Pokłosie. Antologia opowiadań w hołdzie Stephenowi Kingowi - Kacper Kotulak, Paulina J. Król, Jarosław Turowski, Juliusz Wojciechowicz, Marek Zychla - ebook
Opis

Pięcioro pisarzy, siedem historii, jeden król horroru, któremu hołd składają jego wierni fani. Pokłosie to zbiór opowiadań inspirowanych twórczością Stephena Kinga. Autorzy idealnie wpasowali się w kanon, wybierając to, co najlepsze w jego powieściach, i sprawnie wplatając w swoje opowiadania mniej lub bardziej oczywiste nawiązania do „kingowego” uniwersum. Historie niebanalne, łączące w sobie dobrze już czytelnikowi znane wątki z nowymi pomysłami, będą z pewnością nie lada gratką dla każdego fana szeroko pojętej grozy, a dla miłośników prozy króla Stefana – pozycją wręcz obowiązkową.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PO­KŁO­SIE

AN­TO­LO­GIA OPO­WIA­DAŃ W HOŁ­DZIESTE­PHE­NO­WI KIN­GO­WI

(fragment)

Wy­daw­nic­two GMORK

Lek­tu­ra po­wie­ści pod wie­lo­ma wzglę­da­mi przy­po­mi­na dłu­gi ­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy ro­mans (…). Z opo­wia­da­nia­mi spra­wy mają się zu­peł­nie ina­czej: opo­wia­da­nie przy­po­mi­na ukrad­ko­wy po­ca­łu­nek w ciem­no­ści z nie­zna­jo­mym. To oczy­wi­ście nie to samo, co ro­mans lub mał­żeń­stwo, ale po­ca­łun­ki też są bar­dzo miłe, ich efe­me­rycz­ność zaś sama w so­bie sta­no­wi nie lada atrak­cję.

Ste­phen King, Szkie­le­to­wa za­ło­ga – frag­ment wstę­pu

WSTĘP

Dzie­siąt­ki be­st­sel­le­ro­wych po­wie­ści, nie­zli­czo­na ilość opo­wia­dań, bar­dziej lub mniej uda­ne ekra­ni­za­cje (czę­sto nie do koń­ca ko­ja­rzo­ne przez wi­dzów z mi­strzem hor­ro­ru) i mi­lio­ny fa­nów na ca­łym świe­cie. Tak w naj­więk­szym skró­cie moż­na przed­sta­wić do­ro­bek ar­ty­stycz­ny Ste­phe­na Kin­ga, do­ro­bek kon­se­kwent­nie bu­do­wa­ny od po­nad czter­dzie­stu lat.

Nie­zwy­kła, ocie­ra­ją­ca się o ge­niusz wy­obraź­nia pi­sa­rza, umie­jęt­ność pro­wa­dze­nia nar­ra­cji, zna­jo­mość ludz­kich cha­rak­te­rów oraz zmysł ob­ser­wa­cji to zna­ki roz­po­znaw­cze Kin­ga, któ­re nie tyl­ko nie­odmien­nie fa­scy­nu­ją czy­tel­ni­ków, ale też wciąż in­spi­ru­ją ko­lej­nych au­to­rów li­te­ra­tu­ry z dresz­czy­kiem. Na­ma­cal­ny do­wód ta­kich wła­śnie in­spi­ra­cji od­na­leźć moż­na w ni­niej­szym zbio­rze opo­wia­dań. Oto sie­dem utwo­rów, któ­re wy­szły spod piór pię­cior­ga osób, a wszyst­kie zo­sta­ły sca­lo­ne jed­ną my­ślą prze­wod­nią, ideą ma­ją­cą na celu od­da­nie swe­go ro­dza­ju hoł­du Mi­strzo­wi z Ban­gor.

Przy­znam, że z oba­wą bra­łem do ręki Po­kło­sie. Pró­ba zmie­rze­nia się z le­gen­dą nie­sie za sobą wie­le nie­bez­pie­czeństw, wią­że się z licz­ny­mi pu­łap­ka­mi, w któ­rych moż­na nie­po­strze­że­nie utknąć pod­czas pra­cy twór­czej. Na szczę­ście, moim zda­niem, tym ra­zem oby­ło się bez więk­szych wpa­dek, a sto­ją­cy na pro­gu li­te­rac­kiej ka­rie­ry au­to­rzy po­de­szli do te­ma­tu z god­nym po­dzi­wu wy­czu­ciem. W Po­kło­siu próż­no szu­kać nie­udol­nych prób kal­ko­wa­nia sty­lu Ste­phe­na Kin­ga, od­na­leźć na­to­miast moż­na im­po­nu­ją­ce po­kła­dy li­te­rac­kiej kre­atyw­no­ści, spraw­ny warsz­tat, a tak­że umie­jęt­ne wpla­ta­nie wąt­ków ści­śle po­wią­za­nych z twór­czo­ścią kul­to­we­go pi­sa­rza, któ­rych od­naj­dy­wa­nie z pew­no­ścią przy­spo­rzy wie­le fraj­dy mi­ło­śni­kom jego dzieł. Bar­dziej lub mniej wy­raź­ne od­nie­sie­nia do ta­kich utwo­rów jak Cia­ło,Mrocz­na Wie­ża, Po­ko­cha­ła Toma Gor­do­na, To czy Ba­stion są na­praw­dę przy­jem­ne w od­bio­rze, a nad nie­któ­ry­mi z opo­wia­dań wy­raź­nie uno­si się coś, co moż­na by­ło­by umow­nie okre­ślić „du­chem twór­czo­ści” słyn­ne­go Ame­ry­ka­ni­na.

Utwo­ry za­war­te w ni­niej­szym zbio­rze cha­rak­te­ry­zu­ją się jesz­cze jed­ną ce­chą, któ­ra przy­wo­dzi na myśl twór­czość Kin­ga, a mia­no­wi­cie róż­no­rod­no­ścią. Prócz mno­go­ści te­ma­tów bar­dzo sta­ran­nie wy­bra­nych przez au­to­rów, znaj­du­je­my tu in­te­re­su­ją­cą wie­lo­ra­kość sty­li­stycz­ną, spo­ty­ka­my cie­ka­wych bo­ha­te­rów z krwi i ko­ści, a tak­że wraz z ak­cją po­szcze­gól­nych tek­stów po­dró­żu­je­my po­mię­dzy za­gra­ni­cą (przede wszyst­kim Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi) i Pol­ską. Dzię­ki temu, że mamy tu do czy­nie­nia z tak wie­lo­barw­ną i wie­lo­wy­mia­ro­wą mo­zai­ką, mogę bez cie­nia ry­zy­ka stwier­dzić, iż, po­dob­nie jak po­śród utwo­rów Le­gen­dy z Ma­ine, każ­dy znaj­dzie tu coś dla sie­bie.

Ste­phen King dys­po­nu­je przy­mio­ta­mi, któ­re wy­nio­sły go na li­te­rac­ki pie­de­stał, ale nikt nie wie, jak po­to­czy­ły­by się jego losy, gdy­by Ta­bi­tha King, żona Mi­strza, dzie­siąt­ki lat temu nie wy­ję­ła z ko­sza na śmie­ci frag­men­tów po­wie­ści męża, su­ge­ru­jąc, że w po­chop­nie od­rzu­co­nym przez nie­go ma­szy­no­pi­sie jest jed­nak coś in­try­gu­ją­ce­go. Były to frag­men­ty nie­dłu­go po­tem wy­da­nej de­biu­tanc­kiej po­wie­ści Car­rie, któ­ra szyb­ko zo­sta­ła be­st­sel­le­rem i sta­ła się po­cząt­kiem jed­nej z naj­więk­szych ka­rier współ­cze­snej li­te­ra­tu­ry.

Pi­szę o tym, po­nie­waż na tym przy­kła­dzie wi­dać jak na dło­ni, że prócz ta­len­tu i wy­tę­żo­nej pra­cy do osią­gnię­cia suk­ce­su po­trzeb­ny jest też łut szczę­ścia, któ­ry może pi­sa­rza po­pchnąć w do­brym kie­run­ku. Au­to­rom opo­wia­dań za­miesz­czo­nych w Po­kło­siu go­rą­co tego ro­dza­ju po­myśl­nych wia­trów ży­czę, ma­jąc na uwa­dze tak­że swo­je nie­co ego­istycz­ne po­bud­ki. Wszak nie sa­mym Kin­giem żyje czło­wiek, a im wię­cej in­te­re­su­ją­cych opo­wia­dań i po­wie­ści w księ­gar­niach, tym le­piej.

To­bie zaś, Dro­ga Czy­tel­nicz­ko, Dro­gi Czy­tel­ni­ku, ży­czę przy­jem­nej lek­tu­ry. Coś mi mówi, że, po­dob­nie jak ja, bę­dziesz się przy Po­kło­siu strasz­nie do­brze ba­wić…

STE­FAN DAR­DA

JU­LIUSZ WOJ­CIE­CHO­WICZ

ŚWINIAK

Jego twarz była tak bla­da, że przy­po­mi­na­ła po­śmiert­ną ma­skę. Wła­ści­wie Mi­chał cały wy­glą­dał jak świe­żo przy­pu­dro­wa­ny trup – ścią­gnię­te sztyw­no ra­mio­na, za­ci­śnię­te w ku­łak pię­ści, rysy twa­rzy za­sty­głe w stę­żo­nym gry­ma­sie, ni­czym wy­ry­te w na­grob­ko­wym gra­ni­cie. Tyl­ko oczy pło­nę­ły ogniem sza­leń­stwa, zda­wa­ły się na­pę­dzać cia­ło owład­nię­te po­stę­pu­ją­cym ri­gor mor­tis.

– Gdzie on, kur­wa, jest?! – Ko­lej­ny sier­po­wy wy­lą­do­wał na szczę­ce przy­wią­za­ne­go do krze­sła męż­czy­zny. – Gdzie go ukry­łeś, chu­ju zła­ma­ny?!

Tym ra­zem coś gło­śno chrup­nę­ło, gdy na­stęp­ny cios do­się­gnął żu­chwy unie­ru­cho­mio­ne­go nie­szczę­śni­ka; ten za­wył, szarp­nął się roz­pacz­li­wie, mo­bi­li­zu­jąc wszyst­kie mię­śnie. Ko­nop­ny sznu­rek tyl­ko moc­niej wżarł się w nad­garst­ki.

Co naj­mniej od go­dzi­ny nie czuł nóg, choć obie zo­sta­ły wie­lo­krot­nie zła­ma­ne. Je­dy­nie ko­ści pisz­cze­li, ster­czą­ce z otwar­tych ran, i krwa­wy mło­tek rzu­co­ny nie­dba­le na be­to­no­wą po­sadz­kę świad­czy­ły o bez­względ­no­ści prze­słu­cha­nia.

