Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 527 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pokuta - Ian McEwan

W pewien upalny ranek 1935 roku trzynastoletnia Briony Tallis jest przypadkowym świadkiem sceny miłosnej pomiędzy młodym Robbinem a swoją starszą siostrą. Wyobraźnia dziewczynki podsuwa jej różne interpretacje tego wydarzenia, co prowadzi do tragedii. Następuje rozkład rodziny, a niewinny człowiek trafia do więzienia. Wybucha wojna. Briony zostaje pielęgniarką, stawia pierwsze kroki jako pisarka. Zdaje sobie sprawę z wyrządzonego przez siebie zła. Pisarstwo staje się jej pokutą, a kolejne wersje opowieści coraz bardziej przybliżają ją do prawdy owych kilku upalnych dni. Ale czy w tym wypadku Pokuta może oznaczać odkupienie?

Opinie o ebooku Pokuta - Ian McEwan

Fragment ebooka Pokuta - Ian McEwan

Tytuł oryginału:

ATONEMENT

Copyright © Ian McEwan 2001

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2002

Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2002

Redakcja: Barbara Nowak

Zdjęcia na okładce pochodzą z filmu Pokuta

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

Skład: Laguna

ISBN 978-83-7659-437-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

2011. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych– jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Annalenie

– Droga panno Morland, niechże się pani zastanowi nad okropnością swoich przypuszczeń. Na czym je pani opiera? Niechże pani nie zapomina, w jakim kraju i w jakim wieku żyje! Niech pani pamięta, że jesteśmy Anglikami, że jesteśmy chrześcijanami. Niechże się pani odwoła do własnego zdrowego rozsądku, własnego poczucia rzeczywistości, niech się pani odwoła do tego, co pani widzi naokoło na własne oczy! Czy nasze wykształcenie przygotowuje nas do takich potworności? Czy nasze prawa je tolerują? Czy można by ich było dokonywać skrycie w takim kraju jak nasz, gdzie stosunki społeczne i piśmiennictwo są na takim poziomie? Gdzie każdy człowiek otoczony jest sąsiedztwem samorzutnych szpiegów? Gdzie drogi i gazety dają dostęp do wszystkiego? Najdroższa panno Morland, jak pani może dopuszczać podobne myśli!

Doszli do końca galerii i Katarzyna ze łzami wstydu uciekła do swojego pokoju.

Jane Austen, Opactwo Northanger1

Część pierwsza

1

Sztuka – do której Briony zaprojektowała afisze, programy i bilety, zbudowała budkę biletową z przewróconego na bok składanego parawanu oraz wyścieliła czerwoną bibułką puszkę na pieniądze – napisana została przez nią podczas dwudniowej fali natchnienia, kosztującej ją śniadanie i lunch. Kiedy przygotowania dobiegły końca, pozostało jej tylko kontemplować gotowy tekst i czekać na przybycie kuzynów z dalekiej północy. Przed przyjazdem jej brata mieli czas tylko na jedną próbę. Chwilami mrożąca krew w żyłach, chwilami rozpaczliwie smutna sztuka opowiadała o przygodzie miłosnej, a jej morał, przedstawiony w rymowanym prologu, głosił, że miłość nieoparta na zdrowym rozsądku jest skazana na zagładę. Nierozważna namiętność bohaterki, Arabelli, do niegodziwego hrabiego ukarana zostaje przez zły los, gdy zapada ona na cholerę w trakcie pochopnej eskapady do nadmorskiej miejscowości, do której wypuściła się ze swym wybrankiem. Opuszczona przez niego i prawie przez wszystkich, złożona niemocą w nędznej lepiance, odkrywa w sobie poczucie humoru. Los daje jej jeszcze jedną szansę w postaci niezamożnego doktora – w rzeczywistości przebranego księcia, który postanowił leczyć ubogich. Uzdrowiona przez niego Arabella dokonuje tym razem rozsądnego wyboru, co zostaje nagrodzone pojednaniem się z rodziną i ślubem z „medycznym” księciem w „wietrzny słoneczny dzień na wiosnę”.

Pani Tallis przeczytała siedem stron Przypadków Arabelli w swojej sypialni, siedząc przy toaletce, ze spoczywającą przez cały czas na ramieniu dłonią autorki. Briony obserwowała twarz matki, szukając na niej śladów najdrobniejszych emocji i Emily Tallis dała jej tę satysfakcję, robiąc na przemian zaniepokojoną i zadowoloną minę, parskając kpiąco i, na koniec, uśmiechając się z ulgą i kiwając mądrze głową. Wzięła córkę w ramiona, posadziła sobie na kolanach – ach, to gładkie małe ciałko, które pamiętała z niemowlęctwa, jeszcze niezupełnie od niej oddalone – po czym oświadczyła, że sztuka jest „niesamowita” i natychmiast zgodziła się, zbliżając usta do ciasnej małżowiny ucha dziewczynki, by to określenie zostało przytoczone na afiszu, który miał zawisnąć na sztaludze w sieni przy budce biletowej.

Briony nie mogła tego wówczas wiedzieć, lecz był to szczytowy moment całego przedsięwzięcia. Ostatecznie nic z niego nie wyszło, potem czekały ją już tylko złudzenia i frustracja. W letnim zmierzchu, po zgaszeniu świateł, gdy w jej łóżku z baldachimem zalegał rozkoszny mrok, doprowadzała czasem do szybszego bicia serce jasnymi tęsknymi marzeniami, które same w sobie stanowiły krótkie sztuki – wszystkie z Leonem w roli głównej. W jednej z nich jego dużą prostoduszną twarz wykrzywiał smutek, kiedy Arabella tonęła w rozpaczy i samotności. W innej, trzymając w dłoni koktajl w jakimś modnym wielkomiejskim lokalu, przechwalał się przed grupą swoich przyjaciół: Tak, to jest moja młodsza siostra Briony Tallis, pisarka, o której z pewnością słyszeliście. W jeszcze innej podnosił w triumfalnym geście rękę, gdy po raz ostatni opadała kurtyna, choć właściwie nie było kurtyny, nie było takiej możliwości. Nie napisała sztuki dla kuzynów, napisała ją dla brata. Miała uczcić jego powrót, wzbudzić podziw i odwrócić uwagę od pojawiających się co chwila beztroskich przyjaciółek ku odpowiedniego formatu żonie, tej, która przekona go do powrotu na wieś i poprosi słodko Briony, by została jej druhną.

Należała do dzieci owładniętych pragnieniem podporządkowania sobie świata. Podczas gdy sypialnia jej starszej siostry była dżunglą niepozamykanych książek, nieposkładanych ubrań, nieposłanego łóżka i nieopróżnionych popielniczek, pokój Briony był kaplicą, w której oddawała cześć swojemu demonowi kontroli: ustawiona na szerokim okiennym parapecie dziecinna farma składała się ze zwyczajnych zwierząt, wszystkie jednak odwrócone były w jedną stronę – ku swojej właścicielce – tak jakby miały właśnie zaśpiewać na jej cześć. Nawet kury stały elegancko zamknięte w kojcu. W gruncie rzeczy pokój Briony był jedynym pomieszczeniem na górze, gdzie panował porządek. Wyprostowane sztywno w swoim domku lalki przestrzegały surowego zakazu opierania się o ściany; stojące na toaletce różne, nieprzekraczające rozmiarami kciuka figurki – kowboje, głębokowodni nurkowie, uczłowieczone myszy – stały w równych szeregach, niczym czekające na rozkaz pospolite ruszenie.

Słabość do wszystkiego co miniaturowe stanowiła tylko jeden z rysów jej metodycznego charakteru. Innym było upodobanie do sekretów. Tajną szufladę w lakierowanym zabytkowym sekretarzyku otwierało się, przesuwając sprytnie obracającą się dźwignię; Briony chowała tam zamykany na klamerkę pamiętnik oraz notatnik zapisany wymyślonym przez nią samą szyfrem. W otwieranym sześciocyfrową kombinacją dziecinnym sejfie trzymała listy i pocztówki. Pod ruchomą klepką pod łóżkiem leżała stara puszka na pieniądze. W środku były skarby, które gromadziła od czterech lat, od swoich dziewiątych urodzin: zmutowany podwójny żołądź, tombak, kupione na jarmarku zaklęcie na deszcz, lekka jak liść czaszka wiewiórki.

Lecz tajne szuflady, zamykane na klucz pamiętniki i systemy kryptograficzne nie mogły zataić przed Briony prostej prawdy: nie miała żadnych sekretów. Pragnienie, by żyć w harmonijnym, zorganizowanym świecie, zamykało przed nią możliwość złych uczynków. Nieład i destrukcja były zbyt chaotyczne jak na jej gust i nie miała w sobie okrucieństwa. Jej faktyczny status jedynaczki, a także względna izolacja w rezydencji Tallisów chroniły ją, przynajmniej w ciągu długich letnich miesięcy, przed snuciem dziewczęcych intryg z przyjaciółkami. Nic w jej życiu nie było wystarczająco interesujące lub niegodziwe, by warto było to ukryć; nikt nie wiedział o wiewiórczej czaszce pod jej łóżkiem, ale też nikt nie chciał tego wiedzieć. Żadna z tych rzeczy nie przysparzała jej większych zgryzot; a może tak to tylko wyglądało w retrospekcji, gdy znalezione zostało rozwiązanie.

