Opis

Podziwiać światła Tokio ze szczytu drapacza chmur. Wsiąść do taksówki i krzyknąć: „Proszę jechać za tym samochodem!”. Wziąć udział w The Color Run i dobiec na metę! Nie tak łatwo spełnić marzenia nastolatka, gdy ma się czterdzieści lat. Ale jeśli Thelma nie spróbuje, jej syn może nigdy nie wybudzić się ze śpiączki… Louis ma dwanaście lat. Tego ranka zamierzał wyznać matce, że po raz pierwszy w życiu się zakochał. Thelmę jednak jak zwykle zaprząta praca. Chłopak poirytowany wciska słuchawki na uszy, wskakuje na deskę i… Słyszy klakson nadjeżdżającej ciężarówki. Prognozy nie są optymistyczne. Jeśli nic się nie zmieni, za cztery tygodnie trzeba będzie go odłączyć od respiratora. Thelma wraca ze szpitala zrozpaczona, nie ma sił dalej walczyć. Ale kiedy pod materacem syna znajduje notatnik, w jej głowie zaczyna kiełkować pewna myśl… Postanawia przeżyć wszystkie „wspaniałości”, które Louis opisał w zeszycie, i zarejestrować je na nagraniach. Czy przekona chłopca, że życie jest piękne i warto o nie walczyć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 194

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


La Chambre des Merveilles by Julien Sandrel © Calmann-Lévy, 2018
Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2020 for the Polish translation by Maria Zawadzka-Strączek (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Magdalena Granosik
Korekta: Iwona Wyrwisz, Marta Chmarzyńska, Aleksandra Pietrzyńska
ISBN: 978-83-66460-71-3
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28 e-mail: [email protected]/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2020
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Mathilde.

Dla mojej córki i dla mojego syna.

So, tell me something, Miss Thelma.

How is it you ain’t got any kids?

I mean God gets you something special,

I think you oughta pass it on.

RIDLEY SCOTT, Thelma & Louise[1]

CZĘŚĆ I

MÓJ KRÓL

   Rozdział 1   

10:32

– Louis, pora wstawać! No dawaj, nie będę powtarzać. Wstawaj, bo się spóźnimy. Jest już dwadzieścia po dziewiątej.

Mniej więcej tak zaczął się dzień, który okazał się najgorszym dniem mojego życia. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, że w sobotę siódmego stycznia 2017 roku o godzinie 10:32 czas podzieli się na przed i po. To „przed” miało istnieć już na zawsze, zastygła w czasie chwila, którą chciałabym zatrzymać na całą wieczność. Te uśmiechy, ulotne radości, obrazy wyryte w zwojach mojego mózgu. Już na zawsze miało też istnieć „po”. Wszystkie te „dlaczego”, te „gdyby tylko”, te łzy, krzyki, absurdalnie drogi tusz do rzęs na moich policzkach, wyjące syreny, spojrzenia pełne odpychającego współczucia, niekontrolowane dygotanie gdzieś w moim brzuchu jako niezgoda na to, co się stało. W tamtej chwili to wszystko było jeszcze poza moim zasięgiem, jak przyszłość znana tylko bogom – gdyby istnieli, w co mocno wątpiłam. Cóż takiego bogowie mogli obmyślać tego dnia o 9:20 rano? Jeden człowiek więcej, jeden mniej, jaka to różnica? Na pewno? Czemu nie? Racja, czemu nie, przecież niczego to nie zmieni. Byłam wtedy jeszcze daleko od tego wszystkiego. Daleko od obojętnych bogów, daleko od własnego serca. W tamtej chwili byłam tylko sobą, zbliżałam się powoli do momentu przechylenia szali. Droga bez powrotu. Myślałam o sobie i wściekałam się na Louisa, który w ogóle nie próbował wyjść mi naprzeciw.