– Nie wiem, nie pa­mię… – Szyb­ki pro­sty mla­snął nie­przy­jem­nie, za­mie­nia­jąc nos ofia­ry w krwa­wy ochłap; dwie le­ni­we struż­ki wy­peł­zły ze zmiaż­dżo­nych noz­drzy i ście­ka­ły bu­ra­cza­ną czer­wie­nią po pod­bród­ku.

– Lu­cek, na li­tość bo­ską, gdzie on jest? Gdzie jest świ­niak?

Męż­czy­zna splu­nął ka­wał­ka­mi ukru­szo­nych zę­bów i krzy­wiąc się z bólu, zer­k­nął w stro­nę opraw­cy je­dy­nym okiem, któ­re­mu opu­chli­zna po­zwa­la­ła jesz­cze coś wi­dzieć. Nie mógł zro­zu­mieć, co sta­ło się z Mi­cha­łem, co uczy­ni­ło zeń psy­cho­pa­tycz­ne­go sa­dy­stę. Prze­cież kie­dyś byli przy­ja­ciół­mi, brać­mi krwi, naj­lep­szy­mi kum­pla­mi. W naj­gor­szych snach nie spo­dzie­wał się, że swo­je czter­dzie­ste uro­dzi­ny spę­dzi w za­tę­chłej piw­ni­cy, ka­to­wa­ny przez dru­ha sprzed lat. Ow­szem, był przy­go­to­wa­ny, że te­mat świ­nia­ka kie­dyś wy­pły­nie, że ktoś od­ko­pie to, co po­win­no zo­stać za­ko­pa­ne na wie­ki, przy­po­mni o tym, co po­win­no na za­wsze zo­stać po­grze­ba­ne w nie­pa­mię­ci. Ale nie w ten spo­sób, nie rę­ko­ma ko­le­gi, z któ­rym nie utrzy­my­wał kon­tak­tów od tam­te­go pa­mięt­ne­go lata.

A li­piec 1987 roku był nad­zwy­czaj upal­ny…

***

– Lu­uuce­eek! Lu­uuce­eek!!!

Na buj­nie za­ro­śnię­tym osie­dlo­wym traw­ni­ku, za­dzie­ra­jąc po­tar­ga­ną do gra­nic moż­li­wo­ści czu­pry­nę, Mi­chał wy­dzie­rał się w spo­sób, w jaki tyl­ko on po­tra­fił – gło­sem cien­kim i ostrym jak brzy­twa, któ­ry przy odro­bi­nie za­an­ga­żo­wa­nia prze­cho­dził w hi­ste­rycz­ny fal­set, zdol­ny prze­bić naj­grub­sze żel­be­to­we pły­ty i naj­szczel­niej za­mknię­te okna.

– Za­mknij ja­dacz­kę, mat­ka śpi! – Wy­stra­szo­na, uzbro­jo­na w wiel­kie oku­la­ry twarz wy­peł­ni­ła szpa­rę uchy­lo­ne­go na pierw­szym pię­trze okna. – Za­raz zej­dę!

Ha­sło „mat­ka śpi” było ha­słem uni­wer­sal­nym, ozna­cza­ją­cym dwie moż­li­wo­ści: albo mama Luc­ka rze­czy­wi­ście uci­na­ła so­bie drzem­kę po kil­ku głęb­szych, albo wła­śnie go­ści­ła ko­lej­ne­go „wuj­ka”, dzię­ki hoj­no­ści któ­re­go ju­tro na śnia­da­nie bę­dzie ser żół­ty na ka­nap­ki, pół­li­trów­ka dla mamy, a na­wet kie­szon­ko­we na oran­ża­dę i gumy „do­nal­dów­ki” dla Luc­ka. Tak czy ina­czej, Mi­chał na­tych­miast za­milkł, mach­nął ręką w umó­wio­nym ge­ście „przy­ją­łem, bez od­bio­ru” i mru­cząc pod no­sem „kla­wo jak cho­le­ra”, prze­dzie­rał się przez gę­stą tra­wę w stro­nę kla­tek scho­do­wych. Do­sko­na­le wie­dział, że ko­lej­ne na­wo­ły­wa­nia od­bi­ją się na wiecz­nie bla­dej twa­rzy ko­le­gi czer­wo­ny­mi pod­bie­gnię­cia­mi, krwi­sty­mi prę­ga­mi na ple­cach lub, co naj­gor­sze, za­ka­zem wy­cho­dze­nia z domu. A prze­cież nie mo­gli od­pu­ścić so­bie wspól­nej wy­pra­wy „na tory”. Po­noć Gelo od­krył zło­ża ukry­te­go w pla­sti­ko­wych becz­kach zło­ta, gdzieś przy hał­dach kok­su po­bli­skiej elek­tro­cie­płow­ni. A Gelo, choć lu­bił ko­lo­ry­zo­wać i opo­wia­dać hi­sto­rie szy­te gru­by­mi jak on sam nić­mi, tym ra­zem wy­da­wał się zbyt prze­ję­ty zna­le­zi­skiem, by po­dej­rze­wać go o kłam­stwo.

Kla­wo jak cho­le­ra – wy­mam­ro­tał w my­ślach Mi­chał i, non­sza­lanc­ko opar­ty o be­to­no­wy mu­rek, z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ki­wał Luc­ka.

Lu­cek przy­mknął okno i, naj­ci­szej jak po­tra­fił, prze­mknął z po­ko­ju bal­ko­no­we­go do wą­skie­go, dusz­ne­go przed­po­ko­ju. Przy­sta­nął na chwi­lę przy drzwiach do mat­czy­nej sy­pial­ni, skąd wciąż do­bie­ga­ły mia­ro­we po­sa­py­wa­nia w takt po­ję­ki­wań wer­sal­ko­wych sprę­żyn. Mama ewi­dent­nie „spa­ła”, a skar­pet­ko­wy odór, wy­peł­nia­ją­cy nie­mal całe miesz­ka­nie, wska­zy­wał na wspól­ne le­ża­ko­wa­nie z wuj­kiem Ed­kiem. Edek pra­co­wał w ad­mi­ni­stra­cji, re­gu­lar­nie przy­cho­dził spraw­dzać stan tech­nicz­ny spół­dziel­czych lo­ka­li, czę­sto jed­nak nie ogra­ni­czał się wy­łącz­nie do kon­tro­li hy­drau­licz­no-ga­zo­wej, ku ucie­sze sa­mot­nych żon, wy­posz­czo­nych stu­den­tek bądź sa­mot­nych ma­tek, któ­re mu­sia­ły po­go­dzić za­spo­ka­ja­nie al­ko­ho­lo­we­go na­ło­gu z po­win­no­ścia­mi wy­cho­waw­czy­mi wzglę­dem swo­ich dzie­ci. Edek nie był złym fa­ce­tem i za­wsze przy­no­sił róż­ne ła­ko­cie, ale Lu­cek ni­g­dy nie po­tra­fił prze­łknąć ani jed­nej czer­wo­nej lan­dryn­ki czy twar­de­go jak ska­ła tof­fi, wy­do­by­tych sę­ka­tą dło­nią z prze­past­nych kie­sze­ni ro­bo­czych dre­li­chów. Każ­dy cu­kie­rek wy­da­wał się prze­siąk­nię­ty wo­nią prze­po­co­nych skar­pet. Mimo wszyst­ko chło­pak za­wsze grzecz­nie przyj­mo­wał po­da­ru­nek. To­reb­ka cu­kier­ków spraw­dza­ła się za­zwy­czaj jako kar­ta prze­tar­go­wa w kum­pel­skich ne­go­cja­cjach, wy­mia­nie „hi­sto­ry­jek” – dru­ko­wa­nych mi­ni­ko­mik­sów z gum ba­lo­no­wych, a na­wet jako cza­so­wy bi­let na prze­jażdż­kę praw­dzi­wym BMX-em. Gru­by Gelo prze­pa­dał za lan­dryn­ka­mi i chęt­nie uży­czał swe­go dwu­ko­łow­ca na kil­ka run­dek wko­ło blo­ku.

Te­raz jed­nak naj­waż­niej­szym za­da­niem było wy­do­sta­nie się ci­cha­czem na dwór. Bez­sze­lest­ne na­ło­że­nie dziu­ra­wych tram­pek, prze­wie­sze­nie przez szy­ję sznu­ro­wa­dła z przy­pię­tym klu­czem od domu, wy­ję­cie pro­cy – ha­czy­ków­ki z taj­nej kry­jów­ki pod szaf­ką na buty i dys­kret­ne za­mknię­cie za sobą drzwi. Po­tem sza­leń­czy bieg po dwa stop­nie w dół i wy­skok z pasz­czy klat­ki scho­do­wej wprost w ob­ję­cia let­nie­go upa­łu.

(...)

KAC­PER KO­TU­LAK

TO NIE TO!

Od tam­te­go dnia pod­świa­do­my lęk sta­no­wił nie­od­łącz­ną część oso­bo­wo­ści Ant­ka. W oba­wie przed gnie­wem ro­dzi­ców po­sta­no­wił ni­ko­mu nie opo­wia­dać tej hi­sto­rii. Zła­mał to po­sta­no­wie­nie kil­ka dni po fe­ral­nym wie­czo­rze, zwie­rza­jąc się ze wszyst­kie­go bra­tu.

Adam w prze­ja­wie star­szo-bra­ter­skiej zło­śli­wo­ści od cza­su do cza­su pod­sy­cał strach bra­ta, opo­wia­da­jąc mu, jak to klau­ny za­kra­da­ją się w nocy do po­ko­jów dzie­ci, chwy­ta­ją je za wy­sta­ją­ce spod koł­dry czę­ści cia­ła i już nie pusz­cza­ją. An­tek ni­ko­mu wię­cej nie opo­wie­dział o swo­ich lę­kach. Miał sie­dem lat. Mama czę­sto mu po­wta­rza­ła, że jest już du­żym chłop­cem. A du­żym chłop­com nie przy­sta­wa­ły ta­kie głu­pie stra­chy.

Adam po­zo­stał je­dy­nym po­wier­ni­kiem jego ta­jem­ni­cy. Ale, cho­ciaż był głup­kiem, po­dob­nie jak wszy­scy star­si bra­cia na świe­cie, ni­ko­mu by nie zdra­dził se­kre­tu Ant­ka. Głów­nie dla­te­go, że sam ma­czał pal­ce w fo­bii ju­nio­ra i mógł­by nie­źle do­stać w skó­rę, gdy­by ro­dzi­ce się do­wie­dzie­li o ca­łej spra­wie. Mama praw­do­po­dob­nie wciąż my­śla­ła, że jej młod­szy sy­nek uwiel­bia cyrk, tak jak w tym dniu, kie­dy za­czął pa­nicz­nie bać się klau­nów.

