Polaccy - Gabriela Nieśpielak - ebook
Opis

Polaccy to opowieść o nas, Polakach, snuta przez Wandę – dziewczynę po studiach, w tak zwanym „wieku przejściowym”, która już nie jest studentką, ale jeszcze nie pracuje, już nie mieszka z rodzicami, ale jeszcze nie wynajmuje czegoś sama, jest i nie jest dorosła, wie i nie wie, czego chce. Prowadzony przez nią dziennik jest głosem pokolenia, które zaczęło wchodzić w dorosłość w dobie kryzysu, które zdobywa doświadczenie na bezpłatnych stażach, jeździ stopem i nałogowo ogląda filmiki z wypadków drogowych w Rosji na YouTube’ie.

Poznajemy przyjaciół, z którymi Wanda wynajmuje mieszkanie w Krakowie: rodzeństwo Mirka i Miriam, Błażeja, Igę i Kubę, a z nimi ich własny kawałek świata mieszczący się na kilkudziesięciu metrach kwadratowych, który sobie wspólnie urządzają, gdzie zlew jest zawsze zawalony po brzegi i w którym „kosz jeszcze się nigdy sam nie wyrzucił”. Dziennik Wandy jest zapiskiem rzeczywistości oglądanej przez dziurkę od klucza, opisującym nasze społeczeństwo takim, jakim jest w domu, w kapciach i podomce, a nie na wiecach politycznych czy za biurkiem, kiedy ma wyszorowane paznokcie i idealnie wyprasowane koszule.

To historia ludzi, z którymi z pozoru nic nas nie łączy, a którzy są nam tak naprawdę bardzo bliscy. Wystarczy tylko przymrużyć oczy, żeby zobaczyć, że w naszych kapciach i podomce wyglądamy identycznie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 123

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

 

 

 

 

 

 

Na początku było Drzewo.

Adam i Ewa. Pradziadek i prababcia. O nich niewiele. Właściwie tylko tyle, że byli. Ktoś mi kiedyś powiedział, że z życiem jest jak z filmem, na który przychodzisz spóźniony. Wchodzisz w trakcie, szukasz po ciemku swojego rzędu… „Przepraszam najmocniej, przepraszam panią…”, wreszcie zajmujesz miejsce i… nie wiesz, dlaczego ten facet skacze z dachu. Może go ktoś goni? Nie, nikt go nie goni. No to może dziewczyna go rzuciła? Problem w tym, że każdy wchodzi na ten film w innym momencie i wychodzi w innym. Jedni byli od początku i widzieli, jak to się wszystko zaczęło, ale wyszli po pięciu minutach i nawet nie zdążyli opowiedzieć. Ba, nawet nie zdążyłeś zauważyć, że byli. Ty się spóźniłeś, ale jeszcze oglądasz. Zresztą są tacy, którzy spóźnili się jeszcze bardziej. No i pradziadkowie to właśnie ci, którzy wyszli zaraz na początku. Minęliśmy się.

Dziadkowie. Zacznę może od dziadka Wiesława i babci Wiesi. OK, no więc, dziadkowie są w rodzinie (i zawsze byli, odkąd pamiętam) żelazną prawicą. Dziadek Wiesław zresztą przy każdej okazji podkreśla za Włodzimierzem Puryszkiewiczem zasiadającym w rosyjskiej Dumie, że na prawo od niego jest już tylko ściana. Babcia Ziuta zawsze, jak to słyszy, dodaje pod nosem, że nie ściana, tylko beton. Ale o babci później. W ogóle dziadek podkreśla na każdym rodzinnym obiedzie, że „nasi pradziadowie walczyli w powstaniu styczniowym… I w listopadowym zresztą też… Taa… Właściwie to nasi pradziadowie walczyli we wszystkich możliwych powstaniach, może za wyjątkiem tego krakowskiego... A to tylko dlatego, że się skończyło, zanim ktokolwiek zdążył usłyszeć, że w ogóle wybuchło…”.

