Wydawca: Dowody na istnienie Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 164 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Polak sprzeda zmysły - Konrad Oprzędek

Mariusz Szczygieł o książce:

Wreszcie możemy zobaczyć siebie! Nie ma o Polsce takich książek jak debiut Konrada Oprzędka. Wariackich, ale pogodnych. Smutnych, ale nieprzygnębiających.

Moje pokolenie w połowie lat 80. żyło podniecającym filmem dokumentalnym „Oto Ameryka”. Emitowany nocą w telewizji pokazywał ciemne oblicze Stanów. Ukryta twarz amerykańskiego społeczeństwa pociągała i odpychała jednocześnie. Kiedy dziś czytam u Oprzędka, że Polki zarabiają na własnym moczu i brudnych majtkach, a Polacy sprzedają douszne lekarstwo na nudę, myślę: oto Polska jak wtedy Ameryka. Bez ubrania, bez makijażu, bez fałszywego wstydu.

Błyskotliwa książka Konrada Oprzędka pokazuje, kim są Polacy, kiedy nie muszą być sobą.

Opinie o ebooku Polak sprzeda zmysły - Konrad Oprzędek

Fragment ebooka Polak sprzeda zmysły - Konrad Oprzędek

CZĘŚĆ I

NIE PIJĘ, NIE PALĘ, CHĘTNIE ZROBIĘ Z PANI MAMĘ

Pamięta, że zalatywał olejem do smażenia. Taki smród wynosi się na ubraniach z przydrożnych barów. Pewnie zanim oddał jej spermę, zjadł porcję frytek.

„Jestem na miejscu. A ty?” – napisał w esemesie.

Katarzyna wybrała czterogwiazdkowy hotel w Krakowie. Pomyślała, że to idealne miejsce do tego, by stać się matką. W recepcji poprosiła o pokój ze szczęśliwą trójką w numerze, dostała z dwiema, odpowiadający liczbie jej lat (trzydzieści trzy). Kosztował trzysta pięćdziesiąt złotych. Błagała Boga, żeby udało się za pierwszym razem, bo kolejnych nie opłaci z pensji ekspedientki.

„Jak to, utknęłaś w korku? – pisał. – Pospiesz się, nie będę tu tkwił jak głupi!”.

Nie była w samochodzie, tylko w hotelowym lobby, a dokładniej – za sofą, na której właśnie usiadł śmierdzący frytkami mężczyzna. Skłamała, bo chciała go uważnie obejrzeć. Miał flanelową koszulę, znoszone dżinsy i ubrudzone cementem adidasy. Był po czterdziestce. Zęby najpierw mu pożółkły od papierosów, a później poczerniały od próchnicy. I jeszcze dłonie: niedomyte, wyglądające na szorstkie jak papier ścierny. Na samą myśl, że będą dotykały jej bioder, Katarzyna chciała uciec.

„Podaj numer pokoju, to zaczekam na górze” – niecierpliwił się.

Marzyła, żeby jej dziecko dostało geny prawnika lub lekarza. Teraz patrzyła na faceta we flaneli i chciało jej się płakać. Wyglądał na dzikusa. Jego oczy unikały spojrzeń ludzi. Były mętne, nie ożywiała ich żadna myśl.

– Halo, słucham – odebrał telefon. – Co, mam się odwrócić? Czyli byłaś tutaj przez cały czas?! Ech… Ważne, że nareszcie możemy zrobić swoje.

Szukam mężczyzny, który mnie zapłodni…

„Takich ogłoszeń jak to, które Pani napisała, znalazłem setki, ale nie umiem zrozumieć, dlaczego kobiety szukają w internecie dawców spermy” – wyznałem w mailu do Gosiaczka99.

„Skończyłam trzydzieści pięć lat, a dalej mam kłopot z nieśmiałością – odpisała. – Słabo wychodzi mi poznawanie mężczyzn. A mój biologiczny zegar tyka. Kiedy zrobiło się późno, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i dać to ogłoszenie. Szukam faceta, który mnie zapłodni metodą kubeczkową, a później zniknie z mojego życia”.

