Wydawca: Muza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 527 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 16 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Opis ebooka Pokraj - Andrzej Saramonowicz

"Zdaniem wielu naukowców niewyjaśnione przypadki zgonów mężczyzn w wieku czterdziestu lat spowodowane są monotonią ich życia seksualnego", donosi prasa w Pokraju. Inżynier Sebastian Rawa ma do czterdziestki trzy tygodnie i – czyż można mu mieć to za złe? – nie chce umierać. Dlatego za namową swojego serdecznego przyjaciela, Adasia Rembelskiego, umawia się przez internet z dwudziestoletnią czarnoskórą ekspedientką Anitą Bułas, która marzy o karierze aktorskiej. Choć świat filmu jest mu całkowicie obcy, inżynier Rawa, namówiony przez przyjaciela, udaje przed dziewczyną reżysera filmowego. Jednak perfekcyjnie zaplanowana randka błyskawicznie wymyka się̨ spod kontroli, wciągając inżyniera Rawę w wielopiętrową intrygę, w której ścierają się najpoważniejsze siły polityczne jego rodzinnego kraju.

Opinie o ebooku Pokraj - Andrzej Saramonowicz

Fragment ebooka Pokraj - Andrzej Saramonowicz

Ilustracja ‌na okładce: Andrzej Pągowski

Projekt ‌okładki: Magdalena ‌Błażków Kreacja Pro

Redakcja: ‌Anna Jutta-Walenko

Redaktor prowadzący: ‌Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna ‌Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: ‌Robert Fritzkowski

Korekta: Mariola Hajnus

© ‌by ‌Andrzej ‌Saramonowicz

© ‌for this ‌edition ‌by MUZA SA, ‌Warszawa 2018

ISBN ‌978-83-287-0949-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA ‌SA

Wydanie I

Warszawa 2018

„Nigdy żaden ‌naród nie ‌potrzebował bardziej śmiechu ‌niż ‌my dzisiaj.

I nigdy żaden naród ‌mniej nie rozumiałśmiechu – jego ‌roli ‌wyzwalającej”.

(Witold Gombrowicz, ‌Dziennik)

„My stworzymy od ‌razu taką ludzkość, jaką ‌będzie aż po zgaśnięcie ‌słońca. ‌Aż po zagwazdrany ‌koniec naszych ‌gadów na ‌zamarzłej ziemiczce naszej, kochanej ‌i świętej”.

(Stanisław Ignacy Witkiewicz, Szewcy)

„Cóż ‌to za szkaradne indywidua?

Znów ‌jacyś ulicznicy ‌u ciebie. Ile razy przyjdę, ‌zawsze te wstrętne indywidua”.

(Edmund ‌Niziurski, Niewiarygodne ‌przygody Marka Piegusa)

PRZYGODA PIERWSZA,czyli SZCZURUNIA

Senny ‌majak inżyniera Rawy. Trudne ‌rozmowy z Mózgiem. Kto ‌przestraszył ‌Ciotkę Irenkę? ‌Tajemniczy zapach ‌z wnętrza głowy. Do ‌kogo jest podobna babcia? ‌„To drzewo ożyje, kochanie”. ‌Cesarzowa krwiożerców

Tak…

Powiedzieć, ‌że przyjęcia organizowane przez ‌magistra ‌inżyniera ‌Sebastiana Rawę miały ‌status legendy, ‌to ‌jakby stanąć ‌w pół ‌drogi do raju. ‌To było coś znacznie więcej. To były epickie bibki. To były kultowe bomblerki. To były baśniowe juble i mityczne dancingi. Tłocznie wrażeń niezapomnianych. Ochlaje potężne niczym hymn narodowy i lumpki nieśmiertelne jak tysiącletnia pieśń. To były melanże o szlachetnym szlifie, rżnięte z najcenniejszego materiału, jaki wydała tutejsza ziemia: rycerskich mężczyzn i zmysłowych kobiet. To były przekładańce ciał i dusz tak wyrafinowane, że mówiono o nich szeptem niczym o wielkich poległych, Pierwszym Obywatelu lub planach na imperialną przyszłość. Mruczano o nich sekretnie, z czcią niemal religijną, zarazem jednak ochoczo i z pasją, mruczano miesiącami i latami, a jeśli komu życie pędziło jak szalone, to nawet i stuleciami, obrazy zaś najwymyślniejszych ekscesów inżyniera Rawy i jego nieokiełznanych tutti frutti wywoływały na twarzach poruszonych słuchaczy mikrodygot, poty i pąsy.

Opowiadano zatem o hulankach przy podświetlonym basenie z kusząco błękitną wodą, gdzie w konwulsyjnym tańcu wibrowali wybrańcy kosmatych bogów i iluminaci lubieżności. Rozprawiano o miszmaszu potraw najwykwintniejszych i zarazem najobrzydliwszych: o aksamitnych stekach z krów pojonych koszernym piwem i masowanych przez dziecięce rączki gdzieś w dzikiej Azji, o trzymetrowym tuńczyku żywcem pokrojonym w noc Kupały przez japońskich asasynów, w którego krwi kąpano się później z dzikim wrzaskiem do świtania, oraz o białych truflach – przemocnym afrodyzjaku, wygrzebywanym gdzieś hen przez żarłoczne piemonckie świnie, a potem pochłanianym kilogramami przez świnie pokrajskiej society, żarłoczniejsze i z pewnością bardziej rozbestwione.

Trajkotano o francuskich pasztetach ze słowiczych języczków, o tarantulach potężnych jak talerz i smażonych na sposób kambodżański (przy czym nikt z trajkoczących nie miał pojęcia, co to znaczy) oraz o sercu kobry królewskiej, zaserwowanym w jej własnym jadzie, szczęśliwie zneutralizowanym przez wszystkomogące indiańskie jagody. Serce to podać miano ponoć jeden jedyny raz – z okazji awansu magistra inżyniera Sebastiana Rawy na stanowisko głównego specjalisty od utylizacji śmieci w farszawskim Oficjum Gospodarki Odpadami Komunalnymi.

Dużo perorowano też o ulubionych zupach inżyniera. O rosole z babcinymi łazankami, w którym aliści zawsze musiało pływać jajo z ugotowanym kaczym płodem, na wpół rozwiniętym. O parzybrodzie z kapusty zbieranej z pól, gdzie miłe sercom Pokrajaków bociany podrzucały im pociechy. Nareszcie też o polewce z chińskiego grzyba, który wrastając w gąsienice, uśmierca je i mumifikuje. Wszelako tu relacje co do sposobu przyrządzania istotnie się różniły: niektórzy powiadali, iż polewkę ową inżynier Rawa podaje z gąsienicami w całości, dzięki czemu ma ona wielce odżywczy, bo proteinowy walor, inni natomiast zaklinali się, że zmumifikowane gąsienice gospodarz tłucze w młynku na suchy pieprz, a potem owym próchnem larwim wywar jedynie doprawia.

Byli i tacy, którzy jako naoczni jakoby świadkowie przysięgali, iż podczas bachicznych orgietek inżyniera Rawy alkohol płynął mało że strumieniami, to wręcz kaskadami i siklawami, a z każdym przywoływanym ze szczególną rewerencją trunkiem ów bezlik nurtów transformował w bezkresne rozlewiska i wielopalczaste delty.

Wymieniano więc koniaki i kordiały, grappy i armaniaki, tequille i okowity, wódki, wódziątka i wódczyska, nadto destylaty owocowe, bimbry, samogony, siwuchy, nastójki i przepalanki, takoż krupniki, miody, giny, rumy, whisky, bourbony, winiaki i sake, nie zapominając, rzecz jasna, o napitkach delikatniejszych, zatem likierach, kruszonach, koktajlach, ponczach, nalewkach i ratafiach oraz najprzedniejszych piwkach i piweńkach, jakie, co podkreślano w dumą, dało światu chrystowierstwo, czyli niemieckich weizenach, pepickich pilznerach, angielskich porterach, irlandzkich stoutach, belgijskich klasztornych i pokrajskich koźlakach.

Ma się rozumieć, iż w stugębnych narracjach o owych arkadyjskich dionizjach nie mogło zabraknąć też i wina, które – wedle najlepiej poinformowanych – pojawiało się w ilościach gargantuicznych i na jedno skinienie inżyniera Rawy, niczym w galilejskiej Kanie.

Było więc wino czerwone i białe, wytrawne i słodkie, z bąblami lub bez, było dosłownie wszystko, o czymkolwiek człowiek tylko zamarzył. Jeśli o węgrzynie, zjawiał się i węgrzyn, jeśli o maderze, nie brakło jej nigdy, jak również burgunda, reńskiego, brunello, blanc de blanc, merlota czy grand cru, podobnie zresztą madziarskiego tokaju, toskańskiego chianti, greckiej retsiny ani australijskiego shiraza. Było – powtórzmy to po raz kolejny – wszystko, co tylko kto chciał. Na wyciągnięcie kielicha, pucharu, czaszy, czarki, lampki, szklanicy czy też po prostu spragnionych ust.

Cokolwiek zasię zostało roztrąbione o uciechach stołu, było ledwie niemotą przy rewelacjach o krasie kobiecości, jaka oplatać miała Sebastiana Rawę ramionami rozkoszy i filuterii. Słuchy niosły, iż inżynier zarządzał płcią niewieścią niczym wszechwładny demiurg: niektóre z pań strącał w bezdeń arktycznego mrozu myślą, mową, uczynkiem, a zwłaszcza zaniedbaniem, atoli inne – a tych był legion więcej – przytulał do życiodajnej piersi, na której każdy lód tajał.

Nic dziwnego zatem, że nienawistnicy, którym zazdrość odbierała rozum, strzykali nań toksyną niczym szeolskie gady. Pies na baby, jebaka, kozi purwiarz, żydek pierdolony czy arcyruchacz to najbardziej kordialne z określeń, jakie wówczas padały. Szczęśliwie tych, którzy dostrzegali przyrodzony wdzięk inżyniera Rawy, było znacznie więcej i już wkrótce wielkomiejska klechda przydała mu przymioty Apollina, Don Juana czy ulubieńca Pokrajanek, ministra wojny Sowietana Maczegewarowicza, a wcześniej wspomniane inwektywy padały znacznie rzadziej.

Bo stało się wszem wobec jasne, iż ów mężczyzna o seksapilu bezgrzesznym, jakby nie z tego świata, wyłamał się z tabel i gra w lidze za siedmioma edenami, gdzie nawet zawiść, najpotężniejszy statek kosmiczny ludzkości, już nie dolatuje. I że sprawiedliwie należą mu się najpiękniejsze ciała firmamentu niewieściego, i to z wszystkich wszechświatów oraz wymiarów.

