Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 483 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pokochać noc - Dennis Lehane

Rachel Childs, córka sławnej pisarki i była dziennikarka telewizyjna, żona dziedzica wielkiej firmy, Briana Delacroixa, prowadzi życie, które może wzbudzać zazdrość. Ale pozory mylą.

Mieszka w luksusowym apartamentowcu i boi się z niego wychodzić.
Skrywa tajemnicę, a ta doprowadza ją do obłędu.
Żyje na co dzień z człowiekiem, który nie jest tym, za kogo się podaje.

I gdy pewnego deszczowego dnia Rachel ku własnemu zdziwieniu wychodzi z domu, na ulicy zauważa coś, co przewraca jej świat do góry nogami. I choć bardzo by chciała, nie może dłużej udawać, że wszystko jest w porządku, bo stawką w tej grze jest jej życie. Kobieta, która nie wierzyła w siebie, a bezgranicznie ufała mężowi, w dramatycznych okolicznościach jest zdana na własną inteligencję i odwagę. Kobieta, która uciekała przed mrokiem tego świata, musi w tym mroku żyć – i przeżyć…

"Pokochać noc" to thriller psychologiczny z bardzo niejednoznacznymi i skomplikowanymi bohaterami, a jednocześnie kryminał trzymający w napięciu do ostatniej strony.

Lehane to mistrz złożonych psychologicznie postaci, rzuconych w sensacyjne okoliczności. Krótko mówiąc – nienawidzę go. Ale przeczytam wszystko, co napisze.
Gillian Flynn

Nie spieszcie się, czytając najnowszą książkę Lehane’a. Stracicie mnóstwo intryg, emocjonalnych subtelności i niejednoznaczności!
„Kirkus Reviews”

Wiele thrillerów ma zawiłą intrygę, ale Lehane kładzie nacisk nie tylko na akcję – zmienia także nastrój i tempo, przeskakuje z intymnej analizy psychiki postaci do klasycznego kryminału. Jego powieść jest jak samochód pędzący Lombard Street w San Francisco – raz ostrożnie, raz na dwóch oponach. Ale pojazd jego narracji nigdy nie wymyka się mu spod kontroli, a gdy na ostatnich pięćdziesięciu stronach Lehane włącza silniki odrzutowe, daje nam jeden z najwspanialszych finałów w gatunku thrillera – pełen dramatycznego napięcia i stojący na mocnych fundamentach niejednoznacznej relacji głównych bohaterów. Nie zdziwię się, jeśli "Pokochać noc" sprawi, że czytelnicy zapomną o tym drugim psychologicznym thrillerze, którego bohaterką jest również niestabilna psychicznie Rachel.
"Booklist"

Jeśli chodzi o mistrzowskie manipulowanie emocjami czytelników, pan Lehane demonstruje nam brawurowo, jak powinno to wyglądać.
„New York Times”

Jeden z najbardziej interesujących i cenionych amerykańskich pisarzy wszelkich gatunków.
„Washington Post”

Pisarz posiadający niewymuszoną siłę oddziaływania i przykuwania uwagi… Niewielu może dorównać jego umiejętności równoważenia mroku i światła, nonszalancji i intensywnych emocji.
„Chicago Tribune”

Lehane ma fenomenalny talent narracyjny (…) oraz wyjątkową zdolność tworzenia krystalicznie czystych postaci, które następnie rzuca w mroczne zakątki życia.
„USA Today”

Proza Lehane’a jest silna i czysta, elegancka i brutalna, a jego sceny akcji sprawiają, że dopiero po ich przeczytaniu możemy swobodnie odetchnąć.
„Milwaukee Journal Sentinel”

Mistrz intrygi.
„New York Times Book review”

Jeden z najlepszych pisarzy swojego pokolenia, kropka.
„Cleveland Plain Dealer”

Dennis Lehane jest autorem bestsellerowych powieści kryminalnych i psychologicznych, wiele z nich zekranizowano, m.in. "Rzekę tajemnic", "Wyspę tajemnic", "Gdzie jesteś, Amando?".

Opinie o ebooku Pokochać noc - Dennis Lehane

Fragment ebooka Pokochać noc - Dennis Lehane

Tytuł oryginału

SINCE WE FELL

Copyright © 2017 by Dennis Lehane

All rights reserved

Published by arrangement with the Proprietor

Zdjęcie na okładce

© oriontrail/Shutterstock.com; Kira Vasilevski/Shutterstock.com

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Kinga Szafruga

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-628-7

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Pamięci Davida Wickhama,

Księcia Providence i prawdziwego gościa

Zamaskowany, idę naprzód.

Kartezjusz

PROLOG

PO „SCHODACH”

W pewien majowy wtorek trzydziestosiedmioletnia Rachel strzeliła do swojego męża. Zatoczył się do tyłu z dziwnym wyrazem twarzy, jakby od zawsze wiedział, że tak będzie.

A jednocześnie wyglądał na zaskoczonego. Ona chyba także.

Jej matka by nie była.

Jej matka, która nigdy nie wyszła za mąż, napisała poczytną książkę o tym, jak dbać o trwałość małżeństwa. Nazwy poszczególnych etapów, jakie doktor Elizabeth Childs zidentyfikowała we wszystkich relacjach zaczynających się od wzajemnej fascynacji, wprowadzały do kolejnych rozdziałów, a całość nosiła tytuł Schody. Książka odniosła taki sukces, że matka dała się namówić (sama określała to dosadniej: „zaszantażować”) do napisania kolejnych części: Ponowne wejście po schodach i Stopnie schodów: podręcznik, z których każda następna sprzedawała się gorzej niż poprzednia.

