Wydawca: Egmont Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 307 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pollyanna dorasta - Eleanor H. Porter

Dalszy ciąg losów bohaterki bestsellerowego cyklu, ukazującego się dokładnie w setną rocznicę pierwszego wydania!

Pollyanna jest już dużo starsza i powoli wkracza w dorosłość. Przeprowadzka przynosi ze sobą nowe znajomości i nowe możliwości, ale również nowe tajemnice. Czy miłosne perypetie nie złamią ducha bohaterki? I czy zasady „gry w radość” sprawdzą się w dorosłym życiu?

Opinie o ebooku Pollyanna dorasta - Eleanor H. Porter

Fragment ebooka Pollyanna dorasta - Eleanor H. Porter

Tytuł oryginału: Pollyanna Grows up

© Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.,

Warszawa 2013

Tłumaczenie: Tadeusz Evert

Redakcja: Joanna Egert-Romanowska

Korekta: Joanna Egert-Romanowska, Agnieszka Sprycha

Projekt graficzny serii i okładki: Agnieszka Kucharz-Gulis

Zdjęcia na okładce: © Shutterstock

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Wydawca prowadzący: Natalia Sikora

Przygotowanie pliku e-booka: Anita Pilewska

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie siódme, Warszawa 2013

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-281-0006-0

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

Mojemu kuzynowi Walterowi

1

DELLA WYPOWIADA SWOJE ZDANIE

DELLAWETHERBY weszła na imponujące schody domu siostry przy Commonwealth Avenue i energicznie nacisnęła dzwonek. Od kapelusza ozdobionego piórkiem po czubki pantofelków na niskim obcasie promieniała zdrowiem, energią i stanowczością. Nawet jej głos, gdy przywitała się ze służącą, która otworzyła drzwi, tętnił radością życia.

– Dzień dobry, Mary? Zastałam siostrę?

– Tak, psze pani… – z wahaniem odparła służąca – ale powiedziała, że nie chce nikogo przyjmować.

– Naprawdę? Tylko że ja nie jestem nikim – uśmiechnęła się Della – i dlatego mnie przyjmie. Nie bój się, biorę winę na siebie – ciągnęła w odpowiedzi na protest malujący się w przerażonym spojrzeniu młodej dziewczyny. – Gdzie jest siostra? Czy u siebie w pokoju?

– Tak, psze pani… ale powiedziała…

Della jednak nie słuchała: była już w połowie szerokich schodów wiodących na górę, toteż służąca odwróciła się i odeszła, rzuciwszy za siebie zrezygnowane spojrzenie.

W holu na piętrze Della skierowała się ku uchylonym drzwiom i zapukała.

– O co chodzi, Mary? – odezwał się jękliwie czyjś zbolały głos. – Czy nie mówiłam… Och, Della? – I nagle w głosie tym zabrzmiała ciepła nuta. – Kochanie, skąd się tu wzięłaś?

– Tak, to ja. – Della uśmiechnęła się pogodnie, już na środku pokoju. – Spędziłam niedzielę nad morzem razem z dwiema innymi pielęgniarkami i wracam teraz do sanatorium. To znaczy teraz jestem tutaj, ale nie na długo. Wpad­łam tu, o, po to – zakończyła, wyciskając pocałunek na policzku właścicielki zbolałego głosu.

Pani Carew zmarszczyła czoło i cofnęła się z lekką rezerwą. Cień rozradowania i ożywienia, który przed chwilą przemknął przez jej oblicze, zniknął nagle i ustąpił zwykłemu już najwidoczniej wyrazowi niechęci i poirytowania.

– No oczywiście, powinnam była wiedzieć – powiedziała – ty nigdy nie zostajesz dłużej… tu.

– Tu! – Della roześmiała się wesoło i wzniosła obie ręce, ale nagle spoważniała i czule, z troską przyjrzała się siostrze. – Ruth, kochanie, nie mogłabym, po prostu nie mogłabym żyć w tym domu. Ty wiesz o tym – zakończyła cicho.

Pani Carew poruszyła się gniewnie.

– Zupełnie nie rozumiem dlaczego – powiedziała kłótliwym tonem.

Della pokręciła głową.

– Doskonale rozumiesz. Wiesz przecież, że nie zgadzam się z tym wszystkim; z tym ponurym nastrojem, rezygnacją, upartym cierpiętnictwem i zgorzknieniem.

– Lecz ja naprawdę cierpię i jestem zgorzkniała.

– A nie powinnaś!

– Dlaczego? Cóż mi pozostało?

Della niecierpliwie machnęła ręką.

– Posłuchaj, Ruth – zaczęła. – Masz trzydzieści trzy lata. Jesteś zdrowa jak ryba albo byłabyś, gdybyś postępowała właściwie… masz moc wolnego czasu, a pieniędzy w bród. Każdy ci powie, że w tak cudowny ranek mogłabyś znaleźć coś lepszego do roboty niż siedzieć i martwić się w tym domu, który przypomina grobowiec, i zabraniać wstępu do siebie.

– Nie chcę nikogo widzieć.

– Trzeba, żebyś chciała.

Pani Carew westchnęła ciężko i odwróciła głowę.

– Dello, czy ty naprawdę nie możesz zrozumieć? Ja mam inną naturę. Nie mogę zapomnieć.