Brunetki i blondynki. Duże i małe. Krągłe i chudobrzuche. Cycówy i dupiary. Bladolice i te o barwie brzoskwini albo lepiej hebanu. Strażniczki domowych ognisk i rozbrykane hybrydy. Wiedźmy z kości słoniowej i te z cipkami jak kocie oko. Eksplozje bujności lubieżnych i mysie dziury. Zbawienia zlędźwiwstałe i diabelskie kołysanki. Kleiste lachociągi. Obłudne półdziewice. Steatopygiczne anioły. Maciczne fantomy. Dziunie błotne, ruchadła leśne i miejskie sprośnice. Jętki jednodniówki i wieczne imperia do natychmiastowego podbicia. Penelopy, co dają z nudów, i zawsze wilgotne podfruwajki. Magnifiki z przydługim startem i lamparcice lukrem pryskane. Niby-utwory Bacha cudem odnalezione oraz pawany na śmierć od ciągłego walenia konia. Strażniczki mostów wzwodzonych. Pocieszycielki grzesznych. Arszeniczne purwy. Cyjanki kutasów. Wielkouste przytulanki. Na testosteron przeciwciała i miodów męskich kropielnice. Mistyczne drogi do piekła i szatańskie komturie. Sterczące drażnięta i lepkością witające dzyndzyki. Tajemnice bolesne, radosne i niechwalebne. Bramy katedr i furtki od zakrystii. Trupie główki sekskomuniką obłożone i krągłe tyłki mirrą tudzież złotem opięte. Waginy łaski pełne. Waginy błogosławione między waginami. Waginy przeczyste i pokornego serca. Waginy, które pieszczą grzechy świata, i waginy, do których się uciekamy teraz, jutro, pojutrze i na wieki wieków, amen.

[a oto i sam magister inżynier, Mózgu, spójrz!]

[wyłonił się z ciemnej części ogrodu jakoby z nieistnienia i w oleistym świetle lampionów, odbijającym się w kieliszkach, butelkach, talerzach, sztućcach, okularach, biżuterii, a nade wszystko w rozedrganym lazurze wody, wysublimował w setki istnień. Skup się tylko na jednym z nich. Tym, co stoi aktualnie na kamiennym mostku, który spina antycznym łukiem dwie części basenu i z którego najlepiej widać wodospady prowadzące kaskadami do magicznego młyna]

[tak, nie przesłyszałeś się, młyn naprawdę jest czarodziejski, ale to akurat nie ma dla naszej historii najmniejszego znaczenia, więc się, na miły Bóg!, nie rozpraszaj, jeno wbij wzrok w Sebastiana Rawę, albowiem każdy na świecie winien w tej chwili spoglądać wyłącznie na Sebastiana Rawę, widzisz go wreszcie? Jak jest ubrany?]

[owszem, Mózgu, ma biały smoking, co jeszcze?]

Pewną siebie minę.

[w rzeczy samej, zgoda, a jak byś ją określił?]

Radosne podniecenie zachwyconego wiosną jelonka, połączone z sardonicznym grymasem starego niedźwiedzia, co z niejednego już ula miód wygarniał.

[no, brawo, nie sądziłem, że stać cię na takie opisy]

[co jeszcze?]

Teraz widzę go w alejce między lilipucimi drzewkami i kwietnikami o barwie fuksji. Przechadza się, a żwir chrzęści mu pod stopami.

[czy tylko się przechadza?]

Nie, nie tylko.

[co zatem robi?]

Spija szampana z kieliszków podawanych mu przez długonogie kelnerki, do których coś mówi.

[co?]

Nie wiem, nie słyszę, jest za głośno, przy przeciwległym końcu basenu gra zespół japońskich lolitek w podkolanówkach, słychać bardzo rytmiczne i ostre rockabilly.

[znasz się na muzyce?]

Nie, zupełnie, nigdy wcześniej nie słyszałem słowa rockabilly i nie miałem pojęcia, że w ogóle istnieje, ale jestem pewien, że muzyka, którą teraz słyszę, to rockabilly właśnie.

[zbliż się do nich, Mózgu!]

Zbliżam się.

[czy coś cię zastanawia?]

Tu nigdzie nie ma żadnych mężczyzn. W basenie, przy basenie i w ogrodzie widzę wyłącznie kobiety. Wszystkie są niewiarygodnie piękne i zmysłowe. Prężą ciała na leżakach, pływają leniwie, kręcą w tańcu biodrami, śmieją się, piją wielobarwne drinki, w długich fifkach palą tytoń i haszysz. Niektóre ubrane wyłącznie w kostiumy kąpielowe, inne w wizytowe zwiewne suknie, jeszcze inne w ekstrawaganckie kreacje jak w filmach science fiction.

[lubisz kino?]

Nie wiem, kino mnie onieśmiela, to nie jest świat zwykłego człowieka.

[uważasz się za zwykłego człowieka?]

A dlaczego o to pytasz?

[nieważne, odszukaj inżyniera Rawę, niepotrzebnie go zgubiliśmy]

[gdzie jest teraz?]

Poczekaj, rozejrzę się, o, już widzę, idzie wzdłuż basenu, strasznie długi ten basen, jakby się nieustannie rozciągał, kiedy przechodziłem tu przed momentem, wydawał się znacznie krótszy.

[pytałem o inżyniera]

[nie rozpraszaj się!]

Przepraszam, już nie będę.

[w porządku, Mózgu, nie ma sprawy]

[co widzisz?]

One wszystkie patrzą na niego z hipnotycznym zauroczeniem.

[a on?]

Również omiata je wzrokiem, uśmiecha się, i… o Boże, nie!

[co się stało?]

Wyciągnął zza pleców dwa pistolety i zaczął strzelać na oślep!

[zabił je?]

Nie wiem, zamknąłem oczy!

[ty tchórzu!]

[chcę wiedzieć, czy je zabił!]

Ale boję się…

[otwieraj natychmiast!]

Poczekaj, już otwieram… Nie, nie zabił, bo to nie jest, teraz widzę wyraźnie, prawdziwa broń. Po naciśnięciu cyngla tryska z lufy fluorescencyjna maź, z każdego pistoletu w innym, krzykliwym kolorze.

[czyli to tylko zabawa?]

Być może, choć te kobiety traktują ją niezwykle poważnie.

[z czego wnosisz, Mózgu?]

Bo przez każdą z trafionych przechodzi dreszcz podniecenia, a w jej oczach pojawia się coś jakby…

[religijne oddanie?]

Tak, właśnie tak! I podchodzą do inżyniera, by wpić mu się w usta namiętnym pocałunkiem.

[a on jak reaguje?]

[pozwala na to?]

Tylko wybranym, które przywołuje ruchem dłoni uzbrojonej w pistolet. Te, co dostąpiły warg zespolenia, pokrzykują hosanna! i wznoszą ręce ku niebu, a… a… a…

[co „a”?]

[czemu się zacząłeś jąkać?]

…a na dobitkę od czasu do czasu obok tego całego rozgardiaszu przechodzi lub przejeżdża konno oddział żołnierzy, i to odzianych w najwymyślniejsze stroje z najdziwniejszych epok. Dasz wiarę, że widziałem tu już otomańskich baszybuzuków, westfalskich lancknechtów, jegrów z Grandenburgii i czerkieskich petyhorców, lombardzkich bersalierów oraz rajtarów króla Szwecji, dodatkowo arkebuzerię francuską, infanterię hiszpańską i lejbgwardię moskwicińską, nadto husyckich pawężników, egipskich mameluków, kuszników z Albionu i terakotową armię chińskiego cesarza Qin Shi, a z naszego umiłowanego Pokraju lisowczyków, cichociemnych tudzież piechotę łanową? Co więcej…

[znowu się rozpraszasz, Mózgu]

[wróć do inżyniera Rawy!]

…co więcej, dałbym sobie głowę uciąć, że pod tymi wszystkimi hełmami, kaszkietami, misiurkami, kirysami, pelerynami i futrzanymi kurtami…

[wróć do inżyniera!]

…i w tej plątaninie wielobarwnych akselbantów, rapci, lampasów, frędzli, chwostów i pomponów majaczyły mi wyłącznie twarze kobiet. Tak jakby żaden samiec nie miał prawa wstępu do owego ogrodu ziemskich rozkoszy, oprócz słynnego gospodarza, rzecz jasna.

[nie interesują mnie inni, Mózgu!]

[chcę wiedzieć, gdzie jest teraz inżynier Rawa!]

Nie mam pojęcia.

[to się rozejrzyj!]

Nie widzę go nigdzie.

[skup się, do cholery!]

Staram się.

[staraj się mocniej!]

[co widzisz po lewej?]

Po lewej rudowłosa Sybilla, wieszczka z Kume, a obok piersiasta Erato, muza poezji miłosnej, obie kochanki Apollina, szarpią się za włosy. Inżyniera ani śladu.

[cholera, a po prawej?]

Już zerkam. O, losie…!

[co znowu?]

Kobieta!

[wszak wiele ich!]

Lecz nie takich!

[więc co z nią, wnet mi tu powiadaj!]

Od bożej myśli piękniejsza sefira różanopalca, blask od niej bije anielski, choć i demonem podszyta, oczy jej dwa karbunkuły, jak krew gołębia goreją, co słońcu rzucił wyzwanie, a suknie mroźną okową wulkan jej ciała spinają, by chuci żar nie spopielił na pieprz płochego kochanka, co w porcie jej międzyudzia żaglowiec swój zakotwiczy, twarz jej to bastion perfekcji nieznanej dotąd w kosmosie, to ewangelia rozpustna sukuba krągłych powabów, pachnie jak ogród rozkoszy bogini zgonów i wskrzeszeń, jak inkantacja zwodnicza królowej pstrych czarodziejek, takąż ci daję odpowiedź, gdy pytasz, co czyta serce, gdy oko patrzy na prawo.

[ty mówisz wierszem, Mózgu!]

[to piękne!]

Niemożliwe, ja nie znam się na wierszach.

[ale mówisz!]

Wydawało ci się. Mówię o tym, co widzę. Ja zawsze mówię tylko o tym, co widzę. To bezpieczne i właściwe.

[a co widzisz teraz?]

Że ona na mnie patrzy.

[kto?]

No, a o kim ci przed chwilą mówiłem? Ta w srebrnej sukience.

[mówiłeś, że w mroźnej]

Nie mogłem tak powiedzieć, mroźne sukienki nie istnieją.

[a ta kobieta istnieje?]

Oczywiście, że istnieje, po co miałbym strzępić język na darmo? Istnieje i przenika mnie teraz wzrokiem. Dlaczego ona tak się gapi? O, nie…!

[co znowu?]

Ona do mnie podchodzi!

[nie bój się jej, Mózgu!]

Jak się mam nie bać? Jak się mam nie bać, kiedy… Kiedy ona…

[co ona?]

…przysuwa się. Jest blisko. Za blisko i… Co ona robi…?! Co ona…?!

[wyduśże wreszcie!]

…całuje mnie w opętaniu, a ja się wyrwać nie mogę, jej zapach skuł mnie w niewolę, a ust ognistych aksamit miodowym ów jasyr czyni, wąż zaś gibkiego języka już mi się w trzewia zapuszcza, by wyjeść serce i duszę, co gorsza, wąsy jej gibkie nos mi łachoczą i wargi, łasząc się sztywnym włosem, migdaląc pędzla torturą, zwariuję od tych rozkoszy, od szczurzych pieszczot, od pisku: „mójżeś już na wieki wieków, szczurość cię czeka, tyś gryzoń, wąsem cię trącam i pieszczę, pląsem cię wąsam i…”. Precz…! Idź precz…! Tata…! Szczur…!

– Tata!

– Szczur!

– Tata!

– Szczur!

– Tata!

– Szczur!

– Co tu się za żydło dzieje?!

– Ilona???