„Metodą kubeczkową?” – dopytuję.

„Umówię się z facetem w hotelu, on odda do kubeczka spermę, a ja się nią zapłodnię. Lepiej byłoby pójść do kliniki na zabieg [inseminacji, czyli wprowadzenia plemników dawcy do jamy macicy – przyp. autora], ale jedna próba kosztuje ponad tysiąc złotych, a pewnie będzie ich kilka. Nie stać mnie na to, bo jestem kucharką w barze. Jak już urodzę dziecko, to rodzice pomogą mi je utrzymać. Na razie przede mną daleka droga. Napisało już kilkudziesięciu facetów, ale wszyscy to napaleńcy, którzy chcą darmowego seksu. Szukam dalej”.

„Nie każdego zboczeńca można rozszyfrować. Gdy trafi Pani do hotelu z kimś takim, to nieszczęście gotowe”.

„Zawsze jest ryzyko, ale trudno. Jestem zdeterminowana, żeby zostać matką. W dzisiejszych czasach to już nie takie proste”.

Dysponuję plemnikami bez skazy

Zanim Katarzyna spotkała się z facetem, który śmierdział frytkami, zrobiła w internecie casting na dawcę spermy. Zgłosiło się ponad dwudziestu samców.

„Hej, jaki sposób przekazania plemników wchodzi w grę?” – odpisał Tomasz, lat czterdzieści trzy.

„Naturalny” – uspokoiła go Katarzyna.

„To jestem na tak. Mam wartościowe nasienie, które odstąpię nieodpłatnie”.

Nie odstąpił. Gdy poprosiła go o przesłanie aktualnych badań na HIV, zwymyślał ją od dziwek.

„W każdej chwili mogę cię zapłodnić – zaoferował Marek, lat dwadzieścia dwa. – Studiuję filozofię i mam wysoki iloraz inteligencji. Naszemu dziecku się przyda”.

„Naszemu?” – zdziwiła się.

„Nie będę się wtrącał w jego wychowanie, ale będzie nasze”.

Kazała mu spadać, więc nazwał ją kurwą.

„Czasem jednorazowy seks nie wystarczy, żeby zrobić dzieciaka – zagaił Łukasz, lat czterdzieści siedem. – Ze mną możesz próbować do oporu. Jestem gotowy nawet zamieszkać u ciebie na jakiś czas”.

„Nie, zobaczymy się w hotelu. Później zniknę. Nic o mnie nie wiesz i nie będziesz próbował tego zmienić. Zgoda?”.

Po tym pytaniu Łukasz upublicznił jej adres mailowy na jednym z forów i napisał, że to do taniej prostytutki.

„Nie piję, nie palę, chętnie zrobię z pani mamę” – czarował Józef, lat pięćdziesiąt pięć.

„Ma pan aktualne testy swojej płodności?”.

„Że niby ślepakami strzelam?!”.

„Nie idę z panem do łóżka dla przyjemności. Chcę wiedzieć, czy może mnie pan zapłodnić”.

Józef musiał poczuć się urażony, bo następną wiadomość do Katarzyny zatytułował: „Ty puszczalska szmato!”.

„Dysponuję plemnikami bez skazy, jedna porcja 100 zł, transfer za darmo” – kusił Kuba, lat trzydzieści sześć.

„Na kasie zarabiam 1300 zł. Z czego mam ci zapłacić?”.

Kuba rzucił na pożegnanie: „Za darmo umarło”.

Regulamin płodzenia dziecka

„Czołem, mam 44 lata, od trzech zapładniam na boku panie – odpowiedział na jej ogłoszenie facet, z którym później spotkała się w hotelu. – Zdrowie mi dopisuje, brzydki też nie jestem. Mam cztery drobiazgi z żoną i piątkę z innymi paniami. Drobiazgi wychodzą zdrowe i silne. Nie idzie mi o pieniążki, pomagam kobietom w biedzie. Potem nic od nich nie chcę. U mnie tajemnica jest tajemnicą”.

