Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 440
Rok wydania: 1975
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Miguel de Unamuno
POKÓJ WŚRÓD WOJNY
Literatura Iberyjska
Miguel de Unamnno
POKÓJ WŚRÓD WOJNY
M o * ^
*
* 4
Posłowie
POKÓJ WŚRÓD WOJNY
przełożyła Kalina Wojciechowska
posłowiem i przypisami opatrzył Kazimierz Przyboś
Tytuł oryginału: Paz en la guerra
Projekt obwoluty i tłoczenia Maria Czajkowska-Banach * ".cdaktor Henryk Woźniakowski
*
Printed in Poland
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975
Wyd. I. Nakład 10 000+283 egz. Ark. wyd. 16,9 Ark. druk. 19
Papier druk. mat. kl. III 84X104, 70 g.
Oddano do składania 13 VI 75.
Podpisano do. druku 19. XII 75.
Druk ukończono w styczniu 1976.
Zam. 427/75 Z-18-114 Cena zł 50,—
Drukarnia Narodowa, Z-l, Kraków ul. Manifestu Lipcowego
? 1 *
Przy jednej z tak zwanych w Bilbao siedmiu ulic, tworzących zalążek miasta, gdzieś w latach czterdziestych mieścił się podrzędny sklepik, z tych co zajmują połowę sieni wzdłuż, a wchodzi się do nich przez drzwiczki zwisające z sufitu i po otwarciu sklepu zawieszane na haczyku. Była tam cukiernia pełna much, gdzie sprzedawano różnego rodzaju towary, maleńka kopalnia złota, która, jeśli wierzyć sąsiadom, przysparzała właścicielowi wielkich zysków. Opowiadano, że w tych starych domach siedmiu ulic ukryte były, być może zamurowane, pękate woreczki pełne monet, bo od czasu gdy zaczął rozwijać się handel, wrzucano tam miedziak do miedziaka z niezłomną wolą oszczędzania.
W godzinie, kiedy ruch na ulicach zaczynał się ożywiać, około południa, można było dostrzec krzątającego się przy kontuarze właściciela w koszuli z zawiniętymi rękawami, z pucołowatą twarzą, rumianą, wygoloną i tryskającą zadowoleniem.
Pedro Antonio Iturriondo urodził się jednocześnie z konstytucją roku 1812. Jego pierwsze lata były latami wolno płynących godzin, spędzanych w cieniu kasztanów # i orzechów albo na łące przy pilnowaniu krowy, a gdy jako bardzo młody chłopak udał się do Bilbao, by się tam wyuczyć pod kierunkiem swego wuja sztuki ucierania czekolady na proszek, był wielce poważny i nieśmiały. Ponieważ uczył się swego rzemiosła podczas patriarchalnego dziesięciolecia Stu Tysięcy Synów św. Ludwika, absolutyzm dla niego oznaczał młodość spokojną, spędzoną w półmroku kantorka sklepiku w dni pracy i na tańcach na pla-
cu Albia w dni świąteczne. Z tego, co słyszał od swego wuja o rojalistach i konstytucjonalistach, o „apostołach", masonach, o regencji w Urgel i pamiętnym trzyleciu 1820— 23 (które kazało narodowi, przejedzonemu już wolnością — jak mówił jego wuj — żądać inkwizycji i kajdan) czerpał Pedro swą znikomą wiedzę o kraju, gdzie zrządzeniem losu wypadło mu żyć.
W pierwszych latach swego życia miejskiego często odwiedzał rodziców na wsi, zaniedbał jednak tego obyczaju, gdy na tańcach niedzielnych poznał hożą dziewczynę imieniem Josefa Ignacia, uosobienie, w jego pojęciu, pogodnego spokoju i cichej, lecz zawsze obecnej radości. Za radą wuja po długich deliberacjach postanowił pojąć ją za żonę i niewiele już dni brakowało do wyznaczonej daty ślubu, gdy po śmierci Ferdynanda VII wybuchło powstanie karlistów i Pedro Antonio, posłuszny wujowi, który go wychował, w dwudziestym pierwszym roku życia przystąpił do zbuntowanych w Bilbao oddziałów rojalistycznych pod dowództwem Zabali, porzucając w ten sposób pracę i sklep, aby z karabinem w ręku bronić swojej wiary, zagrożonej przez konstytucjonalistów, prawowiernych potomków renegatów, zwolenników ugody z Francją, jak mówił jego wuj, dodając przy okazji, że naród, co przepędził orły cesarskie, potrafi wymieść masoński ogon, pozostawiony w naszym domu. Niesporo mu było rozstawać się z narzeczoną, ale Josefa Ignacia przełknąwszy łzy, umocniona wiarą w Boga, który daje czas i który go zabiera, pierwsza zachęcała go, by wypełnił wolę swego wuja, która — zdaniem księży — była zarazem wolą Boga, zapewniając, że będzie na niego czekać i składać przez ten czas oszczędności, a także modlić się za niego, by natychmiast po zwycięstwie słusznej sprawy mogli się pobrać w spokoju i z błogosławieństwem Boga.
Jakże wspominał Pedro Antonio swoje Siedem Lat epickich! Trzeba go było słyszeć, gdy łamiącym się przy końcu opowieści głosem opisywał śmierć don Tomasa, bo tak zawsze nazywał generała Zumalac&rregui*, wodza z koroną
Zumalacarregui Thomas (1788—1835) — dowódca oddziałów karlistowskich; poległ w 1835 r. pod Bilbao (Przypisy osobno nie sygnowane opracował K. Przyboś).
męczennika. Kiedy indziej mówił o oblężeniu Bilbao, „tego samego Bilbao, gdzie mieszkamy", albo o nocnej bitwie
0 fort Luchana czy zwycięstwie pod Oriamendi, a zwłaszcza warto było posłuchać, jak opowiadał o spotkaniu w Vergara, kiedy Maroto i Espartero uściskali się na środku miedzy, a obie stare armie wielkim głosem domagały się spokoju po tak długim i tak ciężkim wojowaniu. Ile dróg przemaszerowali, ile się nałykali kurzu!
Po podpisaniu ugody, odrzuciwszy dymiący jeszcze karabin, wrócił Pedro Antonio do Bilbao i pamięć o wojnie siedmioletniej przyświecała jego życiu, rozgrzewała je ciepłem ideału ucieleśnionego w świecie wojennego trudu
1 chwały. I tak, powróciwszy do swego rzemiosła w roku 1840, mając lat dwadzieścia osiem, ożenił się z Josefą Ig-nacią, która wręczyła mu swe oszczędności. Dopasowali się jedno do drugiego od pierwszego dnia i w serdecznym cieple żony, jej spokoju i łagodności umacniała się i oczyszczała pamięć Siedmiu Lat bohaterskich.
— Chwała Bogu — zwykł mawiać — przeminęły te czasy. Ileśmy wycierpieli dla Sprawy, ile poświęceń, które nic nie przyniosły prócz goryczy! Na wiele się przydała ta wojna! Wszystko tylko po to, żeby móc o tym opowiadać. Pokój, pokój, i niech rządzi ten, kto rządzi, bo na końcu i tak Bóg od wszystkich zażąda rachunku.
To mówiąc delektował się słodyczą swoich wspomnień. Josefa Ignacia, choć znała już wszystko na pamięć, zawsze chętnym uchem słuchała epizodów tych siedmiu lat, przekonana, że ów świątobliwy mąż walczył w obronie wiary i nie dostrzegając umiłowania wojny w jego hymnach na cześć pokoju.
Po śmierci rodziców i wuja sklep przeszedł na własność Pedra Antonia, który na zawsze oderwał się od swej wioski. Nie na tyle jednak, żeby nie marzyć czasem o niej w zamknięciu czterech ścian swego handelku. Jego spojrzenie biegło śladem krów przeciągających ulicą i nieraz, drzemiąc w zimowe wieczory przy mosiężnym kociołku z żarem, słyszał trzask kasztanów pękających w popiele w zadymionej kuchni. Szczególnie lubił rozmawiać z żoną po bas-kijsku, kiedy po zamknięciu sklepu zostawali sami, by przeliczyć i zaksięgować pieniądze, jakie wpłynęły w ciągu dnia.
Pośród monotonii swego życia radował się Pedro Antonio nowością każdej minuty, przyjemnością czynienia co dzień tych samych rzeczy i pełnią swoich ograniczeń. Gubił się w cieniu, przechodził nie zauważony, wykorzystując wewnątrz swojej skóry, jak ryba w wodzie, głęboką wewnętrzną intensywność egzystencji pracowitej, cichej i bez blasków, zakorzeniony we własnej rzeczywistości, nie w pozorach rzeczy zewnętrznych. Płynęło jego życie jak rzeka spokojna, której szumu nie słychać i której nikt nie zauważa, dopóki nie wystąpi z brzegów.
Co rano schodził na dół, by otworzyć sklep, pozdrawiając z uśmiechem starych sąsiadów oddanych temu samemu zajęciu, a potem przyglądał się wieśniaczkom, które śpieszyły na targ ze swym towarem, i zamieniał kilka słów ze znajomymi. Rzuciwszy okiem na zawsze ruchliwą i ożywioną ulicę czekał na zwykłe wydarzenia: we czwartki o dziewiątej służąca państwa Aguirre przychodziła po trzy funty czekolady, o dziesiątej jakaś inna służąca; zjawiali się także klienci przypadkowi i nieoczekiwani — na tych spoglądał czasem jak na intruzów. Miał swoją parafię, prawdziwą parafię odziedziczoną po wuju w jej najlepszej i największej części — i dbał o parafian, dowiadując się o ich zdrowie i uczestnicząc w ich troskach. Nawet do służących, zwłaszcza tych, co od dawna służyły u swoich państwa, odnosił się z poufałością, udzielał im rad i częstował karmelkami przeciw bólom gardła.