No i babcia Wiesia. W rodzinie nazywana gangstababcią, taką, której nawet kibole boją się nie ustąpić miejsca w autobusie.

 

Dziadkowie mają dwóch synów: Mieszka i Jana (mojego tatę). Początkowo przy wyborze imion kierowali się pocztem królów polskich i po wujku Mieszku tata miał być Bolesławem, ale że urodził się w rocznicę odsieczy wiedeńskiej, to został Janem. Na drugie ma Bolesław.

 

WujekMieszko, Ksiądz. Dziadkowie są zachwyceni. Dziadek tylko żałuje, że wujek jest księdzem, a nie kardynałem na przykład, ale ogólnie rzecz biorąc, dobrze jest mieć księdza w rodzinie. I lekarza. Po cichu liczyli, że Tata pójdzie na medycynę, ale on wybrał historię i teraz, jak 90 procent historyków, nie pracuje w zawodzie (prowadzi warsztat samochodowy). Babcia Ziuta mówi, że są trzy kierunki studiów, których żaden rozsądny człowiek po prostu nie wybiera: psychologia, teologia i historia właśnie. „Na psychologii prędzej czy później traci się rozum, na teologii – wiarę, a na historii – czas” – mówi. „To już chyba lepiej żadnych studiów nie kończyć…” – dorzuca jeszcze. Tata z reguły nie mówi nic. A że, jak mówią inni, „historia lubi się powtarzać”, ja też tracę czas. Na UJ-ocie.

 

DziadekJózef i babcia Ziuta. To z kolei bastion lewicy. Boga nie ma, bo Darwin. (Dziadek Wiesław mówi, że to żaden argument, bo Darwin był Żydem). Byli w PZPR, poznali się na jakimś socjalistycznym evencie, dożynkach, pochodzie pierwszomajowym, stojąc w kolejce po masło, czy na czymś tam innym w ten deseń. Mają dwie córki: Maję (nazwaną tak na cześć 1 maja) i Janinę – moją mamę.

 

Mama. Nie lubi chodzić na zakupy, bo przecież może podjechać samochodem. W ogóle jak może podjechać samochodem, to nie lubi chodzić. No bo jak można podjechać? Odkąd z tatą jeżdżą na dwa auta, ciągle mi powtarza, że „nogi nie są do chodzenia, tylko do ozdoby”. Poza tym jest kustoszem muzeum. I fanką Sex Pistols na Facebooku.

 

O cioci Majce można by napisać tomy, ale postaram się zmieścić w paru linijkach. Feministka, wegetarianka, ekolożka, pacyfistka, anarchistka, joga, medycyna naturalna, w ogóle wszystko naturalne. Coca-cola to zło. UFO istnieje. Bóg istnieje (pod warunkiem, że jest UFO). Poza tym jest prezesem fundacji… jakiejś tam ufo-ekologicznej. Jak Ziemia nawiąże kontakt z „naszymi braćmi w kosmosie”, jej fundacja będzie pierwszą, która zacznie rozprowadzać na Marsie ekologiczne torby na zakupy w Tesco. Mąż i dwójka dzieci.

 

Majkel. Mąż cioci Majki. Amerykanin. Reporter „National Geographic”. Z racji tego, że jest Amerykaninem i do tego jeszcze protestantem, na wszystkich możliwych rodzinnych obiadach dziadek Wiesław wypytuje go o daty panowania kolejnych władców na tronie krakowskim w czasie rozbicia dzielnicowego (to na tak zwanych obiadach narodowych, 3 maja na przykład czy tam 11 listopada) albo o to, która święta jest od spraw trudnych i beznadziejnych (to z kolei, jak jest Wielkanoc i na „Panu Wołodyjowskim” puszczą reklamy). Ale chyba najbardziej przechlapane wujek ma 15 sierpnia. Spotykamy się wtedy na wspólnym „polsko-katolickim obiedzie” u dziadka i babci. Dla wujka Majkela oznacza to potrójny stres, ponieważ:

1) 15 sierpnia wypada święto Wojska Polskiego. No i przy okazji rocznica bitwy o Warszawę z 1920 roku… „Jak nazywała się klacz marszałka Piłsudskiego, co, Majkel?”…

2) Na 15 sierpnia przypada też Matki Boskiej Zielnej… „A ty myślisz, że Maryja Zawsze Dziewica była zawsze dziewicą?”…

3) Do tego jeszcze babcia Wiesia ma wtedy urodziny… „Majkel, na ile wyglądam, jak mam na sobie tę turkusową bluzeczkę?”…

Dlatego właśnie 15 sierpnia wujek zwykle obchodzi swoje prywatne święto. Grypy żołądkowej. I nie wychodzi z domu.

 

Miriam i Mirek. Bliźniaki. Z racji tego, że w ich rodzinie wszystkie imiona zaczynają się na literę „M”, mówimy na nich „M&M’sy”. Jak przechodzili okres buntu, to żeby w ogóle jakoś zbuntować się przeciwko rodzicom pokroju Majki i Majkela, zaczęli chodzić spać po 22 i na imprezach poza domem nie pili alkoholu.

 

Mgła i Zgaga. Koty M&M’sów. Imiona wybierał Majkel.

 

No i jest jeszcze mój młodszy brat Max vel Wandal. Nie lubi zielonego groszku, marchewki, dziewczyn (jeśli nie są mamą) i jak mu się zakłada czapkę. W maju skończy 6 lat.

 

A ja jestemWanda. I nie lubię się przedstawiać.

 

1 stycznia, poniedziałek

W zeszłym tygodniu M&M’sy wybrały się na narty do Białki. Cała nasza familia wiedziała o tym, bo ciocia Majka narobiła wokół tego straszną propagandę, trąbiąc z tygodniowym wyprzedzeniem, że jadą i że jadą, bo to zdrowe i w ogóle – to już w domyśle – oni, czyli M&M’sy, prowadzą zdrowy styl życia, bo jeżdżą na nartach i kładą sałatę lodową na kanapki z serem, a my, Polaccy, stoimy już właściwie jedną nogą w grobie (i to bez narty), bo nie uprawiamy żadnych sportów i jemy pulpety z Tesco.

Wczoraj Miriam i Mirek wrócili na P9 i poopowiadali co nieco o tym i owym ze stoku.

– No więc – ciągnęła Miriam – jak już wystaliśmy się w hiperkorku na Zakopiance i dojechaliśmy wreszcie do Białki, to minęło pół dnia. Przy czym mama nie mogła zrozumieć, jak to jest możliwe, że pół tuzina ludzi wpadło na ten sam pomysł co ona i spakowało narty do samochodu, żeby pojeździć w weekend. Kolejki były wszędzie do wszystkiego, ale ta największa oczywiście na wyciąg. No, ale nic. Przyjechaliśmy tu, żeby pojeździć, to stoimy. Tata tylko się denerwował, bo nie pamiętał, czy wysłał zdjęcia do redakcji, ale mama, jak o tym usłyszała, to powiedziała z wyrzutem, że oni tu przyjechali się rozerwać, a on – kurna – w pierwszej wolnej chwili musi gadać o pracy. Poza tym – tu już podniosła głos – „Weź wyluzuj, Majkel! Ja jestem, jasna cholera, wyluzowana, dlaczego ty nie możesz?!”.

Jakieś pół godziny później byliśmy wreszcie na szczycie. My z Mirkiem zjechaliśmy razem, a za nami miał jechać tata, no i mama. Potem, już na dole, mieliśmy się spotkać z powrotem przy wyciągu. No, ale zjechaliśmy na dół, stoimy przy wyciągu, a rodziców jak nie było, tak nie ma. Już mieliśmy wrócić się do samochodu, kiedy podszedł do nas tata i mówi, żebyśmy szli zaraz do auta, bo wracamy do domu. A, i jak już wsiądziemy do wozu, to żadnych pytań! „Ja wam wszystko opowiem, ale później”.

