Wydawca: Studio Astropsychologii Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2010

Pokonaj cienie przeszłości ebook

Kazimiera Sokołowska

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pokonaj cienie przeszłości - Kazimiera Sokołowska

Czy marzysz co rano o tym, żeby dzień skończył się jak najszybciej?
Wydaje Ci się, że wszyscy wokół są wrogo nastawieni do Ciebie? Czujesz, że nic nie sprawia Ci radości? Czy wiesz, że mogą to być objawy depresji? Niewykluczone, że jest ona spowodowana także trudnymi przeżyciami z dzieciństwa, które rzutują na Twoje dzisiejsze życie.

Podobnie czuła się autorka. Pokazała jednak, że hartem ducha i konsekwencją jesteśmy w stanie pokonać wszystkie problemy wynikające być może z traumatycznej przeszłości. W tej książce udokumentowała zapis przemiany z osoby wiecznie nieszczęśliwej i pełnej frustracji, w człowieka
cieszącego się każdą chwilą. Możesz zaobserwować stopniowy postęp w walce z depresją i nerwicą, jaki Kazimiera Sokołowska doświadczyła
dzięki technikom samodzielnej terapii.

Czy chcesz już dziś dołączyć do grona osób szczęśliwych?

Wystarczy, że zastosujesz niezawodne i przede wszystkim sprawdzone techniki terapeutyczne, które pozwolą zrzucić jarzmo Twojej przeszłości. Szybko odczujesz znaczną poprawę samopoczucia, a lęki czy fobie bezpowrotnie znikną. Dowiesz się także, jak uniknąć błędów wychowawczych, by Twoje dziecko nie miało podobnych problemów.

Pozwól przeszłości odejść i przywitaj nowe życie.

Opinie o ebooku Pokonaj cienie przeszłości - Kazimiera Sokołowska

Fragment ebooka Pokonaj cienie przeszłości - Kazimiera Sokołowska

Re­dak­cja: Do­mi­ni­ka Du­da­rew

Pro­jekt okład­ki: Piotr Pi­siak

Skład kom­pu­te­ro­wy: Piotr Pi­siak

Ko­rek­ta: Ma­rze­na Żu­kow­ska

Wy­da­nie I

Bia­ły­stok 2014

ISBN 978-83-7377-642-5

© Co­py­ri­ght by Stu­dio Astrop­sy­cho­lo­gii, Bia­ły­stok, 2010.

All ri­ghts re­se­rved, in­c­lu­ding the ri­ght of re­pro­duc­tion in who­le or in part in any form.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej pu­bli­ka­cji nie może być po­wie­la­na

ani roz­po­wszech­nia­na za po­mo­cą urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych,

me­cha­nicz­nych, ko­piu­ją­cych, na­gry­wa­ją­cych i in­nych

bez pi­sem­nej zgo­dy po­sia­da­czy praw au­tor­skich.

15-762 Bia­ły­stok

ul. An­to­niuk Fabr. 55/24

85 662 92 67 – re­dak­cja

85 654 78 06 – se­kre­ta­riat

85 653 13 03 – dział han­dlo­wy – hurt

85 654 78 35 – sklep fir­mo­wy „Ta­li­zman” – de­tal

www.stu­dio­astro.pl e-mail:biu­ro@stu­dio­astro.pl

Wię­cej in­for­ma­cji znaj­dziesz na por­ta­lu www.psy­cho­tro­ni­ka.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WSTĘP

Je­stem le­ka­rzem, je­stem praw­ni­kiem, je­stem pre­ze­sem ban­ku, je­stem zna­nym pi­sa­rzem, je­stem… Ta­kie stwier­dze­nia nadal bu­dzą re­spekt i po­dziw in­nych. Tych osob­ni­ków okre­śla się jako lu­dzi suk­ce­su, szu­flad­ku­je się ich od za­ra­nia jako isto­ty lep­szej ka­te­go­rii, któ­rzy zaj­mu­ją wy­so­ki szcze­bel dra­bi­ny spo­łecz­nej. Po­mi­ja się ich za­cho­wa­nie w sto­sun­ku do in­nych i war­to­ści mo­ral­ne, któ­ry­mi się kie­ru­ją w ży­ciu co­dzien­nym.