Powtarzałam sobie w myślach, że ten chłopak doprowadzi mnie do szaleństwa. Już od pół godziny próbowałam zwlec go z łóżka, ale moje wysiłki były daremne. W południe mieliśmy się spotkać z moją matką – raz w miesiącu jedliśmy wspólnie brunch, dla mnie to była prawdziwa męka. Zamierzałam podjechać wcześniej na bulwar Haussmanna i kupić sobie krwistoczerwone czółenka, o których marzyłam, odkąd ruszyły wyprzedaże. Chciałam je włożyć w poniedziałek, na zebranie z Big Bossem, dyrektorem Hegemonii, firmy kosmetycznej, dla której zaharowywałam się na śmierć od jakichś piętnastu lat. Kierowałam zespołem dwudziestu osób bez reszty oddanych szlachetnej sprawie tworzenia kreatywnych reklam i doskonaleniu marki szamponów, które usuwają do stu procent łupieżu. „Do stu procent” w tym przypadku oznaczało, że jedna testerka na dwieście całkowicie pozbyła się tej irytującej przypadłości. W tamtym okresie dumą napawał mnie fakt, że po długich bataliach z działem prawnym Hegemonii udało mi się wywalczyć zgodę na użycie tego sformułowania. Był to kluczowy krok, który mógł przesądzić o naszych wynikach sprzedaży, mojej podwyżce, wakacjach z Louisem... i nowych czółenkach.

Po kilku niewyraźnych pomrukach Louis postanowił wreszcie się ruszyć z łóżka. Włożył zdecydowanie zbyt obcisłe dżinsy, przemył twarz wodą, poświęcił dobrych pięć minut na rozczesanie włosów, odmówił włożenia czapki, choć poranek był naprawdę chłodny, wyrzucił z siebie kilka niezrozumiałych skrawków zdań, których treści się domyślałam („Ale dlaczego muszę z tobą jechać...”), włożył okulary przeciwsłoneczne, chwycił deskorolkę – brudną, pokrytą niezliczonymi graffiti, do której musiałam nieustannie dokupywać kółka – narzucił czerwoną kurtkę Uniqlo Ultralight, sięgnął po opakowanie ciasteczek z czekoladą, pochłaniając jednocześnie porcję musu, tak jak wtedy gdy miał pięć lat, i w końcu ściągnął windę. Zerknęłam na zegarek. 10:21. Świetnie, powinniśmy się wyrobić, a wtedy uda nam się zrealizować mój plan. Działałam z pewnym wyprzedzeniem, jako że nigdy nie dało się przewidzieć, ile czasu potrwa poranny rytuał pobudki Jego Wysokości Louisa Wielkiego.

Pogoda była piękna. Ani jednej chmurki. Zawsze lubiłam chłodne zimowe światło. Niebo nigdy nie wydawało mi się bardziej niebieskie niż wtedy, gdy pojechałam w podróż służbową do Moskwy. Nad stolicą Rosji królowało zimowe niebo. Tego dnia Paryż przywdział moskiewskie barwy i mrugał do nas porozumiewawczo. Wyszliśmy z mieszkania w dziesiątej dzielnicy i ruszyliśmy wzdłuż kanału Saint-Martin w kierunku stacji metra Gare de l’Est. Slalomem przemykaliśmy między spacerującymi rodzinami i turystami zahipnotyzowanymi widokiem barki, która pokonywała śluzę przy moście Eugène-Varlin. Obserwowałam Louisa, mknął przede mną na deskorolce. Byłam dumna z tego mężczyzny, którym się powoli stawał. Powinnam mu to powiedzieć, w końcu takie myśli są po to, by wypowiadać je na głos, inaczej niczemu nie służą. Ale tego nie zrobiłam. W ostatnim czasie Louis bardzo się zmienił. Co typowe dla jego wieku, z kruchego chłopca przeobraził się nagle w nastolatka o słusznym wzroście, z drobnym wąsikiem rysującym się na wciąż pucołowatych policzkach, na których jeszcze nie pojawiły się pryszcze. Przystojny mężczyzna w budowie.