Prywatnie matka uważała wszystkie trzy książki za niedojrzałe emocjonalnie brednie, ale do Schodów zachowała pewien sentyment, bo podczas ich pisania nie zdawała sobie sprawy z rozmiarów swojej niewiedzy. Przyznała się do tego, gdy Rachel miała dziesięć lat. Tego samego lata, wypełnionego popołudniowymi koktajlami, powiedziała córce: „Mężczyzna jest historią, jaką o sobie opowiada, przeważnie kłamliwą. Nigdy nie analizuj jej zbyt dokładnie. Jeśli zdemaskujesz jego kłamstwa, upokorzysz was oboje. Najlepiej przymknąć oko na te bujdy”.

Potem pocałowała ją w czubek głowy i pogłaskała po policzku. Zapewniła ją, że jest bezpieczna.

Gdy Schody trafiły do rąk czytelników, Rachel miała siedem lat. Pamiętała niekończące się telefony, szereg podróży, kolejne uzależnienie matki od papierosów i ten niepokojący urok, który stał się jej udziałem. Pamiętała uczucie – wtedy nie potrafiła go sprecyzować – że jej matkę, która nigdy nie była w pełni szczęśliwa, sukces uczynił jeszcze bardziej zgorzkniałą. Wiele lat później Rachel zaczęła podejrzewać, że sława i pieniądze sprawiły, że matka nie widziała powodu, by czuć się nieszczęśliwa. Matka, tak genialnie analizująca cudze problemy, nigdy nie potrafiła zdiagnozować samej siebie, więc przez całe życie szukała leku na problemy, które się w niej rodziły, rozwijały, żyły i ginęły. Oczywiście w wieku lat siedmiu – a nawet siedemnastu – Rachel nie mogła tego wiedzieć. Czuła tylko, że matka jest nieszczęśliwa, więc i ona taka była.

Gdy Rachel strzeliła do męża, znajdowała się na łodzi w Zatoce Bostońskiej. Po tym, jak dosięgła go kula, stał jeszcze przez bardzo krótką chwilę – jakieś siedem, dziesięć sekund – po czym przewalił się przez sterburtę i runął do wody.

Ale w tych ostatnich sekundach targały nim zmienne emocje. Przerażenie. Żal. Strach. Poczucie samotności niezwykle dojmujące, nagle poczuł się tak jak bezradny dziesięciolatek, a nie dorosły mężczyzna. Gniew, naturalnie. Oburzenie. Niepohamowana determinacja, jakby – choć krew wypływała mu z serca i zalewała dłoń, którą podstawił pod pierś – wszystko jeszcze mogło być dobrze, wszystko mogło się jakoś ułożyć, jakby mógł wyjść z tego cało. Przecież był silny i to, co miało w jego życiu jakąś wartość, stworzył wyłącznie dzięki sile woli, dlatego także teraz siłą woli się z tego wyratuje. A potem nagłe olśnienie: nie, jednak nie.

Spojrzał jej prosto w oczy i nagle te wszystkie uczucia zniknęły wyparte przez najdziwniejsze z nich: miłość.

Niemożliwe.

A jednak…

Bez wątpienia. Dzika, bezradna, czysta. Kwitnąca i wychlustująca z niego wraz z krwią, plamiącą mu koszulę.

Wypowiedział te słowa tak, jak to robił często, stojąc daleko od niej w zatłoczonym pomieszczeniu: „Kocham. Cię”.

Potem wypadł z łodzi i zniknął w ciemnej wodzie.

Gdyby dwa dni temu ktoś spytał Rachel, czy kocha swojego męża, odpowiedziałaby: „tak”.

Co więcej, gdyby ktoś zadał jej to samo pytanie, gdy nacis­kała spust pistoletu, powtórzyłaby to samo.

Jej matka poświęciła temu cały rozdział – trzynasty pod tytułem „Rozdźwięk”. A może czternasty, bardziej odpowiedni: „Śmierć dawnej narracji”. Rachel nie była pewna. Czasem jej się myliły.

I

RACHEL W LUSTRZE

1977–2010

1

SIEDEMDZIESIĘCIU TRZECH JAMESÓW

Rachel urodziła się w Pioneer Valley w zachodnim Massachusetts. Jest znany jako Region Pięciu Uczelni – Amherst, Hampshire, Mount Holyoke, Smith i Uniwersytetu Massachusetts – w których zatrudniano dwa tysiące wykładowców mających uczyć dwadzieścia pięć tysięcy studentów.

Rachel wychowała się w świecie drewnianych domków z werandami i dusznymi strychami i przestronnych trawników. Często bywała w kawiarniach i restauracjach. Jesienią góry liści przykrywały ulice i chodniki, zatykały dziury w płotach. Czasem w zimie śnieg otaczał dolinę ciszą tak gęstą, że sama stawała się dźwiękiem. W lipcu i w sierpniu listonosz jeździł na rowerze z dzwonkiem na kierownicy. Zjawiali się też turyści przyjeżdżający na letnie przedstawienia i podrywy.

Ojciec Rachel miał na imię James. Poza tym niewiele o nim wiedziała. Przypominała sobie jego ciemne faliste włosy i uśmiech, nagły i niepewny. Co najmniej dwa razy zabrał ją na plac zabaw, na którym była ciemnozielona zjeżdżalnia; chmury wisiały tak nisko, że musiał wytrzeć huśtawkę z wilgoci, zanim posadził na niej córeczkę. Podczas jednej z tych wycieczek rozbawił ją czymś, ale nie pamiętała już, co to było.

James uczył w jednym z college’ów. Rachel nie wiedziała, czy był adiunktem, asystentem profesora, czy praktykantem. Nie miała nawet pojęcia, czy pracował w którejś z pięciu tutejszych uczelni, a może był z Berkshire, Springfield, Greenfield, Westfield bądź też z którejkolwiek z dziesiątek szkół w okolicy.

Gdy zostawił ją i jej matkę, ona wykładała na Mount Holyoke. Rachel miała wkrótce skończyć trzy lata i nigdy nie potrafiła stwierdzić z całą pewnością, czy widziała, jak ojciec opuszcza dom, czy też sobie to wyobraziła, żeby zasklepić ranę, którą po sobie zostawił. Przez ścianę domku, który wynajmowali w tym roku na Westbrook Road, dobiegł do jej uszu głos matki: „Słyszysz? Jeśli przejdziesz przez te drzwi, wykreślę cię”. Wkrótce rozległ się łomot, z jakim ciężka waliza staczała się po schodach, a potem trzask zamykanego bagażnika. Rzężenie hałaśliwie ożywającego zimnego silnika, następnie szelest liści i zamarzniętej ziemi pod oponami, a potem… nastała cisza.

Może matka nie wierzyła w jego odejście. Może wmawiała sobie, że on wróci. A kiedy nie wrócił, jej przerażenie zmieniło się w nienawiść, a nienawiść zapuściła korzenie bardzo głęboko.

– Odszedł – oznajmiła, gdy Rachel miała pięć lat i zaczęła się natarczywie dopytywać o jego miejsce zamieszkania. – Nie chce mieć z nami nic wspólnego. I nie szkodzi, skarbie, bo nie mamy zamiaru pozwolić na to, żeby nas definiował. – Uklękła przed córką i założyła jej za ucho niesforne pasemko włosów. – I już nigdy nie będziemy o nim wspominać. Dobrze?

Ale oczywiście Rachel wspomniała o nim jeszcze nie raz. Początkowo jej pytania doprowadzały matkę do desperacji; nie umiała ukryć paniki, która odbijała się w jej oczach i rozdymała jej nozdrza. Z czasem zastąpił ją dziwny zagadkowy półuśmiech. A może było to tylko lekkie drgnięcie prawego kącika ust wyrażające jednocześnie tak nieprzystające odczucia jak zadowolenie, gorycz i triumf.

Dopiero po latach Rachel zrozumiała, że pojawienie się tego uśmiechu oznaczało decyzję matki (nigdy się nie dowiedziała, czy świadomą, czy też nie), by uczynić tożsamość ojca głównym polem bitwy w wojnie, która nadała barwy całej młodości Rachel.

Matka obiecała, że zdradzi jej nazwisko Jamesa w dniu jej szesnastych urodzin, o ile Rachel wykaże się dostateczną dojrzałością, by udźwignąć ciężar tej informacji. Ale tego lata, tuż przed ukończeniem szesnastego roku życia, Rachel została aresztowana w skradzionym samochodzie wraz z Jarodem Marshallem, chociaż obiecała, że już nigdy nie będzie się z nim spotykać. Następny termin został wyznaczony na dzień ukończenia liceum, ale po incydencie z ecstasy podczas szkolnej imprezy Rachel miała szczęście, że w ogóle została dopuszczona do egzaminów. Może jeśli pójdzie na studia – najpierw do państwowego college’u, żeby się podciągnąć w nauce, potem do „prawdziwego”, oświadczyła matka.

Nieustannie o to walczyły. Rachel krzyczała i rzucała przedmiotami, matka uśmiechała się coraz zimniej i powściągliwiej. „Po co ci to?”, pytała raz po raz. „Dlaczego chcesz wiedzieć? Po co ci spotkanie z obcym człowiekiem, który nigdy nie chciał uczestniczyć w twoim życiu ani zadbać o twoje bezpieczeństwo finansowe? Czy nie powinnaś najpierw zająć się tymi cechami, które tak cię unieszczęśliwiają, zanim wyprawisz się na poszukiwanie mężczyzny, a on i tak niczego ci nie wyjaśni ani nie da ci spokoju?”.

– To mój ojciec! – krzyczała Rachel.

– To nie jest twój ojciec – odpowiadała matka z obłudnym współczuciem. – To mój dawca spermy.

Rzuciła to na koniec jednej z ich najstraszniejszej kłótni, Czarnobyla wśród domowych awantur. Rachel osunęła się po ścianie i szepnęła:

– Zabijasz mnie.

– Chronię cię – odparła matka.

Rachel spojrzała na nią i z przerażeniem zrozumiała, że matka w to wierzy. Co gorsze, ta wiara określała ją jako osobę.

Gdy Rachel była w Bostonie na pierwszym roku – przedmiot „Wstęp do analizy literatury angielskiej od 1550 roku” – matka przejechała w Northampton na czerwonym świetle i jej saab został rozszczepiony przez ciężarówkę z paliwem jadącą z przepisową prędkością. Początkowo obawiano się, że zbiornik z paliwem został przebity, ale okazało się, że do tego nie doszło. Strażacy i sanitariusze, którzy jechali aż z Pittsfield, przyjęli z ulgą to, że ciężarówka tylko się przewróciła, zwłaszcza że skrzyżowanie znajdowało się w ruchliwym punkcie w pobliżu domu starców i przedszkola.