Właśnie kogoś takiego szukała – profesjonalnego dawcy spermy. Pomyślała, że to nieszkodliwy erotoman, który pod pretekstem niesienia pomocy niedoszłym matkom zdradza żonę na prawo i lewo. Kobiety starające się o dziecko traktuje jako źródło darmowego seksu. Katarzynie to pasowało. Ważne, że nie interesował się losem pięciorga dzieci, które zrobił obcym kobietom.

Zażądała wyników badań na choroby przenoszone drogą płciową. Miał świeże, więc szybko przesłał mailem. O przeanalizowanie ich poprosiła zaprzyjaźnioną lekarkę.

– Jest czysty – stwierdziła doktorka.

– Fizycznie, bo moralnie jest zasyfiony jak mało kto – Katarzynę zaczęły męczyć wyrzuty sumienia. – Teraz zasyfi mnie i moje dziecko.

– Nie dramatyzuj. W czasach Jezusa nawet niepokalane poczęcie działało, teraz kobieta, jeśli chce zajść, nie ma łatwo.

Katarzyna i dawca spermy przez dwa tygodnie ustalali regulamin, według którego spłodzą dziecko. Można go streścić w pięciu punktach:

1. Strony nie wymienią się zdjęciami. Zobaczą się dopiero w hotelu. Jeśli wtedy jednej ze stron druga się nie spodoba, sesja będzie mogła zostać odwołana.

2. Ona pozostanie anonimowa, on tuż przed zapłodnieniem pokaże swój dowód osobisty, żeby mogła sprawdzić, czy nazwisko z dowodu jest tym samym, które widnieje na badaniach lekarskich.

3. Ona wynajmie pokój w hotelu, on pokryje koszty swojego dojazdu na sesję.

4. Obie strony dołożą wszelkich starań, żeby z powodzeniem zakończyć sesję. Bez zbędnej zwłoki.

5. Przez trzy miesiące od spotkania on będzie musiał sprawdzać maile. Jeśli próba zapłodnienia okaże się nieudana, strony umówią się na kolejną sesję. Gdy zaś wszystko pójdzie dobrze za pierwszym razem, zapomną o sobie. Na zawsze.

Chcę zostać mamą, potrzebuję małej pomocy…

Choć Wiktoria ma dopiero dwadzieścia sześć lat, czuje, że za dużo czasu zmarnowała na szukanie faceta w realu.

– Wybacz, ale każdemu z was czegoś brakuje – mówi. – W większości jesteście po prostu głupi. A jak już znajdzie się jakiś w miarę ogarnięty, to okazuje się albo kurduplem, albo pijakiem, albo maszkaronem, albo bezrobotnym artystą. Nie chcę, żeby moje dziecko odziedziczyło takie cechy. Nie mam też zamiaru czekać, aż przyjdzie do mnie książę, zrobi mi dziecko i będzie je ze mną wychowywał. Brakuje mi cierpliwości na bajki dla małych dziewczynek. Internet to wypaśna wyszukiwarka, sama sobie znajdę odpowiednią spermę, sama się zapłodnię i sama będę kochać dziecko.

– To „sama” za którymś razem jakoś smutno zabrzmiało – wtrącam.

– Wyobrażam sobie, że dla faceta to smutne, bo jeśli kobieta prawie wszystko może zrobić sama, to on jest niepotrzebny… A tak na serio: czuję, że w moim życiu coś nie trybi. Niby mam rodzinę, przyjaciółki, dobrą robotę w biurze, ale dalej jest jakieś puste miejsce, przez które nie czuję się szczęśliwa. To miejsce dla dziecka.

– Jaki musi być gość, od którego weźmiesz spermę?

– Rozmowny, ustawiony życiowo, najlepiej brunet, około metra osiemdziesięciu wzrostu, między trzydziestką a czterdziestką. No i mądry musi być!

– Ideał! Aż szkoda się z takim rozstać.

– Nie ideał, tylko kretyn, który oddaje spermę obcym kobietom! Ogarnięty i przystojny, ale kretyn. Może akurat tego moje dziecko po nim nie odziedziczy.

– A skąd pewność, że odziedziczy wszystkie pozytywne cechy?