Rozpoznawszy głos małżonki, magister inżynier Sebastian Rawa wystrzelił z pozycji horyzontalnej swoje prawie czterdziestoletnie ciało i ciężko dysząc, znieruchomiał na skraju łóżka. Oko miał nieprzytomne niczym bokser, co powstawszy przed momentem z ringu, nijak nie pamięta, gdzie jest, jak się nazywa i czym się trudni. Nieskoordynowanymi machnięciami usiłował ściągnąć sobie z twarzy coś jakby pajęczynę, muślin czy może folię spożywczą, a jego usta mamrotały bezgłośnie ni to modlitwę, ni to złorzeczenie. Nie sposób było rozeznać co, bo w powszechnym wrzasku – wszak paralelnie krzyczały jeszcze jego córka i żona! – jękliwy dyszkant inżyniera Rawy przebijał się najsłabiej.

– Co tu się za żydło dzieje! – wycharczała ponownie Ilona Rawa, strzelając piorunami jaszczurczych spojrzeń w stronę męża i córki.

W kilku susach umysłu Oliwka pojęła, iż jej rodzicielka nie zamierza brać jeńców, i momentalnie się rozpłakała.

– Mamcia, onże przestraszył Ciotkę Irenkę! – zamiauczała przez łzy i pochyliwszy głowę, otorbiła się w swojej dziecięcej nadwadze niczym w ślimaczej muszli.

– Sebastian!

Inżynierowi Rawie zdało się, iż w głosie żony pobrzękują żmijowe łuski.

– I ona teraz ucie… ciekła! – Kolejny spazm wstrząsnął Oliwką, a głośny poświst wypchnął zawartość jej perkatego nosa na zewnątrz.

Na ów widok Ilona, która ciągle stała w drzwiach od sypialni, skrzywiła się z niesmakiem i przeniosła zimne spojrzenie na męża.

– Ssssebasssstian…!

– Co Sebastian? Co Sebastian? – bąknął inżynier Rawa półszeptem i jakby w zamyśleniu. – Co Sebastian? – powtórzył raz jeszcze, a potem łagodnym pianissimo, skierowanym najwyraźniej do siebie, dodał: – Mało nie wyzionąłem ducha, jak tego ryja zobaczyłem…

Słysząc to, córka, która tymczasem zdołała niezauważalnie wetrzeć gile w ścianę, wydała rozpaczliwy okrzyk:

– Ciotka Irenka nie ma ryja! Ma mordkę ona!

– Mordkę, fakt – potwierdziła Ilona. – Poniekąd notabene sympatyczną.

Inżynier Rawa postanowił nie dawać za wygraną.

– Cygańsko do nosogardzieli chciała mi się przechera zaintubować – zaczął ciepłym, choć ociupinkę drżącym głosem. – Jak te wąchy poczułem na wargach, to o mało nie umarłem formalnie.

– Ale nie umarłeś! – prychnęła Oliwka, kierując w jego stronę oskarżycielski palec.

Inżynier Rawa znieruchomiał i ewidentnie skonfundowany podrapał się po ciut-ciut łysiejącej głowie.

– Chyba nie masz o to żalu do tatusia, kochanie? – wykrztusił.

Oliwka wzruszyła ramionami.

– Najważniejsze to nie odziedziczyć babskości po ojcu mazgaju – wydęła wargi. – Dziadzia mi tak zawsze powtarza i tego się będę trzymać.

Owo nagłe i jakże nieprzyjemne przywołanie teścia struło inżyniera Rawę na dobre. Zwinął się jak strucla i jedyne, co przez tę kłopotliwie przedłużającą się chwilę udało mu się wyprostować, to zagniecenia na piżamie w szyszki i łosie. W końcu dźwignął głowę, bawolim wzrokiem omiótł swą latorośl i próbując ze wszelkich sił nadać głosowi sprężysty ton, oznajmił:

– Twój dziadek błądzi w wielu aspektach, córko. I ja jestem jednym z nich.

Ilona szarpnęła się, jakby poczuła gwałtowną potrzebę potrząśnięcia włosami. W pierwszym odczuciu inżynierowi się zdało, iż przy tym pospiesznym młyńcu dostrzegł uśmiech – a może jedynie pierwiastek uśmiechu? – ale postanowił to zbagatelizować. Zwłaszcza że w tej samej chwili jego córka uznała, iż czas zwinąć flagę w sporze o niepoważne fintifluszki i powrócić do rudymentów.

– Tak czy inaczej nie umarłeś – skonstatowała, spoglądając mu prosto w oczy. – A Ciotka Irenka może, bo ma ascendent w Raku i jest na maksa wrażliwa.

Oczy dziewczynki na powrót się zaszkliły.

– Jeśli zaś ona umrze, to… to… – połykała powietrze tak szybko, iż zdawało się, że za moment uniesie się jak balon. – To…

– Wdech, wydech, wdech, wydech! – poradziła zaniepokojona Ilona, a inżynier Rawa uśmiechnął się opiekuńczo i dopowiedział: – I pełnym zdaniem, kochanie. Zawsze pełnym zdaniem.

Ledwie to wyrzekł, a już córka prześwidrowała go nienawistnym wzrokiem i eksplodowała niczym kocioł sprężonego gazu:

– Weź mnie nie wpurwiaj! Co to, szkoła jest tu czy co?!

Tak właśnie, za sprawą czaru słowa, bezsprzecznie ordynarnego, ale i zadziwiająco skutecznego, doszło do nieoczekiwanej zmiany miejsc i teraz to inżynier łykał wielkimi haustami wapory irytacji i upokorzenia, a wyszczekana progenitura przyglądała mu się z uśmiechem.

– Ty… ty słyszałaś?! Jak ona do tatusia…?! Do rodzonego…?! Ze słowem wpurwiaj obrzydłym…?! – pojękiwał Sebastian Rawa, kołysząc się spastycznie na skraju łóżka.

Łypał przy tym na żonę, w nadziei, że go jakoś obroni. Że się za nim jak solidarny współrodzic wstawi i ofuknie tego rozpuszczonego bachora, który, owszem, odziedziczył po mieczu nazwisko, ale całą resztę, niestety, zassał po kądzieli zmendlowanej z barbarzyńskiego teścia i odstręczającej teściowej, więc jakieś poczucie odpowiedzialności za wady przodków przydałoby się tu, ślubna połowico, heloł!

Ale Ilona milczała. Szorstko, wydrowato i kastracyjnie.

Zatem pozostałeś sam, kapitanie, wobec krwiopijnych krakenów, co wciągają twój korab w rozszalałą kipiel oceanu.

Cóż było robić? Inżynier Rawa poderwał się z łóżka, podciągnął spodnie od piżamy i stanąwszy na środku sypialni, uniósł głos i ręce.

– I z jakiego powodu i przyczyny?! Spurwiałego szczura jakiegoś byle jakiego!

Krwiopijny kraken dopadł go w jednej chwili.

– Sam żeś spurwiały i byle jaki! – krzyknął i rozpłakał się po raz kolejny.

– Co ty dziecku robisz, sadysto szubrawy! – zawyła Ilona, a białe plamy na jej szyi nabiegły szkarłatem odwetu.

– Jak ona umrze, to ja, mamcia, też!

Operowy spazm Oliwki odbijał się od sufitu i powracał ze zdwojoną prędkością, dziurawiąc szynel ojcowskiej doli. Na dodatek Ilona, której cierpliwość najwyraźniej się wyczerpała, ruszyła spod drzwi tak gwałtownie, że wystraszony małżonek zrobił szybkie trzy kroki w tył i apiać klapnął na łóżko.

I wówczas wydarzyło się coś piramidalnie zaskakującego. Bo oto inżynier poczuł przedziwny zapach, który pojawił się zgoła niespodziewanie i z wnętrza głowy.

Był to zapach bodaj inny niż wszystkie. Gdyby Sebastian Rawa trudnił się poezją, rzekłby, iż to aromat absolutu.

Bólu.

Ciszy.

Dramatu.

Egoizmu.

Furii.

Groteski.

Halucynacji.

Instynktu.

Jaskrawości.

Kabały.

Lamentu.

Łajdactwa.

Miłości.

Nienawiści.

Opętania.

Paniki.

Rewolty.

Samozniszczenia.

Tęsknoty.

Utraty.

Wniebowstąpienia.

Zakazu.

I żądzy.

Atoli Sebastian Rawa był umysłem ścisłym i nie tylko nie zwykł mieszać pojęć mętnych z konkretem świata olfaktologii, ale też wiedział z empirii, iż wąchać można jedynie to, co pachnie na zewnątrz głowy, a nie w jej środku. Wiedział to doskonale, niemniej jednak czuł nieprzepartą chęć, by nakryć się teraz kołdrą i owo zagadkowe uniesienie, którego przed momentem doświadczył (a którego nie obejmował żelaznym rozumem głównego specjalisty od utylizacji śmieci w farszawskim Oficjum Gospodarki Odpadami Komunalnymi), przeżywać do wypełnienia czasów.

Rychło jednak skonstatował, że ewentualny manewr podkołderny przyniesie mu nie błogostan, ale wyłącznie pierepałki, strupowinę i młyński kamień u szyi. Uniósł więc ręce na wysokość barków, rozłożył je niczym kapłan i składając chytrze ofiarę z samego siebie, wymamrotał:

– Moja wina i grzech.

Wyznanie było na tyle niespodziewane, że Ilona stanęła jak wryta. Również Oliwka, ponad wszelką wątpliwość zaskoczona tak szybką kapitulacją, przestała wrzeszczeć i przekrzywiając głowę na sposób gadzi, przewiercała ojca dociekliwymi łypnięciami. Inżynier Rawa pojął, że to ostatnia szansa, by uciec spod stryka porannej pyskówki, która mu była teraz potrzebna jak umarłemu kadzidło. Uśmiechnął się zatem do żony promiennie.

– Przepraszam, słońce.

– Dziecko przeproś, nie mnie! – mruknęła.

Nie kazał się długo prosić i ust słoneczny rogal skierował w stronę córki.

– Przepraszam, kochanie.

– W tyle to mam! – odburknęła. – Przeproś Ciotkę Irenkę!

Pokiwał głową, że dobrze, myśląc przemożnie o zapachu, który nieprzerwanie wypełniał sypialnię. Skąd się wziął? I jak to możliwe, że one go nie czują?

– Kupię jej nowe sianko i karmę, chcesz? – zaproponował bez zastanowienia.

– I dropsy jogurtowe wraz! – natychmiast podbiła stawkę Oliwka.

– I dropsy – potwierdził.

Przez czas dłuższy trwał w niegasnącym uśmiechu, ale kiedy już poczuł, że rodzinna rana nareszcie się bliźni, gwałtownie pokwaśniał i głosem, w którym dało się wyczuć pobrzęk goryczy, zapytał:

– Córuś, ale czemu ty, jak tatuś śpi… a spać wszak prawo ma, albowiem do obowiązków służbowych na nocną dopiero zmianę się udaje… to tatusiowi znienacka szczura po twarzy turlasz mu?… Mi…

Oliwka łypnęła na ojca spodełbnie. Najwyraźniej przedwcześnie uznała go za owadzio rozgniecionego i teraz miała to sobie za złe.

– To nie szczur, jeno szczurunia – wymamrotała, choć już bez wcześniejszej pewności siebie.

Inżynier Rawa uznał, że czas na kontratak, i uniósł brwi.