Wyraz bólu przemknął po twarzy Delli.

– Chodzi ci o… Jamiego, prawda? Ja wcale nie zapomniałam. Nie mogłabym. Ale martwienie się nie pomoże nam go… odnaleźć.

– Mówisz, jakbym przez te osiem długich lat nie próbowała go odszukać – z oburzeniem i tłumiąc łzy, odparła pani Carew.

– Oczywiście, że próbowałaś, kochanie – pospieszyła uspokoić ją Della – i obie będziemy go szukały aż do śmierci. Ale takie zachowanie się do niczego dobrego nas nie doprowadzi.

– Nie chcę inaczej się zachowywać.

Na chwilę zapadła cisza. Della z troską przypatrywała się siostrze.

– Ruth – powiedziała w końcu z lekkim rozdrażnieniem – wybacz mi, czy zawsze chcesz tak żyć? Wiem, owdowiałaś, lecz to małżeństwo trwało tylko rok, a twój mąż był dużo starszy od ciebie. Byłaś prawie dzieckiem, kiedy wyszłaś za mąż, i ten jeden rok może ci się wydawać nieledwie snem. Nie powinnaś zatruwać sobie całego życia!

– Nie, och nie – ponuro wyszeptała pani Carew.

– A więc chcesz nadal taką pozostać?

– Oczywiście, jeżeli Jamie się nie znajdzie…

– Tak, wiem, ale Ruth, czy nic na świecie nie mogłoby cię ani trochę uszczęśliwić?

– A cóż by mnie mogło zainteresować? – Pani Carew westchnęła obojętnie.

– Ruth! – wykrzyknęła Della niemal w ostatniej rozpaczy. I nagle roześmiała się. – Och, Ruth, Ruth, chętnie bym ci zaordynowała dawkę Pollyanny. Chyba nikt bardziej niż ty tego nie potrzebuje!

Pani Carew nastroszyła się.

– Nie wiem, co warta jest ta Pollyanna, ale i tak nie chcę – odparła zirytowana. – Proszę, pamiętaj, że to nie twoje ukochane sanatorium i że nie jestem twoją pacjentką, żebyś mną komenderowała i napychała mnie lekarstwami.

W oczach Delli zapaliły się wesołe błyski, ale się nie uśmiechnęła.

– Pollyanna, kochanie, to nie lek – wyjaśniła z powagą – choć niektórzy uważają, że działa krzepiąco. Pollyanna to dziewczynka.

– Dziecko? Skąd mogłam wiedzieć? – powiedziała pani Carew, wciąż jeszcze urażona. – Macie tę swoją belladonę, to możecie mieć i pollyannę. Poza tym ciągle każesz mi coś brać i powiedziałaś też „dawkę”, słyszałam wyraźnie, a to zawsze odnosi się do lekarstw.

– Bo Pollyanna jest pewnego rodzaju lekarstwem. – Della uśmiechnęła się. – A w każdym razie lekarze w sanatorium orzekli, że działa skuteczniej od niejednego leku. To mała dziewczynka, dwunasto- czy trzynastoletnia, która przebywała w sanatorium przez całe ubiegłe lato i większą część zimy. Przy mnie była tylko miesiąc lub dwa, bo ja przyjechałam później. Zdążyła mnie jednak oczarować. No i całe sanatorium do dziś wciąż mówi o Pollyannie i gra w jej grę.

– Grę?

– Tak – powiedziała Della z zagadkowym uśmiechem. – W grę, która polega na tym, by się cieszyć. Nigdy nie zapomnę chwili, w której się o niej dowiedziałam. Jeden z zabiegów, jakim poddawano Pollyannę w każdy wtorek rano, był szczególnie przykry, nawet bolesny. Wkrótce po objęciu przeze mnie obowiązków pielęgniarki musiałam go przeprowadzić. Byłam ogromnie niezadowolona, bo z doświadczenia z innymi dziećmi wiedziałam, czego się mam spodziewać: przerażenia i łez, jeśli nie czegoś jeszcze gorszego. Ale zdumiałam się szczerze, kiedy Pollyanna uśmiechnęła się do mnie pogodnie i powiedziała, że bardzo się cieszy, że mnie widzi, i czy uwierzysz, nawet nie pisnęła w czasie całego zabiegu, choć wiem, że był bardzo bolesny. Pewnie powiedziałam coś, co zdradziło moje zdziwienie, bo wyjaśniła z całą powagą: „Och, tak, to mnie bolało i nie cierpiałam dnia, w którym musiałam iść na ten zabieg, dopóki nie pomyślałam sobie, że to jest jak z dniem, w którym Nancy robi pranie, i że powinnam się cieszyć na każdy wtorek, bo następny będzie dopiero za tydzień”.

– Zdumiewające! – Pani Carew ściągnęła brwi, nie bardzo pojmując, o co chodzi. – Gdzież tu jakaś gra?