Na drugi dzień mama poszła do przychodni na „takie tam badanie”, a tata zrobił nam kawę i zaczął mówić…

„Jak już mieliśmy zjeżdżać, Majka powiedziała mi, że chce jej się sikać. No to powiedziałem, że możemy zjechać na dół do kawiarni i że tam są toalety. Na co wasza matka, że nie zamierza drugi raz stać w tej wielkiej kolejce do wyciągu, i że ona to załatwi ‹‹po polsku›› i pójdzie w krzaki. Miałem tylko pilnować, żeby nikt nie patrzył. Majka poszła w krzaki, odpięła sobie kombinezon, ściągnęła spodnie i resztę, przykucnęła i wtedy ja do niej: ‹‹Kochanie, odepnij jeszcze nar…›› i zobaczyłem, jak w tym momencie wasza matka zjechała na tych nartach w dół. Na krechę. Bez majtek. Przez cały stok! Ludzie w panice odskakiwali na boki, dzieci, które uczyły się jeździć, wywracały się na śniegu i zaczynały płakać, a wasza matka, wywijając kijkami, usiłowała złapać równowagę i jakoś się zatrzymać, krzycząc na całe gardło: ‹‹Jaaaaaaaaaaaaaaaa! Aaaaaaaaaaaaaaaa!››. No to ja krzyczę za nią: ‹‹Hamuj, Majka!››, a ona do mnie z dołu: ‹‹Nie wiem jaaaak!››. To ja na to: ‹‹Kucaj!››, a ona daleko:‹‹Jasna cholera, zabiję się! W imię Ojca, Synaaa…!›› – i w tym momencie jakoś tak usiadła na nartach, że zjechała jeszcze parę metrów, szurając pupą po śniegu, ale w końcu zatrzymała się tuż przy tej kawiarni na dole, gdzie ludzie chodzą się załatwić. Jak do niej zbiegłem na dół, to zdążyła się już ubrać i jak gdyby nigdy nic powiedziała do mnie: ‹‹Majkel, kochanie, jedziemy już do domu, dobrze?››”.

A potem mama wróciła z tej przychodni. Bo, jak się okazało, po tym szusowaniu bez majtek złapała wilka.

„Siedziałam tam i czekałam, aż mnie zawołają. I siedział tam ze mną jeszcze jeden facet, który miał złamaną rękę. No to już z nudów zapytałam go, co mu się stało. A on mi mówi: ‹‹No nie uwierzy pani! Byłem w sobotę na stoku, zjeżdżam sobie z górki, a tu nagle… patrzę, a z góry pędzi jak strzała jakaś kobita bez majtek! Jak się zapatrzyłem na to jej gołe dupsko, to tak walnąłem o sosenkę, że o – widzi pani!››”.

Ciocia Majka jest nie do podrobienia. Podobnie te jej wypady na narty „dla zdrowia”. Szacunek i uznanie. ;P

 

4 lutego, piątek

Mieszkania w Krakowie można zasadniczo podzielić na komunalne i komuny. W pierwszych mieszka GUS-owska średnia, czyli małżeństwo + dzieci (+ rybki w akwarium, czasami), w drugich z kolei „kwiat społeczeństwa polskiego”, „jutro narodu”, „emerytury emerytów”, ergo krakowscy studenci.

Życie w takiej komunie rządzi się swoimi prawami. Sporo zależy od tak zwanych zasad pierwotnych każdej z osobna, ale jest jedna rzecz, która kładzie wszystkie pod wspólny mianownik: tą rzeczą jest – mniej lub bardziej obowiązująca – wspólnota dóbr. Niezależnie bowiem, czy komunę tworzą młodzi neomarksiści, czy młodzi z neokatechumenatu, wspomniana Wspólnota Dóbr ma swoje uzasadnienie w świętych księgach i jednych, i drugich. Jakby nie było, na temat pierwszych chrześcijan Biblia mówi, że:

 

Wszyscy zaś, którzy uwierzyli, byli razem i mieli wszystko wspólne.

Dz 2, 44

 

Amen. A teraz trochę na temat wyżej wymienionych zasad pierwotnych. Tak jak mówiłam, każda komuna wypracowuje sobie swoje, ale u nas na P9 obowiązują mniej więcej takie:

 

1. Zasadabierzcie i jedzcie z tego wszyscy (kupuje jedna osoba, korzysta cała ekipa) – w odniesieniu do chleba, herbaty i margaryny. Przy czym mowa jest o margarynie, bo masło jest powszechnie uznawane za przejaw kołtuństwa i burżujską fanaberię, a to dlatego, że za jedną kostkę możesz mieć dwie margaryny. Albo trzy, jeśli masz jakiś sieciówy pod nosem. Z tej kalkulacji bierze zresztą swój początek zasada nr 2, która mówi, że…

2. Albo jesteś dyskontowy, albo dyshonorowy, a tłumacząc z polskiego na nasze: jeszcze nie było takiej komuny studenckiej, której lokatorzy regularnie robiliby zakupy w Almie. Poza tym student „komunista” za punkt honoru uznaje robienie zakupów na cały tydzień poniżej pięćdziesięciu zło.

3. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – zasada obowiązująca w przypadku okolicznościowych imprez z udziałem zaproszonych gości i wódki.

4. Cesarzowi, co cesarskie, czyli tak zwane „państwowe” drobne, które wrzucamy do słoika po ogórkach na papier toaletowy, płyn do mycia naczyń, kreta i tym podobne. Jeśli „na mieszkaniu” zabraknie którejś z wyżej wymienionych rzeczy, jedna osoba, zwana przez komunę celnikiem, bierze potrzebną kasę ze słoiczka i robi zakupy. W zamian wrzuca paragony „do wglądu”, których i tak nikt nie przegląda, bo po co. Czasami, jak w słoiku uzbiera się trochę reszty z zakupów, to ogłaszamy akcję „Pizza dla P9” i zbieramy dobrowolne datki przez tydzień, żeby na koniec zamówić jedną dużą z szynką i podwójnym serem.

5. Kto się najdłużej kąpie, najdłużej czeka. I kropka, Iga.

6. Rzecz, którą umownie określamy Zasadą Przebranej Miarki. Jak położysz coś na wielkiej kopie śmieci stojącej w koszu pod zlewem i spowodujesz zachwianie się całej tej śmieciowej konstrukcji, wynosisz kubeł do kontenera. Zasada póki co nie obejmuje gości, ale myślimy nad tym, żeby to wkrótce zmienić, bo sami do tego stopnia wyspecjalizowaliśmy się w umiejętnym nakładaniu jednego na drugie, że możemy tak dokładać śmieci do śmieci, że dotkną zlewu od dołu, a i tak nic się nie wysypie. Hasłem zachęcającym gości do podejmowania działań w tak zwanym czynie społecznym ma być to rzucone przez Miriam: „Czujcie się jak u siebie w domu, posprzątajcie nam kuchnię!”. I chyba trzeba to będzie poddać pod głosowanie na najbliższym posiedzeniu KC P9 na „Rozmowach w toku”, bo tak, jak jest, być nie może. Towarzysze studenci!