– Nie musi wszystkich. Ważne, żeby miało co dziedziczyć. Na razie napisało do mnie kilkunastu kolesiów. Do etapu przesłuchań przy kawie przeszło trzech, a dalej to już żaden. Wszyscy mieli mózg w główce penisa. Przy nich poczułam się jeszcze bardziej samotna.

Bo plemniki były za mało ruchliwe

„Jutro po robocie jadę do mamy, wracam późnym wieczorem” – Katarzyna napisała mężowi na Gadu-Gadu dzień przed spotkaniem z flanelowcem w hotelu.

„A co z obiadem?” – wystukał na klawiaturze.

„Od trzynastu lat bez zmian: robię go z dnia na dzień, a później wstawiam do lodówki. Mógłbyś, kurwa, wreszcie to załapać!”.

Dzieliły ich tylko dwie pary drzwi. Katarzyna siedziała z laptopem na kolanach w salonie, a Sebastian – przed komputerem w swoim pokoju. Od kilku miesięcy głównie tak rozmawiali. O planach dnia, zakupach i pieniądzach. Na pozostałe tematy milczeli.

Pierwsze poważne awantury wybuchły, gdy rodziny Katarzyny i Sebastiana orzekły, że dziecko się spóźnia. Było to półtora roku po ślubie. We wsi Sebastiana od pokoleń żadna młoda para nie zaspała z płodzeniem dzieci dłużej niż rok. Przeciwnie, od dawna panowała tam moda na przedmałżeńskie falstarty, które wymuszały przyspieszenie daty ślubu. Z kolei we wsi Katarzyny największe obsuwy liczyły trzy kwartały. Po upływie tego terminu miejscowe plotkary zaczynały się zastanawiać na głos, czy aby młoda żona nie jest bezpłodna. Dla młodych mężów były bardziej litościwe, bo żeby który chłop pod tym względem niedomagał, jeszcze żadna nie słyszała.

„To już trzynaście lat odgrzewam te breje? Ja pierdolę, ale zleciało” – odgryzł się Sebastian.

„Ty nawet brei nie umiesz zrobić. Do niczego się nie nadajesz!”.

Gdy usłyszał od matki, że jego dziecko się spóźnia, zaczął pytać żonę, co z niej za kobieta, jeśli nie może urodzić mu syna. Na przemian groził rozwodem kościelnym i znalezieniem kochanki. Zrozpaczona Katarzyna zaczęła badać: owulację, hormony, jajniki i jajowody. Testy nasienia są dużo prostsze, ale Sebastian nigdy by nie poszedł do lekarza jako pierwszy. Dopiero gdy po serii badań wykluczono u niej problemy z płodnością, zaniósł spermę do analizy. Okazało się, że ma za mało ruchliwe plemniki.

– Do czego się nie nadaję? Dalej, mów śmiało! – krzyknął przez ścianę.

– Do niczego, strzelasz ślepakami! – walnęła bez litości.

Katarzyna zaplanowała, że zaraz po tym, jak zajdzie w ciążę z obcym facetem, zwabi do łóżka Sebastiana, a później mu powie, że został ojcem. Mąż uwierzy, bo od lat niczego bardziej nie pragnie. Uzna to za cud i będzie dziękował Bogu.

– Całe szczęście, że strzelam ślepakami, bo byłabyś chujową matką! – wrzasnął.

Na spotkanie z dawcą spermy zdążyła przygotować dżinsy i sweter, ponieważ nie chciała się dla niego stroić, ale teraz, gdy usłyszała, że nie nadaje się na matkę, w odruchu zemsty wyciągnęła z szafy małą czarną. Ulubioną sukienkę męża.

„Kochanie, wal się!” – napisała mu na dobranoc.

Lesbijka szuka nasienia…

– Dostałam dwadzieścia trzy maile i każdy ociekał spermą – mówi dwudziestoczteroletnia Barbara. – Faceci traktują lesbijki jak wyzwanie, a jeśli jeszcze zobaczą, że któraś szuka nasienia, to dostają szajby. Pisałam sto razy, że w grę wchodzi wyłącznie metoda kubeczkowa, ale każdy tylko myślał, jak mnie przelecieć. Powtarzałam, że mam już z kim uprawiać seks, ale jak grochem o ścianę.