– Ja też to pojęłam dużo później, gdy mi wszystko opowiedziała. Pollyanna to córka ubogiego pastora z zachodnich stanów, półsierota, wychowywały ją panie z Koła Opieki i korzystała z darów misyjnych. Kiedy była mała, bardzo chciała mieć lalkę i po cichu spodziewała się, że ją dostanie w następnej paczce z ofiarami dla ubogich, tymczasem były tam tylko dziecięce kule inwalidzkie. Oczywiście rozpłakała się i wtedy ojciec nauczył ją dopatrywać się we wszystkim dobrej strony. Powiedział, aby się cieszyła, że jej kule nie są potrzebne. Od tego się zaczęło. Mówi, że to była cudowna gra, którą stosuje do dziś, i że im trudniej doszukać się w czymś dobrej strony, tym zabawniej, czasami tylko staje się to strasznie trudne.

– Dziwne! – mruknęła pani Carew, wciąż nie bardzo pojmując, o co chodzi.

– Nie myślałabyś tak, gdybyś widziała wyniki tej gry w sanatorium – odparła Della. – Doktor Ames mówi, że Pollyanna podobno zrewolucjonizowała całe miasteczko, z którego do nas przybyła. On dobrze zna doktora Chiltona, tego, który się ożenił z jej ciotką. Dwa lub trzy lata temu ta mała straciła ojca i odesłano ją do ciotki. W październiku na Pollyannę wpadł samochód i zdawało się, że już nigdy nie będzie chodzić. W kwietniu doktor Chilton skierował ją do naszego sanatorium, gdzie przebywała aż do ubiegłego marca – prawie rok. Wróciła do domu właściwie zdrowa. Gdybyś ją widziała! Tylko jedna chmurka zaciemniła jej radość – że nie wraca pieszo. Podobno witało ją całe miasteczko z orkiestrą dętą i chorągiewkami. Ale o Pollyannie nie można opowiedzieć, ją trzeba widzieć. I dlatego mówiłam, że przydałaby ci się dawka Pollyanny.

Pani Carew dumnie uniosła głowę.

– Stanowczo nie zgadzam się z tobą – powiedziała chłodnym tonem. – Nie chcę być rewolucjonizowana, a jeżeli czegoś nie zniosę, to nadętego dzieciaka, który by mi mówił, za co mam dziękować losowi. Nie wytrzymałabym…

Przerwał jej dźwięczny wybuch śmiechu.

– Och, Ruth, Ruth – nie mogła powstrzymać rozbawienia Della. – Pollyanna nadętym dzieciakiem! Och, gdybyś ją tylko zobaczyła! Powinnam była jednak wiedzieć; powiedziałam, że ją trzeba ujrzeć, żadne opowiadanie nie wystarczy. Ale ty, oczywiście, nie byłabyś do tego skłonna. Pollyanna… nadęty dzieciak, och! – I znów parsknęła śmiechem, ale zaraz spoważniała i z dawnym niepokojem w oczach jęła się przyglądać siostrze. – Czy naprawdę, kochanie, nie można ci w niczym pomóc? – zapytała. – Nie powinnaś marnować życia w ten sposób. Zacznij widywać się z ludźmi, wychodzić…

– Po co? Ludzie mnie męczą. Wiesz, że życie towarzyskie zawsze mnie nudziło.

– Więc może spróbowałabyś zająć się czymś… na przykład dobroczynnością?

Pani Carew poruszyła się zniecierpliwiona.

– Dello, kochanie, już nieraz o tym mówiłyśmy. Daję przecież pieniądze – i to sporo. Sądzę, że nawet za dużo. Nie jestem zwolenniczką robienia z ludzi żebraków.

– A może byś tak dała coś z siebie – łagodnie zaproponowała Della. – Pomogłoby ci może, gdybyś się zainteresowała czymś poza własnym życiem i…

– Dello – przerwała jej siostra – bardzo cię kocham i lubię, kiedy przyjeżdżasz, ale nie znoszę kazań. Łatwo ci występować w roli opiekuńczego anioła i podawać ludziom kubek zimnej wody, bandażować poranione głowy i robić podobne rzeczy. Być może ty w ten sposób zapomnisz nawet o naszym zaginionym chłopcu, ale ja nie. Coraz częściej tylko myślałabym o nim, martwiąc się, czy jemu ktoś poda wodę lub opatrzy głowę. A poza tym nie zniosłabym stykania się z tego rodzaju biedotą.

– Czy próbowałaś?

– Ja? Oczywiście, że nie! – odparła pani Carew z pogardą i oburzeniem.

– Więc skąd wiesz, jeżeli nie próbowałaś? – Della podniosła się z miejsca jakby nieco zmęczona. – No, na mnie już czas. Mam się spotkać z koleżankami na Dworcu Południowym. Nasz pociąg odchodzi o dwunastej trzydzieści. Chyba nie bierzesz mi za złe tej kłótni – zakończyła, całując siostrę na pożegnanie.

– Wcale nie kłóciłam się z tobą. – Pani Carew westchnęła. – Tylko nie chcesz mnie zrozumieć!

Chwilę po tej rozmowie Della szła przez posępne, jakby wymarłe pokoje domu siostry, kierując się ku wyjściu. Jakże inne były teraz jej chód, postawa i wyraz twarzy od tego, z jakim tu wchodziła przed niespełna półgodziną. Straciła całe dawne ożywienie, sprężystość kroków, radość życia. Przez jakiś czas szła apatycznie, powłócząc nogami. A potem nagle uniosła głowę i odetchnęła pełną piersią.