Po ja­kimś cza­sie wszyst­ko za­czę­ło się roz­my­wać w mgli­stych od­mę­tach wspo­mnień. Ale o praw­dzi­wym stra­chu ni­g­dy do koń­ca się nie za­po­mi­na i cza­sa­mi, gdy An­tek le­żał już w łóż­ku, a wpa­da­ją­ce przez okno bla­de świa­tło księ­ży­ca wzbu­dza­ło do ży­cia te­atr upior­nych cie­ni, przed oczy chłop­ca po­wra­ca­ła peł­na wście­kło­ści mina wy­krzy­wia­ją­ca uśmiech­nię­tą, klau­nią twarz w gro­te­sko­wym gry­ma­sie.

An­tek sta­rał się po­krze­piać tymi sa­my­mi sło­wa­mi, któ­ry­mi uspo­ka­ja­ła go mat­ka, gdy prze­stra­szył się pa­ją­ka, szczu­ra albo in­ne­go pa­skudz­twa. „Nie ma się cze­go bać” – mó­wi­ła ła­god­nym, ale bar­dzo rze­czo­wym to­nem – „on na pew­no boi się cie­bie bar­dziej niż ty jego”. To jed­nak nie bar­dzo chcia­ło dzia­łać. Prze­ra­ża­ją­co znie­kształ­co­na twarz klau­na wy­ra­ża­ła ra­czej wście­kłość i nie­na­wiść w naj­czyst­szym, pier­wot­nym prze­ja­wie, niż strach przed sied­mio­let­nim chłop­cem. Kie­dy za­wo­dzi­ła mat­czy­na li­nia obro­ny, An­tek się­gał po sta­ry, spraw­dzo­ny spo­sób – na­cią­gał koł­drę na gło­wę i od­dzie­lo­ny od świa­ta kosz­ma­rów bez­piecz­ną war­stwą pi­ko­wa­ne­go pie­rza, w koń­cu za­sy­piał.

Tym ra­zem sta­now­czo po­przy­siągł so­bie, że bę­dzie dziel­ny i sta­wi czo­ła tym po­two­rom z du­ży­mi, czer­wo­ny­mi no­sa­mi. Miał tyl­ko na­dzie­ję, że Adam za­po­mniał już o jego se­kre­cie i nie sko­rzy­sta z sy­tu­acji do opo­wie­dze­nia ja­kichś no­wych hi­sto­rii o klau­nach ukry­tych pod dzie­cię­cy­mi łóż­ka­mi. Jesz­cze nie wie­dział, że wca­le nie pój­dą tego dnia do cyr­ku…

W koń­cu do­tarł do upra­gnio­nych drzwi. Szkol­na to­a­le­ta nie na­le­ża­ła do naj­przy­jem­niej­szych miejsc; zda­wa­ło się, że mówi: rób, co mu­sisz i wy­no­cha. Po­kry­wa­ją­ce pod­ło­gę i dol­ne po­ło­wy ścian ka­fel­ki bar­wy sza­ro-zie­lo­no-brud­nej przy­wo­dzi­ły na myśl w naj­lep­szym wy­pad­ku pleśń. Tru­pio­bla­de świa­tło ja­rze­nió­wek roz­wie­wa­ło ciem­ność je­dy­nie w stop­niu nie­zbęd­nym do za­ła­twie­nia spra­wy, w ja­kiej się przy­szło. Ca­ło­ści do­peł­niał za­pach cha­rak­te­ry­stycz­ny dla wszyst­kich szkol­nych to­a­let na świe­cie.

An­tek otwo­rzył po­ba­zgra­ne mar­ke­ra­mi drzwi pierw­szej z brze­gu ka­bi­ny i ze­sztyw­niał. Na za­mknię­tej musz­li sie­dział, a wła­ści­wie ku­cał klaun – ol­brzy­mie buty z tru­dem mie­ści­ły się na kla­pie. Chło­piec praw­do­po­dob­nie zmo­czył­by spodnie, jed­nak szok spa­ra­li­żo­wał wszyst­kie mię­śnie, nie po­mi­ja­jąc zwie­ra­czy.

– Wi­taj, An­to­siu. – Klaun uśmiech­nął się sze­ro­ko. – Sły­sza­łem, że się nas bo­isz.

– S-skąd wiesz? – za­py­tał chło­piec, cał­ko­wi­cie za­po­mi­na­jąc, po co tu przy­szedł. – Adam ci po­wie­dział? Głu­pek. Miał ni­ko­mu nie wy­ga­dać.

– Tak. Wła­śnie Adam mi po­wie­dział. – An­tek praw­do­po­dob­nie do­my­ślił­by się, że coś tu nie gra, ale jego dzie­cię­ca po­dejrz­li­wość wciąż była w sta­dium roz­wo­ju o na­zwie „bez­den­na na­iw­ność”. – Uwa­ża­my z Ada­mem, że to dość głu­pie, by taki duży chło­piec bał się klau­nów. Mam na imię Rin­tin­cur­ry. Nie je­stem chy­ba aż tak strasz­ny, co?

An­tek w jed­nym z pierw­szych prze­ja­wów scep­ty­cy­zmu w ży­ciu zlu­stro­wał do­kład­nie klau­na od za du­żych stóp do po­kry­tej po­ma­rań­czo­wą, ny­lo­no­wą czu­pry­ną gło­wy. Raz jesz­cze wy­gra­ła dzie­cię­ca na­iw­ność i twarz Ant­ka roz­pro­mie­ni­ła się w uf­nym uśmie­chu.

– Chciał­byś do­stać ba­lo­no­we­go zwie­rza­ka?

Gu­mo­wa me­na­że­ria za­wsze była nie­za­wod­ną bro­nią klau­nów w zdo­by­wa­niu dzie­cię­cych serc. Trud­no jed­no­znacz­nie stwier­dzić, co tak hip­no­ty­zu­ją­ce­go jest w po­skrę­ca­nych ba­lo­nach, ale na Ant­ka dzia­ła­ły tak samo, jak na wszyst­kich, któ­rym nie było dane jesz­cze skoń­czyć dzie­się­ciu lat.

Klaun wy­do­był z kie­sze­ni zie­lo­ny ba­lon, na­dmu­chał jed­nym tchem i zwy­cza­jem wszyst­kich klau­nów od­wró­cił się ple­ca­mi do wi­dza, by nie zdra­dzić se­kre­tów ma­gicz­nej sztu­ki. Po chwi­li skrzy­pie­nia gumą wrę­czył chłop­cu swe dzie­ło. Po­dob­nie jak przy więk­szo­ści tego typu twór­czo­ści, trze­ba było mieć dzie­cię­cą, ni­czym nie­ogra­ni­czo­ną wy­obraź­nię, by w ba­lo­no­wej kon­struk­cji doj­rzeć po­do­bi­znę zwie­rzę­cia. Nie­mniej jed­nak An­tek dał się ocza­ro­wać. Pod­niósł za­chwy­co­ny wzrok na Rin­tin­cur­ry’ego. I od razu tego po­ża­ło­wał.

Twarz klau­na zmie­ni­ła się. Znik­nę­ła z niej cała przy­ja­zność i do­bro­tli­wość. Te­raz była po pro­stu prze­ra­ża­ją­ca. Ale nie tak, jak ta, któ­ra przed laty ka­za­ła chłop­cu ucie­kać z cyr­ku. Ta wy­glą­da­ła, jak­by po­cho­dzi­ła z naj­gor­szych kosz­ma­rów. Rin­tin­cur­ry miał żół­te, wy­łu­pia­ste oczy i szcze­rzył w upior­nym gry­ma­sie kom­plet za du­żych i za ostrych zę­bów. Pę­cherz Ant­ka przy­po­mniał o so­bie i po­sta­no­wił nie cze­kać już dłu­żej.

– A może chciał­byś do­łą­czyć do we­so­łej me­na­że­rii Rin­tin­cur­ry’ego? – za­py­tał klaun.

An­tek nie zdą­żył po­my­śleć, że prze­śla­du­ją­cy go od lat strach nie był tak do koń­ca bez­za­sad­ny. Chciał już od­po­wie­dzieć prze­raź­li­wym wrza­skiem, ale szpo­nia­sta łapa, któ­ra znie­nac­ka ści­snę­ła jego usta, we­pchnę­ła krzyk z po­wro­tem do płuc.

***

MA­REK ZY­CHLA

CHYBA

Zno­wu fo­tel? Chy­ba. Mó­wię to nie­szczę­sne chy­ba, bo sama już ni­cze­go nie wiem. Może sofa, a może sie­dzia­łam na dy­wa­nie? Wa­riu­ję.

So­bo­ta? Mam taką na­dzie­ję, bo na­wet naj­gor­sza pas­sa musi się wresz­cie skoń­czyć. Idę do kuch­ni, na gó­rze ci­sza. Dziew­czyn­ki śpią. Tak. Na pew­no. Na­tra­fiam na przy­mknię­te drzwi.

I za­trzy­mu­ję się, choć każ­dy po­szedł­by da­lej. Mnie ży­cie na­uczy­ło prze­zor­no­ści! Za­sta­na­wiam się nad tym, czy ostat­nio je przy­my­ka­łam, lecz ra­czej nie, bo ko­cham otwar­tą prze­strzeń. Tak jest mi ła­twiej i przy­jem­niej.

Wcho­dzę z du­szą na ra­mie­niu, go­to­wa, by wal­czyć i krzy­czeć. Co praw­da miesz­ka­my na spo­koj­nym osie­dlu, ale nie za­wsze wia­do­mo, komu wy­naj­mu­ją domy. Cza­sy się zmie­nia­ją, moja ostroż­ność ni­g­dy.

Na pierw­szy rzut oka wszyst­ko wy­glą­da nor­mal­nie. Szaf­ki do­mknię­te, z kra­nu ka­pie woda. Kie­dyś we­zwę fa­chow­ca do na­pra­wy. Sama nie mam na to cza­su.

Mój wzrok przy­ku­wa pe­wien szcze­gół. Na lo­dów­ce po­wie­szo­no ob­ra­zek i nie ja to zro­bi­łam. Nic szcze­gól­ne­go. Nic, o czym chcia­ła­bym pa­mię­tać. Ar­ty­zmu w tym za grosz.