W wieku siedmiu lat napisała swoje pierwsze opowiadanie – głupią historyjkę naśladującą kilka ludowych bajek i pozbawioną, co uświadomiła sobie później, owej istotnej wiedzy o funkcjonowaniu świata, wiedzy, dzięki której zdobywa się szacunek czytelnika. Ta pierwsza nieudolna próba pokazała jej jednak, że źródłem sekretów jest sama wyobraźnia; kiedy już zaczęła pisać historię, nikomu nie mogła jej opowiedzieć. Udawanie w słowach było zbyt niezobowiązujące, zbyt intymne, zbyt krępujące, by pozwolić komukolwiek się dowiedzieć. Nawet pisanie „powiedziała” i „a potem” onieśmielało ją, i czuła się głupio, udając, że zna uczucia wyimaginowanej postaci. W chwili gdy opisywała jej słabości, nieunikniona była autodemaskacja; czytelnik z całą pewnością spekulował, że opisuje samą siebie. Z jakiego innego źródła mogła czerpać swoją wiedzę? Dopiero kiedy opowiadanie było gotowe, losy wszystkich postaci rozstrzygnięte i cała historia od deski do deski zamknięta, tak że przynajmniej pod tym jednym względem przypominała wszystkie inne ukończone opowiadania na tym świecie, mogła czuć się nietykalna, mogła przedziurkować marginesy, zszyć rozdziały sznurkiem, pomalować lub narysować okładkę i pokazać gotowe dzieło matce bądź ojcu, jeśli był akurat w domu.

Jej działania spotykały się z zachętą. W gruncie rzeczy były mile widziane, odkąd Tallisowie zrozumieli, iż najmłodsza córka ma niezwykłą umysłowość i łatwość słowa. Długie popołudnia spędzane przez nią na kartkowaniu słownika i tezaurusa dawały w efekcie konstrukcje, które były nietrafione, lecz urzekające. Monety, które chował do kieszeni łajdak, były „ezoteryczne”, chuligan złapany na kradzieży samochodu płakał łzami „bezwstydnej autoekspiacji”, dosiadająca rasowego rumaka bohaterka wyruszała nocą na „pobieżną” wycieczkę, zmarszczona brew króla była „hieroglifem” jego niezadowolenia. Briony zachęcano, by czytała swoje utwory na głos w bibliotece i starsza siostra oraz rodzice ze zdumieniem słuchali śmiałej interpretacji normalnie cichej dziewczynki, która gestykulowała zamaszyście wolną ręką, unosiła brwi, naśladując cudze głosy, i co jakiś czas podnosiła na kilka sekund wzrok, by omieść ich twarze, bezlitośnie domagając się niepodzielnej uwagi całej rodziny, gdy rzucała swoje narracyjne zaklęcie.

Nawet bez ich zainteresowania, pochwał i oczywistej satysfakcji Briony nie zrezygnowałaby z pisania. Odkrywała zresztą, podobnie jak wielu pisarzy przed nią, że nie każde uznanie jest pomocne. Entuzjazm Cecilii na przykład wydawał się co nieco przesadzony, niewykluczone, że skażony protekcjonalnością, a także natrętny: jej starsza siostra chciała, aby każde oprawione opowiadanie zostało skatalogowane i postawione na półkach biblioteki pomiędzy Rabindranathem Tagore i Quintusem Tertulianem. Jeśli to miał być żart, Briony zignorowała go. Była teraz na fali i odnajdywała satysfakcję na innych poziomach: pisanie opowiadań nie tylko zaspokajało potrzebę tajemniczości, lecz również dawało jej wszelkie rozkosze miniaturyzacji. Na pięciu stronach można było stworzyć cały świat, o wiele bardziej satysfakcjonujący aniżeli dziecinna farma. Dzieciństwo rozpuszczonego księcia można było zawrzeć na połowie stronicy, jazdę w księżycowej poświacie przez uśpione wioski oddać rytmicznie empatycznym zdaniem, zakochanie opisać jednym słowem – spojrzenie. Strony dopiero co ukończonego opowiadania wydawały się pod jej ręką wibrować życiem. Zaspokojone było także jej pragnienie ładu, ponieważ można było zawsze uporządkować rozbrykany świat. Kryzysowi w życiu bohaterki mógł towarzyszyć grad, wichura i błyskawice, zaślubinom błogosławiło jasne światło dnia i łagodny zefirek. Na umiłowaniu porządku opierały się również zasady sprawiedliwości, której głównymi narzędziami były śmierć i małżeństwo. Pierwsza zarezerwowana była wyłącznie dla indywiduów moralnie podejrzanych, drugie stanowiło nagrodę wstrzymywaną aż do ostatniej stronicy.

Sztuka, którą napisała na przyjazd Leona, była jej pierwszym „wypadem” w świat dramatu i odkryła, że zmiana rodzaju nie wymaga większego wysiłku. Nie musiała pisać bez końca „powiedziała”, opisywać pogody, budzącej się wiosny ani pięknej twarzy bohaterki – piękno, jak się przekonała, było czymś rzadkim. Brzydota za to występowała w nieskończonych odmianach. Wszechświat zredukowany do tego, co zostało w nim powiedziane, był rzeczywiście uładzony, nieomal do punktu, w którym obracał się w nicość, i żeby to zrekompensować, każda wypowiedź wyrażała te lub inne skrajne uczucia, w służbie których niezastąpiony okazał się wykrzyknik. Przypadki Arabelli mogłyby stać się melodramatem, gdyby ich autorka znała ten termin. Jej sztuka miała prowokować nie śmiech, lecz przerażenie, ulgę i namysł, dokładnie w takiej kolejności, a niewinny zapał, z jakim Briony potraktowała całe przedsięwzięcie – afisze, bilety, budka biletowa – uczynił ją szczególnie podatną na klęskę. Mogła łatwo powitać Leona jednym ze swoich opowiadań, ale to właśnie wiadomość o przyjeździe kuzynów z północy skłoniła ją do tego, by spróbować nowej formy.

To, że Lola, która miała piętnaście lat, oraz dziewięcioletni bliźniacy Jackson i Pierrot są uchodźcami z miejsca, gdzie toczyła się gorzka domowa wojna, powinno wzbudzić większe zainteresowanie Briony. Słyszała, jak matka krytykuje impulsywne zachowanie swojej młodszej siostry Hermione, ubolewa nad sytuacją trojga dzieci i potępia mięczakowatego, chowającego głowę w piasek szwagra Cecila, który znalazł bezpieczne schronienie w kolegium All Souls w Oksfordzie. Słyszała, jak matka i siostra analizują ostatnie wypadki i skandale, oskarżenia i kontroskarżenia, i wiedziała, że wizyta kuzynów nie jest „ograniczona czasowo” i może się nawet przeciągnąć do całego semestru. Słyszała, że dom łatwo pomieści troje dzieci i że Quinceyowie mogą zostać tak długo, jak długo im się podoba, pod warunkiem że ich rodzice, jeśli kiedykolwiek tu zawitają, nie będą angażowali domowników w swoje spory. Sąsiadujące z sypialnią Briony dwa pomieszczenia zostały wysprzątane, zaopatrzone w zasłony i wyposażone w meble przeniesione z innych pokojów. W normalnych okolicznościach brałaby udział w tych przygotowaniach, tak się jednak złożyło, że zbiegły się one z jej dwudniową pisarską weną oraz budową widowni i foyer. Zdawała sobie niejasno sprawę, że rozwód jest nieszczęściem, lecz nie uważała go za odpowiedni temat i nie poświęcała mu większej uwagi. Było to przyziemne wydarzenie, którego nie sposób cofnąć i z tego względu nie dawało narratorowi pola do popisu; należało do domeny chaosu. Interesowało ją małżeństwo, a raczej ślub z jego formalną elegancją nagrodzonej cnoty, weselną pompą i przyprawiającą o zawrót głowy perspektywą trwającego całe życie związku. Udany ślub stanowił nieuświadomiony symbol rzeczy, która na razie była nie do pomyślenia – seksualnego błogostanu. Przed ołtarzami wiejskich kościołków i wielkomiejskich katedr, na oczach aprobującej rodziny i przyjaciół, jej bohaterki i bohaterowie osiągali swoje niewinne orgazmy i nie musieli posuwać się dalej.

Jeśli rozwód wydawał się nikczemną antytezą tego wszystkiego, łatwo można go było umieścić na drugiej szali, razem ze zdradą, z chorobą i złodziejstwem, z napaścią oraz wiarołomstwem. Zamiast tego ukazywał jednak mało pociągające oblicze nudnych komplikacji i nieustannych zmagań. Podobnie jak remilitaryzacja, kwestia abisyńska i ogrodnictwo nie nadawał się po prostu na temat i kiedy po długim, trwającym cały niedzielny ranek oczekiwaniu Briony usłyszała w końcu chrzęst żwiru pod oknem swojej sypialni, złapała swe kartki i pomknęła schodami, przez sień i na dwór, w oślepiający blask dnia, to w gruncie rzeczy nie brak wrażliwości, lecz wysoce zogniskowana artystyczna ambicja kazała jej krzyknąć do młodych oszołomionych gości, którzy stali ze swymi bagażami przy powozie.

– Mam wasze role, wszystko zapisane. Pierwsze przedstawienie jutro! Próby zaczynają się za pięć minut!

Natychmiast pojawiły się jej matka i siostra, żeby złagodzić ten napięty harmonogram. Gości – cała trójka miała rude włosy i piegi – zaprowadzono do ich pokojów. Syn Hardmana, Danny, wniósł na górę walizki, a potem było picie soku w kuchni, zwiedzanie domu, pływanie w basenie oraz lunch w południowym ogrodzie, w cieniu winorośli. Emily i Cecilii ani na chwilę nie zamykały się usta, co z pewnością pozbawiło gości całej swobody, którą to trajkotanie miało zrodzić. Briony wiedziała, że gdyby przebyła dwieście mil do cudzego domu, inteligentne pytania, żartobliwe uwagi i powtarzanie na sto różnych sposobów, że może robić, co chce, bardzo by ją znużyło. Nie zdawano sobie generalnie sprawy, że tym, czego dzieci pragną najbardziej, jest pozostawienie ich w spokoju. Quinceyowie starali się jednak, jak mogli, sprawiać wrażenie rozbawionych bądź też odprężonych i to dobrze wróżyło Przypadkom Arabelli: członkowie tego tria mieli najwyraźniej dryg do udawania tego, czym nie byli, mimo że nawet w przybliżeniu nie przypominali postaci, które mieli zagrać. Briony wymknęła się przed lunchem do pustej sali prób – czyli pokoju dziecinnego – i przemierzając w tę i z powrotem lakierowany parkiet, rozważała kwestię obsady.