Jadał w kantorku na zapleczu sklepiku, skąd mógł czuwać nad obsługą klientów; w zimie wyczekiwał godzin wieczornej gawędy z sąsiadami, a po odejściu gości z przyjemnością kładł się do łóżka, by zasnąć snem sprawiedliwego. W ciągu tygodnia robił zapas miedziaków i w sobotę kładł je na ladzie, by jeden po drugim wręczać je żebrakom przychodzącym po jałmużnę. Dzieciom do miedziaka dodawał jeszcze po karmelku. Kochał serdecznie swój sklep i cieszył się opinią dobrego męża, panto-flarza, jak mówili sąsiedzi, którzy, zostawiając sklepy pod nadzorem żon, szli czasem „odświeżyć sobie gardło" w towarzystwie kolegów. Przez całe lata jego oczy krążyły po wszystkich kątach, w każdym zostawiając światełko myśli spokojnej i oddanej pracy; w każdym zakamarku drzemało nieokreślone echo przeżytych chwil, zapomnianych choćby dlatego, że wszystkie były podobne i pogrążone w ciszy. Lubił dni szare, dżdżyste, ponieważ jeszcze bardziej pozwalały mu się cieszyć intymną atmosferą spokoju i skupienia. Dni gorące, świetliste wydawały mu się jakby ostentacyjne, niedyskretne. Jakiż smutek niedzielnych popołudni latem, kiedy sąsiedzi zamykali swoje skle-py, 3 on w swoim, w święta także otwartym, ponieważ był jednocześnie cukiernią, obserwował na cichej, pustej ulicy ostro zarysowany profil domów! I przeciwnie, co za przyjemność patrzyć, jak w dni szare uparty drobny deszcz powoli spływa po szybach, niteczka za niteczką, i czuć błogość dobrego schronienia!
Josefa Ignacia pomagała mu w sklepie, gawędziła z parafianami i cieszyła się spokojem swego życia, widząc, żo jej mąż nie odczuwa żadnych braków. Co rano o świcie chodziła na mszę do kościoła ze swoim starym modlitewnikiem o wybrudzonych marginesach i wielkich literach, jedyną książką, z której umiała czytać, gdyż pisana była po baskijsku. Ale gdy pod koniec modlitwy dochodziła do pustego miejsca, gdzie polecano prosić Najwyższego o jakąś łaskę specjalną, w cichości ducha i nie poruszając wargami, od wielu lat, dzień po dniu, prosiła Boga o syna. Przepadała za dziećmi, co irytowało trochę jej małżonka.
Pedro Antonio z upragnieniem wyglądał zimy, kied\ długie wieczory łączą się z szarymi dniami, i nadejścia uporczywych, nie kończących się deszczów, bo wtedy zaczynało się życie towarzyskie, wieczorami, po zamknięciu sklepu. Ustawiał krzesła wokół kociołka z żarem i doglądając ognia czekał na gości.
Przychodzili jeden po drugim wnosząc z sobą zimry powiew wilgoci i chłodu. Pierwszy, chrząkając i sapiąc zjawiał się don Braulio, repatriant z Ameryki, jeden z tych, co stworzeni do życia, żyją całą duszą. Mówiąc o Ameryce, określał ją przysłówkiem „tam" i co roku. z niezmiennym zainteresowaniem obserwował proces wydłużania się i kurczenia dnia oraz uprawiał długie spacery, dla konserwacji swoich „zawiasów i miechów", jak mawiał. Potem, chuchając i rozcierając ręce. zjawiał śię dawny towarzysz broni Pedra Antonia zwany Gambelu, a za mrn. wycierając w progu powleczone mgłą okulary, don Eusui quio, dawny oficer karlistowski, objęty amnestią na mocy ugody w Vergara i żyjący jej legendą; uroczysty don Jose Maria, który bywał tu tylko od czasu do czasu, nie regularnie jak inni, i wreszcie ksiądz, don Pascual, brat stryjeczny Pedra Antonia, wprowadzał podmuch do pokoju zdejmując zamaszyście owijającą go od stóp do głów pelerynę. A Pedro Antonio z zachwytem witał chrząkanie don Braulia, chuchanie w ręce Gambelu, przecieranie okularów don Eustaąuia, nieoczekiwaną obecność don Josego Maria i rozwijanie peleryny księdza. Czasem radośnie wpatrywał się w strużki wody spływające na podłogę z postawionych w kącie parasoli, przegarniając jednocześnie pogrzebaczem żar w kociołku i dorzucając drew. „Ostrożnie, nie za dużo" — upominał go don Eustaąuio, jemu jednak nade wszystko był miły blask żaru pod warstwą popiołu, bo przypominał mu buzujący ogień w kuchni rodzinnego domu. Nieraz zasypiał wtedy ukołysany przez chybotliwe płomienie, których migotliwe języki lizały zadymioną ścianę i które interesowały go niczym żywe istoty, skute łańcuchami i wyrywające się na wolność, straszne same w sobie, lecz tam ujarzmione i nieszkodliwe.
Ten mały krąg przyjaciół utworzył się wkrótce po wojnie, będącej stałym tematem ich rozmów tak, jak później ta, którą wszczęli montemoliniści * w Katalonii. Komentowano artykuły, w których Balmes na łamach „Myśli Narodowej" żądał zjednoczenia dwóch gałęzi dynastycznych; Gambelu i don Eustaąuio sprzeczali się o to, co ten nazywał zdradą, a tamten ugodą w Vergara. Oburzy się zwolennik konwencji, kiedy rząd drakońskimi rozporządzeniami odpowiedział na gałązkę oliwną, jaką ofiarowywał Montemolin w swoim manifeście z Bourges, a w Madrycie ucięto^ głowę figurze przedstawiającej pretendenta do tronu, którego Gambelu i ksiądz uważali za liberała i masona, pomstując jednocześnie na książąt orleańskich, rodzinę potworów. Don Jose Maria tymczasem upewniał, 70 Anglia~ »jest z nimi", podkreślając fakt, iż „autokrata"
M o n t e m o 1 i n i ś c i z Katalonii — tj. zwolennicy don Carlosa. Po abdykacji w 1844 r. Carlos przekazał prawa
Mol°ZirmU Syn°Wi Carl°S0Wi' t6n PrZ™ł(tak nazywał cara Rosji) nie uznał Izabeli II, a gdy Gam-belu odpowiadał drwiącą piosenką o Rosjanach, którzy okazali się „workami węgla", starszy pan uśmiechał się, mówiąc: „Że też dorośli ludzie mogą być tak dziecinni!"
Wybuchło powstanie montemolinistów w Katalonii; zwolennik konwencji vergarskiej1 nie szczędził kpin pod adresem oficerów katalońskich, nie objętych żadną konwencją, i rozgorzały zacięte spory między nim a Gam-belu, który ubóstwiał Cabrerę 2 i wszelkie zło tego świata przypisywał bogaczom. Wkroczenie do Katalonii, zmienne koleje jego wojennych trudów, jego zwycięstwo pod Awinionem, jego niezwykła wspaniałomyślność, unia kar-listów z republikanami i koniec wojny dostarczały tematów do dyskusji wieczornych, podobnie jak wieści o rewolucji włoskiej, rozpętanej przeciw papieżowi, wyczyny Garibaldiego, ekspedycja hiszpańska oraz plotki krążące na temat koszuli i stygmatów siostry Patrocinio. Wszystko zdawało się chwiać w posadach według don Josego Maria, wszystko szło znakomicie według don Eustaąuia, wszystko skłaniało Pedra Antonia do wykrzykników:
— A teraz do pracy w spokoju, dosyć bohaterskich przygód, bo i tak mamy już o czym opowiadać!
Josefa Ignacia tymczasem robiła na drutach skarpetki, liczyła oczka i myliła się często, słuchając rzeczy rejestrowanych przez jej umysł bez udziału świadomości. Kiedy coś przyciągało jej rozproszoną uwagę, przerywała pracę i uśmiechała się patrząc na mówiącego.
Nie tylko wydarzenia publiczne stanowiły temat tych wieczornych pogawędek. Czasem ich uczestnicy zwracali się ku wspomnieniom, a zwłaszcza don Eustaąuio, maro-tista 3, rdzenny Biskajczyk starego pokroju, zapatrzony w swoje dobre czasy, które uważał też za dobre dla miasta.
_ To były czasy, no nie, don Eustaąuio? — prowokował go czasami ksiądz.
A don Eustaąuio wpadał wtedy w ferwor narratorski. — O, piękne czasy, kiedy nie było tu fabryk i tylko kuźnie katalońskie na prowincji oraz jeden stary most. Miasteczko czyściutkie i schludne, gdzie wszyscy żyli jak w rodzinie, a dzieci chlapały się w rzece w samym środku miasta. Handel? W tym mieście, z którego wyszły słynne Rozporządzenia Konsulatu Morza, kupcy grali w tresillo 4, na bele bawełny.
Przybył lord zza morza;
Co też siq tu stało?
Oniemiał z podziwu Na widok Bilbao.
Naszemu bogactwu Wiary dać nie może,
Że taki dobrobyt Za tym jego morzem!
Istny raj, kraina mlekiem i miodem płynąca, Eldorado, te lata kiedy to rządzili oni, rojaliści, kiedy powstały najwspanialsze budynki i instytucje miasta!
— A potem przyszedł rok 1829, rok zimna — zauważył don Braulio. Mruknąwszy: „Ten zawsze swoje", don Eustaąuio dalej ciągnął opowieść o konstytucjonalistach i postępowcach, o roku 1840, o cłach. A kiedy Pedro Antonio przegarniając żar wtrącił coś o korzyściach rozkwitu wielkiego handlu, któremu mógł przypisać także rozkwit swego własnego skromnego przedsiębiorstwa, wykrzykiwał zwolennik konwencji:
— Milczałbyś pan lepiej, wierzyć się nie chce, żeś służył Sprawie! Ośmielasz się bronić tego motłochu, progre-sistów? Ośmielasz się bronić Espartera 5? Gotóweś pan nawet usprawiedliwić barbarzyństwa Barei!
— Na miłość Boską, Eustaąuio!