– Je­steś tu(?) – mó­wię ra­czej, niż py­tam i nie uda­je mi się po­wstrzy­mać drże­nia stra­chu.

– Je­stem.

Roz­glą­dam się. Kuch­nia mała i zwy­kła do bólu oczu. Nie ma w niej za­ka­mar­ków, sze­ro­kie okna sku­tecz­nie prze­ga­nia­ją cie­nie.

– Nie wi­dzę cię – do­da­ję i wy­bu­cham: – Daj mi spo­kój!

Jak zwy­kle pierw­sze pusz­cza­ją ner­wy.

Przez chwi­lę robi się ciem­niej, po­ja­wia się za­rys syl­wet­ki, w sza­ro­ściach ry­su­ją się pierw­sze zmarszcz­ki.

– To mój dom! – krzy­czę na ca­łe­go.

Świa­tło wra­ca na swo­je miej­sca i już nie czu­ję tej obec­no­ści. Zno­wu zo­sta­ję sama, z my­śla­mi o wa­rio­wa­niu.

Na kart­ce po­ja­wia się na­pis: „Po­roz­ma­wiaj­my o Ho­len­drze z Ni­der­lan­dów”.

Wpierw za­mie­ram, szpe­ram umy­słem w da­le­kiej prze­szło­ści, od­py­cham nad­cią­ga­ją­ce wspo­mnie­nia, wy­bie­gam z kuch­ni, trza­ska­jąc drzwia­mi.

Boję się.

***

– Prze­stra­szy­łaś ją! – wark­nę­ła jed­na sta­rusz­ka na dru­gą.

– To nie ja wpa­dłam na po­mysł z kart­ką!

– Bądź­cie ci­cho – uspo­ko­ił je mę­ski głos.

***

Nie my­śleć! To naj­lep­sze roz­wią­za­nie pro­ble­mu. Dziew­czyn­ki nie­dłu­go wsta­ną lub wró­cą z… skądś tam. O Boże! Nie mam do ni­cze­go gło­wy. Wszyst­ko się plą­cze, wszę­dzie po­ja­wia­ją się nowe, choć prze­cież sta­re rze­czy. To­tal­ny i do­brze mi zna­ny obłęd.

– Nie dam się – mó­wię, wga­pio­na w te­ni­sów­ki męża, któ­rych nie po­win­no tu być. – Nie po­ko­na­cie mnie! – krzy­czę wpa­trzo­na w li­nie łą­czą­ce ścia­ny z su­fi­tem. – Trzy­maj­cie się z dala od dziew­czy­nek!

I za­my­kam się w so­bie, od­pły­wam, być może (CHY­BA) mdle­ję – byle da­lej, do so­bo­ty i za­ku­pów. Na scho­dach po­ja­wia­ją się me­ta­lo­we bram­ki. Te same, co przed laty.

Ho­len­der z Ni­der­lan­dów – my­ślę i wście­kam się na sie­bie, ale to już nie­waż­ne, przy­naj­mniej chwi­lo­wo. DO SO­BO­TY. Cze­kam na so­bo­tę.

***

Tym ra­zem ją wi­dzia­łam i nie­po­trzeb­ne były żad­ne przy­ciem­nie­nia! Sta­ła po­środ­ku kuch­ni, a uśmiech do­da­wał jej zmarsz­czek. Ucie­kłam. Oczy­wi­ście, że ucie­kłam, wie­dząc, że ona wciąż tam jest! Z góry scho­dów wga­piam się w ku­chen­ne drzwi i za­mie­ram przy każ­dym ich drgnię­ciu.

– Idzie­my do cie­bie. – Sły­szę wy­raź­nie i zbyt gło­śno, i naj­pierw się bar­dzo boję, a po chwi­li za­sta­na­wiam się nad tym jej „idzie­my”.

Z sy­pial­ni na koń­cu ko­ry­ta­rza wy­chy­la się sta­rusz­ka. Dru­ga wy­cho­dzi z kuch­ni, a ja krzy­czę i za­trza­sku­ją się bram­ki.

– Mia­łam dwie – szep­czę ura­do­wa­na do sie­bie. Za­wsze były dwie – na dole i na gó­rze – by bliź­niacz­ki ni­g­dy nie spa­dły ze scho­dów.

Ko­bie­ty za­trzy­mu­ją się. Naj­wi­docz­niej nie mogą so­bie po­ra­dzić z prze­szko­dą. Nie wi­dzą, co je blo­ku­je.

– Nie dam rady! – krzy­czy jed­na do dru­giej lub dru­ga do pierw­szej, ale gu­zik mnie to ob­cho­dzi. Jesz­cze mniej ob­cho­dzą mnie one i ich za­sra­ny Ho­len­der z Ni­der­lan­dów.

– Nie wiem, czy nas sły­szy. – Głos pły­nie z dołu, tym ra­zem mę­ski i spo­koj­ny. – Boi się. W ni­czym to nie po­ma­ga. Miej­my to szyb­ko za sobą.

Za­my­kam się w dru­giej sy­pial­ni i za­kry­wam uszy dłoń­mi. Coś wrzesz­czą do mnie – pew­nie chcą, bym z nimi po­szła – ale ja się nie dam śmier­ci, na­wet tej w trzech oso­bach.

– Żyć wiecz­nie? Pro­ści­zna! – po­wta­rzam za­sły­sza­ne przed laty zda­nia. – Wy­star­czy ni­g­dy nie umrzeć.

– Cze­ka nas wal­ka. – Do­bie­ga do mnie od stro­ny scho­dów, gdy tyl­ko od­sła­niam uszy.

– A już le­ży­my na ple­cach. – Sta­rusz­ki żar­tu­ją w naj­lep­sze, śmie­chy po­ko­nu­ją bram­ki.

– Za­mknąć się! – krzy­czę. – Nikt was tu nie za­pra­szał!

– Nie mu­siał – od­zy­wa się któ­raś. – To nasz dom.

Ucie­kam. Nie wiem do­kąd. Gu­bię się, od­naj­du­ję, za­sy­piam, bu­dzę się.

So­bo­ta(?).

***

JA­RO­SŁAW TU­ROW­SKI

CIERNIOWY DWÓR

Tra­cey dzio­ba­ła od nie­chce­nia owsian­kę i ob­ser­wo­wa­ła krzą­ta­ją­ce­go się po kuch­ni Co­li­na. Spóź­niał się z wy­jaz­dem do pra­cy – aku­rat tego dnia!

Pi­jac­ki ma­ra­ton od­ci­snął wy­raź­ne pięt­no na twa­rzy męż­czy­zny. Skó­ra zda­wa­ła się o kil­ka od­cie­ni ciem­niej­sza, po biał­kach oczu roz­le­wa­ła się nie­po­ko­ją­ca czer­wień, a wło­sy po­si­wia­ły na skro­niach.

– Na co się tak ga­pisz? – wark­nął, mo­cu­jąc się z za­mknię­ciem ter­mo­su.

Spu­ści­ła wzrok, na­gle za­in­te­re­so­wa­na pap­ko­wa­tą za­war­to­ścią ta­le­rza. Ką­tem oka do­strze­gła drżą­cą dłoń za­gar­nia­ją­cą z bla­tu klu­czy­ki. Chwi­lę póź­niej trza­snę­ły drzwi.

Od­cze­ka­ła, aż na ze­wnątrz roz­brzmi ja­zgot che­vy’ego, po­tem na­słu­chi­wa­ła od­jaz­du, a gdy za­le­gła ci­sza, po­li­czy­ła w my­ślach do sześć­dzie­się­ciu. Do­pie­ro wte­dy pod­bie­gła do kon­tak­tu i zga­si­ła świa­tło. Kie­dy wyj­rza­ła przez okno, uj­rza­ła tyl­ko ciem­ność. Ode­tchnę­ła.

Na­stał czas dzia­ła­nia. Wresz­cie, po nie­koń­czą­cych się ty­go­dniach bez­u­stan­ne­go stra­chu, wście­kło­ści i smut­ku na­de­szła ta chwi­la… Myśl ude­rzy­ła Tra­cey tak moc­no, że przez chwi­lę za­bra­kło jej od­de­chu. Ude­rzy­ła się obie­ma dłoń­mi w po­licz­ki i po­gna­ła na pię­tro.

Kie­dy włą­czy­ła świa­tło w sy­pial­ni cho­rej, mama spa­ła. Obu­dziw­szy się, po­to­czy­ła wko­ło pół­przy­tom­nym wzro­kiem, mru­żąc po­wie­ki przed bla­skiem ża­rów­ki i za­bul­go­ta­ła coś nie­zro­zu­mia­le. Twarz, zmarsz­czo­na jak­by w ka­ry­ka­tu­rze zdzi­wie­nia, przy­po­mi­na­ła wy­schnię­te wa­rzy­wo i była kre­do­wo bia­ła. Tak jak Co­lin, tak i Liz wy­glą­da­ła na wy­koń­czo­ną zda­rze­nia­mi tej je­sie­ni – kru­cha niby wy­ko­na­na z pa­pie­ru, bez gra­ma tłusz­czu i z sze­ro­ki­mi pa­sma­mi bar­wy po­pio­łu we wło­sach. Wy­glą­da­ła, jak­by jed­ną nogą ode­szła już do kra­iny zmar­łych, a jed­nak Tra­cey po­tra­fi­ła do­strzec w niej daw­ne pięk­no; od­szu­kać ko­bie­tę za­gu­bio­ną w cho­ro­bie, mat­kę, któ­rej tak bar­dzo dziew­czyn­ce bra­ko­wa­ło. Wi­dzia­ła jej prze­bły­ski po­mi­mo przy­wo­dzą­cych na myśl baj­ko­wą har­pię kro­gul­czych szpo­nów. Po­mi­mo fałd skó­ry marsz­czą­cej się na chu­dej szyi. Po­mi­mo atra­men­to­wych od­le­żyn prze­zie­ra­ją­cych spod za­dar­tej noc­nej ko­szu­li.