7. Jak dali, to jedz! ABC studenckiego savoir vivre’u. Jak ktoś ugotował zupę i pyta: „Chcesz trochę?”, to jedyną poprawną odpowiedzią jest: „Tak, poproszę”. Szczytem nieobycia jest w takim wypadku odpowiedź: „Dziękuję, nie jestem głodny”. A ktoś w ogóle o to pytał? W takim konkretnym przypadku członek komuny jest zobligowany do zjedzenia wspomnianego talerza zupy nie dla prymitywnej potrzeby zaspokojenia głodu, ale dla podtrzymania wspólnoty! Gdyby Polanie za Mieszka I gardzili upolowanym przez niego kurakiem tylko dlatego, że wcześniej się wołem najedli, nie byłoby Polski! A my jesteśmy patriotami.

8. Zasada rodem z Biblii: Nikomu nic dłużni nie bądźcie, prócz miłości wzajemnej. Pożyczyłeś, oddaj.

9. Tak zwane Wielkie sprzątanie, obwoływane co najmniej tydzień przed czyimiś urodzinami (żeby zdążyć posprzątać przed Wielką Imprezą, po której będzie Wielki Bałagan). Sprzątają wszyscy z wyjątkiem solenizanta.

10. Cisza nocna obowiązuje od 3 w nocy do 11 rano (na P9 rano trwa do 12 w południe, wieczór do 12 w nocy, a noc do 10 rano).

 

I to właściwie tyle. Resztę weryfikuje życie. Co zaś tyczy się mieszkańców komuny na P9, w porządku alfabetycznym są to kolejno:

 

Błażej. Studiuje filozofię. Tak, wie, że po tym nie ma pracy. Poza tym jest na stażu w RMF-ie. I wie, że po tym też nie ma pracy. W RMF-ie na pewno.

 

Iga. Dziewczyna Błażeja. Studiuje grafikę na Akademii Sztuk Pięknych. Pasjami ogląda skoki i beznadziejnie kocha się we Włodzimierzu Szaranowiczu.

 

Kuba. Studiuje na rolniczej ochronę środowiska. Ma już absolutorium, ale z magisterką mu się nie spieszy. W każdym razie chce pisać o dobroczynnych właściwościach yerba mate. Albo o kupie dżdżownic – jeszcze się zastanawia. Rasta-gangsta. Urodził się tego samego dnia co Bob Marley, z czego jest niepomiernie dumny. Za legalizacją zioła i delegalizacją państwa („Biurokracja to Babilon! Z jakiej paki wolne dzieci Syjonu mają płacić podatki?! I kurna, z czego?”). Jeździ hulajnogą na uczelnię.

 

Mirek i Miriam – moi kuzyni. O nich pisałam.

No i do tego jeszcze ja. Rybek nie mamy.

9 lutego, środa

Pojechałam dzisiaj na Uliczną odwiedzić rodziców i kogo spotkałam na klatce? Panią Iksińską, oczywiście. Naszą sąsiadkę spod czwórki.

– Och, dzień dobry, Wandziu – taksuje mnie wzrokiem. – No, no… Taka pulchniejsza się zrobiłaś na twarzy. To chyba nie jest tak źle z tymi naszymi studentami, co?

Naszymi?

– Ha, ha! – śmieje się perliście. A ja stoję jak ten wzrost gospodarczy z tą swoją „pulchniejszą twarzą” na klatce schodowej i zastanawiam się, co powinnam zrobić. Przyznać z grzeczności rację? Co do twarzy i studentów? Czy raczej nie zgodzić się co do twarzy, a zgodzić co do studentów? Których studentów, tak à propos? Którzy to są ci „nasi”? Kurka wodna, że też musiałam się na nią natknąć!

– Ha ha… – śmieję się głupkowato. Bo tak najprościej. Byle tylko nie wypytywała o pracę. Ostatnio wszyscy to robią. Mam tego po dziurki w nosie.

– A jak tam ci idzie szukanie pracy, Wandziu?

K***a.

– A, no, szukam.

– Czyli nie bardzo, co?

Że też jej nie wystarczy samo zauważenie problemu, tylko musi jeszcze wymuszać na człowieku dokonywanie jakiegoś takiego klatkowego coming outu.