Z Paulą jesteśmy parą od szkoły średniej. Najpierw się ukrywałyśmy, bo żyłyśmy w katolickiej mieścinie, później jednak pojechałyśmy do Warszawy na studia i zrobiłyśmy coming out. Rodzice przez kilka miesięcy byli w szoku, bredzili coś o kościelnych terapiach dla homoseksualistów, ale w końcu zbastowali.

Po dwóch miesiącach mailowania z pomyleńcami wreszcie trafiłyśmy na fajnego studenta historii. Był zadbany i miły. Taki uroczy nieśmiałek. Nie chciał uprawiać seksu, tylko… Właściwie to nie rozumiem, o co mu chodziło. Nic z tego nie miał. Ani kasy, ani praw do dziecka, ani przyjemności. Bo co to za radocha onanizować się w łazience jakiegoś zapchlonego motelu – tylko na taki było nas stać – gdy za drzwiami stoją dwie laski i popędzają? A później szybko musiał się ulotnić, żeby Paula wlała mi strzykawką jego spermę. Nie zaszłam w ciążę, bo to mało skuteczna metoda, ale będziemy dalej próbować. W przyszłym miesiącu znów spotkamy się ze studentem.

Nie czuję do siebie obrzydzenia, bo przecież do seksu nie doszło. Nie zdradziłam Pauli ani nie naraziłam nas na żadne choroby. Zrobiłyśmy ściepę i dałyśmy studentowi na badania. Nie ma żółtaczki, HIV, rzeżączki, kiły ani innych żyjątek, więc wszystko jest bezpiecznie. Pewnie, że wolałybyśmy same spłodzić dziecko, ale żadna z nas nie urodziła się z penisem. Na szczęście są inne sposoby, żeby zostać kochającymi matkami. W miłości do dziecka żaden heteryk nas nie przebije.

Święta chwila

Katarzyna otworzyła drzwi do pokoju trzydzieści trzy. Wyglądał, jakby nikt w nim dotąd nie mieszkał. Był wysprzątany, pościel pachniała świeżością, a z dywaniku nie zdążono jeszcze zerwać metki. Od tej czystości zakręciło się jej w głowie.

– Zwykle zaczyna się od mycia – zagaił dawca spermy. – Ale możemy to sobie darować i od razu zrobić swoje.

– Najpierw prysznic, idź pierwszy – odpowiedziała i opadła na łóżko.

Dłonie się jej trzęsły jak przed pierwszym razem. Chciała spłodzić dziecko na zimno i bez emocji, ale teraz paraliżował ją strach. Czuła, jak na jej ciele osadza się brud, którego już nigdy się nie pozbędzie.

– Dobra, ale potem kujemy żelazo, póki gorące – nawijał dziarsko. – Ja w tym siedzę nie od dziś, to wiem, że jak człowiek długo się ceregieli, to mu odwagi nie starcza.

– Racja, zrobimy to szybko – potwierdziła.

Była przerażona tym, jak mocno pragnęła dziecka. Sama już nie wiedziała dlaczego. Może chodziło o to, że czuła się gorsza, gdy na spotkaniach z przyjaciółkami ciągle słyszała o kolkach i kupkach. Albo gdy w telewizji widziała reklamy, na których matki karmiły niemowlęta. Wyrzucała sobie wtedy, że nie jest w pełni kobietą. A może silniejszy był strach przed samotnością? Dziecko byłoby jedyną osobą, do której mogłaby się przytulić.

– Nie czuj się źle. Jak by nie patrzeć, to przed nami święta chwila – mężczyzna poklepał ją po ramieniu.

– Święta? – nie dowierzała.

– No, a jak! Przecież zaraz zrobimy drobiazga.