– Kochanie, tatuś ciągle jeszcze umie rozpoznawać płeć sam – oznajmił. – Tatuś chce po prostu wiedzieć czemu, jak tatuś śpi, to tatusiowi podtykasz w okolice ust jego… Moich znaczy się…

Przerwał i bezwiednie dotknął swoich warg. Paliły go, nie wiedzieć czemu. Natychmiast opuścił dłoń i zerknął na żonę. Jakby się bał, że ów gest go zdradzi. Co i dlaczego mógłby zdradzić, Sebastian Rawa nie miał pojęcia, ale czuł się dziwnie winny, a przynajmniej podejrzany.

Szczęśliwie Ilona niczego nie dostrzegła. Stała na środku sypialni i jak to często miewała w zwyczaju, wpatrywała się w nic.

– Żebyście się oswoili ze szczurunią – dobiegło z oddali inżyniera.

Wychynął z zamyślenia i otaksował córkę rozkojarzonym wzrokiem.

– Się co?

– Oswoili – powtórzyła Oliwka. – Jedno z drugim, ty i szczurunia. Dlatego podetkłam – doprecyzowała i ni stąd, ni zowąd pokazała mu język.

Tego już było dla inżyniera za wiele.

– Ale tatuś nie chce się oswajać ze szczurunią! – ryknął. – Przez sen zwłaszcza! W godzinach rannych zwłaszcza! I w fazie jego REM!

Gwałtowność ojcowskiej reakcji wywołała u Oliwki kolejne łzy.

– Mamcia, onże się z Ciotką Irenką oswajać nie chce! – rozdarła się.

Krzyk córki od razu napiął pępowinę matczynej empatii.

– Sebastian, franco lewacka! Co ty dziecku czynisz?

Ilona wyciągnęła w stronę męża oskarżycielski palec. Inżynier zafalował ekwilibrystycznie, jakby się uchylał przed pociskiem zatrutego słowa, i wbił w córkę ganiące spojrzenie.

– Nie nazywaj tej wąsatej żywiny Ciotką Irenką!

Oliwka wytrzeszczyła zdumione oczy.

– Ale ona się tak nazywa! – zawyła.

– Nie nazywa! – zaprzeczył ojciec.

– Nazywa!

– Nie nazywa!

– Do purwy, mamcia, onże się przedrzeźnia! – eksplodowała w końcu dziewczynka, kopiąc z wściekłości w łóżko.

Do Ilony dotarło nareszcie, że czas położyć kres zamieszkom. W jednej chwili przypadła do męża.

– Na rany Rechrysta, co się z tobą dziś dzieje wyrabia? – tupnęła nogą. – Tłuszczu się na noc nażarłeś, skrzepie zbękartniały?

Ale inżynier Rawa, jako że impertynencja córki, a zwłaszcza jej leksykalne rozbójnictwo policzkowały jego ojcowską cierpliwość ponad codzienną miarę, zdawał się już nie słyszeć żony.

– Trochę szacunku do własnej rodziny, młoda damo! Mówisz wszak o swojej cioci i siostrze tatusia rodzonego! – huknął oburzony, bo choć Irena, istotnie, nie należała do niewiast najurodziwszych, nie był to przecież powód, by ją zestawiać z dżum futrzastym roznosicielem.

– Mówię o szczurze! – odhuknęła mu córka.

– Szczuruni! – poprawił ją nie bez satysfakcji. – I wszyscy dobrze wiemy tu, dlaczego nazwałaś ją Ciotką Irenką!

Szyderczy uśmiech wygiął twarz Ilony w diabelski amulet.

– Dziwisz się? – zachichotała.

Inżynier Rawa spochmurniał, a jego barki klapły jak przekłuty balon.

– Bawi cię to raduje? – rzucił smętnie w stronę żony.

– Mur-beton bawi! – potwierdziła.

– A co to w ogóle ta faza REM? – wtrąciła Oliwka, z nagła zaciekawiona.

Inżynier Rawa wielce sobie cenił ów nieokiełznany pęd córki do zaspokajania wiedzy, tym razem jednak puścił pytanie mimo uszu, bo oblekał właśnie żonę plazmą trujących spojrzeń.

– Żebym czasem ja głośno nie powiedział, do jakiego zwierzęcia twoja mamusia podobna jest przypomina!

– Babcia Cecutek? – wtrąciło się ponownie dziecko, najwyraźniej źle znosząc, że rodzice je ignorują. – Do świni!

– O…! – bąknął inżynier, wyszczerzywszy się sowizdrzalsko.

Dziewczynka klasnęła w dłonie, zachwycona, że mogła się na coś przydać. Ilona omiotła ją pancernym wzrokiem.

– Zęby umyte?! – ryknęła.

– Umyte! – odburknęła hardo dziewięciolatka, ujmując się pod boki.

– To umyj drugi raz! – syknęła Ilona przez zaciśnięte szczęki.

Oliwka wykrzywiła usta, jakby je trawił piołun.

– Drugi?

– A choćby, purwa, i piętnasty!

W chrypliwym głosie Ilony zadźwięczały wojny, pandemie i apokalipsy. Sebastian Rawa zerknął na żonę niepewnie, a potem postąpił pół kroku w przód i przyłożywszy palec do warg, zaćwierkał z kaznodziejskim aksamitem:

– Pokój temu domowi zalecam i proteguję.

Niestety, chwalebny apel inżyniera trafił w próżnię, bo żona i córka nawet nań nie spojrzały.

– Do łazienki raus! – zaordynowała pierwsza.

– Po kiego grzyba? – podważyła matczyny dezyderat druga.

– Żeby ci z japy nie waliło! – pojawiło się szczegółowsze uzasadnienie.

– Babci wali, a myć jej nie każesz! – kontrargument zdawał się niebagatelny.

Z każdym słowem atmosfera gęstniała jak zły gluten. Oliwka chciała dodać coś więcej, ale nie zdążyła, bo matka zrobiła kilka błyskawicznych kroków i zawisła nad nią, trzęsąc się niczym wulkan rozrywany od środka przez podziemne eksplozje.

– Milczeć, do purwy ruskiej!

Głos Ilony brzmiał lucyferycznie, więc sypialnię w okamgnieniu przeżarła trumienna cisza.

– Milczeć, powiadam! – powtórzyła, rozglądając się dookoła. Jej rybi wzrok wysysał zewsząd tlen i zjadał światło. – I słuchać matki, do kuta złamanego! Bo słowo matki święte jest!

Inżynier Rawa stał bez ruchu, nie mogąc złapać powietrza. Widział, jak jad i ropa rozlewają się po podłodze, jak pochłaniają mechaty dywanik i kapcie, których nie zdążył założyć, jak oblepiają mu stopy, pną się w górę po jego nogach i nogach jego łóżka, jak trawią prześcieradło, rozpuszczają kołdrę i liżą ściany.

Obrócił głowę w stronę Oliwki. Z przerażeniem dostrzegł, że ciastowaty glut wspina się także po niej, obrasta pulchne ciałko kleistą pajęczyną i sięga szyi, pragnąc odebrać tchnienie, a z tchnieniem i życie. Chciał jej jakoś pomóc, wyciągnąć ją z opresji, powstrzymać to przeokropne okokonianie, ale nijak się nie mógł ruszyć. Zamurowany w krypcie lęku i skuty łańcuchem inercji, rozpuszczał się z wolna w magmie bezruchu i jedyne, co mógł teraz robić, to obserwować usta dziecka, w spastycznych kurczach łapiące ostatnie łyki powietrza.

– Wy… wy… wy… – dusiła się Oliwka.

Jej matka stała nad nią z kamienną twarzą.

– Wybacz, bo nie wiedziałam, co czynię – wyjęczała w końcu dziewczynka, a potem jej głowa opadła i znieruchomiała.

Dopiero wówczas Ilona uniosła rękę i złożywszy palce, wykręciła nimi nad głową wiedźmi młynek. W jednej sekundzie znikły maziste jady i lepkie rynsztoki, słońce na powrót rozbiegło się świetliście po ścianach i sprzętach, a niewidzialne dyby, co jeszcze przed chwilą miażdżyły pierś inżyniera, przepadły jak kamień w wodę. Strumień świeżego powietrza wdarł się junacko do sypialni, wyganiając z niej resztki śmierdzących fumów. Inżynier Rawa wciągnął wielki haust do płuc i z ulgą dostrzegł, że to samo zrobiła też Oliwka. Na jej twarzy pojawił się jasny uśmiech.

– Mogęż już iść myć ząbki, mamcia? – zaszczebiotała, przekrzywiając filuternie główkę.

– Nalegam i rekomenduję – odparła Ilona i również promiennie się uśmiechnęła.

Kiedy Oliwka wyszła, Ilona szast-prast spochmurniała i przenikliwie zazezowała na Sebastiana.

– A ty co?

– Ja? – bąknął lękliwie i obejrzał się za siebie w złudnej nadziei, że może jest tu jeszcze ktoś inny.

– No a kto? Ja? – pokręciła głową, jakby ciągle nie mogła uwierzyć, że taki ciapciak, lebiega i ecie-pecie trafił jej się za męża. – Przecież siebie o siebie bym nie pytała, zaćmo mózgowa, głupia nie jestem wszak.

– Aktualnie… – zaczął niepewnie inżynier Rawa, a jego ciałem wstrząsnął przykurcz melancholii. – Aktualnie udam się podlać drzewo – dokończył i łypnął trwożnie na żonę.

Kiedy wypuściła z sykiem powietrze, wiedział już, że to zła odpowiedź.

– Najpierw złap tego futrzastego śmierdziela, co tu się dookoła dekuje zaszywa – kilkoma krótkimi ruchami Ilona omiotła przestrzeń wokół siebie. – Bo jeszcze gdzie spierdzieli i wykładzinę w salonie podziumga…!

– Oczywiście, skarbie. Już łapię – gorliwie przytaknął inżynier Rawa i nie czekając, aż żona wyjdzie, zanurkował pod łóżko.

A po kwadransie, kiedy nakarmiona i napojona Ciotka Irenka drzemała leniwie w klatce na poliestrowym hamaczku, stał już, w dalszym ciągu w piżamie, na tyłach domu i trzymając w ręku pomarańczowy wąż ogrodowy, podlewał martwe drzewo.

Może to się wydać dziwne, ale z całej swojej rodziny magister inżynier Sebastian Rawa najlepiej dogadywał się właśnie z nim. Może dlatego, że tylko ono o nic nigdy nie miało do niego pretensji?

Znalazł je na jednym z podległych sobie wysypisk śmieci. Umierało, porzucone i smutne, na stercie pordzewiałych żelazek, cieknących baterii, zafajdanych pieluch, gnijących owoców i całej reszty przemysłowych fekaliów i organicznego złomu. Najwyraźniej pogodzone już z losem, leżało pokornie i bez szemrania na kobiercu z własnych liści, opadłych i gnijących.

Dlaczego ktoś zadał sobie tyle trudu, by wykopać je z ziemi wraz korzeniami, wielkie, zdrowe i w pełni życia, a potem potajemnie porzucić na wysypisku?

Z bezmyślnego okrucieństwa?

Dla bestialskiego żartu?

Z powodu dzikiej zemsty?

Nijak tego nie mógł pojąć. Wszelako nie pojmował też i siebie, kiedy to porzucone i niestety obumarłe już drzewo postanowił zasadzić za domem.

Czy chciał w ten sposób przeciwstawić się odwiecznym prawom życia i śmierci? Stanąć twarzą w twarz z Bogiem i zakrzyknąć: „Nie zgadzam się na to, na co zgadzasz się Ty”?

Nie.

Sebastian Rawa nigdy nie chciał wadzić się z Bogiem. Szczerze mówiąc, nigdy nie chciał wadzić się z kimkolwiek. Po prostu czuł, że musi to zrobić.

Dlatego właśnie pewnego pochmurnego dnia trzy lata temu sprowadził do ogródka ludzi i koparkę, kazał im, mimo protestów żony, wydrążyć głęboki krater, wstawić weń strzeliste łyse drzewo i ostrożnie, by ich nie połamać, obłożyć korzenie antyinfekcyjnymi preparatami, a dół zasypać.

Potem troskliwie je pielęgnował, w błocie, deszczu i spiekocie, gdy padał śnieg i kiedy gęsty smog zawisał nad miastem, świątek czy piątek szprycował je żelami, o których czytał, że koją stresy roślin, bez ustanku okładał gąbką leczniczych mchów, spryskiwał witaminowo-hormonalnymi roztworami, karmił najlepszymi nawozami i regularnie podlewał. Hołubił niczym najukochańsze dziecko, które za sprawą złego czaru ukłuło się wrzecionem i zapadło w stuletni sen. A kiedy miał pewność, że nikt go nie obserwuje, obejmował je i szeptał do niego słowa najczulsze, na jakie tylko może zdobyć się główny specjalista od utylizacji odpadów komunalnych.

Niestety, od trzech lat na tak opiekuńczo traktowanym drzewie nie pojawił się najmniejszy choćby listek. Być może dlatego, że – jak już zostało wspomniane! – było martwe.

– Zakręcisz mi wreszcie tę meliorację, lędźwiobólu zbyteczny!

Krzyk żony łomotnął go jak jesienny wicher, co wyrwać chce z ziemi stracha na wróble.

– Nie! – huknął tubalnie inżynier i tak się przestraszył owej akustycznej brawury, że dokończył już piskliwiej i ze znacznie mniejszą czupurnością: – Albowiem gdyż podlewam w chwili bieżącej.

Ilona zakaszlała. Nie wróżyło to nic dobrego, bo atak kaszlu zawsze poprzedzał ataki jej choleryczności. Wiedząc to nazbyt dobrze, Sebastian Rawa przymknął oczy i postanowił zniknąć.

Nie był, rzecz jasna, żadnym czarownikiem, magiem czy innym specjalistą od szurum-burum. Był inżynierem od odpadów. Dyplomowanym śmieciarzem. I choć epizod z drzewem jasno dowodził, iż nie należało go postrzegać jedynie jako człowieka pospolitego, to żadną miarą nie zaświadczał też o jakiejkolwiek jego nadprzyrodzoności.

Ale był również, a może przede wszystkim, szarym człowiekiem, a szary człowiek jest przyzwyczajony do przezroczystości. I że nikt go nie dostrzega. Ni świat, ni kraj. Ni wróg, ni przyjaciel. Ni obcy, ni rodzina. I to do tego wręcz stopnia, że z czasem szary człowiek przestaje zauważać nawet samego siebie.

Dlatego właśnie założył, że może mu się udać.

– Ja ci, purwa, dam podlewam! – pomiędzy jednym napadem kaszlu a drugim wrzeszczała tymczasem Ilona. – Długo będziesz tak tu kwitł jak debil jakiś i bezmózg?! Wszak za dwa dni do Brzegobrzegu się udajemy, do Biedry trzeba zatem jechać w szybkich abcugach, w promocji co jest zobaczyć, dziecku sandał nowy kupić i strój plażowy, z pralni rzeczy odebrać, do banku skoczyć, a ty sobie medytacje urządzasz przy tym chabaziu wyschniętym, jak twój mózg suchym?!

Niestety, przezroczystość nie zapewniała zatyczek w uszach.

– I czemu tak tu stoisz bez ruchu jak dziwka w deszcz?! – krzyczała dalej żona.

Niewidzialności jak widać też. Trudno, pomyślał inżynier, kiedyś z pewnością się uda. Ciężko westchnął i otworzył oczy.

– To drzewo ożyje, kochanie, mówiłem ci – oznajmił.

– Jak ożyje, gdzie? – popukała się w czoło. – Denata żeś zdrewniałego zasadził, to jak niby ma ożyć?

– Po prostu kiedyś ożyje – wzruszył ramionami, usiłując się przebić przez chaszcze żoninych zwątpień. – Tylko należy o nie dbać.

Popatrzyła na niego jak na idiotę, a potem nie omieszkała podkreślić tego kąśliwą frazą.

– Idioto! – szorstkość jej głosu tarła przestrzeń między nimi do krwi. – To zewłok jest, ci powtarzam! Ile lat już tego źdźbłąga łysego podlewasz i nic?!

– Trzy – odrzekł zgodnie z prawdą.

Podbiegła, wyrwała mu szlauch i z grymasem obrzydzenia odrzuciła za siebie precz, nie bacząc na to, iż nieprzerwanie ciurkająca woda wnet zamieni ścieżynkę między rabatami w obleśne grzęzawisko.

– I nie daje ci to do myślenia, nie zastanawia? – cedziła przy tym z miną anioła moralnej wzgardy i fizycznej niedomogi. – Boże, rozum niespełna chyba miałam, kiedy się z tobą wiązałam, takoż ślepooka byłam i gałkopląsem na zicher użądlona! Toć ja za Jarka Popiołka wyjść mogłam, król podwórka był z niego i picuś-glancuś, się tatuował dla mnie poprzecznie i wielokrotnie, dziarę z mym selfie na pół klaty sobie wyjebał, nie wspomniawszy już, że…

Głos Ilony ciął powietrze, unosząc się z każdym słowem wyżej i wyżej, przestraszył przysiadłe na martwym drzewie ptaki i z furkotem odfrunął wraz z nimi w górę, a potem znikł za chmurami, hen w obcych kosmosach, tak odległych dla inżyniera, że aż nieistniejących. On sam zaś przyglądał jej się z coraz większym zdumieniem, ciągle jednak nie dostrzegając tego, co świat widział już od dawna: że ożenił się z kobietą żałośnie pospolitą, za to z krzykliwymi pretensjami do inteligencji i urody, do których podstaw daremnie było szukać, albowiem los obszedł się z nią srogo, wyposażając w powierzchowność ptasiego padlinożercy i polot betonu.

Ta nieprzyjemna prawda nadal więc była zakryta. Tymczasem obraz, który się w jej zastępstwie objawił, bodaj jeszcze straszliwszą przybrał postać.

Oto bowiem ogród – jakby pod wpływem złośliwego czaru! – znikł był, a z nim absolutnie wszystko, a więc oczko wodne z pałką i tatarakiem, wykopane w pocie czoła z okazji drugich urodzin Oliwki, jej huśtawka po przeciwległej stronie, pergola z rurek, w kształcie łuku Tudorów, i ławka z pękniętą środkową deską, z której wymianą nie wiedzieć czemu inżynier od dawna zwlekał, nadto rabaty warzywne teściowej, mizerne jak jej miłość do zięcia, bombastyczne donice z bylinami tudzież filigrany doniczek ziołowych, dalej konewki, grabie, szpadle, taczki, szczotki, motyczki, opryskiwacze, sekatory, kultywatory, hydrant z pomarańczowym szlauchem, a nade wszystko – co było najbardziej przerażające! – siedmiometrowe ukochane drzewo.

Wszystko to zdematerializowało się w jednej sekundzie, a już w następnej, poprzedzony akordami potężnych organów, wychynął z niebytu gruzłowaty cmentarzyk i w posoce sinoniebieskiego światła ukazał zdębiałemu Sebastianowi Rawie swą abominacyjną brzydę: zgruchotane płyty nagrobne, krzyże pogarbione jak znaki zapytania, przegniłe trumny rozrzucone gdzie popadnie, zmiażdżone czaszki z kępkami butwiejących włosów, połamane piszczele i wątpia świeżo wypatroszone, kotły do gotowania tych, co zgrzeszyli, zeschłe róże, gnijące owoce w paterach z górskiego kryształu, pentagramy zwykłe i odwrócone, amulety szatańskie i utensylia do seksu zwyrodniałego, szkielety dwugłowe ludzkie i zwierzęce, zegary bez wskazówek, księgi pornografów z rycinami, co przeczą naturze i moralności, kielnie, cyrkle, fartuszki i półksiężyce, globusy z lądami, których nie ma, zjełczałe półtusze wieprzowe, w dygot przez robactwo i gazy wprowadzone, słoje z płodami uczciwych rechrystian, żydowskie mace o niejasnym składzie substratów, suszone błony dziewicze – przysmak reżyserów filmowych, pręgierze, gilotyny, hiszpańskie buty, ogniste koła i imadła do kciuków, nietoperze, wije i ścierwojady, szponiaste gargulce i kostropate lewiatany, lubieżne rozwieradła, sprzedajne purwy, półautomaty rozkoszy i markietanki wojsk zarażonych.

A w samym epicentrum owego turpistycznego bestiariusza stoi teraz – nurzając się w bezwstydzie i moralnej rozedmie! – główna księgowa w fabryce maszyn rolniczych oraz wojskowych dronów.

Gorgona z wężami, co gryzą się wzajem, plącząc w sykliwe koki.

Cesarzowa krwiożerców.

Ilona Rawa.

Stoi pośrodku cmentarza, a inżynier widzi, że wszystkie jej oczy (troje na głowie, dwoje na ramionach, jedno nad kolanem prawej nogi) ścięte są od zajadłości i nasiąkłe pąsem jak kardynalskie płaszcze i bezeceństwa. Widzi, że każde okręca się wokół siebie, ciskając rubinowe gromy, a to, na co kuknie, roztapia się w rozedrganą ćwikłę. I żarna ust od nieustannych obrotów poczerniałe i kostropate też widzi, jak niezmordowanie miażdżą sensy, elokwencje i gramatyki.

A potem dostrzega jeszcze, że bestia rozpościera błoniaste skrzydła i postukując diablim kopytem nogi lewej (bez oka, za to pokrytej łuską), człapie w stronę krypty, do której on jest zdradziecko przykuty. Że przypada do niego, zbliża przerażającą głowę, że go obwąchuje, rozdziawia jedną z wielu szczęk, a lepiszcze śliny wylewa się z niej wraz ze smrodem. I słyszy mamrotanie potwora, całkiem niezrozumiałe, zapewne w odwróconym języku demonów wypowiadane, albo i po niemiecku.

– Cóż chcesz mi rzec, Frau Welt? – pragnie spytać główny specjalista od utylizacji odpadów komunalnych, ale nie zdąża, albowiem system nagłaśniający, zamontowany na nieboskłonie przez stwórcę wszechrzeczy i nie wiedzieć czemu od tak dawna przez niego nieużywany, odzywa się głosem lektora z programów przyrodniczych, tak chętnie oglądanych przez inżyniera w czasach pacholęctwa:

– Zmarnowałeś mi najlepsze lata, spurwysynu!

– Przepraszam – zamierza odpowiedzieć Sebastian Rawa, wszelako znowu się spóźnia, albowiem obmierzły dziwotwór, wbiwszy mu w trzewia trzy szczęki jednocześnie, właśnie inicjuje ostateczne odsysanie.