To wszystko działo się zbyt szybko. Zobaczyłam siebie spacerującą wzdłuż bulwaru Valmy z szaroniebieskim wózkiem w prawej i telefonem w lewej ręce. Ta myśl sprawiła, że się uśmiechnęłam. A może dopisałam sobie ten uśmiech później, z perspektywy czasu? Pamięć mnie zawodzi, trudno mi przypomnieć sobie myśli, które towarzyszyły tamtym ważnym chwilom. Gdybym tylko mogła cofnąć czas o kilka minut, byłabym uważniejsza. Gdybym tylko mogła cofnąć się w czasie o kilka miesięcy, kilka lat – tak wiele bym zmieniła.

Nagle rozległy się pierwsze akordy piosenki The Weekend, którą Louis ustawił mi jako dzwonek w smartfonie. To JP. Cholera. Dlaczego przełożony dzwoni do mnie w sobotę rano? Oczywiście już się to zdarzało, nie sposób pracować w korporacji takiej jak Hegemonia i nie mieć od czasu do czasu nagłych przypadków. Teraz sformułowanie „nagły przypadek” kojarzy mi się z czymś zupełnie innym. Już nigdy nie użyję go w odniesieniu do prezentacji, którą trzeba przygotować na cito, testu konsumenckiego, który należy błyskawicznie wdrożyć, albo projektu flakonu, który trzeba natychmiast zatwierdzić. O jakim nagłym przypadku wtedy mówimy? Czy chodzi o czyjeś życie? Tego wszystkiego nie wiedziałam jednak w tamtej chwili. Zastanawiałam się tylko, jaki nagły przypadek mógł skłonić JP, żeby do mnie dzwonić o tej porze, i domyślałam się, że ma to związek z poniedziałkowym zebraniem. A zatem sytuacja awaryjna. Sprawa życia i śmierci. Odebrałam bez wahania, rejestrując kątem oka Louisa, który zwolnił i zrównał się ze mną, najpewniej chciał mi coś powiedzieć. Machnęłam na niego zniecierpliwiona. Czy nie widzi, że rozmawiam przez telefon. Mruknął coś pod nosem, chyba chodziło mu o coś ważnego. Nigdy już się nie dowiem, co chciał powiedzieć. Jestem przekonana, że moje ostatnie myśli dotyczące syna przepełniały złe emocje. Zirytowała mnie chyba jego nieustanna potrzeba znajdowania się w centrum mojej uwagi, to, że nie mogłam mieć nawet sekundy dla siebie. Doprowadzał mnie do szału ten typowy dla nastolatka egoizm. Ja też czasem potrzebuję chwili oddechu, cholera. Ostatnie słowo, które pojawiło się w mojej głowie w odniesieniu do tej kruchej istoty, kości z mojej kości i ciała z mojego ciała, istoty, którą kołysałam i której śpiewałam przez długie godziny, która dała mi tyle śmiechu, dumy i radości – ostatnie słowo, które pojawiło się w moich przegniłych zwojach mózgowych, było prostackim przekleństwem. Co za wstyd. Co za koszmarne wspomnienie.

Louis głośno westchnął, sięgnął po słuchawki wiszące na jego szyi, wcisnął je sobie do uszu teatralnym gestem, rzucił, że zawsze to tak ze mną jest i że mam czas tylko na pracę, a potem odepchnął się prawą nogą i ruszył przed siebie. Gdybym nie rozmawiała akurat z JP – nagły przypadek dotyczył zdjęć do prezentacji w PowerPoincie, które trzeba było poprawić – wykazałabym się matczynym odruchem i zawołała: „Zwolnij, jedziesz za szybko!”. Takie zagrywki irytują każde dziecko starsze od przedszkolaka i w teorii niczemu nie służą, chociaż w praktyce mogą rozbudzić jakąś na wpół uśpioną świadomość. Wołanie pozostało jednak w mojej głowie. W Hegemonii krzywo się patrzy na osoby, które mają dzieci, choć oficjalna polityka firmy jest jasna: stawiamy na równość płci i sukcesy kobiet. Politykę firmy, czyli teorię, zawsze jednak dzieli od jej realizacji w rzeczywistości ogromna przepaść. To jest ta druga, prawdziwa strona, te wszystkie utrudnienia i niedopowiedzenia, które sprawiają, że w zarządach wielkich grup i korporacji zasiada tak absurdalnie mało kobiet. Od zawsze walczyłam o najwyższe stanowisko, absolutnie nie wchodziło zatem w grę, żebym afiszowała się ze swoim macierzyństwem podczas służbowej rozmowy. Nawet w sobotę, nawet o 10:31.

