Wydawca: Gmork Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 385 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pokłosie. Antologia opowiadań w hołdzie Stephenowi Kingowi - Kacper Kotulak, Paulina J. Król, Jarosław Turowski, Juliusz Wojciechowicz, Marek Zychla

Pięcioro pisarzy, siedem historii, jeden król horroru, któremu hołd składają jego wierni fani. Pokłosie to zbiór opowiadań inspirowanych twórczością Stephena Kinga. Autorzy idealnie wpasowali się w kanon, wybierając to, co najlepsze w jego powieściach, i sprawnie wplatając w swoje opowiadania mniej lub bardziej oczywiste nawiązania do „kingowego” uniwersum. Historie niebanalne, łączące w sobie dobrze już czytelnikowi znane wątki z nowymi pomysłami, będą z pewnością nie lada gratką dla każdego fana szeroko pojętej grozy, a dla miłośników prozy króla Stefana – pozycją wręcz obowiązkową.

Opinie o ebooku Pokłosie. Antologia opowiadań w hołdzie Stephenowi Kingowi - Kacper Kotulak, Paulina J. Król, Jarosław Turowski, Juliusz Wojciechowicz, Marek Zychla

Fragment ebooka Pokłosie. Antologia opowiadań w hołdzie Stephenowi Kingowi - Kacper Kotulak, Paulina J. Król, Jarosław Turowski, Juliusz Wojciechowicz, Marek Zychla

PO­KŁO­SIE

AN­TO­LO­GIA OPO­WIA­DAŃ W HOŁ­DZIESTE­PHE­NO­WI KIN­GO­WI

(fragment)

Wy­daw­nic­two GMORK

Lek­tu­ra po­wie­ści pod wie­lo­ma wzglę­da­mi przy­po­mi­na dłu­gi ­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy ro­mans (…). Z opo­wia­da­nia­mi spra­wy mają się zu­peł­nie ina­czej: opo­wia­da­nie przy­po­mi­na ukrad­ko­wy po­ca­łu­nek w ciem­no­ści z nie­zna­jo­mym. To oczy­wi­ście nie to samo, co ro­mans lub mał­żeń­stwo, ale po­ca­łun­ki też są bar­dzo miłe, ich efe­me­rycz­ność zaś sama w so­bie sta­no­wi nie lada atrak­cję.

Ste­phen King, Szkie­le­to­wa za­ło­ga – frag­ment wstę­pu

WSTĘP

Dzie­siąt­ki be­st­sel­le­ro­wych po­wie­ści, nie­zli­czo­na ilość opo­wia­dań, bar­dziej lub mniej uda­ne ekra­ni­za­cje (czę­sto nie do koń­ca ko­ja­rzo­ne przez wi­dzów z mi­strzem hor­ro­ru) i mi­lio­ny fa­nów na ca­łym świe­cie. Tak w naj­więk­szym skró­cie moż­na przed­sta­wić do­ro­bek ar­ty­stycz­ny Ste­phe­na Kin­ga, do­ro­bek kon­se­kwent­nie bu­do­wa­ny od po­nad czter­dzie­stu lat.

Nie­zwy­kła, ocie­ra­ją­ca się o ge­niusz wy­obraź­nia pi­sa­rza, umie­jęt­ność pro­wa­dze­nia nar­ra­cji, zna­jo­mość ludz­kich cha­rak­te­rów oraz zmysł ob­ser­wa­cji to zna­ki roz­po­znaw­cze Kin­ga, któ­re nie tyl­ko nie­odmien­nie fa­scy­nu­ją czy­tel­ni­ków, ale też wciąż in­spi­ru­ją ko­lej­nych au­to­rów li­te­ra­tu­ry z dresz­czy­kiem. Na­ma­cal­ny do­wód ta­kich wła­śnie in­spi­ra­cji od­na­leźć moż­na w ni­niej­szym zbio­rze opo­wia­dań. Oto sie­dem utwo­rów, któ­re wy­szły spod piór pię­cior­ga osób, a wszyst­kie zo­sta­ły sca­lo­ne jed­ną my­ślą prze­wod­nią, ideą ma­ją­cą na celu od­da­nie swe­go ro­dza­ju hoł­du Mi­strzo­wi z Ban­gor.

Przy­znam, że z oba­wą bra­łem do ręki Po­kło­sie. Pró­ba zmie­rze­nia się z le­gen­dą nie­sie za sobą wie­le nie­bez­pie­czeństw, wią­że się z licz­ny­mi pu­łap­ka­mi, w któ­rych moż­na nie­po­strze­że­nie utknąć pod­czas pra­cy twór­czej. Na szczę­ście, moim zda­niem, tym ra­zem oby­ło się bez więk­szych wpa­dek, a sto­ją­cy na pro­gu li­te­rac­kiej ka­rie­ry au­to­rzy po­de­szli do te­ma­tu z god­nym po­dzi­wu wy­czu­ciem. W Po­kło­siu próż­no szu­kać nie­udol­nych prób kal­ko­wa­nia sty­lu Ste­phe­na Kin­ga, od­na­leźć na­to­miast moż­na im­po­nu­ją­ce po­kła­dy li­te­rac­kiej kre­atyw­no­ści, spraw­ny warsz­tat, a tak­że umie­jęt­ne wpla­ta­nie wąt­ków ści­śle po­wią­za­nych z twór­czo­ścią kul­to­we­go pi­sa­rza, któ­rych od­naj­dy­wa­nie z pew­no­ścią przy­spo­rzy wie­le fraj­dy mi­ło­śni­kom jego dzieł. Bar­dziej lub mniej wy­raź­ne od­nie­sie­nia do ta­kich utwo­rów jak Cia­ło,Mrocz­na Wie­ża, Po­ko­cha­ła Toma Gor­do­na, To czy Ba­stion są na­praw­dę przy­jem­ne w od­bio­rze, a nad nie­któ­ry­mi z opo­wia­dań wy­raź­nie uno­si się coś, co moż­na by­ło­by umow­nie okre­ślić „du­chem twór­czo­ści” słyn­ne­go Ame­ry­ka­ni­na.

Utwo­ry za­war­te w ni­niej­szym zbio­rze cha­rak­te­ry­zu­ją się jesz­cze jed­ną ce­chą, któ­ra przy­wo­dzi na myśl twór­czość Kin­ga, a mia­no­wi­cie róż­no­rod­no­ścią. Prócz mno­go­ści te­ma­tów bar­dzo sta­ran­nie wy­bra­nych przez au­to­rów, znaj­du­je­my tu in­te­re­su­ją­cą wie­lo­ra­kość sty­li­stycz­ną, spo­ty­ka­my cie­ka­wych bo­ha­te­rów z krwi i ko­ści, a tak­że wraz z ak­cją po­szcze­gól­nych tek­stów po­dró­żu­je­my po­mię­dzy za­gra­ni­cą (przede wszyst­kim Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi) i Pol­ską. Dzię­ki temu, że mamy tu do czy­nie­nia z tak wie­lo­barw­ną i wie­lo­wy­mia­ro­wą mo­zai­ką, mogę bez cie­nia ry­zy­ka stwier­dzić, iż, po­dob­nie jak po­śród utwo­rów Le­gen­dy z Ma­ine, każ­dy znaj­dzie tu coś dla sie­bie.

Ste­phen King dys­po­nu­je przy­mio­ta­mi, któ­re wy­nio­sły go na li­te­rac­ki pie­de­stał, ale nikt nie wie, jak po­to­czy­ły­by się jego losy, gdy­by Ta­bi­tha King, żona Mi­strza, dzie­siąt­ki lat temu nie wy­ję­ła z ko­sza na śmie­ci frag­men­tów po­wie­ści męża, su­ge­ru­jąc, że w po­chop­nie od­rzu­co­nym przez nie­go ma­szy­no­pi­sie jest jed­nak coś in­try­gu­ją­ce­go. Były to frag­men­ty nie­dłu­go po­tem wy­da­nej de­biu­tanc­kiej po­wie­ści Car­rie, któ­ra szyb­ko zo­sta­ła be­st­sel­le­rem i sta­ła się po­cząt­kiem jed­nej z naj­więk­szych ka­rier współ­cze­snej li­te­ra­tu­ry.

Pi­szę o tym, po­nie­waż na tym przy­kła­dzie wi­dać jak na dło­ni, że prócz ta­len­tu i wy­tę­żo­nej pra­cy do osią­gnię­cia suk­ce­su po­trzeb­ny jest też łut szczę­ścia, któ­ry może pi­sa­rza po­pchnąć w do­brym kie­run­ku. Au­to­rom opo­wia­dań za­miesz­czo­nych w Po­kło­siu go­rą­co tego ro­dza­ju po­myśl­nych wia­trów ży­czę, ma­jąc na uwa­dze tak­że swo­je nie­co ego­istycz­ne po­bud­ki. Wszak nie sa­mym Kin­giem żyje czło­wiek, a im wię­cej in­te­re­su­ją­cych opo­wia­dań i po­wie­ści w księ­gar­niach, tym le­piej.

To­bie zaś, Dro­ga Czy­tel­nicz­ko, Dro­gi Czy­tel­ni­ku, ży­czę przy­jem­nej lek­tu­ry. Coś mi mówi, że, po­dob­nie jak ja, bę­dziesz się przy Po­kło­siu strasz­nie do­brze ba­wić…

STE­FAN DAR­DA

JU­LIUSZ WOJ­CIE­CHO­WICZ

ŚWINIAK

Jego twarz była tak bla­da, że przy­po­mi­na­ła po­śmiert­ną ma­skę. Wła­ści­wie Mi­chał cały wy­glą­dał jak świe­żo przy­pu­dro­wa­ny trup – ścią­gnię­te sztyw­no ra­mio­na, za­ci­śnię­te w ku­łak pię­ści, rysy twa­rzy za­sty­głe w stę­żo­nym gry­ma­sie, ni­czym wy­ry­te w na­grob­ko­wym gra­ni­cie. Tyl­ko oczy pło­nę­ły ogniem sza­leń­stwa, zda­wa­ły się na­pę­dzać cia­ło owład­nię­te po­stę­pu­ją­cym ri­gor mor­tis.

– Gdzie on, kur­wa, jest?! – Ko­lej­ny sier­po­wy wy­lą­do­wał na szczę­ce przy­wią­za­ne­go do krze­sła męż­czy­zny. – Gdzie go ukry­łeś, chu­ju zła­ma­ny?!

Tym ra­zem coś gło­śno chrup­nę­ło, gdy na­stęp­ny cios do­się­gnął żu­chwy unie­ru­cho­mio­ne­go nie­szczę­śni­ka; ten za­wył, szarp­nął się roz­pacz­li­wie, mo­bi­li­zu­jąc wszyst­kie mię­śnie. Ko­nop­ny sznu­rek tyl­ko moc­niej wżarł się w nad­garst­ki.