Formalnie rzecz biorąc, wydawało się mało prawdopodobne, żeby Arabella, której włosy były tak samo ciemne jak włosy Briony, miała piegowatych rodziców, uciekła z piegowatym cudzoziemskim hrabią, wynajęła nędzną norę od piegowatego gospodarza, oddała serce piegowatemu księciu i żeby udzielił jej ślubu piegowaty pastor na oczach piegowatych wiernych. Tak to jednak musiało wyglądać. Jej kuzyni mieli zbyt intensywną karnację – prawie się świecili – by można to było ukryć. Można było co najwyżej uznać, iż brak piegów u Arabelli jest znakiem – hieroglifem, mogłaby napisać Briony – jej wyjątkowości. Choć obracała się w skażonym świecie, nikt nie mógł kwestionować czystości jej charakteru. Kolejny problem z bliźniakami polegał na tym, że nikt postronny nie potrafił ich odróżnić. Czy niegodziwy hrabia powinien aż tak bardzo przypominać przystojnego księcia i czy obaj powinni przypominać ojca Arabelli i pastora? A gdyby w roli księcia obsadzić Lolę? Jackson i Pierrot sprawiali wrażenie typowych ochoczych małych chłopców, którzy zrobią prawdopodobnie to, co im się każe. Lecz czy ich siostra zagra mężczyznę? Miała zielone oczy, zapadnięte policzki i wyraźnie zarysowane kości czaszki, a w jej małomówności było coś kosmatego, co sugerowało silną wolę i skłonność do irytacji. Sama wzmianka o możliwości zagrania tej roli przez Lolę mogłaby sprowokować kryzys. I czy Briony mogłaby naprawdę trzymać ją za rękę przy ołtarzu, kiedy Jackson zaintonuje psalm?

Dopiero o piątej po południu udało jej się zgromadzić obsadę w pokoju dziecinnym. Ustawiła w rzędzie trzy stołki, sama wbiła tyłek w stare wysokie krzesełko dla niemowląt – ekscentryczne zagranie, które dało jej już na wstępie przewagę sędziego tenisowego. Bliźniacy przywlekli się niechętnie z basenu, w którym kąpali się przez trzy godziny bez przerwy. Byli na bosaka i mieli na sobie podkoszulki i spodenki, z których woda skapywała na podłogę. Woda spływała im również po szyjach ze zmierzwionych czupryn i obaj chłopcy dygotali i trzęśli kolanami, żeby się rozgrzać. Wskutek długiego siedzenia w wodzie pomarszczyła im się i przybladła skóra, i w przyćmionym świetle pokoju dziecinnego ich piegi wydawały się niemal czarne. Lola, która siedziała między nimi, balansując lewą nogą opartą na prawym kolanie, była dla odmiany absolutnie spokojna. Spryskała się obficie perfumami i włożyła zieloną sukienkę w paski, która tonowała jej karnację. Pod rzemykami sandałów widać było bransoletkę na kostce i pomalowane na cynobrowo paznokcie. Na widok tych paznokci Briony ścisnęło w dołku i natychmiast zdała sobie sprawę, że nie może zaproponować Loli, żeby zagrała księcia.

Wszyscy usadowili się na swoich miejscach i nadeszła pora na krótki wstęp dramaturga, który miał streścić wątek i zasiać ziarno podniecenia przed czekającym ich jutro w bibliotece występem przed dorosłymi. Ale to Pierrot odezwał się pierwszy.

– Nienawidzę sztuk i w ogóle takich rzeczy – oznajmił.

– Ja też ich nienawidzę. I przebierania się – dodał Jackson.

Podczas lunchu wyjaśniono, że bliźniaków można odróżnić po tym, że Pierrotowi brakuje trójkątnego kawałka lewego płatka ucha odgryzionego przez psa, którego dręczył w wieku trzech lat.

Lola uciekła wzrokiem w bok.

– Jak można nienawidzić sztuk? – zapytała rozsądnym tonem Briony.

– To tylko popisywanie się – mruknął Pierrot i wygłaszając tę oczywistą prawdę, wzruszył ramionami.

Briony wiedziała, że bliźniak ma trochę racji. Właśnie dlatego uwielbiała sztuki, w każdym razie swoje własne; wszyscy mieli ją za nie podziwiać. Spoglądając na chłopców i na gromadzącą się pod ich stołkami i znikającą w szparach między klepkami wodę, uświadomiła sobie, że nigdy nie zrozumieją jej ambicji.

– Czy Szekspir tylko się popisywał? – zapytała wyrozumiale.

Pierrot zerknął ponad kolanami siostry w stronę Jacksona. To wojenne nazwisko obiło im się o uszy. Pobrzmiewały w nim echa szkoły i świata dorosłych, lecz w tym momencie bliźniacy dodawali sobie nawzajem odwagi.

– Wszyscy wiedzą, że się popisywał.

– Absolutnie.

Zabierając głos, Lola wbiła najpierw wzrok w Pierrota, po czym w połowie zdania odwróciła się i zakończyła je, spoglądając na Jacksona. W rodzinie Briony pani Tallis nigdy nie miała do zakomunikowania czegoś, z czym trzeba się było zwrócić jednocześnie do obu córek. Teraz Briony zobaczyła, jak się to robi.

– Zagracie w tej sztuce albo dostaniecie manto. A potem porozmawiam z Rodzicami.

– Jeśli spuścisz nam manto, to my porozmawiamy z Rodzicami.

– Zagracie w tej sztuce albo porozmawiam z Rodzicami.

To, że groźba została gładko zredukowana do swojego sedna, nie zmniejszyło wcale jej siły oddziaływania. Pierrot zaczął ssać dolną wargę.

– Dlaczego musimy? – zapytał.

W tym pytaniu zawarta była zgoda na wszystko i Lola wyciągnęła rękę, żeby zmierzwić jego sterczące włosy.

– Pamiętacie, co powiedzieli Rodzice? Jesteśmy w tym domu gośćmi i staramy się nie sprawiać… czego staramy się nie sprawiać? No, śmiało. Czego staramy się nie sprawiać?

– Ambarasu – odparły chórem zasmucone bliźniaki, zacinając się lekko na trudnym słowie.

Lola odwróciła się z uśmiechem do Briony.

– Proszę, opowiedz nam o swojej sztuce.

Rodzice. Zamknięta w tym słowie zinstytucjonalizowana moc miała wkrótce obrócić się wniwecz, albo już się to stało, ale na razie nie można było tego zdradzić i nawet od najmłodszych wymagano chodzenia z podniesionym czołem. Briony zawstydziła się nagle swojego samolubnego zachowania. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że jej kuzyni nie zechcą zagrać swoich ról w Przypadkach Arabelli. Mieli swoje własne przypadki, swoją własną katastrofę, a teraz, będąc gośćmi w jej domu, czuli się zobowiązani. Co gorsza, Lola dała do zrozumienia, że sama również będzie grała bez przekonania. Podatni na zranienie Quinceyowie działali pod przymusem. Choć z drugiej strony – starała się uchwycić trudną myśl – czy nie doszło tutaj do pewnej manipulacji, czy Lola nie posłużyła się bliźniakami, żeby wyrazić coś w swoim imieniu, coś wrogiego i destruktywnego? Briony żałowała, że jest o dwa lata młodsza od drugiej dziewczynki, że ma od niej o dwa lata mniej ogłady. Sztuka wydała się jej teraz czymś żałosnym i kłopotliwym.

Unikając przez cały czas wzroku Loli, przedstawiła im zarysy akcji, mimo że coraz bardziej rzucała jej się w oczy tkwiąca w tym głupota. Nie miała już serca konfabulować na temat dreszczu podniecenia, jaki czuje się podczas premiery.

– Ja chcę być hrabią – oświadczył Pierrot, kiedy tylko skończyła. – Chcę być łotrem.

– Ja będę księciem – stwierdził po prostu Jackson. – Zawsze jestem księciem.

Miała ochotę przyciągnąć ich do siebie i ucałować.

– W takim razie dobrze – powiedziała.

Lola rozkrzyżowała nogi, wygładziła sukienkę i wstała, zupełnie jakby miała zamiar wyjść.

– Ponieważ ty to napisałaś, przypuszczam, że zagrasz Arabellę – powiedziała z westchnieniem smutku lub rezygnacji.

– Ależ nie – zaprotestowała Briony. – Nie. Wcale nie.

Powiedziała „nie”, lecz miała oczywiście na myśli „tak”.

Naturalnie, że weźmie rolę Arabelli. Protestowała tylko przeciwko słówku „ponieważ”. Nie grała Arabelli dlatego, że to ona napisała sztukę, brała tę rolę, ponieważ do głowy nie przyszła jej żadna inna możliwość, ponieważ tak właśnie miał zobaczyć ją Leon, ponieważ była Arabellą.

Lecz powiedziała „nie” i na wargach Loli pojawił się słodki uśmiech.

– W takim razie nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli ja ją zagram. Myślę, że potrafię to zrobić bardzo dobrze. W gruncie rzeczy, z nas dwóch…

Zawiesiła głos i Briony wlepiła w nią wzrok, nie potrafiąc ukryć malującej się na jej twarzy zgrozy i nie będąc w stanie wykrztusić słowa. Rola wymykała jej się z rąk, zdawała sobie z tego sprawę, lecz nie potrafiła wymyślić niczego, by ją odzyskać. Lola tymczasem kuła żelazo, póki gorące.

– W zeszłym roku długo chorowałam i to też mogłabym dobrze zagrać.

To też? Briony nie nadążała za starszą dziewczynką. Smutna świadomość tego, co nieuniknione, nie pozwalała jej się skupić.

– I grałaś w szkolnym przedstawieniu – dodał z dumą jeden z bliźniaków.

Jak mogła im powiedzieć, że Arabella nie miała piegów? Jej cera była blada, włosy czarne, a myśli były myślami Briony. Ale jak mogła odmówić kuzynce, która znalazła się daleko od domu i której życie rodzinne legło w gruzach? Lola widocznie czytała w jej myślach, ponieważ teraz wyciągnęła z rękawa ostatnią kartę, niepokonanego asa.