Podczas gdy JP opisywał ospałym głosem poprawki, które należało nanieść w niedzielę, ja w roztargnieniu obserwowałam Louisa: jechał zdecydowanie za szybko. Widziałam słuchawki w jego uszach i – pamiętam to dokładnie – wyraziłam w myślach nadzieję, że nie włączył muzyki za głośno i wie, co robi. A potem potrząsnęłam głową i powtórzyłam sobie, że jest już duży i muszę przestać się o niego zamartwiać, niepokoić się byle czym. To niewiarygodne, jak wiele myśli przelatuje przez naszą głowę w ciągu kilku sekund. To niewiarygodne, jak boleśnie tych kilka sekund potrafi się zapisać w naszym mózgu już na zawsze.

Ostatni rzut oka na wyświetlacz smartfona. Jest 10:32. Uświadamiam sobie, że powinnam się rozłączyć z JP najpóźniej za trzy minuty, bo zbliżamy się do stacji metra.

Nagle słyszę głuchy dźwięk, który kojarzy mi się z tonącym statkiem pasażerskim. To ciężarówka. Podnoszę głowę, a czas staje w miejscu. Jestem sto metrów dalej, ale pomruk przechodniów wydaje mi się tak głośny, jakbym stała tuż obok. Telefon wypada mi z rąk i roztrzaskuje się o ziemię. Wrzeszczę. Krzywo stawiam stopę, upadam, podnoszę się, zrzucam szpilki i biegnę tak szybko, jak jeszcze nigdy nie biegłam. Ciężarówka się zatrzymała. Krzyczę, zresztą nie tylko ja. Kilkanaście osób, które w ten piękny zimowy poranek siedzą przy stolikach na słońcu, zrywa się z miejsc. Jakiś ojciec zasłania synowi oczy. Ile lat może mieć ten chłopiec? Cztery, może pięć. To nie jest widok dla niego. Nawet w filmach nie pokazuje się takich scen. Nikomu. Można je co najwyżej zasugerować. Odrobina powściągliwości w tym brutalnym świecie. Dobiegam, wrzeszczę, rzucam się na ziemię, wiem, że zdzieram sobie skórę z kolan, ale nie czuję bólu. Przynajmniej fizycznego. Louis. Louis. Louis. Louis. Moja miłość. Moje życie. Jak opisać to, czego nie da się opisać? Jeden ze świadków użył później słowa „zwierzęce”. Wrzaski zwierzęcia, któremu rozpruwa się brzuch. Szarpię się, drapię ziemię paznokciami, moje ciało dygocze. Trzymam w rękach głowę Louisa. Wiem, że nie powinnam go dotykać, że na miejscu wypadku nie należy niczego ruszać, ale nie mogę się powstrzymać. I znów ten rozdźwięk między teorią a praktyką. Nie mogę zostawić go na ziemi i bezczynnie czekać. A przecież podtrzymuję mu głowę i nic innego nie robię, czekam i płaczę, nieustannie sprawdzając, czy oddycha. Oddycha? Oddycha. Już nie oddycha. Znów oddycha. Karetka i służby ratunkowe przyjeżdżają w rekordowym tempie. Jakiś strażak próbuje się mną zająć, stara się oderwać mnie od ciała Louisa. Wymierzam mu policzek. Przepraszam. Uśmiecha się do mnie. Wszystko pamiętam. Jego zdecydowane, a zarazem łagodne ruchy, jego niezgrabny nos, spokojny głos, gładkie słowa, oddalającą się karetkę. Wychwytuję strzępy informacji. Ostry dyżur pediatryczny. Szpital imienia Roberta Debré. Oddział intensywnej terapii. Wszystko będzie dobrze, proszę pani. Nie, nie będzie dobrze. Jadę z wami. Upadam. On mnie podtrzymuje. Moje mięśnie, napięte do granic możliwości od momentu wypadku, w końcu odmówiły posłuszeństwa. Zostaję posadzona na krześle w kawiarni, na słońcu. Moje ciało już nie reaguje. Jelita się skręcają, wymiotuję śniadaniem na stolik w hipsterskim lokalu, który w kilka sekund zupełnie opustoszał. Wycieram sobie usta, wypijam szklankę wody i podnoszę głowę.

