Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Pokój kołysanek ebook

Natasza Socha  

4.76923076923077 (13)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 266 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pokój kołysanek - Natasza Socha

Natasza Socha w swojej twórczości często dotyka tematów trudnych, które zmuszają czytelnika do chwili zadumy i refleksji. Tym razem inspiracją do fabuły najnowszej powieści „Pokój kołysanek” okazała się historia dwóch dojrzałych mężczyzn: jej Dziadka oraz Davida Deutchamana. 

 

W 2005 roku, David Deutchman, emerytowany nauczyciel rozpoczął rehabilitację w jednym ze szpitali w Atlancie. Pewnego dnia, po skończonych zabiegach, zatrzymał się na oddziale dziecięcym i stanął za szybą, która oddzielała go od noworodków. Nie mógł oderwać wzroku od maluchów, aż w końcu zapytał pielęgniarkę, czy dla osoby w jego wieku nie znalazłby się w szpitalu jakiś wolontariat. Wtedy też po raz pierwszy wziął na ręce malucha, który zanosił się płaczem i trudno było go uspokoić. Dziecko, głaskane i przytulane przez przypadkowego człowieka, zasnęło w końcu w jego ramionach. David został zatrudniony w szpitalu jako profesjonalny „przytulacz” noworodków, które z różnych powodów nie mogły wrócić do domu. I robi to nadal, nieprzerwanie od dwunastu lat...

Opinie o ebooku Pokój kołysanek - Natasza Socha

Fragment ebooka Pokój kołysanek - Natasza Socha

Pamięci mojego Dziadka

Ta historia ma swoje korzenie w rzeczywistości. Wszystko zaczęło się w dwa tysiące piątym roku, kiedy David Deutchman, emerytowany nauczyciel, rozpoczął rehabilitację w jednym ze szpitali w Atlancie. Pewnego dnia, po skończonych zabiegach, zatrzymał się na oddziale dziecięcym i stanął za szybą, która oddzielała go od noworodków. Nie mógł oderwać wzroku od maluchów, aż w końcu zapytał pielęgniarkę, czy dla osoby w jego wieku nie znalazłby się w szpitalu jakiś wolontariat. Wtedy też po raz pierwszy wziął na ręce noworodka, który zanosił się płaczem i trudno było go uspokoić. Dziecko, głaskane i przytulane przez przypadkowego człowieka, zasnęło w końcu w jego ramionach. David został zatrudniony w szpitalu jako profesjonalny „przytulacz” maluchów, które z różnych powodów nie mogły wrócić do domu. I robi to nadal, nieprzerwanie od trzynastu lat...

Pokój kołysanek jest inspirowany tą właśnie historią.

PROLOG

W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku, w grudniu, londyńczycy obudzili się w zupełnych ciemnościach. Mgła zmieszana z dymem, który wydobywał się z elektrowni węglowych Battersea, Bankside oraz Kingston upon Thames, ograniczyła widoczność do kilku metrów. W mieście zapanowała kompletna cisza, ludzie porzucali samochody, z czasem przestała działać komunikacja miejska, a Heathrow nie przyjmowało żadnych samolotów. Zanieczyszczenie powietrza doprowadziło do śmierci kilku tysięcy osób, a wiele innych trafiło do szpitala z ostrą niewydolnością oddechową. Lub przedwczesną akcją porodową, tak jak Ann, która z utęsknieniem czekała na swoją córeczkę. Tyle że Lou Jane miała urodzić się w lutym. Matka nie opuściła jej nawet na jeden dzień. Praktycznie zamieszkała w szpitalu, bez przerwy głaszcząc, tuląc i dotykając swoje niecałe dwa tysiące gramów miłości. Lekarze nie dawali Lou Jane większych szans, powołując się na statystki i zagrożenia, jakie na nią czekały. Nie wiedzieli, co zrobić z takim maleństwem. Nikt wtedy nie ratował wcześniaków, nie istniały oddziały neonatologiczne. Ale Ann wiedziała swoje. Nie patrzyła na dane, nie zwracała uwagi na fakt, że jednego dnia jej córeczka przybiera na wadze, by następnego wszystko stracić. Była z nią przez cały czas, ogrzewając dłońmi i tuląc kołysankami do snu.

W sukieneczkach z pajęczynkitańczą kwiatki w blasku gwiazd.Świerszcz przygrywa im na skrzypcach, sen zagląda już do gniazd.

Autor nieznany: W sukieneczkach z pajęczynki.

Z albumu: Mini Mini Kołysanki

Pierwszego grudnia

Czy Bóg ma imię? – taki napis wymalowano sprejem na murze tuż obok niewielkiego sklepiku i każdy, kto go czytał, niejako podświadomie próbował odpowiedzieć sobie na to pytanie. Ale nie Joachim.

Joachim bowiem nie mógł wyjść z podziwu i wcale nie chodziło o ten napis. On patrzył trzydzieści centymetrów w bok, gdzie zaczynała się witryna sklepu. Poduszki, które leżały na wystawie, zdawały się mieć smak niczym cukierki. W takich też były kolorach. Różowe, żółte, seledynowe, czerwone, turkusowe, białe. W groszki, w kratkę, w jakieś buźki uśmiechnięte, w jednorożce i motyle. Najchętniej wszedłby na okno wystawowe i zanurzył się w tej miękkości, ale zdawał sobie sprawę, że mógłby zostać potraktowany jak szaleniec, na dodatek stary szaleniec, który stracił resztki rozumu i nurkuje w poduszkach.

Nie chcąc ryzykować utraty godności, tylko wszedł do sklepu, ukłonił się i posłał uśmiech w stronę kobiety, która siedziała za ladą i chyba coś szyła.

– Nóżki doszywam – odpowiedziała na ten uśmiech, a on od razu zrozumiał.

Wszystkie poduszki były w kształcie chmurek i miały długie nogi, a niektóre nawet ręce. Miały też oczy i rzęsy i można było rozpoznać, która z nich jest kobietą, a która mężczyzną. Czy chmura w ogóle może być mężczyzną? Joachim zaśmiał się pod nosem.

Kupił dwie, ubrane świątecznie, bo przecież pierwszy grudnia to jest właśnie ten dzień, w którym zaczyna się wielkie odliczanie. Wtedy już wiadomo, że Wigilia zbliża się krokami w siedmiomilowych butach, a w powietrzu wyczuwa się charakterystyczne napięcie, będące mieszanką oczekiwania, niepewności, strachu i odrobiny melancholii. W roku dwa tysiące piętnastym Joachim miał osiemdziesiąt pięć lat i niósł z uśmiechem na twarzy dwie poduszki w sukienkach z motywem gwiazdek i reniferów. I tylko wzruszył ramionami na widok miny siostry Marii, która jak zwykle musiała okazać mu dezaprobatę i wtrącić swoje trzy grosze.

– Poduszki? A wyprane chociaż?

Joachim przygryzł górną wargę i powiedział, że wypierze je jeszcze dzisiaj, że dopiero kupił, bo w sklepie było tak pięknie i świątecznie.

– A zarazki? One nie pachną, ale to nie znaczy, że ich nie ma. Ech, całe życie trzeba tłumaczyć oczywistości. – Machnęła ręką, ale Joachim zupełnie się tym nie przejął.

Poszedł do łazienki, umył ręce, popatrzył przez moment na swoje odbicie w lustrze, a potem uśmiechnął się do siebie, bo tak naprawdę lubił tu przychodzić. Wszedł do salki z maluchami i nachylił się nad Mikołajem, który urodził się w siódmym miesiącu ciąży i który ze względu na zachłystowe zapalenie płuc musiał jeszcze przez jakiś czas pozostać w szpitalu. Na szczęście niebezpieczeństwo minęło, a Mikołaja można już było brać na ręce. Po prawie dwumiesięcznym pobycie na Oddziale Neonatologii powoli zaczynał otwierać oczy, co zawsze ogromnie cieszyło Joachima.

– Chcesz mnie w końcu zobaczyć, co, mały?

Starszy pan usiadł w fotelu, rozpiął sweter i przytulił malucha, który na ułamek sekundy spojrzał w jego stronę, by po chwili ziewnąć i znowu zamknąć powieki. Zupełnie jakby szykował się do snu, kołysany opowieścią, którą Joachim miał dla niego w prezencie. Starszy pan nie zastanawiał się, o czym będzie mówił, bo przecież każda historia jest dla Mikołaja nowa, każdą słyszy po raz pierwszy i każdą odkłada gdzieś w zakamarkach swojego mózgu. Kto wie, może kiedyś pomoże mu ona podjąć jakąś decyzję, wtedy inni powiedzą, że miał szósty zmysł, a on sam uzna to za coś w rodzaju déjà vu.

– Pogadamy sobie, mój mały. O tym, co było kiedyś, o tym, co widziałem, kogo spotkałem i z kim najlepiej mi się uśmiechało.

Joachim na moment zawiesił głos.

Czym tak naprawdę są wspomnienia? Czy to dotyk pamięci, który prowadzi do zmian w połączeniach szarych komórek, przywraca obrazy? Tyle że te połączenia całe życie ulegają modyfikacji – dochodzą nowe, przegrupowują się, jedne wspomnienia przykrywają inne, a do tych z kolei doczepiają się kolejne. Nie można zatrzymać w mózgu całego życia, więc pewne ewokacje muszą ulec skasowaniu.

– Mały niczego nie zapamięta. – Wzrusza ramionami siostra Maria. – Mózg dziecka jest niestabilny, a pierwsze wspomnienia zawsze ulegają zatarciu. Nie da się do nich powrócić.

Ale Joachim wiedział swoje.

– Miała na imię Helena – zaczął i urwał niemal od razu.

Przygryzł wargi, zupełnie jakby nie chciał, aby jakieś słowo wydostało się nieopatrznie na zewnątrz. To był chyba czwarty, a może piąty raz, kiedy próbował o niej opowiedzieć i za każdym razem słowa więzły mu w gardle. Naprawdę, po tylu latach, ciągle nie potrafił o niej mówić? Przywrócić tamtych chwil, odtworzyć ich, dotknąć raz jeszcze? To nie był ani czwarty, ani piąty raz, tylko chyba setny. I znowu nie wyszło.

– Bo wszystko spieprzyłem, zupełnie jak jakiś kretyn – westchnął pod nosem.

– Nie klnij przy małym. To, że cię nie rozumie, nie znaczy jeszcze, że ci wolno – upomniała go siostra Maria, ale tylko wywrócił białkami, chcąc dać jej do zrozumienia, że znowu podsłuchuje, a to jest rozmowa prywatna. W końcu poszła, mamrocząc coś pod nosem i kręcąc głową. Była jak wietrzne dzwonki, co chwila coś nią poruszało i zmuszało do wydawania dźwięków. Pewnie gadała również przez sen.

Mikołaj spał tymczasem wtulony w jego koszulę, a Joachim nie mógł się nadziwić, jak coś tak maleńkiego, kruchego i bezbronnego może wyzwalać tak silne emocje. Zupełnie jakby przez jego stare i trochę już wyeksploatowane ciało przepływały strumienie ciepłego światła, rozgrzewając je od środka i wyciszając wszelkie dolegliwości, jakie ma każdy, komu do setki brakuje tak niewiele. Bóle stawów, bóle mięśni, bojkot ze strony kolana, które odzywało się wtedy, kiedy miało na to ochotę, nadciśnienie tętnicze, owszem, trochę opanowane lekami, ale przecież niewyleczone całkowicie. Najbardziej podobało mu się określenie, którego użył lekarz, informując go o „spadku wydajności mitochondriów”. Brzmiało to zdecydowanie ładniej niż „starzenie się mięśni” i – co za tym idzie – jakaś powolność w ruchach, której Joachim nie chciał zaakceptować. Szkoda, że człowiek starzeje się w duchu znacznie wolniej. Gdyby zachować lepsze proporcje między marszczeniem się skóry i duszy, zdecydowanie mniej bolałaby świadomość, że życie zbliża się nieuchronnie do mety. Nie zastanawiał się nigdy nad śmiercią, ale też się jej nie bał i nie pocił ze strachu, co też go czeka tam, gdzie serce już nie musi bić. Na razie było mu jednak dobrze tu, na ziemi, z tymi maluchami. Pytanie, kto komu bardziej pomagał?

– Wiesz, co mnie najbardziej przeraża? Że musiałbym cały czas leżeć – powiedział mu kiedyś inżynier Malinowski, z którym Joachim spędził jedną ze swoich licznych podróży. – Wiesz, już po śmierci.

Joachim roześmiał się wtedy i powiedział, że to absolutnie wykluczone. Że leżenie byłoby karą, a przecież nie wszyscy nagrzeszyli.

– A jeśli leżą ci, którzy pragną się ruszać, a ci leniwi z kolei biegają po nieboskłonie jak chomiki w takim metalowym kołowrotku? – niepokoił się dalej Malinowski.

Joachim był jednak przekonany, że ponieważ życie jest cykliczne i bazuje na pewnej regularności, to podobnie musi być po śmierci. Nikt nie będzie na siłę zapychał nieba – łatwiej jest odesłać ludzi na ziemię, tyle że z całkowicie wyczyszczonym dyskiem twardym. Okropnie byłoby wracać z dawnymi grzechami i żalem za tym, co się samemu zepsuło.

– Wierzysz, że mamy więcej żyć? – zdumiał się Malinowski.

– Gdyby było inaczej, zabrakłoby dla nas miejsca we wszechświecie.

– Coś w tym jest...

Joachim poklepał kolegę po ramieniu.

– Dlatego nie bój się, że będziesz leżał. Moim zdaniem szybko przyślą cię z powrotem.

Malinosiu odetchnął wtedy z prawdziwą ulgą.

Joachim wrócił myślami do teraźniejszości.

– Helena miała dziwne oczy – zaczął po raz kolejny, podejmując próbę, która jednak nie miała szans się udać. I znowu urwał.

Co go u diabła tak blokuje? Wstyd? Smutek? Żal za czymś, co nigdy się nie wydarzyło? A oczy rzeczywiście miała dziwne, czasem popielate, czasem niebieskie, a czasem przebłyskiwały w nich zielone punkciki. Lubił się im przyglądać, bo były takie nieoczywiste i nigdy nie wiedział, na jaki kolor trafi danego dnia. Lubił też przyglądać się jej, kiedy była czymś bardzo zajęta. Zawsze wysuwała wtedy koniuszek języka i marszczyła brwi. I lubił jej słuchać, kiedy opowiadała dzieciom bajki na dobranoc. I gdy gotowała budyń. A kiedy człowiek lubi w drugim człowieku tyle rzeczy naraz, to znaczy, że jest muśnięty jego zapachem, że wpadł w otumanienie i nie wolno go z tego stanu wyrywać. To jak ciągłość funkcji w matematyce. Najwyraźniej jednak to znowu nie był odpowiedni dzień, żeby przywrócić we wspomnieniach Helenę, ożywić ją i raz jeszcze spojrzeć w jej oczy.

– A wiesz, że kiedyś prawie przygarnąłem kotka? Błąkał się po mojej okolicy i jakoś tak przeraźliwie miauczał. Myślałem, że jest bezdomny, więc go wziąłem na ręce i zacząłem tłumaczyć, że też w zasadzie jestem sam i mogę się z nim podzielić moim mieszkaniem. I wtedy wybiegła jakaś baba, podobno moja sąsiadka z dołu, i zaczęła wrzeszczeć, że chcę jej ukraść Paputka. Wyobrażasz sobie? Próbowałem jej wyjaśnić, że tylko go uspokajałem, bo wyglądał na opuszczonego, ale prawie mnie opluła. Od tego czasu ostrożnie podchodzę do kotów, które wyglądają na bezdomne. Bo może tylko udają.

Joachim zamilkł, głaszcząc małego Mikołaja po głowie. Chłopczyk spał jak zaczarowany, ukołysany niskim, cichym głosem starszego pana i historią prawie bezdomnego Paputka.

– Ładne masz imię, wiesz? – Joachim popatrzył na malucha. – Za kilka dni będziesz obchodził imieniny. A wiesz, co oznacza moje? To imię pochodzenia biblijnego, które wywodzi się od zbitki słów „Jahwe podniesie”, ale nie pamiętam, jak to brzmiało w oryginale. Joachim to dość znany święty, który był ojcem Marii, matki Jezusa. Według apokryfów był człowiekiem zamożnym, lecz bezdzietnym, a w tamtych czasach bezdzietność była uważana za przekleństwo. Po czterdziestodniowym poście na pustyni anioł obwieścił mu jednak bliskie narodziny córki. Tyle Biblia, można w to wierzyć albo nie, choć ja lubię takie opowieści. Mają w sobie jakąś magię, coś metafizycznego, pewnie dlatego, że brzmią mało realnie. A wiesz, że kiedyś też prawie miałem córkę i też miała na imię Marysia? Wołaliśmy na nią Rysia. Mówię prawie, bo nie do końca była moja, chociaż pewnego dnia spytała mnie, czy może mówić do mnie „tato”. Żeby zobaczyć, jak to jest. – Zamyślił się na moment.

O Rysi też było mu jakoś ciężko mówić, ale przecież nie można całkowicie wymazać czasu, który zresztą mógłby trwać znacznie dłużej, gdyby tylko Joachim nie dopuścił do głosu własnego egoizmu.

Czy człowiek może być wyspą? Czy może być samodzielny, niezależny i radzić sobie świetnie nawet wtedy, gdy wkoło jest tylko woda? Czy naprawdę nie potrzebuje drugiego kawałka lądu, żeby mieć jakikolwiek punkt odniesienia? W wyspę zmienia go własny egoizm, narcyzm, swoista idiolatria, która każe wpatrywać się w samego siebie. Kim zatem była dla Joachima Helena, kim były Rysia i pozostałe dzieci? Stałym lądem? Czasem wydawało mu się, że miał prawo postąpić tak, jak postąpił, czasem dopadały go wyrzuty sumienia.

Wybiła jedenasta trzydzieści.

– No dobrze, mały, widzę, że odpłynąłeś na zupełnie inne morza i trzeba cię będzie budzić na karmienie. Ta groźna siostra, która co chwila do nas zagląda i udaje, że nie podsłuchuje, zaraz tu wróci i zacznie marudzić pod nosem, że miałem cię tylko troszkę uspokoić, a tymczasem ty zasnąłeś jak maleńki suseł.

Zamknął oczy.

– Przed domem stał pod drzewem stół nakryty do podwieczorku, a Zając Marcowy i Kapelusznik popijali przy nim herbatkę. Pomiędzy nimi siedział Suseł, pogrążony we śnie, oni zaś traktowali go jak poduszkę, opierając się na nim łokciami i rozmawiając ponad jego głową[1] – wyrecytował po chwili i sam sobie pogratulował pamięci. – To najlepszy dowód na to, że mój mózg ciągle się nie starzeje.

Puścił oko do siostry Marii, która, tak jak się spodziewał, znowu do nich zajrzała, a nawet pogroziła mu palcem.

– Wyjaśniam tylko, skąd się wzięło powiedzenie „spać jak suseł”.

– Świetnie. A wiesz może, jak obudzić susła? – spytała, ale Joachim w ogóle się tym nie przejął. Najważniejsze, że Mikołaj po ciężkiej nocy wślizgnął się w końcu tam, gdzie mógł spokojnie odpocząć, nabrać sił i przybrać kolejne gramy, które tak bardzo cieszyły wszystkich naokoło.

Oddział Neonatologii w szpitalu w Poznaniu, podobnie jak każdy inny w tym kraju, potrzebował takich Joachimów dużo bardziej niż leków. Zaczęło się od Interwencyjnych Ośrodków Preadopcyjnych, które szukały wolontariuszy do przytulania niechcianych dzieci. Joachim trafił na takie ogłoszenie całkiem przypadkowo i pomyślał wtedy, że to dziwne zajęcie, choć pewnie ma jakiś sens.

– Przytulanie? – wymruczał pod nosem, a potem z ciekawości zadzwonił pod wskazany numer.

– Niektóre dzieci przyjeżdżają do nas prosto ze szpitali albo z Okien Życia, albo są tymczasowo odbierane rodzicom z różnych powodów – tłumaczyła młoda dziewczyna przez telefon. – I wie pan, one nie tylko potrzebują świeżej pieluchy czy nakarmienia, ale bardziej tego, żeby ktoś się z nimi pobawił. Przytulił, pogłaskał po głowie, powiedział, że wszystko będzie dobrze, że to taka chwilowa burza w ich życiu. Nawet jeśli niewiele z tego rozumieją, to kojący głos pozwala im się wyciszyć.

– Ale ja przecież byłbym dla nich kimś obcym. – Joachim nie był do końca przekonany.

Dziewczyna westchnęła.

– Proszę mi wierzyć, to nie ma żadnego znaczenia. W naszym ośrodku przebywa obecnie dwadzieścia maluchów. Trzeba je codziennie wykąpać, zważyć, przewinąć, podać lekarstwa. Mamy mało ludzi i nie starcza czasu na zwykłe kołysanie. A tego potrzeba im najbardziej. Zwykłego dotyku, żeby czuły, że nie są same. Pluszaki im nie wystarczają – dodała smutno.

Joachim jednak stchórzył. Pomyślał, że nie nadaje się na opiekuna dzieci, zwłaszcza że już raz zawiódł. Sam nie doczekał się też potomka, a to, co wydarzyło się sześćdziesiąt lat temu, było chyba najlepszym dowodem na to, że nie potrafi zrozumieć dziecięcych potrzeb. Poza tym był już stary. A jeśli upuści dziecko? A jeśli je nieodpowiednio chwyci? A jeśli niechcący za mocno je przyciśnie? Nie poszedł do ośrodka i więcej nie zadzwonił.

Od tego momentu jednak nie mógł już spokojnie spać, co dość mocno wytrącało go z równowagi. Wróciły obrazy sprzed lat, wróciły nieco zatarte wspomnienia, których jednak nie dało się tak całkowicie wymazać, choć starał się je przykrywać nowymi, żeby nie wracać, nie roztrząsać, nie oceniać siebie samego i wreszcie – nie wydawać wyroku. Ale wspomnienia mają to do siebie, że żyją własnym życiem i w pewnym momencie stają przed oczami tak wyraźnie, jakby wszystko wydarzyło się dopiero wczoraj. Człowiekowi wydaje się, że potrafi nad nimi zapanować, ale tak naprawdę to one robią z nim, co chcą.

Joachim przez całe swoje życie podróżował. Jego dni były niczym pasma jedwabnych nici, babie lato, do którego ktoś podoczepiał przygody. Każdy dzień wypełniał po brzegi, godziny nasycał do granic, a wolne chwile zamykał w pudełkach, żeby nie kusiły i nie zmuszały do rozmyślań. Ale kiedy skończył osiemdziesiąt lat, zrozumiał, że i tak nie ucieknie od echa, które wracało do niego w najmniej oczekiwanych momentach. Musiał w końcu osiąść w jednym miejscu, bo ciało nie miało siły, żeby znowu się przemieszczać. I tym razem nie mógł już być samotną wyspą, bo za bardzo potrzebował pomocy innych. Co prawda nie miał kłopotu z tym, żeby być sam, ale rozumiał, że nie zawsze jest to idealne wyjście.

– Chcę odpocząć – mówiło ciało do Joachima i wysyłało coraz bardziej bolesne sygnały.

W końcu musiał się poddać.

We wrześniu dwa tysiące trzynastego roku przechodził koło szpitala położniczego i przystanął na moment, żeby złapać oddech. Takie stany przytrafiały mu się coraz częściej – zadyszka, trudności z oddychaniem i jakieś dziwne przeczucie, że jego płuca zaczynają się buntować. Ale potem wszystko wracało do normy i Joachim dochodził do wniosku, że to tylko przejściowe zawahanie organizmu, coś w rodzaju zacinania się płyty, której jednak nie trzeba jeszcze wyrzucać. Przed szpitalem stała kobieta w zielonej kurtce, która wcale nie przejmowała się tym, że płacze, że ma czerwony nos, z którego kapie, a ona nie ma chusteczki.

– Proszę. – Joachim podał jej swoją, a ona zamiast „dziękuję” opowiedziała mu o swojej córeczce, której przy urodzeniu wpisano wagę: tysiąc sto pięćdziesiąt trzy gramy, ale „dzisiaj było już trochę więcej, więc jest szansa”.

– Te wszystkie kable, które jej doczepili, ważą więcej niż ona sama – westchnęła ciężko i mocno potarła dłońmi twarz. – Wie pan, to okropnie niesprawiedliwe dostać na starcie życie, które jest skomplikowane. Kiedy sami je sobie gmatwamy, możemy mieć też do siebie pretensje. A tu? Kogo mam oskarżyć? Kogo obwinić za to, że wszystko jest nie takie, jakie być powinno?

A potem poszła, nie spoglądając na Joachima, zupełnie jakby zapomniała, że przed chwilą jeszcze do niego mówiła. Patrzył za nią tak długo, aż rozbolały go oczy, a ona stała się zielonym punktem, który po chwili zniknął na zawsze.

Podobno w psychologii zwrot „olśnienie” oznacza pojawienie się w umyśle gotowego rozwiązania. Czy to było właśnie to? Joachim nie wiedział, co nim kierowało, ale czuł, że musi wejść do szpitala i skierować się na Oddział Intensywnej Terapii. Zupełnie jakby tam miał znaleźć odpowiedź. Oczywiście, że go nie wpuścili, zresztą nie było podstaw, żeby tam wchodził, ale jednocześnie zrozumiał, że musi coś zrobić, coś, co znowu pozwoli mu regularnie wychodzić z domu. Zrozumiał, jak ważny jest ruch, bycie potrzebnym, cykliczność.

– Myślę, że mógłbym się wam do czegoś przydać – powiedział godzinę później w dziale kadr i jakoś tak mimowolnie wspomniał o Interwencyjnych Ośrodkach Preadopcyjnych, o przytulaniu terapeutycznym, a obecne tam kobiety patrzyły na niego tak, jakby proponował im obwoźny handel narkotykami.

– Nie bardzo wiem, co panu odpowiedzieć – przyznała uczciwie jedna z pracownic, a druga tylko wzruszyła ramionami. – Przytulacz terapeutyczny?

– A mogłaby pani kogoś zapytać?

Skinęła głową i na szczęście na tym nie poprzestała. Najwyraźniej pomysł trafił na podatny grunt, bo jeszcze tego samego dnia przekazała propozycję Joachima komu trzeba.

Dwa tygodnie później dyrektor szpitala zaprosił go na rozmowę.

– Wie pan, że to rodzaj eksperymentu? – zapytał na wstępie. – I pewnie bym się na niego nie zdecydował, gdyby nie pomyślne wyniki podobnych akcji w szpitalach na całym świecie. Stworzenie czegoś na kształt prototypu relacji, kiedy rodzice nie mają czasu, żeby pojawiać się u nas codzienne, nie jest złym pomysłem. Ale najważniejsza jest tutaj regularność. Te dzieci się do pana przyzwyczają i będą na pana czekać. Nawet jeśli są niewiele większe od kurczaków, to jednak potrafią zapamiętać czyjś głos, zapach i wreszcie dotyk. Ważne, aby towarzyszył im pan od początku aż do momentu wyjścia ze szpitala.

Joachim skinął głową.

– Zauważyliśmy już wcześniej u starszych dzieci, że podczas masażu stóp lub wnętrza dłoni niektórzy z naszych małych pacjentów zaczynają gaworzyć lub przynajmniej wydobywać z siebie jakiekolwiek dźwięki. Łapią kontakt wzrokowy, zaczynają zaciskać piąstki. Oczywiście o takich zachowaniach nie ma mowy u wcześniaków, ale to nie znaczy, że one niczego nie czują. Tylko nie wiem jeszcze, co na to rodzice, bo będzie potrzebna ich zgoda, ale ma pan moje błogosławieństwo.

Joachim ucieszył się jak dziecko. Jeszcze tego samego dnia kupił podręczniki o noworodkach, o masażach, o pielęgnacji niemowlaków i o wszystkim tym, co w ogóle nie było mu potrzebne, ale wolał się przygotować. Zaparzył kubek herbaty i wyjął z papierowej torebki dwa pączki z nadzieniem morelowym. Usiadł w fotelu i zaczął czytać. Był podekscytowany równie mocno jak przed swoją pierwszą zagraniczną podróżą.

– Nasmaruj dłonie oliwką. Obydwoma kciukami masuj czoło dziecka, wykonując okrężne ruchy. Taki masaż relaksuje i wzmacnia. Może być też pomocny przy katarze. Następnie delikatnie wymasuj brzuszek, rączki i paluszki, nogi i stópki. Gdy maluch ma kolki, masaż brzuszka, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, może złagodzić jej objawy. Po takim relaksie maluch będzie wyciszony i bardziej spokojny – czytał w skupieniu, ale już następnego dnia lekarz kazał mu o wszystkim zapomnieć.

– Proszę je tylko brać na ręce. Przytulać, kołysać, delikatnie huśtać. Te maleństwa mają poczuć drugiego człowieka, a smarowaniem oliwką zajmą się kiedyś ich rodzice. – Puścił do niego oko.

Od tego momentu Joachim mógł zatem oficjalnie tulić maleństwa, które dopiero co wykluły się na świat i których walka o to, by na nim pozostać, była tak wielka, że za każdym razem budziła w nim podziw. On miał im w tym tylko trochę pomóc – przytulając i głaszcząc, i snując opowieści, które niczym kołysanki łagodziły ból, chwilowo rozwiewały troski i dodawały sił na kolejne dni.

Kołysanka, kołysanka,cicha kołysanka.Na bielutkich prześcieradłach,puchowych posłankach.

Bogdan Chorążuk: Senna kołysanka.

Drugiego grudnia

– To był, mój drogi, rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy, kwiecień. Nie pamiętam dokładnie daty, ale pamiętam zbiórkę na Okęciu, na Dworcu Zagranicznym, o godzinie czwartej trzydzieści rano. Okrutna pora, możesz mi wierzyć. Znajdujesz się wtedy w fazie najgłębszego snu, schodzisz na kolejne poziomy podświadomości, a twoje ciało nie należy chwilowo do ciebie. I wtedy budzik każe ci wracać i funkcjonować zupełnie normalnie, choć to przecież niemożliwe. Ale byłem wtedy młody, nienasycony i jak zwykle głodny kolejnej podróży, więc się zerwałem, chwyciłem za rączkę walizki i pojechałem na Okęcie z głową pełną marzeń i oczekiwań, co też za chwilę się wydarzy. Kijów – Kaniów – Czerkasy – Swierdłowsk – Zaporoże, a na końcu Odessa i znowu Kijów. Odprawa paszportowa trwała ponad cztery godziny, zanim w końcu wsiedliśmy do samolotu. Lecieliśmy czarterem, uwaga, Tu-154. Co za pamięć! – Sam sobie pogratulował. – Było ciepło, słonecznie i cholernie duszno. Wreszcie trafiliśmy do hotelu Moskwa, przydzielono mi wtedy do pokoju jakiegoś dyrektora wydziału rolnictwa i leśnictwa Urzędu Wojewódzkiego w Toruniu. Dyrektor był gruby i miał równie jowialną duszę, dopasowaną do swojej tuszy, na szczęście nie chrapał i starannie mył zęby. Ubierał się codziennie tak samo, miał ze sobą kilkanaście par takich samych buraczkowych skarpetek, ale te brudne wrzucał do plastikowego worka, każdą parę zawijając wcześniej w gazetę. Nigdy później nie spotkałem takiego skarpetkowego kaprala.

Joachim zajmował się dzisiaj Marcelem, który był skrajnym wcześniakiem z bardzo niską masą ciała. Dość szybko pojawiło się u niego krwawienie śródczaszkowe, na szczęście mały zaczął przybierać na wadze i chociaż musiał jeszcze pozostać przez jakiś czas w szpitalu, Joachim już mógł brać go na ręce i zachwalać świat, który Marcel miał osobiście poznać za jakieś kilka tygodni. Mama Marcela miała jeszcze trójkę innych dzieci i chociaż próbowała rozciągnąć czas w nieskończoność, ten tylko grał jej na nosie i złośliwie się kurczył.

– Nie chcę go zostawiać – powiedziała kiedyś Joachimowi, który pogłaskał ją po policzku i obiecał, że zajmie się małym, opowie mu, jak wygląda mama i starsze rodzeństwo, a także dorzuci kilka opowieści ze swojego życia, żeby mu nieco urozmaicić ten pobyt.

– Za szpitalami nikt nie przepada, ale ja potrafię zaczarować to miejsce – ściszył głos.

– To ja powinnam tu siedzieć – protestowała mama Marcela, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że nie zawsze słowo „powinnam” dopasowuje się do rzeczywistości i na odwrót. I wtedy właśnie wolno sięgnąć po koło ratunkowe.

– Ale ja mam czas, a pani nie. Więc zamienimy się chwilowo rolami, to znaczy ja przejmę rolę mamy, zwłaszcza że i tak nie mam nic innego do roboty. A Marcel wygląda mi na kogoś, kto chętnie słucha historii.

– Lubi, jak mu śpiewam.

Uśmiechnął się.

– Z tym może być problem, bo ja ryczę jak stary kozioł, ale proszę mi wierzyć, opowieści też potrafią ukołysać.

Kąciki jej ust drgnęły odrobinę, a zmarszczka na czole wygładziła się, nawet jeśli tylko na moment.

– Dziękuję – powiedziała jeszcze, a Joachim nawet trochę się zawstydził. W końcu nie robił niczego nadzwyczajnego. Nie to, co Helena...

Dzisiejszy poranek był zimny i należał do tych, w których wszyscy przemykają ulicami szybko i mechanicznie, wbijając przy tym wzrok w ziemię, zupełnie jakby nie chcieli patrzeć grudniowi w oczy. Dziwne, bo przecież był to piątek, preludium weekendu, dni wolnych, kiedy wreszcie można trochę dłużej pospać, zacząć opracowywać wstępny świąteczny plan, przypomnieć sobie zapachy wigilijne, a nawet zastanowić się, czy w tym roku nie zrobić o kilka pierogów więcej, bo przecież ostatnio zabrakło. Wiatr był dość silny i głośny, zupełnie jakby założył buty i tupiąc nimi, panoszył się w mieście. Powietrze pachniało zapowiedzią śniegu i w zasadzie Joachim lubił ten aromat, trochę mroźny, trochę mokry, wyrazisty. Wyczytał kiedyś, że w ciepłym powietrzu cząsteczki rozpraszają się o wiele szybciej niż w zimnym i dlatego właśnie w upalne dni do nosa dociera o wiele więcej zapachów niż podczas mrozu. W wielu różnych aromatach można się jednak pogubić. Dlatego zimą są one bardziej intensywne, wyraźne i dosadne. Tylko czy śnieg może pachnieć? To tylko zamarznięta woda, nic więcej. Z drugiej jednak strony wilgoć powoduje, iż do płatków śniegu przykleja się znaczna liczba cząsteczek chemicznych, a one przecież muszą wydzielać jakiś zapach. Tak czy inaczej, Joachim zawsze wyczuwał śnieg nosem i niemal nigdy się nie mylił. Dokładnie trzynaście minut później zerknął w niebo i uśmiechnął się na widok delikatnych płatków, które trochę nieśmiało, trochę jeszcze niepewnie opadały na ziemię, tańcząc, by po chwili przykryć ją białym, jakby batystowym prześcieradłem, unoszonym co chwila przez wiatr. Chętnie napiłby się kawy, ale wiedział, że nie powinien. Za bardzo podnosiła mu ciśnienie, więc lekarz zalecał raczej herbatkę z głogu.

Z głogu! Też coś! Nic nie mogło się równać z aromatem świeżo zaparzonej kawy, z jej smakiem trochę gorzkawym, trochę wytrawnym, przełamanym odrobinę kostką cukru i dwiema kropelkami tłustej śmietanki. W każdym miejscu na ziemi, które odwiedził, pijał kawy w najróżniejszych smakach i konfiguracjach, z kubków, filiżanek, a nawet ze słoika po dżemie. I obiecywał sobie, że na starość zakupi profesjonalny ekspres i będzie każdego dnia celebrował moment przygotowywania kawy. Zalewania herbatki z głogu nie dało się jakoś celebrować.

Wszedł do kawiarni, która znajdowała się niedaleko jego domu i rozejrzał się wkoło. To było stosunkowo nowe miejsce, wcześniej była tu chyba pralnia chemiczna, a potem przez parę miesięcy lokal stał pusty. Już kilkukrotnie miał tu ochotę zajrzeć, ale zawsze wydawało mu się, że takie lokale są zarezerwowane dla ludzi młodszych. Poza tym nie pijał przecież ostatnio kawy. Przyjemnie wykorzystana przestrzeń. Prosto urządzone wnętrze, w drewnie i szkle, z ogromnymi zdjęciami drzew kawowca na ścianach. Kilka stolików z dziwnymi krzesłami, które nie wyglądały na wygodne, ale prezentowały się rzeczywiście ciekawie. Plastik, drewniane nóżki, owinięte w miejscach łączeń drutem. Bardzo dalecy kuzyni tradycyjnego krzesła, a może nawet zupełnie inna linia? Z sufitu zwisało na zwykłych sznurach kilkanaście żarówek, bez żadnego klosza, żadnej obudowy. Gołe, obnażone i dające intensywne światło. Ciekawe, czy znały słowo „abażur”?

– Na co mamy ochotę? – Uśmiechnął się do niego młody mężczyzna z dziwnym zarostem przypominającym nieco kozią bródkę. Joachim zastanowił się, jak chłopak wyglądałby z różkami, ale szybko przepędził tę wizję, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Ciekawe, ile miał lat? Był już bardziej mężczyzną czy dopiero próbował zdobyć ten tytuł? Mógłby być jego synem czy raczej wnukiem?

– Na kawę, ale mam nadciśnienie.

– To już nie problem – oznajmił chłopak (chyba jednak był bardzo młody, bo jakoś szybko się ruszał) i pstryknął palcami.

Joachim się zdumiał.

– Jak to?

– Nie słyszał pan? Niedawno zliftingowano piramidę żywieniową i trochę się pozmieniało. Moim zdaniem na lepsze.

– To znaczy?

– Przy spożyciu kawy w ilości większej niż trzy filiżanki dziennie ryzyko rozwoju nadciśnienia tętniczego nie jest wyższe niż w grupie osób pijących jedną filiżankę w ciągu dnia – wyrecytował barista tak pewnym głosem, że Joachim od razu mu uwierzył.

– Czyli mogę?

– Moim zdaniem nawet pan powinien. Jest więcej plusów niż minusów picia kawy, poza tym, helou, co może równać się z jej smakiem?

– Niewiele – zgodził się Joachim.

– To ciśnienie, co panu niby skacze po kawie, to tylko na chwilę. Z czasem wszystko wraca do normy i nie ma żadnego zagrożenia. A na dodatek znacznie gorzej jest pić kawę okazjonalnie, bo wtedy organizm nie jest przyzwyczajony i głupieje. Gdyby pan jednak codziennie walnął sobie małą czarną albo i dwie, organizm to zrozumie, zaakceptuje, a nawet więcej: będzie na to czekał.

– Małą czarną poproszę, plus jedna śmietanka i odrobina cukru – zdecydował się w jednej chwili Joachim i postanowił rozsypać suszony głóg ptakom na balkonie. Im z pewnością to nie zaszkodzi, podobnie jak jemu kawa. Facet z bródką doprawił mu tegoroczny grudzień dobrym humorem, aromatem palonego ziarna i sprawił, że nawet przejmujące zimno odrobinę złagodniało. Śnieg prószył dalej, teraz już znacznie odważniej, na szczęście nie na tyle dziko i dysharmonijnie, by doprowadzić do chaosu komunikacyjnego. Joachim przycupnął na chwilę na plastikowym krześle i ze zdumieniem stwierdził, że jest bardzo wygodne. Spodobał mu się szum pary z ekspresu, muzyka w radiu, gwar, z którego nie rozróżniał poszczególnych słów, i zapach muffinek, które właśnie ktoś dostarczył do kawiarni. Mógłby tak jeszcze posiedzieć, ale praca czekała.

Machnął chłopakowi na do widzenia, a potem wsiadł w autobus numer pięćdziesiąt trzy, dojechał dość szybko do szpitala, otrzepał kurtkę ze śniegu i wzmocniony cudownym smakiem espresso, wszedł do środka. Było mu dzisiaj jakoś raźniej. Ale tak dzieje się zawsze, gdy uzmysłowimy sobie, że to maleńkie satysfakcje budują dobry dzień. I że nie trzeba opływać świata w łupince orzecha, żeby poczuć się zwycięzcą.

[1] Lewis Carroll, Alicja z Krainy Czarów, Nasza Księgarnia, Warszawa 2005.

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright © 2018 by Natasza Socha

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książki: Iga Rembiszewska

Redaktor kreatywna projektu: Magda Mazur

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51);

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73);

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8–17)

Redakcja: Joanna Machajska

Korekta: Katarzyna Szajowska

Projekt okładki, skład i łamanie: Magdalena Zając

Zdjęcie z okładki: Najka Photography

ISBN: 9788381179812

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.