– Powiedz „tak”. To będzie jedyna dobra rzecz, jaka przytrafiła mi się od miesięcy.

Tak. Niezdolna wykrztusić z siebie tego słowa Briony mogła tylko kiwnąć głową i robiąc to, poczuła ponury dreszcz samounicestwiającej uległości, dreszcz, który przenikał ją na wskroś i rozlewał się falami na cały pokój, zaciemniając boleśnie wszystkie kontury. Chciała wyjść, chciała położyć się twarzą na łóżku i doświadczać ohydnej pikanterii tej chwili, chciała prześledzić rozgałęziające się nitki konsekwencji aż do punktu, kiedy nie zaczęło się jeszcze dzieło destrukcji. Musiała przeanalizować z zamkniętymi oczyma cały ogrom tego, co utraciła, co dała sobie odebrać, i przewidzieć następstwa. Nie chodziło tylko o Leona – co będzie ze starą brzoskwiniowokremową satynową suknią, którą matka wyszukała dla niej na ślub Arabelli? Suknię odda się teraz Loli. Jak jej matka mogła odepchnąć od piersi własną córkę, która kochała ją przez wszystkie te lata? Widząc, jak suknia idealnie opina kibić jej kuzynki, a na ustach matki pojawia się nieczuły uśmiech, Briony zdała sobie sprawę, że jedynym rozsądnym wyjściem jest ucieczka. Zamieszka w leśnym gąszczu, żywiąc się jagodami i nie odzywając do nikogo i któregoś zimowego poranka odnajdzie ją brodaty leśny człowiek – zwiniętą pod pniem olbrzymiego dębu, piękną, martwą i bosą albo w baletkach z różowymi paskami…

Użalanie się nad sobą wymagało pełnego skupienia i tylko w samotności Briony mogła tchnąć życie we wszystkie raniące serce szczegóły, lecz po wyrażeniu przez nią zgody – jak jedno kiwnięcie głową może zmienić czyjeś życie? – Lola podniosła manuskrypt z podłogi, a bliźniacy wstali ze swoich stołków i stanęli razem z siostrą w pustym miejscu pośrodku pokoju, który Briony uprzątnęła dzień wcześniej. Czy będzie miała teraz odwagę wyjść? Lola chodziła w tę i z powrotem, z ręką przyłożoną do czoła, i przerzucała pierwsze strony sztuki, mrucząc zdania prologu. Oświadczyła, że niczego nie stracą, zaczynając od samego początku, po czym obsadziła szybko bliźniaków w rolach rodziców Arabelli i opisała im pierwszą scenę, najwyraźniej wiedząc na jej temat wszystko, co trzeba było wiedzieć. Przejęcie steru przez Lolę było bezlitosne i użalanie się nad sobą straciło sens. A może miało się okazać jeszcze głębsze w swojej autodestrukcyjnej rozkoszy – gdyż Briony nie została obsadzona nawet w roli matki Arabelli i nadeszła teraz z pewnością pora, by wymknąć się z pokoju i przywrzeć twarzą do mrocznej pościeli łóżka. Jednak to właśnie obcesowość Loli, fakt, że kuzynce chodziło wyłącznie o własny interes, oraz przekonanie Briony, że jej własna krzywda nie tylko nie wzbudzi poczucia winy, lecz nie zostanie w ogóle zauważona, skłoniły ją do stawienia oporu.

W swoim w gruncie rzeczy przyjemnym i bezpiecznym życiu tak naprawdę nigdy dotąd nie stawiła nikomu czoła. Teraz uświadomiła sobie, że przypomina to zanurkowanie w basenie w pierwszych dniach czerwca; trzeba się do tego po prostu zmusić. Kiedy zsunęła się z wysokiego krzesła i podeszła do kuzynki, waliło jej nieprzyjemnie serce i miała płytki oddech.

– Jeśli ty jesteś Arabellą, w takim razie ja jestem reżyserem, dziękuję bardzo, i to ja przeczytam prolog – powiedziała bardziej piskliwym niż zwykle, zduszonym głosem, odbierając jej manuskrypt.

Lola zasłoniła piegowatą dłonią usta.

– Przeeepraszam! – zawołała. – Chciałam tylko, żebyśmy zabrali się do dzieła.

Briony nie wiedziała dobrze, co odpowiedzieć, w związku z czym zwróciła się do Pierrota.

– Nie bardzo wyglądasz na matkę Arabelli.

Podważenie decyzji Loli w kwestii obsadzenia chłopców oraz śmiech, jaki to u nich wzbudziło, przyczyniły się do zmiany układu sił. Lola wzruszyła z przesadą kościstymi ramionami, podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Być może ona też walczyła z pokusą wymknięcia się z pokoju.

Mimo że bliźniacy zaczęli mecz zapaśniczy, a ich siostra obawiała się, że zaraz zacznie boleć ją głowa, próbę udało się jakoś zacząć. Cisza, w której Briony przeczytała prolog, była napięta.

Oto opowieść o spontanicznej Arabelli,

Która uciekła z nieznajomym amantem.

Zasmuceni rodzice patrzyli, jak ich pierworodna

Bez pozwolenia pierzcha z domu do Eastbourne…

Ojciec Arabelli stał razem z żoną przy kutej z żelaza bramie swej posiadłości, najpierw błagając córkę, by jeszcze raz rozważyła swoją decyzję, a potem w desperacji zabraniając jej wyjeżdżać. Naprzeciw nich stali smutna, lecz uparta bohaterka oraz hrabia. Uwiązane do pobliskiego dębu konie rżały i przestępowały niecierpliwie z nogi na nogę. Targające ojcem uczucia sprawiły, że kiedy mówił, drżał mu głos.

Jesteś młoda i urocza, kochanie,

Lecz brakuje ci doświadczenia i choć myślisz,

Że cały świat leży u twoich stóp,

On może powstać i cię stratować.

Briony ustawiła swoich aktorów. Sama ściskała za ramię Jacksona, a Lola i Pierrot stali kilka stóp dalej, trzymając się za ręce. Spojrzawszy na siebie, chłopcy dostali ataku chichotek i dziewczynki musiały ich uciszać. Problemów nie brakowało już przedtem, lecz Briony uświadomiła sobie przepaść, jaka dzieliła jej zamysł od wykonania, dopiero gdy Jackson zaczął czytać swoją kwestię grobowym monotonnym głosem, tak jakby każde słowo było nazwiskiem na długiej liście poległych. Nie potrafił wymówić słowa „doświadczenia”, mimo że powtórzono mu je po wielekroć, i ominął trzy ostatnie słowa w zdaniu „on może powstać i cię stratować”. Co do Loli, wygłaszała swoje kwestie prawidłowo, lecz niedbale i czasami uśmiechała się niestosownie do jakiejś prywatnej myśli, specjalnie pokazując, że jej prawie dorosły umysł znajduje się gdzie indziej.

Tak właśnie to wyglądało w wykonaniu kuzynów z północy, którzy przez całe pół godziny wytrwale niweczyli dzieło Briony i dlatego pojawienie się jej starszej siostry, która przyszła żeby zaprowadzić bliźniaków do kąpieli, stanowiło prawdziwe wybawienie.

2

Częściowo jej młodość i piękna pogoda, a częściowo coraz większa ochota na papierosa sprawiły, że trzymając w ręku kwiaty, Cecilia na pół biegła ścieżką, która wiodła wzdłuż rzeki i starej sadzawki z omszałym ceglanym murem, a potem skręcała w dębowy las. Jej krok przyspieszyła również przedłużająca się bezczynność letnich tygodni po zdaniu egzaminów; od powrotu do domu życie stanęło w miejscu i taki ładny dzień jak ten powodował, że traciła cierpliwość, wpadała niemal w desperację.

Chłodne wysokie cienie drzew przynosiły ulgę, reliefy kory cieszyły oko. Po minięciu furtki i okolonych niskim płotkiem rododendronów wyszła na otwarte błonia – odsprzedane miejscowemu rolnikowi, by miał gdzie wypasać swoje krowy – i podeszła do fontanny, pośrodku której stała pomniejszona o połowę kopia posągu Trytona dłuta Berniniego z Piazza Barberini w Rzymie.

Ciśnienie wody było tak słabe, że muskularna postać, kucająca tak wygodnie w muszli, była w stanie wydmuchać ze swej konchy strumień długi tylko na dwa cale, w związku z czym woda spływała po głowie, po kamiennych lokach i rowkiem potężnego kręgosłupa, zostawiając tam lśniącą ciemnozieloną smugę. W obcym północnym klimacie Tryton znalazł się daleko od domu, lecz w porannym słońcu wydawał się przepiękny, podobnie jak cztery delfiny wspierające muszlę o pofalowanych brzegach, na której siedział. Cecilia spojrzała na niesamowite łuski delfinów i uda Trytona, a potem w stronę domu. Najszybsza droga do bawialni prowadziła przez trawnik, taras i przeszklone drzwi. Ale ziemię przy żywopłocie z krzewów japońskiej róży pielił na kolanach Robbie Turner, jej przyjaciel z dzieciństwa i znajomy z uniwersytetu, a ona nie miała ochoty z nim rozmawiać. Przynajmniej nie w tej chwili. Od powrotu do domu architektura krajobrazu stała się jego „przedostatnią” pasją. Teraz mówiło się o studiach medycznych, co po dyplomie filologii wydawało się raczej pretensjonalne. A także aroganckie, ponieważ to jej ojciec miał za nie zapłacić.