Wokół mnie nic się nie zmieniło. Niebo wciąż jest równie niebieskie, równie czyste. Patrzę na zegarek. Popękana tarcza, znieruchomiałe wskazówki. Niemy świadek. Wciąż wskazuje 10:32.

.

Pewnego ranka

Nazywam się Louis, mieszkam w Paryżu, mam lat dwanaście i pół, niedługo skończę trzynaście. Uwielbiam piłkę nożną, japońskie kreskówki, Maître Gimsa[2], kanały na YouTubie poświęcone pokemonom, smarowidła do kanapek, w których zawartość oleju palmowego jest wyższa niż w samym oleju palmowym (uwielbiam ten żart), filmy z lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych (nie, to wcale nie jest tandeta), zapach uwalniający się z rur wydechowych, deskorolki w jaskrawych kolorach, cycki pani Ernest, mojej nauczycielki matmy, samą matmę, niezależnie od piersi pani Ernest, moją superbabcię Odette, moją mamę (zazwyczaj).

A poza tym wydaje mi się, że nie żyję.

Zwykle nie lubię o sobie za dużo opowiadać, ale biorąc pod uwagę okoliczności i to, że tutaj jesteście, mogę wam mniej więcej wytłumaczyć, co się wydarzyło i z czym macie do czynienia.

Mieszkam z mamą, Thelmą. To z nią przeżyłem swój ostatni poranek. Chciałbym móc wam powiedzieć, że to był wyjątkowy dzień, że spędziliśmy razem cudowne chwile, że czule się przytuliliśmy na pożegnanie i powiedzieliśmy sobie coś pięknego. Ale tak naprawdę poranek przebiegał na maksa zwyczajnie, zresztą to zupełnie normalne. Nikt z nas nie przeżywa każdej godziny każdego dnia w taki sposób, jakby to miała być ta ostatnia – nikt by tego nie wytrzymał. Po prostu żyjemy, to wszystko. A życie z moją matką tak właśnie wyglądało.

Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że ten poranek był doskonały. Wiem, że mama ma zupełnie inne zdanie na ten temat, na pewno odtwarza tych kilka minut klatka po klatce, zapętliła je w swojej głowie i zastanawia się, co mogła zrobić inaczej. Ale ja, choć na pewno się w tej kwestii nie zgodzimy, znam odpowiedź na to pytanie: absolutnie nic.

Dziwna odpowiedź, zwłaszcza gdy się wie, jak przebiegał tamten poranek: mama próbowała wyciągnąć mnie z łóżka, ja jęczałem, marudziłem i znowu jęczałem. Tak to przynajmniej wyglądało z zewnątrz. Ale teraz, kiedy patrzę na to z pewnej (niemałej) odległości, uświadamiam sobie uczucia, które mi towarzyszyły. Wracają do mnie doznania, drgania mózgu, które się zauważa dopiero, kiedy nie pozostaje nic innego. Ciężar przyzwyczajenia. Przyjemność płynąca z nawyków. Znajoma rozkosz rodzinnych rytuałów. Te codzienne drobiazgi, które nas kształtują i wszystko zmieniają.

Tamten poranek wypełniały zwyczajne przyjemności. Zgrzyt klamki w moich drzwiach, który rozbudza małą cząstkę mojej świadomości i zapowiada nadejście kolejnego dnia. Mama przekracza próg pokoju, podchodzi i przeczesuje mi włosy, a potem gładzi mnie po głowie, od czoła w stronę karku – nigdy w drugą stronę. Szepcze: „Dzień dobry, kotku. Pora wstawać, króliczku”. Tak jakbym nadal miał dwa albo trzy lata. Ta chwila zawieszona między snem a jawą, ten letargiczny stan, w którym marzenia mieszają się z rzeczywistością. A potem odgłos podnoszonej rolety, promienie słońca na mojej twarzy. Mruczę, odwracam się i ukrywam głowę pod poduszką. To tyle, jeśli chodzi o pierwsze wejście mamy. Rzucam się znów w objęcia Morfeusza, na nowo zanurzam się w sen, z którego nic nie zapamiętam. Drugie wejście mamy, jej głos, tym razem bardziej stanowczy. Mniej łagodny. Bardziej natarczywy. Tak jak każdego dnia. Ona też doskonale zna ten rytuał. Niezmienny od prawie trzynastu lat. Nawet jeśli to wszystko przekształciło się w zwykły odruch, oboje identyfikujemy się z tonami wypowiadanych sylab, z długością gardłowego grrr..., które wydobywa się z ciała nastoletniego, na wpół uśpionego niedźwiedzia, niezależnie od tego, w jakim budzi się nastroju. A tego dnia nastrój mam radosny. Wreszcie sobota. Mamy masę czasu, nawet jeśli mama udaje, że to nieprawda. Znam rozkład dnia, znam swoją mamę: budzi mnie wcześnie po to, żebym zdążył w porę wypłynąć na powierzchnię.

Przerwę tu na chwilę, bo wiem, co myślicie: to jednak dość dziwne, że dzieciak, który ma niespełna trzynaście lat, używa takich skomplikowanych słów. W każdym razie dziwi to moich kumpli z trzeciej C gimnazjum Paula Éluarda, którzy uważają, że to podejrzane. Być w ostatniej klasie gimnazjum w wieku lat dwunastu i pół też jest w sumie podejrzane. Ale nie robię z tego afery, po prostu tak mówię, nic na to nie poradzę. W szkole wystarczająco często się z tego nabijają i wyzywają mnie od kujonów, więc dziękuję bardzo, nawet nie myślcie, żeby do nich dołączyć...

Na czym skończyłem? Ano tak, opowiadałem wam o sobie. Od kilku dni chciałem – a właściwie musiałem – porozmawiać z mamą o dziewczynie, którą poznałem na treningach piłki nożnej. Owszem, dziewczyny też uprawiają futbol, i owszem, bywają całkiem ładne, pora zapomnieć o stereotypach. Czekałem na odpowiedni moment. Jesteśmy dość skryci, mama i ja. Nie przepadamy za zwierzeniami. Wolimy raczej dusić wszystko w sobie. Jeśli już mam rozmawiać z moją mamą, to na pewno nie w zwykły dzień tygodnia. Wraca z pracy wykończona i nie rozstaje się ze smartfonem, bo ciągle musi gasić różne „pożary” i ogarniać „nagłe wypadki”, jak to nazywa. Ciekawe, o jakie pożary i nagłe wypadki może chodzić w przypadku szamponów przeciwłupieżowych...

Nieważne. Postanowiłem, że ten zwyczajny poranek weekendu to idealna okazja, by zacząć rozmowę. Nie chciałem, żeby mama się przestraszyła i pomyślała, że od razu zamierzam się żenić, więc wolałem nie robić wielkiego zamieszania. Zwykła, swobodna pogawędka, jakby nigdy nic – i tyle. Dlatego muszę przyznać, że kiedy podjechałem do mamy, a ona odepchnęła mnie, jak przeszkodę, która przypadkiem znalazła się na jej drodze, trochę się zirytowałem. Mama twierdzi, że jestem sangwinikiem. Nie do końca wiem, co to znaczy, pewnie chodzi po prostu o to, że łatwo mnie rozdrażnić. Na swoją obronę powiem tylko, jak mawia babcia Odette, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, a mama jest wyjątkowo... drażliwa. Nie użyłem słowa „upierdliwa” – to wy tak pomyśleliście. Przyznajcie się.

Głośno westchnąłem i odjechałem wściekły. Chciałem jej przerwać rozmowę. Była sobota rano, w jaki sposób miałem jej uzmysłowić, że tego dnia nie pracuje i nie musi odbierać służbowych telefonów. Doskonale wiem, że mama wciąż się stresuje, kiedy znikam gdzieś za rogiem. Przyspiesza wtedy, żeby nie stracić mnie z oczu. Dlatego odepchnąłem się z całych sił i pomknąłem przed siebie. Chciałem dotrzeć przed nią do rue des Récollets, skręcić za rogiem, a potem ukryć się za bramą parku Villemin. Liczyłem na to, że solidnie ją wystraszę i skłonię do rozmowy.

Nie wiem, co wydarzyło się później. Chociaż chyba się domyślam, nie jestem przecież debilem. Jechałem za szybko, to jasne. Wpadłem w poślizg. Idiotyczny błąd. Nigdy mi się to nie zdarza, zazwyczaj panuję nad deską. Kiedy podniosłem głowę, zobaczyłem nadjeżdżającą ciężarówkę. Usłyszałem klakson... a potem nastała ciemność.

Totalne zaciemnienie.

Zwróćcie uwagę, że wbrew temu, co się zwykło mówić, w tych ostatnich sekundach wcale nie stanęło mi przed oczami całe życie. Zobaczyłem tylko światła ciężarówki i pomyślałem: „Cholera, to dziwne, że ktoś jedzie z włączonymi światłami w środku słonecznego dnia”.

Taka ostatnia myśl. To dopiero idiotyzm.

   Rozdział 2   

EEG

Ani przez chwilę nie brałam pod uwagę, że nie żyje. Matki są w ten sposób zaprogramowane. Sama myśl, że dziecko umarło, to już zgoda na jego pogrzeb. A pogrzeb dziecka po prostu nie wchodzi w grę. Louis nie umarł. Nie mógł umrzeć.

Byłam w szoku. Nie wiem, czy to oficjalny medyczny termin, ale wydaje mi się, że słyszałam, jak ktoś wypowiadał te słowa. Resztę tej chłodnej soboty przeżyłam w stanie dziwnego przytłumienia i zawieszenia, tak jakby dźwięki i doznania tłumił ochronny kokon, który otoczył mnie od stóp do głów. Czułam się jak w znieczuleniu. Pewnie stało się tak za sprawą środków uspokajających, które błyskawicznie mi podano. Albo przez bomby, które spadały na mnie jedna za drugą.

Bomby emocjonalne, kiedy lekarze wyjaśnili mi, że naszpikowali mojego syna lekami, żeby nie cierpiał – i że w pierwszej kolejności muszą zahamować infekcje, które z całą pewnością pogorszyłyby stan pacjenta. Że istnieje zagrożenie życia i na tę chwilę trudno określić realny stan świadomości mojego syna z powodu leków, które mu podano. I że na razie trzeba się wstrzymać z dalszą oceną jego stanu zdrowia. Bardzo nam przykro, proszę pani.

Bomby łzowe, kiedy moja matka zjawiła się w szpitalu i zaczęła mną potrząsać, krzyczeć, wyrzucać mi bierność, nieodpowiedzialność, obojętność. Lekarze musieli ją ode mnie odciągnąć. Moją własną matkę. Każdy doświadcza trudnych sytuacji w inny sposób, proszę pani. Musi pani uszanować reakcję córki, tak jak my szanujemy pani reakcję. Nie, nie jesteśmy aroganckimi kretynami.

I wreszcie bomby słowne. Całe lawiny nowych słów, skrótów, niezrozumiałych znaków, grad przymiotników. Medyczne terminy, które nabierają sensu dopiero wówczas, gdy chcemy je usłyszeć. Z tej nawałnicy zapamiętałam tylko najważniejsze hasła, te punkty odniesienia, które wydają nam się zwykle ważniejsze od pozostałych.

Uraz wielonarządowy.

Krwiaki.

Śródmózgowy.

Płucny.

Śpiączka.

Głęboka.

Respirator.

EEG.

Elektroencefalogram.

Czekać.

Ile?

Nie wiadomo.

Nie do przewidzenia.

Nigdy?

Nie wiadomo.

Za wcześnie.

Nadzieja.

Odwaga.

Louis pięknie wyglądał na szpitalnym łóżku. Był spokojny. Zaskakująco wyciszony. Gdyby nie wszystkie te rurki, jego twarz i ciało wydawałyby się niemal nietknięte, nieskazitelne. Dwa pęknięte żebra, złamana noga – nie doszło do złamania otwartego i wystarczy unieruchomienie, jak mnie zapewniono. Odpowiedziałam, że to chyba niepotrzebne, skoro mój syn nieprędko zacznie podskakiwać. Pielęgniarka posłała mi jedno z tych znaczących, pełnych dezaprobaty spojrzeń. Stałam się zdezorientowaną matką. Przerażoną. Cała ta sytuacja wydawała mi się nierealna. To tylko koszmar, Thelmo. Nic więcej. Obudzisz się i zobaczysz Louisa, z rozczochranymi włosami, kosmykami opadającymi na jego czarne oczy, które będą się do ciebie śmiały wszystkimi rzęsami. Co się dzieje, mamo? Nie bawią cię już moje dowcipy? No dobrze, ten jest rzeczywiście dość słaby, ale poza tym wszystko jest w porządku, nie martw się. A właśnie, kupiłaś mi tę kartę z Pokemonem X, którą znalazłem na Amazonie? Co zjemy dziś na kolację? Mogę obejrzeć koncert w MTV? No prooooszę, mamo. Jesteś najlepsza, uwielbiam cię.

Daleko mi do najlepszej. Najlepszą matkę i mnie dzielą całe lata świetlne. Tamta drwi sobie ze mnie, siedząc wygodnie w swojej odległej galaktyce. Jej syn stoi obok niej i się uśmiecha. Żyje. A mój?

Żyje.

Też.

Nadzieja.

Czekać.

Ile?

Nie wiadomo.

   Rozdział 3   

TUŻ PO

Pozwolono mi opuścić szpital w niedzielę wieczorem. Personel zatrzymał mnie na całą sobotę – na obserwację, jak poinformowano mnie w oficjalnym trybie. Sądzę, że tak naprawdę chodziło o to, żebym nie zrobiła jakiejś głupoty. Najwyraźniej mnie nie znają. Jedno wiem na pewno: zdecydowanie nie mam skłonności samobójczych. Wpisany jest we mnie instynkt przetrwania. Nawet w najmroczniejszych chwilach odnajduję siłę, by się podnieść. To przynajmniej powtarzałam sobie w kółko po wypadku Louisa. Wiedziałam, że muszę uruchomić w sobie tryb walki. A to potrafię doskonale. Jestem wojowniczką. Louis będzie potrzebował wsparcia, proszę pani. Otoczenie odgrywa bardzo istotną rolę w przypadku osób, które zapadły w śpiączkę. Niczego to oczywiście nie gwarantuje, ale Louis jest bardzo młody. W tym wieku ma większe szanse na wyjście z tego. Częściej wybudzają się pacjenci młodzi, którzy się nie poddają, korzystają z doskonałej opieki medycznej, a bliscy otaczają ich miłością i walczą u ich boku.

Opuściłam więc szpital w niedzielę, z nadzieją sercu, ale śmiercią w duszy. Chciałam walczyć u jego boku, a pielęgniarki dodały mi otuchy. Zwłaszcza ta urocza drobna blondynka, która kojarzyła mi się z Sophie Davant[3] i której powierzyłabym swoje