Kierowca ciężarówki zerwał sobie więzadło prawego kolana i doznał lekkiego urazu szyjnego odcinka kręgosłupa. Elizabeth Childs, autorka niegdyś poczytnej książki, zmarła na miejscu. Jednakże jeśli nawet kraj już o niej zapomniał, jej status miejscowej gwiazdy pozostał niezagrożony. Zarówno „Berkshire Eagle”, jak i „Daily Hampshire Gazette” zamieściły ogłoszenie o jej śmierci na pierwszej stronie, tuż pod tytułem, a na jej pogrzebie zjawiło się sporo osób, choć na stypie było ich już mniej. Większość jedzenia, które zostało z konsolacji, Rachel oddała miejscowemu schronisku dla bezdomnych. Rozmawiała ze znajomymi matki, głównie kobietami i jednym mężczyzną, Gilesem Ellisonem, który uczył nauk politycznych w Amherst i który – jak od dawna podejrzewała – bywał kochankiem matki. Potwierdziła swoje przypuszczenie, widząc, że kobiety traktują go z wyjątkową troską, a on sam niewiele się odzywa. Ten zwykle towarzyski człowiek co jakiś czas rozchylał usta, jakby chciał przemówić, i zawsze w ostatniej chwili zmieniał zdanie i rozglądał się po domu, jakby chłonął jego widok. Wydawało się, że zna jego wnętrze i czerpie z niego ulgę. Tak jakby dotarło do niego, że tylko tyle zostało mu po Elizabeth, a on chciał oswoić się z tym, że już nigdy nie zobaczy ani tych przedmiotów, ani jej. Tego deszczowego kwietniowego dnia stał w salonie przy oknie wychodzącym na Old Mill Lane, a Rachel poczuła, że wzbiera w niej ogromna litość dla Gilesa Ellisona, który szybko osuwał się w starość i zniedołężnienie. Sądził, że odbędzie ten rytuał przejścia, mając u swego boku lwicę o ostrym języku. Teraz musiał to zrobić samotnie. Szansa na to, by znalazł inną partnerkę tak promieniejącą inteligencją i wściekłością jak Elizabeth Childs, była raczej znikoma.

Bo naprawdę promieniała – na swój gwałtowny, jadowity sposób. Nie wchodziła do pokoju, lecz zdobywała go szturmem. Nie znajdowała przyjaciół i znajomych – ona ich podbijała. Nigdy nie ucinała sobie drzemki, rzadko bywała zmęczona i nikt nie pamiętał jej chorej. Gdy Elizabeth Childs opuściła jakieś pomieszczenie, jej brak odczuwali nawet ci, którzy przybyli tam już po jej odejściu. Podobnie było, gdy opuściła świat.

Rachel z zaskoczeniem odkryła, że nie jest gotowa na utratę matki. Przedtem myślała o niej różnie, przeważnie mało pozytywnie, ale zawsze czuła jej dojmującą obecność. A teraz matka całkowicie – i tak bardzo gwałtownie – odeszła.

Ale dawne nurtujące ją pytanie pozostało. A dostęp do łat­wej odpowiedzi zniknął wraz z matką. Elizabeth mogła nie spieszyć się z jej wyjawieniem, ale z całą pewnością ją znała. I chyba tylko ona.

Niezależnie od tego, jak dobrze Giles, przyjaciółki, agent i wydawca znali Elizabeth Childs – a wszyscy zdawali się znać jakąś jej wersję, która lekko, lecz zasadniczo różniła się od kobiety znanej Rachel – nikt nie przyjaźnił się z nią przed przyjściem jej córki na świat.

– Chciałabym wiedzieć coś o Jamesie – powiedziała Ann Marie McCarron, najdawniejsza miejscowa przyjaciółka Elizabeth, gdy z Rachel podpiły sobie wystarczająco, by ta mogła poruszyć kwestię tożsamości swojego ojca – ale spotkałam się z twoją matką po raz pierwszy wiele miesięcy po ich rozstaniu. Pamiętam, że uczył w Connecticut.

– Connecticut? – Siedziały na ganku na tyłach domu, zaledwie dwadzieścia dwie mile na północ od granicy Connecticut. Rachel jakoś nigdy nie pomyślała, że jej ojciec nie musiał wcale uczyć w żadnej z Pięciu Uczelni czy w piętnastu innych college’ach w Massachusetts, lecz pół godziny drogi na południe. – Uniwersytet Hartford?

Ann Marie wydęła wargi.

– Nie wiem. Możliwe. – Otoczyła Rachel ramieniem. – Pragnę ci pomóc. I chciałabym, żebyś o nim zapomniała.

– Dlaczego? – spytała Rachel (ciągle to „dlaczego”, przyszło jej do głowy). – Był aż taki zły?

– Nic o tym nie wiem – odparła Ann Marie, trochę niewyraźnie i ze smutkiem w głosie. Spojrzała przez siatkę ganku na szare wzgórza, nad którymi zalegała mgła w kolorze kamienia, i powiedziała z mocą: – Kochanie, słyszałam tylko, że poszedł dalej ze swoim życiem.

Rachel odziedziczyła cały majątek po matce. Było tego mniej, niż się wydawało, ale więcej, niż potrzebowała dwudziestojednolatka. Gdyby żyła oszczędnie i mądrze inwestowała, spadek wystarczyłby jej na dziesięć lat.

W zamkniętej na klucz szufladzie w gabinecie matki znalazła dwa albumy szkolne – z liceum w North Adams i college’u Smith. Matka zrobiła doktorat na uczelni Johnsa Hopkinsa (w wieku dwudziestu dziewięciu lat, uświadomiła sobie Rachel, o rany boskie), ale jedynym świadectwem tego faktu były oprawione w ramki dyplomy wiszące na ścianie nad kominkiem. Rachel trzykrotnie przejrzała albumy, za każdym razem zmuszając się do wytężonej uwagi. Znalazła w sumie cztery zdjęcia matki, dwa oficjalne portrety, dwa grupowe. W albumie ze Smith nie było żadnych Jamesów ani innych przedstawicieli jego płci, bo na uczelnię przyjmowano tylko dziewczęta, ale zauważyła dwóch nauczycieli, z których żaden nie był w odpowiednim wieku i nie miał czarnych włosów. W albumie liceum North Adams namierzyła sześciu chłopców noszących to imię. Dwaj z nich mogli być jej ojcem – James McGuire i James Quinlan. Po półgodzinie korzystania z komputera biblioteki South Hadley dowiedziała się, że James McGuire z North Adams jeszcze na studiach miał wypadek podczas spływu tratwą, w wyniku którego był sparaliżowany. James Quinlan natomiast skończył zarządzanie na Uniwersytecie Wake Forest i rzadko opuszczał Karolinę Północną, gdzie stworzył odnoszącą sukcesy sieć sklepów z tekowymi meblami.

Rachel latem sprzedała dom, ale zanim to zrobiła, odwiedziła agencję Berkshire Security i Wspólnicy i spotkała się z prywatnym detektywem Brianem Delacroix. Był tylko o parę lat starszy od niej i poruszał się ze zwinnością biegacza. Spotkali się w jego gabinecie na piętrze w dzielnicy przemysłowej Chicopee. Pomieszczenie bardziej niż na gabinet nadawało się na pudełko po butach – zmieściło się w nim tylko biurko, dwa komputery i rząd szafek katalogowych. Gdy Rachel spytała o wspólników, których istnienie sugerowała nazwa firmy, Brian wyjaśnił, że wspólnikiem jest tu on. Główna siedziba firmy znajdowała się w Worcester. Jej filię w Chicopee można było wziąć we franczyzę, a on stawia dopiero pierwsze kroki. Zaproponował Rachel, że skieruje ją do bardziej doświadczonego pracownika, ale nie chciało jej się pakować z powrotem do samochodu i tłuc aż do Worcester, więc postanowiła zaryzykować i wyjaśniła, o co jej chodzi. Brian zadał parę pytań, zrobił notatki w żółtym notesie i na tyle często spoglądał jej w oczy, że dostrzegła jego cichą czułość, bardziej pasującą do kogoś starszego. Wydał się jej na tyle szczery, że gwarantował uczciwość – co potwierdziło się dwa dni później, gdy poradził jej, żeby nie wynajmowała ani jego, ani nikogo innego. Powiedział, że mógłby wziąć jej sprawę i pewnie policzyć jej za to najmniej czterdzieści godzin pracy, by przedstawić jej tę samą opinię co w tej chwili:

– Nie ma pani dość informacji, by znaleźć tego gościa.

– Dlatego chcę zatrudnić pana.

Brian poprawił się na krześle.

– Po naszym pierwszym spotkaniu trochę się rozejrzałem. Nie za długo, nie policzę za to…

– Zapłacę.

– …ale wystarczająco. Gdyby facet, który dwadzieścia lat temu uczył w którejś z ponad dwudziestu uczelni w Massachusetts czy Connecticut, miał na imię Trevor albo choćby, nie wiem, Zachary, moglibyśmy liczyć, że go znajdziemy. Ale zrobiłem dla pani szybką analizę komputerową i przez tych dwadzieścia lat przez dwadzieścia siedem szkół, które wydają się prawdopodobne, przewinęło się siedemdziesięciu trzech… – skinął głową, widząc jej zaskoczoną minę – adiunktów, nauczycieli na zastępstwie, docentów i profesorów o imieniu James. Niektórzy uczyli przez semestr, inni krócej, a jeszcze inni otrzymali stały etat.

– Czy może pan zdobyć akta pracowników ze zdjęciami?

– Niektórych na pewno, może połowy. Ale jeśli nie będzie go w tej połowie – nawiasem mówiąc, ciekaw jestem, jak zamierza go pani rozpoznać? – musielibyśmy odszukać pozostałych trzydziestu pięciu Jamesów, którzy – jeśli się kierować badaniami demograficznymi – rozpierzchli się po wszystkich pięćdziesięciu stanach, a następnie znaleźć ich zdjęcia sprzed dwudziestu lat. Wtedy nie płaciłaby pani za czterdzieści, tylko za czterysta godzin pracy. Bez gwarancji, że go znajdziemy.

Rachel wstrząsały kolejne emocje – niepokój, gniew, bezradność, ta znowu zrodziła gniew, i w końcu wściekłość na tego fiuta, któremu nie chce się pracować. Dobrze, w takim razie znajdzie kogoś innego.

Brian wyczytał to wszystko w jej spojrzeniu i w geście, jakim przycisnęła do siebie torebkę.

– Jeśli pójdzie pani do kogoś innego, a on zobaczy młodą kobietę, która niedawno się wzbogaciła, wydusi z pani te pieniądze, a efekt będzie ten sam. Takie oszustwo – bo uważam, że to oszustwo – jest całkowicie legalne. Wtedy będzie pani nadal bez ojca, a w dodatku biedna. – Pochylił się do niej i spytał cicho: – Gdzie się pani urodziła?

Skinęła głową w stronę okna wychodzącego na południe.

– W Springfield.

– Widziała pani swoją metrykę?

Przytaknęła.

– Ojciec nieznany.

– Ale byli wtedy razem, Elizabeth i James.

Znowu przytaknęła.

– Kiedyś, gdy za dużo wypiła, powiedziała mi, że w nocy, gdy zaczęła rodzić, pokłócili się i ojciec wyjechał z miasta. Ona mnie urodziła, a ponieważ nie było go przy tym, z zemsty nie wpisała jego nazwiska do mojej metryki.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

– Nie weźmie pan więc mojej sprawy? – spytała w końcu Rachel.

Brian Delacroix pokręcił głową.

– Niech mu pani odpuści.

Wstała – ramiona jej drżały – i podziękowała za poświęcony jej czas.

W domu zebrała fotografie – z szafki nocnej w sypialni matki, z szuflady w jej gabinecie, z pudełka na poddaszu. Zdecydowana ich większość, jakieś osiemdziesiąt pięć procent, przedstawiała je obie. Rachel zaskoczyło to, że w jasnych oczach jej matki było wyraźnie widać miłość do niej, choć nawet na zdjęciu wydawała się ona skomplikowana, jakby matka się nad nią zastanawiała. Na pozostałych zdjęciach byli koledzy i znajomi z uczelni i wydawnictwa. Większość fotografii zrobiono podczas przyjęć i letnich pikników. Dwa zdjęcia przykuły jej uwagę, bo zrobiono je w barze, którego Rachel nie znała, lecz najwyraźniej znajdował się na campusie.

Na żadnym nie dostrzegła mężczyzny o ciemnych falistych włosach i niepewnym uśmiechu.

Pamiętnik matki znalazła dopiero po sprzedaniu domu. Zdążyła już skończyć Emerson i wybierała się właśnie na uczelnię w Nowym Jorku. Stary wiktoriański dom w South Hadley, gdzie mieszkała z matką od trzeciej klasy szkoły podstawowej, przywodził na myśl niewiele dobrych wspomnień i zawsze wydawał jej się nawiedzony. („Ale to duchy uczonych”, mawiała matka, kiedy w głębi korytarza rozlegało się nieuzasadnione skrzypnięcie lub coś upadało na poddaszu, na którym nikogo nie było. „Pewnie siedzą tam, czytają Chaucera i popijają ziółka”).

Pamiętników matka nie schowała na poddaszu, lecz w piwnicy, w skrzyni, pod niestarannie spakowanymi zagranicznymi wydaniami Schodów. Szkolne zeszyty były zapisane tak niesystematycznie, jak niesystematyczna była matka na co dzień. Połowa wpisów nie została opatrzona datami, a rozdzielało je wiele miesięcy, raz nawet rok. Matka najczęściej pisała o swoich lękach. Przed wydaniem Schodów obawy dotyczyły spraw finansowych – jako profesor psychologii nie zarabiała wystarczająco dużo, by spłacić studencką pożyczkę, nie mówiąc już o posłaniu córki do przyzwoitego prywatnego liceum, a potem na studia. Po tym, jak jej książka znalazła się na krajowej liście bestsellerów, matka, wolna od trosk materialnych, zaczęła się martwić tym, że nie zdoła napisać kolejnej równie dobrej części książki, a jeśli znowu wyda książkę, zostanie zdemaskowana jako oszustka i poczuje się jak bohater bajki o nowych szatach cesarza. Tu, jak się okazało, miała rację.

Ale najbardziej martwiła się o Rachel. Na stronach pamiętnika opisała jej przemianę z energicznego, radosnego, czasem irytującego powodu do dumy („Ma jego upodobanie do zabawy… Ma tak cudowne i dobre serce, że boję się, co świat z nim zrobi…”) w zrozpaczoną i autodestrukcyjną malkontentkę („To, że się tnie, martwi mnie trochę mniej niż jej przedwczesna dojrzałość – ma dopiero trzynaście lat, na miłość boską… Rzuca się na głęboką wodę, a potem narzeka, że była głęboka, ale o to, że w nią wskoczyła, obwinia mnie”).

Piętnaście stron dalej Rachel przeczytała zdanie: „Muszę stawić czoło tej hańbie – byłam mierną matką. Nigdy nie miałam cierpliwości do niedorozwiniętego płata czołowego. Za szybko się denerwuję, przechodzę do sedna sprawy, kiedy powinnam się zdobyć na cierpliwość. Niestety, Rachel wychowała się z opryskliwą redukcjonistką. I bez ojca. A to sprawiło, że ma w sobie wyrwę”.

Parę stron dalej matka wróciła do tematu. „Boję się, że zmarnuje sobie życie, szukając czegoś, co wypełni tę wyrwę: rzeczy nietrwałych, błyskotek dla duszy, nowomodnych terapii, amatorskiego leczenia. Myśli, że jest buntowniczką o mocnym charakterze, ale ma rację tylko w połowie. Tak wiele potrzebuje”.

W innym wpisie Elizabeth Childs zanotowała: „Teraz leży w obcym łóżku, chora i jeszcze bardziej niż zwykle domaga się uwagi. Powraca to uparte pytanie: »Kim on jest, mamo?«. Wydaje się taka krucha – krucha, słaba, marudząca. Ma wiele wspaniałych zalet, moja najukochańsza Rachel, ale nie jest silna. Jeśli powiem jej, kim jest James, odnajdzie go, a on ją zrani. Dlaczego miałabym mu dać tę moc? Dlaczego po tylu latach dawać mu sposobność, by znowu ją skrzywdził? By do końca spieprzył jej to piękne, już poturbowane serce? Widziałam go dzisiaj”.

Rachel, siedząca na przedostatnim stopniu piwnicznych schodów, wstrzymała oddech. Zacisnęła zeszyt w dłoni, a świat zawirował jej przed oczami.

Widziałam go dzisiaj.

„Nie zauważył mnie. Zaparkowałam trochę dalej. On stał na trawniku obok domu, w którym zamieszkał po odejściu od nas. Byli przy nim oni – zastępcza żona, zastępcze dzieci. Stracił sporo włosów, a brzuch i podbródek mu obwisły. Mała pociecha. Jest szczęśliwy. Boże, zlituj się nade mną. Jest szczęśliwy. Czy to nie najgorsza opcja? Ja nawet nie wierzę w szczęście – ani jako ideał, ani jako autentyczne doznanie. To dziecięce złudzenie – a jednak on jest szczęśliwy. Gdyby Rachel stanęła na jego drodze, uznałby, że ona, córka, której nie chciał od samego początku, a jeszcze bardziej po jej przyjściu na świat, zagrozi temu szczęściu – bo będzie mu przypominała mnie. A także to, jak bardzo mnie znienawidził. I dlatego ją skrzywdzi. Byłam w jego życiu jedyną osobą, która go nie uwielbiała. Nigdy nie wybaczy tego Rachel. Założy, że opowiadałam jej o nim niepochlebne rzeczy, a on – jak wszyscy wiemy – nigdy nie zezwala na krytykę swojego bezcennego szczerego charakteru”.

Rachel była przykuta do łóżka tylko raz w życiu – w drugiej klasie liceum. Tuż przed świętami zachorowała na mononukleozę. Trzeba przyznać, że choroba wybrała sobie całkiem niezły moment. Rachel przez trzynaście dni leżała w łóżku, a przez pięć odzyskiwała siły, by wrócić do szkoły. Ostatecznie przepadły jej tylko trzy dni nauki.

To wtedy matka musiała widzieć Jamesa. Był to jednocześnie czas, gdy odwiedziła profesora w Wesleyan College. Wynajęła wtedy dom w Middletown w Connecticut i to tam znajdowało się to obce łóżko, do którego była przykuta Rachel. Przypomniała sobie teraz z zażenowaniem i dumą, że matka zostawiła ją wtedy samą zaledwie raz, gdy poszła kupić jedzenie i wino.

Rachel właśnie włączyła wideo i zaczęła oglądać Pretty Woman. Matka wróciła, zanim film się skończył, zmierzyła jej temperaturę i wyraziła opinię, że szeroki uśmiech Julii Roberts wydaje się jej kosmicznie irytujący. Następnie poszła do kuchni, żeby wypakować zakupy.

Gdy wróciła do Rachel z kieliszkiem wina w jednej ręce i wilgotnym kompresem w drugiej, rzuciła córce spojrzenie, w którym samotność mieszała się z nadzieją, i spytała:

– Dobrze sobie radziłyśmy, prawda?

Rachel położyła sobie kompres na czole i spojrzała na matkę.

– Oczywiście – powiedziała, bo w tej chwili tak właśnie czuła.

Matka pogłaskała ją po policzku i spojrzała na ekran. Film dobiegał końca. Richard Gere, niczym książę na białym koniu, pojawił się z kwiatami, by uratować księżniczkę-prostytutkę, Julię. Gdy wyciągnął w jej stronę rękę z bukietem, Julia śmiała się i płakała, a muzyka jeszcze potęgowała nastrój.

– No dobrze, starczy tego szczęścia – zdecydowała matka.

To znaczyło, że ten wpis w pamiętniku musiał pochodzić z grudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku. Albo z początków stycznia kolejnego roku. Osiem lat później siedząca na schodach w piwnicy Rachel uświadomiła sobie, że jej ojciec musi mieszkać gdzieś w promieniu pięćdziesięciu kilometrów od Middletown. Na pewno nie dalej, skoro matka była na ulicy, na której mieszkał, widziała go z rodziną, po czym zrobiła zakupy i wstąpiła do sklepu z alkoholem, a zdążyła zrobić to wszystko w niespełna dwie godziny. Wynika z tego, że James uczy gdzieś w okolicy, najprawdopodobniej na Uniwersytecie Hartford.

– Jeżeli nadal uczy – powiedział Brian Delacroix, do którego zadzwoniła.

– Fakt.

Ale zgodził się, że to, co odkryła Rachel, jest wystarczającą przesłanką do tego, by przyjąć jej zlecenie, zainkasować pieniądze i nadal móc patrzeć na siebie w lustrze. I tak pod koniec lata dwa tysiące pierwszego roku Brian Delacroix z agencji Berkshire Security i Wspólnicy rozpoczął dochodzenie w sprawie ojca Rachel.

Jak się miało okazać, nie dało ono żadnych rezultatów.

W tamtym czasie na wyższych uczelniach w północnym Connecticut nie wykładał nikt o imieniu James, kto pasowałby do opisu jej ojca. Jeden miał jasne włosy, drugi dwadzieścia siedem lat, a trzeci był Afroamerykaninem.

Raz jeszcze Rachel usłyszała, że powinna odpuścić.

– Ja się zwijam – oznajmił Brian.

– Z Chicopee?

– Z tego interesu. Więc także z Chicopee. Po prostu nie chcę być dłużej prywatnym detektywem. To zbyt dołujące, wiesz? Nic, tylko rozczarowuję ludzi, nawet kiedy dostarczam im tego, za co zapłacili. Przepraszam, że nie mogłem ci pomóc.

Jego słowa coś jej odebrały. Kolejna strata. Kolejna osoba, choćby marginalna, nieszczególnie istotna, która odejdzie z jej życia bez pytania jej o zdanie. Ona nie miała tu prawa głosu.

– Co zamierzasz? – spytała.

– Chyba wrócę do Kanady – powiedział zdecydowanie, jakby dotarł w miejsce, w którym miał zamiar spędzić resztę życia.

– Jesteś Kanadyjczykiem?

Brian roześmiał się cicho.

– A jestem.

– Do czego wracasz?

– Do rodzinnej firmy zajmującej się obrotem drewnem. A co z tobą?

– Uczelnia jest świetna. Nowy Jork… trochę mniej.

Był koniec września dwa tysiące pierwszego roku, od zniszczenia bliźniaczych wież World Trade Center minęły zaledwie trzy tygodnie.

– No tak – powiedział poważnie Brian. – No tak. Mam nadzieję, że sytuacja się poprawi. Życzę ci samych dobrych rzeczy, Rachel.

Zaskoczyło ją, jak ciepło zabrzmiało jej imię, kiedy je wymówił. Wyobraziła sobie jego oczy, malującą się w nich czułość, i z lekkim rozdrażnieniem uświadomiła sobie, że Brian ją pociąga, czego dotąd nie zauważyła.

– A więc Kanada? – spytała.

Ten jego cichy śmiech!

– Kanada.

Potem się pożegnali.

W październiku po jedenastym września siedziała w popiele i kopciu w swoim piwnicznym mieszkanku na Waverly Place w Greenwich Village, tak blisko uniwersytetu, że na większość wykładów mogła chodzić piechotą. W dniu zamachu na bliźniacze wieże na jej parapetach zebrał się gruby kożuch kurzu, drobinek włosów, kości i tkanek tworzących zaspy podobne do śnieżnych. W powietrzu rozchodził się swąd. Po południu wyszła i zawędrowała aż do pogotowia w St. Vincent, gdzie łóżka na próżno czekały na pacjentów. W następnych dniach na ścianach i ogrodzeniu szpitala zaczęły się pojawiać zdjęcia, najczęściej z prostym pytaniem: „Czy widzieliście tę osobę?”.

Nie, nie widziała. Wszyscy zginęli.

Wokół niej rozgrywała się tragedia o wiele większa niż ta, którą sama przeżyła prywatnie. Gdziekolwiek spojrzała, dostrzegała rozpacz, słyszała modlitwy, które nie miały zostać wysłuchane, obserwowała chaos, który dotykał wszystkich sfer życia – seksualnej, emocjonalnej, psychicznej, moralnej – aż w końcu stał się czymś, co zjednoczyło wszystkich.

Wszyscy jesteśmy zagubieni, zrozumiała i postanowiła opatrzyć własne rany najdokładniej, jak mogła, a potem już nigdy więcej nie rozdrapywać ani nie dotykać strupów.

Tej jesieni natknęła się w pamiętniku matki na dwa zdania, które przez wiele tygodni powtarzała sobie przed pójściem spać jak mantrę.

James nie był dla nas, napisała matka.

Ani my dla niego.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

PROLOG. PO „SCHODACH”

I. RACHEL W LUSTRZE. 1977–2010

1. SIEDEMDZIESIĘCIU TRZECH JAMESÓW

2. BŁYSKAWICA

3. JJ

4. TYP B

5. O LUMINIZMIE

6. ROZŁĄKI

7. CZY MNIE WIDZIAŁEŚ?

8. GRANIT

II. BRIAN. 2011–2014

9. WRÓBELEK

10. ŚWIATŁA

11. APETYT

12. NASZYJNIK

13. ODBICIE

14. SCOTT PFEIFFER Z GRAFTON W STANIE VERMONT

15. WILGOĆ

16. POWRÓT DO „MY”

17. GATTIS

18. SZOK KULTUROWY

19. ALDEN MINERALS SP. Z O.O.

20. VHS

21. P380

22. ODŚNIEŻARKA

III. RACHEL WRACA DO ŚWIATA. 2014

23. MROK

24. KESSLER

25. JAKI KLUCZ?

26. USTNIK

27. TO

28. PRZEPYCHACZ

29. WYSTARCZY

30. PIERWOTNA JAŹŃ

31. KRYJÓWKA

32. WYZNANIE

33. BANK

34. ROZGRYWKA

35. ZDJĘCIE RODZINNE

PODZIĘKOWANIA

Table of Contents
PROLOG. PO „SCHODACH”
I. RACHEL W LUSTRZE. 1977–2010
1. SIEDEMDZIESIĘCIU TRZECH JAMESÓW