Mimozami jesień się zaczyna.

– Sebastian!

To ty, to ty jesteś ta dziewczyna.

– Sebastian!

Z przemodlenia, z przeomdlenia senny.

– Sebastian, skrzepie pachwiany!

Tyle tu krwi, Ilonka! Co się dzieje…?

– To ja się, purwa, pytam!

Inżynier Rawa drgnął. Otworzył oczy.

Przed nim stała Ilona i kłuła go palcem w pierś.

– To ja się pytam, co się dzieje! – powtórzyła.

Rozejrzał się nieprzytomnie.

Oczko wodne. Huśtawka. Pergola. Ławka z pękniętą deską. Donice. Narzędzia. Drzewo. Szlauch.

Wszystko na swoim miejscu.

– Głupstwo – wyszeptał inżynier, opuszczając głowę. – Zamyśliłem się, zafrasowałem.

– Ty mi się tu zbędnie nie frasuj, tylko do sklepu zapierdalaj, bo za niebawem, czyli jutro, tatko z mamusią przyjeżdżają! – wycedziła na jednym oddechu jego żona i nie czekając na odpowiedź, znikła w drzwiach domu.

A on stał jeszcze przez chwilę w bezruchu. Rozglądał się, drapał w głowę, ambarasował. Kiedy zaś w końcu poczuł, że wrócił mu właściwy ogląd rzeczy i spraw, podreptał niespiesznie do drzewa i czule pogłaskał jego zeschłą korę.

– Miłego dnia – wyszeptał.

Godzinę później – stojąc z wpychanym wózkiem w długim ogonku do kasy – usiłował odtworzyć sobie w pamięci poranny sen. Ale poza szczurunią i jej wąsami nic mu się nie wyświetliło.

No, prawie nic.

Wszak przypomniał mu się przecież plan Adasia.

Genialny plan, który poznał kilka dni wcześniej.

I który miał na zawsze zmienić jego życie.

PRZYGODA DRUGA (choć wcześniejsza),czyli GENIALNY PLAN ADASIA

Nadpiślańskie baseny remedium na afrykański upał. Adaś Rembelski przybywa na ratunek. Aktorskie marzenia Beaty Kąklusz. Nieprzyjemne spotkanie z wpływowym karłem. Kto nie zdradza, temu bije dzwon. O wyższości reżysera nad inżynierem. Sebastian Rawa lęka się internetu

Tamtego lata było tak upalnie, że Pokrajacy odchodzili od zmysłów.

A i ów dzień, w którym magister inżynier Sebastian Rawa poznał genialny plan swojego najlepszego przyjaciela, wprost drwił z Pokrajaków afrykańską spiekotą, zmieniając ich w nomadów, gotowych się pozabijać dla najmniejszego choćby źródełka, żałosnej strugi czy na wpół wyschniętego bajorka, ba, dla odrobiny wilgotnego błotka, a nawet lichej kropelki wody, góra dwóch.

Czyż można się zatem dziwić, że zdesperowany tłum zapoceńców, który kłębił się właśnie pod murem zespołu basenów kąpielowych Cud nad Pisłą, wydawał nieprzyjazne pomruki i łypał na siebie złowrogo?

Dzieci darły się wniebogłosy, żądając słodzonych napojów, cukrowej waty i balonów o kształtach frymuśnych delfinów, słoni i żołnierzy wyklętych. Ich rodzice pohukiwali na sprzedawców i w pełnych oskarżeń tyradach zarzucali im starozakonny stosunek do relacji produkt–cena, sygnalizując przy tym możliwość spowodowania rychłej i bolesnej kontroli ze strony izby skarbowej, biura antykorupcyjnego lub innego z wielu ważnych organów, jakie były odpowiedzialne za ład, porządek i szczęście w Pokraju.

Chudzi, ocierając pot z czoła, obwiniali grubych o podnoszenie temperatury i nieuprawnione społeczne beneficja. Pomstowali też, że otyłość, ów niepodważalny dowód na przynależność do ciągle jeszcze istniejących w ojczyźnie uprzywilejowanych elit i pasożytniczych układów, powinna być z automatu powodem publicznych wykluczeń.

Młodzi pluli na starych, bo ci, zamiast wegetować w domu, wymachiwali kombatanckimi legitymacjami i próbowali dobić się do kasy bez kolejki. W odpowiedzi starzy krzyczeli o wojnie (nie tej, co była, wszak nawet najstarsi jej już nie pamiętali, ale o tej, co będzie), życząc wszystkim później od siebie urodzonym, żeby ich jaki nowy hitler porządku nauczył, gadów niewdzięcznych.

Długonogie nimfetki, o ciałach tak kuszących, jak tylko może to sobie wyobrazić chirurgia plastyczna, domagały się należytego szacunku od ostrzyżonych na glacę mięśniaków. Ci zaś w prostych kibolskich słowach komplementowali ich bieliznę, wdzięczącą się spod przykrótkich italskich sukienek prosto z chińskich marketów.

Lolity nie pozostawały łysolom dłużne, z sarkazmem komentując dumne tatuaże na pękatych bicepsach, przerośniętych mięśniach kapturowych oraz chudych łydkach. Pomijały jedynie, z delikatnością właściwą młodym Pokrajankom, tatuaże z papieżem tudzież kotwicą walczącą, bo świętość to świętość i nic się na to nie poradzi.

Na owalnym gazonie – gdzie strojny klomb z czerwonych i białych kwiatów układał się na podobieństwo dumnego godła państwowego – brodaty starzec z tubą i wzmacniaczem chrypiał o konieczności zrzucenia demoliberalnego chomąta i o trojańskim koniu żydłactwa, z którego trzewi wypełzały plemiona żmijowe, trujące od wieków Pokraj toksyną wolnomularskiej bezbożności, psychotronicznych eksperymentów i transgenicznej żywności.

Nieopodal, na równo przystrzyżonym trawniku, rozłożyła się grupa wysportowanych kleryków. Z sutannami podciągniętymi na tyle wysoko, by przydać bladym nogom odrobinę pożądanej opalenizny, a jednocześnie nie uchybić etosowi powołania, czekali, aż ksiądz opiekun powróci ze zbiorczym biletem ulgowym.

Na starca z tubą łypali nieprzyjaźnie. Jak zawsze, kiedy się spogląda na złodzieja, który ci kradnie chleb, a wdowom wdowi grosz, również tobie z racji bożego porządku przynależny.

Najmniejszy nawet zefir nie poruszał płóciennym transparentem KAŻDEGO DNIA TWORZYMY PRZYSZŁOŚĆ POKRAJU I WŁASNĄ, który dostojnie górował nad basenową bramą. Rozgrzany eter z każdą minutą zdawał się gęstnieć.

Gdzieś w oddali migotał w drżącym majaku oddział fizylierów Księstwa Farszawskiego. Wysokie rogatywki z czarnymi pomponami poruszały się leniwie góra-dół-góra-dół, bagnety radośnie pobłyskiwały w słońcu, a śnieżnobiałe nogawki czechczerów, przyjemnie kontrastujące z ciemnym granatem kurtek, cięły klejące się od żaru powietrze w rytmicznym marszu.

Jeszcze niedawno podobna parada niechybnie przyciągnęłaby zaintrygowaną gawiedź, teraz jednak, czy to za sprawą upału, czy też może z powodu nadmiaru grup rekonstrukcyjnych wszelkiej maści, przemierzających regularnie pokrajskie miasta, miasteczka, wsie i przysiółki, spotkała się z nieprzyjemną obojętnością.

Dużo więcej emocji budził już sprzedawca wody sodowej. Jego przewoźny saturator tłumnie oblegali spragnieni. Szklanka bez soku malinowego – złotówka, z sokiem – złoty pięćdziesiąt. Więc nie jest źle, myślał w cichości ducha ten i ów, wystarczy ledwie pięć zeta i da się jakoś przeczekać ten nieprzyjazny czas w upokarzającym ogonku po bilet. A potem już tylko wyśniona oaza, beztroski plusk, fertyczny chlupot i nieustannie mokre gacie.

W tę oto glątwę zapotniałych zniechęceń i wniebopiennych oczekiwań, w której człowieczy zacier kisił się na podobieństwo żuru, majestatycznie wtoczył się miedzianozłoty cadillac eldorado biarritz z 1959 roku i objechawszy dwukrotnie gazon z rozkrzyczanym starcem, stanął na trawniku, zmuszając zaskoczonych kleryków, by ustąpili mu pola.

Z auta wyskoczył dziarsko Adaś Rembelski, mężczyzna na oko czterdziestoletni, właściciel wypożyczalni zabytkowych aut ślubnych, a przede wszystkim najlepszy przyjaciel inżyniera Rawy od czasów wspólnego leżakowania i plucia budyniem w przedszkolu Pionierów Joliborskich, dziś placówki imienia Przyjaciela Dzieci Księdza Alojzego Buhacz-Badylaka Kapelana Plutonu Przeciwpancernego 7 Pułku Strzelców Konnych XIV Brygady Kawalerii.

Oblicze miał Adaś szczere i krotochwilne, a przy tym niepozostawiające wątpliwości, iż geny jego antenatów meandrowały po wielu zakolach nieprostych pokrajskich dziejów. Okrągła czaszka, twarz gąbczasta jak bochen, kartoflowaty nos i mięsiste wargi o barwie wątróbki z wołu świadczyły o wielowiekowym uwikłaniu przodków w stan trzeci. Wszelako bystre i dumne spojrzenie Sarmatów, a nade wszystko filuterny uśmiech arystokraty dowodziły niezbicie, że klasowe podziały, które szarpały Pokrajem w dawnych wiekach, tak czy owak nie stanowiły wystarczającej tamy dla prawdziwych namiętności.

Stanąwszy przy aucie, Adaś przeciągnął się. Rozłożył przy tym szeroko ramiona i zamachał nimi kilkukrotnie niczym ptak drapieżny, któremu instynkt podpowiada, iż nadszedł oto czas łowów. Na obu tricepsach, jakże atrakcyjnie uwidocznionych dzięki podkoszulkowi z logo zamorskiej drużyny koszykarskiej, zamigotały tatuaże: z lewej – pochylony w klęku templariusz, owinięty wstęgą z napisem: Prawdziwemu Wierni Bogu, efekt niegdysiejszych fascynacji ezoterycznych, z prawej zaś – skośnooka sylfida z wydatnym biustem, pamiątka z wyprawy do jednego z rajów męskiej turystyki, o której to ekskursji Adaś wolałby nie pamiętać.

Gdzieś z boku rozperlił się jasny dziewczęcy śmiech. Trzy gracje, miłośniczki jakże popularnej w Pokraju farby do włosów o nazwie „Spurwysyński Heban”, kołysały biodrami w stronę końca kolejki.

Adaś błyskawicznie zsunął z czoła na nos lustrzane okulary i łypnął w stronę nadchodzącego szczęścia.

– Dzień dobry, śliczne wy moje! – wyszczerzył się, ujawniając między górnymi jedynkami zawadiacką diastemę. – Bileciki wam może załatwić zorganizować?

– Goń pałę, leszczu! – warknęła środkowa, a zewnętrzne wybuchły idealnie zsynchronizowanym śmiechem.

Bontonowy despekt nie zmącił uśmiechu Adasia nawet na moment.

– Zatem przy zjeżdżalni! – podniósł rękę i rzucił za odchodzącymi. – Si ju!

Odwrócił się. Zajrzał do wnętrza auta.

– Dobrze jest! – zakomunikował tonem znawcy. – Dzięki dzisiejszej spiekocie wyroiło samiczością tak okrutnie, że nawet ślepy ustrzeli pluszaka pocieszenia!

– Nie jestem ślepy – wymamrotał cicho głos z cadillaca.

– Seba, na miły Bóg! – skrzywił się Adaś. – Alegoria taka i metafora!

– Preferowałbym alternatywne – głos z wnętrza zdawał się jeszcze cichszy.

– Wróg u bram, nie czas na mysi skowyt! – huknął tubalnie Adaś. – Więc targaj graty, a ja nam załatwię tak zwany wjazd na cito!

Wrzucił do środka kluczyki i nie czekając na reakcję Sebastiana Rawy, pomaszerował w stronę kasy.

Minęło kilka dobrych przerażeń, zanim inżynier zdecydował się opuścić schron cadillaca. Czy to w ogóle ma jakiś sens? Czy wystarczająco dokładnie ogolił włosy na klatce piersiowej? Co powie, kiedy zobaczy go ktoś z pracy? Jak się wytłumaczy? Na przykład pani Halince z działu finansów, ona zawsze taka opalona, pewno bez przerwy siedzi na basenie? Albo – uchowaj Boże! – dyrektorowi Paciudze z zakładowego koła modlitewnego? Czy też dyspozytorowi Malinowskiemu, temu z kwadratową szczęką, który się chwali, że miał więcej studentek niż niejedna uczelnia?

A nawet jeśli uda mu się ich wszystkich uniknąć, to czy uniknie drwiących spojrzeń różnych obcych, kiedy już wystawi na publiczny osąd swoje blade i nieumięśnione ciało? A te jego kąpielówki? Wszak teraz się ponoć nosi długaśne i luźne gaciory, a on tuż przed wyjściem na basen wyciągnął ukradkiem z pawlacza wyblakłe slipy, w których kąpał się jeszcze za kawalera, bo przecież innych nie ma. Czy nie wzbudzą one aby niemiłego rechotu i palcami wytykania? A co będzie, jeśli Ilona jakimś cudem zobaczy, że tych slipów nie ma w domu? Na przykład strzeli jej co do łba i zechce sprawdzić, czy aby lampki choinkowe nie są popalone? A one na pawlaczu właśnie! No, po prawdzie w lecie jeszcze nigdy nie sprawdzała, bo niby po co, ale jak feralnie akurat sprawdzi? I go moralnie potępi? Się z nim rozwiedzie? Zabierze dziecko i widzenia z domem? Albo – i tu inżynier Rawa zadrżał najpotężniej – powie o wszystkim swojemu ojcu?

Wspomnienie teścia w mgnieniu oka wywołało w inżynierze stan prawdziwie spastycznych drżeń, a ich gwałtowna amplituda przesłoniła wcześniejsze lęki, jakie towarzyszyły mu w drodze na basen, wśród nich najistotniejszy.

Czy ja się w ogóle mogę komuś podobać?

Nie mogąc ścierpieć elektryczności owego pytania, Sebastian Rawa wyfrunął nerwowo z auta.

Zająć się czymś szybko, wykalkulował. Uwić gniazdko z patyczków zwykłych czynności. Umościć mchem hehesznych konwersacji. Przykryć siankiem bezrefleksyjności. Nie myśleć. Nie myśleć. Nie…

Otworzył bagażnik cadillaca. W środku kłębiło się wszystko, co było potrzebne Adasiowi do życia, a że było mu potrzebne naprawdę wszystko, ściśnięte rzeczy wystrzeliły Sebastianowi w twarz. Odskoczył, krzyknął przerażony, rozejrzał się trwożliwie – szczęśliwie nikt nie zwrócił na niego uwagi. Pozbierał szybko to, co wypadło na chodnik (rakietę tenisową, Xięgę Świętą, trzy sportowe buty, każdy od innej pary, dwa opakowania cielistych rajstop gładkich i jedno czarnych z ozdobnym szwem, zestaw masek karnawałowych, lubrykant oraz hełm salamandra, wzór 31), a potem zanurkował w czeluść potężnego kufra i przedzierając się przez coraz to głębsze warstwy, wyznaczające ery, okresy i epoki w życiu przyjaciela, dotarł do archaiku, jakim był zeszłoroczny sezon kąpielowy. Złapał torbę, z której wystawały płetwy, i mocno się natężając, wyszarpnął ją z tej gargantuicznej gęstwy na powierzchnię. Odetchnął z ulgą, otworzył torbę, sprawdził, czy jest wszystko, zadowolony kiwnął głową, zamknął samochód, pomknął w stronę długiej kolejki i już po chwili kręcił się przy jej końcu, zdezorientowany i zagubiony, bo przyjaciel – ku jego błyskawicznemu niepokojowi – zagadkowo się zdematerializował.

Na szczęście przeciągły gwizd, który rozpoznałby w miliardzie równoległych gwizdów, obrócił inżyniera Rawę w stronę drewnianego kiosku z napisem: KASA. Dostrzegł przy nim Adasia, który górując nad wężowiskiem człowieczym, kłębiącym się wokół okienka biletowego, machał doń przyzywająco.

Inżynier Rawa począł się przeciskać w stronę kiosku. Czuł, jak wrogie spojrzenia, otchłanne wapory i kwaśne inwektywy obłapiają go i duszą. Najchętniej by się wycofał, ale Adaś drwiłby z tego do samej pasterki. Dlatego brnął przez tę klejowatą ćmę, a jako że nigdy nie miał predylekcji do cudzej wilgoci powierzchniowej, krzywił się z obrzydzenia. Kiedy dotarł wreszcie do Adasia, niosąc na sobie przywłokę obcych kosmosów, dyszał niczym szerpa, który na szczycie góry gór przypomniał sobie, że nie zabrał plecaka z aparatem fotograficznym, i teraz wbiegł z nim ponownie, uprzedzając wybuch złości wspinacza, który go był wynajął.

– Ja tu, purwa, walczę z przeważającymi siłami wroga, jak nie przymierzając minister wojny albo i sam Pierwszy Obywatel, a wy się na tyłach dekujecie?! – przywitał inżyniera przyjaciel. – Co z wami, ogniomistrzu?

Sebastian pragnął odpowiedzieć równie dowcipnie, ale nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Rzęził potępieńczo, fabrykując jedynie jakiś ogrzy mamrot, więc Adaś – pojąwszy, iż na próżno oczekuje klarowności – pokręcił głową w zdegustowaniu, złapał inżyniera za rękę i pociągnął go mocno w stronę kasy.

I stało się jak w bilardzie czy kręglach: Sebastian Rawa huknął w stojącego przy kasie niskorosłego mężczyznę, wystrzelił go precz i znieruchomiał na jego miejscu, a Adaś, korzystając z owej nieoczekiwanej zbijanki, momentalnie się przygarbił i wcisnął w szczelinę okna kasowego mięsisty uśmiech.

– Celebrytko najpiękniejsza, daj no mnie tu dwa specjalne dla ludzi filmu! – zadudnił głosem o częstotliwości pitagorejskiej, która zestraja ludzi z wszechświatem.

Beata Kąklusz, młoda, najwyżej dwudziestopięcioletnia, kasjerka z lisią twarzą, aż podskoczyła na krześle i odpowiedziała matowym, jakby wystruganym z drewna klekotem:

– O, pan reżyser Adam!

Uśmiechnęła się przy tym szeroko, ukazując szereg równych, choć nieprzyjemnie cofniętych ząbków, osadzonych w masywnej żuchwie.

– I co i jak? – zakłapała. – Uchyli pan rąbka dziewczynie?

Nazwany reżyserem właściciel wypożyczalni aut ślubnych zmarszczył czoło w zakłopotaniu i zawiesił na dziewczynie spojrzenie psa sieroty.

– Becia, słońce ty moje – siorbnął funeralnie. – Niebo bym skradł ci, lecz nie mogę, gdyż etos zawodu mi wzbrania tudzież regulaminy.

– Ale ja muszę wiedzieć, czy w tym filmie gram się wcielam! – Beata Kąklusz wbiła w Adasia błagalne spojrzenie. – Gdyż bez wiedzy owej nie śpię, a bez snu pryszczeję!

Adaś potarł nos dla podkreślenia, że się zastanawia, a potem zalukał na boki, jakby sprawdzał, czy aby jakie szpiegowskie ucho zbyt nachalnie nie nadstawiło się w pobliżu, i konfidencjonalnie ściągnął brwi.

– Zatem dobrze, przeciek ci ekskluzywny uczynię, aczkolwiek nieoficjalne to dane i boczkiem.

Potaknęła, że czuje ciężar chwili, i z wrażenia przestała oddychać.

– Znalazłaś się w wąskim finale, żaba – zaszemrał.

Beata Kąklusz zapiszczała i w tej samej sekundzie, najpewniej przestraszona własnym wizgiem, złapała się za twarz. Głęboki wydech ulgi zasyczał jej przez palce.

– Jak wąskim? – wymamrotała, nie odrywając dłoni od ust.

Przygryzł wargi, sugerując tym, że nic więcej nie może zostać teraz ujawnione.

– Czekaj na znak sygnał – mrugnął do Beci półjawnie.

Pokiwała głową ze zrozumieniem i uwznioślona dobrocią, jakiej doświadczyła przed momentem ze strony znanego reżysera, najwyraźniej przychylnego jej talentowi, poklikała w klawiaturę, zmusiła drukarkę do wyplucia dwóch biletów i z wielkim hukiem przystawiła na nich pieczątkę:

ZASŁUŻONY DLA POKRAJU!

GRATIS

Szponiaste palce Adasia pochwyciły zdobycz chwacko i uniosły poza zasięg jej wzroku.

Na widok biletów inżynier Rawa rozejrzał się trwożliwie. Obce mu były bonanzy i hajdamactwa, a pomny maksymy tisze jediesz, dalsze budiesz (którą ojciec kazał mu powtarzać co wieczór przed snem wraz z modlitwą o kupomocnym aniele), zawsze wolał najpierw zatargać swój łupik do cichej norki i dopiero tam się nim cieszyć i sycić. Wszelako Adaś z krzykliwszego pierza był ulepiony i pęd życiowy czerpał nie tylko z osobistej zaradności, ale także z zawistnych spojrzeń co lichszej konkurencji. Więc i tym razem nie powstrzymał się przed próżną manifestacją i uniósłszy buńczucznie bilety nad głowę, omiótł skołtuniony w tyle tłum spojrzeniem satrapów i cezarów.

– Na chama tak? Bez kolejki nieuprzejmie? – rzęźliwy pomruk wydobył się niespodziewanie z nizin wszechrzeczy.

Adaś i Sebastian pochylili głowy.

Przed nimi stał karzeł nie pierwszej już młodości, z pobrużdżoną twarzą, o ruchliwych, owadzich oczach. Jedną ręką trzymał się za nos, drugą przekierowywał oskarżycielsko od Adasia do Sebastiana i z powrotem. Jakby zamierzał ich zamrozić albo obwinąć pajęczyną, która – przemknęło inżynierowi przez myśl – wystrzeli zaraz z tych krótkich i grubych palców.

Sebastian błyskawicznie je policzył: raz, dwa, trzy, cztery…

Sześć!

Jak u homunkulusa!

Główny specjalista od utylizacji odpadów komunalnych zadrżał, bo uświadomił sobie, że to tego właśnie karła wypchnął przed chwilą z kolejki. A kiedy dodatkowo dostrzegł na jego kusym rękawku zieloną opaskę z napisem: KONFRATERNIA WIELKIEGO POKRAJU, serce zaczęło mu walić jak szalone. Bo nawet jeśli powtarzane przez niewykształcony lud szeptanki, jakoby niziołki zawdzięczały istnienie samemu Lucyferowi, były jedynie cygaństwem i na wodę picem, to już opinii, iż ich Konfraternię lepiej omijać szerokim łukiem, nie należało zaliczać do płochych plotek. Zbyt wielu bowiem, co tak uczyniło, cierpiało dziś inwalidztwo obywatelskie, a nawet i banicję.

Trzeba go natychmiast przeprosić, pomyślał inżynier Rawa, ale nim zdążył w myślach odpowiednie dać rzeczy słowo, Adaś omiótł karła wyniosłym spojrzeniem i wystrzelił:

– Weteranowi z Iraku żałujesz, moskalu jeden?!

Po czym wskazał na Sebastiana.

– Hieny, nie ludzie! – dorzucił, wydymając mięsiste wargi.

Niskopienny konfrater łypnął pytająco na inżyniera, a ten – nie mniej wstrząśnięty – przerzucił ogłupiały wzrok na swojego najlepszego przyjaciela.

Na twarzy Adasia nie drgnął nawet najmniejszy muskuł.

– Panie majorze! – ryknął Adaś i ujął inżyniera za łokieć. – Tędy proszę!…

Napierająca na kiosk ciżba w jednej chwili się rozstąpiła. Ludzie zerkali teraz na Sebastiana z szacunkiem i bojaźnią, a on – targając ciągle dwie torby, swoją i Adasia – mijał ich wolno, na miękkich ze strachu nogach, podtrzymywany przez przyjaciela niczym stuletni starzec.

Kiedy znaleźli się przy bramie, Sebastian cichutko zapiszczał, jakby sam siebie chciał pożałować, ale Adaś ścisnął go mocniej, bo oto wyrósł przez nimi siwy strażnik z sumiastymi wąsami, ubrany mimo spiekoty w długi szary szynel, buty z cholewami oraz wielką czapę, na której złotym otoku widniał dumnie napis: CUD NAD PISŁĄ.

Siwy strażnik przyciągnął strzelbę do ramienia, stuknął obcasami i zasalutował.

– Praw-dzi-wy to za-szczyt, ma-jo-rze! – wysylabizował po żołniersku.

Sebastian, coraz potężniej zestresowany, nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Kiwnął więc tylko głową i podniósł do niej dwa palce w geście powitania.

W mózgu miotało mu się jedno pytanie: jak do tego człowieka dotarło, że jestem majorem, skoro Adaś powiedział to tylko raz, zaledwie minutę temu, w dodatku pięćdziesiąt metrów stąd?

Tym bardziej że nim nie jestem – skorygował sam siebie.

Czuł, że powinien to zgłębić, ale z oczywistych powodów bał się zapytać.

Tymczasem Adaś Rembelski podał strażnikowi bilety. Ów przedarł je zdecydowanym gestem, zwrócił i na koniec jeszcze raz zasalutował.

Tuż za bramą uderzył ich zapach chloru i bogactwo kobiecych krągłości. Adaś puścił już inżyniera i obracał się teraz na wszystkie strony niczym strzelec pokładowy bombowca atakowanego zewsząd przez sforę wrogich myśliwców. Z tą różnicą jedynie, że on akurat chciał być zestrzelony, i to jak najszybciej.

Tu jest jak w raju, myślał i wszystko mu się podobało: włosy długie i krótkie, jasne i ciemne, kręcone i proste, sterczące piersi i biusty grawitacji podległe, nogi do samego nieba i zawieszenia dużo niższe, pełne biodra oraz skóra i kości, alabastrowa bladość cery, ale też kawa z mlekiem, dosłownie wszystko.

Tymczasem inżynier Rawa wlókł się za nim z opuszczoną głową. Widok tych wszystkich ciał onieśmielał go i wręcz przerażał. Co roku z nastaniem upałów Adaś zabierał przyjaciela do ośrodka nadpiślańskich basenów kąpielowych i co roku ów cierpiał tam niewymowne męki. Bo choć kobiety mu się podobały, był pewien, że on nie podoba się im. A mając taką świadomość, trudno wszak swobodnie pluskać się w jacuzzi, prężyć na zjeżdżalniach czy chełpić prawidłowym ułożeniem rąk przy delfinie. Zwłaszcza że tego ostatniego i tak nigdy nie umiał.

I jeszcze teraz ten niby-major! Tudzież nieodpowiedzialne śmichy-chichy z lilipuciego funkcjonariusza Wielkopokrajskiej Konfraterni!

Sebastian Rawa czuł, że powinien w końcu postawić Adasiowym wicom stanowczą tamę. A jeśli nie tamę, to przynajmniej jazik. Dodreptał więc do przyjaciela i szturchnął go torbą w ramię.

– To nieuczciwe publicznie, a i wobec mnie prywatnie, Adaś – wydeklamował.

– Co? – bąknął właściciel wypożyczalni limuzyn ślubnych i nawet na niego nie spojrzał, ciągle bowiem był zajęty lustrowaniem dookolnego żywiołu niewieściego.

– Weteranem z wojny mnie definiować – uszczegółowił inżynier.

Adaś się skrzywił, jakby przełknął coś naprawdę gorzkiego.

– Teścia masz żołnierza, to starczy. A i fortel zmyślny doceń, bo do zimy byśmy tu zimowali, gdyby nie mua – oznajmił beznamiętnie i przyspieszył kroku.

Sebastian czknął smutno i powlókł się za nim.

Skręcili w stronę przebieralni i przez chwilę maszerowali w milczeniu. W niegasnącym upale inżynier uginał się pod ciężarem toreb i uznał, że to właściwy moment, by prosić przyjaciela o zamianę.

– Te, patrz, a te?! – zakrzyknął niespodziewanie Adaś, ruchem głowy pokazując Sebastianowi, gdzie powinien spojrzeć.

Inżynier podniósł szybko oczy i równie szybko je opuścił. Jednak ta krótka chwila wystarczyła, by przyswoił sobie obraz dwóch piersiastych blondynek, kołyszących rozłożystymi biodrami przy kamiennym grzybku, z którego tryskały strumienie wody. I by ten obraz zaturkotał mu w mózgu niczym rozpędzona kula we flipperze, ulubionej rozrywce obu przyjaciół z lat szczenięcych, pomijając rzecz jasna grę w kapsle i wrzucanie chrabąszczy do windy.

– Efektowne bardzo – potwierdził Sebastian Rawa tonem, w którym ku własnemu zaskoczeniu usłyszał swojego ulubionego lektora z filmów przyrodniczych. – Może nie klasycznie piękne, ale z niewątpliwym pierwiastkiem młodzieńczej dzikości, spotęgowanym przez odpowiednią dietę.

Adaś stanął jak wryty i wbił w niego spojrzenie niewolne od osłupienia.

– Ty mi tu nie dryluj wiśni, Seba! – fuknął. – Wszak nie jesteśmy w Telewizji Narodowej Pokraju, gdzie się uprawia intelektualne rodeo, tylko gdzie?

– Gdzie? – powtórzył jak echo inżynier i rozejrzał się zaskoczony, że jego najlepszy przyjaciel docieka spraw elementarnych w stopniu przedszkolnym. Albo – co bardziej prawdopodobne, a przez to nie mniej przykre – że to jego uważa za kompletnego bęcwała i ptasi móżdżek.

– Pierwszy zapytałem! – dociskał Adaś, kukając nań pedagogicznie.

Sebastian Rawa zrobił krok do przodu.

– No, w Cudzie nad Pisłą, ośrodku rekreacyjno-sportowym, Adaś, przecież wiem – odpowiedział, podciągając jak uczniak nogawki spodni.

Adaś uznał tę odpowiedź za dobrą, ale najwyraźniej niewystarczającą.

– Ani chybi jednak postradałeś, po jaki frędzel znaleźliśmy się w tymże Cudzie – zaczął, podnosząc przy tym palec dla nadania sobie większej powagi. – I to w porze dnia, która tradycyjnie służy farszawskim mężczyznom do zarabiania na chleb dla ich ukochanych rodzin, hę…?

Inżynier się zaczerwienił. Nie dlatego, że nie znał odpowiedzi. Znał doskonale, problem w tym, że wstydził się jej udzielić.

– A zatem…? – dociskał tymczasem Adaś.

Sebastian Rawa pochylił głowę.

– Mówiłeś, że celem dup oglądania – wyszeptał.

Adaś klasnął w dłonie i wciągnął powietrze głęboko w płuca.

– Celem dup oglądania to sobie tu może siedzieć jakiś starością cuchnący baron de Coubertin, dla którego liczył się sam udział w igrzyskach – oznajmił elegijnie.

Potem się przybliżył i opiekuńczo położył inżynierowi dłoń na ramieniu, a sztandar jego głosu załopotał samczością i braterstwem.

– Wszelako nas, Sebuś, nie zrobili w dziewiętnastym wieku! Więc dla nas liczy się wyłącznie zwycięstwo! I dlatego zjawiliśmy się tu, owszem, celem dup oglądania, ale w celu ich wyrwania!

– Ja też? – zapiało się Sebastianowi przedmutacyjnie.

Adaś błyskawicznie spochmurniał.

– Zwłaszcza ty! – mruknął. – U którego aktywność typu „wskocz mi na puklerz, mała!” to, powiedzmy sobie szczerze, bida i slams.

Omiótł inżyniera karawaniarskim spojrzeniem, odwrócił się i wszedł do przebieralni.

Obolały Sebastian Rawa trwał jeszcze przez dłuższą chwilę w mentalnym wytrzeszczu, spotniały od upału i obaw, aż w końcu nacisnął klamkę i podążył za przyjacielem.

Szatnia przywitała go kwaśnym melanżem zapachów sanitarnych i organicznych, a także wizualną apokalipsą.

Na dzień dobry całkiem golutki starzec, bez powodzenia usiłujący wcisnąć na pokrzywione gośćcem stopy piankowe klapki, w odrażającym pochyleniu ciała ukazał inżynierowi przydługi mieszek swych półimperiałów, zapewne już dawno z obiegu wycofanych.

Obok niego ćwiczył garbus, zawzięcie pochylając się i prostując; to ostatnie nie mogło się wszak udać do końca z przyczyn elementarnych.

Dalej siedział gładko ogolony podrostek, najwyżej osiemnastoletni, w mundurze z kampanii wrześniowej, i podśpiewując o rozmarynie (a może i pąkach róż? – ze względu na gwar inżynier nie słyszał dobrze), rozrabiał w żeliwnej manierce odżywkę białkową.

Kolejny starzec, pękaty jak świnka skarbonka i dokumentnie wydepilowany w miejscach, których Sebastian wolałby nigdy nie zauważyć, prężył się przez lustrem, wcierając w miękisz brzucha oliwkę do pielęgnacji niemowląt.