Liz ar­ty­ku­ło­wa­ła po­zba­wio­ne sen­su sy­la­by ni­czym ga­wo­rzą­cy nie­mow­lak, ale Tra­cey wie­dzia­ła, że nie może so­bie w tej chwi­li za­wra­cać tym gło­wy. Było to na swój spo­sób bru­tal­ne, ale te­raz li­czy­ło się tyl­ko to, by zna­leźć się jak naj­da­lej od domu. Na wy­ja­śnie­nia przyj­dzie pora póź­niej. O ile w ogó­le uda się co­kol­wiek wy­ja­śnić…

Wy­cią­gnę­ła zza sza­fy wó­zek in­wa­lidz­ki, jaki do­sta­li od opie­ki spo­łecz­nej. Sta­ry gru­chot nie­wy­po­sa­żo­ny na­wet w pasy bez­pie­czeń­stwa. Po­jazd nie mógł być uży­wa­ny wię­cej niż dwa, góra trzy razy – Liz we­ge­to­wa­ła więk­szość je­sie­ni w sy­pial­ni. Dziew­czy­na roz­ło­ży­ła kon­struk­cję wpraw­nym ru­chem, uzna­jąc, że fo­tel na kół­kach, po­zba­wio­ny zbęd­nych ak­ce­so­riów, jest cał­kiem lek­ki – cho­ciaż z mamą w sie­dzi­sku za­pew­ne sta­nie się cięż­ki, tak jak prze­wi­dy­wa­ła to Deb­bie. Pchnę­ła po­jazd koło łóż­ka i za­wie­si­ła na rącz­kach swój szkol­ny ple­cak, w któ­rym znaj­do­wa­ła się już la­tar­ka, re­wol­wer i inne nie­zbęd­ne przed­mio­ty (wcze­śniej uzgod­ni­li, że je­dze­niem zaj­mie się Chris). Bez więk­sze­go na­my­słu do­rzu­ci­ła jesz­cze pacz­kę pie­luch oraz opa­ko­wa­nia z naj­róż­niej­szy­mi le­ka­mi i za­strzy­ka­mi dla mamy. Wąt­pi­ła, by mia­ła od­wa­gę po­czę­sto­wać ro­dzi­ciel­kę czym­kol­wiek moc­niej­szym od aspi­ry­ny, żeby nie zro­bić jej nie­roz­trop­nie krzyw­dy, ale zda­wa­ła też so­bie spra­wę, iż po­wrót nie wcho­dzi w grę. Cze­go za­po­mni spa­ko­wać te­raz, to po pro­stu prze­pad­nie…

Prze­nie­sie­nie mat­ki na wó­zek za­ję­ło Tra­cey spo­ro cza­su, ale w grun­cie rze­czy oka­za­ło się ła­twiej­sze, niż przy­pusz­cza­ła. Liz wy­da­wa­ła się bar­dzo za­spa­na, nie krzy­cza­ła i pod­da­wa­ła się ma­chi­na­cjom cór­ki bez żad­ne­go sprze­ci­wu. Kie­dy wresz­cie po se­rii krót­kich, tak­tycz­nych prze­su­nięć za­ję­ła miej­sce w wóz­ku, opu­ści­ła gło­wę na pierś, a głę­bo­ki od­dech wska­zy­wał, że za chwi­lę na po­wrót za­śnie.

Tra­cey nie chcia­ła zwra­cać na sie­bie uwa­gi żad­ny­mi ha­ła­sa­mi, więc uzna­ła taki ob­rót spra­wy za nie­zwy­kle po­myśl­ny. Do­pcha­ła mamę do szczy­tu scho­dów pro­wa­dzą­cych na par­ter.

Zbie­gła na dół i wró­ci­ła z pa­skiem od spodni Co­li­na. Czu­jąc obrzy­dze­nie do wła­snej oso­by, przy­wią­za­ła mamę do wóz­ka. Liz mruk­nę­ła pod no­sem, ale nie otwo­rzy­ła na­wet oczu.

Tra­cey prze­łknę­ła śli­nę i spoj­rza­ła po­now­nie na scho­dy. Z tej per­spek­ty­wy, trzy­ma­jąc przed sobą fo­tel z umie­ra­ją­cą mat­ką, mia­ła wra­że­nie, że są one nie­skoń­cze­nie wy­so­kie, stro­me i nie­bez­piecz­ne. Za­dud­ni­ło jej w uszach od ad­re­na­li­ny, ale na­ci­snę­ła na rącz­ki i po­sta­wi­ła po­jazd na tyl­nych ko­łach. Po­tem pchnę­ła do przo­du…

Liz obu­dzi­ła się już na pierw­szym stop­niu. Za­czę­ła krzy­czeć, a Tra­cey wie­dzia­ła aż na­zbyt do­brze, że jest to wrzask skraj­ne­go prze­ra­że­nia. Sta­ra­ła się mó­wić uspo­ka­ja­ją­ce sło­wa, ale ze­stre­so­wa­ła się tak bar­dzo, że sama wła­ści­wie nie ro­zu­mia­ła, co wy­ga­du­je. Każ­dy krok przy­no­sił cier­pie­nie i pa­ra­li­żu­ją­cy strach. Czy zdo­ła utrzy­mać wó­zek, czy ten sto­czy się na sam dół, a mama po­ła­mie krę­go­słup? Nie czu­ła ły­dek ani ple­ców, cały świat sku­pił się w roz­cią­ga­nych rę­kach i pa­lą­cych bó­lem nad­garst­kach. Oraz scho­dach – prze­ra­ża­ją­cym tu­ne­lu zjeż­dża­ją­cym, zda­wa­ło­by się, do sa­me­go pie­kła.

Prze­kli­na­ła się za wła­sną głu­po­tę, wi­dząc przed ocza­mi nie­mal re­al­ny ob­raz mat­ki le­żą­cej w ka­łu­ży krwi na dole. Była już kom­plet­nie po­zba­wio­na sił, a zdo­ła­ła spu­ścić wó­zek le­d­wie czte­ry stop­nie!

Wte­dy usły­sza­ła:

– Co tu się, do chu­ja, wy­ra­bia?!

***

KAC­PER KO­TU­LAK

DEATH METAL

Ce­cil Boyd, na co dzień wła­ści­ciel lom­bar­du, sie­dział za ladą roz­par­ty na pla­sti­ko­wym krze­śle i ba­wił się re­wol­we­rem Smith & We­sson. W miej­scu ta­kim jak to broń była rów­nie oczy­wi­stym ele­men­tem wy­po­sa­że­nia, co sam Ce­cil Boyd. Klien­ci sta­now­czo zbyt czę­sto usi­ło­wa­li od­zy­skać za­sta­wio­ne do­bra za po­mo­cą noża lub kija ba­se­bal­lo­we­go. Rów­nie czę­sto po­ja­wia­li się je­go­mo­ście, któ­rzy uży­wa­jąc po­dob­nych środ­ków per­swa­zji, usi­ło­wa­li po­zy­skać do­bra, któ­rych wca­le nie za­sta­wia­li.

Ale Ce­cil wca­le nie my­ślał o tym. Nie my­ślał na­wet o szcze­nia­ku, któ­ry po­przed­nie­go po­po­łu­dnia chciał „wy­ku­pić” wszyst­kie pier­ścion­ki, któ­re Boyd miał na sta­nie. My­śli li­chwia­rza zaj­mo­wa­ło zu­peł­nie coś in­ne­go – czar­ny B.C. Rich sto­ją­cy bez­pro­duk­tyw­nie na wy­sta­wie od po­nad mie­sią­ca. Za­zwy­czaj co dwa, trzy, mak­sy­mal­nie czte­ry ty­go­dnie znaj­do­wał no­we­go na­byw­cę, by po kil­ku dniach wró­cić do sta­re­go Ce­ci­la. Oczy­wi­ście ta­kie po­wro­ty każ­do­ra­zo­wo da­wa­ły mu kil­ka do­la­rów zy­sku. Boy­do­wi jesz­cze nie zda­rzy­ło się od­dać wię­cej niż jed­ną trze­cią sumy, za jaką wcze­śniej sprze­dał in­stru­ment. Miał przy­naj­mniej tyle przy­zwo­ito­ści, że je­śli uda­ło mu się od­ku­pić in­stru­ment dużo ta­niej (to zna­czy jesz­cze ta­niej niż zwy­kle), ob­ni­żał nową cenę o pięć, cza­sem dzie­sięć do­la­rów. Na do­brą spra­wę mógł za każ­dym ra­zem scho­dzić na­wet po dwa­dzie­ścia do­la­rów, a i tak za­ra­biał­by na tej gi­ta­rze wię­cej niż na czym­kol­wiek in­nym. Oczy­wi­ście wie­dział, że przyj­dzie taki mo­ment, kie­dy cena osią­gnie gra­ni­cę kry­tycz­ną, ale wy­star­czy tyl­ko roz­sąd­nie go­spo­da­ro­wać ob­niż­ka­mi… W koń­cu naj­waż­niej­sze, żeby się krę­ci­ło.

Dźwięk dzwon­ka przy drzwiach spra­wił, że gwał­tow­nie wy­rwa­ny z za­du­my han­dlarz pra­wie od­strze­lił so­bie dłoń. Boyd de­li­kat­nie odło­żył re­wol­wer na miej­sce.

Do lo­ka­lu we­szła chu­da, przy­gar­bio­na po­stać. Czyż­by ko­lej­ny en­tu­zja­sta al­ter­na­tyw­nych form płat­no­ści? Ce­cil dźwi­gnął się z krze­sła, po­pra­wia­jąc dło­nią rzad­kie reszt­ki fry­zu­ry i ob­rzu­cił klien­ta ba­daw­czym spoj­rze­niem. Wło­sy do po­ło­wy ple­ców, wy­tar­te dżin­sy i blu­za z em­ble­ma­tem jed­nej z tych ha­ła­śli­wych, he­avy­me­ta­lo­wych grup. To był nie­wąt­pli­wie ten, na któ­re­go cze­kał z ro­sną­cą nie­cier­pli­wo­ścią – klient na nie­szczę­sną, sze­ścio­stru­no­wą fem­me fa­ta­le.

– In­te­re­su­je mnie gi­ta­ra… – wy­bą­kał chło­pak.

Tak jest! Ce­cil po­czuł ra­dość wy­mie­sza­ną z po­czu­ciem ulgi, roz­le­wa­ją­cą się po wnętrz­no­ściach. Ale nic nie po­wie­dział – nie był w koń­cu żół­to­dzio­bem. Za­cho­wał spo­kój i spoj­rzał na chło­pa­ka bez­na­mięt­no-py­ta­ją­cym spoj­rze­niem. Ta­kim wzro­kiem pa­trzą na klien­tów zmę­czo­ne ży­ciem żony wła­ści­cie­li sta­cji ben­zy­no­wych przy mniej uczęsz­cza­nych dro­gach mię­dzy­sta­no­wych i na­sto­lat­ko­wie, któ­rym ro­dzi­ce każą za­pra­co­wać na ty­go­dniów­kę w ro­dzin­nym skle­pie. Ce­cil ten spe­cy­ficz­ny wy­raz twa­rzy wy­pra­co­wy­wał la­ta­mi.