— Mówię i zawsze będę mówił, że tamto był koniec! Śmiać mi się chce z tych dzisiejszych progresistów! Wtedy, niech mi ksiądz wierzy, don Pascual, wtedy, w tym samym mieście, w Bilbao, ludzie śpiewali: „Precz z łańcuchami, na latarnię mnichów!" Sam słyszałem na własne uszy! I burzyli kościoły, zburzyli nawet wieżę San Francisco... Od roku rewolucji, od trzydziestego trzeciego, wszystko idzie na opak.
— A konwencja?
— Co tam za konwencja od siedmiu boleści! Ci dzisiejsi liberałowie do niczego się nie nadają. Cicho bądź, Pedro, nic nie mów!
— Tego już więcej nie zobaczymy — dodawał Gam-belu — nowej masakry mnichów! Ci nie mają już odwagi tamtych. Nie nadają się.
— Wciąż idzie ku gorszemu.
— Cóż na to poradzić! Póki mamy pokój, można jeszcze wszystko wytrzymać — wyciągał morał Pedro Antonio.
Don Braulio dobywał z kieszeni zegarek i na zawołanie: „Panowie, pół do jedenastej", rozpoczynał się odwrót.
Czasem, kiedy padał deszcz, czekali, dopóki trochę nie obeschnie i pogawędka przedłużała się jeszcze chwilę, a gospodarza morzył sen.
Wybuchła wielka burza rewolucyjna w roku 1848 i socjalizm podnosił głowę. Księdza niepokoiła sprawa Włoch i dyskutował o niej, zirytowany brakiem adwersarzy. Ważne wydarzenia następowały jedne po drugich: papież uciekł z Rzymu, gdzie utworzono republikę, we Francji przeżywano krwawe dni. Josefa Ignacia szeroko otwierała oczy i odkładała robotę na drutach, słysząc, że mowa o ludziach, co nie wierzą w Boga, po czym znów zapadała w drzemkę w swoim kąciku, mrucząc coś pod nosem. Pedro Antonio radował się po cichu groźnjrmi nowinami o ruchach społecznych, ze skrytym zadowoleniem kogoś, kto ze swego miejsca przy ciepłym kominku, patrząc na szalejącą za oknem ulewę, współczuje nieszczęsnemu przechodniowi. Gdy tylko odłożył trochę pieniędzy, szedł z nimi do banku i myślał wtedy o tym, co byłoby, gdyby miał syna, któremu mógłby je zostawić.
Jednego z tych wieczorów w zimie 49, kiedy po rozejściu się gości małżonkowie zostali sami, żeby przeliczyć i odłożyć dzienny utarg, biedna „Pepińasi", zaczerwieniona i jąkając się powiedziała coś swemu „Peru Anton". Temu serce podskoczyło z radości, uściskał żonę i wykrzyknął ze łzami w oczach: „Niechże się dzieje wola Boska!" W czerwcu tego samego roku urodził się ich syn, którego nazwali Ignacio, i don Pascual stał się od tego czasu stryjem Pascualem.
W ciągu pierwszych miesięcy Pedro Antonio czuł się zupełnie zdezorientowany w obecności tego biednego, spóźnionego dziecka, które mógł zabić byle chłodniejszy powiew, niestrawność czy coś niewidzialnego, co przychodzi nie wiadomo jak ani skąd. Kładąc się spać nachylał głowę tak, żeby uchem dotykać twarzyczki niemowlęcia i usłyszeć jego oddech. Nieraz brał je w ramiona i przyglądał mu się, mówiąc: „Co za świetny żołnierz byłby z ciebie! Ale chwalić Boga, mamy pokój. No, śpij! Aaa... Aaa". Nigdy jednak nie przyszło mu na myśl pocałować maleństwo.
Postanowił wychować swego syna w duchu surowej wiary katolickiej na dawną modłę hiszpańską, wspomagany w tym przez swego kuzyna księdza. Ograniczało się to do całowania w rękę rodziców, rano i przed pójściem spać, i zakazu mówienia do nich „ty", co było zgubnym zwyczajem wprowadzonym przez rewolucję, według opinii stryja, który podjął się wpoić w bratanka świętą bo-jaźń bożą.
A bardzo było tego potrzeba, gdyż czasy stawały się coraz gorsze, nie do zniesienia, i Pedro Antonio zaczął się lękać o przyszłość świata. Zamach księdza Merino na królową 6 i komentarze stryja Pascuala w tej materii wywarły głębokie wrażenie na sklepikarzu, któremu zdawało się, że widzi Lucyfera w przebraniu księdza, wychodzącego nocą po kryjomu z Niewidzialnej Doliny, aby przynieść zgubę światu.
Te pierwsze lata ukształtowały nieskażony umysł Igna-cia, a wrażenia w ciągu nich odebrane stały się później duszą jego duszy. Ponieważ jego rodzice spędzali cały dzień w sklepie, prawie nie przebywał w domu i rzadko wracał przed nocą.
Jego domem była ulica prowadząca na plac targowy, z horyzontem zamkniętym przez góry graniczne. Stare domy, często wybrzuszone, o drewnianych balkonach i niesymetrycznych wnękach, domy, od których jak gdyby odsunęły się troski i mozoły mieszkających tam rodzin, tworzyły wąską i długą ciemną ulicę. Nie opodal szeroki portal katedry Santiago i „cmentarz", czyli katakumby, gdzie w deszczowe dni gromadziły się dzieci, których świeże głosy odbijały się echem o sklepienie. Naga, surowa ulica poprzecinana wąskimi pasmami cienia, niby tunel przykryty strzępem nieba, zazwyczaj szarego, jakby rozweselała się słysząc biegające po niej dzieci. Nie była zresztą smutna do głębi, gdyż sklepy ukazywały na zewnątrz cały kalejdoskop beretów, szarf i pasów w żywych kolorach, butów, jarzm dla wołów — wszystkie towary zawieszone były u sufitu tak, by klienci ze wsi mogli je sobie obmacać na wszystkie strony. Był to nieustający jarmark, a w niedzielę krążyły całe gromady chłopów przechodząc wzdłuż ulicę tam i z powrotem, oglądając wystawione na sprzedaż towary, targując się, udając, że odchodzą, żeby później wrócić, zapłacić i zabrać przedmiot swego pożądania. Wśród nich, nieraz pokpiwając sobie z ich obyczajów i płatając im figle, rósł i wychowywał się Ignacio.
Chłopcy mieli swoje specjalne kalendarium rozrywek, według pory roku i pogody, od młynów budowanych pośrodku strumienia płynącego ulicą w dni ulewnego deszczu do imponującego widowiska w oktawę Bożego Ciała, kiedy oglądali trębaczy miejskich w czerwonych dolmanach, wygrywających na balkonach Pałacu Biskupiego, w gasnącym zmierzchu, swe przeciągłe uroczyste tony.
Przyjacielem z dzieciństwa Ignacia i jego nieodłącznym towarzyszem był Juanito Arana, syn don Juana, właściciela firmy „Bracia Arana", liberała z krwi i kości.
Założyciel firmy don Jose Maria de Arana był ubogim krawcem, pracowitym i niegłupim, który za odłożone dzięki pracy w pocie czoła pieniądze zakupił towary kolonialne, sprowadzając je w małych ilościach przy okazji hurtowych dostaw przeznaczonych dla miejskich domów handlowych. Na zapleczu pracowni krawieckiej urządził sobie sklep i odłożywszy igłę śpieszył, wycierając palce, sprzedawać suszonego sztokfisza. Opowiadano, że sporządzając jakieś zamówienie dopisał przez pomyłkę o parę zer za dużo i myślał, że jest zgubiony, zobaczywszy cały frachtowiec z ładunkiem towarów przeznaczonych dla niego, bo nie miał sposobu uiścić należności; znalazł jednakże poręczycieli, gdyż tego gatunku towarów brakowało w owym czasie na rynku i ceny szły w górę. Sprzedał wszystko i ten niespodziewany zysk, zwiększając jego zasoby, a przede wszystkim uśpionego ducha inicjatywy, zachęcił go do transakcji na szeroką skalę, które stały się podstawą fortuny jego synów. Temu przypisywali ją zawistni i nie brakło złych języków, upewniających, że zgodnie z przedśmiertnym wyznaniem zapobiegliwego kupca pomyłka była świadoma i z góry obliczona. Tak czy inaczej, umierając zostawił synom spory kapitał i firmę z dobrą reputacją, poleciwszy im na łożu śmierci, by się nie rozłączali i dalej prowadzili przedsiębiorstwo w formie spółki komandytowej.
Było dwóch braci Arana, starszy, don Juan, który zarządzał przedsiębiorstwem, i młodszy, don Miguel. Niewolnik swego biurka, don Juan zasiadał przy nim od chwili otwarcia sklepu do jego zamknięcia. Szedł do portu, ilekroć przybywał statek dla niego przeznaczony, i asystował cały czas przy wyładunku, a gdy przechadzał się pośród towarów w swym magazynie, ogarniała go fala merkantylnego sentymentalizmu na myśl o wielkim obszarze ziemi i nieskończonej różnorodności krajów, dzięki którym rozwijał się handel.
Handel zwycięży wojnę i barbarzyństwo — zwykł mawiać.
Jakże się musiał ucieszyć przeczytawszy po raz pierwszy o .j,handlu ideami ! Nawet idee poddawane prawu po-azy i popytu! Był umiarkowanie postępowy, konserwa-ywny w głębi ducha. Jego ojciec, don Jose Maria, nie
mógł dać synom wyższego wykształcenia, ale dużo dla nich zrobił, gdyż znali się dobrze na sprawach handlowych i wśród innych wiadomości posiadali także znajomość języka francuskiego, którego wyuczyli się na kursach w konsulacie.