Je­stem ro­dzi­cem. Ta­kie stwier­dze­nie naj­czę­ściej wy­wo­łu­je iro­nicz­ny uśmiech, a w gło­wie au­to­ma­tycz­nie na­su­wa się od­po­wiedź: „Też mi osią­gnię­cie. Każ­dy zdro­wy czło­wiek może być ro­dzi­cem, na­wet zwie­rzę­ta mają swo­je po­tom­stwo”. Je­stem da­le­ka od osą­dza­nia zwie­rząt, ale ten przy­kład na­su­nął mi się spon­ta­nicz­nie, po­nie­waż na lek­cjach ję­zy­ka pol­skie­go już od­mia­na przez przy­pad­ki za­sze­re­go­wa­ła zwie­rzę­ta do rze­czy: kto? czło­wiek, co? zwie­rzę.

Jak­że myl­na jest w wie­lu przy­pad­kach hie­rar­chia wy­ko­ny­wa­nych czyn­no­ści. Oso­bi­ście uwa­żam, że w pro­sto­cie tkwi wiel­kość i wszel­kie spraw­dzo­ne przez ludz­kość mą­dro­ści.

Ko­bie­tę zaj­mu­ją­cą się „tyl­ko” wy­cho­wy­wa­niem dzie­ci i pro­wa­dze­niem domu, uzna­je się po­tocz­nie za kurę do­mo­wą, za oso­bę, któ­ra zda­niem więk­szo­ści zaj­mu­je ni­ski szcze­bel dra­bi­ny spo­łecz­nej.

To ona wy­cho­wa przy­szłe­go le­ka­rza, praw­ni­ka, pre­ze­sa, pi­sa­rza i ro­dzi­ca. Dla­te­go rola mat­ki i ojca jest jed­ną z naj­waż­niej­szych ról w ży­ciu czło­wie­ka. W każ­dym z nas w więk­szym, bądź w mniej­szym stop­niu tkwi małe dziec­ko, a w tym dziec­ku po­glą­dy i praw­dy prze­ka­za­ne przez ro­dzi­ców i śro­do­wi­sko, w któ­rym zo­sta­ło wy­cho­wa­ne.

To są na­sze ko­rze­nie.

Gdzie moż­na uzy­skać wie­dzę na te­mat od­po­wie­dzial­ne­go, lo­jal­ne­go i wraż­li­we­go na ludz­ką krzyw­dę ro­dzi­ca?

W szko­le? W me­diach? W pra­sie? Nie! Nie ma ta­kiej edu­ka­cji.

Może te­ma­ty­ka nie­któ­rych fil­mów po­ru­sza w mi­ni­mal­nym stop­niu ce­chy do­bre­go ro­dzi­ca.

W nie­któ­rych pu­bli­ka­cjach o wy­cho­wa­niu przy­szłe­go po­ko­le­nia moż­na uzy­skać ogól­ną wie­dzę. Na­su­wa się py­ta­nie, kto czy­ta ta­kie książ­ki. Chy­ba tyl­ko stu­den­ci, gdy uczą się na obo­wiąz­ko­we eg­za­mi­ny.

Gdy je­steś ro­dzi­cem ma­łe­go dziec­ka, tyl­ko od cie­bie za­le­ży jak za­pro­gra­mu­jesz umysł swo­je­go po­tom­ka. Za­pew­ne zda­jesz so­bie spra­wę z tego, że je­steś dla swo­jej po­cie­chy pierw­szą i naj­waż­niej­szą oso­bą, któ­ra uczy go po­zna­wa­nia świa­ta.

Dziec­ko przyj­mu­je sło­wa i po­glą­dy bez fil­tra, bo je­steś dla nie­go au­to­ry­te­tem.

Ko­cha cię ca­łym ser­cem i du­szą. Two­ja praw­da o ota­cza­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści sta­je się jego praw­dą. Dziec­ko nie ana­li­zu­je two­ich po­glą­dów i czy­nów, bez­kry­tycz­nie wie­rzy w to, co mu prze­ka­zu­jesz. Ty je­steś naj­waż­niej­szym na­uczy­cie­lem dla dziec­ka.

Je­że­li co­dzien­nie będę mó­wi­ła dziec­ku, że jest nie­uda­ne, że nic nie po­tra­fi zro­bić, że do ni­cze­go się nie na­da­je, uwie­rzy, że jest nie­udacz­ni­kiem i ofia­rą losu. Bę­dzie do­ra­sta­ło w tym prze­ko­na­niu i prze­nie­sie cu­dze po­glą­dy o so­bie na do­ro­słe ży­cie. Bę­dzie bało się pod­jąć ja­kie­kol­wiek ry­zy­ko czy przed­się­wzię­cie, po­nie­waż jego umysł jest prze­ko­na­ny o tym, że nic nie po­tra­fi zro­bić dość do­brze. Swo­imi my­śla­mi i prze­ko­na­nia­mi o so­bie bę­dzie przy­cią­ga­ło jak ma­gnes sy­tu­acje i zda­rze­nia, któ­re utwier­dzą je, że jest gor­sze od in­nych.