Cecilia odświeżyła kwiaty, zanurzając je w basenie fontanny, odtworzonym w normalnej skali, głębokim i chłodnym, po czym ominęła Robbiego, ruszając w stronę frontowego wejścia – znajdując w ten sposób pretekst, pomyślała, by pozostać jeszcze parę chwil na dworze. Światło poranka i w ogóle żadne światło nie mogło ukryć brzydoty domu Tallisów – zaledwie czterdziestoletniej, wzniesionej z jasnopomarańczowej cegły i zaopatrzonej w witraże, przysadzistej budowli w stylu magnackiego gotyku, który pewnego dnia miał zostać potępiony przez Pevsnera lub kogoś z jego otoczenia, jako tragedia zmarnowanych szans, a przez młodszego pisarza ze współczesnej szkoły jako styl „aż do bólu pozbawiony wdzięku”. Przed pożarem, który wybuchł pod koniec lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, stała tutaj rezydencja w stylu Adamów. Zostało po niej sztuczne jezioro z wysepką i dwoma kamiennymi mostkami alei dojazdowej oraz rozpadająca się, ozdobiona stiukami świątynia przy skraju wody. Dziadek Cecilii, który zaczynał od sklepu z artykułami żelaznymi i stworzył podwaliny rodzinnej fortuny serią patentów na kłódki, rygle, klamki oraz zatrzaski, miał upodobanie do wszystkiego, co solidne, bezpieczne i funkcjonalne, i to odcisnęło się na nowym domu. A jednak, jeśli ktoś odwrócił się plecami od frontowego wejścia i spojrzał wzdłuż alei, ignorując gromadzące się już w cieniu rzadko rosnących drzew krowy, widok był całkiem miły; emanował zeń ponadczasowy, niezmienny spokój, który teraz bardziej niż kiedykolwiek utwierdzał Cecilię w przekonaniu, że musi stąd wkrótce wyjechać.

Weszła do środka, przecięła szybko sień wyłożoną czarno-białą szachownicą płytek – jak znajome było echo jej kroków i jak bardzo drażniące – po czym przystanęła, by złapać oddech w progu bawialni. Chłodne krople kapiące na stopy Cecilii z wiechcia oleandrów i irysów poprawiły jej nastrój. Wazon, którego szukała, stał na amerykańskim stoliku z wiśniowego drewna, przy uchylonych lekko drzwiach na taras. Drzwi wychodziły na południowy wschód i po jasnoniebieskim dywanie pełzły równoległoboki porannego światła. Jej oddech uspokoił się i nabrała jeszcze większej ochoty na papierosa, stała jednak w progu, urzeczona perfekcją wnętrza, na które składały się trzy spłowiałe kanapy otaczające przystrojony zimową turzycą, prawie nowy gotycki kominek, nieużywany i nienastrojony klawikord, nieużywane muzyczne pulpity, ciężkie welwetowe zasłony, związane luźno pomarańczowymi i niebieskimi sznurami i okalające fragment bezchmurnego nieba, a dalej żółtoszary cętkowany taras, gdzie spomiędzy szpar wyrastały rumianek i złocień. Po kilku stopniach schodziło się na trawnik, przy którego skraju wciąż trudził się Robbie i który ciągnął się aż do fontanny z Trytonem stojącej pięćdziesiąt jardów dalej.

Wszystko – rzeka i kwiaty, to, że biegła przez las, co ostatnio nie zdarzało jej się zbyt często, misterne żebrowanie dębowych pni, wysoki sufit bawialni, geometria światła, cichnący powoli puls w uszach – wszystko sprawiało jej przyjemność, którą odczuwa się, gdy to, co znajome, staje się w przyjemny sposób obce. Strofowała się jednak również z powodu dręczącej ją w domu nudy. Powróciła z Cambridge z niejasnym przekonaniem, że powinna bez przerwy dotrzymywać towarzystwa rodzinie. Ale ojciec został w mieście, a matka, kiedy nie pieściła się akurat ze swoją migreną, traktowała ją z dystansem, prawie niechęcią. Cecilia zanosiła tacę z herbatą do jej pokoju – tak samo spektakularnie zapuszczonego jak jej własny – mając nadzieję, że nawiąże z matką jakąś bliską rozmowę. Emily Tallis dzieliła się z nią jednak co najwyżej drobnymi troskami o gospodarstwo, najczęściej zaś leżała wsparta o poduszki z nieprzeniknioną w półmroku twarzą, opróżniając w pustym milczeniu filiżankę. Briony zatraciła się w swoich pisarskich fantazjach – to, co wydawało się przelotnym kaprysem, przeradzało się teraz w obsesję. Cecilia widziała ją na schodach tego ranka – jej siostra prowadziła biednych kuzynów na górę, do pokoju dziecinnego, na kolejną próbę sztuki, którą chciała wystawić wieczorem, kiedy miał przyjechać Leon ze swoim znajomym. Zostało tak mało czasu, a Betty zamknęła jednego z bliźniaków w zmywalni za jakieś przewinienie. Cecilia nie miała ochoty im pomóc – było zbyt gorąco i wiedziała, że bez względu na to, co zrobi, cała impreza i tak zakończy się klapą: Briony zbyt wiele oczekiwała i nikt, a zwłaszcza kuzyni, nie dorastał do jej frenetycznych wizji.

Cecilia zdawała sobie sprawę, że nie może dalej marnować czasu w swoim nieposprzątanym pokoju, leżąc na łóżku w chmurze papierosowego dymu, z opartym o dłoń podbródkiem i zdrętwiałą, mrowiącą ręką, przedzierając się przez Clarissę Richardsona. Bez większego przekonania zaczęła rysować drzewo genealogiczne rodziny, ale jej przodkowie ze strony ojca, przynajmniej do chwili gdy pradziadek założył skromny sklep z artykułami żelaznymi, ginęli bezpowrotnie w mroku dziejów; wśród pracujących na roli mężczyzn mnożyły się podejrzane i mylące zmiany nazwisk i wiele było nieślubnych związków, po których nie pozostał żaden ślad w parafialnych archiwach. Nie mogła tu dłużej siedzieć, wiedziała, że powinna poczynić jakieś plany, lecz nie robiła nic. Otwierały się przed nią różne możliwości, każda tak samo mało nagląca. Miała trochę pieniędzy na koncie, dosyć, żeby utrzymać się przez jakiś rok. Leon kilkakrotnie zapraszał ją do siebie do Londynu. Koledzy ze studiów proponowali, że pomogą jej znaleźć pracę – z pewnością nudną, ale zdobyłaby dzięki niej niezależność. Miała interesujących wujów i ciotki ze strony matki, którzy zawsze cieszyli się, gdy ich odwiedzała – wśród nich szaloną Hermione, matkę Loli i chłopców, przebywającą właśnie w Paryżu z kochankiem, który pracował w radiu.

Nikt nie zatrzymywał Cecilii, nikt specjalnie by się nie przejął, gdyby wyjechała. Nie chodziło o to, że wpadła w apatię – często była zniecierpliwiona do granic irytacji. Chciała po prostu poczuć, że ktoś powstrzymuje ją od wyjazdu, że jest potrzebna. Od czasu do czasu przekonywała samą siebie, że zostaje ze względu na Briony, żeby pomóc matce albo że to naprawdę jej ostatni dłuższy pobyt w domu i musi dotrwać do końca. W gruncie rzeczy myśl o spakowaniu walizki i wyjeździe porannym pociągiem wcale jej nie podniecała. To byłby wyjazd dla samego wyjazdu. Wygodne nieróbstwo stanowiło rodzaj wymierzonej sobie samej, zabarwionej przyjemnością kary, względnie oczekiwania na nią; gdyby wyjechała, mogło jej się zdarzyć coś złego lub, co gorsza, coś dobrego, coś, z czego nie umiałaby zrezygnować. No i był jeszcze Robbie, denerwujący ją swoim afektowanym dystansem i ambitnymi planami, o których mógł dyskutować tylko z jej ojcem. Znali się od siódmego roku życia i dręczyło ją, że rozmawiając ze sobą, czują się niezręcznie. Chociaż się domyślała, że to głównie jego wina – czyżby po zdaniu egzaminów z wysoką lokatą uderzyła mu do głowy woda sodowa? – wiedziała, że musi załatwić tę sprawę, zanim pomyśli o wyjeździe.

Przez otwarte okna wpadał słaby, skórzasty odór krowich odchodów, obecny zawsze, z wyjątkiem najzimniejszych dni, i zauważalny wyłącznie przez tych, którzy jakiś czas przebywali poza domem. Robbie odłożył motykę i wyprostował się, żeby skręcić papierosa – zwyczaj przejęty z partii komunistycznej, kolejnej fanaberii, z której zrezygnował, tak jak zrezygnował z antropologii i planowanej wędrówki z Calais do Stambułu. Ale jej własne papierosy były dwa piętra wyżej, w jednej z kilku możliwych kieszeni.

Weszła do bawialni i wstawiła kwiaty do wazonu. Należał niegdyś do stryja Clema, którego pogrzeb, a właściwie powtórny pochówek pod koniec wojny, utkwił jej w pamięci: pamiętała lawetę, która wjechała na wiejski cmentarz, trumnę owiniętą pułkową flagą, podniesione szpady, hejnał przy grobie, i, co najmocniej poruszyło pięcioletnią dziewczynkę, płaczącego ojca. Poza Clemem nie miał żadnego rodzeństwa. Historia o tym, jak jego brat wszedł w posiadanie wazonu, opowiedziana została w jednym z ostatnich listów, jakie młody porucznik przysłał do domu. Był w misji łącznikowej w sektorze francuskim i w ostatniej chwili przed bombardowaniem zarządził ewakuację małego miasta na zachód od Verdun. Ocalało może pięćdziesiąt kobiet, dzieci i starców. Potem mer i inni urzędnicy poprowadzili stryja Clema z powrotem przez miasto do na pół zburzonego muzeum. Wazon wyjęto z rozbitej gabloty i ofiarowano w dowód wdzięczności. Gest nie spotkał się z odmową bez względu na to, jak nieporęczne mogło się wydawać prowadzenie wojny z miśnieńską porcelaną pod pachą. Miesiąc później wazonu nie zabrano z bezpiecznego miejsca na farmie i porucznik Tallis pokonał w bród wezbraną rzekę, żeby go odzyskać, a następnie o północy wrócił tą samą drogą, żeby dołączyć do jednostki. W ostatnich dniach wojny poszedł na patrol i dał wazon przyjacielowi do przechowania. Wazon dotarł po dłuższym czasie do dowództwa i przekazano go Tallisom kilka miesięcy po pogrzebie stryja Clema.

