Poklatkowa rewolucja - Peter Watts - ebook
Opis

Jak zorganizować bunt na pokładzie, kiedy budzą cię z hibernacji na parę dni co milion lat? Jak konspirować, gdy garstka potencjalnych sojuszników zmienia się co wachtę? Jak zaatakować wroga, który nigdy nie śpi, patrzy twoimi oczyma, słucha twoimi uszami i autentycznie chce dla ciebie jak najlepiej? Sunday Ahzmundin, uwięziona na pokładzie statku kosmicznego Eriophora, odkrywa, że na udaną rewolucję musi się złożyć spisek, szyfry i nieuniknione ofiary.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 193

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:The Freeze-Frame Revolution

Copyright © 2018 by Peter Watts

Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Projekt graficzny serii: Piotr Chyliński

Ilustracja i opracowanie graficzne okładki: Dark Crayon

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-66065-55-0 Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

Pamięci Banany iChipa.

Diaspora Narodów Zjednoczonych DCP EriophoraCharakterystyka grawitacyjna

Uwaga: Izograwy wykreślone w odwróconej ku przodowi konfiguracji z aktywnym napędem.

Przez jakiś czas po starcie bawiłam się sama ze sobą w taką grę. Po każdym rozmrożeniu odejmowałam czas lotu od daty wylotu, a potem sprawdzałam, gdzie byśmy się znaleźli, gdyby Eriophora[1] była wehikułem czasu – gdybyśmy, zamiast lecieć w kosmos, cofali się w przeszłość. O, proszę, pierwsza budowa cofnęła nas w czasy Rewolucji Przemysłowej. Dwie kolejne – w złoty wiek islamu, kolejne siedem – do Dynastii Shang.

Chyba próbowałam w ten sposób zachować jakąś ciągłość, mierząc najbardziej nieśmiertelną z wypraw skalą intuicyjnie zrozumiałą dla mięsucha. Ale to się nie sprawdziło. Odniosło wręcz odwrotny skutek, pokazało mi szyderczo, jaka to była absurdalna pycha, próbować wcisnąć Diasporę w żałosne granice ziemskiej historii.

Zacznijmy od tego, że Szymp nikogo nie rozmrażał aż do siódmego tunelu – niemal przez pierwsze sześć tysięcy lat misji. Przespałam więc całą ludzką cywilizację, obudziłam się dopiero na upadek cywilizacji minojskiej. Kai, zdaje się, był na chodzie w czasach piramidy Cheopsa, ale kiedy mnie Szymp wezwał z krypty, byliśmy dobrze w trakcie ostatniej epoki lodowcowej. Potem polecieliśmy w paleolit, zbudowawszy już pięć tysięcy bramek, z czego tylko trzysta wymagało obecności mięsuchów na pokładzie – a dopiero co skończyliśmy pierwsze okrążenie Drogi Mlecznej.

Po australopiteku dałam sobie spokój. Głupia, dziecinna gra, od początku skazana na niepowodzenie. Jesteśmy jaskiniowcami i tyle. Trwała jest tylko misja.

Nie do końca wiem, co sprawiło, że podjęłam tę dziecinną rozrywkę z powrotem. Nauczkę miałam już za pierwszym razem, a odległości tylko zrobiły się większe. Mimo to spróbowałam, kiedy wszystko się popierdzieliło, przywołałam zegary, wykonałam odejmowanie na stuleciach. Do tego czasu okrążyliśmy dysk trzydzieści dwa razy, zostawiliśmy za sobą ponad sto tysięcy bramek. Zebraliśmy tyle surowca, że Pan Bóg, gdyby patrzył z góry, mógłby pewnie prześledzić naszą trasę na podstawie nierównej spirali złożonej z bąbelków, które ogołociliśmy z lodu i kamieni.

Według starego kalendarza – sześćdziesiąt sześć milionów lat. Tyle czasu byliśmy w podróży. Aż po koniec epoki kredy.

Z dokładnością do paru tysiącleci, rewolucja wydarzyła się tego samego dnia, kiedy Ziemię walnął w gębę jeden z mniejszych braciszków Eriophory, wymazując z niej dinozaury.

Nie wiem dlaczego, ale trochę mnie to śmieszy.

1 Eriophora – rodzaj tkających sieci pająków z rodziny krzyżakowatych (przyp. tłum.).

Grę zepsuła mi budowa w Monocerosie. Potwór wyskoczył z bramki ułamek sekundy po jej odpaleniu, zupełnie jakby skurwiel przez cały czas na to czekał, jakby nienawiść i głód rosły w nim z każdą sekundą każdego stulecia, gdy pełzliśmy przez próżnię, by go uwolnić. Może właśnie w coś takiego zmieniła się ludzkość wiele milionów lat po starcie Eriophory. Może to było coś, co przyszło później, połknęło ludzkość w całości i popędziło naszymi autostradami, patrząc, co by tu jeszcze pożreć.