– Tydzień w tym domu doprowadziłby mnie do śmierci – mruknęła i wzdrygnęła się na samą myśl. – Nie wierzę, aby Pollyanna potrafiła rozproszyć tę grobową atmosferę. A cieszyć mogłaby się tylko z tego, że nie musi w niej żyć.

Niebawem jednak okazało się, że ta tak otwarcie wyrażona niewiara w zdolności Pollyanny nie odpowiada prawdziwemu poglądowi Delli, bo zaraz po przybyciu do sanatorium dowiedziała się o czymś, co kazało jej następnego dnia wyruszyć w powrotną drogę do oddalonego o pięćdziesiąt mil Bostonu.

W domu siostry zastała wszystko tak, jakby ta nie ruszyła się z miejsca od chwili, gdy ją pożegnała.

– Ruth! – wybuchnęła Della, odpowiadając na pełne zdumienia powitanie. – Musiałam, mówię ci, musiałam tu przyjechać i tym razem powinnaś mi ustąpić. Posłuchaj! Możesz tu mieć Pollyannę, oczywiście, jeżeli zechcesz.

– Ale ja nie chcę – z chłodną obojętnością odparła pani Carew.

Della jakby nie usłyszała. Podniecona ciągnęła:

– Kiedy wczoraj wróciłam, powiedziano mi o liście doktora Chiltona, wiesz, tego męża ciotki Pollyanny, do doktora Amesa. Pisze, że wyjeżdża do Niemiec na całą zimę na jakieś specjalne studia i że zabrałby żonę, gdyby zdołał ją przekonać, że Pollyannę można na ten czas spokojnie umieścić w internacie na pensji. Ale ona nie chce jej zostawić w tego rodzaju zakładzie, wobec czego będzie musiała pewnie zrezygnować z wyjazdu. Masz więc teraz szansę, Ruth! Proszę cię, zaproś tę dziewczynkę do siebie na całą zimę, niech tu chodzi do jakiejś szkoły.

– Ty masz pomysły, Dello! Po co miałabym brać sobie ten kłopot na kark?

– Nie sprawi ci kłopotu. Ma prawie trzynaście lat i jest chyba najbardziej inteligentnym dzieckiem pod słońcem.

– Nie lubię „inteligentnych” dzieci – odparła pani Carew, ale przy tym roześmiała się, co dodało odwagi jej siostrze, która nie przestała nalegać.

Może pod wpływem niespodziewanego uroku nowości lub może historia Pollyanny była tak wzruszająca, lub też po prostu trudno było odmówić usilnej prośbie siostry, dość że gdy pół godziny później Della żegnała się w pośpiechu, pani Carew wyraziła zgodę na przyjęcie Pollyanny pod swój dach.

– Pamiętaj jednak – uprzedziła siostrę – że z chwilą, gdy ta mała zacznie mi prawić kazania lub wyliczać dobrodziejstwa, jakie na mnie spłynęły, odeślę ci ją i rób sobie, co chcesz. Ja jej nie będę trzymała!

– Dobrze, o to się nie boję – oświadczyła Della. A po wyjściu z domu powiedziała sobie w duchu: „Połowa zadania już zrobiona, teraz trzeba jeszcze Pollyannę tu ściąg­nąć. Musi przyjechać. Tak ułożę ten list, że nie będą mogli odmówić”.

2

NASI STARZY ZNAJOMI

W BELDINGSVILLE tego sierpniowego dnia pani Chilton od­łożyła rozmowę z mężem na temat listu, który otrzymała rano, aż do chwili, kiedy Pollyanna poszła spać.

Musiała jednak czekać dłużej, bo chorzy zapełniający poczekalnię męża i dwie jego wizyty do odległych miejscowości odwlekły jeszcze rozmowę o rodzinnych sprawach.

Dopiero więc po wpół do dziesiątej wieczorem doktor Thomas Chilton wszedł do pokoju żony. Na jej widok jego znużona twarz rozjaśniła się wprawdzie, ale po chwili spojrzenie zdradziło niepokój.

– Polly, kochanie, co ci jest? – zapytał z troską w głosie.

Pani Chilton uśmiechnęła się dosyć smętnie.

– To ten list. Nie myślałam jednak, że z mego wyglądu od razu odgadniesz, że coś mnie trapi.

– Więc niech twój wygląd mi tego nie ułatwia – powiedział doktor z uśmiechem. – Ale o co chodzi?

Pani Chilton zawahała się, zacisnęła wargi, a potem wzięła list, który leżał obok.

– Przeczytam ci go – powiedziała. – To od Delli Wetherby z sanatorium doktora Amesa.

– Słucham. Zaczynaj śmiało – rzekł doktor Chilton, wyciągając się wygodnie na leżance obok fotela, w którym siedziała jego żona. Ale ona jeszcze podniosła się, by okryć męża ciepłym, wełnianym, samodziałowym szalem.

Ta czterdziestodwuletnia kobieta dopiero od roku była zamężna. Zdawało się czasami, że w tym jednym krótkim roku chce zmieścić całą troskę zrodzoną z miłości i potrzeby macierzyństwa, jaka nagromadziła się w niej w ciągu dwudziestu lat samotności i pustki w sercu.

Doktor natomiast, który w chwili małżeństwa miał lat czterdzieści pięć i który nie miał za sobą nic prócz takiejż pustki i samotności, był jej tylko wdzięczny za tę troskę. Poklepał żonę po ręku, kiedy wygładziła już fałdy szala i usiadła przy nim, by zabrać się do listu.

Droga Pani Chilton – pisała Della Wetherby. – Sześć razy zaczynałam ten list i tyleż razy go darłam. Postanowiłam więc wcale nie zaczynać, ale od razu powiedzieć, czego chcę. Chcę Pollyanny. Czy mogę ją dostać? Poznałam Panią i Jej męża w marcu, kiedy przyjechali Państwo po nią, myślę jednak, że mnie nie pamiętacie. Prosiłam doktora Amesa (który dobrze mnie zna), by napisał do Pani męża; może wtedy nie będzie się Pani bała powierzyć nam swojej kochanej, małej siostrzeniczki.

Wiem, że miała Pani zamiar jechać z mężem do Niemiec, ale powstrzymuje Panią obawa przed pozostawieniem Pollyanny. Ośmielam się więc prosić, aby na czas Pani nieobecności powierzyła ją Pani nam. W gruncie rzeczy błagam o to. A teraz niech mi wolno będzie wytłumaczyć, dlaczego występuję z taką prośbą.

Moja siostra, Ruth Carew, jest samotną, przybitą, zgorzkniałą i nieszczęśliwą kobietą. Żyje w ponurym świecie, do którego nie dociera żaden jasny promyk. Wierzę, że jeżeli jest ktoś, kto mógłby wprowadzić nieco słońca do jej życia, to tylko Pani siostrzenica. Czy pozwoli jej Pani spróbować? Szkoda, że nie mogę opowiedzieć, czego dokonała Pollyanna tu w sanatorium, ale nikt tego zrobić nie zdoła. Od dawna już wiem, że o Pollyannie nie można „opowiedzieć”. Przy najmniejszej próbie opisania jej słowami wydaje się afektowana i pełna moralizatorstwa, po prostu – niemożliwa. A przecież wcale taka nie jest. Należy tylko pozwolić, by wkroczyła na scenę i przemówiła sama za siebie. Chciałabym więc zabrać ją do mojej siostry i pozwolić tak właśnie przemówić. Oczywiście będzie tam uczęszczała do szkoły, ale sądzę, że zdoła w tym czasie zagoić rany w sercu mojej siostry.

Nie wiem, jak zakończyć ten list. Myślę, że to trudniejsze, niż było go zacząć. Chyba wcale nie chcę go zakończyć z obawy, że pozwoli to Pani powiedzieć „nie”. A zatem gdyby Pani miała wymówić to okropne słowo, proszę pomyśleć, że ja wciąż jeszcze mówię i mówię, i opowiadam, jak bardzo pragniemy i potrzebujemy Pollyanny.

Z góry już dziękuję za spełnienie mej prośby.

Della Wetherby

– Widzisz! – wykrzyknęła pani Chilton, odkładając list. – Czytałeś może coś bardziej dziwnego lub spotkałeś się kiedyś z bardziej absurdalną prośbą?

– Nie wiem, czy masz rację. – Doktor się uśmiechnął. – Nie myślę, aby potrzeba Pollyanny była absurdalna.

– Ale… sposób, w jaki to powiedziano… „zagoić rany w sercu mojej siostry” i tak dalej. Myślałoby się, że Pollyanna to jakiś… lek!

Doktor roześmiał się i uniósł brwi.

– Zdaje mi się jednak, że ona nim jest. Zawsze żałowałem, że nie mogę jej zapisywać jak tabletek. A Charlie Ames mówi, że w sanatorium przez ten rok, kiedy tam była, zawsze starano się zaaplikować pacjentom dawkę Pollyanny zaraz po ich przyjęciu.

– Dawkę! Rzeczywiście! – oburzyła się pani Chilton.

– A więc… nie puścisz jej?

– Skądże! Myślisz, że pozwolę dziecku udać się do tych całkiem obcych ludzi?… I to takich obcych! Mogłabym się spodziewać, że ta pielęgniarka wsadzi Pollyannę do flaszeczki z drukowanymi wskazówkami użycia, zanim zdążę wrócić z Niemiec.

Doktor znów odchylił w tył głowę i roześmiał się serdecznie. Ale po chwili spoważniał i wyjął jakiś list z kieszeni.

– Od Amesa. Nadszedł dziś rano – rzekł z jakąś dziwną nutą w głosie, która wywołała zmarszczkę niepokoju na czole jego żony. – Pozwolisz, że ci go przeczytam:

Drogi Tomie, Della Wetherby prosiła mnie, bym „wystawił świadectwo” jej i jej siostrze, co czynię z przyjemnością. Znam je od dziecka. Pochodzą z dobrej, starej rodziny i w całym tego słowa znaczeniu należą do przyzwoitego środowiska. Pod tym względem możesz się niczego nie obawiać.

Sióstr było trzy: Doris, Ruth i Della. Doris, wbrew woli rodziny, wyszła za niejakiego Johna Kenta, który wprawdzie też pochodził z dobrej rodziny, ale był dziwakiem, z pewnością człowiekiem bardzo ekscentrycznym, przykrym w pożyciu. Gniewał go bardzo stosunek rodziny żony do niego, toteż obie strony prawie się nie komunikowały aż do przyjścia na świat dziecka. Teściowie i szwagierki Kenta uwielbiali małego Jamesa, którego nazywali „Jamie”. Doris, matka chłopca, umarła, gdy miał cztery lata, i wtedy jej rodzina robiła wszystko, by go odebrać ojcu i wychować. Ale Kent nagle gdzieś znikł wraz z dzieckiem i wszelki słuch o nich zaginął, mimo że go szukano po całym świecie.

Ta strata zabiła starszych państwa Wetherby. Oboje wkrótce umarli. Ruth zdążyła już w tym czasie wyjść za mąż i owdowieć. Jej mąż, Carew, był bardzo bogaty i dużo od niej starszy. W rok po ślubie umarł, pozostawiając żonę z małym synkiem, który również umarł w ciągu roku.

Od zaginięcia siostrzeńca Ruth i Della miały tylko jeden cel w życiu: odszukać go. Wydały na to moc pieniędzy i poruszyły niebo i ziemię – bez skutku. Tymczasem Della zajęła się pielęgniarstwem. Jest wspaniałym pracownikiem, pogodną, zdolną kobietą, ale nigdy nie zapomniała o zaginionym siostrzeńcu i nigdy też nie przepuściła żadnej szansy, która mogłaby doprowadzić do jego odnalezienia.

Inaczej jednak przedstawia się sprawa z panią Carew. Po stracie własnego syna całą matczyną miłość przelała na synka siostry. Domyślasz się chyba, że mało nie oszalała po jego zniknięciu. Od tego czasu minęło już osiem długich lat rozpaczy i cierpienia. Ma wszystko, co dają pieniądze, ale nic jej nie interesuje, nic nie nęci. Della uważa, że to jest już ostatni dzwonek, by ją wyrwać z tego przygnębienia, a wierzy, że zawsze pogodna, urocza siostrzeniczka Twojej żony, Pollyanna, ma ten magiczny dar, który pozwoli pani Carew rozpocząć nowe życie. Wobec tego, co Ci napisałem, sądzę, że nie zechcesz odmówić prośbie panny Delli. I dodam jeszcze, że i mnie wyświadczysz przysługę, bo Ruth Carew i jej siostra należą do naszych starych, moich i mojej żony, drogich nam przyjaciół i to, co ich dotyczy, dotyczy i nas osobiście.

Szczerze Ci oddany

Charlie

Długą ciszę, która teraz zapadła, doktor Chilton przerwał wreszcie rzuconym półgłosem pytaniem:

– No i jak, Polly?

Odpowiedzi nie było. Ale patrząc na twarz żony, dostrzegł, że jej broda i usta, zawsze takie niewzruszone, teraz drżą. Czekał więc cierpliwie na to, co mu powie.

– Kiedy… jak myślisz… oni się jej… spodziewają? – zapytała wreszcie.

Wtedy mimo woli poruszył się lekko.

– To znaczy… że ją puścisz?! – wykrzyknął.

Spojrzała na niego z oburzeniem.

– Jak to, mój panie?! Myślisz, że po takim liście mogłabym jej nie puścić? No i czy doktor Ames nie przyłączył się do tej prośby? Sądzisz, że gdy tyle zrobił dla Pollyanny, mogłabym mu czegokolwiek odmówić?

– Kochanie moje! Mam nadzieję, że doktorowi nie przyjdzie do głowy poprosić o… o ciebie – z szelmowskim uśmiechem mruknął w odpowiedzi.

Ona jednak niewzruszenie ciągnęła dalej:

– Możesz mu odpisać, że Pollyanna przyjedzie, i poproś, aby panna Wetherby poinformowała nas dokładnie, kiedy jej oczekuje. Musi to być przed dziesiątym przyszłego miesiąca, oczywiście, bo dziesiątego odchodzi twój statek, a ja sama, zanim wyjadę, chcę się upewnić, czy Pollyannie będzie tam dobrze.

– A kiedy ją zawiadomisz?

– Pewnie jutro.

– I co powiesz?

– Jeszcze nie wiem, ale nic więcej niż konieczne. Nie można pozwolić, żeby się zmanierowała, a żadne dziecko się temu nie oprze, gdy wbije sobie w głowę…

– Że jest flaszeczką z lekarstwem i przepisem użycia? – wtrącił doktor, uśmiechając się.

– Właśnie! – westchnęła pani Chilton. – Cała rzecz przecież polega na nieświadomości, na tym, że Pollyanna nie zdaje sobie sprawy z wpływu, jaki wywiera. Chyba to wiesz.

– Tak, wiem – odparł doktor.

– Ona wie, oczywiście, że ty i ja, i pół miasta gra wraz z nią w zadowolenie i że dzięki temu jesteśmy cudownie wprost szczęśliwi. – Głos pani Chilton zadrżał, lecz już po chwili opanowała wzruszenie. – Ale jeżeli świadomie zacznie z siebie robić nie to, czym jest, naturalnym, pogodnym, małym, szczęśliwym stworzeniem grającym w grę, której ojciec ją nauczył, to stanie się – użyję tu słów tej pielęgniarki – „nie do zniesienia”. A zatem nie powiem jej, że jedzie do pani Carew po to, aby ją pocieszyć – zakończyła pani Chilton, zdecydowanym ruchem wstając z fotela i odkładając robótkę.

– Przyznaję ci rację – zgodził się doktor.

Pollyanna dopiero nazajutrz dowiedziała się o oczekującym ją rozstaniu.

– Kochanie – zaczęła ciotka, kiedy obie rano znalazły się same. – Czy chciałabyś spędzić tę zimę w Bostonie?

– Z tobą?

– Nie, ja zdecydowałam się jechać z wujem do Niemiec, ale pani Carew, serdeczna przyjaciółka doktora Amesa, zaprosiła cię do siebie na całą zimę. I chyba pozwolę ci pojechać.

Twarzyczka Pollyanny wydłużyła się.

– Ale w Bostonie, ciociu, nie będzie Jimmy’ego ani pana Pendletona, ani pani Snow. Nikogo ze znajomych.

– Tak, kochanie, ale kiedy tu przyjechałaś, też ich nie znałaś.

Buzia Pollyanny rozjaśniła się w uśmiechu.

– Tak, ciociu, nie znałam. To znaczy, że tam w Bostonie także jest jakiś Jimmy, pan Pendleton czy pani Snow, którzy czekają, abym ich poznała, prawda?

– Tak, kochanie.

– No to bardzo się cieszę. Nigdy nie myślałam o ludziach, którzy tam czekają, żebym ich poznała. A tylu ich jest. Z niektórymi już się poznałam dwa lata temu, kiedy w drodze tutaj zatrzymałyśmy się z panią Gray na dwie godziny w Bostonie. Był tam wtedy pewien kolejarz, bardzo sympatyczny, który mi powiedział, gdzie się mogę napić wody. Myślisz, że on tam jeszcze jest? Chciałabym go zobaczyć. I była bardzo miła pani z małą dziewczynką. Mieszkają w Bostonie. Tak mówiły. Ta dziewczynka nazywała się Susie Smith. Może je spotkam? Jak myślisz? I byli też jeden chłopiec i inna pani z małym dzieckiem, tylko że ci mieszkali w Honolulu, więc pewnie ich nie zobaczę. Ale będzie przecież pani Carew. Kto to taki, ta pani Carew, ciociu? Czy to twoja krewna?

– O Boże, Pollyanno! – wykrzyknęła pani Chilton na pół ze śmiechem, na pół z rozpaczą. – Czy naprawdę spodziewasz się, że ktoś nadąży za obrotem twojego języczka, nie mówiąc już o myślach, gdy te w dwie sekundy przenoszą się do Honolulu i z powrotem? Nie, pani Carew nie jest naszą krewną. To siostra Delli Wetherby. Pamiętasz ją z sanatorium?

Pollyanna klasnęła w dłonie.

– Jej siostra? Siostra panny Wetherby? Och, na pewno jest bardzo miła. Panna Wetherby przecież była taka kochana. Bardzo ją lubiłam. Miała takie wesołe zmarszczki koło oczu i w kącikach ust, a jakie wspaniałe historie potrafiła opowiadać. Byłam z nią tylko dwa miesiące, bo przyszła do sanatorium na krótko przed moim wyjazdem. Z początku żałowałam, że nie była ze mną od pierwszej chwili, ale potem nawet się z tego cieszyłam, bo trudniej by mi przyszło się z nią rozstać. A teraz u jej siostry będzie mi się zdawało, że znów z nią jestem.

Pani Chilton wzięła głęboki wdech i przygryzła wargi.

– Nie wyobrażaj sobie, Pollyanno, że to będzie zupełnie tak samo – zdobyła się na odwagę.

– Dlaczego? Przecież to siostry! – usiłowała przekonać ją Pollyanna, szeroko otworzywszy oczy – a siostry zawsze są do siebie podobne. W Kole Opieki mieliśmy parę sióstr. Jedne były bliźniaczkami tak do siebie podobnymi, że nie wiadomo było, która jest panią Peck, a która panią Jones, dopóki pani Jones nie zrobiła się brodawka na nosie. Wtedy wystarczyło spojrzeć na jej nos, żeby wiedzieć. Raz, kiedy się skarżyła, że ludzie mówią do niej „pani Peck”, powiedziałam, że powinni patrzeć na tę brodawkę, jak ja to robię, to się nie omylą, wtedy wsiadła na mnie… chciałam powiedzieć: rozgniewała się… pewnie jej się to nie podobało, choć nie wiem dlaczego. Bo chyba powinna być zadowolona, że się czymś różni od siostry, zwłaszcza że była przewodniczącą i nie lubiła, gdy ludzie nie traktowali jej jak przewodniczącej, nie sadzali na honorowym miejscu i tak dalej. Ale nie była zadowolona. I potem słyszałam nawet, jak pani White mówi do pani Rawson, że pani Jones robi wszystko, żeby się pozbyć tej brodawki; że po prostu staje na uszach… Ciociu, czy można stanąć na uszach?

– Skądże! Ależ ty potrafisz gadać, Pollyanno, zwłaszcza gdy zaczniesz o tej Opiece.

– Naprawdę? – zapytała Pollyanna ze smutkiem. – Czy to ci sprawia przykrość? Nie chciałam tego, wierz mi. Ale mimo że te opowiadania o paniach z Opieki sprawiają ci przykrość, możesz się chyba trochę cieszyć, bo gdy ja o nich myślę, to się cieszę, że już do nich nie należę i że mam własną ciocię tylko dla siebie. To cię chyba cieszy, prawda?

– Oczywiście, kochanie, oczywiście. – Pani Chilton roześmiała się, wstając, by wyjść z pokoju, zdjęta nagłym wstydem, że czasami Pollyanna po dawnemu gniewa ją trochę swoim wiecznym zadowoleniem ze wszystkiego.

W następnych paru dniach, kiedy listy dotyczące zimowego pobytu Pollyanny w Bostonie kursowały tam i z powrotem, ona sama przygotowywała się do odjazdu, składając całą serię pożegnalnych wizyt przyjaciołom w Beldingsville.

W tym małym miasteczku w stanie Vermont wszyscy już ją dobrze znali i prawie wszyscy grali w jej grę. A jeśli ktoś tego nie robił, to tylko dlatego, że nie wiedział, na czym ona polega. Tak więc od domu do domu niosła Pollyanna wiadomość, że na zimę wyjeżdża do Bostonu, a skargi i żale z tego powodu coraz bardziej przybierały na sile, zarówno w kuchni u pani Chilton, gdzie królowała Nancy, jak i w obszernym domu na wzgórzu, w którym mieszkał John Pendleton.

Nancy nie wahała się opowiadać – każdemu prócz swej pani – że uważa ten wyjazd za całkowitą głupotę i że z radością „zabrałaby Pollyannę do swego domu na Rozdrożach, tak, tak” i niechby sobie pani Polly jechała wtedy do tych Niemiec.

John Pendleton mówił właściwie to samo, z tą różnicą, że nie zawahał się powiedzieć tego prosto w oczy pani Chilton. A Jimmy, dwunastoletni chłopiec, którego on przygarnął, bo Pollyanna tego chciała, i którego także na życzenie Pollyanny nawet adoptował – ten Jimmy był oburzony i wcale się z tym nie krył.

– Ledwie przyjechałaś i już się stąd zabierasz – wyrzucał jej tonem, jakim mówi mały chłopiec, gdy nie chce zdradzać swych uczuć.

– Przecież jestem tu od ubiegłego marca. A zresztą nie zostanę tam na zawsze. Tylko przez zimę.

– To wszystko jedno. Nie było cię cały rok prawie. I gdybym wiedział, że zaraz znów odjechałaś, to bym nawet ręki nie przyłożył do tego powitania cię z orkiestrą i chorągiewkami, kiedy przyjeżdżałaś z sanatorium.

– Jak to, Jimmy! – wykrzyknęła Pollyanna zdumiona i oburzona zarazem. A potem tonem nieco wyniosłym zauważyła: – Z pewnością nie prosiłam ciebie o witanie mnie z orkiestrą i tą całą paradą. Zrobiłeś też dwa błędy, bo powiedziałeś „odjechałaś” zamiast „odjedziesz” i „przyjeżdżałaś” zamiast „przyjechałaś”.

– Kto by tam na to zważał!

Oczy Pollyanny wyrażały jeszcze większe oburzenie.

– Ty zważałeś, kiedy prosiłeś mnie latem, żeby cię poprawiać, bo pan Pendleton chce, żebyś mówił prawidłowo, i nawet sam cię uczy.

– Gdyby ciebie wychowywano w sierocińcu, gdzie nikt o to nie dba, a nie wśród starych bab, które nic innego nie mają do roboty, jak tylko cię poprawiać, to byś robiła jeszcze większe błędy.

– Jimmy Bean, co ty wygadujesz?! – zaperzyła się Pollyanna. – Moje panie z Opieki nie były starymi babami… to znaczy nie wszystkie były tak bardzo stare – poprawiła się szybko kierowana zwykłym u niej zamiłowaniem do prawdy, które przeważyło nad gniewem – a poza tym…

– Wcale nie nazywam się Jimmy Bean – przerwał jej Jimmy, dumnie unosząc głowę.

– Nie nazywasz się… co masz na myśli? – zapytała.

– Zostałem adoptowany, legalnie. On chciał to zrobić od dawna, tylko jakoś mu nie szło. Ale teraz to już fakt. Nazywam się Jimmy Pendleton, a do pana Pendletona mówię „wuju”. Tylko że się jeszcze nie… no… nie przyzwyczaiłem i dlatego rzadko się tak do niego zwracam.

Mówił opryskliwie, z żalem, ale z twarzyczki Pollyanny znikł wyraz niezadowolenia; radośnie klasnęła w dłonie.

– Och, wspaniale! No, to teraz masz naprawdę kogoś… kogoś, kto się o ciebie troszczy. I nie potrzebujesz tłumaczyć, że to nie twoja rodzina, bo nosisz to samo nazwisko.

Jimmy zerwał się z murka, na którym siedział, i odszedł. Policzki mu płonęły, w oczach czuł łzy. Wszystko, co go tu spotkało, zawdzięczał Pollyannie; zdawał sobie z tego sprawę. I właśnie jej przed chwilą powiedział…