ministra wojny i awans na generała.

Niemcy wpadli na pomysł „operacji lubelskiej”, aby uzyskać co najmniej pięć celów. Po pierwsze: obalenie rządu Rady Regencyjnej. Po drugie: usunięcie ze stanowiska Naczelnego Wodza i równocześnie szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego generała Tadeusza Rozwadowskiego, którego Rada Regencyjna powołała na urząd wbrew stanowisku i interesom państwa niemieckiego. Po trzecie: wywołanie pod hasłami społecznymi, rewolucyjnymi i patriotycznymi destrukcji wewnętrznej w odradzającym się państwie polskim, aby zbytnio się nie umocniło. Po czwarte: przygotowanie gruntu pod przejęcie władzy przez Józefa Piłsudskiego, który miał obiecać, że nie będzie wszczynał walk z Niemcami o polskie ziemie znajdujące się pod ich zaborem oraz o Galicję Wschodnią i Lwów. Po piąte: najważniejszy dla Niemiec więzień Magdeburga przybywający do Warszawy mógł otrzymał władzę z rąk polskiego organu nieskażonego wcześniejszą współpracą z Berlinem. Najlepiej takiego, który za jednym zamachem zdelegalizowałby Radę Regencyjną.

Dla podpułkownika Zagórskiego postawa Józefa Piłsudskiego nie była zaskoczeniem. Wiedział z różnych źródeł, że pod koniec 1916 roku między Berlinem a Wiedniem powstawały coraz większe nieporozumienia na temat przyszłości Polski. Najistotniejsze dotyczyły kwestii granic. Austro-Węgry godziły się na niepodległość państwa ze stolicą w Warszawie, ale obejmującego tylko obszar Królestwa Polskiego. Ponadto cała tak zwana Galicja nadal miała być wyłącznie im podporządkowana, najwyżej mogłaby się cieszyć większą autonomią. Gotowe były również przystać na kompromis: niepodległa Polska jako kondominium równomiernie zależne od władz w Berlinie i Wiedniu. Natomiast Niemcy w przypadku przejęcia wyłącznej kontroli nad odradzającym się państwem polskim oferowali poszerzenie jego granic o rodzinne strony Piłsudskiego: Litwę, czyli gubernie: wileńską, grodzieńską i część mińskiej. Zdecydowani byli także oddać Polsce jeśli nie całą Galicję, to znaczną jej część, czyli Galicję Zachodnią. Między innymi dlatego Piłsudski uznał za korzystniejsze dla Polski związanie się z zaborcą niemieckim. I mimo doświadczeń magdeburskich pozostał wierny tej idei.

Pułkownik Edward Rydz-Śmigły miał zapewnić pomysłodawców powołania Tymczasowego Rządu Ludowej Republiki Polskiej, że doprowadzi do aresztowania generała Rozwadowskiego jako „austriackiego żołdaka” i skazania go na śmierć prawomocnym wyrokiem sądu. Na przykład za wspieranie podczas pierwszej wojny światowej państw zaborczych biorących udział w rozbiorach Rzeczypospolitej, w szczególności Austro-Węgier, oraz świadome działanie przeciwko odradzaniu się państwa polskiego. Przyszły minister wojny rządu lubelskiego miał obiecać nawet, że jeśli nie uda mu się doprowadzić do zatrzymania Rozwadowskiego, to wyśle specjalny oddział dywersyjny, by wysadził w powietrze pociąg, którym generał będzie wracał z Krakowa do Warszawy. Wszystko to brzmiało dość nieprawdopodobnie. Choć z drugiej strony nie było specjalną tajemnicą, że Śmigły, dla osiągnięcia wyznaczonych celów i zrealizowania własnych ambicji, gotów jest złamać każdą przysięgę. Podobnie jak to wielokrotnie czynił tymczasowo więziony w luksusowych warunkach w Magdeburgu jego towarzysz z Polskiej Partii Socjalistycznej i Polskiej Organizacji Wojskowej, Józef Piłsudski.

Włodzimierz Zagórski, absolwent Akademii Sztabu Generalnego w Wiedniu, jednej z najlepszych szkół na świecie przygotowujących do pracy w wywiadzie, wiedział, że dochodzących do niego informacji nie należy wyrzucać do kosza. Tym bardziej że Niemcy już raz, 3 listopada, próbowały pozbawić Radę Regencyjną władzy. Uzyskane przez niego informacje wywiadowcze potwierdzały, że rząd Świeżyńskiego właśnie z ich inspiracji próbował przeprowadzić w Warszawie zamach stanu. Dlatego swych najbardziej zaufanych ludzi wysłał do Lublina, Krakowa, Częstochowy i Piotrkowa Trybunalskiego, czyli najważniejszych miejsc, w których miały się rozgrywać akcje zaplanowane przez Polską Organizację Wojskową z inspiracji pułkownika Edwarda Rydza-Śmigłego.

Stylowo i szykownie urządzony gabinet Zagórskiego dosłownie tonął w papierzyskach. Wiele z nich miało charakter poufny, a nawet tajny. Na olbrzymim drewnianym biurku wszystko wydawało się jednak wzorowo poukładane. Gospodarz analizował sytuację. Rozmyślał o Piłsudskim, ambicjonerze z rozbudowanym do granic nieprzyzwoitości ego. Mania kolekcjonowania zaszczytów tak nim zawładnęła, że często zachowywał się irracjonalnie. Nie mógł się pogodzić z tym, że jako agent otrzymał kryptonim: „Stefan 2”, a jego bliski współpracownik Walery Sławek „Stefan 1”. Wypominał oficerom wywiadu austro-węgierskiego, że popełnili nietakt, dając mu numer dwa, a nie jeden. Po przeanalizowaniu możliwych scenariuszy Zagórski uznał za konieczne sparaliżowanie przepływu informacji między bojówkami Rydza-Śmigłego. Postanowił działać dyskretnie, bez rozgłosu. Generał Rozwadowski przebywał w Krakowie. Informacje o możliwym zamachu Zagórski potraktował bardzo poważnie.

„Z tego miejsca nasi przodkowie ruszali na pole chwały, gdy Ojczyzna była w potrzebie, z pieśnią „Bogurodzica” na ustach. Waszą rzeczą wzmocnić dzisiaj świetne tradycje Wojska Polskiego, bronić zagrożonych kresów Ojczyzny. Animusz rycerski u Polaka łączy się zawsze z głęboką wiarą. Ona też dopomoże nam do zwycięstwa, do pokonania piętrzących się w chwili obecnej trudności...”. Słowa kazania biskupa krakowskiego księcia Adama Sapiehy rozbrzmiewały w czwartek, 7 listopada 1918 roku, w katedrze na Wawelu. Patriotycznej homilii słuchano w skupieniu. Większość żołnierzy przybyłych na uroczystość zaprzysiężenia odradzającego się wojska polskiego, w tym Rozwadowski, nosiła jeszcze szare mundury austro-węgierskiej armii. Co najważniejsze, byli już zwolnieni przez cesarza Karola I Habsburga z przysięgi. Dawało się odczuć, że chwila jest historyczna. Wkrótce zaczęły rozbrzmiewać słowa ślubowania: „Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że Ojczyźnie mojej, Państwu Polskiemu i Radzie Regencyjnej, jako tymczasowej zastępczyni przyszłej władzy zwierzchniej Państwa Polskiego, na lądzie, wodzie, w powietrzu i na każdym miejscu wiernie i uczciwie będę służyć, że będę przełożonych i dowódców swych słuchał, dawane mi rozkazy i przepisy wykonywał i w ogóle tak się zachowywał, abym mógł żyć i umierać jak mężny i prawy żołnierz polski. Tak mi, Panie Boże, dopomóż!”.

Naczelny wódz i równocześnie szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego generał Rozwadowski skierował do żołnierzy składających przysięgę gorące i twarde słowa: „Ojczyzna w potrzebie! Broczący krwią Lwów potrzebuje natychmiastowej pomocy!”. Na jego wezwanie zaprzysiężeni oficerowie i żołnierze odpowiedzieli wielokrotnie okrzykiem: „Bóg i Ojczyzna!”.

Stworzenie jednolitej, powszechnej, niezależnej od innych państw i wspólnej dla odradzającej się Polski armii było nadrzędnym zadaniem, jakie postawił przed sobą generał Tadeusz Rozwadowski – naczelny wódz i równocześnie szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Wprowadzenie z jego inicjatywy powszechnego obowiązku służby wojskowej przez Radę Regencyjną Królestwa Polskiego miało służyć właśnie temu celowi. Zwolnienie z przysięgi oficerów i żołnierzy Polaków, jakie otrzymał od Karola I Habsburga, ostatniego władcy Cesarsko-Królewskich Austro-Węgier, usuwało przeszkody lojalnościowe na terenie Galicji. Dzięki temu Rozwadowski mógł, angażując w to weteranów wojennych, bez przeszkód formować nowe jednostki wojskowe. Co najważniejsze, powstał już pierwszy oddział Straży Gospodarczo-Wojskowej strzegącej granic odradzającej się Polski. Generał wydał także rozkaz o utworzeniu dywizji jazdy, mającej dać początek kawalerii Wojska Polskiego.

Ceremonia zaprzysiężenia oficerów i żołnierzy w katedrze na Wawelu dobiegała końca. Rozwadowski miał powody do ukontentowania. Starannie przycięta broda i podkręcone wąsy, które szczególnie pielęgnował, wydawały się jeszcze bardziej efektowne. Zaprzysiężenie nowego wojska dawało nadzieję, że przygotowana przez generała i jego podkomendnych operacja wojskowa pozwoli uratować Lwów, stolicę Galicji, dla odradzającej się Polski. Plan zakładał, że komendant główny Polskiej Organizacji Wojskowej pułkownik Edward Rydz-Śmigły na czele specjalnej brygady oddziałów ochotniczych z Warszawy i Lublina będzie się posuwał wzdłuż linii kolejowej w kierunku Rawy Ruskiej i uderzy od północy na Lwów, miasto opanowane przez Ukraińską Radę Narodową. Druga specjalna brygada zorganizowana w Krakowie, pod dowództwem generała brygady Bolesława Roi, otrzymała zadanie uderzenia od zachodu, także wzdłuż linii kolejowej. Zakładano również opanowanie po drodze Przemyśla, zawzięcie atakowanego przez wojsko ukraińskie.

Generał Rozwadowski nie wiedział jednak, że Ignacy Daszyński, jeden z przywódców Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej, członek prezydium Polskiej Komisji Likwidacyjnej, wyjechał do Lublina, aby pozbawić władzy „narzuconą Polsce przez obce i wrogie czynniki” Radę Regencyjną. Do głowy mu też nie przyszło, że człowiek blisko związany z więzionym w Magdeburgu komendantem Legionów Polskich Józefem Piłsudskim, zacznie dzielić Polaków na lepszych i gorszych, lubelskich i warszawskich, postępowych i zacofanych, patriotów i sługusów zaborców. Nic zatem dziwnego, że był zdumiony, kiedy po uroczystościach na Wawelu dowiedział się, że w nocy z 6 na 7 listopada działacze lewicy niepodległościowej, na czele właśnie z Daszyńskim, ogłosili powstanie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej i obalenie Rady Regencyjnej, która niepodległość Polski ogłosiła przecież już 7 października 1918 roku.

Dla generała Rozwadowskiego powołanie rządu w Lublinie było niewątpliwym zamachem stanu mającym wprowadzać chaos, i to w sytuacji, kiedy odradzające się państwo polskie potrzebowało konsolidacji. Podobnie musiał myśleć lider Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast” Wincenty Witos, który odmówił przyjęcia jakiegokolwiek stanowiska w tworzącym się rządzie. Obawiał się bowiem niemieckiej inspiracji przy powstawaniu kolejnego już rządu polskiego, tym razem jednak rozbijającego i antagonizującego obozy patriotyczne walczące o niepodległość. Oznajmił bez ogródek, że jego utworzenie „jest niesłychaną lekkomyślnością i błędem politycznym, graniczącym wprost z bardzo niepoważną awanturą, która powinna być jak najprędzej zlikwidowana”. Jeszcze bardziej generała Rozwadowskiego zdumiało to, że komendant główny Polskiej Organizacji Wojskowej pułkownik Edward Rydz-Śmigły, wbrew złożonej przysiędze i otrzymanym rozkazom, nie tylko że nie wyruszył, by wspomóc walczących o polskość Lwowa, to jeszcze wszedł w skład rządu tej republiki jako minister wojny. Nie dowierzał także informacjom, jakoby wysłane z Warszawy na odsiecz polskim lwowianom dwa bataliony zostały, właśnie na rozkaz tego patrioty awansowanego w Lublinie na generała, zatrzymane i rozbrojone. Wydawało mu się nie do pomyślenia, by dowódca jakiegokolwiek oddziału odradzającego się wojska polskiego nie wykonał rozkazu, od którego zależeć może los państwa.

To był zaledwie początek złych wieści. Wkrótce w Krakowie zaczęto głośno mówić, że tak zwany rząd lubelski wysłał do generała Bolesława Roi depeszę nakazującą aresztowanie oraz odstawienie Tadeusza Rozwadowskiego, „austriackiego żołdaka” posiadającego „niemal dyktatorską władzę”, do Lublina. Oburzenia na wieść o tym nie krył nawet szef administracji Polskiej Komisji Likwidacyjnej Zygmunt Lasocki.

Nad Wawelem i całym Krakowem chmury gęstniały. Ciemniało.

Ksiądz Józef Panaś, kapelan wojskowy Legionów Polskich, towarzyszący wówczas generałowi Rozwadowskiemu, napisał później: „Była to boleść bardzo ciężka, a jednak generał Rozwadowski ją zniósł i nawet nie umiał się doszukać u sprawców tego smutnego faktu złej woli i nigdy nie żądał zemsty ani kary”.

Nie wszyscy jednak dowierzali napływającym z Lublina wieściom. Na przykład profesor Katedry Prawa Cywilnego, Nauki Administracji i Prawa Administracyjnego Uniwersytetu Jagiellońskiego, krakowski lider Stronnictwa Prawicy Narodowej Władysław Jaworski, w swym „Diariuszu 1914–1918” odnotował: „Rano dzisiaj podały dzienniki wiadomość o rządzie republiki ludowej, rzekomo utworzonym w Lublinie pod prezydencją Daszyńskiego. (...). W nocy miał przyjść rozkaz Śmigłego, aby aresztować Rozwadowskiego. W każdym razie Rozwadowski nie rozstaje się z rewolwerem, a wreszcie, jak mi mówił Antoniewicz, przyśpieszył swój wyjazd”.

Generał Bolesław Roja nie wykonał otrzymanego depeszą rozkazu i nie aresztował Rozwadowskiego. Uznał, że obowiązuje go przysięga złożona wobec Rady Regencyjnej wolnej Polski. Był przekonany, że ważniejsze dla odradzającego się państwa po ponadstuletniej niewoli jest wspomaganie generała walczącego o polskość Lwowa niż wdawanie się w spory polityczne. Nie miał wątpliwości, że zachowanie Edwarda Rydza-Śmigłego jest niegodne patrioty i służy przede wszystkim interesom państw zaborczych. Podczas spotkania z generałem, którego według depeszy rządu lubelskiego miał aresztować w siedzibie brygady w Krakowie, zapytał retorycznie:

– Kto zamieszał komendantowi głównemu Polskiej Organizacji Wojskowej w głowie aż tak, że stracił rozum?

– Nie można zapomnieć, że po uwięzieniu komendanta Piłsudskiego przez Niemców w twierdzy w Magdeburgu Rydz-Śmigły uratował Polską Organizację Wojskową przed rozpadem, a nawet ją wzmocnił – odrzekł generał Rozwadowski i poskrobał się po brodzie.

– A ja widzę, że Berlin i Wiedeń chcą dalej knuć i wszystko robią, aby wreszcie pozbyć się pana generała, jako Naczelnego Wodza wojska polskiego – przedstawił swoją diagnozę generał Roja. – Chcą również skłócić naród polski. Robią też wszystko, aby odrodzona Rzeczypospolita była państwem kadłubowym, dlatego chcą cały wschód od niej odrąbać. Ale dla mnie ważniejszy jest honor żołnierza i bycie prawdziwym patriotą niż branie udziału w lubelskich swawolach. Nie dam satysfakcji zaborcom. Brzydzę się jakimikolwiek intrygami. Najszybciej, jak to możliwe, wyruszę wraz z wojskiem pod Lwów.

Tymczasem do Krakowa dotarły wieści, że z inicjatywy rządu lubelskiego w Zagłębiu Dąbrowskim planowany jest zamach na pociąg, w którym ma podróżować Rozwadowski – naczelny wódz i równocześnie szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Dlatego zadecydowano zagwarantować mu maksymalną ochronę. Postanowiono, że skład kolejowy z wagonem wodza będzie jechał wolno i ostrożnie, a zapewnienie bezpieczeństwa powierzono rotmistrzowi Władysławowi Bzowskiemu, który miał ze sobą czterdziestu byłych uczniów austriackich szkół wojskowych z Wiener Neustadt, Mödlingu i Mähr, Weisskirchen. Bzowski, oficer kawalerii, pozbierał ich, wracając ze służby u austriackiego zaborcy. Nieistotne w tej sytuacji było, że jego grupa spóźniła się na zaprzysiężenie w Krakowie. Do załogi pociągu, który wyruszył w drogę, doszlusował pluton wojska polskiego pod dowództwem porucznika Włodzimierza Dąbrowskiego, dysponujący czterema karabinami maszynowymi, stale będącymi w pogotowiu.

Następnego ranka na dworcu kolejowym w Częstochowie Naczelnego Wodza Rozwadowskiego oczekiwał pruski generał wraz ze swym sztabem, aby oddać honory należne najstarszemu rangą oficerowi sąsiedniego państwa. Po czym na Jasnej Górze, aby dopełnić formalności, oddział rotmistrza Bzowskiego został zaprzysiężony na wierną służbę Polsce. Wszyscy pokłonili się też przed obrazem Matki Boskiej, by jak każe tradycja, uprosić błogosławieństwo dla odradzającej się ojczyzny.

Na kolejnym postoju, w Piotrkowie Trybunalskim, pasażerami specjalnego pociągu wstrząsnęła wiadomość, że obława rządu lubelskiego, a w szczególności ministra Rydza-Śmigłego, na generała Rozwadowskiego nie została zakończona. Miejscowa Polska Organizacja Wojskowa otrzymała rozkaz zatrzymania pociągu i aresztowania Rozwadowskiego. Jak się jednak okazało, nikt z piotrkowskiego POW nie zgodził się wykonać lubelskiej dyspozycji, w której była nawet mowa o karze śmierci dla generała. Chyba właśnie wtedy po raz pierwszy pojawiły się plotki, że Rozwadowski stoi na drodze osób, które chcą ogłosić, że jedynym zbawicielem i odnowicielem Rzeczypospolitej jest internowany w Magdeburgu Józef Piłsudski.

Po przybyciu do Warszawy rano, 9 listopada 1918 roku, generał Rozwadowski otrzymał potwierdzenie wiadomości, że generał Roja, w przeciwieństwie do komendanta Polskiej Organizacji Wojskowej Rydza-Śmigłego, wykonał rozkaz rozpoczęcia odsieczy dla polskich mieszkańców Lwowa. W tym dniu, jako jedne z pierwszych, wyruszyły z Krakowa oddziały pod dowództwem majora Juliana Stachiewicza. Dysponowały między innymi pociągiem pancernym. Siły te nazwane zostały grupą „San”. W pierwszej kolejności miały odbić Przemyśl, zajęty w nocy z 3 na 4 listopada przez oddziały ukraińskie.

W siedzibie Sztabu Generalnego Wojska Polskiego przy placu Saskim w Warszawie do generała Rozwadowskiego dotarł wieczorem specjalny kurier z Berlina. Przywiózł tajny raport od przyjaciół z tamtejszych kręgów wojskowych. Dokument dotyczył finansowania przez Niemcy przewrotu w Rosji. Generał Rozwadowski w świetle świec, siedząc w wygodnym skórzanym fotelu, z niedowierzaniem czytał kolejne strony sporządzonego dla niego nadzwyczajnego opracowania. Z zawartych w nim informacji wynikało, że w niemieckim Ministerstwie Spraw Zagranicznych od 9 marca 1915 r. znajduje się dwudziestostronicowe memorandum opracowane przez rosyjskiego emigranta Aleksandra Parvusa, którego prawdziwe nazwisko brzmi Izrael Łazariewicz Helphand. Jest ono swoistym planem zniszczenia rosyjskiego imperium od wewnątrz poprzez manipulację świadomością społeczną. Określa obszary, jakie powinny objąć działania rewolucyjne, w tym strajki mające sparaliżować zaopatrzenie armii. Przede wszystkim jednak wskazuje na konieczność niszczenia obywatelskiej i narodowej świadomości. Zamysł zlikwidowania wschodniego, rosyjskiego frontu i przerzucenia wszystkich sił na zachód, gdzie trwały zacięte i krwawe walki z Anglią i Francją, uznany został przez Niemcy za interesujący. Zwolennicy projektu liczyli również, że jego realizacja pozwoli zawrzeć separatystyczny pokój z Rosją, który Estonię, Łotwę, Litwę, Białoruś i Ukrainę pozostawi pod niemieckim zwierzchnictwem, a od imperium rosyjskiego oderwie Kaukaz. Przede wszystkim jednak byli pod wrażeniem korzyści, jakie dawał ścisły związek między polityką, propagandą, gospodarką i tajnymi służbami.

Wysokiej rangi niemieccy urzędnicy, za wiedzą samego cesarza Niemiec Wilhelma II Hohenzollerna, uczynili Aleksandra Parvusa głównym konsultantem rządu w Berlinie do spraw Rosji. Wyasygnowali na to najpierw milion marek, a następnie kolejne, jeszcze większe kwoty na finansowanie działalności rosyjskich socjaldemokratów, w szczególności tych najradykalniejszych, związanych z Włodzimierzem Leninem, by przez rewolucyjne działania wywołali chaos w swojej ojczyźnie. Wkrótce Parvus rozdzielił wśród rosyjskich emigrantów w Zurychu olbrzymie środki finansowe. Odbył też w Bernie spotkanie z Włodzimierzem Leninem, do którego dyspozycji przekazał ogromne sumy. Za największą zaletę Lenina uznał, że jest cynikiem o nieokiełznanych ambicjach. Co ważniejsze, gotów był wziąć pieniądze na realizację celów rewolucyjnych nawet od najgroźniejszych wrogów ojczyzny. Przeto Parvusa nie zdziwiło, że Lenin miał do niego tylko pretensję o zaaranżowanie spotkania w miejscu publicznym, w restauracji. Bardzo szybko zjedli obiad i w najlepszych humorach poszli do emigranckiego mieszkania potencjalnego grabarza imperium rosyjskiego.

Lenin gotów był się dopuścić każdego bezeceństwa, pójść na wielkie ustępstwa, byleby ziściły się jego marzenia o wielkiej rewolucji proletariackiej. Nie spodziewał się jednak, że od swojego gościa usłyszy: „Rewolucja w Rosji jest możliwa, ale tylko pod warunkiem zwycięstwa Niemiec”. Dlatego, godząc się na finansowanie swych działań, miał odpowiedzieć: „Bolszewikom – władza, Rosji – klęska”. Na miejsce przekazania pieniędzy wybrano Kopenhagę, stolicę Danii, państwa neutralnego w czasie pierwszej wojny światowej. Lenin, by nie budzić jakichkolwiek podejrzeń, postanowił już nigdy nie spotykać się osobiście z Parvusem.

Wkrótce w Kopenhadze powstało wiele dziwnych firm. Głównym ich celem był transfer pieniędzy z Niemiec do partyjnej kasy bolszewików. Jednak, mimo tych środków, 9 stycznia 1916 roku pierwsza próba wywołania masowych strajków, które miały przerodzić się w wielkie zbrojne powstanie proletariatu, nie powiodła się, a władze w Berlinie zaczęły traktować Parvusa trochę podejrzliwie. Na jego szczęście w wyniku rewolucji lutowej i obalenia cara Mikołaja I powstał Rząd Tymczasowy, który potwierdził sojusznicze zobowiązania Rosji wobec państw Ententy i postanowił kontynuować wojnę z Niemcami. Ponadto do wojny po stronie koalicji antyniemieckiej dołączyły Stany Zjednoczone. Wkrótce wojska amerykańskie zaczęły przechylać szalę zwycięstwa na korzyść Francji i Wielkiej Brytanii. Z punktu widzenia Niemiec wschodni teatr działań wojennych musiał zostać czym prędzej wygaszony, by móc przerzucić zgrupowane tu jednostki wojskowe na front zachodni. Nie było wątpliwości, że Berlin powinien szybko zaprzestać walk zbrojnych na wschodzie, by poprawić niekorzystne położenie swych wojsk na zachodzie Europy. Osiągnięcie tego celu umożliwiała tylko destabilizacja imperium rosyjskiego. Do realizacji tak postawionego zadania Lenin potrzebny był tym razem nie w Szwajcarii, a w samej Rosji. Wysoko postawieni niemieccy dygnitarze wraz z Parvusem opracowali plan przemycenia jego osoby wraz ze współtowarzyszami przez pół Europy, z Zurychu przez Niemcy i Szwecję do Piotrogrodu, jeszcze niedawno zwanego Sankt Petersburgiem. Nie było to łatwe przedsięwzięcie. Zgodnie z prawem wojennym, obywatele kraju przeciwnika natychmiast po przekroczeniu granicy ziem niemieckich powinni być aresztowani, zatem aresztowanie groziło wszystkim bolszewikom przebywającym na emigracji w Szwajcarii. Aby umożliwić im przejazd, polecenie uczynienia wyjątku wydał sam cesarz Niemiec Wilhelm II Hohenzollern. W trakcie przygotowań do wyjazdu Lenin odmówił zakupu biletów kolejowych za niemieckie pieniądze, dlatego Parvus nabył je osobiście.

Wszystkie te środki ostrożności nie na wiele się zdały. Na dworcu w Zurychu znalazła się grupa Rosjan, którzy wprost pytali odjeżdżających, za ile się sprzedali. Kiedy wsiadający do wagonu oznaczonego jako zaplombowany zaczęli śpiewać Międzynarodówkę, nieformalny hymn międzynarodowego ruchu socjaldemokratycznego, na peronie rozległy się okrzyki: „Niemieccy szpiedzy” i „Kaiser wam opłacił przejazd”. Napastowany przez swych rodaków Lenin, musiało to wyglądać zabawnie, musiał się bronić parasolką.

Zapewnienie bezpieczeństwa dla przejeżdżającego pociągu Lenina i wybranych przez niego ludzi niemiecka ambasada w Szwajcarii powierzyła agentowi Fritzowi Plattenowi. W specjalnym wagonie oprócz przywódcy bolszewików i jego żony, Nadieżdy Krupskiej, znajdowało się jeszcze trzydziestu jeden jego najbliższych współpracowników. Opuszczać wagon mógł tylko Fritz Platten, który pasażerom tego szczególnego transportu kupował gazety i piwo.

W Berlinie pociąg zatrzymał się na 24 godziny. Stał na starannie wybranej w tym celu bocznicy. Według nieoficjalnych informacji, pod osłoną nocy gościli w specjalnym wagonie wysoko postawieni dygnitarze. Podobno po tym spotkaniu Lenin przeredagował swoje tak zwane kwietniowe tezy. Następnego dnia pociąg ruszył dalej, do niemieckiego portu Sassnitz. Tutaj na jego pasażerów czekał parowiec. Gdy dopłynęli do szwedzkiego portu Trelleborg, Lenina i jego towarzyszy skierowano pociągiem do Sztokholmu. W stolicy Szwecji odbyły się kolejne sekretne rozmowy dotyczące dalszej podróży. Organizatorzy przedsięwzięcia zadbali, by podczas pobytu w Szwecji w ogólnokrajowej i miejscowej prasie ukazywały się artykuły ze zdjęciem Lenina podpisanym: „Przywódca rewolucji rosyjskiej”. W tym czasie pociąg z pasażerami, którzy mieli zdestabilizować Rosję, pędził przez Finlandię ku stacji końcowej.

Aleksander