Gdy dawca zniknął w łazience, Katarzyna szybko ściągnęła majtki i schowała je do torebki. Miała na sobie jeszcze sukienkę, ale nie zamierzała jej zdejmować. Po tym, jak wspomniał o świętej chwili, nabrała do niego obrzydzenia. Wystarczyła ta jedna uwaga, żeby w jej pamięci wyblakły sceny, które do tej pory uważała za święte: pierwszy pocałunek i przejmująca cisza, jaka zapadła w momencie śmierci ojca.

Dawca wrócił do pokoju, po czym rzucił ubranie na krzesło. Później ściągnął z szyi złoty krzyżyk i schował do kieszeni spodni.

– To żeby Pan Bóg nie widział? – zapytała z drwiną w głosie.

– Nie dogaduj, nie ma co psuć atmosfery – uciął.

Gdyby pomiędzy nimi nie obowiązywała zasada „zero wyznań”, mogłaby mu powiedzieć, że też jest wierząca. Co niedziela chodzi na mszę, a dwa razy w roku do spowiedzi. I będzie to robiła nadal, bo tak została wychowana. Ale nie powie księdzu, co zaszło w tym hotelu. Nie powie, bo usłyszałaby, że dziecko jest łaską, którą Bóg obdarza tylko niektórych. Zna te argumenty, często padały z ust księży, gdy przez Polskę przetaczała się dyskusja o in vitro. Grzmieli wtedy z ambon: „Dzieci nie są prawem człowieka, nie należą się każdemu!”. Miała ochotę wykrzyczeć: „Dlaczego, do kurwy, należą się matkom, które je topią i trzymają w beczkach po kapuście, a mnie nie?!”. Ale milczała. Bóg z kazań księży był dyktatorem, który rozdaje kartki na dzieci. Nie było sensu z nim dyskutować. Trzeba mu było jedną kartkę wyrwać. Po cichu.

– Teraz twoja kolej, nie ma co zwlekać – dawca wskazał w kierunku łazienki. – Drobiazg sam się nie zrobi.

Nie poszła pod prysznic, została w łóżku. Podwinęła sukienkę i odwróciła głowę do okna. Dawca ściągnął szlafrok. Zamiast, jak się umówili, szybko zrobić swoje, prawie dwadzieścia minut na przemian jęczał z rozkoszy i wykrzykiwał imię Pana Boga swego nadaremno. Później nagle opadł z sił.

– Pomogłem, jak umiałem, teraz muszę wracać – powiedział.

Założył flanelę, poprawił włosy i wyszedł z pokoju bez pożegnania. Jakby nagle stwierdził, że nie ma sensu mówić „do widzenia”, bo przecież zaraz wróci.

Na myśl o tym Katarzyna zerwała się z łóżka, założyła ciuchy i w popłochu wyskoczyła na ulicę. Biegła bulwarami wzdłuż Wisły, raz po raz oglądając się za siebie. Przestała się zastanawiać, kiedy plemnik przebije się do komórki jajowej. Najważniejsze było uciec jak najdalej. Jakby od tego zależało, czy uda jej się wymazać z pamięci ostatnie kilkadziesiąt minut.

Jałowość

„Dziecko znowu płacze, słyszysz?” – napisała do męża na Gadu-Gadu.

„To je sobie ucisz, do cholery!”.

O spotkaniu z dawcą spermy nie powiedziała Sebastianowi. Bała się, że już zawsze będzie widziała w jego oczach obrzydzenie.

„Ale słyszysz, jak płacze?” – dopytywała.

„Płacze ci w głowie, wariatko”.

„Nie bądź fiutem, to u sąsiadki z góry”.

„Nie ma żadnego dziecka. Miesza ci się w głowie? Okej. Ale mnie w to nie wciągaj”.

Pierwszy raz to dziecko usłyszała kilka dni po spotkaniu z dawcą spermy. Płakało jej w głowie za dnia i w nocy, doprowadzało do obłędu. Słyszała, że niemowlakowi dzieje się krzywda, a nie mogła mu pomóc. Nie ucichł nawet wtedy, gdy test ciążowy dał negatywny wynik i mogła odetchnąć z ulgą. Po upokarzającej próbie zapłodnienia w hotelu macierzyństwo jej zbrzydło. Chciała zapomnieć, co zrobiła, ale płacz dziecka nie pozwalał.

– Skończmy z tym cholernym Gadu – poprosiła męża, stojąc w drzwiach jego pokoju. – Inaczej z naszego małżeństwa nie będzie czego zbierać.

– Już nie ma – odburknął. – Wyprowadzę się do rodziców, potem pomyślimy o papierach rozwodowych. Moja matka ma rację, że nasz związek jest jałowy. A taki lepiej, żeby w ogóle się nie zaczął.

– To wróć do mojego łóżka – błagała.

– A po co? I tak nic nie zdziałamy. Jak się jest jałowym, trzeba żyć osobno.

Sebastian zamieszkał u rodziców i złożył pozew o rozwód. Kilka tygodni później dziecko w głowie Katarzyny ucichło.

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

POLAK SPRZEDA ZMYSŁY

Od dwóch lat jej intymny zapach roznosi się po Polsce. Za pośrednictwem poczty i paczkomatów dociera do wielkich aglomeracji, małych miasteczek i wsi.

Wieczorami, gdy światła w sypialni rodziców gasną, Justyna loguje się na wirtualnym targu. Prowadzi tam kramik z używanymi majtkami. Ogłasza:

Idealne dla fanów kobiecego zapaszku! Do wyboru, do koloru: szafirowe, beżowe, amarantowe. Tylko czterdzieści złotych za sztukę!

Pod kramik natychmiast zlatują się klienci. Dwudziestolatka nie widzi ich twarzy, ale wyobraża sobie przyspieszające od pożądania oddechy, kiedy ich podkręca.

Figi i stringi w różnych wzorach. Na każdej parze zapach blond studentki: jedno-, dwu- lub trzydniowy.

Podrażnione zmysły doprowadzają klientów do szaleństwa.

„Daj mi swój numer, suczko”.

„Za ile mogę cię zerżnąć!?”

„Chcę na żywo zobaczyć cipkę, która wydziela ten zapaszek”.

„Panowie, zachowajcie kulturę – studzi ich handlarka. – Sprzedaję tylko majteczki, o spotkaniu musicie zapomnieć”.

Piętro niżej światła są pogaszone, jakby rodzice Justyny wstydzili się swoich ciał. Nie dobiegają stamtąd żadne jęki ani westchnienia. Orgazm ojca jest sygnalizowany jedynie przez stukot otwieranych okien. Matka zawsze po seksie wietrzy pokój z grzechu.

„Zapłacę stówę, jeśli do majteczek dorzucisz dźwięk swojego orgazmu – proponuje następny klient. – Chcę cię czuć i słyszeć”.

„Da się zrobić – odpowiada dziewczyna. – Nagram się i prześlę ci dźwięk mailem”.

Po kilkudziesięciu minutach zamyka kramik i wraca do nauki. W tygodniu przyjmuje tylko dwa zamówienia. Z majtkowego interesu finansuje dojazdy na uczelnię.

Pissing, proszę księdza

– Teraz ten kraj pachnie cipką – Justyna może żartować w ten sposób, bo należy do pokolenia Polaków, któremu ojczyzna wreszcie odsłoniła zmysłowe ciało.

Wcześniej przez dwieście lat Polska była zapłakaną Matką1. Pozostawała w żałobie po utraconej wolności, więc jej twarz przysłaniał czarny welon, a resztę ciała – kir. Wiosną nie wiosnę Polacy widzieli, tylko udręczoną ojczyznę. Dopiero po 1989 roku nadszedł upragniony moment, kiedy spadło z niej żałobne ubranie i odsłoniło nagie ciało. Miało być piękne, a okazało się brzydkie i ani trochę ponętne – odrapane kamienice, brudne chałupy, ubłocone drogi, szare od zmęczenia i wieloletniego kaca twarze.

W takiej scenerii rosło pokolenie Justyny. Zmysły młodych rozpalał kolorowy Zachód, a nie ponura ojczyzna. Między innymi dlatego, gdy otworzyły się granice Unii Europejskiej, prawie półtora miliona Polaków opuściło swój kraj.