To nie ma żadnego znaczenia. To nigdy nie ma znaczenia. My zrodziliśmy bramkę, bramka zrodziła potworność. Z czymś mi się skojarzyła, dostrzegłam jakieś niewyraźne, znajome echo, którego nie byłam w stanie umiejscowić. Zdarza się częściej, niż mogłoby się wydawać. Jak się jest w drodze przez tyle gigasekund, to nie ma siły – z czasem dostrzegasz we wstecznym lusterku, że modele są podobne.

Uratowały nas standardowe procedury. Hamowanie po uruchomieniu bramki równa się samobójstwu – promieniowanie ze świeżo powstałego tunelu czasoprzestrzennego spopieliłoby nas na długo, nim zdążyłby nas połknąć jakiś przypadkowy demon. Przeszliśmy więc przez to ucho igielne tak samo jak zawsze – przejechaliśmy na oklep na grzbiecie naszej osobliwości przez pętlę może ze dwa razy większą od nas i domknęliśmy tunel łączący tam i tu z prędkością sześćdziesięciu tysięcy kilometrów na sekundę, ani na moment nie zwalniając. Ufaliśmy, że reguły się nie zmieniły, że matematyka, fizyka i ratująca nam dupę geometria, w której rzeczy słabną z kwadratem odległości, rozcieńczą czoło fali, zanim nas dogoni. Uciekliśmy przed promieniowaniem, uciekliśmy i przed potworem, a gdy te dwa gatunki niepewnej śmierci przesunęły się ku czerwieni za rufą, Szymp wyświetlił mi w rogu pola widzenia małą żółtą ikonkę...

POMOC MEDYCZNA?

...a ja nie wiedziałam dlaczego, póki nie odwróciłam się do Lian i nie zobaczyłam, że się trzęsie.

Wyciągnęłam do niej rękę.

– Lian, dobrze...

Machnęła ręką. Oddychała płytko i szybko. Na jej szyi pulsowało tętno.

– Nic mi nie jest. Po prostu...

POMOC MEDYCZNA?

Widziałam, jak próbuje dojść do głosu jakieś kruche opanowanie. Widziałam, jak walczy, jak słabnie, jak nie do końca wygrywa. Jednakże oddech się uspokoił.

POMOC MEDYCZNA? POMOC MEDYCZNA?

Wyłączyłam ikonkę.

– Lian, o co ci chodzi? Wiesz, że to nie jest w stanie nas dogonić.

Rzuciła mi spojrzenie, jakiego nigdy dotąd nie widziałam.

– Nie masz pojęcia, co oni są w stanie. Nawet nie wiesz, kim oni są. Nic nie wiesz.

– Wiem, że żeby w ogóle próbować nas gonić, mają co najwyżej z dziesięć kiloseków, żeby rozbujać się od zera do dwudziestu procent prędkości światła. I wiem, że jeśli ktoś tak potrafi, to dawno by nas pacnął jak muchę, gdyby tylko zechciał. I ty też to wiesz.

Przynajmniej kiedyś wiedziała.

– A, to tak to robisz. – Drobny śmieszek, niepokojąco bliski granicy histerii.

– Co robię?

– Radzisz sobie z tym. Skoro się nigdy nie stało, to nigdy się nie stanie?

Pięć osób rozmrożonych na czas budowy i to akurat ja muszę przy niej być, kiedy jej odwala.

– Li, skąd ci się to bierze? Przez dziewięćdziesiąt pięć procent czasu bramka po prostu sobie stoi i nic nie robi.

– I co to zmienia? – Rozłożyła ręce w paradoksalnym geście jednocześnie bojowym i pełnym rezygnacji. – Ile czasu my już to robimy?

– Wiesz równie dobrze jak ja.

– Poszerzamy Imperium Ludzkości. Czy raczej tego, w co Ludzkość się przez tyle czasu zmieniła. – I to miała być jakaś nowość? – Budujemy kolejną bramkę i nic z niej nie wyłazi. To co, wymarli? Mają to gdzieś? Zapomnieli o nas?

Otworzyłam usta.

– Albo... – ciągnęła – ...stawiamy bramkę i coś próbuje nas zabić. Albo my...

– Albo budujemy bramkę – powiedziałam stanowczo – i dzieje się coś pięknego. Pamiętasz te bańki, jakie piękne były?

Wykipiały z pętli jak tęcze, tańczyły wokół siebie, opalizujące i wspaniałe, aż urosły do wielkości miast i wtedy po prostu wyblakły.

Gdy je przywołałam, dostałam w zamian nieznaczny i krzywy uśmiech.

– A, no tak. I co to właściwie było?

– Ważne, że nas nie zjadło. Tylko o to mi chodzi. Nawet nie próbowało. Lian, my nadal żyjemy. Mamy się nieźle, nawet lepiej niż nieźle, bo po zielonej stronie każdego wskaźnika, jaki przyjdzie ci do głowy. A do tego badamy galaktykę. Jak mogłaś zapomnieć, jakie to wspaniałe? Ludziom na Ziemi nawet by się nie marzyło to, co my widzieliśmy.

– Spełniamy niemarzenia. – Znów zachichotała. – Sunday, no fantastycznie po prostu.

Patrzyłam, jak to biomechaniczne spotwornienie znika za nami. Patrzyłam, jak w akwarium taktycznym migocze i aktualizuje się rój ikonek. Patrzyłam, jak płyty pokładu połyskują w słabym świetle z mostka.

– Dlaczego oni się do nas... po prostu nie odezwą? Nie powiedzą „cześć” od czasu do czasu? Albo choćby raz?

– Nie wiem. A ty? Przed wylotem przeleciałaś się może na Madagaskar, znalazłaś jakiegoś tupaja, podziękowałaś mu za pomoc?

– Nie rozumiem. O co ci chodzi?

– O nic. Po prostu... – Wzruszyłam ramionami. – Myślę, że mają teraz inne priorytety.

– To się powinno już skończyć. Mieli nas wezwać z powrotem wiele milionów lat temu. Nie... – Uciszyła mnie roztrzęsioną dłonią. – My nie mieliśmy lecieć w nieskończoność. Ile razy już oblecieliśmy ten zasrany dysk? – Rozłożyła szeroko ręce.

Szymp, nie rozumiejąc gestu, rzucił nam na tył mózgu obraz lokalnych gwiazd.

– Może tylko my zostaliśmy. A i tak dawno zdążyliśmy obstawić cały dysk tymi bramkami.

Teraz ja spróbowałam się zaśmiać.

– To duża galaktyka. Jeszcze sporo brakuje, parę kółek na pewno trzeba zrobić.

– I zrobimy. Możesz na to liczyć. Póki nie odparuje napęd, Szympowi nie skończy się prąd, a ostatni z nas nie zgnije w krypcie jak spleśniały owoc. – Obejrzała się na akwarium taktyczne, choć jego ekrany wyświetlały się także w naszych głowach. – Sunday, my skończyliśmy. Termin końca misji dawno minął. Eri nie była obliczona na tak długo. Ani my. – Westchnęła, powoli wypuściła powietrze. – Zdecydowanie zrobiliśmy wystarczająco dużo.

– Chcesz się zabić? To masz na myśli? – Naprawdę nie miałam pojęcia.

– Nie. – Pokręciła głową. – No nie. Skąd.

– To czego chcesz? Bo widzisz, jesteśmy tutaj. Gdzie indziej mogłybyśmy być?

– Na Madagaskarze na przykład? – Teraz, ni stąd, ni zowąd, się uśmiechnęła. – Może zostawili nam jakieś miejsce. Zaraz obok tupai.

– Na pewno coś zostawili. Sądząc po tym ostatnim, co go widzieliśmy.

– Rany, Sunday. – Jej twarz zapadła się w sobie. – Ja po prostu chcę do domu.

Podjęłam kolejną próbę kontaktu fizycznego.

– Lian... to jest...

– Naprawdę? – Chociaż tym razem mnie nie odgoniła.

– Żadnego innego miejsca nie mamy. Ziemia, nawet jeśli jeszcze istnieje, nie jest już nasza. My jesteśmy...

– Tupajami – wyszeptała.

– No tak. W sumie. Mniej więcej.

– A widzisz, to może mają gdzieś jeszcze wilgotną gorącą dżunglę, żebyśmy mogły się tam schować?

– Cała ty. Popieprzona optymistka. – A kiedy nie odpowiedziała, dodałam: – Budowa się skończyła, Lian. Pora się kłaść.

– Obiecuję ci: za parę tysięcy lat wszystko będzie wyglądać lepiej.

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Zważywszy, że a) jest to zaledwie nowela[4] i b) dzieje się tak daleko w przyszłości, że prawie wszystko i tak jest zrobione z handwavium, tym razem nie kończę książki pełnym naukowych przypisów esejem, które zwykłem doczepiać do moich grubszych powieści. Nie mógłbym jednak zlekceważyć i pominąć kilku osób, które ogromnie pomogły mi w osadzeniu techniki Diasporan w odrobinie realności, a nie całkowicie w domenie fantasy. Dr Peter Lorraine, z GE Global Research Center, w przerwie pomiędzy trzaskaniem kolejnych dotyczących laserów patentów, na których widnieje jego nazwisko, i całkowicie niezależnie od swojej działalności zawodowej, hojnie dzielił się ze mną swymi przemyśleniami z dziedziny techniki laserowej i fizyki wysokich energii, zwłaszcza gdy trzeba było ekstrapolować z wniosków zawartych w pracy Crane’a i Westmorelanda (ArXiv, 2009), pod tytułem Czy możliwe są statki międzygwiezdne napędzane czarną dziurą? (I proszę: jeden punkt bibliografii jest).

Straciłem rachubę godzin, które spędziłem z Rayem Neilsonem, dyskutując o sieciach komputerowych. Ray był nieco mniej bezinteresowny od dr. Lorraine’a, albowiem musiałem przekupić go znaczną ilością piwa, lecz i tak wyniosło mnie to bardzo tanio. „Hack” oparty na latencji zrodził się właśnie podczas jednego z takich piwnych wieczorów, zresztą podobno coś bardzo zbliżonego zdarzyło się naprawdę u zarania ARPANET-u – a więc wnioski były dobre, z piwem czy bez piwa. Mam nadzieję, że kiedy czytacie te słowa, Ray już zdążył wziąć się do odzyskania mojej linuxowej partycji.

I wreszcie Caitlin Sweet – zwana The BUG – która niewiele wie o fizyce czy informatyce. Za to o wiele, wiele lepiej ode mnie zna się na rozwoju postaci – i jej śladów jest pełno w każdym passusie tej opowieści, gdzie torturowane są dusze, a nie technologia.

Jestem ogromnym dłużnikiem Was wszystkich, choć ożenić się mogłem tylko z jedną ze wspomnianych osób.

4 Mimo że mój wydawca, a także standardy wydawnicze, mówią, że dzięki ostatniemu tysiącowi słów na dobre wkroczyłem w krainę powieści, będę się upierał, że to zaledwie nowela, i to przekonanie zabiorę ze sobą do grobu (przyp. aut.).

O autorze

Peter Watts (www.rifters.com) jest byłym biologiem morskim, który uparcie trzyma się resztek naukowego rygoru, dodając do swych powieści techniczne bibliografie. Jego debiutancka powieść, Rozgwiazda, była wyróżniona jako „New York Times Notable Book”, zaś czwarta – Ślepowidzenie – rozmyślania o użyteczności samoświadomości, które stały się lekturą obowiązkową na uniwersyteckich kursach, od filozofii po neurologię – dostała nominacje do licznych amerykańskich nagród i zdobyła ich dokładnie zero. (Za to zdobyła od cholery i trochę nagród zagranicznych, co sugeruje, że ich tłumacze mogą być lepszymi pisarzami niż sam Watts). Krótsze utwory także zostały nagrodzone w paru jurysdykcjach, przede wszystkim nagrodą Shirley Jackson (zapewne fani pożałowali go, bo w roku 2011 omal nie zmarł na martwicze zapalenie powięzi) oraz nagrodą Hugo (zapewne dzięki oburzeniu fanów po jego sprzeczce z amerykańską strażą graniczną w roku 2009). Ten drugi incydent przyniósł Wattsowi dożywotni zakaz wjazdu do Stanów – bo według prawa stanu Michigan popełnił „przestępstwo”, nie dość szybko zbierając się na nogi po ciosie pięścią w twarz – ale nie może powiedzieć, by jakoś szczególnie za tym krajem tęsknił. Szczególnie teraz. Utwory Wattsa przełożono na dwadzieścia języków – szczególnie popularny jest, zdaje się, w krajach mających za sobą epizod sowieckiej okupacji – wymieniają go też jako źródło inspiracji autorzy co najmniej kilku popularnych gier komputerowych. Razem ze swoim kotem Bananem (świętej pamięci) wystąpili w prestiżowym naukowym periodyku „Nature”. Parę lat temu na moment wrócił do nauki, żeby napisać rozprawę habilitacyjną z genetyki molekularnej, ale szło mu naprawdę słabo.

Od tłumacza

Dla ułatwienia podaję przeliczenie wielokrotności sekund na dzisiejsze ziemskie jednostki:

1 kilosekunda – 17 minut,

1 megasekunda – 12 dni,

1 gigasekunda – 32 lata,

1 terasekunda – 31 710 lat.

Za słowo „mięsuch” serdecznie dziękuję panu von Trompce.

I wreszcie: drogi Czytelniku, koniecznie zwróć uwagę na czerwone litery w tekście. I, cytując wyjaśnienie Wattsa: Sunday jest inżynierem ewolucyjnym, więc może umieścić introny nawet w genomie mitochondrialnym – który zresztą nadaje się lepiej, bo jego sekwencje się nie przetasowują.