– …ta z wy­sta­wy. B.C. Rich – kon­ty­nu­ował mło­dy.

– Ach, moc­king­bird, co? – Ce­cil po­ki­wał gło­wą z wy­ra­zem zro­zu­mie­nia na twa­rzy. – Cał­kiem po­rząd­ny sprzęt, mu­szę przy­znać. Lita ma­ho­nio­wa pły­ta, kon­struk­cja neck-thro­ugh body. No i ro­bio­na w ca­ło­ści u nas, w Ame­ry­ce, nie żad­ne taj­wań­skie gów­no. – Boyd na in­stru­men­tach nie znał się za cho­le­rę. Ze wszyst­kich nie­wąt­pli­wych atu­tów gi­ta­ry tyl­ko ten ostat­ni coś mu mó­wił. Tek­stów o ma­ho­niu, li­tej pły­cie i ta­jem­ni­czym neck-thro­ugh body na­uczył się od zna­jo­me­go mu­zy­ka, któ­ry przed laty po­mógł mu w wy­ce­nie, gdy B.C. Rich po­ja­wił się w jego lom­bar­dzie po raz pierw­szy.

– Jest uszko­dzo­ny?

– Co? Nie, dla­cze­go?

– Mogę? – Chło­pak pod­szedł do wy­sta­wy i prze­je­chał dło­nią po gry­fie. Wi­docz­nie nie miał za­mia­ru wie­rzyć sprze­daw­cy na sło­wo.

– Pro­szę bar­dzo.

Mło­dy wziął gi­ta­rę. Uwa­dze Boy­da nie mo­gło ujść, z ja­kim na­boż­nym sza­cun­kiem to zro­bił. Chy­ba znał się na rze­czy, bo od­pra­wiał te same co wszy­scy ry­tu­ały, ma­ją­ce na pew­no ja­kiś głęb­szy sens, któ­ry jed­nak dla Ce­ci­la po­zo­sta­wał ta­jem­ni­cą: pod­no­sił in­stru­ment, oglą­dał pod róż­ny­mi ką­ta­mi, krę­cił klu­cza­mi i po­ten­cjo­me­tra­mi…

– A jak z elek­tro­ni­ką? – za­py­tał chło­pak, gdy skoń­czył ob­duk­cję.

– W naj­lep­szym po­rząd­ku.

– Ma pan ja­kiś wzmac­niacz? I ka­wa­łek ka­bla?

Ce­cil te­atral­nie prze­wró­cił ocza­mi, ale zdjął z re­ga­łu ma­łe­go, dzie­się­cio­wa­to­we­go mar­shal­la. Po chwi­li z trzesz­czą­ce­go, tran­zy­sto­ro­we­go pu­deł­ka po­pły­nął głę­bo­ki, czy­sty dźwięk. Boyd, choć wie­dział, że nic nie ma pra­wa nie dzia­łać, ode­tchnął z ulgą.

– Wy­glą­da na to, że wszyst­ko w po­rząd­ku – mruk­nął chło­pak. – Więc co jest z nią nie tak?

– A ja tam wiem… – ze­łgał Boyd, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. Z moc­king­bir­dem było coś nie tak i on do­sko­na­le o tym wie­dział. Owo „coś nie tak” po­le­ga­ło na tym, że każ­dy na­byw­ca po kil­ku dniach po­ja­wiał się zno­wu, nie­mal bła­ga­jąc Boy­da, by ten po­now­nie przy­jął za­staw. A sta­ry Ce­cil, ko­rzy­sta­jąc z sy­tu­acji, dra­pał się po gło­wie i mó­wił coś w sty­lu: Czy ja wiem…? Może za osiem­dzie­siąt… no, po­wiedz­my osiem­dzie­siąt pięć do­la­rów.

Każ­dy do­tych­cza­so­wy po­sia­dacz czar­ne­go B.C. Ri­cha zga­dzał się z nie­opi­sa­ną ra­do­ścią i bio­rąc od Boy­da pie­nią­dze, nie­mal ca­ło­wał go po rę­kach, nie zwa­ża­jąc na to, że dwa albo trzy dni wcze­śniej za­pła­cił za in­stru­ment trzy razy tyle.

– To cze­mu jest taka ta­nia?

– Boże. – Ce­cil wzniósł oczy ku su­fi­to­wi, jak­by tam wła­śnie spo­dzie­wał się zna­leźć Stwór­cę. – Dro­go – py­ta­ją, cze­mu tak dro­go. Ta­nio – cze­mu tak ta­nio. Zwa­rio­wać moż­na. Bie­rzesz, czy nie?

– Do­bra, do­bra, bio­rę. – Po­sta­wie­nie spra­wy ja­sno w od­po­wied­nim mo­men­cie za­wsze dzia­ła­ło naj­le­piej. Chło­pak wy­cią­gnął z kie­sze­ni garść po­mię­tych bank­no­tów i po­ło­żył na la­dzie dwóch Ben­ja­mi­nów Fran­kli­nów, Ulys­se­sa Gran­ta i Ale­xan­dra Ha­mil­to­na. Boyd z ra­do­ścią włą­czył pre­zy­den­tów do swej pry­wat­nej ko­lek­cji.

***

MA­REK ZY­CHLA

FHABHTANNA

Nie ba­wię się w kup­no psiej mi­ski ani w mar­ke­to­wą po­goń za przy­sma­ka­mi, koj­cem i gry­za­ka­mi. Atos do­sta­je je­den z ta­le­rzy za­peł­nio­ny kla­sycz­nym bie­giem przez lo­dów­ko­we pół­ki. Część ze sma­ko­ły­ków tra­fia do mo­je­go żo­łąd­ka. Jemy i ogrze­wa­my się w o wie­le przy­tul­niej­szych niż zwy­kle czte­rech ścia­nach.

Chcę mu zro­bić zdję­cie, ale ucie­ka na sam dźwięk wy­su­wa­ne­go obiek­ty­wu. Bawi mnie ta stra­chli­wość, a przy oka­zji roz­czu­la.

– Tra­fił swój na swe­go – stwier­dzam, gdy prze­ra­żo­ną psi­nę bu­dzi z drzem­ki bur­cze­nie wła­sne­go brzu­cha. – Póź­niej pój­dzie­my na spa­cer, to od­bie­rze­my sa­mo­chód – mó­wię do pu­pi­la, dra­piąc go za ster­czą­cym uchem. – Wra­ca­jąc ku­pi­my ja­kieś żar­cie.

Ca­łość nie zaj­mu­je nam wie­le cza­su. Atos w au­cie czu­je się le­piej niż na spa­ce­rze, grzecz­nie sie­dzi z tyłu i ob­ser­wu­je mi­ja­ne bu­dyn­ki, ma­cha­jąc ki­ku­tem ogo­na.

– Na­sze pięk­ne Cal­lan – mó­wię do nie­go, przy­ci­sza­jąc ra­dio. – Świa­to­wa sto­li­ca sek­su i biz­ne­su! Nie­co za­po­mnia­na…

W tym mo­men­cie mój czwo­ro­noż­ny pu­pil pry­cha i za­czy­na kasz­leć tak in­ten­syw­nie, że aż zje­cha­łem na po­bo­cze. Nic mu jed­nak nie było, skoń­czy­ło się na za­łza­wio­nych oczach.

Wra­ca­my do domu. Mosz­czę mu po­sła­nie ze sta­rych ubrań i dwóch ka­na­po­wych po­du­szek. Pies pa­trzy na nie, na mnie, po czym uwa­la się w fo­te­lu.

Czu­ję go­to­wość do pierw­szej lek­cji wy­cho­waw­czej, do pró­by sił dwóch sam­ców – co praw­da od­mien­nych ga­tun­ków, lecz zbli­żo­nych upodo­bań.

Krzy­czę, Atos nie­śmia­ło war­czy i za­czy­nam się śmiać, bo na­gle ro­zu­miem, że tak na­praw­dę wca­le mi to nie prze­szka­dza. Pies zaj­mie fo­tel, ja ka­na­pę, a go­ści i tak nie mie­wam. Ro­dzi­nę, a w za­sa­dzie okru­chy wspo­mnień, któ­re zo­sta­ły po niej, zgu­bi­łem prze­szło dwa ty­sią­ce ki­lo­me­trów od Cal­lan.

– Twój fo­tel, moja ka­na­pa – za­rzą­dzam. – I wbrew po­zo­rom ja tu do­wo­dzę. A jak się nie po­do­ba, to bę­dziesz mógł się do woli wy­le­gi­wać na tra­wie w ogród­ku – do­da­ję z naj­su­row­szą w ży­ciu miną.

Wy­da­je mi się, że Atos ro­zu­mie. Bra­ku­je tyl­ko, by po­ki­wał łbem.

– Bę­dzie nam ra­zem jak w raju! – Sia­dam na ka­na­pę i włą­czam te­le­wi­zję.

Przez na­stęp­ną go­dzi­nę wga­pia­my się w ja­kiś mecz. Pies szcze­ka przy każ­dym golu.

***

Nad ra­nem bu­dzi mnie ha­łas pły­ną­cy z dołu. Nie­zbyt gło­śne szu­ra­nie, de­ner­wu­ją­ce po­stę­ki­wa­nia, głu­che stuk­nię­cia, raz na ja­kiś czas krót­ki szczek. Do­bie­ga­ją z sa­lo­nu, gdzie prze­cież śpi – więc i stró­żu­je – Atos.

– Co jest? – wzdy­cham, zwle­ka­jąc się z cie­płe­go łóż­ka. – Trze­ba było ku­pić zło­tą ryb­kę.

Scho­dzę, za­pa­la­jąc po dro­dze wszyst­kie świa­tła. Nie boję się, bo wy­glą­da – a ra­czej brzmi – na to, że mój pu­pil coś kom­bi­nu­je w tej swo­jej trój­kąt­nej łe­pe­ty­nie.

Otwie­ram drzwi do sa­lo­nu z im­pe­tem god­nym go­dzi­ny dwu­na­stej, ale w po­łu­dnie. Ude­rzam w pstry­czek, go­to­wy do kar­ce­nia, gdy do­cie­ra do mnie cała se­ria nie­po­ko­ją­cych ob­ra­zów, a oprócz nich coś ba­lan­su­ją­ce­go na gra­ni­cy za­pa­chu i smro­du. Mój nos gubi się w tej plą­ta­ni­nie.

Pies leży na pod­ło­dze, a na nim sie­dzi – chy­ba sie­dzi, bo w za­sa­dzie cięż­ko stwier­dzić – ja­kiś stwór naj­bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cy roz­ro­śnię­te­go ko­alę umo­ru­sa­ne­go bło­tem. Dru­gi, jesz­cze więk­szy, stoi nad nimi z moim kap­ciem unie­sio­nym nad gło­wą – le­wym z pary tych o gru­bej po­de­szwie, w któ­rych wy­cho­dzę do ogród­ka.

Ja ga­pię się na nich, oni na mnie, wspo­mnia­ne stwo­ry ja­kimś ta­kim ga­dzim wzro­kiem, ka­peć upa­da na pa­ne­le, Atos ję­czy – naj­praw­do­po­dob­niej z bólu, wiatr hu­czy w prze­wo­dzie ko­mi­no­wym, wy­ko­rzy­stu­jąc chwi­le względ­nej ci­szy.

Co­fam się wpierw o krok, póź­niej o dwa szyb­sze i wy­cią­gam rurę od od­ku­rza­cza ze schow­ka pod scho­da­mi.

In­tru­zi naj­wi­docz­niej nie chcą, bym się wy­ka­zał. W dwóch sko­kach są już przy drzwiach do ogród­ka. Sze­lesz­czą sło­wa­mi w dziw­nym ję­zy­ku, ge­sty­ku­lu­ją ener­gicz­nie w moim kie­run­ku. Wresz­cie zni­ka­ją z pola wi­dze­nia, prze­bi­ja­jąc się ni­czym mały ta­ran przez płot.

– Co to było? – Dzi­wię się, ku­ca­jąc przy czwo­ro­no­gu.

– Szfur­le – ję­czy psi­sko. – To były pie­przo­ne Szfur­le.

***

Czmych­ną­łem do kuch­ni, drzwi za­ba­ry­ka­do­wa­łem krze­słem i za­bra­łem się za prze­su­wa­nie lo­dów­ki.

– Psy nie mó­wią… – po­wta­rzam so­bie, a chło­dziar­ka ani drgnie, wy­peł­nio­na po brze­gi żar­ciem z po­bli­skie­go mar­ke­tu.

Sia­dam na pod­ło­dze wy­czer­pa­ny i roz­trzę­sio­ny. Za­ci­skam po­wie­ki i mo­dlę się do Boga, w któ­re­go nie wie­rzę od lat, by to był tyl­ko sen. Ni­cze­go mu nie obie­cu­ję, no co naj­wy­żej jed­ną, góra dwie wi­zy­ty w ko­ście­le. Je­stem bli­ski zgo­dzić się na­wet na spo­wiedź.

– Mój Boże, Oj­cze mój je­dy­ny… – po­wta­rzam w kół­ko te sło­wa jak man­trę. – Wiem, że grze­szy­łem!

– Do­bry Boże nie po­mo­że! – Sły­szę wark­nię­cia zza drzwi i ja­kieś dra­pa­nie. – Wpuść mnie, po­szcze­ka­my so­bie na spo­koj­nie. Ja­koś to bę­dzie.

Ani mi się śni, cho­ciaż nie mó­wię tego na głos.

– Skąd znasz pol­ski?! – Z tym jed­nym nie wy­trzy­mu­ję.

– Po­dró­żo­wa­łem.

Draż­ni mnie to psi­sko, prze­ra­ża, ale i… bawi tymi bzdur­ny­mi od­po­wie­dzia­mi.

– Po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy – od­zy­wa się Atos. – Szfur­le wró­cą i nie będą chcia­ły z nami ga­dać.

Pod­no­szę się tro­chę wbrew so­bie, opie­ram o ku­chen­ny stół i my­ślę. Du­mam nad wy­da­rze­nia­mi ostat­nich go­dzin, sta­ra­jąc się po­łą­czyć ze sobą fak­ty, tak by zle­pić je we w mia­rę lo­gicz­ną ca­łość. In­ny­mi sło­wy gram na czas, a w łe­pe­ty­nie roz­ra­sta się pust­ka.

– Ko­ale to Szfur­le, a ty kim je­steś?

– Psem, w do­dat­ku ra­so­wym. Nie­miec­ka ro­bo­ta!

– Psy nie mó­wią.

– Nie wszyst­ko daje się wy­szcze­kać.

Za­śmia­łem się, Atos też, tyl­ko tak ja­koś upior­niej. Od­su­ną­łem to, co przy­su­nię­te. Klam­ka z po­zy­cji ho­ry­zon­tal­nej opa­dła i do kuch­ni, na tyl­nych ła­pach, wszedł mój pu­pil.

– Mo­żesz tego nie ro­bić – po­pro­si­łem, bo wy­glą­dał prze­ra­ża­ją­co i tak bar­dzo ludz­ko. – Wy­star­czy mi na dziś cyr­ko­wych po­pi­sów, poza tym wi­dać ci pta­ka.

– Oni mnie zna­leź­li, Jur­ku – rze­cze Atos, opie­ra­jąc ło­kieć o stół. – Zbyt dłu­go szu­ka­li, żeby wy­stra­szyć się jed­ne­go czło­wie­ka.

W tym sa­mym mo­men­cie czu­je­my dym. A nie ma dymu bez…

(...)

PAU­LI­NA J. KRÓL

STATUS QUO

II

Tem­po! Tem­po! Moż­na przejść ży­cie w jed­nym dniu. Ale co zro­bić z po­zo­sta­łym cza­sem?

Sta­ni­sław Je­rzy Lec

Otwo­rzy­łem oczy. Wciąż jesz­cze ma­jąc na po­wie­kach sen, spoj­rza­łem bez­myśl­nie w su­fit i prze­cią­gną­łem się. Za­nim do­tar­ło do mnie, że nie znaj­du­ję się w du­żym po­ko­ju miesz­ka­nia Grześ­ka, ziew­ną­łem sze­ro­ko i prze­tar­łem oczy. Gdy wresz­cie zo­rien­to­wa­łem się, że je­stem w nie­zna­nym miej­scu, po­de­rwa­łem się jak opa­rzo­ny i ude­rzy­łem w gło­wę. Pod­nio­słem dłoń i do­tkną­łem me­ta­lo­wych sprę­żyn. Nad moją gło­wą nie było su­fi­tu. Była pry­cza.

– Hola, hola. A ty co? Du­cha zo­ba­czył, czy jak?

Spoj­rza­łem w stro­nę, z któ­rej do­bie­gał głos. Po prze­ciw­nej stro­nie po­miesz­cze­nia sta­ła jesz­cze jed­na pry­cza. Le­żał na niej mło­dy chło­pak z książ­ką w ręce i pa­trzył na mnie z roz­ba­wie­niem.

– Gdzie ja je­stem? – za­py­ta­łem drżą­cym gło­sem.

– Pla­ża ci się śni­ła? – od­po­wie­dział py­ta­niem dru­gi męż­czy­zna, sie­dzą­cy przy nie­wiel­kim sto­li­ku. Wsta­łem z łóż­ka i ro­zej­rza­łem się. By­łem w celi wię­zien­nej; okno ob­wa­ro­wa­ne było me­ta­lo­wy­mi kra­ta­mi. Chy­ba śni­łem.

Całe po­miesz­cze­nie mia­ło może dzie­więć me­trów kwa­dra­to­wych, nie wię­cej. Chło­pak z książ­ką w ręce był dość krę­py; miał na so­bie or­ta­lio­no­wy dres. Dru­gi, nie­co star­szy, ukła­dał pa­sjan­sa.

Czyż­bym wczo­raj coś prze­skro­bał? Wy­pi­łem za dużo z Grześ­kiem i…? No wła­śnie: i co? Był­bym w aresz­cie, nie w za­kła­dzie kar­nym. A naj­pew­niej sie­dział­bym w izbie wy­trzeź­wień. Co się sta­ło? – my­śla­łem go­rącz­ko­wo, bez­wied­nie ma­su­jąc ra­mię.

– Jak się tu­taj zna­la­złem? – za­py­ta­łem dwóch męż­czyzn, gdy wresz­cie od­zy­ska­łem pa­no­wa­nie nad gło­sem.

– Księż­nicz­ka ma amne­zję – po­wie­dział gość od pa­sjan­sa, na co ten z książ­ką za­rżał i przy­łą­czył się do drwin:

– Ty, Igła, może mu co z tu­szem wstrzyk­ną­łeś?

Spoj­rza­łem na swo­ją dłoń, ryt­micz­nie uci­ska­ją­cą ra­mię. Do­pie­ro te­raz uświa­do­mi­łem so­bie, że mam roz­grza­ną i pul­su­ją­cą bó­lem skó­rę. Pod­nio­słem rę­kaw ko­szul­ki. Na ra­mie­niu wid­niał świe­ży ta­tu­aż. Przed­sta­wiał czasz­kę, któ­ra rów­nie do­brze mo­gła być dzie­łem sied­mio­let­nie­go dziec­ka. Wy­gła­dzi­łem T-shirt i pod­sze­dłem do lu­ster­ka wi­szą­ce­go na ścia­nie. W od­bi­ciu z trud­no­ścią roz­po­zna­łem swo­ją twarz. Przy le­wym oku mia­łem wy­ta­tu­owa­ną krop­kę, a gło­wę ogo­lo­ną na zero.

– Cyn­kwa­is – po­wie­dzia­łem do sie­bie, zdu­mio­ny. Ja­kim cu­dem znam to okre­śle­nie? Wi­docz­nie nie bez po­wo­du mia­łem ten ta­tu­aż na twa­rzy. Ozna­czał gi­tow­ca, oso­bę bie­gle gryp­su­ją­cą.

Prze­je­cha­łem dło­nią po ły­sej gło­wie i zwró­ci­łem się do czy­ta­ją­ce­go:

– Nie, se­rio py­tam. Co jest?

– Ko­leś, ga­ru­jesz trze­ci rok. Na tej sa­mej ko­li­bie.

Usia­dłem na pry­czy. Trze­ci rok? Czy to sen? Tak, to musi być sen. Za­czą­łem się szczy­pać po ca­łym cie­le, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc się obu­dzić.

– Te, Igła, fi­luj, jaki de­bil. Szczy­pie się – po­wie­dział Czy­ta­ją­cy.

Szczy­pa­nie nic nie po­mo­gło. Wciąż tu tkwi­łem. Po­ło­ży­łem się na pry­czy i spró­bo­wa­łem się sku­pić. To ja­kaś zwa­rio­wa­na czar­na ma­gia. Ja­kieś cza­ry. Czy to ma być ja­kaś po­krę­co­na wia­do­mość?