Interesy przedsiębiorstwa zmuszały don Juana do podróży, te zaś dały mu pewien polor i zewnętrzną ogładę, umacniając jeszcze jego przywiązanie do rodzinnego Bilbao. W ciągu tych podróży zapoznał się z ekonomią polityczną, która go namiętnie zainteresowała. Zaabonował francuskie pisma ekonomiczne, kupił dzieła Adama Smitha, Saya i inne, Bastiata przede wszystkim, który wówczas był w modzie. Delektował się tą lekturą niczym poezją i po przeczytaniu kilku stron jego Harmonii niejasne medytacje pogrążały go w błogiej senności, stanie ducha podobnym do tego, jaki odczuwamy przy pracowitym trawieniu obfitego obiadu — i usypiał ze swym Ba-stiatem w ręku. Ilekroć ktoś przypominał mu legendę o dodatkowych zerach jego ojca, odpowiadał z godnością, iż nigdy nie przysłano by mu tak wielkiej dostawy, gdyby za mniejsze nie był zawsze płacił zbożnie i skrupulatnie, a jego kredyt i pomyłka okazały się błogosławione w skutkach. „Łatwo jest mówić o szczęśliwym trafie — powiadał — ale trudno nie pozwolić mu umknąć".
— Dlatego też nie daliśmy umknąć okazji urodzenia się z takiego ojca — dodawał drwiąco jego brat.
Jego żona, dońa Micaela, była córką emigranta, który zginął w oblężeniu w 36 roku. Jej rodzina wiele wycierpiała w tej wojnie, a ona sama wyrosła w atmosferze ciągłych alarmów i ucieczek. Przejmowała się każdą drobnostką, unikała ludzi i najmniejsze zmartwienie stawało się dla niej obsesją. Po nocach dręczyły ją koszmary, a wszelki hałas przyprawiał o ból zębów. Życie płynęło dla niej jak rwący strumień, nie pozwalając odpocząć ani na chwilę dla zaczerpnięcia tchu, a czytając gazety nie przestawała powtarzać: „Boże, co za nieszczęście!" Doszedłszy do odpowiedniego wieku wyszła za mąż za don Juana, marząc, że przy nim znajdzie wytchnienie, i związek ten okazał się płodny. Ilekroć żona rodziła mu nowe dziecko, don Juan medytował nad teorią Malthusa, a później ze zdwoioną energią zabierał się do pracy w przedsiębiorstwie, aby zapewnie potomkom przyszłość, która pozwalałaby im żyć z cudzej pracy. I dziękując Opatrzności, że pozwala mu na luksus posiadania licznych dzieci, z rezygnacją przyjmował jej szczodrość. Często powtarzał, że pęknięcie ostatniego kółeczka wielkiej machiny, zwykła awaria jednego z najmniejszych trybów wystarczy do zatrzymania całego ruchu, a mówiąc to myślał o sobie samym i o własnym znaczeniu w mechanizmie społeczeństwa ludzkiego.
Don Miguel, młodszy z braci, był starym kawalerem z opinią dziwaka i mieszkał osobno ze służącą, co dostarczało tematu do plotek tym, którzy mieli dużo czasu. Jako dziecko był wątły i słabowity, a drwiny, jakie cierpiał od swych towarzyszy, rozwinęły w głębi jego ducha chorobliwe poczucie śmieszności, tak dalece, że wstyd było mu nawet, gdy widział lub słyszał, jak ktoś robi czy mówi głupstwa. Wierzył w przeczucia, sugestie, głosy serca, na ulicy zabawiał się liczeniem własnych kroków i znał czterdzieści cztery rodzaje pasjansów, co poza siedzeniem we własnym domu przy ogniu i rozmową z samym sobą stanowiło jego najmilszą rozrywkę. Prócz tego lubił odpusty i zabawy ludowe, cieszył się wtedy widokiem tańczących i sam podśpiewywał pod nosem. W biurze był pracowity i serdecznym szacunkiem darzył swego brata.
Jeśli chodzi o przynależność społeczną, spółka Braci Arana była liberalna z tradycji i katolicka na dawną modłę, a ich firma przodowała we wszelkich dziełach miłosierdzia. Bracia przykładali się do spraw ziemskich nie zaniedbując wielkiej sprawy zbawienia duszy.
Don Juan Arana miał syna imieniem Juanito, który od najmłodszych lat był przyjacielem Ignacia i jego kolegą szkolnym. Godziny spędzane w szkole coraz bardziej dłużyły się Ignaciowi, który źle znosił rygor i zabawiał się szczypaniem sąsiada, co chwilę zgłaszając jakąś potrzebę, byle wymknąć się z klasy. Gdy tylko poczuł powietrze uli-cYi podniecające apetyt życia, zaczynały się wyścigi, biegi, podskoki, by się zachłysnąć wolnością.
Tam, na ulicy, pośród chłopaków ze szkoły, tej „bezpłatnej , słyszało się pierwsze męskie przechwałki, płoszyło się dziewczynki biegnąc za nimi i ciągnąc je za warkoczyki. Co za radość, kiedy która rozpłakała się ze strachu!
— Czekaj, czekaj, zawołam mojego brata!
— Wołaj, niech wyjdzie! Najwyżej dostanie po mordzie!
Brat wychodził i mordobicie było zapewnione. Stawali naprzeciw siebie, zagrzewani do walki okrzykami widzów: „W ucho go! Rozłożyć na obie łopatki! Strach cię oblatuje! Da ci radę, da!" Ten i ów prosił niebo o zwycięstwo dla swego druha i protektora. Brali się za bary i wołania: „Podstaw mu nogę! Na ziemię, na ziemię! Patrzcie, gryzie go, całkiem jak dziewczyna!" wznosiły się chórem, póki jeden z zapaśników nie padł na ziemię, a wtedy zwycięzca, z zaciśniętą pięścią uniesioną w górę, a drugą ręką trzymając powalonego za kark, pytał: „Poddajesz się?" Na ;,nie" tamtego zwycięzca odpowiadał nowym ciosem w zęby i nowym „poddajesz się?", aż wreszcie ostrzeżenie „deszcz pada" rozpraszało wszystkich na widok policjanta. Niejednokrotnie zapaśnicy odchodzili razem, bez uraz i nienawiści, choć jeden czuł się dumny, a drugi poniżony. Tak to Ignacio ujarzmił czupurnego Enriąue, który darł nosa i wszystkim chciał rozkazywać i któremu nikt nie mógł sprostać ani go ścierpieć, od czasu gdy powalił Josego, swego rywala w rządach nad ulicą. Jakże byli na niego wściekli!
Ileż bitew na kamienie między partiami, które zawiązawszy się na ulicy święciły sojusze zaczepne i obronne! Nigdy nie zatarł się w ich pamięci dzień, w którym po zdobyciu pieca chlebowego nie opodal bazyliki Begońa napełnili go sianem i podpalili, aby podziwiać dym chwały!
Dygnitarze miejscy skarżyli się, że chłopcy swoimi bójkami zakłócają im spacery, gazety zwracały uwagę władz na zapalczywych młodzianów, którzy zdwoili zaciętość tych walk widząc się przedmiotem zainteresowania dorosłych, stanowiących ich publiczność. A gdy ktoś z przechodniów z podniesioną laską groził, że zawoła policjanta, wzrastał zapał bojowy przeciwników, żądnych podziwu dla swej odwagi i zręczności, a także rozgłosu w gazetach.
Przyszła wojna w Afryce. Całą Hiszpanią wstrząsnął odwieczny okrzyk „na Maura!" i mówiono tylko o rozpoczętej Kampanii. Wyruszenie Legii Cudzoziemskiej zelektryzowało chłopaków, a opowieści wojenne rozpętały do skrajnych granic uliczne bitwy, w których ani jednemu z uczestników nieobce było nazwisko generała Prima7.
Wtedy to, tłumiąc lęk, szli patrzeć, jak płaczą podziurawione kulami drzewa w Miraflores, gdzie rozstrzeliwano nieszczęśników schwytanych w Basurto i zamieszanych w spisek, który doprowadził do powstania w San Carlos de la Rapita.
Mając lat jedenaście, w czasie gdy przygotowywał się do pierwszej komunii, Ignacio był jasnowłosym, rumianym chłopcem, mocno stąpającym po ziemi. Jego głęboko osadzone oczy patrzyły spokojnie spod szerokiego czoła. Przed ukończeniem dwunastego roku życia przystąpił do komunii świętej, która była pierwszą z serii skrupulatnie przestrzeganych, z całą czcią religijną, w oznaczone dni miesiącc
W czasie przygotowania zbierali się na naukę w zakrystii kościoła parafialnego chłopcy i dziewczęta, którzy mieli pierwszy raz przyjąć święty sakrament. Siedząc na podłodze, chłopcy po jednej stronie, dziewczęta po drugiej, słuchali nauk księdza. Ignacio przez cały czas, sam nie wiedząc dlaczego, spoglądał na Rafaelę, siostrę Juani-ta, która obciągała na sobie sukienkę, żeby przykryć wystające obojczyki albo chude łydki. Do spokojnego półmroku zakrystii przenikał hałas uliczny, niby wesołe echo świeżego świata.
Uroczysty dzień nadszedł w święta Wielkanocy, święto wiosny, i bohaterowie dnia poszli wszyscy razem do kościoła we wspaniałych strojach; niektóre dziewczęta całe w bieli, pompatycznej i przyciągającej oko, większość jednak w czerni, gdyż biały kolor był raczej w złym guście. „Wymysły ludzkie" — mówił don Pascual. Traktowano ich jak aniołki, dorośli okazywali im podziw, to był dzień ich wejścia w świat, uroczysta deklaracja dojrzałości religijnej. Gdy Ignacio wrócił do domu, rodzice ucałowali jego rękę, odwracając role. Matka płakała, a stryj Pascual powiedział: „Teraz jesteś dorosłym mężczyzną".
Stryj Pascual całą swoją czułość skoncentrował na bratanku, który był jego nieustającą troską. Wieczorem w kręgu rodzinnym, przed nadejściem gości na codzienną pogawędkę, zwykł czytywać mu głośno żywoty świętych męczenników: świętego Wawrzyńca, który żądał, żeby przewrócić go na drugą stronę i przypalić drugi bok, świętych dziewic, które wysławiały Pana płonąc na stosie. Czytywał mu także historyczne legendy o wyprawach krzyżowych i chłopcu śnili się po nocy pobożni rycerze, mnisi--wojownicy, rozkrzyczane tłumy, Saladyn i Godfred, i słyszał okrzyki krzyżowców: „Z woli Boga i rozkazu króla". Widział ich we śnie takich, jak byli przedstawiani na rycinach w książce, ze wzniesioną ku niebu bronią i śpiewających hymn do Najwyższego na widok Jerozolimy.
Nieraz stryj Pascual zostawał na kolacji, ale chociaż jego kuzynostwo nalegali, żeby z nimi zamieszkał na stałe, odmawiał, nie chcąc wkraczać w intymne życie rodziny, którą kochał głęboko.
Zaabsorbowany wychowaniem bratanka, pragnął uchronić jego ducha przed wszelaką skazą i wymościć miękką watą skarbnicę jego zbawczych i uzdrawiających wierzeń, nie szczędził więc nauk moralnych i kazań apologetycz-nych, wypróbowując na nim swoje talenty.
Po kazaniach umoralniających stryja często następowały opowieści ojca o siedmiu latach wojny. W umyśle Ignacia zaczęły się już poruszać i nabierać życia te postacie, które tylekroć, kiedy był jeszcze młodszy, kolorował kredkami na zżółkłych sztychach, w olbrzymich hełmach z przyłbicami albo w okrągłych jak obręcz beretach. Wyobrażał ich sobie w gąszczach leśnych, pośród paproci i krzaków janowca, sięgających im do kolan, słyszał ich okrzyki, gdy przedzierali się przez góry bądź schodzili w dolinę, brnąc przez kasztanowe lasy z obnażonymi bagnetami. Ponad wszystkich wybijał się w jego fantazji ów Zumalacarregui z surowo zmarszczonym czołem, jak na obrazie w zamkniętym zwykle salonie w ich domu. w okrągłym berecie i włochatej czamarze, z wąsami sięgającymi uszu; czasem, każąc mu wystąpić z ram portretu, widział go spoglądającego na Bilbao z wieży katedry albo ze szczytu gór obejmującego wzrokiem doliny zasnute dymem bitwy.
— Biedny don Tomas! — wołał Pedro Antonio. — Zamordowali go, ten mnich i lekarz na usługach masonerii!
Masoneria była dla dawnego żołnierza armii don Car-losa utajoną siłą każdej ciemnej machinacji, powodem klęski Świętej Sprawy, bowiem w braku jakiejkolwiek widocznej w pełnym świetle potęgi, zdolnej do takiego triumfu, uciekał się do stref nieznanych i tajemniczych, szukając siły szatańskiej, przeciw której człowiek nic nie może zdziałać.
Ignacio, upadając ze znużenia, przecierał oczy i spoglądał na swego ojca mętnym wzrokiem, myśląc o masonerii.
— Aj, Iniciochu — mówiła jego matka — oczy ci się kleją i kiwasz się na krześle. Idź spać, synku, bo padasz ze snu.
— Wcale mi się nie chce spać, mamo — wołał usiłując szeroko otworzyć oczy, które same się zamykały.
— Idź spać — dodawał Pedro Antonio. — Innym razem opowiem dalej.
Ucałowawszy ręce rodziców, odchodził do sypialni unosząc w głowie tysiące pomieszanych obrazów i nieraz w jego snach odżywał pod postacią masona Czarny Niedźwiedź z dzieciństwa, śpiący gdzieś na dnie pamięci.
Kiedy wspominał opowieści swego ojca, rysowały się w duszy Ignacia niejasne postacie ludzi i fragmenty rzeczy zasłyszanych, a w piersi rozbrzmiewał zgiełk dawnych bitew i rodził się w nim jakiś świat wewnętrzny, świat zupełnie niepodobny do tego, który poznawał poprzez zmysły, do świata fałszu.
Lata poprzedzające rewolucję wrześniową 8 dostarczały obfitego materiału do pogawędek wieczornych, zarówno na tematy wydarzeń europejskich, jak i wewnętrznych hiszpańskich i lokalnych. Wieść o bankructwie towarzystwa budującego linię kolejową z Tudela do Bilbao dotarła do wszystkich zakamarków miasta, wywołując panikę. Wiele osób opłakiwało stratę oszczędności uzyskanych na sprzedaży funta pietruszki lub rzeczy podobnej wartości. Akcje po sto durów spadły do pięciu i wkrótce, jak mówiono, miały służyć tylko jako papier do pakowania. Najgłośniej skarżyli się ci, co stracili mało albo nie mieli nic do zyskania, ludzie niepracujący, którym przepadła zaledwie drobna cząstka kapitału odziedziczonego, gdy tymczasem ci, którym odebrano owoce ich trudu, nadal pracowali i cierpieli w milczeniu. Wśród najgłośniej lamentujących znajdował się don Jose Maria, który w swym rozgoryczeniu wszystko widział na czarno. Wygnanie papieża i wejście Garibaldiego do Rzymu wydawały mu się gradowymi chmurami. Mówił o „Korsykaninie", jak nazywał Napoleona III, o Austriakach, Rosjanach i Anglikach, rozważał bez końca sprawę Magenta i Sol-ferino, Sabaudii i Lombardo-Veneto. Uparcie obstawał przy swoich ponurych perspektywach, otaczał się tajemnicą wyżyn polityki międzynarodowej, ściągając tym pogardę don Eustaąuia i rozweselając Garnbelu, który niestrudzenie powtarzał, że Narvaezowi9 obcięto pazury i dziób. Z naiwną niecierpliwością oczekiwał nadejścia osławionej „Grubej ruchawki".
Kończył się rok 1866 pozostawiając za sobą wiele sporów i dyskusji, gdyż był to rok buntów i krwi, rozstrzeliwań i terroru.
Stryj Pascual odchodził od zmysłów na wieść o uznaniu Królestwa Włoch. Wydarzenie to wstrząsnęło Hiszpanią karlistowską i zaniepokoiło don Eustaquia, który widząc w nim zerwanie cichego paktu zawartego w Vergara zaczynał nagle współczuć nieszczęsnej królowej.
Ksiądz dawał wyraz głuchej urazie, głębokiemu rozdrażnieniu na skutek rozwoju wydarzeń i uważając, że człowiek jest zły z natury, żądał chłosty, surowej chłosty. Uspokajał się dopiero wracając do mroków Aparisiego, by zanurzyć swoje embriony idei w tym, czego „afirmacją" jest karlizm. Pedro Antonio zacierał ręce słuchając opowiadań o kampanii włoskiej, pełen entuzjazmu dla żuawów i wojownika chrześcijańskiego, którego godność, według stryja Pascuala, ustępowała jedynie godności kapłańskiej.
Kiedy don Juan z Burbonów zrzekł się roszczeń do korony na rzecz swego syna, Carlosa, ksiądz ogłosił go liberałem i heretykiem, don Eustaąuio twierdził, że tych praw nie wolno się zrzekać, a Gambelu wołał:
— Lepiej, że zrezygnował, bo jakże to? Obwołaliby nas „juanistami"? Nasz był Carlos i my jesteśmy karliści. „Juanista"? Brrr!
Czyż mieli stracić to imię, które nosiło w sobie wszystkie nadzieje i wspomnienia jednych, żale i urazy innych? Carlos! Imię, które brzmi jak historia, wskrzesza lata młodości! Juan — brzmi pospolicie! Jakiś tam biedaczyna, Juan, Jasio Hetka Pętelka! Drżeli na sam dźwięk tamtego imienia, choćby nie widzieli pod nim jego właściciela... Bez zapału przyjmowano na tych wieczornych dyskusjach częste korespondencje z Triestu, które zamieszczała „Espe-ranza", tak jak chłodno przyjęto wymiętoszony i podarty od częstego przechodzenia z rąk do rąk list, który don Jose Maria wyciągnął ze swego portfela i w którym była mowa o tym, że młody Carlos jest jednym z najlepszych jeźdźców w Europie, o jego wypróbowanej w ogniu miłości do Hiszpanii i o jego hucznym weselu.
Tymczasem przy dźwiękach hymnu Rafaela Riego 10 rewolucja zbliżała się sama, jak cyklon sunący wzdłuż swojej trajektorii, i czuć już było podmuch europejskiego wichru nad Hiszpanią. Mnożyły się konspiracje, progresiści, demokraci, republikanie i karliści pracowali w mroku.
opowiadając sobie o bezeceństwach, jakie się działy w pałacu opanowanym przez mniszkę ze stygmatami.
— Perico — mówił ksiądz do swego kuzyna — drżyj-cie wy wszyscy, którzy macie synów!
Odchodząc myślał niejasno o przyszłości, o walce, jaka miała się rozpętać między wolą narodu, nieodłączną cc' ziemi i tradycji, i racją rewolucji, podżeganą nowymi, niepokojącymi bodźcami.
Pedro Antonio nieraz po odejściu gości budził swego syna, który spał z jakąś broszurką przed oczyma, i przykazywał mu kłaść się do łóżka.
Od pewnego czasu Ignacio ulegał manii kupowania tych broszurek od pewnego ślepca na placu rynkowym. Była to rozrywka modna ostatnio wśród chłopców, którzy kupowali i wymieniali między sobą te złączone sznurkiem liczne arkusze, zamykające w sobie kwiat ludowej fantazji i historii. Były wśród nich utwory z dziedziny historii świętej, baśnie wschodnie, epopeje średniowieczne z cyklu Karolingów, powieści rycerskie, najsłynniejsze fikcje literatury europejskiej, legendy narodowe, historie słynnych zbójców, epizody z siedmioletniej wojny domowej. Ziarno poezji wieków, które wykarmiło tyle pieśni i opowieści radujących tyle pokoleń, epopei, co krążąc z ust do ucha i od ucha do ust, opowiadane w cieple płonącego ogniska, żyją dotychczas dzięki ślepcom ulicznym, dzięki świeżej i wiecznie zielonej fantazji ludu.
Ignacio czytał je, ledwie rozumiejąc, klejącymi się ze snu oczyma. Te, co były pisane wierszem, nużyły go prędko i wiele było w nich słów dla niego niezrozumiałych. Czasem przed zaśnięciem przypatrywał się którejś z prymitywnych rycin. Niewiele z tych legendarnych postaci rysowało mu się w określonych liniach, Judyta trzymająca za włosy głowę Holofernesa, Samson związany u stóp Dalili; Sindbad w olbrzymiej jaskini, Aladyn. krążący po piwnicach ze swoją cudowną lampą; Karol Wielki i jeg"> jedenastu paladynów „rozpruwających nożem turbany i druciane misiurki" na polu, gdzie krew płynęła jak woda po deszczu; olbrzym Fierabras z Aleksandrii, który był „jak wieża z kości" i nikogo się nie bał. pochylający głowę nad chrzcielnicą; Oliwer z Kastylii ubrany bądź na czarno, bądź na biało lub czerwono, z ramieniem skrwawionym po łokieć i spoglądający z placu turniejów na córkę króla Anglii; Artus z Algarbe, walczący z potworem o ramionach jaszczurki, skrzydłach nietoperza i płonącym języku, Pierre z Prowansji uwożący piękną Magalonę na grzbiecie konia; Mauretańczyk Flores spoglądający na chrześcijankę Blancaflor, która patrzy w ziemię; Genowefa z Brabantu, półnaga i zemdlona w jaskini obok łani, Cyd Ruy Diaz de Vivar, po śmierci przebijający nożem Żyda, który się ośmielił dotknąć jego brody, szlachetny zbójca Jose Maria zatrzymujący dyliżans w gąszczach leśnych Sierra Morena, żurawie unoszące w powietrze Bertol-da, a przede wszystkim obraz powracający najczęściej: Cabrera, Cabrera na koniu w rozwianej wiatrem białej pelerynie.
Te żywe wizje, fragmenty tego, co czytał i widział na obrazkach, rysowały się w jego umyśle w mglistych konturach, a w uszach rozbrzmiewały dziwne imiona, jak Bal-dwin, Ogier, Brutamonte, Ferragus; ten świat, gdzie jasność gwałtownie kontrastowała z ciemnością, pełen nieustannie poruszających się cieni, tym bardziej żywy, im mniej jasny, spływał cichy i nieprzenikniony jak mgła, aby spocząć na dnie jego świadomości przyobleczony w ciało snów i zagrzebać się niepostrzeżenie w jego duszy. I z głębi zapomnienia zmartwychwstał w snach ten jego własny świat, kiedy Ignacio, siedząc na uboczu w cieple sklepiku swego ojca, drzemał usypiany gawędą starszych. Był to świat czuły i twardy zarazem, świat rycerzy, co płaczą i zabijają, o sercach miękkich jak wosk w miłości, a żelaznych w walce, rycerzy, którzy szukają przygód pośród modlitw i pchnięć mieczem, świat pięknych księżniczek, które wyzwalają z więzienia awanturników, od pierwszego wejrzenia rozkochanych; świat olbrzymów, co przyjmują chrzest, szlachetnych zbójców, którzy polecając się Najświętszej Pannie kradną bogatym jałmużnę dla biednych, świat, w którym ocierają się o siebie Samson i Sindbad, Roland i Cyd, i Jose Maria, a jako ostatnie ogniwo tego łańcucha bohaterów, zamykając rzeczywistość tamtego życia — Cabrera, Cabrera ze swą burzliwą młodością, Cabrera, który rzuca się jak pantera w klatce, ryczy jak lew, wyrywa sobie włosy i krwawo przeklina w chwili wyzwania na pojedynek generała Nogueras za to, że rozstrzelał jego nieszczęsną matkę, sześćdziesięcioletnią staruszkę! Cabrera w nieustającym pościgu od zwycięstwa do zwycięstwa, dopóki nie padł z wyczerpania. I ten człowiek żył, istniał, widzieli go na własne oczy Gambelu i Pedro Antonio, był jednocześnie człowiekiem z krwi i kości i bohaterem z innego świata, żywym Cydem, który miał wrócić pewnego dnia na swym koniu, by wskrzesić zaczarowany świat bohaterstwa, świat, gdzie żyją cienie, a fikcja nurza się w rzeczywistości.
Odchodził Ignacio do swojej sypialni i z nim razem usypiał jego świat, a nazajutrz, gdy wychodził na ulicę w świeżym chłodzie i blasku poranka, wszystkie te zjawy, choć uśpione, tkwiły w jego duszy śpiewając w niej milczącą pieśń.
Któregoś wieczora zobaczył broszury stryj Pascual i odchodząc powiedział do Pedra Antonia: „Odbierz mu te papierzyska, bo nie wiadomo, co w nich może być".
Pewnego ranka roku 1866 Josefa Ignacia po wysłuchaniu mszy zawołała swego syna i zaprowadziła go do zakrystii, żeby podpisał dokument opatrzony już mnóstwem innych podpisów i protestujący przeciwko uznaniu Królestwa Włoch.
— Podpis to, Ignacio, żeby zwrócili papieżowi to, co mu ukradli — powiedziała jego matka.
Ignacio podpisał, mówiąc sobie w duchu: „Ile tych podpisów! Samo przeczytanie będzie ich kosztowało wiele trudu!" I zawstydził się, że matka go tam zaprowadziła jak małe dziecko, zamiast kazać mu iść samemu.
W zakrystii księża rozmawiali o tym uznaniu królestwa, które wywołało straszliwą wrzawę, mówili o szkodach, jakie to wyrządzi, o protestach napływających ze wszystkich stron, podpisanych przez tysiące osób. skromnych i znamienitych, mężczyzn i kobiet, starców i niemowląt przy piersi.
— To obali tron dofii Isabel! — wykrzyknął jeden z kapłanów, idąc odprawić mszę.
Pedro Antonio i jego żona od dawna już zastanawiali się, jak pokierować przyszłością swego dorastającego syna. Długo rozmawiali o tym co wieczór przed zaśnięciem, bo chcieli, nim zacznie pracować w rodzinnym sklepie, umieścić go w jakimś przedsiębiorstwie, żeby tam nabył praktyki handlowej i mógł potem, gdy przejmie interesy własnej firmy, rozszerzyć jej działalność, podczas gdy jego rodzice odsuną się na ubocze, odpoczywając po życiu pełnym trudu.
Potem, zakończywszy te tysiąckrotnie powtarzane roztrząsania, Pedro Antonio snuł marzenia o szczęśliwych latach wypoczynku i beztroskiej starości. Chciałby we wszystkie dni słoneczne chodzić z żoną do bazyliki Bogońa, cieszyć się wnukami i tylko dla przyjemności pracować w sklepie, który rozwinie się wspaniale dzięki jego powszechnemu kredytowi i tradycji. Ktćż lepiej niż Arana. który był sąsiadem i z którego synem przyjaźnił się Igna-cio, mógł się przyczynić do realizacji tych projektów, przyjmując Ignacia do swojej firmy? Nie chciał jednak podejmować żadnej decyzji, nie zasięgnąwszy wprzód rady stryja Pascuala.
Któregoś dnia odwołał go na bek i wyłożył, w czym rzecz. Ksiądz, zażywszy szczyptę tabaki, powiedział:
— Dobrze, bardzo słuszne mi się wydaje, że myślicie o przyszłości waszego syna, co i mnie samemu już od dawna z myśli nie schodzi. Dobrze, że go chcecie oddać na praktykę do przedsiębiorstwa i firma Arana wydaje się solidna, ale wolałbym kogoś innego. Nie żeby Arana był nieodpowiedni, nie w tym rzecz. Ale... sami wiecie, że to liberał i z tych najbardziej zagorzałych, a ten smarkacz, jego syn, nie tylko jest liberałem, ale w dodatku złe myśli się go trzymają, o ile mi wiadomo. Wyobraźcie sobie, że nie chodzi na mszę w niedzielę!
— Jezus Maria! — zawołała Josefa Ignacia. — To nie może być, to chyba plotki... Znamy go przecie od urodzenia, jego i całą rodzinę...
— No więc tak jest — ciągnął stryj Pascual zażywając nową szczyptę tabaki. I dodał tonem konfidencjonalnym: — Trzeba chronić Ignacia, trzeba, żeby unikał złego towarzystwa... Ostrożnie z tymi poglądami, co się teraz szerzą. Chłopak jest w krytycznym wieku i trzeba bardzo uważać. Żadna czujność nie będzie z waszej strony przesadna, chwała Bogu, że chłopak ma szlachetne podłoże. Te idee zgubią młodego Aranę, jeżeli ojciec nie weźmie go w karby. Ale jego ojciec...
Umilkł myśląc o tym, jaki będzie Ignacio w wieku, kiedy krew protestuje przeciw rozumowi. I słuchając pół-uchem uwag swego kuzyna myślał o pożądliwości ciała, która gaśnie wraz z płomieniem krwi, i o zadufaniu we własny rozum, które idzie za nami aż po grób. Przygotowywał w tych dniach właśnie kazanie na ten temat.
— Pilnie zważajcie — powiedział — na pychę racjonalistów. Z dwojga złego to jest gorsze.
Pogrążył się w tych abstrakcyjnych rozważaniach, nie troszcząc się już o Ignacia ani o firmę Arana, i zbierając się do odejścia rzekł:
— No więc już wiecie. Prosiliście mnie o radę, i powiedziałem, co myślę... Zrobicie, jak zechcecie, ale moim zdaniem Arana nie będzie miał do was pretensji o to, żeście nie wzięli pod uwagę jego firmy, a jeśli chodzi o jakąś inną... Aguirre, na przykład?
Czekał chwilę na opinię swoich kuzynostwa, ale ponieważ milczeli, odszedł. Postanowili umieścić chłopca w biurze firmy Aguirre.
— Mnie tam Arana wydaje się dobry... — próbowała oponować matka.
— Owszem, to można powiedzieć, kupiec z niego dobry, ale sama słyszałaś, co myśli Pascual...
Oddano Ignacia do biura handlowego. Z początku podobała mu się nowość, ale bardzo prędko obrzydził sobie to więzienie, gdzie musiał ślęczeć nad cyframi cudzych ksiąg. Niechęć do cyfr zaczęła się przeobrażać w niechęć do całego Bilbao, wszystkich jego mieszkańców. Chciałby mieszkać w najdalszym zakątku najbardziej zapadłej wsi, gdzie nigdy nie stąpiła noga żadnego „pozario"11. W Bilbao chłopskie wnuki wyśmiewały się z chłopów i przykro mu było patrzeć, jak ich traktują, więc nie przyznawał się do swego miejskiego pochodzenia, a że nie znał baskijskiego, umyślnie i ostentacyjnie kaleczył język hiszpański, wyuczony od kołyski od rodziców, którzy w dzieciństwie słabo mówili po baskijsku.
O ile nienawidził ulicy, o tyle kochał leśne pustkowia. Z utęsknieniem wyglądał niedziel, żeby się wymknąć do lasu z kolegą Juanem Jose. Dusił się na ulicach miasta, spacery go drażniły. Co za piękna rzecz, las, gdzie z dala od wymuskanych elegantów i panienek mogli krzyczeć, ile chcieli, i chodzić bez sztywnego kołnierzyka, w rozpiętej koszuli, jeśli im się tak podobało.
Wyruszali w niedziele po obiedzie, czasem w nieznośny upał, w godzinach rozżarzonej ciszy, kiedy przy uśpionym wietrze drzewa nie dają rześkiego chłodu. Szli w góry omijając utarte szlaki, czepiając się krzaków żarnowca i traw, wdychając ich ciepły aromat, zapach breza i paproci. Wspinali się wytrwale, prawie nie przystając dla zaczerpnięcia oddechu, i dotarłszy na szczyt, z żalem, że nie ma w pobliżu innego, jeszcze wyższego, rzucali się na ziemię twarzą do góry, leżeli na trawie patrząc w niebo, z rozkoszą wchłaniając porami spoconego ciała wolne powietrze, powietrze gór i nieba, czasem zasnutego strzępami mgły. Tak jakby wraz z potem wypływały złe miaz-maty ulicy i jakby odradzali się wewnętrznie. W olbrzymiej panoramie roztaczały się przed ich oczyma giganty ziemi biskajskiej, a czasem mgła, ścieląc się pod ich stopy, przykrywała dolinę niby fantastyczne morze o niewyraźnej, zmiennej powierzchni, z której na podobieństwo wysepek wynurzały się wierzchołki gór, a na dnie tego powietrznego morza świeciło Bilbao niby zatopione w wodzie miasto.
Schodzili dumni ze zdobycia szczytu, wstępując, by wypić kubek mleka albo szklankę chacoli *, do którejkolwiek z rozsypanych na zboczu chat, gdzie zadymiony i poczerniały, zawsze wisiał nad wejściem święty obrazek przymocowany klejem z mąki. Nawiązywali przy tej oka-
C ha coli — wino lekkie i kwaśne z winnic północnej Hiszpanii (przyp. tłum.).
zji pogawędkę z gospodarzem, któremu Juan Jose zadawał mnóstwo pytań, starając się okazać mu swoje zainteresowanie.
W tym czasie Ignacia drażniło życie towarzyskie, unikał spotykania na ulicy znajomych, panienek, czerwienił się pozdrawiając ukłonem Rafaelę, teraz już dorosłą pannę, z którą tak często bawił się jako dziecko. Nie chciał spacerować po alejach Volantin, jak miejskie fircyki, mówił. Zapalił się do peloty, grywał dużo i bardzo dobrze, zwykle po południu, przed pracą w kantorze, wkładając w to całą duszę. Wszystkich wyzywał na próbę i z dumą ukazywał odciski na palcach.
Nie co dzień jednak mógł grać ani chodzić w góry, bo trzeba było na to czekać do niedzieli, a w niedzielę często padał deszcz. I w te deszczowe popołudnia, pod ołowianym niebem, nie było innej rady, tylko usiąść przy kieliszku chacoli albo grać w karty.
Do tawerny chodził on, Juan Jose i inni, wśród nich niejaki Rafael, którego Ignacio nie mógł znieść, bo bez końca deklamował wiersze, nie dbając o to, czy go kto słucha czy nie. Były to poezje Esproncedy, Zorrilli, księcia de Rivas, Nicomedesa, Pastora Dlaz, wiersze o rytmie bębna, które Rafael recytował z irytującą emfazą, spóźnione echa tej rewolucji literackiej, która wybuchła w Madrycie, i gdy na północy rojaliści spod znaku Krystyny bili się z karlistami, w teatrach stołecznych bili się romantycy z klasykami.
Tam, przy kieliszku wina, mówili o wszystkim. Rafael napełniał do połowy kielich w kształcie dzwonu, podnosił go i patrzył pod światło, by ocenić barwę i przezroczystość płynu, po czym opróżniał go jednym haustem i siedział przez chwilę z opuszczoną głową, jakby nad czymś medytował. Pod koniec zabawy Juan Jose zaczynał palić fajkę i prosił o karty, Ignacio przekomarzał się ze służącą. którą podszczypywał Juanito, a Rafael deklamował:
Wina mi dajcie! Niech w nim zatopić?
moje wspomnienia! Niech zagłuszone Ucichną serca głosy szalone,
Niechaj mi spokój przyniesie śmierć...
— I niech podpalą kantor sklepowy! — wykrzykiwał Ignacio, jako morał ekspansywnego popołudnia.
Była to niedziela wiosenna. Czarne chmury nadciągającej nawałnicy przebiegały niebo nad miastem jak obłąkane, niekiedy zrywała się gwałtowna ulewa, a chwilami padał gęsty, drobny deszcz.
Ignacio i jego towarzysze poszli do tawerny, gdzie jedli i pili mocno, krzyczeli, dyskutowali i śpiewali aż do zachrypnięcia. Ignacio nie spuszczał z oka dziewczyny, która im podawała, czuł się podniecony, rozdrażniony, zły na samego siebie. Kłócił się z Juanitem na temat polityki, a że po wyjściu z tawerny daleko jeszcze było do godziny snu, zastanawiano się, dokąd iść potem. Ignacio z bijącym sercem milczał, a Rafael niestrudzenie deklamował wiersze:
Czuję, jak w morzu płonącej lawy Mózg w czaszce mojej zaczyna wrzeć...
Tego popołudnia Ignacio z niezwykłą cierpliwością słuchał wierszy romantyka, pochwalił nawet ich melodię, a zarazem pożerał oczyma dziewczynę z tawerny. Wszystko widział przez mgłę, czuł, jak wino krąży w jego głowie, miał ochotę zwymiotować je razem z własną krwią. Tak to potoczył się za swoimi kolegami do obskurnej spelunki, gdzie po raz pierwszy poznał grzech ciała. Wyszedłszy potem na świeży chłód ulicy i zobaczywszy przechodzących ludzi uczuł wstyd, spojrzał nagle na Juanita, przypomniał sobie Rafaelę i czerwony ze wstydu zapytał sam siebie: „Co ja zrobiłem?"
Gdy już raz zerwana została tama, Ignacio nie opierając się popędom krwi, zapamiętał drogę do niechlujnego pokoiku i zaczął się dla niego okres folgowania ciału. Od tego czasu pijatyki i obżarstwa przeszły w zwyczaj, podobnie jak — niekiedy — wymiotowanie później w jakichś plugawych miejscach. Nie zawsze jednak, gdyż często się zdarzało, że wracał do domu, jadł bardzo niewiele na kolację, po czym w łóżku przewracał się z boku na bok nie mogąc zasnąć i żałując, że nie zakończył wieczoru w burdelu. Miał ochotę tam pobiec, świadomy jednocześnie rozdrażnienia i złości na samego siebie, jakie zawsze odczuwał po powrocie stamtąd.
Kiedy po wejściu w to życie nadeszła kolejna spowiedź, wyznał swój grzech prawdziwie skruszony i zdziwiła go naturalność, z jaką spowiednik potraktował jego wyznanie, i niewielkie znaczenie, jakie mu przypisał.
To go uspokoiło i gdy krew znowu zaczęła się burzyć, ustąpił po nader krótkim i czysto retorycznym oporze sumienia, przyzwyczajonego już do wyznawania i żałowania zawsze za ten sam stary grzech.
I tak jak zdrowe ciało nie czuło aż dotychczas ukłuć serca, tak samo zdrowy duch nie doznawał drżeń sumienia, teraz jednak boleśnie budziło się jedno i drugie. Żył dotąd nie czując życia, z sercem otwartym na światło nieba i powietrze; ale teraz nie mógł już zasypiać jak przedtem, ledwie zmrużył oczy — czasem paliła go poduszka.
Drażnił go sposób, w jaki traktowali kobiety Juanito i inni koledzy; jego serce zmiękczyła ta pierwsza, z którą zgrzeszył, uważał ją za ofiarę i teraz z przyjemnością słuchał łzawych recytacji Rafaela, często pełnych współczucia dla kobiet upadłych.
Pewnego wieczora Pedro Antonio przywołał swego syna i zmusił do otwartego wyznania. Usłyszawszy je, zawstydzony ojciec nie miał sił zganić syna.
Pedro Antonio mruczał sam do siebie: „Rzeczy normalne w jego wieku. Mój Boże, co to za czasy! Będę czuwał... Ale z jego temperamentem nic mnie to nie dziwi, dopóki się nie ożeni.. Żeby tylko nie zgubił duszy!"
Kiedy biedna matka dowiedziała się coś niecoś z tego, co się dzieje, płakała w milczeniu, i widząc jej zaczerwienione oczy Ignacio zamknął się w swoim pokoju, żeby także płakać. Josefa Ignacia cały czas rozmyślała o szatanie z uróżowaną twarzą i w bucikach bez cholewek, takich, co ukazują czerwone pończochy. Widziała takiego demona stojącego w drzwiach jednego z tych domów, pewnego dnia, kiedy poszła odwiedzić przyjaciółkę zamieszkałą w pobliżu tych dzielnic. Utkwiło w jej pamięci to szkliste spojrzenie o posępnym blasku.
Jednego z tych wieczorów, gdy był u nich stryj Pas-cual, małżonkowie opowiedzieli mu o kłopotach z synem. Ksiądz milczał, po czym wystąpił z kazaniem na użytek domowy, zalecając im uszczelnić wszystkie szpary w głowie syna, żeby uchronić go od śmiertelnych niebezpieczeństw bezbożności. Przede wszystkim powinni go rozłączyć z Juanitem Arana, a wtedy tamto drugie minie, bo to tylko zapały krwi, a rzeczą najgroźniejszą jest pycha, wyniosłość ducha. Zobowiązał się wreszcie wziąć sprawę bratanka na siebie, porozmawiać z nim i udzielić nagany.
Pedro Antonio położył się spać spokojniejszy, trochę otrząśnięty z oszołomienia, szepcząc: „Wszystko jest w ręku Boga". Jego żona ani rusz nie rozumiała, co ma z tym wspólnego pycha i wyniosłość ducha, upatrując, przeciwnie, przyczynę zła w grzechu cielesnym i drżąc ze strachu przed wizją tych dziwnych udręczeń, co przychodzą bez uprzedzenia i zabijają wstydem, przeobrażając ciało w odrażającego żywego trupa. Ponieważ biedaczka skłonna była do łez, płakała teraz przy byle okazji, błagając Boga, by uwolnił jej syna od grzechów ciała i ducha, od pychy i żądzy cielesnej, a przede wszystkim od tego szklistego spojrzenia o posępnym blasku. Zdwoiła swą troskliwość
0 jego zdrowie: zaglądała do jego pokoju, czy śpi, czy nie zrzucił we śnie kołdry, powtarzała bez końca: „Ubierz się ciepło, pilnuj się, nie wstawaj jeszcze, jeśli się źle czujesz, zawiadomię Aguirre". Przy stole nalegała, żeby nakładał sobie duże porcje. Odżywała w niej drobiazgowa troskliwość pierwszych lat macierzyństwa. Ta troskliwość
1 starania zawstydzały Ignacia i sprawiały mu przykrość.
Potem stryj Pascual zajął się bratankiem, zabrał go z sobą na spacer raz i drugi, żeby mieć większą swobodę rozmowy. Kochał go o tyle, o ile mógł kochać po ludzku, poprzez krew, głównie jednak starał się kształtować jego myśli, uważając go za materiał wychowawczy. Idee jako więź społeczna były w jego oczach wszystkim, nigdy nie przyszło mu na myśl wejrzeć w człowieka głębiej ani widzieć w nim coś innego niż cząsteczkę przynależną do Kościoła albo mu obcą. Wyrzucał swemu bratankowi grzechy ciała z punktu widzenia ludzkiej ostrożności, a zarazem usiłował po umocnić w wierze ojców. Wszystko co wyczytał w swoim Aparisim Guijarro, którego mglista emfaza podobała się temu człowiekowi niezłomnych zasad, wszystko to powtarzał bratankowi, który słuchał go ogłupiały, myśląc o Cabrerze, kiedy wuj twierdził, że karlizm jest afirmacją wiary i że tak jak wąż w raju przyrzekał pierwszym rodzicom, że będą jak bogowie, tak samo liberalizm przyrzeka uczynić nas królami, żeby potem Bóg zamienił nas w zwierzęta. jak Nabuchodonozora. Przede wszystkim pragnął stryj Pascual wpoić swemu bratankowi pogardę dla liberałów, jako zatwardziałych ignorantów i tchórzy. Tak mu przewrócił w głowie i tyle pomstował przeciwko prawom człowieka, że dla Ignacia rozpoczął się okres intensywnej ostentacji religijnej. Szedł z pochodnią w każdej procesji, urągał duchowi laickiemu, gotów dać w twarz każdemu, kto by się z tego wyśmiewał, kłaniał się wszystkim księżom, całował ręce znajomych, odkrywał głowę przechodząc przed kościołem, a na widok kapłana z wiatykiem klękał na oba kolana, tym niżej chyląc głowę, im więcej osób go widziało. Ogłaszał wszem wobec, przy każdej okazji i bez okazji, iż jest katolikiem wyznania rzymskiego i nieugiętym karlistą i że się tym szczyci.
Ale jego krew nie zapomniała drogi grzechu i od czasu do czasu, obiegłszy rankiem ulice z zapaloną świecą w ręku, urągając prawom przyjętym w tym tchórzliwym społeczeństwie, podniecony tym wszystkim, o zmierzchu szedł nasycić ciało. Widząc, że dziewczyna żegna się na odgłos grzmotu, doznawał skurczu w gardle, a gdy zobaczył szkaplerz, przypominając sobie liryczne występy recytatorskie Rafaela, uczuł świętą dumę na myśl o błogosławionej ziemi, w której krąży, niby w zranionym pniu dębowym, zdrowy sok pod okaleczoną korą. Biedna kobieta! Była Baskijką: ofiara jakiegoś Czarnego na pewno!
Kiedy Juanito Arana wyrzucał mu jego słabość, odpowiedział:
— Mogę być nicponiem, nawet zatraceńcem, jeśli chcesz, nie przestając być katolikiem... Mam krew, nie wodę, ale istnieje wiara...
Miał jeszcze dosyć czasu, żeby prawdziwie żałować za grzechy, gdyż Bóg opuszcza tylko pysznych, którzy w Niego nie wierzą. Tak myślał, przypominając sobie owe przykłady zatwardziałych grzeszników, którzy na zawsze zachowali nabyty w dzieciństwie zwyczaj odmawiania modlitwy do Matki Najświętszej przed zaśnięciem, choćby robili to mechanicznie i na pół przez sen, i którym Najświętsza Panna pomogła i ocaliła ich w ostatniej godzinie. „Gdybym nie wierzył w piekło, co by ze mną było?" — myślał, wbijając się w dumę, bo w jego oczach wierzący hultaj był człowiekiem rycerskim, pięknym okazem skarbów ducha, którego nie umie ocenić nasze nędzne, chciwe, płytkie społeczeństwo. W taki to sposób tłumaczył na swój język kazania księdza.
Ciało Ignacia, uciszone grzechem, nie dręczyło ducha, pozwalając mu niewinnie drzemać w swojej wierze. Z początku, zaraz po spowiedzi przyrzekał sobie nie upadać więcej; później postanawiał robić to tylko dla higieny, by uniknąć większego zła i brzydszych nałogów, a gdy już upadł, pocieszała go jego wiara.
Kiedy rodzice zaczęli podejrzewać, że nie uleczył si/? ze swoich złych nawyków, przerażeni zwrócili się znowu do stryja Pascuala. Matka płakała, a ojciec medytował nie wiedzieć nad czym. Ksiądz powiedział.
— Spróbuję nowego lekarstwa, ale zdaje mi się, że coś już i tak poskutkowało. Kiedy się ożeni, nabierze rozumu i rozczarowany zawinie do bezpiecznego portu, zacznie pracować dla wiary, bo tego nam dzisiaj potrzeba. Nie każdy może być Alojzym Gonzagą. Źle jest, postaramy się temu zaradzić, ale gorzej byłoby, gdyby był taki, jak ten młody Arana... Czasy się zmieniły, musimy to zrozumieć, Perico... Trzeba bardzo uważać, co to, to tak, ale nie można go zmusić, żeby się zamykał w domu, oddany tylko modlitwie. Złe przywary są prawie nieuniknione i wyleczyć je można tylko cierpliwością i wytrwałością. Zrozumcie, że nie chcę przez to pochwalać grzechu, jak ci pisarze francuscy bez wstydu i wiary... Ostatecznie, to są Francuzi...
Potem wezwał do siebie bratanka, a widząc, że ze wstydem spuszcza głowę, powiedział mu:
— Proś Boga o siły... Mimo wszystko jest w tobie dobry grunt...
Palnął mu krótkie kazanie, zalecając wytrwać w wierze, a w końcu, dla rozrywki, zaprowadził go do kasyna karlistów.
Ignacio umacniał się w swej wierze. Nie rozumiał filozofii i dociekań i nigdy się w to nie zagłębiał. Dano mu księgę zamkniętą na siedem pieczęci i uwierzył jej, nie otwierając. Dyskutując z Juanitem i Rafaelem, mówił, że rozumie wściekłych ateuszy, rozpętanych wolnomyślicieli, demagogów i fanatyków, że gdyby nie był katolikiem i karlistą, byłby ateuszem i komunardem, bo najgorsi są ci umiarkowani, ci słabeusze! Nie wierzył w cnoty niedowiarka, to tylko czysta hipokryzja albo szatańska pycha, tak jak nie wierzył w istnienie bezbożników ani chłopców, którzy by w siedemnastym roku życia nie robili brzydkich rzeczy.
— A Pachico? Jest niewierzący, a jaki poważny i przyzwoity!
— Ten jest pomylony, masoni przewrócili mu w głowie... W gruncie rzeczy, choćby mówił co innego, wierzy w Boga... Jeszcze zobaczycie, jak będzie co dzień chodził na mszę.
— Gdyby cię słyszał, już wiem, co by ci odpowiedział: że z biegiem lat stygnie krew, ale za to twardnieje głowa.
Nigdy Ignacio nie czuł się tak nieśmiało wobec obcych jak w tym okresie i nigdy mu nie było tak wstyd spotykać na ulicy Rafaeli i być zmuszonym jej się ukłonić.
Tak się złożyło, że dziewczyna, która usidliła Ignacia, wyjechała z miasta, a jednocześnie znużenie i nauki stryja Pascuala zrobiły swoje, toteż gdy nadeszła piękna pogoda, powrócił do dawnych włóczęg górskich, które przynosiły mu ukojenie. Obejmowała go błoga cisza pól. a z ziemi ciepłej i zielonej zdawał się sączyć balsam, który leczył złe opary ulicy, opary nieczystych pożądań i westchnień. Zbierali się dawni towarzysze, uczestnicy wspólnych wycieczek i szli do jakiejś dalekiej oberży lub na odpust w odległej wsi.
W niektóre niedziele wyruszali wczesnym rankiem, żeby zjeść obiad za miastem, na co Pedro Antonio i jego żona patrzyli życzliwym okiem, przekonani, że to zdrowa rozrywka. Po obfitym obiedzie chłopcy wyciągali sie w trawie i patrzyli na pole, gawędząc. O zmierzchu ruszali w drogę powrotną.