Gdy będę ogra­ni­cza­ła wol­ność i swo­bo­dę dziec­ka, będę po­dej­mo­wa­ła za nie­go de­cy­zje, sta­nie się ono ka­le­ką ży­cio­wą.

Gdy dziec­ko bę­dzie sły­sza­ło na­ka­zy i za­ka­zy ze stro­ny ro­dzi­ca, a sło­wo „mu­sisz” bę­dzie nie­od­łącz­nym ele­men­tem wy­cho­waw­czym, a do tego osa­czysz go swo­ją oso­bą, cią­gle wy­ra­ża­jąc nie­za­do­wo­le­nie w po­sta­ci słow­nych obelg i kar cie­le­snych, wte­dy wy­cho­wasz czło­wie­ka, któ­ry bę­dzie miał lęk przed na­rzu­ca­niem.

Ja pa­dłam ofia­rą ta­kie­go wy­cho­wa­nia. Lęk przed na­rzu­ca­niem roz­prze­strze­nił się na całe moje co­dzien­ne ży­cie, mało tego, na­wet zja­wi­ska at­mos­fe­rycz­ne wy­wo­ły­wa­ły w moim umy­śle to­tal­ną pa­ni­kę. Ucie­ka­łam, za­my­ka­łam się w domu i cier­pia­łam okrut­ne męki. Wy­co­fa­łam się z ży­cia co­dzien­ne­go, sta­łam się sa­mot­ni­cą szu­ka­ją­cą uko­je­nia w przy­ro­dzie z da­le­ka od lu­dzi.

Brak oka­zy­wa­nia mi­ło­ści i czę­ste kry­ty­ko­wa­nie dziec­ka oraz po­rów­ny­wa­nie go do in­nych, jest rów­nież ka­ta­stro­fal­nym ele­men­tem wy­cho­waw­czym.

W przy­szło­ści nasz po­to­mek nie bę­dzie po­tra­fił obiek­tyw­nie oce­nić swo­ich przed­się­wzięć. Taka oka­le­czo­na psy­chicz­nie oso­ba bę­dzie przez całe ży­cie wal­czy­ła o cu­dzą mi­łość i uzna­nie. Taka wal­ka wy­wo­ła w niej smu­tek, roz­ża­le­nie i po­czu­cie winy, że nie jest dość do­bra w tym co robi. Bę­dzie po­stę­po­wa­ła au­to­de­struk­cyj­nie. Skrzyw­dzo­ne i od­rzu­co­ne przez ro­dzi­ców dziec­ko bę­dzie bało się zbli­żyć do in­ne­go czło­wie­ka. Już nie za­ufa ni­ko­mu.

Wśród tłu­mu lu­dzi, bę­dzie czu­ło się sa­mot­ne.

Roz­piesz­cza­nie dziec­ka bez sto­so­wa­nia prze­my­śla­nych kar, bez wy­ma­ga­nia od nie­go ja­kich­kol­wiek obo­wiąz­ków jest rów­nież nie­od­po­wied­nim wy­cho­wa­niem. Nie­świa­do­mie wy­cho­wa­my sa­mo­lu­ba i ka­le­kę ży­cio­wą. Wte­dy mamy pre­ten­sje do dziec­ka, że nie po­ma­ga w obo­wiąz­kach dnia co­dzien­ne­go, że jest opry­skli­we i le­ni­we. Tak na­praw­dę te uwa­gi ro­dzic po­wi­nien skie­ro­wać do sie­bie, bo to on w bar­dzo du­żym stop­niu przy­czy­nił się do ta­kie­go, a nie in­ne­go wy­cho­wa­nia.

Ro­dzi­ce, któ­rzy od­re­ago­wu­ją na bez­bron­nym dziec­ku swo­je nie­za­do­wo­le­nie, są nie­od­po­wie­dzial­ni i ego­istycz­ni. Ta kru­cha isto­ta jest bez­bron­na w sto­sun­ku do ro­dzi­ca, naj­czę­ściej nie sta­wia żad­ne­go opo­ru ani sło­wa sprze­ci­wu.

Czy tak ma wy­glą­dać rola mat­ki czy ojca?

Obec­nie pro­blem nie­wła­ści­we­go po­stę­po­wa­nia ro­dzi­ców wo­bec dzie­ci po­ru­sza się w me­diach. W cza­sie mo­je­go dzie­ciń­stwa, w kra­ju so­cja­li­stycz­nym, ta­kich te­ma­tów za­zwy­czaj nie po­ru­sza­no i nie ujaw­nia­no pro­ble­mów z tym zwią­za­nych.

Tra­ge­die roz­gry­wa­ły się za za­mknię­ty­mi drzwia­mi. Be­stial­scy ro­dzi­ce nad­uży­wa­li swo­ich praw nie po­no­sząc za to żad­nych kon­se­kwen­cji.

Moja książ­ka jest ape­lem do ro­dzi­ców, aby nie po­peł­ni­li błę­dów wy­cho­waw­czych w sto­sun­ku do swo­ich dzie­ci.

War­to za­in­we­sto­wać w psy­cho­lo­ga czy w książ­kę, aby po­sze­rzyć swo­ją wie­dzę na te­mat wy­cho­wa­nia przy­szłe­go po­ko­le­nia. Po co two­rzyć przy­szłe ka­le­ki psy­chicz­ne, sko­ro moż­na temu za­po­biec.

Pa­dłam ofia­rą ta­kie­go nie­od­po­wie­dzial­ne­go wy­cho­wa­nia, dla­te­go za­cho­ro­wa­łam na de­pre­sję i ner­wi­cę lę­ko­wą.

Wszel­kie zmia­ny oso­bo­wo­ści czło­wie­ka ro­dzą się w cier­pie­niu.

Zmia­na z nie­win­ne­go, na­iw­ne­go dziec­ka w dziec­ko za­lęk­nio­ne, za­mknię­te w so­bie – zro­dzi­ła się w cier­pie­niu.

Zmia­na oso­by cier­pią­cej z po­wo­du lęku i de­pre­sji, z okrut­nym ba­ga­żem do­świad­czeń z dzie­ciń­stwa – w isto­tę od­waż­ną, pew­ną sie­bie i wła­snej war­to­ści – ro­dzi się w cier­pie­niu.

POBYT W PLACÓWCE PSYCHOLOGICZNEJ

Nad­szedł dzień, któ­re­go się oba­wia­łam.

O go­dzi­nie 9 rano mam je­chać do ośrod­ka dla ner­wo­wo cho­rych.

Pla­ców­ka znaj­du­je się w ma­low­ni­czej gór­skiej miej­sco­wo­ści, od­da­lo­nej 50 ki­lo­me­trów od mo­je­go miej­sca za­miesz­ka­nia. Jest pią­ta rano. Całą noc nie zmru­ży­łam oka, tak bar­dzo prze­ra­ża mnie po­byt wśród nie­zna­jo­mych lu­dzi.

Prze­śla­du­je mnie oba­wa, że nie za­pa­nu­ję nad lę­kiem, nie znaj­dę ustron­ne­go miej­sca, w któ­rym będę mo­gła cho­ciaż tro­chę wy­ci­szyć emo­cjo­nal­ny nie­po­kój. Pa­ni­ka ogar­nia mnie na samą myśl, że le­cze­nie ma trwać trzy mie­sią­ce.

Jest sza­ry, li­sto­pa­do­wy dzień. Po­go­da zda­je się utoż­sa­miać z moim na­stro­jem. Za oknem pada rzę­si­sty deszcz, a z mo­ich oczu wciąż pły­ną łzy. Tak bar­dzo mo­dli­łam się do Boga i pra­gnę­łam, aby po­mógł mi upo­rać się z ner­wo­wy­mi do­le­gli­wo­ścia­mi, że­bym nie mu­sia­ła opusz­czać domu. Nic z tego. Psy­chicz­na mę­czar­nia, a co za tym idzie, tak­że do­le­gli­wo­ści fi­zycz­ne, na­si­la­ły się z dnia na dzień.

Po śmier­ci mat­ki, kil­ka lat temu, moje ży­cie oso­bi­ste ule­gło dra­stycz­nej zmia­nie. Nie by­łam sobą. Rzą­dził mną lęk, któ­re­mu pod­po­rząd­ko­wa­łam się jak nie­wol­ni­ca okrut­ne­mu panu.

Ba­łam się swo­ich nie­prze­wi­dy­wal­nych re­ak­cji emo­cjo­nal­nych. Ba­łam się lu­dzi. Ba­łam się ży­cia. Ba­łam się do­słow­nie wszyst­kie­go. Mi­nę­ły do­pie­ro dwa mie­sią­ce od wa­ka­cji, a ja już mam pro­ble­my z wy­cho­dze­niem z domu do pra­cy. Pa­ra­li­żu­je mnie strach na samą myśl, że mu­szę być poza do­mem wśród lu­dzi aż pięć go­dzin. Tę sy­tu­ację ła­go­dzi je­dy­nie po­wta­rza­ne jak man­tra zda­nie: „Nie­dłu­go wró­cisz do domu”.

Prze­ra­sta­ją mnie obo­wiąz­ki dnia co­dzien­ne­go. Mam pro­blem ze sobą. Od­bie­gam za­cho­wa­niem od zdro­wych lu­dzi. Mu­szę się le­czyć i wyjść z tego ma­ra­zmu, a sama nie po­tra­fię so­bie po­móc. Cho­dzę, po­ru­szam rę­ka­mi, wi­dzę, pra­cu­ję, ale je­stem tak roz­trzę­sio­na i zdru­zgo­ta­na emo­cjo­nal­nie, że nie po­tra­fię już nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Do­pa­dła mnie de­pre­sja. Ucie­kam, cho­wam się przed ludź­mi, cier­pię, jest mi prze­ra­ża­ją­co smut­no, nie wi­dzę sen­su ist­nie­nia i na do­miar złe­go, cały czas się boję. Sam fakt ży­cia prze­ra­sta mnie. Spró­bu­ję swo­je cier­pie­nie po­rów­nać do na­stę­pu­ją­cej sy­tu­acji:

Czu­ję się jak­bym stą­pa­ła po de­sce, któ­ra jest umo­co­wa­na nad prze­pa­ścią i łą­czy dwa gór­skie szczy­ty. W każ­dej chwi­li mogę nie­ostroż­nie po­sta­wić sto­pę i spaść. Wciąż uważ­nie ob­ser­wu­ję de­skę i swo­je kro­ki. Drżę, trzę­sę się, bra­ku­je mi po­wie­trza, wzrok od­ma­wia po­słu­szeń­stwa, wi­dzę roz­ma­za­ny ob­raz, mam za­wro­ty gło­wy. Sia­dam wy­czer­pa­na na de­sce, aby chwi­lę od­po­cząć. Trzy­mam się jej kur­czo­wo rę­ka­mi. Pod­no­szę się i nadal zmie­rzam w wy­ty­czo­nym kie­run­ku. Moje mię­śnie są spię­te, uważ­nie stą­pam po de­sce, aby nie stra­cić rów­no­wa­gi i nie za­bić się. Gdy od cza­su do cza­su, na krót­ką chwi­lę, wstę­pu­je we mnie od­wa­ga, spo­glą­dam ukrad­kiem z góry na lu­dzi. Wi­dzę jak swo­bod­nie po­ru­sza­ją się, sta­wia­ją pew­ne kro­ki na zie­mi. Ro­dzą się we mnie ma­rze­nia, aby być ta­kim sa­mym czło­wie­kiem jak inni.

Boże, już za pół go­dzi­ny wy­jeż­dżam. Może się wy­co­fać? Może zwol­nić się z pra­cy i prze­by­wać tyl­ko w domu? Nie. Precz z tymi de­struk­cyj­ny­mi my­śla­mi. Mu­szę wal­czyć o sie­bie. Nie pod­dam się. Mu­szę się le­czyć. Po­byt w pla­ców­ce umoż­li­wi mi uzy­ska­nie zwol­nie­nia le­kar­skie­go z pra­cy. Dzię­ki temu będę mo­gła ubie­gać się o rocz­ny urlop zdro­wot­ny dla na­uczy­cie­li. Mu­szę kur­czo­wo trzy­mać się tych my­śli – one po­zwo­lą mi prze­trwać le­cze­nie w ośrod­ku. Mam dzie­ci, one mnie po­trze­bu­ją. Mam dla kogo żyć!

O Boże! Mąż za­czął wy­no­sić moje rze­czy do ba­gaż­ni­ka.

Ze łza­mi w oczach po­że­gna­łam się z dziew­czyn­ka­mi i wsia­dłam do sa­mo­cho­du. Sku­li­łam się na przed­nim sie­dze­niu i ob­ser­wo­wa­łam as­fal­to­wą dro­gę, po któ­rej mknął po­jazd.

Włą­czy­łam ra­dio i za­to­pi­łam się w swo­ich prze­ra­ża­ją­co smut­nych my­ślach. W pew­nym mo­men­cie mia­łam chęć otwo­rzyć drzwi i ucie­kać do roz­cią­ga­ją­cych się wzdłuż dro­gi la­sów.

Na­ra­sta­ła we mnie pa­ni­ka, a wraz z nią co­raz go­rzej mi się od­dy­cha­ło. Chy­ba się udu­szę. Zno­wu za­wład­nę­ły mną – pod­sy­ca­ne lę­kiem – my­śli: „Czy zdo­łam po­ko­nać pa­ni­kę przy ob­cych lu­dziach w ośrod­ku? Kie­dy skoń­czy się ten kosz­mar? Gdy nie będę mo­gła wy­trzy­mać już we wła­snej skó­rze, to mogę skoń­czyć z cier­pie­niem. Do­brze, że ist­nie­je śmierć”.

Ta myśl uspo­ko­iła mnie i roz­luź­ni­ła na­pię­te do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści mię­śnie. Po­wo­li za­czę­ła opusz­czać mnie pa­ni­ka. Sa­mo­chód nie­ubła­ga­nie po­ko­ny­wał ko­lej­ne ki­lo­me­try, zbli­ża­jąc się do miej­sca, któ­re­go tak bar­dzo się ba­łam. Po paru mi­nu­tach, przed mo­imi ocza­mi, wy­ło­ni­ły się mury obiek­tu, w któ­rym będę się le­czy­ła. Sa­mo­chód sta­nął na pod­jeź­dzie przed fron­to­wy­mi drzwia­mi bu­dyn­ku. Szyb­ko po­że­gna­łam się z mę­żem i na trzę­są­cych no­gach, po­dą­ży­łam do szpi­ta­la. Tak krę­ci­ło mi się w gło­wie, że le­d­wo tra­fi­łam ręką na klam­kę. Otwo­rzy­łam drzwi i we­szłam na ko­ry­tarz, na któ­rym nie­zna­jo­me mi oso­by gło­śno roz­ma­wia­ły ze sobą. Na­gle, wszyst­kie pary oczu skie­ro­wa­ły się na moją przy­gar­bio­ną po­stać. Nie­śmia­ło przy­wi­ta­łam się z nimi i usia­dłam w ką­cie na ław­ce. Le­karz psy­chia­tra i pa­nie psy­cho­log za­pro­wa­dzi­li nas do ob­szer­nej sali, w któ­rej znaj­do­wa­ło się dużo ma­te­ra­ców. Za­po­zna­li nas z re­gu­la­mi­nem pa­cjen­ta, od­po­wia­da­li na za­da­wa­ne py­ta­nia, któ­re do­ty­czy­ły sku­tecz­no­ści i spo­so­bu le­cze­nia. Na­stęp­nie ulo­ko­wa­no nas w po­ko­jach, gdzie mie­li­śmy miesz­kać. A ja nadal bi­łam się z my­śla­mi: „Odejść czy zo­stać?”. Czu­łam się za­gu­bio­na i prze­stra­szo­na. Per­spek­ty­wa prze­by­wa­nia w pla­ców­ce wy­zwa­la­ła we mnie obez­wład­nia­ją­cy strach. To było nie­moż­li­we do za­ak­cep­to­wa­nia, a co do­pie­ro do re­ali­za­cji. Szyb­ko i nie­dba­le roz­pa­ko­wa­łam ba­gaż. Ru­szy­łam do par­ku, aby zna­leźć się z dala od lu­dzi. Opie­ra­jąc się o drze­wo, ode­tchnę­łam z ulgą. Przy­ro­da za­wsze przy­cho­dzi­ła mi z po­mo­cą, wpły­wa­jąc po­zy­tyw­nie i wy­ci­sza­ją­co na ne­ga­tyw­ne re­ak­cje emo­cjo­nal­ne. Przy­kuc­nę­łam koło drze­wa, opar­łam się o jego wil­got­ną korę i pła­ka­łam. Co ja ta­kie­go uczy­ni­łam, że zna­la­złam się w ta­kim miej­scu? Dla­cze­go los ze­pchnął mnie aż tu­taj do pla­ców­ki dla ner­wo­wo cho­rych? Boże, co ze mną bę­dzie? Czy lęk wresz­cie mnie opu­ści? Cze­go ja się tak boję? Dla­cze­go tak cier­pię? Moja du­sza jest cho­ra. Po co ja żyję?

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach za­uwa­ży­łam, że ja­kaś za­gu­bio­na oso­ba z ośrod­ka po­dą­ża moim śla­dem. Otar­łam łzy chu­s­tecz­ką i za­czę­łam ob­ser­wo­wać po­stać. Za­sta­na­wia­łam się, co ją tu­taj przy­wio­dło, ja­kie wy­da­rze­nia zła­ma­ły jej psy­chi­kę. Nie­śmia­ło ob­ser­wo­wa­ły­śmy sie­bie na­wza­jem. Wresz­cie na­wią­za­ły­śmy roz­mo­wę. Zro­bi­ło mi się tro­chę lżej na du­szy. Moje oba­wy, pro­ble­my i za­pa­try­wa­nia zwią­za­ne z po­by­tem w ośrod­ku były po­dob­ne do po­glą­dów nowo po­zna­nej ko­le­żan­ki.

W od­da­li było sły­chać głos ko­le­gi, któ­ry za­pra­szał nas do bu­dyn­ku. Cały dzień mi­nął nam na wza­jem­nym po­zna­wa­niu się, opo­wia­da­niu o swo­ich do­le­gli­wo­ściach ner­wo­wych, lę­kach, ob­ja­wach i na ocze­ki­wa­niu re­zul­ta­tów w le­cze­niu. Przy­glą­da­łam się uważ­nie lu­dziom, któ­rzy wy­glą­da­li na zdro­wych i zrów­no­wa­żo­nych psy­chicz­nie. Po ko­la­cji, nie­któ­rzy po­ło­ży­li się do łó­żek, inni roz­ma­wia­li, sie­dząc na ław­kach. Ja krę­ci­łam się nie­cier­pli­wie, cho­dząc po ko­ry­ta­rzu, wal­czy­łam z my­śla­mi. By­łam roz­dar­ta. Nie wie­dzia­łam jaką pod­jąć de­cy­zją: zo­sta­ję czy wy­jeż­dżam. Tak mio­ta­łam się ze swo­imi my­śla­mi, że nie za­uwa­ży­łam ogar­nia­ją­cych mnie ciem­no­ści. Tkwi­łam sama na ko­ry­ta­rzu. Ze­gar wy­bił go­dzi­nę 23.

Ogar­nął mnie pa­nicz­ny lęk. Śmier­tel­nie ba­łam się za­mknię­cia. Pod­cho­dzi­łam kil­ka­na­ście razy do drzwi fron­to­wych i na­ci­ska­łam klam­kę. Nie­ste­ty wej­ście było za­mknię­te na noc dla na­sze­go bez­pie­czeń­stwa. We­szłam do to­a­le­ty, za­świe­ci­łam świa­tło i usia­dłam w ką­cie na zim­nej po­sadz­ce. Wsta­wa­łam do umy­wal­ki, aby opłu­kać twarz zim­ną wodą. Pod­cho­dzi­łam do okna i wdy­cha­łam świe­że po­wie­trze, któ­re­go tak bar­dzo mi bra­ko­wa­ło. Ze stra­chu i roz­pa­czy pła­ka­łam i po­pa­da­łam w co­raz więk­szą pa­ni­kę.

Już sta­łam przed drzwia­mi po­ko­ju le­ka­rza i za­sta­na­wia­łam się, czy go obu­dzić. Chcia­łam stąd wyjść i zna­leźć się w domu.

Gdy kła­dłam rękę na klam­ce, do mó­zgu za­czę­ła do­bi­jać się lo­gicz­na myśl:

„Ty nig­dzie nie czu­jesz się bez­piecz­nie, lęki do­pa­da­ją cię wszę­dzie. Je­steś wo­bec swo­ich emo­cjo­nal­nych re­ak­cji bez­rad­na. Sko­rzy­staj z le­cze­nia, może to jest osta­nia szan­sa. Albo? No wła­śnie, na to, żeby ze sobą skoń­czyć za­wsze bra­ko­wa­ło mi od­wa­gi”.

Ten kosz­mar trwał aż do czwar­tej rano. Przy­po­mnia­łam so­bie, że ukry­łam przed le­ka­rzem kil­ka ta­ble­tek uspo­ka­ja­ją­cych. Te­raz by­łam z sie­bie za­do­wo­lo­na, że ich nie od­da­łam zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym re­gu­la­mi­nem. Po­łknę­łam dla pew­no­ści dwie ta­blet­ki i po­ło­ży­łam się do łóż­ka.

Obu­dził mnie od­głos gon­gu oznaj­mia­ją­ce­go po­bud­kę. W po­łu­dnie ze­bra­li­śmy się w sali. Sie­dzie­li­śmy wy­god­nie na ma­te­ra­cach i opo­wia­da­li­śmy o swo­ich pro­ble­mach, któ­re nas tu przy­wio­dły. Gdy przy­szła moja ko­lej, opo­wie­dzia­łam, że bar­dzo ko­cha­łam swo­ją mat­kę, któ­ra zmar­ła kil­ka lat temu. Mó­wi­łam, że bra­ku­je mi jej i że ży­cie bez ro­dzi­ca sta­ło się dla mnie cię­ża­rem. Moją wy­po­wiedź prze­rwał płacz. Gdy się uspo­ko­iłam, nadal opo­wia­da­łam o swo­jej mat­ce w sa­mych su­per­la­ty­wach. Wspo­mnia­łam, że po jej śmier­ci za­czę­ły się lęki, któ­re prze­śla­du­ją mnie do tej pory. Do­bit­nie pod­kre­śli­łam, że nie daję so­bie rady w ży­ciu co­dzien­nym. Ta­kie sta­no­wi­sko wo­bec mat­ki zaj­mo­wa­łam przez kil­ka na­stęp­nych se­sji te­ra­peu­tycz­nych. Ko­le­żan­ki i ko­le­dzy utoż­sa­mia­li się z moim cier­pie­niem. Za­zdro­ści­li mi tak wspa­nia­łej mamy. Współ­czu­li, że stra­ci­łam tak bli­ską mo­je­mu ser­cu przy­ja­ciół­kę. Le­karz i psy­cho­lo­dzy, przy­glą­da­li mi się uważ­nie, nie sta­ra­li się oba­lać mo­ich po­glą­dów na te­mat mat­ki, któ­re wy­po­wia­da­łam pew­nie i gło­śno.

Po dwóch, może trzech ty­go­dniach, za­czę­łam bez­piecz­niej i pew­niej czuć się w obec­no­ści to­wa­rzy­szy. Lęki co­raz mniej mnie prze­śla­do­wa­ły. Już tak usil­nie nie wal­czy­łam o ukry­cie ich. Wręcz prze­ciw­nie – gło­śno roz­ma­wia­li­śmy o swo­ich re­ak­cjach emo­cjo­nal­nych, do­da­jąc so­bie na­wza­jem otu­chy.

Z dnia na dzień, co­raz bar­dziej wie­rzy­łam, że mogę po­ko­nać cho­ro­bę. Tu­taj co­raz rza­dziej ukry­wa­łam emo­cje, nie uda­wa­łam ko­goś, kim nie by­łam. Każ­dy uważ­nie wsłu­chi­wał się w pro­ble­my in­nych i sta­rał się do­ra­dzać w ich roz­wią­zy­wa­niu, tak jak po­tra­fił naj­le­piej.

Wspól­nie spa­ce­ro­wa­li­śmy po oko­li­cach ośrod­ka. By­li­śmy dla sie­bie uprzej­mi i wy­ro­zu­mia­li. Prze­sta­łam się gar­bić i sku­piać na swo­ich do­le­gli­wo­ściach fi­zycz­nych. Po raz pierw­szy w ży­ciu od­po­czy­wa­łam, sto­su­jąc me­to­dy re­lak­sa­cyj­ne. Tu­taj nie roz­ła­do­wy­wa­łam re­ak­cji emo­cjo­nal­nych pra­cą fi­zycz­ną i nie ucie­ka­łam od lu­dzi. Co­raz czę­ściej śmia­łam się i o dzi­wo, do­brze czu­łam się w to­wa­rzy­stwie lu­dzi. Po­zna­łam inną stro­nę ży­cia, a nie cią­głe wy­ko­ny­wa­nie obo­wiąz­ków, pra­ca i zaj­mo­wa­nie się cu­dzy­mi pro­ble­ma­mi, po­mi­ja­jąc swo­je po­trze­by. Tu­taj do­zna­wa­łam no­wych, nie­zna­nych mi do­tąd uczuć. Przy­tu­la­nie się do ob­ce­go czło­wie­ka na po­wi­ta­nie i po­że­gna­nie. Pró­bo­wa­łam na­uczyć się za­ufa­nia do dru­giej oso­by.

Nie­ste­ty, te do­bre chwi­le mi­ja­ły bar­dzo szyb­ko. Gdy wy­jeż­dża­łam do domu na week­end i opusz­cza­łam cie­plar­nia­ne wa­run­ki w ośrod­ku, ba­łam się spo­tka­nia z rze­czy­wi­sto­ścią. Bra­ko­wa­ło mi pew­no­ści sie­bie, nie umia­łam od­pie­rać ata­ków „życz­li­wych” mi lu­dzi.

Ba­wi­łam się w świą­tecz­ny dzień z cór­ka­mi. W pew­nym mo­men­cie za­uwa­ży­łam opar­tą o płot są­siad­kę. Za­czę­ła mnie wy­py­ty­wać o zdro­wie. Nie omiesz­ka­ła tak­że po­in­for­mo­wać mnie, że lu­dzie py­ta­ją czy je­stem nor­mal­na. Za­sko­czo­na i przy­bi­ta tymi sło­wa­mi, ucie­kłam do domu.

Z