Układanie polnych kwiatów w bukiet naprawdę nie miało sensu. Rozsypywały się w zgodzie z własną symetrią i nie ulegało kwestii, że zbyt równe ułożenie irysów i oleandrów zrujnuje cały efekt. Przez kilka minut poprawiała kompozycję, żeby uzyskać coś w rodzaju naturalnego chaosu. Robiąc to, zastanawiała się, czy nie podejść do Robbiego. Oszczędziłoby jej to biegania po schodach. Z drugiej strony, czuła się nieswojo, było jej gorąco i miała ochotę przejrzeć się w wielkim złoconym lustrze nad kominkiem. Gdyby Robbie się odwrócił – stał plecami do domu, paląc papierosa – zobaczyłby całe wnętrze bawialni. Wreszcie skończyła i odsunęła się do tyłu. Teraz przyjaciel jej brata, Paul Marshall, może uznać, że kwiaty zostały wstawione do wazonu w tym samym beztroskim nastroju, w jakim były rwane. Układanie ich przed nalaniem wody nie miało sensu, wiedziała o tym, ale już się stało; nie mogła się oprzeć, by ich nie uładzić, a zresztą nie wszystko, co robią ludzie, jest zgodne z logiką, zwłaszcza gdy są sami. Jej matka chciała, by w pokoju gościnnym były kwiaty, i Cecilia z radością spełniła jej życzenie. Powinna nalać wody w kuchni, lecz Betty szykowała się tam właśnie do przyrządzenia wieczornego posiłku i terroryzowała całe otoczenie. Miał przed nią stracha nie tylko ten mały chłopczyk, Jackson lub Pierrot, ale i sprowadzona z wioski dodatkowa pomoc kuchenna. Nawet w bawialni słychać było stłumione gniewne okrzyki i szczęk rondla uderzającego z nienaturalną siłą o fajerkę. Gdyby tam teraz weszła, musiałaby pośredniczyć między wydającą niejasne polecenia matką i będącą w wojowniczym nastroju Betty. Z pewnością rozsądniej było wyjść na dwór i napełnić wazon w fontannie.

Kiedy Cecilia była nastolatką, pracujący w Muzeum Wiktorii i Alberta przyjaciel jej ojca zbadał wazon i uznał, że jest w dobrym stanie. Była to autentyczna miśnieńska porcelana, dzieło wielkiego artysty Horoldta, który namalował je w roku tysiąc siedemset dwudziestym szóstym. Z całą pewnością należała kiedyś do króla Augusta. Mimo że była zdecydowanie więcej warta od innych przedmiotów w domu Tallisów, w większości chłamu zgromadzonego przez dziadka Cecilii, Jack Tallis chciał, żeby wazonu normalnie używano, czcząc w ten sposób pamięć brata. Nie powinien zostać uwięziony za szklaną szybą. Skoro zdołał przetrwać wojnę, brzmiała argumentacja, w takim razie przetrwa i Tallisów. Jego żona nie oponowała. Prawdę mówiąc, bez względu na to, ile był wart i jak cenne były związane z nim wspomnienia, Emily Tallis nie lubiła wazonu. Zdobiące go małe chińskie figurki, zgromadzone oficjalnie wokół stołu w ogrodzie z ozdobnymi roślinami i nieprawdopodobnymi ptakami, wydawały się jej wyszukane i deprymujące. Chińszczyzna generalnie ją nudziła. Sama Cecilia nie miała wyrobionego poglądu, chociaż czasami zastanawiała się, na ile wyceniono by go u Sotheby’ego. Wazon był bezcenny nie z powodu mistrzowskiej polichromii Horoldta i przeplatających się niebieskich i złotych szlaczków, lecz z powodu stryja Clema, ocalonych przez niego ludzi, rzeki, którą pokonał w bród, oraz jego śmierci na tydzień przed zawieszeniem broni. Kwiaty, zwłaszcza polne kwiaty, wydawały się właściwym hołdem.

Cecilia wzięła w obie ręce chłodną porcelanę i stanąwszy na jednej nodze, drugą otworzyła szerzej drzwi i wyszła na zalany światłem taras. Wpadający jej w nozdrza zapach rozgrzanego kamienia był niczym przyjazny uścisk. Dwie jaskółki śmigały nad fontanną, a z głębokiego cienia olbrzymiego cedru libańskiego niósł się śpiew pliszki. Kiedy przecięła taras i ostrożnie zeszła po trzech osypujących się schodkach na żwirowaną alejkę, kołyszące się na wietrze kwiaty łechtały ją w twarz. Robbie odwrócił się gwałtownie na dźwięk jej kroków.

– Zamyśliłem się… – wyjaśnił.

– Mógłbyś mi zwinąć jednego z tych twoich bolszewickich skrętów?

Robbie odrzucił własnego papierosa, podniósł puszkę leżącą na trawniku, na jego marynarce, i razem z Cecilią ruszyli w stronę fontanny. Przez chwilę milczeli.

– Piękny dzień – powiedziała w końcu, wzdychając.

Rzucił jej kpiąco podejrzliwe spojrzenie. Coś się między nimi działo i nawet ona musiała przyznać, że nieśmiała uwaga o pogodzie zabrzmiała perwersyjnie.

– Jak ci idzie Clarissa? – zapytał. Patrzył na własne palce, które zwijały tytoń.

– Jest nudna.

– Nie wolno nam tak mówić.

– Chciałabym, żeby jej się udało.

– Uda się. I będzie lepiej.

Zwolnili, a potem zatrzymali się, żeby mógł spokojnie skleić bibułkę.

– Wolałabym raczej poczytać Fieldinga – stwierdziła.

Miała wrażenie, że powiedziała coś głupiego. Robbie popatrzył przez park, gdzie pasły się krowy, w stronę dębowego lasku okalającego dolinę rzeki, lasku, przez który biegła tego ranka. Mógł dojść do wniosku, że mówi do niego szyfrem, zdradzając upodobanie do tego, co pełnokrwiste i zmysłowe. Tak oczywiście wcale nie było. Wpadła w zakłopotanie i nie miała pojęcia, jak wyprowadzić go z błędu. Pomyślała, że podobają jej się jego oczy, połyskujące w nich refleksy złota i zieleni, jeszcze bardziej ziarniste w słonecznym świetle. Podobało jej się również to, że jest taki wysoki. To było interesujące w mężczyźnie: połączenie inteligencji i słusznego wzrostu. Cecilia wzięła papierosa, a on podał jej ogień.

– Wiem, o co ci chodzi – powiedział, kiedy pokonywali ostatnie jardy dzielące ich od Trytona. – U Fieldinga jest więcej życia, ale w porównaniu z Richardsonem może wydać się psychologicznie naiwny.

Cecilia postawiła wazon obok nierównych schodków, które prowadziły do fontanny. Akademicka debata na temat osiemnastowiecznej literatury była ostatnią rzeczą, na jaką miała teraz ochotę. Wcale nie sądziła, żeby Fielding był naiwny, i nie uważała Richardsona za znakomitego psychologa, nie zamierzała jednak dać się w to wciągnąć, nie chciała się bronić, definiować, atakować. Miała tego dosyć, a w sporze Robbie był trudnym przeciwnikiem.

– Przyjeżdża dziś do nas Leon, wiesz? – zapytała zamiast tego.

– Słyszałem plotki. To cudownie.

– Przywozi ze sobą przyjaciela, tego Paula Marshalla.

– Czekoladowego magnata. Och, nie! A ty dajesz mu kwiaty!

Uśmiechnęła się. Czy udawał zazdrość, żeby ukryć, iż naprawdę jest zazdrosny? Już go nie rozumiała. W Cambridge stracili ze sobą kontakt. Utrzymywanie go było zbyt trudne.

– Stary mówi, że chcesz zostać lekarzem – powiedziała, zmieniając temat.

– Myślę o tym.

– Musisz uwielbiać studenckie życie.

Ponownie uciekł w bok wzrokiem, ale tym razem tylko na sekundę albo krócej i kiedy z powrotem się do niej odwrócił, dostrzegła na jego twarzy ślad irytacji. Czy wyczuł w jej tonie protekcjonalność? Znowu zobaczyła jego oczy, zielone i złote plamki niczym w marmurowej kulce. Gdy się odezwał, w jego głosie nie było cienia pretensji.

– Wiem, że nigdy nie lubiłaś tego rodzaju rzeczy, Cee. Ale jak można inaczej zostać doktorem?

– No właśnie. Kolejne sześć lat. Po co to robić?

Nie wydawał się wcale obrażony. To ona przesadnie sobie wszystko interpretowała, czuła się nieswojo w jego obecności i była na siebie za to zła.

Robbie potraktował serio jej pytanie.

– Nikt tak naprawdę nie da mi pracy jako architektowi krajobrazu. Nie chcę uczyć w szkole ani zostać funkcjonariuszem służby publicznej. A medycyna mnie interesuje… – Przerwał, jakby coś przyszło mu do głowy. – Słuchaj, umówiłem się z twoim ojcem, że zwrócę mu pieniądze. Taki mamy układ.

– Nie o to mi chodziło.

Zaskoczyło ją, że mógł pomyśleć, iż podnosi kwestię pieniędzy. To była z jego strony niewdzięczność. Jej ojciec przez całe życie finansował edukację Robbiego. Czy ktoś kiedykolwiek się temu sprzeciwiał? Wydawało jej się, że ponosi ją wyobraźnia, lecz w gruncie rzeczy miała rację – w zachowaniu Robbiego było ostatnio coś drażniącego. Kiedy tylko mógł, starał się zbić ją z tropu. Dwa dni wcześniej zadzwonił do frontowych drzwi – co już samo w sobie było dziwne, ponieważ zawsze mógł wchodzić i wychodzić, kiedy mu się żywnie podobało. Gdy zbiegła na dół, stał na dworze i zapytał głośnym bezosobowym tonem, czy mógłby pożyczyć książkę. W tym czasie Polly myła akurat na czworakach posadzkę w sieni. Robbie zrobił wielkie przedstawienie, zdejmując buty, które wcale nie były brudne, a potem, jakby po namyśle, ściągnął również skarpetki i z komicznym namaszczeniem stąpał za nią na palcach po mokrej podłodze. Wszystko, co robił, miało ją od niego oddalić. Odgrywał syna sprzątaczki, który przyszedł z pokorną prośbą do pałacu. Weszli razem do biblioteki i kiedy Robbie znalazł książkę, poprosiła go, żeby został na kawie. Jego wypowiedziana drżącym głosem odmowa była kpiną – należał do najbardziej pewnych siebie ludzi, jakich znała. Naigrawał się z niej, wiedziała o tym. Odprawiona, pobiegła na górę, położyła się na łóżku z Clarissą i czytała, nie rozumiejąc z niej ani słowa, czując coraz większą irytację i zmieszanie. Została wykpiona albo ukarana – nie wiedziała, co jest gorsze. Ukarana za to, że obracała się w innych kręgach w Cambridge, że nie miała matki sprzątaczki, wykpiona za to, że ukończyła studia z gorszą lokatą – tak jakby w ogóle dawali kobietom dobre lokaty.

Niezgrabnie, gdyż trzymała w palcach papierosa, podniosła wazon i oparła go o skraj fontanny. Rozsądniej byłoby wyjąć najpierw kwiaty, ale była zbyt poirytowana. Miała gorące suche dłonie i musiała jeszcze mocniej chwycić porcelanę. Robbie milczał, lecz widziała po jego minie – napiętym przymuszonym uśmiechu, przy którym nie rozchylił nawet warg – że żałuje tego, co powiedział. To też jej nie pocieszało. Coś takiego działo się ostatnio zawsze, kiedy rozmawiali; jedno albo drugie stale robiło coś nie tak, starało się cofnąć ostatnią uwagę. W ich rozmowach nie było swobody, nie było stabilności, szansy na odprężenie. Zamiast tego obfitowały w kolce, pułapki i niezgrabne zmiany tematu, które sprawiały, że nie lubiła siebie prawie tak samo mocno, jak nie lubiła jego, chociaż nie miała wątpliwości, że to głównie jego wina. Ona się nie zmieniła, ale on tak, to nie ulegało kwestii. Dystansował się od rodziny, która była dla niego absolutnie otwarta i dała mu wszystko. Wyłącznie z tego powodu – ponieważ spodziewała się, że odmówi, i wiedziała, że sprawi jej tym przykrość – nie zaprosiła go dziś wieczorem na kolację. Jeśli chciał się dystansować, proszę bardzo.

Szeroko otwarty pysk najbliższego z czterech delfinów podtrzymujących muszlę, na której kucał Tryton, był zakneblowany mchem i algami. Jego wielkie jak jabłka, kuliste kamienne oczy miały kolor opalizującej zieleni. Cały posąg pokrywała od północnej strony zielonkawobłękitna patyna i pod pewnym kątem oraz w przyćmionym świetle umięśniony Tryton naprawdę wyglądał, jakby znajdował się sto sążni pod wodą. Intencją Berniniego było, aby woda opadała z melodyjnym pluskiem z szerokiej muszli o nieregularnych krawędziach do znajdującego się niżej zbiornika. Ale ciśnienie było zbyt słabe i zamiast tego woda spływała bezgłośnie po zewnętrznej stronie muszli, gdzie niczym stalaktyty w wapiennej jaskini wisiały nitki oportunistycznego szlamu. Sam zbiornik miał ponad trzy stopy głębokości i dno z jasnego kremowego kamienia, nad którym dzieliły się i zachodziły na siebie pofalowane prostokąty okolonego jasnymi brzegami załamanego światła.

Cecilia miała zamiar pochylić się nad krawędzią i trzymając wazon z kwiatami, włożyć go bokiem do wody, lecz właśnie w tym momencie Robbie, chcąc naprawić złe wrażenie, uparł się, że jej pomoże.

– Daj, ja to zrobię – powiedział, wyciągając rękę. – Napełnię go wodą, a ty przytrzymasz kwiaty.

– Dam sobie radę, dziękuję – odparła. Pochylała już wazon nad fontanną.

– Patrz, już go trzymam – stwierdził. I rzeczywiście, krawędź wazonu znalazła się między jego palcem wskazującym i kciukiem. – Zmoczysz sobie papierosa. Weź kwiaty.

To był rozkaz, którym próbował nagle narzucić jej swoją męską wolę. W rezultacie Cecilia jeszcze mocniej złapała wazon. Nie miała czasu i w ogóle zamiaru wyjaśniać, że zanurzenie wazonu razem z kwiatami pozwoli zachować naturalny wygląd, który pragnęła nadać kompozycji. Zacisnęła palce i odwróciła się od niego bokiem. Robbie nie zamierzał tak łatwo ustąpić. Z odgłosem podobnym do trzasku suchej gałązki brzeg wazonu odłamał się i pozostał w jego dłoni. Dwa trójkątne kawałki wpadły do wody i bujając się synchronicznie, niczym na huśtawce, pomknęły na dno, gdzie spoczęły kilka cali od siebie, mieniąc się w załamanym świetle.

Cecilia i Robbie zastygli w walecznych pozach. Ich oczy się spotkały i to, co ujrzała w popędliwym melanżu zieleni i złota, nie było szokiem ani poczuciem winy, lecz czymś w rodzaju wyzwania lub nawet triumfu. Miała dość przytomności umysłu, żeby najpierw postawić z powrotem uszkodzony wazon na stopniu i dopiero potem postarać się uświadomić sobie wagę tego, co się stało. Nie mogła się temu oprzeć, odczuwała nawet przewrotne zadowolenie, ponieważ im większą przywiązywała do tego wagę, tym większa bura powinna się dostać Robbiemu. Jej zmarły stryj, ukochany brat ojca, wojenne zniszczenia, przejście w bród zdradzieckiej rzeki, wartość, której nie da się obliczyć w pieniądzach, heroizm i dobroć, wszystkie te lata składające się na historię wazonu, geniusz Horoldta, a jeszcze wcześniej maestria rzemieślników, którzy ponownie wynaleźli porcelanę.

– Ty idioto! Zobacz, co zrobiłeś.

Robbie spojrzał na wodę, potem z powrotem na Cecilię i po prostu potrząsnął głową, zakrywając dłonią usta. Tym gestem brał na siebie pełną odpowiedzialność, ale ona i tak znienawidziła go za nieadekwatną reakcję. Zerknął jeszcze raz na fontannę i westchnął. Przez chwilę bał się, że Cecilia nastąpi niechcący na wazon i wskazał go ręką, lecz nic nie powiedział. Zamiast tego zaczął rozpinać koszulę. Natychmiast się domyśliła, co chciał zrobić. To było niedopuszczalne. Wchodząc do domu, zdjął buty i skarpetki – no cóż, teraz ona mu pokaże. Zrzuciła ze stóp sandały, rozpięła i zdjęła bluzkę, ściągnęła spódnicę i podeszła do fontanny. Robbie podpierał się pod boki i gapił na nią, kiedy weszła w bieliźnie do wody. Karą było dla niego to, że nie przyjęła jego pomocy, nie pozwoliła mu naprawić tego, co zepsuł. Karą była dla niego zaskakująco zimna woda, od której zaparło jej dech w piersiach. Zaczerpnęła powietrza i gdy się zanurzyła, jej włosy rozłożyły się wachlarzem na wodzie. Ukarze go, tonąc w fontannie.

Kiedy po kilku sekundach wynurzyła się, trzymając w obu dłoniach kawałki porcelany, Robbie miał dość zdrowego rozsądku, by nie proponować, że pomoże jej wyjść z wody. Krucha biała nimfa, z której woda spływała kaskadami obficiej niż z mięsistego Trytona, ułożyła ostrożnie ułamane fragmenty przy wazonie. Ubrała się szybko, wsuwając z trudem mokre ramiona w jedwabne rękawy i wciskając poły niezapiętej bluzki w spódnicę. Podniosła z ziemi sandały, wsadziła je sobie pod pachę, a potem włożyła kawałki porcelany do kieszeni spódnicy i wzięła do ręki wazon. Ruchy miała gwałtowne i nie patrzyła mu w oczy. W ogóle nie istniał, został skazany na banicję i to również stanowiło karę. Kiedy odchodziła boso po trawniku, stał oniemiały, przyglądając się jej pociemniałym włosom, które opadały ciężko na ramiona, mocząc bluzkę. A potem zerknął do wnętrza fontanny, żeby sprawdzić, czy nie zostawiła jakiegoś fragmentu. Trudno było cokolwiek zobaczyć – zmącona tafla jeszcze się nie wyrównała; wzburzone fale świadczyły o jej niewygasłej złości. Położył dłoń płasko na wodzie, jakby chciał ją uspokoić. Cecilia tymczasem zniknęła w domu.

3

Wedle zawieszonego w sieni afisza premiera Przypadków Arabelli miała się odbyć zaledwie dzień po pierwszej próbie. Dramaturgowi, który zajmował się jednocześnie reżyserią, niełatwo było jednak znaleźć czas, by skupić się na pracy. Podobnie jak poprzedniego popołudnia, problem polegał na zgromadzeniu obsady. W nocy niepochwalający zamiarów Arabelli ojciec, czyli Jackson, zmoczył się w łóżku, co zdarza się często przygnębionym malcom daleko od domu. Zgodnie z obowiązującą aktualnie teorią kazano mu zanieść pościel i piżamę na dół, do pralni, i własnoręcznie je wyprać pod nadzorem Betty, która miała być wobec niego stanowcza i chłodna. Nie traktowano tego jako kary – chodziło o to, by utrwalić w jego podświadomości regułę, iż podobne błędy pociągają za sobą dyskomfort i znojną pracę – a jednak stojąc przy wielkim, sięgającym mu do piersi kamiennym zlewie, Jackson nie mógł nie uznać tego za reprymendę. Mydliny moczyły jego podwinięte rękawy, mokra pościel ciążyła niczym zdechły pies, a wszechogarniające poczucie klęski tłumiło dobre chęci. Briony schodziła co jakiś czas, żeby zobaczyć, jak sobie radzi. Nie wolno było mu pomóc, a Jackson oczywiście w całym swoim życiu nic dotąd nie wyprał. Dwukrotne pranie, niezliczone płukania, długa mordęga przy maglu, a także spędzony później przy kuchennym stole kwadrans ze szklanką wody i kromką chleba z masłem w rozdygotanej dłoni zabrały dwie godziny z czasu przeznaczonego na próby.

Betty oznajmiła Hardmanowi, który chroniąc się przed porannym upałem, zaszedł na kufelek ale, że wystarczy, iż musi w taką pogodę przygotowywać na wieczór pieczyste i że ona osobiście uważa takie traktowanie za zbyt surowe, i wolałaby dać winowajcy kilka siarczystych klapsów w tyłek i sama wyprać pościel. Briony nie miałaby nic przeciwko temu, bo czas uciekał. Kiedy jej matka zeszła na dół, żeby zobaczyć na własne oczy, czy zadanie zostało wykonane, wszystkich w nieunikniony sposób ogarnęło uczucie ulgi, a w umyśle pani Tallis zrodziło się nieuświadomione poczucie winy, w związku z czym gdy Jackson zapytał cienkim głosikiem, czy będzie mógł teraz popływać w basenie i czy jego brat może iść razem z nim, jego życzeniu stało się natychmiast zadość, a protesty Briony zostały wielkodusznie oddalone, tak jakby to ona poddała ciężkiej próbie bezradnego chłopca. Zaczęło się więc pływanie, a potem trzeba było zjeść lunch.

Próby kontynuowano bez Jacksona, deprymująca była jednak świadomość, że ważna pierwsza scena wyjazdu Arabelli nie jest dopracowana, a Pierrot za bardzo przejmował się losem brata pokutującego gdzieś w czeluściach domu, by wczuć się w rolę niegodziwego cudzoziemskiego hrabiego; wszystko, co działo się z Jacksonem, czekało w przyszłości również i jego. Często wypuszczał się do ubikacji w końcu korytarza.

– Czy dostał lanie? – zapytał, kiedy Briony wróciła z jednej ze swoich wizyt w pralni.

– Jeszcze nie.

Podobnie jak jego brat, Pierrot miał talent do pozbawiania swoich kwestii wszelkiego sensu.

– Wydaje-ci-się-że-wyrwiesz-się-z-moich-pazurów? – odczytał listę obecności słów. Wszystkie obecne.

– To jest pytanie – przerwała mu Briony. – Nie widzisz tego? Pod koniec intonacja się podnosi.

– Co to znaczy?

– No. Właśnie to zrobiłeś. Zacząłeś nisko i skończyłeś wysoko. To jest pytanie.

Pierrot przełknął ciężko ślinę, głęboko odetchnął i spróbował ponownie, tym razem odczytując listę obecności na wznoszącej się skali chromatycznej.

– Na końcu. Podnosi się na końcu!

W odpowiedzi usłyszała starą, monotonną listę obecności z nagłym załamaniem rejestru, jodłowaniem na ostatniej sylabie.

Lola przyszła do pokoju dziecinnego przebrana za dorosłą kobietę, za którą w głębi serca się uważała. Miała na sobie plisowane flanelowe spodnie, które rozszerzały się w biodrach i kostkach oraz kaszmirowy sweter z krótkimi rękawami. Inne atrybuty dojrzałości składały się z wysadzanej perłami, aksamitnej wstążki na szyi, rudych loków ściągniętych przy karku szmaragdową klamrą, trzech luźnych srebrnych bransoletek na piegowatym nadgarstku oraz faktu, że wszędzie, gdzie szła, snuł się za nią zapach wody różanej. Jej protekcjonalność, nad którą całkowicie panowała, tym bardziej rzucała się w oczy. Ze spokojem przyjmowała sugestie Briony, w poprawny sposób wygłaszała swoje kwestie, których nauczyła się najwyraźniej w nocy, i łagodnie dodawała otuchy młodszemu bratu, nie wchodząc przy tym wcale w kompetencje reżysera. Wyglądało to tak, jakby Cecilia, albo nawet Emily, zgodziła się pobawić przez chwilę z dziećmi, przyjmując jakąś rolę w sztuce i usilnie starając się nie okazywać nudy. Brakowało w tym jakiegokolwiek przejawu szalonego dziecięcego entuzjazmu. Kiedy poprzedniego wieczoru Briony pokazała kuzynostwu budkę biletową oraz puszkę na pieniądze, bliźniacy walczyli ze sobą o stanowiska bileterów, lecz Lola skrzyżowała tylko ramiona i wycedziła stosowny „dorosły” komplement z uśmieszkiem, który był zbyt nieokreślony, by można w nim było dostrzec ślady ironii.

– Jakie to cudowne. Jakaś ty mądra, Briony, że o tym pomyślałaś. Naprawdę sama to wszystko zrobiłaś?

Briony podejrzewała, że za nienagannymi manierami starszej kuzynki kryją się destrukcyjne intencje. Być może Lola liczyła, że do klapy sztuki przyczynią się całkiem niewinnie bliźniacy, a ona może tylko stać z boku i się przyglądać.

Te niepotwierdzone podejrzenia, a także areszt Jacksona w pralni, fatalna dykcja Pierrota i straszliwy poranny upał dały się Briony we znaki. Drażnił ją również Danny Hardman, który gapił się z korytarza. Trzeba było poprosić, żeby sobie poszedł. Nie mogła przełamać obojętności Loli ani też wykrzesać z Pierrota zwykłej kolokwialnej intonacji. Kiedy nagle znalazła się sama, odetchnęła z ulgą. Lola oświadczyła, że musi poprawić włosy, a jej brat poszedł korytarzem, do ubikacji albo jeszcze dalej.

Briony usiadła na podłodze, opierając się plecami o jedną z wysokich wbudowanych szafek, i zaczęła wachlować twarz kartkami sztuki. W domu panowała absolutna cisza – nie zakłócały jej niczyje głosy ani kroki na dole, żadne odgłosy kanalizacji; uwięziona między szybami opuszczanego okna mucha dała za wygraną, a płynne ptasie trele wyparowały w skwarze. Briony podciągnęła nogi i przed jej oczyma znalazły się fałdy białej muślinowej sukienki i znajoma, miła w dotyku spierzchnięta skóra na kolanach. Powinna była włożyć rano inną sukienkę. Powinna bardziej dbać o swój wygląd, tak jak Lola. Zaniedbywanie tego było takie dziecinne. Lecz jak wiele wymagało to wysiłku. Cisza dzwoniła jej w uszach i to, co widziała, wydawało się lekko zniekształcone – leżące na kolanach dłonie były niezwykle duże i jednocześnie odległe, jakby patrzyła na nie z wielkiego dystansu. Podniosła jedną rękę, rozprostowała palce i zaczęła się zastanawiać, jak już kilka razy przedtem, jak ta rzecz – ta maszynka do zaciskania, ten obleczony ciałem pająk na końcu przedramienia – dostała się jej i jest wyłącznie na jej rozkazy. A może była w pewnym stopniu obdarzona własnym życiem? Zgięła i wyprostowała palce. Tajemnica tkwiła w tej chwili, zanim jeszcze się poruszyły, między bezruchem i ruchem, kiedy spełniał się jej zamiar. To było niczym łamiąca się fala. Gdyby mogła znaleźć się na jej grzbiecie, być może odkryłaby tajemnicę, tę część samej siebie, która naprawdę wszystkim zawiadywała. Przysunęła palec wskazujący do twarzy i wpatrywała się weń, nakłaniając do ruchu. Pozostał nieruchomy, ponieważ tylko udawała, nie traktowała tego serio i ponieważ chęć albo zamiar poruszenia nie były tym samym, co samo poruszenie. A gdy go w końcu zgięła, ruch najwyraźniej zaczął się w samym palcu, a nie w jakiejś części jej umysłu. Kiedy on wiedział, że ma się poruszyć, kiedy ona wiedziała, że ma nim poruszyć? Nie sposób było tego uchwycić. Moment przejścia był niezauważalny. Nie istniał żaden ścieg, żaden szew, a mimo to wiedziała, że pod gładką ciągłą materią kryje się jej prawdziwe ja – czy była to dusza? – które uznaje, że czas przestać udawać, i wydaje ostateczny rozkaz.

Te myśli były dla niej tak samo znajome i tak samo krzepiące, jak precyzyjna konfiguracja własnych kolan, ich dopasowany, choć współzawodniczący, symetryczny i odwracalny wygląd. Po pierwszej myśli zawsze następowała druga, jedna zagadka rodziła następną: czy wszyscy byli naprawdę tak samo żywi jak ona? Czy na przykład jej siostra tyle dla siebie znaczy, czy tak bardzo się ceni, jak ceni samą siebie ona, Briony? Czy bycie Cecilią jest podobnie intensywnym przeżyciem jak bycie Briony? Czy jej siostra również ma prawdziwe ja, ukryte pod łamiącą się falą, i czy rozmyśla o tym tak długo, z palcem przysuniętym do twarzy? Czy mają je wszyscy, łącznie z jej ojcem, Betty oraz Hardmanem? Jeśli odpowiedź brzmiała „tak”, to świat, świat społeczny, był niesłychanie skomplikowany, z dwoma miliardami oddzielnych głosów. Myśli wszystkich dążyły do tego, by traktowano je równie poważnie, wszyscy chcieli równie intensywnie przeżyć życie, wszyscy uważali się za niepowtarzalnych, podczas gdy w rzeczywistości wcale tacy nie byli. Można było utonąć w nieważności. Jeśli jednak odpowiedź brzmiała „nie”, w takim razie Briony była otoczona przez maszyny, inteligentne i na zewnątrz dość miłe, lecz pozbawione tego jasnego i intymnego poczucia własnego wnętrza, które ona miała. To skazywałoby ją na złowrogą samotność i było mało prawdopodobne. Bo choć obrażało to jej poczucie ładu, wszystko wskazywało na to, że inni ludzie mają myśli podobne do niej. Zdawała sobie z tego sprawę, lecz raczej teoretycznie; tak naprawdę wcale tego nie czuła.