Al­ter­na­tyw­na rze­czy­wi­stość? Czu­łem, jak ga­lo­pu­je mi ser­ce. Od­dy­cha­łem tak szyb­ko, jak­bym wła­śnie ukoń­czył ma­ra­ton. By­łem prze­ra­żo­ny. Je­śli pręd­ko się nie uspo­ko­ję, to wy­ki­tu­ję na ser­ce w tej za­po­mnia­nej przez Boga celi wię­zien­nej.

W tym mo­men­cie ktoś otwo­rzył drzwi. Kla­wisz we­tknął do po­miesz­cze­nia gło­wę i po­wie­dział:

– Go­liń­ski, wi­dze­nie. Ad­wo­kat.

Ze­rwa­łem się z pry­czy. Po­sze­dłem za kla­wi­szem. To wszyst­ko było ja­kieś sur­re­ali­stycz­ne. Je­śli to był sen, to dla­cze­go nie mogę się z nie­go wy­bu­dzić?

Je­śli to była rze­czy­wi­stość, dla­cze­go ni­cze­go nie pa­mię­tam?

Po chwi­li wi­ta­łem się z ły­sie­ją­cym me­ce­na­sem, odzia­nym w dżin­sy i bia­łą ko­szu­lę.

– Wi­taj, Paw­le. Za nie­dłu­go masz roz­pra­wę o przed­ter­mi­no­we zwol­nie­nie. Chcia­łem, aby­śmy…

– Skąd ja się tu wzią­łem? Co zro­bi­łem?

Ad­wo­kat spoj­rzał na mnie za­sko­czo­ny.

– Jak to: co zro­bi­łeś? To nie pora na ta­kie wy­głu­py.

– Py­tam po­waż­nie. Przy­po­mnij mi.

Ły­sie­lec wes­tchnął.

– Dnia dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go mar­ca dwa ty­sią­ce dzie­wią­te­go roku spo­wo­do­wa­łeś wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, pro­wa­dząc w sta­nie nie­trzeź­wym. Jed­na oso­ba zo­sta­ła ran­na i prze­wie­zio­na do szpi­ta­la w sta­nie cięż­kim. Zgod­nie z ar­ty­ku­łem sto sie­dem­dzie­sią­tym ósmym Ko­dek­su Kar­ne­go do­sta­łeś wy­rok pię­ciu lat po­zba­wie­nia wol­no­ści.

– Dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go mar­ca? Prze­cież wte­dy… po­zna­łem Ka­ro­li­nę. Nie spo­wo­do­wa­łem żad­ne­go wy­pad­ku, tyl­ko ją po­de­rwa­łem. Wró­ci­łem z nią do domu.

– Naj­wi­docz­niej to ci się przy­śni­ło. Czy mo­że­my te­raz po­roz­ma­wiać o two­jej roz­pra­wie?

Sie­dzia­łem jak ska­mie­nia­ły, wpa­tru­jąc się w mało atrak­cyj­ne­go praw­ni­ka. Nic nie ro­zu­mia­łem. Wresz­cie ze­bra­łem się w so­bie i pod­no­sząc się, po­wie­dzia­łem:

– Nie. Póź­niej. Ju­tro. Mu­szę stąd wyjść.

Gna­jąc do drzwi, prze­wró­ci­łem krze­sło.

– Ju­tro mnie tu nie bę­dzie. Mogę tu wró­cić do­pie­ro po świę­tach. Mam spo­ro in­nych spraw! – wy­krzyk­nął za mną ad­wo­kat. Od­wró­ci­łem się.

– Któ­re­go dzi­siaj mamy?

– Ko­niec świa­ta – po­wie­dział ad­wo­kat, wy­sta­wia­jąc zęby w prze­ra­ża­ją­cym uśmie­chu.

(...)

AUTORZY

KAC­PER KO­TU­LAK

Oko­ło­olsz­ty­nia­nin z rocz­ni­ka ‘91, geo­de­ta z gło­wą w ko­smo­sie, u pro­gu ka­rie­ry na­uko­wej, mi­ło­śnik fan­ta­sty­ki w nie­mal wszyst­kich jej prze­ja­wach oraz mu­zy­ki roc­ko­wej w po­ję­ciu moż­li­wie naj­szer­szym, ale ze szcze­gól­nym wska­za­niem na bry­tyj­skie ze­spo­ły he­avy­me­ta­lo­we za­ło­żo­ne w ostat­nim ty­go­dniu 1975 roku. Moż­na go spo­tkać w war­miń­skich la­sach oraz an­to­lo­giach Toy­sto­ries (Mor­pho, 2014), Małe Pro­ble­my Wiel­kich Bo­ha­te­rów (Cra­iis, 2014) oraz Po­kło­sie (Gmork, 2015). Po­my­sło­daw­ca i współ­au­tor an­to­lo­gii Iron Ta­les (Gmork, 2017).

PAU­LI­NA J. KRÓL

Uro­dzo­na w Hal­lo­we­en 1985 roku. Cier­pi na swo­iste roz­dwo­je­nie oso­bo­wo­ści – z za­wo­du jest le­śni­kiem, a w wol­nym cza­sie wy­ży­wa się twór­czo jako re­cen­zent­ka i na­ło­go­wa czy­tel­nicz­ka. Oka­zjo­nal­nie tak­że au­tor­ka opo­wia­dań i wier­szy, kino- i kin­go­ma­niacz­ka. Za­de­biu­to­wa­ła w cy­fro­wej an­to­lo­gii Zom­bie­fi­lia, pu­bli­ko­wa­ła rów­nież m.in. w „Hor­ror Ma­sa­krze” i „Kryp­cie”. Miesz­ka u wrót Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej. Ste­phen King, imien­nik jej dziad­ka, Ste­fa­na Kró­la, jest dla niej li­te­rac­kim bó­stwem.

JA­RO­SŁAW TU­ROW­SKI

Uro­dził się w 1990 roku, miesz­ka w Rey­kja­vi­ku. Pi­sze głów­nie hor­ro­ry i opo­wia­da­nia oby­cza­jo­we. Pu­bli­ko­wał w an­to­lo­giach: Czło­wie­kiem je­stem (Mor­pho, 2013), Po­kło­sie (Gmork, 2015), City 3 (For­ma, 2016), Iron Ta­les (Gmork, 2017). Za­fa­scy­no­wa­ny pro­zą Ste­phe­na Kin­ga, Cor­ma­ca McCar­thy'ego, Cli­ve'a Bar­ke­ra i Dana Sim­mon­sa. Od­da­ny fan sagi Kin­ga o Ro­lan­dzie Re­wol­we­row­cu i Mrocz­nej Wie­ży.

JU­LIUSZ WOJ­CIE­CHO­WICZ

Rocz­nik ‘77, miesz­ka­niec Lu­bli­na. Pro­za­ik, krót­ko­for­mi­sta twór­czo sku­pio­ny na li­te­rac­kiej gro­zie, gro­te­sce oraz li­te­ra­tu­rze fan­ta­stycz­no-oby­cza­jo­wej. W 2015 roku jego opo­wia­da­nie Ostat­ni pre­zent otrzy­ma­ło no­mi­na­cję do Na­gro­dy Pol­skiej Li­te­ra­tu­ry Gro­zy im. Ste­fa­na Gra­biń­skie­go. Pu­bli­ko­wał w an­to­lo­giach: Czło­wie­kiem je­stem (Mor­pho, 2013), Toy­sto­ries (Mor­pho, 2014), Księ­ga wam­pi­rów (Stu­dio Tru­so, 2014), Hor­ror na Roz­to­czu 2: In­som­nia (Al­ter Ma­nes, 2015), Iron Ta­les (Gmork, 2017). Po­my­sło­daw­ca i współ­au­tor ksią­żek Po­kło­sie (Gmork, 2015), Hard­bo­iled (Gmork, 2015), au­tor książ­ki Bez znie­czu­le­nia (Gmork, 2016).

MA­REK ZY­CHLA

Uro­dził się 26 mar­ca 1980 roku w Ża­rach. W 2007 roku ukoń­czył stu­dia na Wy­dzia­le Bio­lo­gii UAM w Po­zna­niu, po czym wy­emi­gro­wał do Ir­lan­dii, gdzie za­ło­żył ro­dzi­nę i miesz­ka do dzi­siaj. Pra­cu­je jako księ­go­wy, ka­dro­wy i opie­kun osób nie­peł­no­spraw­nych w KCAT Art&Stu­dy Cen­tre w Cal­lan, w hrab­stwie Kil­ken­ny, w wol­nych chwi­lach pi­su­jąc opo­wia­da­nia, któ­re moż­na zna­leźć w kil­ku­na­stu an­to­lo­giach róż­nych wy­daw­ców. Zy­chla za­zwy­czaj pi­su­je hu­mo­re­ski lub gro­zę, naj­wi­docz­niej lu­bu­jąc się w skraj­no­ściach. Pro­ta­go­ni­ści z jego hor­ro­ro­wych opo­wia­dań wal­czą głów­nie z uro­je­nia­mi wła­snych, scho­ro­wa­nych głów, zaś od czy­tel­ni­ka wy­ma­ga się sku­pie­nia, by z po­zor­ne­go cha­osu, ra­mię w ra­mię z bo­ha­te­ra­mi, dojść do praw­dy. A ta bywa prze­ra­ża­ją­ca, bo cóż może być strasz­niej­sze­go od bun­tu­ją­ce­go się prze­ciw nam umy­słu?

Co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two GMORK Świąt­kow­ska Ryba sp.j.Chy­ba, Fha­bh­tan­na © Co­py­ri­ght by Ma­rek Zy­chlaTo nie TO!, De­ath me­tal © Co­py­ri­ght by Kac­per Ko­tu­lakŚwi­niak © Co­py­ri­ght by Ju­liusz Woj­cie­cho­wiczSta­tus quo © Co­py­ri­ght by Pau­li­na J. KrólCier­nio­wy Dwór © Co­py­ri­ght by Ja­ro­sław Tu­row­ski Wro­cław 2015

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.All Ri­ghts Re­se­rved.

Ko­rek­ta i re­dak­cja: BAR­BA­RA MI­KUL­SKA KA­MI­LA ŚWIĄT­KOW­SKA DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA

Skład: DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA (ebo­ok) PRZE­MY­SŁAW RYBA

Ilu­stra­cja i pro­jekt okład­ki: DA­REK KO­CU­REK

Fragment książki

Wy­da­nie II (po­pra­wio­ne) Wro­cław 2017

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób, włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Wy­daw­nic­two Gmork Świąt­kow­ska Ryba Sp.j. ul. Do­mey­ki 16, 53-209 Wro­cław tel: 795 626 546www.gmork.plwy­daw­nic­two@gmork.pl

Pa­tro­ni me­dial­ni:

Ku­pu­jąc wspie­rasz: