Polowanie na cienie - Monika Lech - ebook
Opis

Po zamieszaniu w Wiecznym Mieście ("Pracowite wakacje w Rzymie") Andrea Niwiński, Oleg Tsun i Alex Fitzwilliam mają w głowie tylko jedno…

Nie, nie "to"!

To znaczy… "to" także, ale przede wszystkim chcą po prostu mieszkać sobie w spokoju ciesząc się i życiem, i sobą. 

Marzą o tym, żeby nic się nie działo i żeby mogli niespiesznie uczyć się bycia w nietypowym związku dwóch mężczyzn i kobiety, dwóch Zmiennych i Człowieka, dwójki choleryków i peacemakera, dwójki introwertyków i ekstrawertyka, dwójki osobników gwałtownych i jednego pacyfisty, Wilka, Tygrysa i stada wścibskich wron. Oraz trójki osobników Alfa. 

 

Życie w parach bywa trudne, a co dopiero we trójkę!

Proces dostosowywania się do siebie nie jest łatwy i zwykle bywa głośny. 

 

Alex, Inkwizytor Zmiennego PBI, ma o wiele więcej pracy, bo wielu pobratymców Wilka i Tygrysa popada w szaleństwo. Ktoś organizuje dwa napady na Andreę. Dziewczyna jednak nie boi się agresji fizycznej, obawia się przepowiedni i koszmarów, które ją nawiedzają. Oleg wchodzi w nową rolę: Uzdrowiciela. Coraz więcej szalonych Zmiennych zawdzięcza mu swoje życie.

W ich życiu już dzieje się dużo, tymczasem kłopoty tylko narastają i nie wiążą się bynajmniej z Bożym Narodzeniem spędzonym w Krakowie z rodziną i przyjaciółmi, wśród których jest i Hyeon Ju, i Napierowie w komplecie. Wygląda raczej na to, że los zaciska pętlę wokół Olega i dwójki jego ukochanych partnerów.

 

Cała trójka próbuje żyć, kochać się i pracować normalnie, ale wydarzenia zmuszają ich do coraz częstszego przypominania sobie o słowach proroctwa, które ich dotyczy. A ono mówi między innymi o śmierci, nienawiści i rozłące.

Dlatego, kiedy Wilka dopada historia, są zdruzgotani, ale nie zaskoczeni. Alex jeszcze jako Człowiek poślubił pannę Margaret Ann. Żył sobie przez wszystkie lata, od 1632 do 2054, myśląc, że jego ludzkie małżeństwo zakończyło się dobrych czterysta lat temu, w sposób jak najbardziej naturalny. W końcu przysięgał "dopóki śmierć nas nie rozłączy, prawda? Tymczasem żona Alexa także żyje i jest Nieśmiertelną. Przypomina sobie o jego istnieniu i żąda, by Wilk zerwał swój związek z Andreą. Wampirzyca wymusza prawne i magiczne rozdzielenie Andrei i jej partnerów. Ci wybór mają raczej niewielki: albo przestaną być razem, albo Alex i Andrea zginą. 

 

Kto czai się w cieniu i jest reżyserem tej katastrofy? Czym jest epidemia wśród Zmiennych? Co stanie się z Andreą, Alexem i Olegiem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1096

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


POLOWANIE NA CIENIE

DROGA SMOKA, CZĘŚĆ3

Copyright 2019 Monika Lech

Published by Monika Lech

ISBN 978-83-953592-3-1

Szanowna Czytelniczko, Drogi Czytelniku:

To nie jest książka akcji, toromans urban fantasy!

Bohaterowie mówiądużo i często do siebie. Akcja nie posuwa siędo przodu jak w filmie przygodowymi: od trupa do trupa, od podboju do podboju. Jeśli zatem tego oczekujesz, możesz sięzawieść.

Postaci nie prowadzązdrowego trybużycia: klną, sąbrutalne, nie mająszacunku dla prywatności, podejmujązłe decyzje, mająnawetżycie intymne, które omawiają.

Dlatego niniejsza książka jest przeznaczona wyłącznie dla dorosłych odbiorców. Zawiera sceny, które nie sąodpowiednie dla młodego czytelnika. Autorka prosi o to, by osoby nieletnie po niąnie sięgały.

"Polowanie na cienie". jest powieścią, utworem literackim. Imiona, postaci, miejsca, zdarzenia sąalbo wytworem wyobraźni autora lub sąużyte w kontekście fikcji literackiej i należy je interpretowaćwyłącznie w zgodzie z zasadami gatunku, do którego powieśćnależy. Jakiekolwiek podobieństwo do osób, czy wydarzeńjest całkowicie przypadkowe i absolutnie niemożliwe.

~*~*~*~

Credits:

Pixel2013 from Pixabay.com,

Wrona: by GDJ from Pixabay.com

Książka, którąnabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyśprzestrzegałpraw, jakie im przysługują. Jej zawartośćmożesz udostępnićnieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudząwłasnośći prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

SPOILERS:

W poprzednich częściach "Drogi smoka"

Morze krwi

Alex Dougal Fitzwilliam, Wilk, doskonale zna swojąrasę: Zmiennych. Wie, ile może zbroićHomo Sapiens Variabilis, który nie chce lub nie umie zapanowaćnad swojąBestią. Fitz jest Inkwizytorem i pracuje dla PBI, Preternatural Bureau of Investigation, które zarządza społecznościąZmiennych, i zdarzyło mu sięjużwidziećco nie co.

Alex wie,że ktośna niego poluje, iże dzieje siętak ze względu na jego pracę. Trzy ataki, kilku rannych, kilku zabitych i on sam w bardzo złym stanie, to podsumowanie czterech ostatnich dni.

Yi Hyeon Ju, dyrektor Zmiennego PBI i zwierzchnik Alexa, chce zapewnićswoim Inkwizytorom możliwośćsprawnego przeprowadzenie dochodzenia w tej sprawie, a Alexowi chce umożliwićbezpieczny powrót do zdrowia. Dlatego teżwysyła go do Krakowa.

Dlaczego do Krakowa?

PonieważKraków jest nudny, daleki od politycznego zamieszaniaświata Nadnaturalnych i tam właśnie Alex ma miećnajlepsząochronę, jakąHyeon Ju może mu w tej sytuacji zapewnić.

Ochrona to Andrea Niwiński i nie należy do najmilszych niewiast naświecie, nawet jak na niewysokie standardy 2052 roku, a w dodatku jest Człowiekiem. Alex nie jest przesadnie zadowolony z decyzji szefa.

Andrea równieżnie promieniuje radością. Nie chce w domu faceta, który wygląda jak biker, jest wytatuowany od stóp po głowęi wygląda, jakby umiałzabijaćłyżeczkądo herbaty oraz wzrokiem. Nieżeby jej nie fascynowały jego tatuaże, zwłaszcza jesion na jego karku i wrony, oraz księżyc w pełni, które ma wytatuowane na czaszce. No i płomienie, które widaćna rękach i dłoniach. Tyleże każda dziewczyna musi byćostrożna. Nawet taka, która spędziła dziesięćlatżycia w Legii Cudzoziemskiej, w Afryce, w czasie Wielkiego Głodu.

Ku swemu zdziwieniu, i trochęprzerażeniu, Alex dobrze dogaduje sięze swojągospodynią. Dochodzi do zdrowia i jednocześnie prowadziśledztwo mające wyjaśnić, gdzie, do jasnego czorta, zniknęło kilkudziesięciu Zmiennych?

Zarówno jegożycie, jak i jego rehabilitacja wydająsięproste i pozbawione dramatów. Spokój kończy się, kiedy pracująca jako ochroniarz Andrea zostaje złapana i zgwałcona przez trójkęZmiennych. Alex udowadnia, jak szybko, sprawnie i jak bezlitośnie działa Prawo Nadnaturalnych.

Jakby było mało zamieszania i problemów, Andrea musi wyjechaćz Krakowa półtora dnia po ataku, jaki przeżyła. Wzywa jąjej dawneżycie i byli koledzy, ex-żołnierze Legii. Mająw Afryce niezałatwioną"sprawęzawodową", którąwreszcie chcądomknąćostatecznie. "Ostatecznie". nie jest słowem wybranym przypadkowo.

Otóżkiedy Andrea służyła w Kongo, "mówiło się",że w tym kraju działa dobrze okopana grupa białych, która prawdopodobnie stoi za rzeziami i porwaniami. Rzezi było kilka, porwanych mogło byćnawet tysiąc osób. Nikt nikogo nie złapałza rękę, a lokalne władze odmawiałyśledztwa. Przeniesienie bazy Legii o kilka tysięcy kilometrów i Wielki Głód teżnie pomogły w rozdzieleniu plotek od prawdy. Nie było wtedy ani czasu, ani odpowiednich warunków do prowadzeniaśledztwa.

Co innego, kiedy zainteresowani dogrzebaniem siędo faktów sąna emeryturze.

Grupażwawych emerytów Legii Cudzoziemskiej, w gronie których jest Andrea, w końcu namierzyła "białych panów", odkryła ich powiązania biznesowo-towarzyskie, oraz znalazła miejsce, które jest ich stolicą, a które sami "panowie". nazwali Enklawą. Jak sięokazuje kilka rzezi i tysiąc porwanych, to tylko wierzchołek góry lodowej, a prawda o "białym Raju". w dżungli jest o wiele bardziej przerażająca. Enklawa jest centrum potężnego biznesu, ośrodkiem handlu niewolnikami i miejscem, gdzie bogaci Ludzie polująna Zmiennych.

W ten oto sposóbśledztwo Alexa i "sprawa zawodowa". Andrei mająwięcej wspólnego, niżoboje mogli przypuszczać.

Rozprawa z handlarzami niewolników jest krwawa, bo nikt nie bawi sięw branie jeńców i dostarczanie ich przed oblicze sprawiedliwości. Po Enklawie nie zostaje nawetślad w dżungli. Andrea, która odpowiadała za wywiad elektroniczny, musi niestety sięgnąćpo brońi walczyćjak wszyscy. Nie podoba sięto ani Alexowi, ani siedmiu Napierom, Zmiennymżołnierzom, których Hyeon Ju przysłałjako wzmocnienie dla Legionistów. Na szczęście Niwiński umie zadbaćo siebie i o innych.

Żywa, choćpoobijana i posiniaczona, wraca do Krakowa z Alexem i z numerami telefonów Napierów, którzy zdążyli sięjej oświadczyćco najmniej trzy razy.

Ani ona, ani Wilk nie ukrywają,że licząna trochęświętego spokoju,żeby móc sięzająćsobą.

Pracowite wakacje w Rzymie

Andrea i Alex ledwo co wrócili z Kongo i ledwie zdążyli odpowiedziećna milion pytań, które zadawali przyjaciele Andrei, kiedy zadzwoniłtelefon z zaproszeniem do Rzymu.

A oboje mieli zamiar cieszyćsięspokojnymi i zasłużonymi wakacjami w Krakowie! Planowali nieśpiesznie odkrywać, czym dla nich jest "bycie razem", co to znaczy "kochać", jak przestaćsiębaćbliskości i jak nie zabićprzyjaciółAndy z dzieciństwa.

Tymczasem okazuje się,że musząstawićsięw Rzymie. To znaczy musi tam jechaćAndrea, a Alex kategorycznie odmawia wypuszczenia jej z rąk.

Pobyt w Rzymie nie zapowiada sięspecjalnie wypoczynkowo i taki chyba nie będzie, ponieważAndy i jej specyficzne umiejętności sąpotrzebne Iwanowi Dołhorukiemu, szefowi jednej z mafijnych Rodzin. Kilka tygodni wcześniej zniknęła jedenastoletnia córka Iwana, Susana, i nikt nie może jej znaleźć.

Jeśli nie może jej znaleźćmafia, to słowa "bezśladu". zaczynająnagle znaczyćbardzo dużo. To dlatego stary Dołhoruki sięga po Andreę, która ma byćjego ostatniąnadziejąna odnalezienie córki.

W Wiecznym Mieście spotkająOlega Tsun, Zmiennego Tygrysa, AlfęWatahy Rzymu. Spotkanie z Olegiem to początek sporych kłopotów, nie tylko dlatego,że dwóch osobników Alfa i jedna kobieta, która podoba sięobu, to zawsze zapowiedźwalki naśmierćiżycie.

Groźniejszy niżpołączone terytorializmy Alexa i Olega, okaże siębratanek starego mafioza, Jura Dołhoruki, który za wszelkącenęchce udowodnić,że "jest kimś". Jura jest młodym człowiekiem, który zdążyłdaćsiępoznaćAndrei jako ktoścałkowicie pozbawiony rozsądku i hamulców. Jeśli chodzi o rozwój charakteru Jury, to niewiele sięzmieniło przez osiem lat od ich pierwszego spotkania.

Jura nienawidzi Zmiennych i granic, jakie sięmu stawia. Jest skupiony na dwóch rzeczach: chce miećAndreęi zostaćcapo di tutti capi Rodziny. Kolejność, w której obie rzeczy mająsięzadziaćjest mu obojętna, byle obie zdarzyły sięod razu. Jura nie zwraca uwagi na to,że Andrea go nie chce, a Rodzina i tak kiedyśbędzie jego, bo jest przecieżlegalnym następcąswojego stryja.

To Jura porwałcórkęIwana i zrobiłto w dodatku tak,że nikt nie połączyłgo z porwaniem i nikt nie mógłznaleźćdziecka. Chłopak nie jest może normalny, jest za to inteligentny i nieźle planuje.

I tak oto na Campusie via Olona, w kwaterze głównej Rodziny Dołhorukich, znajdująsięAndy, Alex, Oleg, Jura oraz kilkanaście innych osób. Dla Andrei zaczyna sięintensywny okres: szukanie dziecka, unikanie młodego Dołhorukiego, strach o Alexa i Olega, a wszystko to przerywane wydarzeniami towarzyskimi. Skąd w tym wszystkim wydarzenia natury innej niżbiznesowe? Bo czerwiec zawsze byłdla Iwana wyjątkowym miesiącem ze względu na jego imieniny i rocznicęślubu i wszyscy o tym wiedzieli. Pozory sąw Rzymie wszystkim i nic nie jest tak ważne, jak one.

Dwóch Nadnaturalnych i jedna kobieta wiedządoskonale,że ratowanie słabszych i zagrożonych jest ważniejsze i pilniejsze, niżustalanie hierarchii i dominacji. Oleg i Alex, ku ich zaskoczeniu, odkrywajązresztą,że biologiczne imperatywy ich rasy nie sąjednak tak mocne, jak tego zwykle doświadczali. To nie koniec odkryć.

Po pierwsze, Andrea zakochuje sięw Olegu. Nie, nie przestaje przy tym kochaćAlexa. I w końcu dociera do niej,że ma w nosie dziwnośći niemoralnośćsytuacji, w której sięznalazła. Po drugie, Alex nie czuje potrzeby pokazania Tygrysowi, gdzie jest jego miejsce. Wręcz przeciwnie. Po trzecie, Oleg zakochuje sięw wyszczekanym Człowieku i odkrywa,że po raz pierwszy od lat ma przy sobie Zmiennego przyjaciela, któremu może ufaći z którym nie musi konkurować. Po czwarte, Bestie Alexa i Olega mająteorięwyjaśniającądokładnie, chociażniejasno, co siędzieje w trójkącie Alex-Andrea-Oleg: "ja to on, on to ona. Ja to ona, ona to on". Prawda,że niejasne?

Nim uda sięodnaleźći uwolnićSusanę, Alex zostaje napadnięty i zostawiony w stanie, który nie pozostawia mu specjalnych nadziei na happily ever after z "jego dwójką". Ratuje go interwencja Olega i Andrei, którzy słuchająintuicji, nie rozumu i dlatego pewnie im sięudaje. A intuicja podpowiedziała im użycie magii, której obecności i wzrostużadne z nich nie mogło dłużej ignorować.

Ani Oleg, ani Andrea nie mająstuprocentowej pewności, co siętak naprawdęwydarzyło, ani co zrobili.

Fakty sąnastępujące: Alex zostałzałatany iżyje, Andrea potrafi wykorzystywaćenergięśmierci, Oleg umie leczyć, wszyscy w trójkępołączyli sięjakimśsposobem i wiedzą, co pozostała dwójka myśli i czuje. Dodatkowo wytatuowany jesion przenosi sięz czaszki Alexa na kark Olega, a wrony Wilka przysiadająna Andrei i nie chcąsięz niej ruszyć. Wyleczenie można jakośwyjaśnić, ruchomych tatuaży niestety sięnie da.

Jak mocna jest ich magia, przekonująsiętak naprawdęw momencie, kiedy Jura ze swoimiżołnierzami pojawia sięna terytorium Dołhorukich i jest gotowy do ostatecznego uderzenia na stryja. Atakuje Campus. Umiera, kiedy Andrea wpada w szałberserkera i zabija czwórkęZmiennych i jego.

Bracia Napierowie oświadczająsięAndrei kolejny raz.

~*~*~*~

POLOWANIE NA CIENIE

~*~*~*~

CHAPTER 1: Rzymska katastrofa

Rzym, Republika Włoska, 23 czerwca 2053

Londyn, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Walii, 27 lipca 2053

Alex

- Widziałeśwasze zdjęcia? - Oleg patrzyłna mnie z uśmiechem, lekko pochylając głowę, bo było te kilkanaście centymetrów wyższy.

- Nasze zdjęcia? - byłem autentycznie zdziwiony.

- W sieci, pojawiły sięw portalach plotkarskich. W kilku były zestawienia najlepiej ubranych par. "10 najlepiej ubranych par z imprezy 10-lecia"- wzruszyłramionami - tak media nazwały rocznicęślubu Starego.

- 10 najlepiej ubranych par? - powiedziałem, zatrzymując sięna dole schodów - Zdjęcia? Nasze?

- Gratulacje! Byliście na 3 miejscu. Przed wami tylko dwie pary aktorów. Młodych i bardzo, bardzo na topie, więc nie miej pretensji. Podpis przy waszych zdjęciach: "Steampunk beauty and tatooed beast". I jakaśpaplanina o stylówie, twoich tatuażach i tym, jak w paradoksalny sposób do siebie pasujecie. Sorry, nie ja to wymyśliłem - uniósłręce i byłtak nieszczery, jak tylko mógł- Jesteście sławni. A ja jestem zazdrosny, bo teżpotrafięmiećstylówę- uśmiech rozlałsiępo twarzy Olega.

Starałem sięprzetrawićto, co usłyszałem. Nasz pobyt w Rzymie nie byłspecjalnątajemnicą. Jednak nie byłem tutaj oficjalnie, nie przyjechałem,żeby byćInkwizytorem i jakośwolałem,żeby Andrea i jej związki z rosyjskąmafiąbyły mniej publiczne.Żeby twarz Andrei nie pokazywała sięw mediach i nie przyciągała zbędnej uwagi.

Trudno, nic sięprzecieżnie stało. To tylko zdjęcia, is it not?

Hyeon Ju

- Moja Nieśmiertelna powiedziała,że twój syn, Alexander, jest jej prawnie poślubionym małżonkiem, jeszcze z ich ludzkiegożycia. Domaga sięod niego zerwania, na stałe i ostatecznie, związku ześmiertelnąkobietąze zdjęcia. Chce jego. Chce Alexa z powrotem.

Milczałem, wpatrzony w zdjęcia rozłożone na stole. Miałem obawę,że jeśli podniosęna niąwzrok, zobaczy, co czuję.

Piękna kobieta, ta moja Parvaneh. Wysoka, czarnobrewa, z mocnym nosem jej Ludzkiej rasy, z oczami jak brązowy ogień. Pełne czerwone usta, białe zęby, delikatne dłonie, figura idealnej klepsydry albo królowej Persji. Skóra delikatna i chłodna jak najpiękniejsza kośćsłoniowa.

Piękna. Mądra mądrościąwieków i swojąwłasną, nabywanąkażdego dnia jej długiej egzystencji.

Brzmiałem jak zakochany głupiec, nie jak władca! Kto powiedział,że nie można byći jednym, i drugim?

- Prawo jest po jej stronie - dodała zupełnie niepotrzebnie, ale wyrwała mnie z niestosownego zamyślenia.

Prawo było, zaiste, po jej stronie. Zacisnąłem zęby i spojrzałem prosto na mojąkrólową.

- Zobaczyła zdjęcia, były podobno wszędzie. I rozpoznała Alexa - powiedziała cicho, nie odrywając wzroku od prostokątów błyszczącego papieru, które położyła na stole.

Gdybyśmy my mieli fotografów, moja królowo, ten tysiąc lat temu - myślałem, dotykając jednego ze zdjęć- uchwyciliby to samo. Dokładnie to samo rozkochane spojrzenie w moich oczach i ten sam ogieńw twoich.

Odrzuciłem tęmyśl. Na razie nie była produktywna.

A zdjęcia leżały między nami w milczeniu i przyciągały mój wzrok jak studnia grawitacyjna.

Nie chciałem na nie patrzeć. Nie chciałem byćświadkiem spojrzeńmojego syna, ani uśmiechówśmiertelnej kobiety. Intymnośćchwili uchwyconej przez fotografów była niesamowita.

Tyleże jestem Yi Hyeon Ju, władca Zmiennych. Nie staćmnie na takądelikatność, tym bardziej w momencie, gdy naprzeciw mnie siedzi Królowa Nieśmiertelnych, władczyni rasy artystów, historyków, filozofów, polityków, rasy przynoszącej na Ziemięwyrafinowanie w jego najczystszej postaci.

Nieśmiertelni to kolejna z czterech ras naszego, Nadnaturalnego,świata. Pisarze i bajarze nazywająich "wampirami". Nie pamietam jużsam, kiedy pozwoliliśmy przesądom i popkulturze przerobićnas na wilkołaki, wampiry, wiedźmy i bożki? Upokarzające? Tak. Ale dla przeżycia wielu robi sięnie takie rzeczy.

Dla przeżycia mojego ludu zrobiłbym więcej, niżtylko wyrażenie zgody na pomysły PRowców.

~*~*~*~

Powinienem byłwiedzieć,że spotkanie z niąnie przyniesie nic dobrego. Powinienem byłto przewidzieći lepiej sięprzygotować. Tyle rzeczy "powinienem był".

~*~*~*~

Dwie osoby na każdym ze zdjęć. Alex Fitzwilliam i Andrea Niwiński w Rzymie, na czerwonym dywanie, przed wejściem na bal u rosyjskiego capo di tutti capi. Wtedy jeszcze nie wiedzieli,że mająswoją"trzeciącząstkęelementarną", nie znali jeszcze "ich Tygrysa", Olega Tsun. Stałsięczęściątego dziwnego związku właśnie tego wieczora, dokładnie kilka godzin później.

Ale te zdjęcia, te tutaj, na stole, były tylko ich, tylko tej dwójki.

Ona, z wysoko uniesionągłową, w skórzanej sukni, nie-sukni. Dyskretny makijażpodkreśla tylko jej oczy. On, klasycznie elegancki w pełnym white tie, który leżałna nim, jakby Alex całeżycie nie nosiłniczego innego. Tatuaże pokrywały całąjego szyjęi czaszkę. Andrea patrzy na niego złobuzerskim półuśmiechem. On podaje jej dłońi w oczach ma czystąradość.

Mój syn i kobieta, którąten uwielbia. Mój syn i jego Andy.

Podniosłem oczy, bez słowa. Parvaneh lekko dotknęła jednego ze zdjęć.

- On jąkocha? - zapytała cicho.

Gdybym nie byłZmiennym, nie usłyszałbym słów mojej królowej.

~*~*~*~

Kiedy Parvaneh napisała do mnie z prośbąo spotkanie, nie poczułem niepokoju. Królowa Nieśmiertelnych, rezydująca zwykle w Mediolanie, widywała sięze mnądośćregularnie. Jej Roje sąrozproszone po całej Europie, ale Nieśmiertelni najbardziej lubiąMediolan, Paryż, Berlin, Petersburg, Rzym, Londyn… Duże miasta, pełneświateł, rozrywek, muzeów, galerii, pięknych ludzi, ciągle głodnych nowych doznań, przyjemności i zabawy. Ryzyka. Nieśmiertelni to drapieżna rasa, jak moja, ale polegająca na zupełnie innej magii.

Czasem ja prosiłem o spotkanie, czasem prosiła o nie ona. Nasze społeczności dzieliłyświat, ależyły trochęosobno. Ostatnimi czasy, czyli od jakichś900 lat, rzadko współpracowaliśmy. Istniała jednak potrzeba oficjalnej komunikacji, którąmy, władcy, realizowaliśmy.

Były jeszcze inne powody naszych spotkań, o których jednak nie trzeba tutaj wspominać. Zresztą, o tym pozapolitycznym aspekcie naszych kontaktów, wie może pięćosób, z zainteresowanymi, z nami, włącznie. I tak powinno pozostać.

~*~*~*~

Parvaneh usiadła w miękkim fotelu i pieczołowicie układała fałdy swojej szaty, a ja zacząłem sięniepokoić. W ciszy słychaćbyło tylko szelest jedwabiu. Wiedziałem,że daje mi znak,że nasza rozmowa może mi sięnie podobać. Gest miałmnie przygotowaćna przyjęcie złych wieści. Miałuprzedzić,że to co przynosi na mój próg, nie jest dobre. Dawała mi czas na lepsze ukrycie sięza mojąmaską. Za parawanem braku emocji. Za zwodniczym spokojem starego drapieżnika.

Tak sięrobi, jeśli zna siękogośtysiące lat i wiekszączęśćz tych tysięcy lat spędziło sięw satysfakcjonującym obie strony związku małżeńskim.

~*~*~*~

- Przyszłam, by zastosowaćPrawo - powiedziała, kiedy jużbyła pewna,że znaczenie gestów dotarło do mnie w pełni.

Od razu przeszła do rzeczy, bez podchodów i słownego menueta. Parvaneh, bogom podziemi niech będądzięki, stosowała protokół, jakim powinni posługiwaćsięw komunikacji królowa i jej współmałżonek. To oszczędza czas i skraca dystans w tym balecie, jakim sąstosunki dyplomatyczne osób władających dwiema rasami.

Jednocześnie jest to także nieodparcieśmieszne,śmieszne w taki duszny i dławiący sposób. Mążiżona sątak od siebie teraz oddaleni,żeżeby rozmawiać, musząstosowaćetykietęobowiązującąkiedyśna ich wspólnym dworze. Kiedyś, marne tysiąc lat temu.

- Prawo zatem będzie zastosowane - powiedziałem równie formalnie, akceptując i protokół, i temat spotkania.

Patrzyliśmy oboje na zdjęcia, które były jak zasieki z błyszczącego papieru. Miałem wrażenie,że przestrzeńmiędzy nami rośnie i rośnie. I nic tego dryfu nie powstrzyma.

- On jąkocha, nie mylęsię? - powtórzyła mojażona, nie podnosząc wzroku na mnie, patrząc na uśmiech mojego syna.

- Kocha.

Plotkowało sięo nich zawzięcie. Sam teżobserwowałem z uwagąuczucie, które było jak jasny płomień, zachęcający,żeby sięprzy nim ogrzać.

- Kocha ją. Ona i jeden z naszych, Kot, sążyciowymi partnerami mojego syna - powiedziałem, szybko przeglądając resztęzdjęć. Wszystkie z tego samego balu, z Rzymu. Fotografowie mieli używanie. Oni rzeczywiście wyglądali niesamowicie.

Niesamowicie razem.

Lekko uniosła brew. Jej piękno jest w najmniejszych gestach.

- Niecodzienne - powiedziała, a ja prawie wzruszyłem ramionami.

Cóżmiałem powiedzieć? Niecodzienny wszak byłten związek trzech niezwykle silnych i dominujących osób. Dwóch Zmiennych i Człowieka. Nadnaturalni sąjak reszta populacji, w naszymżyciu intymnym i rodzinnym dobieramy sięw pary. Trwały trójkąt jest niezwykłym i bardzo rzadkim układem.

Znałem jednak inne, równie nietypowe związki. Popatrzyłem na nią, królowątakowych. Zrozumiała i zarumieniła sięlekko.

- Zaiste, to niecodzienne - zgodziłem się, bo tego wymagała grzecznośći umiłowanie prawdy.

- Muszęprosićo zastosowanie Prawa - powtórzyła tęirytującąformułkęi westchnęła, jakby była tym zniecierpliwiona. A potem wyprostowała sięi kontynuowała:

- Mam w Roju Nieśmiertelną, która niebawem skończy 410 lat. W przyszłym roku. Dostanie wtedy prawo założenia własnego Roju. Zwyczaj każe daćjej z tej okazji specjalny dar. Jak wiesz, zwykle to spełnienie jednegożyczenia Nieśmiertelnego. Jakiego tylko sobieżyczy. Jesteśmy związani honorem,żeby spełnićtożyczenie. Zażyczyła sobie…

Zawiesiła na moment głos, jakby zdała sobie sprawęz tego,że czując sięniekomfortowo z tym, co musi zrobić, mówi za dużo.Że papla. Moja królowa nigdy nie papla.

Wyprostowała sięjeszcze bardziej, jakby fizycznie dystansowała sięod tego, co musi byćpowiedziane. Jednak Parvaneh nigdy nie cofa sięprzed obowiązkami.

- Wiesz już, z czym przyszłam - rozłożyła ręce, bardzo ludzkim gestem. Miałem ochotęgo powtórzyć. Z większąbezradnościąniżona.

- Czyżona Alexa wiedziała,że onżyje? Wcześniej? - odwróciłem zdjęcia, nie chcąc na nie patrzeć.

Parvaneh zaprzeczyła. Jeden pukiel włosów opadłjej na ramię. Miałem ochotęwyciągnąćpo niego rękę.

- Zdjęcia pokazały sięw sieci kilka tygodni temu, pod koniec czerwca. Myślała i zastanawiała się, co z tym zrobić, zanim przyszła do swojego ojca i do mnie. Ale to z sieci dowiedziała się,że ciągle ma męża. Twierdzi,że chce go odzyskać.

- Po więcej niżczterystu latach? - prawie sięroześmiałem, bo absurd tego stwierdzenia byłogromny - Oboje sąjużteraz innymi ludźmi.Żadne z nich nie jest nawet Człowiekiem - powiedziałem, wściekły naświat, na Prawo, na nieznanąmi kobietę.

Parvaneh posmutniała.

- Musimy, Hyeon Ju. Nie tylko dlatego,że to jejżyczenie urodzinowe, iże to nas wiąże, ale dlatego,że takie jest nasze Prawo. Małżeństwo to małżeństwo. Nie zostało rozwiązane, więc trwa. Spotkajmy sięu prawników. Moja Nieśmiertelna domaga się, na co jej Prawo zresztąpozwala… - westchnęła, chyba zmęczona tym wszystkim - spisania formalnej i gwarantowanej magiąumowy - Parvaneh zamilkła i pokręciła głową, jakby dyskutując sama z sobą, a potem dodała:

- Obawiam się, Hyeon Ju,że moja Nieśmiertelna zdecydowanie nie chce wypuścićAlexa na wolność. Chce trwania tego małżeństwa.

To ostatnie powiedziała tak cicho,że prawie nie usłyszałem. Tak, trwanie małżeństwa może byćdla niektórych problemem, prawda? Może my powinniśmy o tym porozmawiać, moja królowo? Kiedyś? Niebawem? Tak za sto lat od dzisiaj?

~*~*~*~

Prawo jest Prawem. Jeśli będęprotestował, jeśli którekolwiek z nich zaprotestuje, całej trójce groziśmierć.

Alex jest moim jedynymżyjącym potomkiem. Zawsze byłmoim ukochanym dzieckiem. Nie potrafięmyślećo jegośmierci. Jeszcze nie teraz. Może nigdy nie będętego umiał?

Podniosłem oczy. Parvaneh siedziała dumna i wyprostowana. Za sztywnym kręgosłupem kryła cierpienie, bo ona, moja niezrównanażona, zawsze czuła mój ból i reagowała na niego swoim własnym. Przekleństwo miłości, nawet takiej zniszczonej i nadużytej jak nasza.

Byliśmy jednak władcami, nie zakochanymi dziećmi. Oboje wiedzieliśmy, co musimy zrobić.

~*~*~*~

Tyleże to wszystko nie jest pilne, nie ma waloru natychmiastowości, prawda? Mogędaćim jeszcze chwilę. Jeszcze kroplęw oceanie czasu.

Ich miłość, Alexa, Olega, Andrei, byłaświeża i ciągle bardzo nowa. Byli obdarzeni darami i talentami, których jeszcze nie rozpoznałem. I oni, i ja, i Zmienni potrzebująwięcej czasu. Nieśmiertelna małżonka mojego syna czekała czterysta pięćdziesiąt lat, poczeka jeszcze kilka miesięcy.

- Twoja Nieśmiertelna obchodzi urodziny w przyszłym roku, czyżnie?

Królowa skinęła głowąi nie zapytała o nic.

- Proponujęzatem poczekaćco najmniej do stycznia. Do tego czasu nakładam tajemnicęna tęsprawęi na nasze spotkanie. Zamykam to pod magią- spojrzałem na mojąkrólową.

Zastanowiła sięchwilęi kiwnęła głową. Sięgnąłem po mojąmagię. Mój Kot przeciągnąłsię, zadowolony,że wreszcie może dodaćcośod siebie. Podobnie jak ja, lubiłbyćwładcąi korzystaćz prerogatyw władzy. Powietrze wokółnas zgęstniało i minęło kilkanaście sekund, nim mogliśmy wrócićdo rozmowy. Od teraz nikt, kto jużo sprawie wie, nie będzie mógło niej rozprawiaćpublicznie. Ani ja, ani Parvaneh, jej Nieśmiertelna, czy jej ojciec.

- Sporo może sięzdarzyćmiędzy dziśi przyszłym rokiem - powiedziała mojażona.

Albo mi sięwydawało, albo odetchnęła z ulgą, kiedy magia przez nas przeleciała. Znałem jąjak siebie, jej także nie podobała sięta sprawa. Teżwolała poczekać. Dla nas, dla istot, które widząmillenia, kilka miesięcy nie ma znaczenia. Dlaśmiertelnej kobiety tych kilka miesięcy jest jak wieczność. I może byćwszystkim, co Andrea ma, i co miećbędzie.

- Hyeon Ju, panie mój, ustalmy wszystko jużteraz. Jakiżjest sens tracićczas kolejny raz?

Pragmatyk, ta moja królowa, prawda? Zawsze tak praktyczna. Ale nie rządzi sięrasąprawie nieśmiertelnych i drapieżnych indywidualistów skupiając siętylko na ideach, czyżnie?

Popatrzyłem na swój kalendarz, kalkulując i myśląc. Miałem w pamięci większośćzobowiązańParvaneh. Tak, miałem jąna oku, jak to sięteraz mówi. Potrzeba chronienia jej była wszechogarniająca, a to,że nie mogłem jej strzec osobiście, było jak niegojąca sięrana. Byłem zbyt dumny, by móc z niąbyć, ale to nie znaczyło,że mógłbym poradzićsobie z jej utratą.

- Może w sobotę, 7 lutego, w kancelarii Moiry Pickwell? - spojrzałem na nią, sprawdzała swój kalendarz i kiwała głową.

Kancelaria Moiry mieściła w jednym z tych przerośniętych i anonimowych biurowców na Canary Wharf. Tam w weekendy wiatr hula i gwiżdże, a z wnętrz słychaćtylko klimatyzację. Jedynie pracoholicy pojawiająsięw sobotęwieczorem w tych szklanych klatkach dla korporacyjnych lwów.

Idealna scenografia dla nas, potworów z legend.

- Kto będzie po stronie Królowej Nieśmiertelnych? - zapytałem formalnie, znacząc datęw kalendarzu wyświetlonym naścianie biura.

- Ja, moja Nieśmiertelna, skryba. Moira zajmie sięznalezieniem kogośod Magicznych,żeby zabezpieczyćumowę, zgodnie z naszymi uzgodnieniami.

Skinąłem, tak te rzeczy były zwykle robione.

- Po stronie Zmiennych ja, Alex, skryba - zawahałem się- Jestem przekonany,że oboje jego partnerzy będąnastawać, by mu towarzyszyć.

Parvaneh skinęła głową.

- Zabioręze sobąojca Nieśmiertelnej, liczba będzie równa, nikt z nas nie straci twarzy. Czemu my sięjeszcze czymśtakim przejmujemy? - zapytała z niecierpliwościąi nutkągniewu.

Nie umiałem jej odpowiedziećna pytanie o Zwyczaje naszych ras. Milczałem zatem i tylko chłonąłem jąwzrokiem. Uwielbiałem patrzeć, jak wybuchająw niej emocje; uwielbiałem byćświadkiem tych chwil, kiedy nie chowa uczućpod jedwabiami i uśmiechem królowej Persji. Dlatego obserwowałem jej wybuch, jakbym byłwygłodzonym psem gapiącym sięw pełnąmiskę.

- Po mojej stronie będzie i tak jedna osoba więcej. Partnerka Alexa - przypomniałem delikatnie, wiedząc,że jąto zirytuje.

Odpowiedziało mi prawie niedostrzegalne wzruszenie ramionami. Taki zwyczajny gest, w tak królewskiej postaci… Zeskrobywanie z niej emocjonalnego lodu było równie niesamowite, jak zdejmowanie z niej sukien.

Nie pytajcie.

- To tylko Człowiek - uśmiechnęła sięze smutkiem - Ktoś, kto przemija jak liść, nie powinien byćbrany pod uwagęw układach pomiędzy Nadnaturalnymi, którzy idąprzez wieki, Hyeon Ju -łagodny, acz słyszalny wyrzut w jej głosie.

Czyżbym wyczułniezadowolenie,że o tym zapomniałem? Czy może zazdrość,że stajępo stronie innej kobiety? Och, Parvaneh, moja Parvaneh. Spotkaj ją. Poznaj tę, której twoja Nieśmiertelna wyrwie serce. Zrób to. Spójrz jej rozpaczy w twarz. A potem powiesz mi, czy następnym razem zechcesz wziąćśmiertelnąistotępod uwagę.Śmiertelnąkobietę, która jako kobieta mnie nie interesuje, moja pani.

- BędęchciałzapewnićCzłowiekowi pełne bezpieczeństwo. Jej, jej rodzinie i najbliższym. Do końca jej naturalnegożycia - mówiłem, uważnieśledząc jej reakcję.

Parvaneh spojrzała na mnie uważnie, znowu z odrobinątego "czegoś". w oczach, ale szybko kiwnęła głową. Ukryła ukłucie niepokoju pod doświadczeniem.

Nie raz w ciągu wieków mogliśmy obserwować, jak potwornąrzecząjest zazdrośćistot prawie wiecznych i jak nienasycona jest ich potrzeba zemsty.

Jeden z Nadnaturalnych miałśmiertelnąmetresę, która rozstała sięz nim po kilku latach związku. Nieśmiertelny nie protestowałspecjalnie, a jego kochanka po stosownej przerwie poślubiłaŚmiertelnego mężczyznę.

Nadnaturalny nie mówiłnic, ale jak sięokazuje, czekałtylko na okazjędo zemsty. Czekałdo momentu, kiedy dzieci pary dorosły i pierwsze z nich miało swoje dzieci. Zabiłcały ród, oprócz syna swojej byłej kochanki, jegożony i dziecka. Pozwoliłimżyćw spokoju, dopóki nie urodziłsięim pierwszy wnuk i nie wszedłw wiek męski. Nadnaturalny zabiłznowu wszystkich oprócz wnuka i jego rodziców. Spostrzegliśmy siędopiero przy czwartym wymordowanym pokoleniu i ocaliliśmy piąte. Nadnaturalny byłnie do uratowania. Jedno, czego chciał, tożeby jej krew cierpiała wiecznie, tak jak wiecznie cierpi on.

Dlatego chciałem chronićkruche, ludzkieżycie Andrei i jej równie ludzkich przyjaciół. Na tyle, na ile to było możliwe.

~*~*~*~

Parvaneh wstała. Ukłoniłem sięjej, jak mojej współmałżonce. Podeszła, pocałowała mnie w policzek. Przytuliła sięna sekundę, jak to robiła kiedyś, dawno temu. Pachniała migdałami iświeżo opadłymśniegiem. Co by sięstało, gdybym jej nie wypuścił? Co by sięwydarzyło, gdybym jąwziąłw ramiona?

Nie odważyłem siętego sprawdzić.

~*~*~*~

Siedziałem długo przy swoim biurku, patrząc na jego wypolerowanąpowierzchnię. Nie widziałem nic, tylko roześmiane oczy Alexa i ten wyraz szczęścia, który zdołałuchwycićw nich fotograf.

Każdy ma przeszłość, a ona czasem wyciąga po nas szpony.

Wrzuciłem zdjęcia do niszczarki,żałując,że nie mogętam wrzucićcałego internetu iżony Alexa na dokładkę.

Sięgnąłem po telefon, ale opuściłem rękę, kiedy poczułem ukłucie mojej własnej magii. Racja, nie zadzwoniędo niego. To nawet lepiej. Jedyne, co mogęzrobić, to podarowaćim tyle spokoju, ile jestem w stanie.

~*~*~*~

Konieczność, nieuchronność, Prawo, historia, wszystko zdawało sięzaciskaćna moim gardle. Z większąsiłązaciśnie sięna nich, na tej trójce.

CHAPTER 2: Górki i dolinkiżycia rodzinnego

Kraków, Polska

Lipiec - wrzesień2053

Andrea

Trzasnęłam drzwiami i poszłam, jak stałam, w sięgającym mi do kolan podkoszulku, bokserkach i niezawiązanych glanach, do sąsiadów. Nie,żebym sięjakośszczególnie naszła. Daleko nie mam. Czterdzieści metrów, no, góra pięćdziesiąt. Było po szóstej, więc wiedziałam,że Michał, mój sąsiad i przyjaciel od czasów, kiedy uczyliśmy siękorzystaćz nocników, byłjużw pracy i kroiłludzi. On lubiłw poniedziałki zaczynaćoperacje bardzo, bardzo wcześnie. Pierwsząmiałwłaśnie o szóstej. Podobno i pielęgniarki, i asystenci tego nienawidzili, ale doktor Nitsch byłtak dobrym chirurgiem,że nikt nieśmiałmu powiedzieć,że nie może przyjśći asystowaćmu, bo imprezowałw weekend.

Ciocia Mary była w domu. Jej Toyota stała ciągle na podjeździe. Mary jechała dopiero na ósmą, bo jej "pacjenci". jużnigdzie sięnie spieszyli. Zresztąona zawsze twierdziła,że kobieta pod pięćdziesiątkęmusi sięwysypiać.

Wparowałam zatem do kuchni i wywarczałam swoje "dzieńdobry", a następnie posadziłam dupsko na krześle, przy stole.

Ciotka podniosła głowęznad tabletu. Pani Basia, kucharka, uniosła oczy do sufitu i z wyrazem twarzy męczennicy podała mi kubek herbaty, mojego ulubionego earl greya. Pani Oleńka, gospodyni i sprzątaczka w jednym, podniosła głowęznad komputera, w którym, jak zwykle w poniedziałek, podliczała wydatki domu z poprzedniego tygodnia. Fuck. Może to jednak nie jest dobra pora na wizyty?

- Pani Jędrusia w cudownym humorze, jak widzę. A cóżto sięzdarzyło tym razem? - pani Oleńka mówiła z lekkim przekąsem, cośwpisując w arkusz i wywalając do kosza paragony.

Miałam ochotęjej pokazaćjęzyk albo powiedziećcośbrzydkiego, no jak pragnę, kurwa, zakwitnąć. Wiedziałam jednak,że przy ciotce nie mogękląć, bo dom Nitschów to nie koszary. Tak, to cytat z mojej ciotki.

- Czy mogęzabićmiłośćmojegożycia? I pogrzebaćgdzieśpod cioci różami? - podniosłam wzrok na ciągle piękną, szczupłąblondynkę, która od kilkunastu lat próbowała byćnajbliższąmi kobietą. Pytanie brzmiało, przyznaję, dośćdramatycznie. Ale było poważne.Śmiertelnie poważne.

- Nie, nie możesz. Mogłaśiśćna prawo, wiedziałabyś,że za morderstwo sięsiedzi i wiedziałabyśnawet, ile sięsiedzi.

To byłzwyczajowy argument, używany nie po to, by dopiec, tylko po to, by mnie rozbawić. Po kilkudziesięciu latach używania niektóre argumenty pięknie sięzestarzały i zrobiły sięnawetśmieszne.

- Pani doktor nie zwraca uwagi na to, co pani słyszy. Nie ma sensu, to tylko zachęci niektórych do mówienia. Pani Jędrusia dramatyzuje, jak to ona. Co tym razem? - harpia rodzinna odwróciła sięw mojąstronę- Nie mogła pani popełnićseppuku nożem do ryb, czy może poproszono o założenie spadochronu przy skoku z samolotu? Albo byłkłopot z powodu tego samotnego plątania siępo Mistrzejowicach po północy? W czasie zamieszek? Sama pani nie wie, pani Jędrusiu, co pani ma i nie wie pani, jak bardzo powinna siępani cieszyć- powiedziała krynica mądrości Woli Justowskiej, pani Oleńka.

Pani Basia tylko pokiwała głową. Dajęjej pięćminut na wejście z jakimśjej argumentem. Po co ja tu, kurważmać, przyszłam, to nie wiem. Znikąd człowiek nie ma ratunku i znikąd wsparcia. Rodzina, ja pierdolę, to padaka.

Ciotka ukryła uśmiech i uniosła jedną, pięknie i naturalnie zarysowanąbrew, jakby rzucała mi wyzwanie.

Olałam harpie domowe z dumąi opanowaniem, z którego słynęłam.

- Ja kiedyśnaprawdępopełnięmorderstwo. Przez tęnadopiekuńczość, przez paranoiczne dbanie o tak zwane "moje dobro", przez wkładaniełba we wszystko, przez pilnowanieżebym sięnie spociła i nie złamała przypadkiem paznokcia! - wywarczałam, sięgając po kanapkę.

Pani Basia przejechałaścierąpo moich plecach. Auć, boli, kurwa, no. Przemoc sąsiedzka, jest na to paragraf? Right, mogłam iśćna prawo, wiedziałabym.

- Zje pani w domu, pani Jędrusiu. Zresztą, rąk pani nie umyła. Tu jest porządny dom.

Cholera, ta teżz "paniąJędrusią". wyjeżdża. Co ja jestem, damska wersja Kmicica, czy chuj? Popatrzyłam na ciotkęz uniwersalnym spojrzeniem pytającym "da fuck", ale ciotka Mary wybrała dzisiaj ignorowanie mnie.

- Jakie ty miałaśszczęście - powiedziałam jej, podnosząc oczy znad kubka - wyście sięz wujkiem nigdy nie kłócili.

Tak to właśnie pamiętam. Spokój, ciepło, bez kłótni i spektakularnych wybuchów emocji. Może nie romans stulecia, ale teżnie dom, gdzie ażkipiało od gniewu, jak w moim domu rodzinnym.

Moi rodzice nie tworzyli najlepszego związkuświata.

~*~*~*~

Trzy panie w kuchni popatrzyły na siebie, potem na mnie, a potem zaczęły sięśmiać. Pani Oleńka autentycznie płakała ześmiechu, zanosząc sięprawie i kładąc rękęna pokaźnym biuście, pani Basia przykucnęła przy kuchence i trzymając sięszafki, rżała jak hiena, a ciotka ocierałałzy i w końcu zdjęła okulary, masując miejsce między brwiami. Tak robiła, kiedy próbowała sięopanować. Kompletnie nie miałam pojęcia, o co tym cholernym babom chodzi i dlaczego kwicząześmiechu?

- Doktorostwo strasznie siękłóciło. Profesor - czyli wujek Stanisław - byłupartym osłem…

- Pani Oleńko… - skarciła ciotkałagodnie, ale nie zaprzeczyła.

- Pani doktor jak zwykle uprzejma, ale profesor,świećPanie nad jego duszą, byłtrudnym człowiekiem, i więcej niżupartym osłem. A i doktor charakter miała, i ma. Tylko,że - popatrzyła na mnie - oni szybko sięgodzili. Bo rozmawiali. Ot, i cała, wielka tajemnica. I nikt drzwiami nie trzaskał.

Niemożliwe,żeby moje trzaśnięcie drzwiami było słychaćażtutaj. Czyli taka figura, kurwa, retoryczna jest w użyciu, rozumiem.

Pani Oleńka popatrzyła na mnie jak na niedorozwiniętą. Wuj byłstarszy od ciotki o jakieśdwadzieścia lat i faktycznie, charakterek to on miał. Michałgo po nim odziedziczył, debil jeden.

- A pani Jędrusia, to na cuda liczy.Żeby wszystko było, jak kiedy pani panienkąbyła, niezamężną. Tylko wolnośći junacka swoboda, i byleżadnej zmiany nie było. A teraz ma pani kogośi trzeba siędogadywać. Kompromisy wypracowywać, rozwijaćsięjak dorosły człowiek, nie wieczny nastolatek. Pracowaćnad związkiem trzeba. No tak, co pani Jędrusia tak oczy wytrzeszcza? Sama pani z sobączasem siędogadaćnie umie, przecieżwiem, znam paniąod pieluch, nie? - mówiła, układając ważniejsze rachunki w równe kupki na stole - A myśli pani,że jak sięjest w małżeństwie, to od razu i cudem jakimśczłowiek z człowiekiem siędogada? Trzask, prask i już? Cuda i czary mary? Tyle pani w tymświecie była, ale rozumu, to pani nie przybyło od tego jeżdżenia.

Siadłam prosto, lekko urażona.

- A jak jest inaczej, niżsiępani Jędrusi wydaje, to… - pani Basia siadła i zaczęła obieraćilośćziemniaków, która by wystarczyła dla kompanii wojska - … to siępani jak jakiśżółw, cała w sobie chowa i wszystko w sobie obraca, i coraz gorsza siępani z tego obracania robi. Pani dorośnie, pani Jędrusiu. Pani zobaczy, co pani ma i pani przestanie sięzachowywać, jakby pani była jo-jo jakieś. Nie miotaćsię, tylko myśleć, pani Jędrusiu. I to nie tylko o sobie, no. Szarlotka będzie na wieczór, proszętam w domu powiedzieć. Bez cukru robięi z różą, spodoba się.

~*~*~*~

O Chaosie błogosławiony, jak ja potrzebowałam rzucićkurwąalbo dwiema! Albo coś. Czymś. Przyszłam tu, po ciężkim sporze w domu, zablokowałam dokładnie wszystko wśrodku i byłam jak reaktor atomowy, zero wycieków emocjonalnych. Liczyłam,że baby pokiwajągłowami, powiedząmi,że jestem biedna,że wszystko będzie dobrze,że faceci to dranie i nic nie rozumieją. A tymczasem dowiedziałam sięod tych prawie emerytowanych harpii,że jestem dziecinna i niedojrzała. Zabolało mnie to, ale jakoże chcęjeśći dalej wieśćwygodneżycie, to ugryzłam sięw język. Taka jestem dojrzała, wiem, kiedy przytrzasnąćjapę. Zwłaszcza w towarzystwie własnej kucharki i gospodyni, no, dzielonych z Nitschami, ale własnych.

~*~*~*~

- W gabinecie jest moja torba z komputerem. Przyniosłabyś? - ciotka wstała, odstawiła filiżankęi zaczęła sięzbieraćdo wyjścia. Figuręmiała jak dwudziestolatka. Powinnam jej zazdrościć.

Tyle mam z kobiecego wsparcia. Tu z jednej strony sąnadużycia werbalne, z drugiej konkurencja estetyczna. Oto mojeżycie, bardzo proszęo oklaski, szlag jasny i krew troista by to zalała, no. W wojsku było mi lepiej. Camaderie jakieśbyło, a tu nic. Nic.

Powlokłam sięza ciotkąna podjazd, podałam jej torbę. Wiatr byłzimny, ten sierpieńw Krakowie to jeden z ciekawszych miesięcy, jakie pamiętam. Byłjedynie dla wytrzymałych nerwowo i zdrowotnie. Było jak w listopadzie. Inwersja, kurwa, temperatur. Wiatrśmigałmi po gołych nogach i kropelki deszczu lądowały na chłodnej skórze. I ja, i ciotka wiedziałyśmy,że gówno mi będzie, więc nie usłyszałam,że mam wrócićdo domku i ubraćczapeczkę. Niektórzy lekarze sącool, zwłaszcza ci, którzy zajmująsięzwłokami.

- O co chodzi, tak naprawdę? - zapytała, siadając w samochodzie. Przycupnęłam, schowawszy sięza otwartymi drzwiami toyoty, na krawężniku. Podkoszulek włożyłam między nogi,żeby ciotce nieświecićw oczy kroczem odzianym w męskie gacie. Mam jakąśwrażliwość.

- Nie pozwolęnikomu decydowaćo tym, co robię- wysyczałam w przestrzeń. Pokiwała głową.

- Zrozumiałe - powiedziała po prostu

- Mary, kurwa, przepraszam za wyrażenie, nie mam pięciu lat i wiem, co mogę, a czego nie, co mi zaszkodzi, a co nie - kopnęłam kamyk pod podwozie.

- Zrozumiałe - powiedziała, ale tu zrobiła pauzę. Popatrzyłam na nią, trochęniepewna, czy nie wypomni mi tych momentów, kiedy robiłam tylko to, co mi szkodziło. Wojsko to nie jest zakład pracy chronionej.

- I… - zatrzymałam się, nie wiedząc, co powiedziećwięcej.

Bo, prawdęmówiąc, nie było nic więcej do powiedzenia. Wiatr musiałmnie otrzeźwić. Jak na powody do takiego dramatu, z trzaskaniem drzwiami i ucieczkądo sąsiadów, to faktycznie było to słabawe. Umiem sięprzyznaćdo wtopy, nie?

Ciotka czekała w milczeniu.

Wzruszyłam ramionami. Co miałam powiedzieć?Że to wszystko? Zrozumiała, kiwnęła głową.

- Pamiętasz, jak pod koniec lipca miałten krwotok z nosa, kiedy… - przerwała, wiedząc,że dopowiem resztę. Co teżoczywiście zrobiłam, dowodząc tym,że znała mnie lepiej, niżznała mnie moja maman.

- … kiedy miałsparing z krakowskąWatahą. Tak.

Jak mogłam zapomnieć? Darłam sięna niego strasznie. Z obawy o niego robiłam ten hałas. Wiedział,że to nie złość, tylko troska. Na Wojtka teżsięwtedy wydarłam. Obaj lali się"dla funu" z dwudziestoma Zmiennymi. Idioci. Kot i pierdolony pies, policjant w dupękopany. Chyba muszęzmienićprzyjaciół. Ci, których mam, to idioci.

- A wtedy, kiedy miałrozbityłuk brwiowy?

Pamiętałam. To była dla niego trudna interwencja, czterech na jednego. Niby tożadna rana, ale krwawiłmocno. Stałam nad nim i patrzyłam, jak sięgoi. Minęmiałam,że hoho! Nie wiedziałam, czy zabić, czy przytulić. Bałam sięo niego. Wiedziałto.

Pamiętałam jedno i drugie. I wiele innych takich rzeczy.Żadne z nas nie wiodło przesadnie spokojnegożycia zawodowego. Kiwnęłam głową.

- Twoje zachowanie, wtedy… czym sięróżniło od tego, co cięzdenerwowało dzisiaj? - głowąwskazała na nasz dom.

Pokiwałamłbem. Znała mnie za dobrze.

- Troska, ciocia, z mojej strony, to była troska! Myślałam,że umręze strachu, w obu przypadkach! Przecieżto sięmogło skończyćo wiele, wiele gorzej.

- Mogło. Ale jesteśw stanie zobaczyć,że po drugiej stronie nie ma chęci kontroli, tylko taka sama troska? Przecieżty robisz, co chcesz, dziewczyno. Nigdy nie słyszysz "nie", zawsze słyszysz "porozmawiajmy", nawet kiedy robisz coś, co jest bardzo, ale to bardzo niebezpieczne. Zawsze jesteśtraktowana jak partner. Jak dorosła osoba. Ktośnawet mógłby powiedzieć"jak mężczyzna", gdyby nie było to tak obraźliwe i głupie. I doskonale to wiesz. O co chodzi, tak naprawdę? Czemu sięmiotasz i wściekasz? Przed czym znowu chcesz uciec, dziewczyno? - ostatnie pytanie ciotka zadała bardzo cicho, ze strasznym bólem. Strasznym.

Popatrzyłam na niązdziwiona. Pokręciła głową.

- Będęzgadywać. Znowu sięzastanawiasz, czy to jest "prawdziwe", tak?

Zamarłam. Tylko raz, przy jakimświnie, jej to powiedziałam, ale widocznie w niej to siedzi, te moje dwa, trzy durne zdania. Co gorsza, siedziało to także we mnie. Niepewnośćczy miłość, którączuję, jest prawdziwa. Rzeczywista. Bolała mnie, jak boli coś, co jest prawdziwe. Była piękna, jakby była prawdziwa. Ale czy była?

Popatrzyła na deskęrozdzielczą, potem na mnie i odważnie spojrzała mi prosto w oczy. Nie wszyscy lubiąpatrzećmi prosto wślepia. Teraz jednak nie miała z tym przesadnych kłopotów. Jużto pokazało mi,że to, co powie, będzie ważne. I poważne.

- Powiem ci cośbolesnego. Nie wstawaj, nie uciekaj, nie krzycz, dopóki nie skończę. Proszęcięo takąprzynajmniej uprzejmość- ciotka patrzyła na mnie tymi jej chabrowymi oczami, otoczonymi siatkąprawie niewidocznych zmarszczek.

Nie wyglądała na swoje lata. Była bardzo pięknąkobietą. Przerażającą. Doktor nauk medycznych Zuzanna Maria Nitsch, postrach laborantów i zaspanych studentów.

Kiwnęłamłbem, no co mam zrobić, kłócićsięz nią? Duuuh…

- W tym momencie, w tej sytuacji zachowujesz sięjak twoja matka. Tak bardzo jesteśteraz jak ona,że ażmnie to martwi. Nie, nie w błahych rzeczach. W takich ważnych jak ta. I musisz to wreszcie zobaczyć.

Zamarłam.

~*~*~*~

Poczułam, jakby mnie ktośoblałzimnąwodą. Albo spoliczkował. Moja maman była nieprzyjemną, samolubną, chłodną, egoistycznąi rozkapryszonąosobą. Nie byłam jak ona. Wszystko i całeżycie robiłam,żeby nie byćjak ona. Ciotka patrzyła na mnie uważnie i widziała wyraz mojej twarzy. Pokiwała głową.

- Zaprzeczysz. No pewnie,że zaprzeczysz. Dam ci przykład. Twoja matka potrafiła sięobrazićna jednego ze swoich klientów za to,że przesłałjej prezent urodzinowy, a nie przyniósłgo osobiście, na przyjęcie, jak wszyscy. Wiedziała,że ten klient byłna onkologii, sama jej to powiedziałam, mówiłam,że wypluwałpłuca w ostatnim stadium raka, ale i tak była na niego obrażona, bo prezent nie zostałdostarczony tak, jak ona uważała,że powinien być. Nie odpakowała go w ogóle. Rzuciła go w kąt. Znaleźliśmy go dopiero po jejśmierci, kiedy porządkowaliśmy wszystko. Ważniejsze dla niej było to, jak prezent dostarczono, nie jaka intencja za nim stała, czy co nim było. To samo teraz widzęw tobie. Dokładnie to samo.

Widziałam jej ból, ale czułam sięstrasznie zdradzona, obrażona, znieważona. Jak mogła porównywaćmnie z maman? Miałam kłopot z oddychaniem.

- Jakie to ma znaczenie, gdzie spotkałaśswojąmiłość? I co was do siebie przyprowadziło? Jakie? Przypadek, przepowiednia, korek na autostradzie, zawieszony lot, zepsuty rower, deszcz? A może poznaliście sięprzez koleżankę, kolegę, babcię, swatkę, grupęmodlitewną, przepowiednię? Jakie to ma znaczenie?

Zesztywniałam jeszcze bardziej, wszystkie mięśnie miałam jak ze szkła.

- Przepowiednia czy los,łut szczęścia, przypadek, kosmicznyślepy traf, jaki przytrafia sięwiększościśmiertelników? I jakie to ma znaczenie, dziewczyno, jeśli masz to, co najważniejsze? Jak to brzmiało, jeszcze raz, ta twoja przepowiednia? Przypomnij, bardzo proszę.

Cztery razy użyła słowa na "P". Cztery!

Pamiętała, wiedziałam,że tak będzie. Ona małeb do szczegółów. Ale to byłmój debilny pomysł,żeby spieprzyćdo sąsiadów, więc to mój kłopot. Oparłam brodęna zimnych kolanach i odpowiedziałam tak niewyraźnie, jak tylko mogłam.

- "W morzu krwi sięskąpiesz jak wrona. Na progu znajdziesz psa, w bucie kota. Nienawiśćodbierze ci obu. Wrócądo ciebie, gdy umrzesz w domu czternastu kobiet. Zginiesz, jeśli nie pokażąci drogi dośmierci. Obudzicie Smoka, powrócicie, gdzie was nie ma". I jeszcze było,że jestem "biednym dzieckiemśmierci". To, to jużw ogóle ma sens, Mary, nie? - usiłowałam byćsarkastyczna, bo człowiek musi sięjakośbronić.

Mary zignorowała sarkazm. Popatrzyła na mnie, potem do przodu, przez mokrąszybęsamochodu.

- Tam nie ma nic o miłości - mówiła z pewnością, którąz niąkojarzyłam całe swojeżycie - Kompletnie. Nie ma słowa o miłości. Jest o waszym spotkaniu, ale nie o miłości. Tego wam nie przepowiedziano. Sami w to wdepnęliście. Teraz pomyśl. Użyj swojego mózgu, którego używasz dla innych, użyj go dla siebie. Czy wy jesteście Tristan i Izolda? Wypiliście czarodziejski napój i musieliście sięw sobie zakochać? Jesteście marionetkami? Nie mieliście na to wpływu? Nie mieliście wyboru? Wy? Z takimi osobowościami jak wasze? Jedno silniejsze i bardziej dominujące od drugiego, i nie mieliścieżadnego wyboru? Nie wierzę. I nawet mi tu nie kłam! - podniosła głos, a ona tego nie robi nigdy.

~*~*~*~

Mójświat, te wszystkie trybiki w moim durnymłbie, zatrzymały sięze zgrzytem, strzelając iskrami, które czułam z tyłu powiek. Cały czas mnie gryzło,że sięzakochaliśmy w sobie, bo tak nam przepowiedziano.

Ale tego nam faktycznie nie przepowiedziano, to zrobiliśmy sobie sami, z własnej nieprzymuszonej woli i ogromnym zapałem, bo byliśmy stworzeni dla siebie, bo sięuzupełnialiśmy idealnie.

Jakby to zaczęło sięw bibliotece, u dentysty, gdyby nie było tych pierdolonych kilku zdańwypowiedzianych lata temu, w Afryce, to teżbym sięzakochała. Tak samo głupio,ślepo i na zabój. Tak samo bym kochała, tylko okoliczności byłyby inne. Sposób dostarczenia prezentu sięliczy, czy intencja i sam prezent?

Ulga spadła na mnie razem z kolejnąfalądeszczu, który lałod trzech dni. O słodka Entropio, ciotka ma rację. Nie widziałam tego wcześniej, tyle stresu, tyle bólu, tyle niepewności. Na chuj.

Postanowiłam sięnie pochylaćnad tym,że Mary nad mojąprzepowiedzianąśmierciąprzeszła do porządku dziennego. Metoda małych kroczków.

Wracając… no pewnie,że mieliśmy wybór. I pewnie,że z naszymi osobowościami zawsze, ale to zawsze decyzja była po naszej stronie, ale jest jeszcze jedno…

- I co z tego,że to było bah i miłośćod pierwszego wejrzenia?

Mary była jak wirus ebola, nie do zatrzymania, jak sięjąwypuściło naświat.

- Pierwszy raz sięto zdarzyło? Na całymświecie? Zwariowałaśjużkompletnie? Pierwsza ofiara miłości od pierwszego wejrzenia, Andrea Niwiński, patrzcie ludzie i podziwiajcie! Masz cośpięknego, idiotko patentowana, prezent odżycia unikalny i jedyny w swoim rodzaju, a zastanawiasz siętylko nad tym, jak zostałdostarczony? Czy ty naprawdęchcesz cierpieći byćofiarą? Jeśli tak, to zrób to, co zwykle: trzaśnij drzwiami i wyjedź. Zaciągnij się, weźjakieśzlecenie na końcuświata, nadstawiaj karku, olej miłość. Olej. Zostaw miłośćza sobąi cierp efektownie. Ale zrób to szybko. Jeśli masz zamiar byćtwojąmatką, to przynajmniej nie zawracaj głowy innym. Nie niszcz ich. Zrób to szybko,żebyłatwiej było o tobie zapomnieć.

Każde słowo ciotki Mary było jak smagnięcie nahajkąpo gołych plecach. Miałam wrażenie,że z każdym zdaniem jakiśkawałek mnie jest boleśnie odrywany i rzucany w przestrzeń.

To nie jest prawda. To, co ciotka mówi, jest nieprawdą. Nie jestem jak maman. Nie jestem.

Przepowiednia. Głupia przepowiednia. Jak z książki. Ale… dziwniejsze rzeczy jużwżyciu widziałam. Wtedy, kiedy mi te słowa powiedziano, nie miałam pojęcia,że Zmienni istnieją,że obok naszego jest innyświat, w którym magia jest czymśrealnym, nie obłąkaniem pańw wieku premenopauzalnym. Kiedy do mnie przyszła, ta przepowiednia, nie miałam prawa wierzyćw ani jedno jej słowo.

Potemświat sięotworzyłi magia najpierw zaczęła przeciekaćdo mojegożycia, a potem wlała sięw nie z siłągórskiej rzeki w czasie powodzi. Od tamtego czasu jest jej wokółcoraz więcej. Moje umiejętności rosną, a i ja robięsięcoraz mocniejsza. Widzęwięcej, głównie przyszłość. Rzeczy, których jeszcze nie ma, ale mogąprzyjść. Obrazy, ułamki, fragmenty. Widzęje. Dokładnie i plastycznie. Widzęprzyszłość, jak w błysku jakiejśmagicznej magnezji.

~*~*~*~

Oparłam rozpalone czoło na kolanach. Ciotka milczała. Lata pracy ze studentami, wychowanie czwórki bachorów, z czego trójka nie była jej, i współpraca z polskim wymiarem sprawiedliwości nauczyły jąmetod, których każdy prokurator może pozazdrościć.

O słodki Chaosie…

Ja nie jestem już"tylko zakochana". To jużminęło, ta pierwsza faza, motylki, pierdolinki i endorfinki. Ja teraz kocham. Do spodu, do głębi. Każdąkomórką. Zazdrośnie, wrednie, samolubnie. Bezkreśnie. Na zabój. Za wszystko, za charakter, za upór, urodę, wiedzę, uśmiech, za ciało i duszę. Za talent, za umiejętnośćwalki, za chęćzrozumienia, za rozumienie, załobuzerstwo. Za gniew, za ciszę, za radość, zamyślenie, za każdąinnąemocję. Za dotyk, za spojrzenie, za chęćzabawy i powagę, kiedy trzeba. Za wszystko i wbrew wszystkiemu. Nie mogęsobie wyobrazićżycia bez tego. Nie umiem.

Ale mogęuciec, jeśli mój jad mnie dosięgnie. O, Chaosie i wszystkie spłodzone przez ciebie bękarty! Ależja jestemżłobem betlejemskim. Patrzęna sposób dostarczenia prezentu. I niszczęinnych.

~*~*~*~

Podniosłamłeb. Ciotka patrzyła na mnie uważnie.

- Robięjak ona - wychrypiałam - Jak ona. Patrzęnie na to, co ważne.

Ciotka Mary zaprzeczyła.

- Ona by wżyciu tego nie powiedziała. Ty masz w sobie mniej tchórzostwa i mniej egoizmu. Ale uważaj, po prostu uważaj.

Wyciągnęła kluczyki z kieszeni i włożyła do stacyjki.

- Poznałam Staszka, bo za długo kręciłam włosy i wpadłam do prosektorium, na zajęcia, w ostatniej chwili. I oczywiście wpadłam do złej sali, na zajęcia ze złągrupą. Zajęcia prowadziłon, Staszek. Zakochałam sięod razu, jak go zobaczyłam, stojącego nad rozkrojonym trupem, w smrodzie zwłok i formaliny. Miałpłuco w ręku i jakąśplamęna fartuchu. Bardzo romantycznie, nie uważasz? Jak ostatnia frajerka, bo wcześniej sięśmiałam z takiego fiu-bździu, jak miłośćod pierwszego wejrzenia. Miałam ledwie osiemnaście lat. Od razu potem wpadliśmy, teżprzypadkiem i z głupoty, ale to nie miało najmniejszego znaczenia, bo chcieliśmy byćrazem. To byłlos, moja droga. Los, przeznaczenie, przypadek,łut szczęścia. Za długo sięmizdrzyłam przed lustrem i spotkałam swojego przyszłego męża, swojego przyjaciela, towarzysza, ojca mojego syna. Co mam z tym zrobić? Patrzećna to, co miałam krzywym okiem, bo jakiśkosmiczny przypadek nas ze sobąspotkałw dobrym dla nas miejscu i czasie? Myśl, dziewczyno. Myśl. Myśl, do jasnej cholery, nim zamienisz sięz zgorzkniałą, bardzo samotnąosobę, raniącąwszystkich dookoła.

Nie musiała dodawać"jak ona". Obie wiedziałyśmy, jak mało ciekawąosobąbyła moja maman. Przekręciła kluczyk, delikatnie zamknęła drzwi i odjechała. A ja zostałam na krawężniku, w sierpniowo-listopadowy poranek, w deszczu. Ale otwarłam sięna emocje, na przestrzał, kiedy ciotka Mary zaczęła swojąbolesnąprzemowę. Nie wiem dlaczego, to zrobiłam, flaki mi kazały. Chciałam,żeby dało sięjąsłyszeć.

~*~*~*~

I teraz z jednej strony przysiadłsiędo mnie rudy, skośnooki olbrzym, Oleg, ten od krwotoku z nosa. Rudy bez wysiłku wziąłmnie na ręce i posadziłsobie na kolanach. Obok niego przykucnąłwysoki, szczupły i piękny gość, Alex, ten od rozwalonej brwi, który metodycznie zacząłrozcieraćmoje lodowate ręce.Żaden nic nie mówił. Ale wiedziałam, co czują. I to mi wystarczyło.

- Przepraszam.

Powiedziałam to przez zaciśnięte gardło i na głos. To musiało byćwypowiedziane i dopowiedziane. Opuściłam głowęna ramięolbrzyma i kurczowo zacisnęłam ręce na ciepłych dłoniach drugiego mężczyzny. Poczułam ciepłe usta na rękach i na czubku głowy.

- Strasznie was kocham i bojęsię, tak sięboję,że to spierdolę. Ale nie spierdolę.

Pozwoliłam sobie nałzy. Płynęły i płynęły. Nawet, kiedy byliśmy w domu, płynęły dalej. Ale byłyłzami ulgi. Bo z drugiej strony czułam frustrację, trochęsmutku, trochęzłości, ale przede wszystkim miłość, miłość, miłość. I akceptację. Kochałam obu, obaj kochali mnie.

I jak przewidziały prawie emerytowane harpie z sąsiedztwa,śniadanie zjadłam we własnym domu, przy własnym stole. A temat "prawdziwe/nieprawdziwe". przestałbyćdla mnie zagwozdką.

Mary to przerażająca kobieta. Dobrze,że jej pacjenci jużnieżyją, bo inaczej umieraliby ze strachu.

~*~*~*~

No, to jedźmy z wyjaśnieniem, o co mi poszło.

Nazywam sięAndrea Niwiński, mam trzydzieści lat. I niedawno zaczęłam,że zacytujętutaj moich sąsiadów, "żyćw konkubinacie". z dwoma mężczyznami. Z dwoma na raz. Jednocześnie znaczy się. Nie tak,że mam męża i drugiego chłopa na boku, jak to zwykły miewaćtutejsze panie z towarzystwa. Nie, ja niczego nie robięna półgwizdka.

Alex i Oleg sąZmiennymi. Zmienni to istoty z naszych, ludzkich legend, które z podziwu godnąkonsekwencjąwykręcamy. Obejrzyjcie sobie "Nastoletniego Wilkołaka", to będziecie wiedzieć, o czym mówię. Ból dupy i zęba mądrości, to nic w porównaniu z bólem oglądania tego, zwłaszcza ze Zmiennymi siedzącymi na kanapie tużobok i płaczącymi ześmiechu. Siara straszna. Ale, co sięchłopaki uśmiali, to sięuśmiali.

Mieszkamy w Krakowie, pracujemy, uczymy sięsiebie. Iżycia razem. Czasem jest z górki, bywa teżmocno pod górkę, ale wszystko bym oddała,żeby to trwało i było. Na zawsze. To nowe "coś", co zalęgło sięmiędzy nami, jest boleśnie piękne, ale jak wszystko, co prawdziwe, jest teżniełatwe.

Musiało minąćtrochęczasu, musiałam rzucićkilka poduszek, grubych słów i na dodatek trochępowrzeszczeć,żeby osiągnąćswój cel. Chodzić, biegać, jeździć, pracować. Sama. Bezżadnej z nadaktywnych nianiek. Czyli jak zwykle, jak przedtem. Ale i tak początek każdego dnia, to małe przeciąganie liny. Bo oni sąmega opiekuńczy, a ja mam niebezpieczneżycie.

Mam tendencjędoładowania sięw kłopoty, a w związku z tym do obrywania, do bycia rannąi ogólnie do bycia pokiereszowaną. Jestem, przyznam siębez bicia, typem rycerzyka na białym koniu. Zawsze ruszam na ratunek. Często nadstawiam karku. Bo umiem to robić. Jestem dobrze wyszkolona, doskonale przygotowana. Nadstawianie karku za innych to byłmój zawód. I dalej jest.

Dlatego Oleg i Alex uważają,że musządbaćo mnie bardziej. Bo jestem ich Człowieczkiem podwyższonego ryzyka. No jestem. A to znaczy,że najchętniej by mnie zamknęli pod kloszem.

Na szczęście sąmądrzejsi, niżim sięwydaje. Oleg czasem mawia,że pod kloszem, to zwykle rośnie pleśń. Ja tam nie chcębyćpleśnią.

I to nie chodzi o to,że nie miałam ochoty zmieniaćwłasnegożycia, co mi harpie wmawiały. Zmiana dla mnie jużbyła kolosalna. Na Entropię, no! Jeszcze dwa miesiące temu była sama! Zakochana jużw Alexie, potem teżw Olegu, no pewnie,że tak, ale bez większych… bez złudzeńi nadziei na jakąśprzyszłość.

Teraz jest nas trójka.

Partnerzy.

Kochankowie.

Przyjaciele.

Towarzysze.

Wspólnicy.

Małżonkowie.

Zakochani w sobie. Kochający się. Mający te same prawa i tyle samo obowiązków.

Gdybym jednak nie broniła swoich granic, to nie robiłabym nic. Leżałabym, kurwa mać, i pachniała. Nie przeniosłabym samażadnej siatki z zakupami, nie włożyła do zmywarkiżadnego gara, nie biegała sama, nie pracowałabym, a już