Co naj­mniej od go­dzi­ny nie czuł nóg, choć obie zo­sta­ły wie­lo­krot­nie zła­ma­ne. Je­dy­nie ko­ści pisz­cze­li, ster­czą­ce z otwar­tych ran, i krwa­wy mło­tek rzu­co­ny nie­dba­le na be­to­no­wą po­sadz­kę świad­czy­ły o bez­względ­no­ści prze­słu­cha­nia.

– Nie wiem, nie pa­mię… – Szyb­ki pro­sty mla­snął nie­przy­jem­nie, za­mie­nia­jąc nos ofia­ry w krwa­wy ochłap; dwie le­ni­we struż­ki wy­peł­zły ze zmiaż­dżo­nych noz­drzy i ście­ka­ły bu­ra­cza­ną czer­wie­nią po pod­bród­ku.

– Lu­cek, na li­tość bo­ską, gdzie on jest? Gdzie jest świ­niak?

Męż­czy­zna splu­nął ka­wał­ka­mi ukru­szo­nych zę­bów i krzy­wiąc się z bólu, zer­k­nął w stro­nę opraw­cy je­dy­nym okiem, któ­re­mu opu­chli­zna po­zwa­la­ła jesz­cze coś wi­dzieć. Nie mógł zro­zu­mieć, co sta­ło się z Mi­cha­łem, co uczy­ni­ło zeń psy­cho­pa­tycz­ne­go sa­dy­stę. Prze­cież kie­dyś byli przy­ja­ciół­mi, brać­mi krwi, naj­lep­szy­mi kum­pla­mi. W naj­gor­szych snach nie spo­dzie­wał się, że swo­je czter­dzie­ste uro­dzi­ny spę­dzi w za­tę­chłej piw­ni­cy, ka­to­wa­ny przez dru­ha sprzed lat. Ow­szem, był przy­go­to­wa­ny, że te­mat świ­nia­ka kie­dyś wy­pły­nie, że ktoś od­ko­pie to, co po­win­no zo­stać za­ko­pa­ne na wie­ki, przy­po­mni o tym, co po­win­no na za­wsze zo­stać po­grze­ba­ne w nie­pa­mię­ci. Ale nie w ten spo­sób, nie rę­ko­ma ko­le­gi, z któ­rym nie utrzy­my­wał kon­tak­tów od tam­te­go pa­mięt­ne­go lata.

A li­piec 1987 roku był nad­zwy­czaj upal­ny…

***

– Lu­uuce­eek! Lu­uuce­eek!!!

Na buj­nie za­ro­śnię­tym osie­dlo­wym traw­ni­ku, za­dzie­ra­jąc po­tar­ga­ną do gra­nic moż­li­wo­ści czu­pry­nę, Mi­chał wy­dzie­rał się w spo­sób, w jaki tyl­ko on po­tra­fił – gło­sem cien­kim i ostrym jak brzy­twa, któ­ry przy odro­bi­nie za­an­ga­żo­wa­nia prze­cho­dził w hi­ste­rycz­ny fal­set, zdol­ny prze­bić naj­grub­sze żel­be­to­we pły­ty i naj­szczel­niej za­mknię­te okna.

– Za­mknij ja­dacz­kę, mat­ka śpi! – Wy­stra­szo­na, uzbro­jo­na w wiel­kie oku­la­ry twarz wy­peł­ni­ła szpa­rę uchy­lo­ne­go na pierw­szym pię­trze okna. – Za­raz zej­dę!

Ha­sło „mat­ka śpi” było ha­słem uni­wer­sal­nym, ozna­cza­ją­cym dwie moż­li­wo­ści: albo mama Luc­ka rze­czy­wi­ście uci­na­ła so­bie drzem­kę po kil­ku głęb­szych, albo wła­śnie go­ści­ła ko­lej­ne­go „wuj­ka”, dzię­ki hoj­no­ści któ­re­go ju­tro na śnia­da­nie bę­dzie ser żół­ty na ka­nap­ki, pół­li­trów­ka dla mamy, a na­wet kie­szon­ko­we na oran­ża­dę i gumy „do­nal­dów­ki” dla Luc­ka. Tak czy ina­czej, Mi­chał na­tych­miast za­milkł, mach­nął ręką w umó­wio­nym ge­ście „przy­ją­łem, bez od­bio­ru” i mru­cząc pod no­sem „kla­wo jak cho­le­ra”, prze­dzie­rał się przez gę­stą tra­wę w stro­nę kla­tek scho­do­wych. Do­sko­na­le wie­dział, że ko­lej­ne na­wo­ły­wa­nia od­bi­ją się na wiecz­nie bla­dej twa­rzy ko­le­gi czer­wo­ny­mi pod­bie­gnię­cia­mi, krwi­sty­mi prę­ga­mi na ple­cach lub, co naj­gor­sze, za­ka­zem wy­cho­dze­nia z domu. A prze­cież nie mo­gli od­pu­ścić so­bie wspól­nej wy­pra­wy „na tory”. Po­noć Gelo od­krył zło­ża ukry­te­go w pla­sti­ko­wych becz­kach zło­ta, gdzieś przy hał­dach kok­su po­bli­skiej elek­tro­cie­płow­ni. A Gelo, choć lu­bił ko­lo­ry­zo­wać i opo­wia­dać hi­sto­rie szy­te gru­by­mi jak on sam nić­mi, tym ra­zem wy­da­wał się zbyt prze­ję­ty zna­le­zi­skiem, by po­dej­rze­wać go o kłam­stwo.

Kla­wo jak cho­le­ra – wy­mam­ro­tał w my­ślach Mi­chał i, non­sza­lanc­ko opar­ty o be­to­no­wy mu­rek, z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ki­wał Luc­ka.

Lu­cek przy­mknął okno i, naj­ci­szej jak po­tra­fił, prze­mknął z po­ko­ju bal­ko­no­we­go do wą­skie­go, dusz­ne­go przed­po­ko­ju. Przy­sta­nął na chwi­lę przy drzwiach do mat­czy­nej sy­pial­ni, skąd wciąż do­bie­ga­ły mia­ro­we po­sa­py­wa­nia w takt po­ję­ki­wań wer­sal­ko­wych sprę­żyn. Mama ewi­dent­nie „spa­ła”, a skar­pet­ko­wy odór, wy­peł­nia­ją­cy nie­mal całe miesz­ka­nie, wska­zy­wał na wspól­ne le­ża­ko­wa­nie z wuj­kiem Ed­kiem. Edek pra­co­wał w ad­mi­ni­stra­cji, re­gu­lar­nie przy­cho­dził spraw­dzać stan tech­nicz­ny spół­dziel­czych lo­ka­li, czę­sto jed­nak nie ogra­ni­czał się wy­łącz­nie do kon­tro­li hy­drau­licz­no-ga­zo­wej, ku ucie­sze sa­mot­nych żon, wy­posz­czo­nych stu­den­tek bądź sa­mot­nych ma­tek, któ­re mu­sia­ły po­go­dzić za­spo­ka­ja­nie al­ko­ho­lo­we­go na­ło­gu z po­win­no­ścia­mi wy­cho­waw­czy­mi wzglę­dem swo­ich dzie­ci. Edek nie był złym fa­ce­tem i za­wsze przy­no­sił róż­ne ła­ko­cie, ale Lu­cek ni­g­dy nie po­tra­fił prze­łknąć ani jed­nej czer­wo­nej lan­dryn­ki czy twar­de­go jak ska­ła tof­fi, wy­do­by­tych sę­ka­tą dło­nią z prze­past­nych kie­sze­ni ro­bo­czych dre­li­chów. Każ­dy cu­kie­rek wy­da­wał się prze­siąk­nię­ty wo­nią prze­po­co­nych skar­pet. Mimo wszyst­ko chło­pak za­wsze grzecz­nie przyj­mo­wał po­da­ru­nek. To­reb­ka cu­kier­ków spraw­dza­ła się za­zwy­czaj jako kar­ta prze­tar­go­wa w kum­pel­skich ne­go­cja­cjach, wy­mia­nie „hi­sto­ry­jek” – dru­ko­wa­nych mi­ni­ko­mik­sów z gum ba­lo­no­wych, a na­wet jako cza­so­wy bi­let na prze­jażdż­kę praw­dzi­wym BMX-em. Gru­by Gelo prze­pa­dał za lan­dryn­ka­mi i chęt­nie uży­czał swe­go dwu­ko­łow­ca na kil­ka run­dek wko­ło blo­ku.

Te­raz jed­nak naj­waż­niej­szym za­da­niem było wy­do­sta­nie się ci­cha­czem na dwór. Bez­sze­lest­ne na­ło­że­nie dziu­ra­wych tram­pek, prze­wie­sze­nie przez szy­ję sznu­ro­wa­dła z przy­pię­tym klu­czem od domu, wy­ję­cie pro­cy – ha­czy­ków­ki z taj­nej kry­jów­ki pod szaf­ką na buty i dys­kret­ne za­mknię­cie za sobą drzwi. Po­tem sza­leń­czy bieg po dwa stop­nie w dół i wy­skok z pasz­czy klat­ki scho­do­wej wprost w ob­ję­cia let­nie­go upa­łu.

(...)

KAC­PER KO­TU­LAK

TO NIE TO!

Od tam­te­go dnia pod­świa­do­my lęk sta­no­wił nie­od­łącz­ną część oso­bo­wo­ści Ant­ka. W oba­wie przed gnie­wem ro­dzi­ców po­sta­no­wił ni­ko­mu nie opo­wia­dać tej hi­sto­rii. Zła­mał to po­sta­no­wie­nie kil­ka dni po fe­ral­nym wie­czo­rze, zwie­rza­jąc się ze wszyst­kie­go bra­tu.

Adam w prze­ja­wie star­szo-bra­ter­skiej zło­śli­wo­ści od cza­su do cza­su pod­sy­cał strach bra­ta, opo­wia­da­jąc mu, jak to klau­ny za­kra­da­ją się w nocy do po­ko­jów dzie­ci, chwy­ta­ją je za wy­sta­ją­ce spod koł­dry czę­ści cia­ła i już nie pusz­cza­ją. An­tek ni­ko­mu wię­cej nie opo­wie­dział o swo­ich lę­kach. Miał sie­dem lat. Mama czę­sto mu po­wta­rza­ła, że jest już du­żym chłop­cem. A du­żym chłop­com nie przy­sta­wa­ły ta­kie głu­pie stra­chy.

Adam po­zo­stał je­dy­nym po­wier­ni­kiem jego ta­jem­ni­cy. Ale, cho­ciaż był głup­kiem, po­dob­nie jak wszy­scy star­si bra­cia na świe­cie, ni­ko­mu by nie zdra­dził se­kre­tu Ant­ka. Głów­nie dla­te­go, że sam ma­czał pal­ce w fo­bii ju­nio­ra i mógł­by nie­źle do­stać w skó­rę, gdy­by ro­dzi­ce się do­wie­dzie­li o ca­łej spra­wie. Mama praw­do­po­dob­nie wciąż my­śla­ła, że jej młod­szy sy­nek uwiel­bia cyrk, tak jak w tym dniu, kie­dy za­czął pa­nicz­nie bać się klau­nów.

Po ja­kimś cza­sie wszyst­ko za­czę­ło się roz­my­wać w mgli­stych od­mę­tach wspo­mnień. Ale o praw­dzi­wym stra­chu ni­g­dy do koń­ca się nie za­po­mi­na i cza­sa­mi, gdy An­tek le­żał już w łóż­ku, a wpa­da­ją­ce przez okno bla­de świa­tło księ­ży­ca wzbu­dza­ło do ży­cia te­atr upior­nych cie­ni, przed oczy chłop­ca po­wra­ca­ła peł­na wście­kło­ści mina wy­krzy­wia­ją­ca uśmiech­nię­tą, klau­nią twarz w gro­te­sko­wym gry­ma­sie.

An­tek sta­rał się po­krze­piać tymi sa­my­mi sło­wa­mi, któ­ry­mi uspo­ka­ja­ła go mat­ka, gdy prze­stra­szył się pa­ją­ka, szczu­ra albo in­ne­go pa­skudz­twa. „Nie ma się cze­go bać” – mó­wi­ła ła­god­nym, ale bar­dzo rze­czo­wym to­nem – „on na pew­no boi się cie­bie bar­dziej niż ty jego”. To jed­nak nie bar­dzo chcia­ło dzia­łać. Prze­ra­ża­ją­co znie­kształ­co­na twarz klau­na wy­ra­ża­ła ra­czej wście­kłość i nie­na­wiść w naj­czyst­szym, pier­wot­nym prze­ja­wie, niż strach przed sied­mio­let­nim chłop­cem. Kie­dy za­wo­dzi­ła mat­czy­na li­nia obro­ny, An­tek się­gał po sta­ry, spraw­dzo­ny spo­sób – na­cią­gał koł­drę na gło­wę i od­dzie­lo­ny od świa­ta kosz­ma­rów bez­piecz­ną war­stwą pi­ko­wa­ne­go pie­rza, w koń­cu za­sy­piał.

Tym ra­zem sta­now­czo po­przy­siągł so­bie, że bę­dzie dziel­ny i sta­wi czo­ła tym po­two­rom z du­ży­mi, czer­wo­ny­mi no­sa­mi. Miał tyl­ko na­dzie­ję, że Adam za­po­mniał już o jego se­kre­cie i nie sko­rzy­sta z sy­tu­acji do opo­wie­dze­nia ja­kichś no­wych hi­sto­rii o klau­nach ukry­tych pod dzie­cię­cy­mi łóż­ka­mi. Jesz­cze nie wie­dział, że wca­le nie pój­dą tego dnia do cyr­ku…

W koń­cu do­tarł do upra­gnio­nych drzwi. Szkol­na to­a­le­ta nie na­le­ża­ła do naj­przy­jem­niej­szych miejsc; zda­wa­ło się, że mówi: rób, co mu­sisz i wy­no­cha. Po­kry­wa­ją­ce pod­ło­gę i dol­ne po­ło­wy ścian ka­fel­ki bar­wy sza­ro-zie­lo­no-brud­nej przy­wo­dzi­ły na myśl w naj­lep­szym wy­pad­ku pleśń. Tru­pio­bla­de świa­tło ja­rze­nió­wek roz­wie­wa­ło ciem­ność je­dy­nie w stop­niu nie­zbęd­nym do za­ła­twie­nia spra­wy, w ja­kiej się przy­szło. Ca­ło­ści do­peł­niał za­pach cha­rak­te­ry­stycz­ny dla wszyst­kich szkol­nych to­a­let na świe­cie.

An­tek otwo­rzył po­ba­zgra­ne mar­ke­ra­mi drzwi pierw­szej z brze­gu ka­bi­ny i ze­sztyw­niał. Na za­mknię­tej musz­li sie­dział, a wła­ści­wie ku­cał klaun – ol­brzy­mie buty z tru­dem mie­ści­ły się na kla­pie. Chło­piec praw­do­po­dob­nie zmo­czył­by spodnie, jed­nak szok spa­ra­li­żo­wał wszyst­kie mię­śnie, nie po­mi­ja­jąc zwie­ra­czy.

– Wi­taj, An­to­siu. – Klaun uśmiech­nął się sze­ro­ko. – Sły­sza­łem, że się nas bo­isz.

– S-skąd wiesz? – za­py­tał chło­piec, cał­ko­wi­cie za­po­mi­na­jąc, po co tu przy­szedł. – Adam ci po­wie­dział? Głu­pek. Miał ni­ko­mu nie wy­ga­dać.

– Tak. Wła­śnie Adam mi po­wie­dział. – An­tek praw­do­po­dob­nie do­my­ślił­by się, że coś tu nie gra, ale jego dzie­cię­ca po­dejrz­li­wość wciąż była w sta­dium roz­wo­ju o na­zwie „bez­den­na na­iw­ność”. – Uwa­ża­my z Ada­mem, że to dość głu­pie, by taki duży chło­piec bał się klau­nów. Mam na imię Rin­tin­cur­ry. Nie je­stem chy­ba aż tak strasz­ny, co?

An­tek w jed­nym z pierw­szych prze­ja­wów scep­ty­cy­zmu w ży­ciu zlu­stro­wał do­kład­nie klau­na od za du­żych stóp do po­kry­tej po­ma­rań­czo­wą, ny­lo­no­wą czu­pry­ną gło­wy. Raz jesz­cze wy­gra­ła dzie­cię­ca na­iw­ność i twarz Ant­ka roz­pro­mie­ni­ła się w uf­nym uśmie­chu.

– Chciał­byś do­stać ba­lo­no­we­go zwie­rza­ka?

Gu­mo­wa me­na­że­ria za­wsze była nie­za­wod­ną bro­nią klau­nów w zdo­by­wa­niu dzie­cię­cych serc. Trud­no jed­no­znacz­nie stwier­dzić, co tak hip­no­ty­zu­ją­ce­go jest w po­skrę­ca­nych ba­lo­nach, ale na Ant­ka dzia­ła­ły tak samo, jak na wszyst­kich, któ­rym nie było dane jesz­cze skoń­czyć dzie­się­ciu lat.

Klaun wy­do­był z kie­sze­ni zie­lo­ny ba­lon, na­dmu­chał jed­nym tchem i zwy­cza­jem wszyst­kich klau­nów od­wró­cił się ple­ca­mi do wi­dza, by nie zdra­dzić se­kre­tów ma­gicz­nej sztu­ki. Po chwi­li skrzy­pie­nia gumą wrę­czył chłop­cu swe dzie­ło. Po­dob­nie jak przy więk­szo­ści tego typu twór­czo­ści, trze­ba było mieć dzie­cię­cą, ni­czym nie­ogra­ni­czo­ną wy­obraź­nię, by w ba­lo­no­wej kon­struk­cji doj­rzeć po­do­bi­znę zwie­rzę­cia. Nie­mniej jed­nak An­tek dał się ocza­ro­wać. Pod­niósł za­chwy­co­ny wzrok na Rin­tin­cur­ry’ego. I od razu tego po­ża­ło­wał.

Twarz klau­na zmie­ni­ła się. Znik­nę­ła z niej cała przy­ja­zność i do­bro­tli­wość. Te­raz była po pro­stu prze­ra­ża­ją­ca. Ale nie tak, jak ta, któ­ra przed laty ka­za­ła chłop­cu ucie­kać z cyr­ku. Ta wy­glą­da­ła, jak­by po­cho­dzi­ła z naj­gor­szych kosz­ma­rów. Rin­tin­cur­ry miał żół­te, wy­łu­pia­ste oczy i szcze­rzył w upior­nym gry­ma­sie kom­plet za du­żych i za ostrych zę­bów. Pę­cherz Ant­ka przy­po­mniał o so­bie i po­sta­no­wił nie cze­kać już dłu­żej.

– A może chciał­byś do­łą­czyć do we­so­łej me­na­że­rii Rin­tin­cur­ry’ego? – za­py­tał klaun.

An­tek nie zdą­żył po­my­śleć, że prze­śla­du­ją­cy go od lat strach nie był tak do koń­ca bez­za­sad­ny. Chciał już od­po­wie­dzieć prze­raź­li­wym wrza­skiem, ale szpo­nia­sta łapa, któ­ra znie­nac­ka ści­snę­ła jego usta, we­pchnę­ła krzyk z po­wro­tem do płuc.

***

MA­REK ZY­CHLA

CHYBA

Zno­wu fo­tel? Chy­ba. Mó­wię to nie­szczę­sne chy­ba, bo sama już ni­cze­go nie wiem. Może sofa, a może sie­dzia­łam na dy­wa­nie? Wa­riu­ję.

So­bo­ta? Mam taką na­dzie­ję, bo na­wet naj­gor­sza pas­sa musi się wresz­cie skoń­czyć. Idę do kuch­ni, na gó­rze ci­sza. Dziew­czyn­ki śpią. Tak. Na pew­no. Na­tra­fiam na przy­mknię­te drzwi.

I za­trzy­mu­ję się, choć każ­dy po­szedł­by da­lej. Mnie ży­cie na­uczy­ło prze­zor­no­ści! Za­sta­na­wiam się nad tym, czy ostat­nio je przy­my­ka­łam, lecz ra­czej nie, bo ko­cham otwar­tą prze­strzeń. Tak jest mi ła­twiej i przy­jem­niej.

Wcho­dzę z du­szą na ra­mie­niu, go­to­wa, by wal­czyć i krzy­czeć. Co praw­da miesz­ka­my na spo­koj­nym osie­dlu, ale nie za­wsze wia­do­mo, komu wy­naj­mu­ją domy. Cza­sy się zmie­nia­ją, moja ostroż­ność ni­g­dy.

Na pierw­szy rzut oka wszyst­ko wy­glą­da nor­mal­nie. Szaf­ki do­mknię­te, z kra­nu ka­pie woda. Kie­dyś we­zwę fa­chow­ca do na­pra­wy. Sama nie mam na to cza­su.

Mój wzrok przy­ku­wa pe­wien szcze­gół. Na lo­dów­ce po­wie­szo­no ob­ra­zek i nie ja to zro­bi­łam. Nic szcze­gól­ne­go. Nic, o czym chcia­ła­bym pa­mię­tać. Ar­ty­zmu w tym za grosz.

– Je­steś tu(?) – mó­wię ra­czej, niż py­tam i nie uda­je mi się po­wstrzy­mać drże­nia stra­chu.

– Je­stem.

Roz­glą­dam się. Kuch­nia mała i zwy­kła do bólu oczu. Nie ma w niej za­ka­mar­ków, sze­ro­kie okna sku­tecz­nie prze­ga­nia­ją cie­nie.

– Nie wi­dzę cię – do­da­ję i wy­bu­cham: – Daj mi spo­kój!

Jak zwy­kle pierw­sze pusz­cza­ją ner­wy.

Przez chwi­lę robi się ciem­niej, po­ja­wia się za­rys syl­wet­ki, w sza­ro­ściach ry­su­ją się pierw­sze zmarszcz­ki.

– To mój dom! – krzy­czę na ca­łe­go.

Świa­tło wra­ca na swo­je miej­sca i już nie czu­ję tej obec­no­ści. Zno­wu zo­sta­ję sama, z my­śla­mi o wa­rio­wa­niu.

Na kart­ce po­ja­wia się na­pis: „Po­roz­ma­wiaj­my o Ho­len­drze z Ni­der­lan­dów”.

Wpierw za­mie­ram, szpe­ram umy­słem w da­le­kiej prze­szło­ści, od­py­cham nad­cią­ga­ją­ce wspo­mnie­nia, wy­bie­gam z kuch­ni, trza­ska­jąc drzwia­mi.

Boję się.

***

– Prze­stra­szy­łaś ją! – wark­nę­ła jed­na sta­rusz­ka na dru­gą.

– To nie ja wpa­dłam na po­mysł z kart­ką!

– Bądź­cie ci­cho – uspo­ko­ił je mę­ski głos.

***

Nie my­śleć! To naj­lep­sze roz­wią­za­nie pro­ble­mu. Dziew­czyn­ki nie­dłu­go wsta­ną lub wró­cą z… skądś tam. O Boże! Nie mam do ni­cze­go gło­wy. Wszyst­ko się plą­cze, wszę­dzie po­ja­wia­ją się nowe, choć prze­cież sta­re rze­czy. To­tal­ny i do­brze mi zna­ny obłęd.

– Nie dam się – mó­wię, wga­pio­na w te­ni­sów­ki męża, któ­rych nie po­win­no tu być. – Nie po­ko­na­cie mnie! – krzy­czę wpa­trzo­na w li­nie łą­czą­ce ścia­ny z su­fi­tem. – Trzy­maj­cie się z dala od dziew­czy­nek!

I za­my­kam się w so­bie, od­pły­wam, być może (CHY­BA) mdle­ję – byle da­lej, do so­bo­ty i za­ku­pów. Na scho­dach po­ja­wia­ją się me­ta­lo­we bram­ki. Te same, co przed laty.

Ho­len­der z Ni­der­lan­dów – my­ślę i wście­kam się na sie­bie, ale to już nie­waż­ne, przy­naj­mniej chwi­lo­wo. DO SO­BO­TY. Cze­kam na so­bo­tę.

***

Tym ra­zem ją wi­dzia­łam i nie­po­trzeb­ne były żad­ne przy­ciem­nie­nia! Sta­ła po­środ­ku kuch­ni, a uśmiech do­da­wał jej zmarsz­czek. Ucie­kłam. Oczy­wi­ście, że ucie­kłam, wie­dząc, że ona wciąż tam jest! Z góry scho­dów wga­piam się w ku­chen­ne drzwi i za­mie­ram przy każ­dym ich drgnię­ciu.

– Idzie­my do cie­bie. – Sły­szę wy­raź­nie i zbyt gło­śno, i naj­pierw się bar­dzo boję, a po chwi­li za­sta­na­wiam się nad tym jej „idzie­my”.

Z sy­pial­ni na koń­cu ko­ry­ta­rza wy­chy­la się sta­rusz­ka. Dru­ga wy­cho­dzi z kuch­ni, a ja krzy­czę i za­trza­sku­ją się bram­ki.

– Mia­łam dwie – szep­czę ura­do­wa­na do sie­bie. Za­wsze były dwie – na dole i na gó­rze – by bliź­niacz­ki ni­g­dy nie spa­dły ze scho­dów.

Ko­bie­ty za­trzy­mu­ją się. Naj­wi­docz­niej nie mogą so­bie po­ra­dzić z prze­szko­dą. Nie wi­dzą, co je blo­ku­je.

– Nie dam rady! – krzy­czy jed­na do dru­giej lub dru­ga do pierw­szej, ale gu­zik mnie to ob­cho­dzi. Jesz­cze mniej ob­cho­dzą mnie one i ich za­sra­ny Ho­len­der z Ni­der­lan­dów.

– Nie wiem, czy nas sły­szy. – Głos pły­nie z dołu, tym ra­zem mę­ski i spo­koj­ny. – Boi się. W ni­czym to nie po­ma­ga. Miej­my to szyb­ko za sobą.

Za­my­kam się w dru­giej sy­pial­ni i za­kry­wam uszy dłoń­mi. Coś wrzesz­czą do mnie – pew­nie chcą, bym z nimi po­szła – ale ja się nie dam śmier­ci, na­wet tej w trzech oso­bach.

– Żyć wiecz­nie? Pro­ści­zna! – po­wta­rzam za­sły­sza­ne przed laty zda­nia. – Wy­star­czy ni­g­dy nie umrzeć.

– Cze­ka nas wal­ka. – Do­bie­ga do mnie od stro­ny scho­dów, gdy tyl­ko od­sła­niam uszy.

– A już le­ży­my na ple­cach. – Sta­rusz­ki żar­tu­ją w naj­lep­sze, śmie­chy po­ko­nu­ją bram­ki.

– Za­mknąć się! – krzy­czę. – Nikt was tu nie za­pra­szał!

– Nie mu­siał – od­zy­wa się któ­raś. – To nasz dom.

Ucie­kam. Nie wiem do­kąd. Gu­bię się, od­naj­du­ję, za­sy­piam, bu­dzę się.

So­bo­ta(?).

***

JA­RO­SŁAW TU­ROW­SKI

CIERNIOWY DWÓR

Tra­cey dzio­ba­ła od nie­chce­nia owsian­kę i ob­ser­wo­wa­ła krzą­ta­ją­ce­go się po kuch­ni Co­li­na. Spóź­niał się z wy­jaz­dem do pra­cy – aku­rat tego dnia!

Pi­jac­ki ma­ra­ton od­ci­snął wy­raź­ne pięt­no na twa­rzy męż­czy­zny. Skó­ra zda­wa­ła się o kil­ka od­cie­ni ciem­niej­sza, po biał­kach oczu roz­le­wa­ła się nie­po­ko­ją­ca czer­wień, a wło­sy po­si­wia­ły na skro­niach.

– Na co się tak ga­pisz? – wark­nął, mo­cu­jąc się z za­mknię­ciem ter­mo­su.

Spu­ści­ła wzrok, na­gle za­in­te­re­so­wa­na pap­ko­wa­tą za­war­to­ścią ta­le­rza. Ką­tem oka do­strze­gła drżą­cą dłoń za­gar­nia­ją­cą z bla­tu klu­czy­ki. Chwi­lę póź­niej trza­snę­ły drzwi.

Od­cze­ka­ła, aż na ze­wnątrz roz­brzmi ja­zgot che­vy’ego, po­tem na­słu­chi­wa­ła od­jaz­du, a gdy za­le­gła ci­sza, po­li­czy­ła w my­ślach do sześć­dzie­się­ciu. Do­pie­ro wte­dy pod­bie­gła do kon­tak­tu i zga­si­ła świa­tło. Kie­dy wyj­rza­ła przez okno, uj­rza­ła tyl­ko ciem­ność. Ode­tchnę­ła.

Na­stał czas dzia­ła­nia. Wresz­cie, po nie­koń­czą­cych się ty­go­dniach bez­u­stan­ne­go stra­chu, wście­kło­ści i smut­ku na­de­szła ta chwi­la… Myśl ude­rzy­ła Tra­cey tak moc­no, że przez chwi­lę za­bra­kło jej od­de­chu. Ude­rzy­ła się obie­ma dłoń­mi w po­licz­ki i po­gna­ła na pię­tro.

Kie­dy włą­czy­ła świa­tło w sy­pial­ni cho­rej, mama spa­ła. Obu­dziw­szy się, po­to­czy­ła wko­ło pół­przy­tom­nym wzro­kiem, mru­żąc po­wie­ki przed bla­skiem ża­rów­ki i za­bul­go­ta­ła coś nie­zro­zu­mia­le. Twarz, zmarsz­czo­na jak­by w ka­ry­ka­tu­rze zdzi­wie­nia, przy­po­mi­na­ła wy­schnię­te wa­rzy­wo i była kre­do­wo bia­ła. Tak jak Co­lin, tak i Liz wy­glą­da­ła na wy­koń­czo­ną zda­rze­nia­mi tej je­sie­ni – kru­cha niby wy­ko­na­na z pa­pie­ru, bez gra­ma tłusz­czu i z sze­ro­ki­mi pa­sma­mi bar­wy po­pio­łu we wło­sach. Wy­glą­da­ła, jak­by jed­ną nogą ode­szła już do kra­iny zmar­łych, a jed­nak Tra­cey po­tra­fi­ła do­strzec w niej daw­ne pięk­no; od­szu­kać ko­bie­tę za­gu­bio­ną w cho­ro­bie, mat­kę, któ­rej tak bar­dzo dziew­czyn­ce bra­ko­wa­ło. Wi­dzia­ła jej prze­bły­ski po­mi­mo przy­wo­dzą­cych na myśl baj­ko­wą har­pię kro­gul­czych szpo­nów. Po­mi­mo fałd skó­ry marsz­czą­cej się na chu­dej szyi. Po­mi­mo atra­men­to­wych od­le­żyn prze­zie­ra­ją­cych spod za­dar­tej noc­nej ko­szu­li.

Liz ar­ty­ku­ło­wa­ła po­zba­wio­ne sen­su sy­la­by ni­czym ga­wo­rzą­cy nie­mow­lak, ale Tra­cey wie­dzia­ła, że nie może so­bie w tej chwi­li za­wra­cać tym gło­wy. Było to na swój spo­sób bru­tal­ne, ale te­raz li­czy­ło się tyl­ko to, by zna­leźć się jak naj­da­lej od domu. Na wy­ja­śnie­nia przyj­dzie pora póź­niej. O ile w ogó­le uda się co­kol­wiek wy­ja­śnić…

Wy­cią­gnę­ła zza sza­fy wó­zek in­wa­lidz­ki, jaki do­sta­li od opie­ki spo­łecz­nej. Sta­ry gru­chot nie­wy­po­sa­żo­ny na­wet w pasy bez­pie­czeń­stwa. Po­jazd nie mógł być uży­wa­ny wię­cej niż dwa, góra trzy razy – Liz we­ge­to­wa­ła więk­szość je­sie­ni w sy­pial­ni. Dziew­czy­na roz­ło­ży­ła kon­struk­cję wpraw­nym ru­chem, uzna­jąc, że fo­tel na kół­kach, po­zba­wio­ny zbęd­nych ak­ce­so­riów, jest cał­kiem lek­ki – cho­ciaż z mamą w sie­dzi­sku za­pew­ne sta­nie się cięż­ki, tak jak prze­wi­dy­wa­ła to Deb­bie. Pchnę­ła po­jazd koło łóż­ka i za­wie­si­ła na rącz­kach swój szkol­ny ple­cak, w któ­rym znaj­do­wa­ła się już la­tar­ka, re­wol­wer i inne nie­zbęd­ne przed­mio­ty (wcze­śniej uzgod­ni­li, że je­dze­niem zaj­mie się Chris). Bez więk­sze­go na­my­słu do­rzu­ci­ła jesz­cze pacz­kę pie­luch oraz opa­ko­wa­nia z naj­róż­niej­szy­mi le­ka­mi i za­strzy­ka­mi dla mamy. Wąt­pi­ła, by mia­ła od­wa­gę po­czę­sto­wać ro­dzi­ciel­kę czym­kol­wiek moc­niej­szym od aspi­ry­ny, żeby nie zro­bić jej nie­roz­trop­nie krzyw­dy, ale zda­wa­ła też so­bie spra­wę, iż po­wrót nie wcho­dzi w grę. Cze­go za­po­mni spa­ko­wać te­raz, to po pro­stu prze­pad­nie…

Prze­nie­sie­nie mat­ki na wó­zek za­ję­ło Tra­cey spo­ro cza­su, ale w grun­cie rze­czy oka­za­ło się ła­twiej­sze, niż przy­pusz­cza­ła. Liz wy­da­wa­ła się bar­dzo za­spa­na, nie krzy­cza­ła i pod­da­wa­ła się ma­chi­na­cjom cór­ki bez żad­ne­go sprze­ci­wu. Kie­dy wresz­cie po se­rii krót­kich, tak­tycz­nych prze­su­nięć za­ję­ła miej­sce w wóz­ku, opu­ści­ła gło­wę na pierś, a głę­bo­ki od­dech wska­zy­wał, że za chwi­lę na po­wrót za­śnie.

Tra­cey nie chcia­ła zwra­cać na sie­bie uwa­gi żad­ny­mi ha­ła­sa­mi, więc uzna­ła taki ob­rót spra­wy za nie­zwy­kle po­myśl­ny. Do­pcha­ła mamę do szczy­tu scho­dów pro­wa­dzą­cych na par­ter.

Zbie­gła na dół i wró­ci­ła z pa­skiem od spodni Co­li­na. Czu­jąc obrzy­dze­nie do wła­snej oso­by, przy­wią­za­ła mamę do wóz­ka. Liz mruk­nę­ła pod no­sem, ale nie otwo­rzy­ła na­wet oczu.

Tra­cey prze­łknę­ła śli­nę i spoj­rza­ła po­now­nie na scho­dy. Z tej per­spek­ty­wy, trzy­ma­jąc przed sobą fo­tel z umie­ra­ją­cą mat­ką, mia­ła wra­że­nie, że są one nie­skoń­cze­nie wy­so­kie, stro­me i nie­bez­piecz­ne. Za­dud­ni­ło jej w uszach od ad­re­na­li­ny, ale na­ci­snę­ła na rącz­ki i po­sta­wi­ła po­jazd na tyl­nych ko­łach. Po­tem pchnę­ła do przo­du…

Liz obu­dzi­ła się już na pierw­szym stop­niu. Za­czę­ła krzy­czeć, a Tra­cey wie­dzia­ła aż na­zbyt do­brze, że jest to wrzask skraj­ne­go prze­ra­że­nia. Sta­ra­ła się mó­wić uspo­ka­ja­ją­ce sło­wa, ale ze­stre­so­wa­ła się tak bar­dzo, że sama wła­ści­wie nie ro­zu­mia­ła, co wy­ga­du­je. Każ­dy krok przy­no­sił cier­pie­nie i pa­ra­li­żu­ją­cy strach. Czy zdo­ła utrzy­mać wó­zek, czy ten sto­czy się na sam dół, a mama po­ła­mie krę­go­słup? Nie czu­ła ły­dek ani ple­ców, cały świat sku­pił się w roz­cią­ga­nych rę­kach i pa­lą­cych bó­lem nad­garst­kach. Oraz scho­dach – prze­ra­ża­ją­cym tu­ne­lu zjeż­dża­ją­cym, zda­wa­ło­by się, do sa­me­go pie­kła.

Prze­kli­na­ła się za wła­sną głu­po­tę, wi­dząc przed ocza­mi nie­mal re­al­ny ob­raz mat­ki le­żą­cej w ka­łu­ży krwi na dole. Była już kom­plet­nie po­zba­wio­na sił, a zdo­ła­ła spu­ścić wó­zek le­d­wie czte­ry stop­nie!

Wte­dy usły­sza­ła:

– Co tu się, do chu­ja, wy­ra­bia?!

***

KAC­PER KO­TU­LAK

DEATH METAL

Ce­cil Boyd, na co dzień wła­ści­ciel lom­bar­du, sie­dział za ladą roz­par­ty na pla­sti­ko­wym krze­śle i ba­wił się re­wol­we­rem Smith & We­sson. W miej­scu ta­kim jak to broń była rów­nie oczy­wi­stym ele­men­tem wy­po­sa­że­nia, co sam Ce­cil Boyd. Klien­ci sta­now­czo zbyt czę­sto usi­ło­wa­li od­zy­skać za­sta­wio­ne do­bra za po­mo­cą noża lub kija ba­se­bal­lo­we­go. Rów­nie czę­sto po­ja­wia­li się je­go­mo­ście, któ­rzy uży­wa­jąc po­dob­nych środ­ków per­swa­zji, usi­ło­wa­li po­zy­skać do­bra, któ­rych wca­le nie za­sta­wia­li.

Ale Ce­cil wca­le nie my­ślał o tym. Nie my­ślał na­wet o szcze­nia­ku, któ­ry po­przed­nie­go po­po­łu­dnia chciał „wy­ku­pić” wszyst­kie pier­ścion­ki, któ­re Boyd miał na sta­nie. My­śli li­chwia­rza zaj­mo­wa­ło zu­peł­nie coś in­ne­go – czar­ny B.C. Rich sto­ją­cy bez­pro­duk­tyw­nie na wy­sta­wie od po­nad mie­sią­ca. Za­zwy­czaj co dwa, trzy, mak­sy­mal­nie czte­ry ty­go­dnie znaj­do­wał no­we­go na­byw­cę, by po kil­ku dniach wró­cić do sta­re­go Ce­ci­la. Oczy­wi­ście ta­kie po­wro­ty każ­do­ra­zo­wo da­wa­ły mu kil­ka do­la­rów zy­sku. Boy­do­wi jesz­cze nie zda­rzy­ło się od­dać wię­cej niż jed­ną trze­cią sumy, za jaką wcze­śniej sprze­dał in­stru­ment. Miał przy­naj­mniej tyle przy­zwo­ito­ści, że je­śli uda­ło mu się od­ku­pić in­stru­ment dużo ta­niej (to zna­czy jesz­cze ta­niej niż zwy­kle), ob­ni­żał nową cenę o pięć, cza­sem dzie­sięć do­la­rów. Na do­brą spra­wę mógł za każ­dym ra­zem scho­dzić na­wet po dwa­dzie­ścia do­la­rów, a i tak za­ra­biał­by na tej gi­ta­rze wię­cej niż na czym­kol­wiek in­nym. Oczy­wi­ście wie­dział, że przyj­dzie taki mo­ment, kie­dy cena osią­gnie gra­ni­cę kry­tycz­ną, ale wy­star­czy tyl­ko roz­sąd­nie go­spo­da­ro­wać ob­niż­ka­mi… W koń­cu naj­waż­niej­sze, żeby się krę­ci­ło.

Dźwięk dzwon­ka przy drzwiach spra­wił, że gwał­tow­nie wy­rwa­ny z za­du­my han­dlarz pra­wie od­strze­lił so­bie dłoń. Boyd de­li­kat­nie odło­żył re­wol­wer na miej­sce.

Do lo­ka­lu we­szła chu­da, przy­gar­bio­na po­stać. Czyż­by ko­lej­ny en­tu­zja­sta al­ter­na­tyw­nych form płat­no­ści? Ce­cil dźwi­gnął się z krze­sła, po­pra­wia­jąc dło­nią rzad­kie reszt­ki fry­zu­ry i ob­rzu­cił klien­ta ba­daw­czym spoj­rze­niem. Wło­sy do po­ło­wy ple­ców, wy­tar­te dżin­sy i blu­za z em­ble­ma­tem jed­nej z tych ha­ła­śli­wych, he­avy­me­ta­lo­wych grup. To był nie­wąt­pli­wie ten, na któ­re­go cze­kał z ro­sną­cą nie­cier­pli­wo­ścią – klient na nie­szczę­sną, sze­ścio­stru­no­wą fem­me fa­ta­le.

– In­te­re­su­je mnie gi­ta­ra… – wy­bą­kał chło­pak.

Tak jest! Ce­cil po­czuł ra­dość wy­mie­sza­ną z po­czu­ciem ulgi, roz­le­wa­ją­cą się po wnętrz­no­ściach. Ale nic nie po­wie­dział – nie był w koń­cu żół­to­dzio­bem. Za­cho­wał spo­kój i spoj­rzał na chło­pa­ka bez­na­mięt­no-py­ta­ją­cym spoj­rze­niem. Ta­kim wzro­kiem pa­trzą na klien­tów zmę­czo­ne ży­ciem żony wła­ści­cie­li sta­cji ben­zy­no­wych przy mniej uczęsz­cza­nych dro­gach mię­dzy­sta­no­wych i na­sto­lat­ko­wie, któ­rym ro­dzi­ce każą za­pra­co­wać na ty­go­dniów­kę w ro­dzin­nym skle­pie. Ce­cil ten spe­cy­ficz­ny wy­raz twa­rzy wy­pra­co­wy­wał la­ta­mi.

– …ta z wy­sta­wy. B.C. Rich – kon­ty­nu­ował mło­dy.

– Ach, moc­king­bird, co? – Ce­cil po­ki­wał gło­wą z wy­ra­zem zro­zu­mie­nia na twa­rzy. – Cał­kiem po­rząd­ny sprzęt, mu­szę przy­znać. Lita ma­ho­nio­wa pły­ta, kon­struk­cja neck-thro­ugh body. No i ro­bio­na w ca­ło­ści u nas, w Ame­ry­ce, nie żad­ne taj­wań­skie gów­no. – Boyd na in­stru­men­tach nie znał się za cho­le­rę. Ze wszyst­kich nie­wąt­pli­wych atu­tów gi­ta­ry tyl­ko ten ostat­ni coś mu mó­wił. Tek­stów o ma­ho­niu, li­tej pły­cie i ta­jem­ni­czym neck-thro­ugh body na­uczył się od zna­jo­me­go mu­zy­ka, któ­ry przed laty po­mógł mu w wy­ce­nie, gdy B.C. Rich po­ja­wił się w jego lom­bar­dzie po raz pierw­szy.

– Jest uszko­dzo­ny?

– Co? Nie, dla­cze­go?

– Mogę? – Chło­pak pod­szedł do wy­sta­wy i prze­je­chał dło­nią po gry­fie. Wi­docz­nie nie miał za­mia­ru wie­rzyć sprze­daw­cy na sło­wo.

– Pro­szę bar­dzo.

Mło­dy wziął gi­ta­rę. Uwa­dze Boy­da nie mo­gło ujść, z ja­kim na­boż­nym sza­cun­kiem to zro­bił. Chy­ba znał się na rze­czy, bo od­pra­wiał te same co wszy­scy ry­tu­ały, ma­ją­ce na pew­no ja­kiś głęb­szy sens, któ­ry jed­nak dla Ce­ci­la po­zo­sta­wał ta­jem­ni­cą: pod­no­sił in­stru­ment, oglą­dał pod róż­ny­mi ką­ta­mi, krę­cił klu­cza­mi i po­ten­cjo­me­tra­mi…

– A jak z elek­tro­ni­ką? – za­py­tał chło­pak, gdy skoń­czył ob­duk­cję.

– W naj­lep­szym po­rząd­ku.

– Ma pan ja­kiś wzmac­niacz? I ka­wa­łek ka­bla?

Ce­cil te­atral­nie prze­wró­cił ocza­mi, ale zdjął z re­ga­łu ma­łe­go, dzie­się­cio­wa­to­we­go mar­shal­la. Po chwi­li z trzesz­czą­ce­go, tran­zy­sto­ro­we­go pu­deł­ka po­pły­nął głę­bo­ki, czy­sty dźwięk. Boyd, choć wie­dział, że nic nie ma pra­wa nie dzia­łać, ode­tchnął z ulgą.

– Wy­glą­da na to, że wszyst­ko w po­rząd­ku – mruk­nął chło­pak. – Więc co jest z nią nie tak?

– A ja tam wiem… – ze­łgał Boyd, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. Z moc­king­bir­dem było coś nie tak i on do­sko­na­le o tym wie­dział. Owo „coś nie tak” po­le­ga­ło na tym, że każ­dy na­byw­ca po kil­ku dniach po­ja­wiał się zno­wu, nie­mal bła­ga­jąc Boy­da, by ten po­now­nie przy­jął za­staw. A sta­ry Ce­cil, ko­rzy­sta­jąc z sy­tu­acji, dra­pał się po gło­wie i mó­wił coś w sty­lu: Czy ja wiem…? Może za osiem­dzie­siąt… no, po­wiedz­my osiem­dzie­siąt pięć do­la­rów.

Każ­dy do­tych­cza­so­wy po­sia­dacz czar­ne­go B.C. Ri­cha zga­dzał się z nie­opi­sa­ną ra­do­ścią i bio­rąc od Boy­da pie­nią­dze, nie­mal ca­ło­wał go po rę­kach, nie zwa­ża­jąc na to, że dwa albo trzy dni wcze­śniej za­pła­cił za in­stru­ment trzy razy tyle.

– To cze­mu jest taka ta­nia?

– Boże. – Ce­cil wzniósł oczy ku su­fi­to­wi, jak­by tam wła­śnie spo­dzie­wał się zna­leźć Stwór­cę. – Dro­go – py­ta­ją, cze­mu tak dro­go. Ta­nio – cze­mu tak ta­nio. Zwa­rio­wać moż­na. Bie­rzesz, czy nie?

– Do­bra, do­bra, bio­rę. – Po­sta­wie­nie spra­wy ja­sno w od­po­wied­nim mo­men­cie za­wsze dzia­ła­ło naj­le­piej. Chło­pak wy­cią­gnął z kie­sze­ni garść po­mię­tych bank­no­tów i po­ło­żył na la­dzie dwóch Ben­ja­mi­nów Fran­kli­nów, Ulys­se­sa Gran­ta i Ale­xan­dra Ha­mil­to­na. Boyd z ra­do­ścią włą­czył pre­zy­den­tów do swej pry­wat­nej ko­lek­cji.

***

MA­REK ZY­CHLA

FHABHTANNA

Nie ba­wię się w kup­no psiej mi­ski ani w mar­ke­to­wą po­goń za przy­sma­ka­mi, koj­cem i gry­za­ka­mi. Atos do­sta­je je­den z ta­le­rzy za­peł­nio­ny kla­sycz­nym bie­giem przez lo­dów­ko­we pół­ki. Część ze sma­ko­ły­ków tra­fia do mo­je­go żo­łąd­ka. Jemy i ogrze­wa­my się w o wie­le przy­tul­niej­szych niż zwy­kle czte­rech ścia­nach.

Chcę mu zro­bić zdję­cie, ale ucie­ka na sam dźwięk wy­su­wa­ne­go obiek­ty­wu. Bawi mnie ta stra­chli­wość, a przy oka­zji roz­czu­la.

– Tra­fił swój na swe­go – stwier­dzam, gdy prze­ra­żo­ną psi­nę bu­dzi z drzem­ki bur­cze­nie wła­sne­go brzu­cha. – Póź­niej pój­dzie­my na spa­cer, to od­bie­rze­my sa­mo­chód – mó­wię do pu­pi­la, dra­piąc go za ster­czą­cym uchem. – Wra­ca­jąc ku­pi­my ja­kieś żar­cie.

Ca­łość nie zaj­mu­je nam wie­le cza­su. Atos w au­cie czu­je się le­piej niż na spa­ce­rze, grzecz­nie sie­dzi z tyłu i ob­ser­wu­je mi­ja­ne bu­dyn­ki, ma­cha­jąc ki­ku­tem ogo­na.

– Na­sze pięk­ne Cal­lan – mó­wię do nie­go, przy­ci­sza­jąc ra­dio. – Świa­to­wa sto­li­ca sek­su i biz­ne­su! Nie­co za­po­mnia­na…

W tym mo­men­cie mój czwo­ro­noż­ny pu­pil pry­cha i za­czy­na kasz­leć tak in­ten­syw­nie, że aż zje­cha­łem na po­bo­cze. Nic mu jed­nak nie było, skoń­czy­ło się na za­łza­wio­nych oczach.

Wra­ca­my do domu. Mosz­czę mu po­sła­nie ze sta­rych ubrań i dwóch ka­na­po­wych po­du­szek. Pies pa­trzy na nie, na mnie, po czym uwa­la się w fo­te­lu.

Czu­ję go­to­wość do pierw­szej lek­cji wy­cho­waw­czej, do pró­by sił dwóch sam­ców – co praw­da od­mien­nych ga­tun­ków, lecz zbli­żo­nych upodo­bań.

Krzy­czę, Atos nie­śmia­ło war­czy i za­czy­nam się śmiać, bo na­gle ro­zu­miem, że tak na­praw­dę wca­le mi to nie prze­szka­dza. Pies zaj­mie fo­tel, ja ka­na­pę, a go­ści i tak nie mie­wam. Ro­dzi­nę, a w za­sa­dzie okru­chy wspo­mnień, któ­re zo­sta­ły po niej, zgu­bi­łem prze­szło dwa ty­sią­ce ki­lo­me­trów od Cal­lan.

– Twój fo­tel, moja ka­na­pa – za­rzą­dzam. – I wbrew po­zo­rom ja tu do­wo­dzę. A jak się nie po­do­ba, to bę­dziesz mógł się do woli wy­le­gi­wać na tra­wie w ogród­ku – do­da­ję z naj­su­row­szą w ży­ciu miną.

Wy­da­je mi się, że Atos ro­zu­mie. Bra­ku­je tyl­ko, by po­ki­wał łbem.

– Bę­dzie nam ra­zem jak w raju! – Sia­dam na ka­na­pę i włą­czam te­le­wi­zję.

Przez na­stęp­ną go­dzi­nę wga­pia­my się w ja­kiś mecz. Pies szcze­ka przy każ­dym golu.

***

Nad ra­nem bu­dzi mnie ha­łas pły­ną­cy z dołu. Nie­zbyt gło­śne szu­ra­nie, de­ner­wu­ją­ce po­stę­ki­wa­nia, głu­che stuk­nię­cia, raz na ja­kiś czas krót­ki szczek. Do­bie­ga­ją z sa­lo­nu, gdzie prze­cież śpi – więc i stró­żu­je – Atos.

– Co jest? – wzdy­cham, zwle­ka­jąc się z cie­płe­go łóż­ka. – Trze­ba było ku­pić zło­tą ryb­kę.

Scho­dzę, za­pa­la­jąc po dro­dze wszyst­kie świa­tła. Nie boję się, bo wy­glą­da – a ra­czej brzmi – na to, że mój pu­pil coś kom­bi­nu­je w tej swo­jej trój­kąt­nej łe­pe­ty­nie.

Otwie­ram drzwi do sa­lo­nu z im­pe­tem god­nym go­dzi­ny dwu­na­stej, ale w po­łu­dnie. Ude­rzam w pstry­czek, go­to­wy do kar­ce­nia, gdy do­cie­ra do mnie cała se­ria nie­po­ko­ją­cych ob­ra­zów, a oprócz nich coś ba­lan­su­ją­ce­go na gra­ni­cy za­pa­chu i smro­du. Mój nos gubi się w tej plą­ta­ni­nie.

Pies leży na pod­ło­dze, a na nim sie­dzi – chy­ba sie­dzi, bo w za­sa­dzie cięż­ko stwier­dzić – ja­kiś stwór naj­bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cy roz­ro­śnię­te­go ko­alę umo­ru­sa­ne­go bło­tem. Dru­gi, jesz­cze więk­szy, stoi nad nimi z moim kap­ciem unie­sio­nym nad gło­wą – le­wym z pary tych o gru­bej po­de­szwie, w któ­rych wy­cho­dzę do ogród­ka.

Ja ga­pię się na nich, oni na mnie, wspo­mnia­ne stwo­ry ja­kimś ta­kim ga­dzim wzro­kiem, ka­peć upa­da na pa­ne­le, Atos ję­czy – naj­praw­do­po­dob­niej z bólu, wiatr hu­czy w prze­wo­dzie ko­mi­no­wym, wy­ko­rzy­stu­jąc chwi­le względ­nej ci­szy.

Co­fam się wpierw o krok, póź­niej o dwa szyb­sze i wy­cią­gam rurę od od­ku­rza­cza ze schow­ka pod scho­da­mi.

In­tru­zi naj­wi­docz­niej nie chcą, bym się wy­ka­zał. W dwóch sko­kach są już przy drzwiach do ogród­ka. Sze­lesz­czą sło­wa­mi w dziw­nym ję­zy­ku, ge­sty­ku­lu­ją ener­gicz­nie w moim kie­run­ku. Wresz­cie zni­ka­ją z pola wi­dze­nia, prze­bi­ja­jąc się ni­czym mały ta­ran przez płot.

– Co to było? – Dzi­wię się, ku­ca­jąc przy czwo­ro­no­gu.

– Szfur­le – ję­czy psi­sko. – To były pie­przo­ne Szfur­le.

***

Czmych­ną­łem do kuch­ni, drzwi za­ba­ry­ka­do­wa­łem krze­słem i za­bra­łem się za prze­su­wa­nie lo­dów­ki.

– Psy nie mó­wią… – po­wta­rzam so­bie, a chło­dziar­ka ani drgnie, wy­peł­nio­na po brze­gi żar­ciem z po­bli­skie­go mar­ke­tu.

Sia­dam na pod­ło­dze wy­czer­pa­ny i roz­trzę­sio­ny. Za­ci­skam po­wie­ki i mo­dlę się do Boga, w któ­re­go nie wie­rzę od lat, by to był tyl­ko sen. Ni­cze­go mu nie obie­cu­ję, no co naj­wy­żej jed­ną, góra dwie wi­zy­ty w ko­ście­le. Je­stem bli­ski zgo­dzić się na­wet na spo­wiedź.

– Mój Boże, Oj­cze mój je­dy­ny… – po­wta­rzam w kół­ko te sło­wa jak man­trę. – Wiem, że grze­szy­łem!

– Do­bry Boże nie po­mo­że! – Sły­szę wark­nię­cia zza drzwi i ja­kieś dra­pa­nie. – Wpuść mnie, po­szcze­ka­my so­bie na spo­koj­nie. Ja­koś to bę­dzie.

Ani mi się śni, cho­ciaż nie mó­wię tego na głos.

– Skąd znasz pol­ski?! – Z tym jed­nym nie wy­trzy­mu­ję.

– Po­dró­żo­wa­łem.

Draż­ni mnie to psi­sko, prze­ra­ża, ale i… bawi tymi bzdur­ny­mi od­po­wie­dzia­mi.

– Po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy – od­zy­wa się Atos. – Szfur­le wró­cą i nie będą chcia­ły z nami ga­dać.

Pod­no­szę się tro­chę wbrew so­bie, opie­ram o ku­chen­ny stół i my­ślę. Du­mam nad wy­da­rze­nia­mi ostat­nich go­dzin, sta­ra­jąc się po­łą­czyć ze sobą fak­ty, tak by zle­pić je we w mia­rę lo­gicz­ną ca­łość. In­ny­mi sło­wy gram na czas, a w łe­pe­ty­nie roz­ra­sta się pust­ka.

– Ko­ale to Szfur­le, a ty kim je­steś?

– Psem, w do­dat­ku ra­so­wym. Nie­miec­ka ro­bo­ta!

– Psy nie mó­wią.

– Nie wszyst­ko daje się wy­szcze­kać.

Za­śmia­łem się, Atos też, tyl­ko tak ja­koś upior­niej. Od­su­ną­łem to, co przy­su­nię­te. Klam­ka z po­zy­cji ho­ry­zon­tal­nej opa­dła i do kuch­ni, na tyl­nych ła­pach, wszedł mój pu­pil.

– Mo­żesz tego nie ro­bić – po­pro­si­łem, bo wy­glą­dał prze­ra­ża­ją­co i tak bar­dzo ludz­ko. – Wy­star­czy mi na dziś cyr­ko­wych po­pi­sów, poza tym wi­dać ci pta­ka.

– Oni mnie zna­leź­li, Jur­ku – rze­cze Atos, opie­ra­jąc ło­kieć o stół. – Zbyt dłu­go szu­ka­li, żeby wy­stra­szyć się jed­ne­go czło­wie­ka.

W tym sa­mym mo­men­cie czu­je­my dym. A nie ma dymu bez…

(...)

PAU­LI­NA J. KRÓL

STATUS QUO

II

Tem­po! Tem­po! Moż­na przejść ży­cie w jed­nym dniu. Ale co zro­bić z po­zo­sta­łym cza­sem?

Sta­ni­sław Je­rzy Lec

Otwo­rzy­łem oczy. Wciąż jesz­cze ma­jąc na po­wie­kach sen, spoj­rza­łem bez­myśl­nie w su­fit i prze­cią­gną­łem się. Za­nim do­tar­ło do mnie, że nie znaj­du­ję się w du­żym po­ko­ju miesz­ka­nia Grześ­ka, ziew­ną­łem sze­ro­ko i prze­tar­łem oczy. Gdy wresz­cie zo­rien­to­wa­łem się, że je­stem w nie­zna­nym miej­scu, po­de­rwa­łem się jak opa­rzo­ny i ude­rzy­łem w gło­wę. Pod­nio­słem dłoń i do­tkną­łem me­ta­lo­wych sprę­żyn. Nad moją gło­wą nie było su­fi­tu. Była pry­cza.

– Hola, hola. A ty co? Du­cha zo­ba­czył, czy jak?

Spoj­rza­łem w stro­nę, z któ­rej do­bie­gał głos. Po prze­ciw­nej stro­nie po­miesz­cze­nia sta­ła jesz­cze jed­na pry­cza. Le­żał na niej mło­dy chło­pak z książ­ką w ręce i pa­trzył na mnie z roz­ba­wie­niem.

– Gdzie ja je­stem? – za­py­ta­łem drżą­cym gło­sem.

– Pla­ża ci się śni­ła? – od­po­wie­dział py­ta­niem dru­gi męż­czy­zna, sie­dzą­cy przy nie­wiel­kim sto­li­ku. Wsta­łem z łóż­ka i ro­zej­rza­łem się. By­łem w celi wię­zien­nej; okno ob­wa­ro­wa­ne było me­ta­lo­wy­mi kra­ta­mi. Chy­ba śni­łem.

Całe po­miesz­cze­nie mia­ło może dzie­więć me­trów kwa­dra­to­wych, nie wię­cej. Chło­pak z książ­ką w ręce był dość krę­py; miał na so­bie or­ta­lio­no­wy dres. Dru­gi, nie­co star­szy, ukła­dał pa­sjan­sa.

Czyż­bym wczo­raj coś prze­skro­bał? Wy­pi­łem za dużo z Grześ­kiem i…? No wła­śnie: i co? Był­bym w aresz­cie, nie w za­kła­dzie kar­nym. A naj­pew­niej sie­dział­bym w izbie wy­trzeź­wień. Co się sta­ło? – my­śla­łem go­rącz­ko­wo, bez­wied­nie ma­su­jąc ra­mię.

– Jak się tu­taj zna­la­złem? – za­py­ta­łem dwóch męż­czyzn, gdy wresz­cie od­zy­ska­łem pa­no­wa­nie nad gło­sem.

– Księż­nicz­ka ma amne­zję – po­wie­dział gość od pa­sjan­sa, na co ten z książ­ką za­rżał i przy­łą­czył się do drwin:

– Ty, Igła, może mu co z tu­szem wstrzyk­ną­łeś?

Spoj­rza­łem na swo­ją dłoń, ryt­micz­nie uci­ska­ją­cą ra­mię. Do­pie­ro te­raz uświa­do­mi­łem so­bie, że mam roz­grza­ną i pul­su­ją­cą bó­lem skó­rę. Pod­nio­słem rę­kaw ko­szul­ki. Na ra­mie­niu wid­niał świe­ży ta­tu­aż. Przed­sta­wiał czasz­kę, któ­ra rów­nie do­brze mo­gła być dzie­łem sied­mio­let­nie­go dziec­ka. Wy­gła­dzi­łem T-shirt i pod­sze­dłem do lu­ster­ka wi­szą­ce­go na ścia­nie. W od­bi­ciu z trud­no­ścią roz­po­zna­łem swo­ją twarz. Przy le­wym oku mia­łem wy­ta­tu­owa­ną krop­kę, a gło­wę ogo­lo­ną na zero.

– Cyn­kwa­is – po­wie­dzia­łem do sie­bie, zdu­mio­ny. Ja­kim cu­dem znam to okre­śle­nie? Wi­docz­nie nie bez po­wo­du mia­łem ten ta­tu­aż na twa­rzy. Ozna­czał gi­tow­ca, oso­bę bie­gle gryp­su­ją­cą.

Prze­je­cha­łem dło­nią po ły­sej gło­wie i zwró­ci­łem się do czy­ta­ją­ce­go:

– Nie, se­rio py­tam. Co jest?

– Ko­leś, ga­ru­jesz trze­ci rok. Na tej sa­mej ko­li­bie.

Usia­dłem na pry­czy. Trze­ci rok? Czy to sen? Tak, to musi być sen. Za­czą­łem się szczy­pać po ca­łym cie­le, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc się obu­dzić.

– Te, Igła, fi­luj, jaki de­bil. Szczy­pie się – po­wie­dział Czy­ta­ją­cy.

Szczy­pa­nie nic nie po­mo­gło. Wciąż tu tkwi­łem. Po­ło­ży­łem się na pry­czy i spró­bo­wa­łem się sku­pić. To ja­kaś zwa­rio­wa­na czar­na ma­gia. Ja­kieś cza­ry. Czy to ma być ja­kaś po­krę­co­na wia­do­mość?

Al­ter­na­tyw­na rze­czy­wi­stość? Czu­łem, jak ga­lo­pu­je mi ser­ce. Od­dy­cha­łem tak szyb­ko, jak­bym wła­śnie ukoń­czył ma­ra­ton. By­łem prze­ra­żo­ny. Je­śli pręd­ko się nie uspo­ko­ję, to wy­ki­tu­ję na ser­ce w tej za­po­mnia­nej przez Boga celi wię­zien­nej.

W tym mo­men­cie ktoś otwo­rzył drzwi. Kla­wisz we­tknął do po­miesz­cze­nia gło­wę i po­wie­dział:

– Go­liń­ski, wi­dze­nie. Ad­wo­kat.

Ze­rwa­łem się z pry­czy. Po­sze­dłem za kla­wi­szem. To wszyst­ko było ja­kieś sur­re­ali­stycz­ne. Je­śli to był sen, to dla­cze­go nie mogę się z nie­go wy­bu­dzić?

Je­śli to była rze­czy­wi­stość, dla­cze­go ni­cze­go nie pa­mię­tam?

Po chwi­li wi­ta­łem się z ły­sie­ją­cym me­ce­na­sem, odzia­nym w dżin­sy i bia­łą ko­szu­lę.

– Wi­taj, Paw­le. Za nie­dłu­go masz roz­pra­wę o przed­ter­mi­no­we zwol­nie­nie. Chcia­łem, aby­śmy…

– Skąd ja się tu wzią­łem? Co zro­bi­łem?

Ad­wo­kat spoj­rzał na mnie za­sko­czo­ny.

– Jak to: co zro­bi­łeś? To nie pora na ta­kie wy­głu­py.

– Py­tam po­waż­nie. Przy­po­mnij mi.

Ły­sie­lec wes­tchnął.

– Dnia dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go mar­ca dwa ty­sią­ce dzie­wią­te­go roku spo­wo­do­wa­łeś wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, pro­wa­dząc w sta­nie nie­trzeź­wym. Jed­na oso­ba zo­sta­ła ran­na i prze­wie­zio­na do szpi­ta­la w sta­nie cięż­kim. Zgod­nie z ar­ty­ku­łem sto sie­dem­dzie­sią­tym ósmym Ko­dek­su Kar­ne­go do­sta­łeś wy­rok pię­ciu lat po­zba­wie­nia wol­no­ści.

– Dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go mar­ca? Prze­cież wte­dy… po­zna­łem Ka­ro­li­nę. Nie spo­wo­do­wa­łem żad­ne­go wy­pad­ku, tyl­ko ją po­de­rwa­łem. Wró­ci­łem z nią do domu.

– Naj­wi­docz­niej to ci się przy­śni­ło. Czy mo­że­my te­raz po­roz­ma­wiać o two­jej roz­pra­wie?

Sie­dzia­łem jak ska­mie­nia­ły, wpa­tru­jąc się w mało atrak­cyj­ne­go praw­ni­ka. Nic nie ro­zu­mia­łem. Wresz­cie ze­bra­łem się w so­bie i pod­no­sząc się, po­wie­dzia­łem:

– Nie. Póź­niej. Ju­tro. Mu­szę stąd wyjść.

Gna­jąc do drzwi, prze­wró­ci­łem krze­sło.

– Ju­tro mnie tu nie bę­dzie. Mogę tu wró­cić do­pie­ro po świę­tach. Mam spo­ro in­nych spraw! – wy­krzyk­nął za mną ad­wo­kat. Od­wró­ci­łem się.

– Któ­re­go dzi­siaj mamy?

– Ko­niec świa­ta – po­wie­dział ad­wo­kat, wy­sta­wia­jąc zęby w prze­ra­ża­ją­cym uśmie­chu.

(...)

AUTORZY

KAC­PER KO­TU­LAK

Oko­ło­olsz­ty­nia­nin z rocz­ni­ka ‘91, geo­de­ta z gło­wą w ko­smo­sie, u pro­gu ka­rie­ry na­uko­wej, mi­ło­śnik fan­ta­sty­ki w nie­mal wszyst­kich jej prze­ja­wach oraz mu­zy­ki roc­ko­wej w po­ję­ciu moż­li­wie naj­szer­szym, ale ze szcze­gól­nym wska­za­niem na bry­tyj­skie ze­spo­ły he­avy­me­ta­lo­we za­ło­żo­ne w ostat­nim ty­go­dniu 1975 roku. Moż­na go spo­tkać w war­miń­skich la­sach oraz an­to­lo­giach Toy­sto­ries (Mor­pho, 2014), Małe Pro­ble­my Wiel­kich Bo­ha­te­rów (Cra­iis, 2014) oraz Po­kło­sie (Gmork, 2015). Po­my­sło­daw­ca i współ­au­tor an­to­lo­gii Iron Ta­les (Gmork, 2017).

PAU­LI­NA J. KRÓL

Uro­dzo­na w Hal­lo­we­en 1985 roku. Cier­pi na swo­iste roz­dwo­je­nie oso­bo­wo­ści – z za­wo­du jest le­śni­kiem, a w wol­nym cza­sie wy­ży­wa się twór­czo jako re­cen­zent­ka i na­ło­go­wa czy­tel­nicz­ka. Oka­zjo­nal­nie tak­że au­tor­ka opo­wia­dań i wier­szy, kino- i kin­go­ma­niacz­ka. Za­de­biu­to­wa­ła w cy­fro­wej an­to­lo­gii Zom­bie­fi­lia, pu­bli­ko­wa­ła rów­nież m.in. w „Hor­ror Ma­sa­krze” i „Kryp­cie”. Miesz­ka u wrót Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej. Ste­phen King, imien­nik jej dziad­ka, Ste­fa­na Kró­la, jest dla niej li­te­rac­kim bó­stwem.

JA­RO­SŁAW TU­ROW­SKI

Uro­dził się w 1990 roku, miesz­ka w Rey­kja­vi­ku. Pi­sze głów­nie hor­ro­ry i opo­wia­da­nia oby­cza­jo­we. Pu­bli­ko­wał w an­to­lo­giach: Czło­wie­kiem je­stem (Mor­pho, 2013), Po­kło­sie (Gmork, 2015), City 3 (For­ma, 2016), Iron Ta­les (Gmork, 2017). Za­fa­scy­no­wa­ny pro­zą Ste­phe­na Kin­ga, Cor­ma­ca McCar­thy'ego, Cli­ve'a Bar­ke­ra i Dana Sim­mon­sa. Od­da­ny fan sagi Kin­ga o Ro­lan­dzie Re­wol­we­row­cu i Mrocz­nej Wie­ży.

JU­LIUSZ WOJ­CIE­CHO­WICZ

Rocz­nik ‘77, miesz­ka­niec Lu­bli­na. Pro­za­ik, krót­ko­for­mi­sta twór­czo sku­pio­ny na li­te­rac­kiej gro­zie, gro­te­sce oraz li­te­ra­tu­rze fan­ta­stycz­no-oby­cza­jo­wej. W 2015 roku jego opo­wia­da­nie Ostat­ni pre­zent otrzy­ma­ło no­mi­na­cję do Na­gro­dy Pol­skiej Li­te­ra­tu­ry Gro­zy im. Ste­fa­na Gra­biń­skie­go. Pu­bli­ko­wał w an­to­lo­giach: Czło­wie­kiem je­stem (Mor­pho, 2013), Toy­sto­ries (Mor­pho, 2014), Księ­ga wam­pi­rów (Stu­dio Tru­so, 2014), Hor­ror na Roz­to­czu 2: In­som­nia (Al­ter Ma­nes, 2015), Iron Ta­les (Gmork, 2017). Po­my­sło­daw­ca i współ­au­tor ksią­żek Po­kło­sie (Gmork, 2015), Hard­bo­iled (Gmork, 2015), au­tor książ­ki Bez znie­czu­le­nia (Gmork, 2016).

MA­REK ZY­CHLA

Uro­dził się 26 mar­ca 1980 roku w Ża­rach. W 2007 roku ukoń­czył stu­dia na Wy­dzia­le Bio­lo­gii UAM w Po­zna­niu, po czym wy­emi­gro­wał do Ir­lan­dii, gdzie za­ło­żył ro­dzi­nę i miesz­ka do dzi­siaj. Pra­cu­je jako księ­go­wy, ka­dro­wy i opie­kun osób nie­peł­no­spraw­nych w KCAT Art&Stu­dy Cen­tre w Cal­lan, w hrab­stwie Kil­ken­ny, w wol­nych chwi­lach pi­su­jąc opo­wia­da­nia, któ­re moż­na zna­leźć w kil­ku­na­stu an­to­lo­giach róż­nych wy­daw­ców. Zy­chla za­zwy­czaj pi­su­je hu­mo­re­ski lub gro­zę, naj­wi­docz­niej lu­bu­jąc się w skraj­no­ściach. Pro­ta­go­ni­ści z jego hor­ro­ro­wych opo­wia­dań wal­czą głów­nie z uro­je­nia­mi wła­snych, scho­ro­wa­nych głów, zaś od czy­tel­ni­ka wy­ma­ga się sku­pie­nia, by z po­zor­ne­go cha­osu, ra­mię w ra­mię z bo­ha­te­ra­mi, dojść do praw­dy. A ta bywa prze­ra­ża­ją­ca, bo cóż może być strasz­niej­sze­go od bun­tu­ją­ce­go się prze­ciw nam umy­słu?

Co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two GMORK Świąt­kow­ska Ryba sp.j.Chy­ba, Fha­bh­tan­na © Co­py­ri­ght by Ma­rek Zy­chlaTo nie TO!, De­ath me­tal © Co­py­ri­ght by Kac­per Ko­tu­lakŚwi­niak © Co­py­ri­ght by Ju­liusz Woj­cie­cho­wiczSta­tus quo © Co­py­ri­ght by Pau­li­na J. KrólCier­nio­wy Dwór © Co­py­ri­ght by Ja­ro­sław Tu­row­ski Wro­cław 2015

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.All Ri­ghts Re­se­rved.

Ko­rek­ta i re­dak­cja: BAR­BA­RA MI­KUL­SKA KA­MI­LA ŚWIĄT­KOW­SKA DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA

Skład: DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA (ebo­ok) PRZE­MY­SŁAW RYBA

Ilu­stra­cja i pro­jekt okład­ki: DA­REK KO­CU­REK

Fragment książki

Wy­da­nie II (po­pra­wio­ne) Wro­cław 2017

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób, włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Wy­daw­nic­two Gmork Świąt­kow­ska Ryba Sp.j. ul. Do­mey­ki 16, 53-209 Wro­cław tel: 795 626 546www.gmork.plwy­daw­nic­two@gmork.pl

Pa­tro­ni me­dial­ni:

Ku­pu­jąc wspie­rasz: