Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Pojedynek uczuć ebook

Krystyna Mirek  

4.59259259259259 (27)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 396 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pojedynek uczuć - Krystyna Mirek

Jak jeszcze może zaskoczyć nas życie? Trzydziestoletnia Maja mieszka ze swoim synkiem Krzysiem w apartamencie kupionym za namową ojca dziecka, prezesa dobrze prosperującej firmy. Spełnia się zawodowo, od lat jest w trwałym związku, czy może zatem chcieć czegoś więcej? Może tylko tego, by ta sielanka trwała wiecznie, a przede wszystkim żeby nie okazała się złudzeniem…

"Pojedynek uczuć", napisany lekkim piórem, porusza ważne tematy. Humor, życiowa mądrość i akcja osadzona w realiach pracy w polskich firmach, które stawiają wiele kobiet przed trudnymi osobistymi wyborami. Lektura, która wzrusza i bawi, a jej bohaterowie na długo zostają w naszej pamięci.

Opinie o ebooku Pojedynek uczuć - Krystyna Mirek

Fragment ebooka Pojedynek uczuć - Krystyna Mirek

ROZDZIAŁ ‌1

Budzik zapiszczał cicho, ‌a Majka natychmiast ‌otworzyła oczy. Leżała przez ‌chwilę i wpatrywała ‌się w sufit.

Jej mózg startował ‌z trudem jak stary silnik ‌na korbę. Wcale ‌nie miała ochoty opuszczać ‌łagodnej ‌krainy ‌snu na ‌rzecz ‌twardej ‌rzeczywistości. Czuła się tak ‌zmęczona, jakby nawet ‌przez ‌minutę nie ‌zmrużyła ‌oka.

Ostrożnie podniosła się na ‌łokciu, próbując wyplątać ‌się z objęć śpiącego głęboko ‌Adama. Jasne ‌zadbane ‌włosy rozsypały ‌mu się na poduszce, ‌a gładka cera, pielęgnowana w ekskluzywnych ‌salonach, prezentowała się ‌doskonale. ‌Uśmiechał ‌się ‌lekko, pogrążony w głębokim śnie. ‌

Ona się ‌nie wyspała i daleko jej ‌było do ‌zadowolenia. ‌Od kilku dni martwiła ‌się finansami. Wiele ‌rachunków czekało ‌w zielonej ‌teczce na swoją kolej, ‌a po wypłacie nie było ‌już ani ‌śladu. Teraz ‌Adam powinien, jak ‌co miesiąc, dołożyć się ‌do wspólnego gospodarstwa. ‌

Wczoraj ‌wieczorem postanowiła go o to ‌poprosić, ‌ale tak ‌kierował rozmową, że straciła ‌odwagę. Nie ‌chciała stawiać ‌sprawy na ostrzu noża, ‌żeby nie spowodować ‌kłótni, której ostatnio ‌bała ‌się coraz bardziej. Zmieniła ‌więc temat i spróbowała innej ‌metody.

Założyła do snu ‌tylko parę ‌kropel dobrych perfum ‌jak Marilyn Monroe i przez ‌pół nocy dawała z siebie ‌wszystko, by Adam ‌mógł ‌zasnąć z tym ‌wyrazem doskonałej ‌błogości na twarzy. Miała ‌nadzieję, że ‌dzięki temu obudzi się ‌w lepszym humorze.

Odpocząć ‌już nie zdążyła. ‌

Westchnęła głęboko, zmobilizowała cały ‌hart ‌ducha i podniosła się z pościeli. ‌Musiała sobie przypomnieć, że jest naprawdę zadowolona ze swojego życia, w przeciwnym razie wpadłaby w jakieś nieopanowane przygnębienie, a przecież nie było ku temu powodu.

W końcu szczęśliwa kobieta ma być szczupła, spełniona zawodowo, zakochana we wspaniałym mężczyźnie i koniecznie powinna urodzić dziecko, o którym będzie opowiadać, że jest sensem jej życia.

Majka mogła spokojnie odhaczyć wszystkie punkty. Z natury była drobnej budowy i bez większego wysiłku utrzymywała smukłą sylwetkę, skończyła prestiżowy handel zagraniczny na dobrej warszawskiej uczelni i od razu dostała pracę, wprawdzie na stanowisku sekretarki, ale za to w dużej firmie z międzynarodowymi kontaktami.

Adama poznała rok później, szybko zmienili status na „w związku” i rozpoczęli wspólne życie. Była to historia, którą Maja często opowiadała, dumna, że spotkała ją taka romantyczna miłość. Adam wydawał jej się zawsze współczesnym amantem z dziewiętnastowiecznych romansów. Przybył, padł rażony miłością i teraz powinno nastąpić słynne: „żyli długo i szczęśliwie”.

Tylko że jakoś nie następowało.

Za to w ich życiu pojawił się Krzyś, stanowiąc spore zaskoczenie, zwłaszcza dla ojca. Antykoncepcja była chlebem powszednim Adama, a prezerwatywy stałym wyposażeniem kieszeni.

Na szczęście Krzyś był bardzo grzecznym i mało chorującym dzieckiem. Wpasował się gładko w ich codzienność, stanowiąc ostatni element życia pełnego sukcesu.

Maja spojrzała na biały sufit sypialni ozdobiony drogą designerską lampą. Żołądek miała skręcony z nerwów. Oczy zamykały się same, a cały organizm wielkim głosem wołał o odrobinę snu, spokoju i odpoczynku. Jej ciało nie dawało się zwieść romantycznym opowieściom o idealnym życiu. Jasno wskazywało na skrajne przemęczenie, stres i smutek. Ostatnio wciąż chciało jej się płakać.

Westchnęła na samą myśl o śniadaniu i rozmowie, której nie mogła już, wzorem ostatnich dni, przełożyć na jutro. Był dziewiąty dzień miesiąca, najbardziej znienawidzony ze wszystkich. Dziesiątego musiała nieodwołalnie zapłacić ratę kredytu we frankach (oby ich upadek był bliski), rachunek za przedszkole, telefon, internet, kablówkę, angielski synka, wycieczkę do zoo, którą miała pod koniec miesiąca odbyć jego grupa, a także kupić dziecku buty, kurtkę i spodnie.

Swoją wypłatę wydała już w znacznej części na jedzenie i ostatnią weekendową wyprawę na konie, które były pasją Adama. Należy dodać, że dość drogą. Płaciła wtedy za wszystko, dlaczego więc teraz zwijała się na samą myśl, że będzie musiała prosić swojego chłopaka o pieniądze? Co się stało, że zrobiło się nagle tak ciężko, a zwykła kiedyś wymiana zdań zaczęła urastać do rangi wielkiego problemu?

Wstała. Wsunęła stopy w miękkie, puszyste kapcie i skupiła się na tym przyjemnym wrażeniu. Złe myśli, obawy i niedobre przeczucia musiała odsunąć jak najdalej, żeby mieć siłę i dostatecznie dużo inteligencji, by właściwie rozegrać czekającą ją rozmowę.

Wzięła kilka głębokich wdechów i uśmiechnęła się do swoich strachów.

Będzie dobrze – postanowiła z wrodzonym optymizmem.

Wierzyła w moc pozytywnego myślenia, w siłę wypowiadanych z wiarą słów. Jej półki uginały się od poradników uczących, jak osiągnąć spełnienie zawodowe i prywatny sukces.

Jest dobrze, jestem szczęśliwa – powtarzała, próbując zaczarować rzeczywistość. – Od roku Adam płaci tę ratę – tłumaczyła własnej podświadomości, starając się zabić kiełkujące tam rozliczne obawy. – Od czterech lat dokłada się do codziennych wydatków. Dlaczego w tym miesiącu miałoby być inaczej? W końcu kupno trzypokojowego mieszkania w ścisłym centrum Krakowa za oszałamiającą cenę skredytowaną we frankach (oby ich kurs sięgnął dna) to był jego pomysł.

Zawinęła się w szlafrok i przybrała dziarską minę. Spojrzała w lustro. Wyglądała nie najgorzej, długie jasnobrązowe włosy spływały jej po plecach, brązowe oczy, mimo iż wyraźnie podkrążone, patrzyły z właściwym sobie ciepłem. Kusa koszulka, którą założyła nad ranem, podkreślała ładny dekolt. Uśmiechnęła się jeszcze raz do swojego odbicia. Szerzej i promienniej.

Uruchomiła zapasy energii i wyprostowała ramiona.

– Jestem spełnioną, szczęśliwą kobietą – powtórzyła. – Niczego mi w życiu nie brakuje.

Wierzyła w to, co mówi, ale strach przyczajony na dnie serca pozostał, skronie pulsowały, a skręcony żołądek bolał coraz mocniej.

Odwróciła się od lustra i spojrzała na charakterystyczną, dobrze znajomą wypukłość pod kołdrą. W dole łóżka, na samym brzegu, zwinięty w kłębek, zajmując najmniej miejsca, jak tylko się dało, spał Krzyś, jej czteroletni synek. Znowu, mimo licznych napomnień, wyszedł w nocy ze swojego łóżeczka i wślizgnął się pod kołdrę rodziców.

Majka była z tego powodu w prawdziwej kropce. Z jednej strony serce wyrywało jej się do dziecka. Mogło jeszcze nie być gotowe na spanie w osobnym pokoju, ale z drugiej strony starała się zrozumieć argumenty Adama, który chciał czuć się w sypialni swobodnie.

Westchnęła po raz kolejny i, ziewając rozdzierająco, poszła do łazienki. Umyła się pospiesznie i czym prędzej zajęła śniadaniem. W lodówce miała lekko podpieczone drożdżowe bułki. Włożyła je do piekarnika, włączyła termoobieg, a następnie uruchomiła ekspres.

Po kwadransie upojny zapach bułek i świeżej kawy niósł się po mieszkaniu, dokładnie tak, jak to zaplanowała. Ale obaj jej mężczyźni, zakopani w kołdrach, nawet nie drgnęli. Majka wzięła więc delikatnie Krzysia na ręce i wyniosła ostrożnie z sypialni, żeby nie denerwować Adama. Dopiero w pokoju dziecinnym zaczęła budzić synka.

Kiedy umyte już dziecko wkładało z mozołem skarpetki, starając się nie spaść z wysokiego taboretu, a Majka nalewała kawę do kubków, w kuchni pojawił się Adam. Uśmiechnął się do ładnie wypieczonych bułek i parującej kawy. Na widok ojca Krzyś zerwał się z krzesła i, gubiąc skarpetkę, przytulił się mocno do jego boku. Adam potargał mu nieuważnie włosy, pocałował w czubek głowy i skierował z powrotem w stronę krzesła.

– Jedz, synku, szybciutko śniadanie – powiedział. – Bo mama spóźni się do pracy.

Maja, która jeszcze w szlafroku, bez śladu makijażu i we fryzurze pozostawiającej wiele do życzenia myła deskę do krojenia, przekonana, że Adam odwiezie dziecko do przedszkola, odwróciła się gwałtownie od zlewu. Już miała w kilku mocnych słowach powiedzieć, co myśli, gdy znów przypomniała sobie czekającą ją rozmowę. Wzięła więc tylko głęboki oddech, uśmiechnęła się i w znaczącym stopniu złagodziła cisnące się jej na usta środki wyrazu.

– Nie odprowadzisz go dzisiaj? – zapytała łagodnie.

– Nie – odparł Adam lekkim tonem. – Mam po południu naradę, muszę się przygotować.

– Nic nie mówiłeś, że masz naradę – zdenerwowała się Majka. – O której wrócisz? Ja muszę zostać w pracy dłużej, Krzysia trzeba odebrać o siedemnastej, a wiesz, że Kinga w piątki nie przychodzi…

– Nie wiem, kiedy wrócę – przerwał jej Adam, przełknął łyk kawy i sięgnął po następną bułkę. – Zdajesz sobie sprawę, jakie są u nas realia. Nawet ja – uśmiechnął się z powodu słabo skrywanej dumy ze swojego stanowiska pracy – nie jestem w stanie przewidzieć, jakie padną pytania w panelu dyskusyjnym i ile to potrwa. Poza tym… – Ugryzł z lubością wielki kęs. – Prześpię się dzisiaj u siebie. Więc po południu też małego nie dam rady przywieźć. To oczywiste.

Krzyś dłubiący bez apetytu bułkę zamarł w połowie ruchu.

Majka nie zwróciła na to uwagi.

– Nie będę was budził po nocy i sam też lepiej odpocznę – tłumaczył dalej Adam. – To w końcu twoje mieszkanie, masz prawo do prywatności.

Majka miała ochotę uderzyć go w twarz.

Rychło w czas mu się przypomniało – pomyślała ze złością.

Mieszkanie było rzeczywiście jej własnością, bo połowa kwoty, którą za nie zapłaciła, pochodziła od siostry i była rekompensatą za dom rodzinny. Ale to Adam namówił Majkę, by kupić tak drogie i duże lokum, to dla niego zamówili miejsce w podziemnym garażu, to on był w swojej firmie prezesem i twierdził, że poniżej pewnego poziomu nie da się mieszkać. I to on od roku spłacał kredyt we frankach (oby padły i nigdy się nie podniosły), zaciągnięty po to, by sprostać tym wymaganiom. Ostatnio jednak ociągał się z tymi świadczeniami, co Majkę doprowadzało na skraj załamania. Teraz też była pewna, że uwaga o własności mieszkania nie jest przypadkowa.

– Dobrze, odbiorę Krzysia – spróbowała załagodzić sytuację. – Ale wróć na noc – poprosiła. – Przynajmniej jutro spędzisz z nim trochę czasu.

Krzyś skulił się przy stole jeszcze bardziej. Maja spojrzała na niego, jak zawsze w takim przypadku zaskoczona, że dziecko, które nie słyszało w swoim życiu ani jednej porządnej awantury i nie wiedziało, co to kara fizyczna, reagowało, jakby było regularnie bite. Teraz też chłopczyk zgarbił się i w napięciu czekał na odpowiedź ojca, jakby się bał, że ten zaraz go uderzy. Majka z trudem ukrywała rosnące zdenerwowanie.

– Moja droga – rzekł Adam, bez pośpiechu popijając kawę. – Zobaczę, co się da zrobić. Podejdźmy do tego tematu spokojnie. Ja mam swoje życie, ty masz swoje. Jak się uporam z bieżącymi sprawami, wpadnę.

Krzyś gwałtownie odwrócił głowę w stronę okna. Wyglądał, jakby właśnie dostał w twarz.

– A rata za mieszkanie? – nie wytrzymała Majka. – Wszystkie opłaty?

Adam dopił ostatni łyk, odstawił filiżankę na spodeczek, wstał, poprawił mankiety nieskazitelnej koszuli, którą mu Majka wczoraj wyprasowała i, nie zważając na wręcz materializujące się napięcie, włożył powoli marynarkę i zacisnął krawat. Gdyby nie obecność syna Majka zaczęłaby krzyczeć i rzucać filiżankami po tej cholernie drogiej kuchni, którą Adam sam zaprojektował i zamówił. Jego spokój całkowicie wyprowadzał ją z równowagi.

– Coś ci dzisiaj prześlę – odezwał się w końcu, całując ją w policzek. – Cześć, synku – rzucił w stronę Krzysia. – Sprawuj się dobrze, niedługo wrócę.

Nie czekając na odpowiedź Majki, której po prostu dech zaparło w piersiach, wyszedł. Z przedpokoju zabrał swoją torbę z laptopem, brzęknęły jeszcze klucze, po czym Maja i Krzyś usłyszeli szczęk zamykanych drzwi.

To by było na tyle – pomyślała Majka, odwracając się, żeby ukryć trzęsący się podbródek. – Nic nie wiem. Ile mi prześle pieniędzy, kiedy wróci i co zrobić z dzieckiem dzisiaj wieczorem?

Jej szef również zaplanował konferencję i też nie był w stanie, a nawet nie próbował określić, ile to potrwa. On miał czasu pod dostatkiem, a plany pracowników nie stanowiły dla niego żadnej wartości.

Bardzo chciało jej się płakać, ale skulony przy stole synek i późna godzina uświadomiły jej, że nie może sobie pozwolić nawet na ten mały komfort.

Włożyła Krzysiowi brakującą skarpetkę, spakowała plecaczek, po czym ubrała się w pośpiechu i wyszła na słoneczną ulicę, a towarzyszyły jej niewesołe myśli. Odwracała wzrok od ojców idących w stronę przedszkola z dziećmi oraz tych nielicznych szczęśliwców, którzy odprowadzali dzieci we dwoje.

Najbardziej denerwowali ją ci rodzice, którzy nieśli w woreczkach kasztany. Widocznie mieli czas, by zbierać je ze swoimi pociechami. Maja uwielbiała kasztany, a jednak w tym roku nie udało jej się znaleźć ani jednej wolnej chwili, by pójść z synkiem do pobliskiego parku i poszukać tych skarbów, a o wspólnym robieniu kasztanowych ludzików mogła tylko pomarzyć.

„Masz to, na co godzisz się” – tłukły jej się po głowie słowa zasłyszanej gdzieś piosenki, której autora nie mogła sobie przypomnieć.

Łatwo powiedzieć. Nie godziła się przecież na tę sytuację. To wszystko nie tak miało wyglądać. Chciała czegoś zupełnie innego. Mężczyzny, który będzie ją kochał i wspierał, a nie takiego, z którym trzeba cały czas walczyć o okruchy zainteresowania. O ochłapy uczuć.

Ale jak miała zaprotestować? Adam nie lubił kłótni. Po każdej wymianie zdań, która mu nie odpowiadała, wyprowadzał się na kilka dni do swojego mieszkania, a ona zostawała z tęskniącym dzieckiem, wyrzutami sumienia i wszystkimi finansowo-organizacyjnymi problemami dnia codziennego.

Z przykrością uświadomiła sobie, że wciąż jest w tym związku stroną walczącą. To jej bardziej zależy i to ona musi się starać.

Wobec mężczyzny, któremu zależy mniej, kobieta jest zupełnie bezradna. Taki mężczyzna, gdy zostanie przyparty do muru, po prostu odejdzie. I co wtedy? Nie chciała nawet myśleć o takiej możliwości. Całe je życie rozsypałoby się wtedy jak kasztany z rozerwanego woreczka.

Wpadła z impetem do przedszkola.

Jak zwykle bardzo się spieszyła. Nie miała czasu stanąć nawet na chwilę w szatni, by porozmawiać z innymi mamami, czy nawiązać jakąś relację skutkującą zaproszeniem na kawę i wspólną zabawą dzieci. Krzyś nie uczestniczył w takich spotkaniach i nikt go nie odwiedzał. Maja miała zajęte wszystkie popołudnia, a opiekunka, wynajęta na godziny przez Adama i przez niego opłacana, odmówiła pilnowania obcych dzieci.

Najgorsze było to, że w niektóre dni, na przykład w piątki, nie chciała pilnować nawet Krzysia, co Majce całkowicie dezorganizowało plan dnia i zmuszało do karkołomnych kombinacji, żeby pogodzić pracę z opieką nad dzieckiem. Często jej mama jechała specjalnie spod Katowic, żeby w to jedno popołudnie zostać z wnukiem.

Adam doskonale o tym wiedział. A jednak nie chciał się zgodzić na żadną zmianę i Maja, jak zwykle w tym momencie rozważań, poczuła bolesny skurcz serca. Opiekunka była bardzo atrakcyjna.

Pocałowała pospiesznie synka w czoło i podejrzliwym wzrokiem obrzuciła zgromadzone w przedszkolu kobiety. Kiedy się jest w związku z przystojnym i bogatym prezesem dużej firmy, człowiek nie zna dnia ani godziny. Każdego ranka w kolejce ustawia się gotowa na wszystko, młoda i zdeterminowana konkurencja.

Zostawiła Krzysia w sali i z obrazem jego opuszczonych bezradnie ramion przed oczami pobiegła do pracy. Do siódmej zostały jeszcze tylko trzy minuty.

* * *

Wpadła do biura w ostatniej chwili. Drzwi do gabinetu prezesa były otwarte i jego pełen potępienia wzrok przeszył Majkę do głębi. Wszyscy inni byli już na stanowiskach. Prezes Burski przychodził do pracy o szóstej i cenił wysoko tych, którzy również pojawiali się skoro świt, a wychodzili o wiele później, niż zakładała umowa i ustalone godziny pracy. Oczywiście nienagannie uczesani i ubrani w dobrze skrojone garnitury lub pastelowe bluzki, a nie z potarganymi włosami i bardzo pospiesznie wykonanym makijażem.

Majka schowała się szybko za wysokim kontuarem oddzielającym jej biurko od części sekretariatu przeznaczonej dla klientów. Skuliła się nad papierami, starając się zniknąć z pola rażenia szefa, wypalającego skoncentrowaną naganą wzrokową dziury w jej zwyczajnym niebieskim sweterku.

Schylona nad biurkiem powoli uspokajała oddech i dyscyplinowała rozpierzchnięte na wszystkie strony myśli.

Nagle na blacie pojawił się cień. Majka podniosła głowę i zobaczyła twarz szefa pochyloną bardzo nisko. Znała ten widok na pamięć, z zamkniętymi oczami potrafiłaby namalować każdą zmarszczkę na jego czole, odcień ciemnych zmrużonych oczu i zawsze niezadowolony grymas wąskich ust.

Leon Burski uśmiechnął się krzywo i położył jej na biurku spory stos papierów. Drugi, niewiele mniejszy czekał tam już od wczoraj. Były to sprawy, których nie zdążyła załatwić w poprzednich dniach oraz te, które szef dołożył jej wieczorem lub rano.

Te stosy śniły jej się po nocach. Rzeczywiste, w postaci dokumentów i wirtualne złożone z długiej listy nieodebranych maili. Nigdy się nie kończyły. Obojętnie jak szybko pracowała, ile papierzysk brała do domu, kartek i wiadomości wciąż przybywało, a jej tempo załatwiania spraw szef wciąż oceniał jako słabe.

Prezes zniknął bez słowa w swoim gabinecie i na szczęście zamknął drzwi. Dzięki temu mogła uspokoić myśli i podjąć próbę skoncentrowania się na problemach zawodowych, prywatne usuwając w zakamarki świadomości. Zabrała się do pracy. Mimo jej porannych wstrząsów i wszystkich osobistych zmartwień firma musiała funkcjonować, a stos papierów maleć.

Sięgnęła po pierwszą część. Były to podania o pracę. Na czternastą szef zaplanował rozmowy kwalifikacyjne. Zanim zaproszono kandydata, Maja przeprowadzała wstępny wywiad przez telefon, a potem zapisywała uwagi odręcznie na podaniach. Prezes Burski najbardziej cenił pracowników, którzy mieli kredyt we frankach szwajcarskich, żonę w ciąży (najlepiej drugiej lub trzeciej) albo byli singlami z mnóstwem czasu i gorącym pragnieniem awansu. Każda z tych grup stanowiła niewyczerpane źródło białych niewolników.

Pierwsi robili wszystko, czego szef zażądał, ze strachu przed utratą dachu nad głową, drudzy dla dobra rodziny, a ostatnich mamiło się perspektywą podwyżki, która nigdy nie następowała, a kiedy pracownik tracił cierpliwość i zaczynał kojarzyć zbyt wiele faktów, wymieniało się go na nowszy model.

Ten surowy, czasem wręcz okrutny system sprawiał, że firma rozwijała się w świetnym tempie. Za jaką cenę? Tego pytania prezes Leon Burski sobie nie zadawał.

Rekrutacja to było zajęcie, którego Maja nie lubiła najbardziej. Produkująca soki owocowe firma, o aluzyjnej nazwie Leovita SA, zatrudniała około dwustu osób. Duża rotacja sprawiała, że rozmowy kwalifikacyjne odbywały się tutaj prawie co tydzień. Zawsze według takiego samego schematu. Najpierw pełni nadziei, stremowani kandydaci dokładali wszelkich starań, by zrobić jak najlepsze wrażenie, potem ci, którym się udało, wybiegali w euforii świętować sukces, a kilka miesięcy później zmęczeni, wypaleni, niejednokrotnie ze zrujnowanym życiem osobistym wyżalali się w sekretariacie.

Leon Burski był twardym zawodnikiem, sam pracował ciężko, nie pozwalał sobie na najmniejszą słabość i tego samego wymagał od pracowników. Kto miał trochę odwagi lub oszczędności, zwalniał się, zmieniał pracę lub wyjeżdżał za granicę, opowiadając potem na prawo i lewo mrożące krew w żyłach historie o warunkach pracy w Leovicie i kosmicznych wymaganiach szefa.

Od lat prezesowi Burskiemu wróżono upadek, przewidywano, że nie znajdzie kolejnych chętnych do morderczej pracy po dwanaście godzin dziennie. Ale kryzys, dobroczyńca wszystkich pracodawców, sprawiał, że teczka z podaniami pęczniała każdego dnia coraz bardziej. Pracownicy byli jak mrówki, jak ziarna piasku. Wystarczyło się schylić, by sięgnąć dłonią po kolejną garść. Przychodzili, odchodzili, a firma cały czas parła do przodu.

Tego dnia także, jeszcze sporo przed czternastą, wystrojeni i zdenerwowani kandydaci przechadzali się po korytarzu. Szefa jeszcze nie było. Wyszedł w porze obiadowej i nie zadzwonił z informacją, kiedy wróci. Maja bała się, że zapomniał o umówionych spotkaniach, ale nie mogła o to zapytać. Sprawa była zbyt błaha, a ona miała prawo dzwonić tylko w ważnych. Czas innych dla prezesa nie miał wartości. Zdarzało się, że kandydaci czekali całe godziny, aż Burski znajdzie dla nich chwilę. Często robił to specjalnie, żeby od razu wskazać nowym pracownikom właściwe miejsce w szeregu.

Maja, pełna empatii, zaproponowała im kawę i zaprosiła do firmowego barku, ale żaden nie miał odwagi ruszyć się z miejsca. Obserwowali, jak sekretarka uwija się w ukropie, żeby zdążyć przygotować dzisiejszą konferencję i załatwić jak najwięcej spraw przed powrotem szefa, a w ich oczach była zazdrość i tęsknota za pracą, za stałym zajęciem porządkującym sens dnia, dającym poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości. Spojrzała na nich ze współczuciem. Bezrobocie to ciężkie doświadczenie, wiedziała coś o tym.

Jeden z mężczyzn sprawiał wrażenie szczególnie przejętego. Wysoki, szczupły o jasnych szczerych oczach i trochę nieśmiałym uśmiechu. Majka zerknęła na przygotowane podania. Poznała go na zdjęciu. Nazywał się Adrian Zawadzki. Należał do kategorii drugiej, miał małe dziecko oraz żonę w ciąży i, jak sam nieopatrznie przyznał w czasie wstępnej rozmowy, otrzymanie tej pracy stanowiło dla niego sprawę życia i śmierci. Krążył wokół biurka Majki, niecierpliwie zaplatając palce.

– Czy to możliwe, że pan Burski się spóźni? – zapytał w końcu, nie wytrzymując już chyba tego napięcia, bo wskazówka zegara dawno przekroczyła godzinę czternastą, a oni, zgodnie z wytycznymi prezesa, nie otrzymali żadnej informacji.

– Tak – odpowiedziała uprzejmie Maja, jednocześnie pakując dokumenty do teczek szybkimi wyćwiczonymi ruchami. – Czasem zatrzymują go jakieś nieprzewidziane ważne sprawy.

Hot dog na mieście, spotkanie z kumplem albo kolejna panienka do towarzystwa – pomyślała ze złością, ale nie dała tego po sobie poznać.

Mężczyzna skłonił głowę z szacunkiem.

– Rozumiem – powiedział. – W takiej dużej firmie na pewno prezes ma pełne ręce roboty. – Zrobił kolejne okrążenie i wrócił. – Spieszę się do żony – powiedział cicho. – Została sama z synkiem, a nie może chodzić, bo druga ciąża jest zagrożona. Tylko jak to wytłumaczyć dwulatkowi? – Uśmiechnął się. – To wulkan energii.

– A kto się nią będzie opiekował, kiedy pan dostanie pracę? – zainteresowała się Maja, zanim zdążyła przypomnieć sobie, że szef zabronił spoufalania się z kandydatami i przekazywania im informacji na temat przyszłej pracy.

Mężczyzna rozpromienił się i złapał dłońmi za blat biurka, pochylając się w jej stronę.

– Myśli pani, że mam szansę? – zapytał, wpatrując się w nią w napięciu. – Proszę odpowiedzieć, to dla mnie naprawdę bardzo ważne.

– Nic nie mogę obiecać – zdenerwowała się Maja, bo gdyby Burski słyszał tę rozmowę, obciąłby jej premię. – Zawsze szef decyduje sam.

– Tak, rozumiem. – Mężczyzna westchnął i zacisnął dłonie. – Wie pani, jak ciężko o pracę, a Leovita zatrudnia na umowę i płaci regularnie.

Zamilkł na chwilę, po czym powiedział:

– W poprzedniej firmie jeździłem tirem, szef płacił mi, jak miał pieniądze. Czasem nawet dwa miesiące musiałem czekać na wypłatę. A w domu małe dziecko. Teraz jest jeszcze gorzej. Żona nie może pracować, a mój były szef przestał dzwonić ze zleceniami. Zalega mi trzy wypłaty, więc się nie odzywa.

Westchnął znowu i spojrzał jej w oczy.

– Muszę dostać tę pracę. Nie mamy już wcale pieniędzy i pożyczyliśmy od wszystkich, którzy mogli nam pomóc. Jeżeli tu się nie uda, będę musiał wyjechać… – Odwrócił wzrok. – I zostawić ich samych – dokończył, a Majce coś ścisnęło serce.

Poczuła ogromną sympatię do tego mężczyzny, który tak bardzo pragnął być ze swoją rodziną. W przeciwieństwie do wielu drani, którzy mogliby, a nie chcą. Jednak właśnie ten jest skazany na klęskę. Wiedziała, że stoi na przegranej pozycji. Bo o pogodzeniu pracy w firmie Leovita SA z życiem rodzinnym nie było mowy.

Zastanawiała się, czy powinna mu o tym powiedzieć, ryzykując, że sama wyleci za zlekceważenie polecenia szefa, ale nie zdążyła podjąć decyzji. Leon Burski wrócił do biura.

* * *

Pojawił się o wpół do trzeciej, poprosił kandydatów do siebie i w pięć minut załatwił sprawę. Wszyscy pomyślnie przeszli rozmowę. Szczęśliwi pobiegli świętować sukces, nieświadomi jeszcze tego, co ich czeka w najbliższym czasie, a Burski pojawił się w sekretariacie.

– Materiały na konferencję gotowe? – zapytał podniesionym głosem.

Majka od razu się zdenerwowała, choć materiały, nad którymi w ogromnym pośpiechu pracowała od rana, leżały posegregowane i ładnie spięte.

– Tak, panie prezesie – odpowiedziała.

– Wydruki dla kierowników?

– Spakowane w teczki. – Majka podała stos pełnych dokumentów teczek.

Burski wziął je od niej bez słowa.

– Dzwoniłaś do prawników? – zapytał.

– Tak, oczywiście, będą. – Majka lekko pobladła, lista spraw załatwionych powoli zbliżała się do końca i dobrze wiedziała, co nastąpi za chwilę.

– Prezentacja gotowa?

– Tak, szefie, zgrana na pendrive’a.

Prezes zrobił pauzę, na chwilę się odprężył i coś na kształt bardzo mglistego wyrazu zadowolenia pojawiło się na jego twarzy.

– A jak tam sprawa tej czeskiej sieci sklepów? – zapytał troszkę łagodniej. – Przesłaliście już naszą ofertę?

– Jeszcze nie, dopiero dzisiaj znalazłam tłumacza. Czesi chcą to mieć w swoim języku. Będzie gotowe na jutro.

– Jak to na jutro? – Najeżył się Burski. Bardzo nie lubił tego sformułowania i Majka o tym wiedziała.

– Szybciej się nie da – dolała oliwy do ognia, wypowiadając kolejne znienawidzone przez prezesa zdanie.

– Wszystko można! – ryknął na pół firmy. – Jeśli się tylko chce. Sam pracować nie mogę, potrzebuję zespołu. A tu jak zwykle fuszerka. Zostawiam was na chwilę samych i już nic niezałatwione. Nie chcę słyszeć żadnych wymówek, oferta ma być wysłana dzisiaj.

Spojrzał na stos papierów.

– To też, mam nadzieję, w końcu zniknie z tego biurka. Chciałbym choć raz zobaczyć efekty twojej pracy.

Maja zagryzła wargi do krwi.

– Oczywiście, panie prezesie.

Burski wyszedł z firmy i znów nie powiedział, na jak długo. Majka wysłała sygnał do księgowości, że bossa nie ma, po czym przyspieszyła i tak już szaleńcze tempo pracy.

Dopiero po godzinie złapała tłumacza języka czeskiego, który zgodził się do wieczora opracować trzydziestostronicowy folder. W znajomej drukarni ubłagała natychmiastowy skład i druk na wieczornej zmianie. Potem kurier, też nawykły do nietypowych zleceń firmy, zgodził się odebrać gotowy produkt z drukarni i wysłać do adresata. Cała operacja była bardzo karkołomna. W tym wymuszonym planie działania nie było czasu na sprawdzenie czegokolwiek, na zastanowienie czy poprawki, a jednak odpowiedzialność pełna. Jeżeli gdziekolwiek wkradnie się błąd, Majka odpowie za niego jako pierwsza.

Westchnęła tylko i potarła czoło dłonią, w brzuchu jej zaburczało, ale nie mogła sobie teraz pozwolić na przerwę. Sięgnęła po kolejną kartkę. Reklamacja z sieci supermarketów z powodu spóźnionej dostawy. Sprawa bardzo skomplikowana, wymagała umiejętności mediacji, wykonania licznych telefonów, zajmie przynajmniej dwie godziny. A kartka jest taka cienka, jej załatwienie zmniejszy stos zaledwie o milimetr. Włożyła ją pod spód i wzięła do ręki kolejną. Ubezpieczenie firmowych samochodów.

Do księgowości – postanowiła, odkładając do specjalnego pojemnika. To przynajmniej poszło szybko.

Następna kartka – wypowiedzenie dla dotychczasowego dostawcy jabłek. Widniał na nim dopisek szefa: „Zanim wyślesz, znajdź tańszego”. Łatwo napisać, trudniej wykonać. Ostatni dostawca przeklinał firmę Leovita przy każdej okazji i we wszystkich trzech językach, w jakich znał brzydkie wyrazy. Twierdził, że jest zmuszony do sprzedawania towaru znacznie poniżej kosztów produkcji. Majka doskonale zdawała sobie sprawę, że mówił prawdę.

Tego też nie miała ochoty załatwiać, ale dalsze chowanie głowy w piasek było bez sensu. Otwarła laptopa i rozpoczęła poszukiwania naiwnego, który, zmamiony obietnicą stałego odbioru, zgodzi się na złodziejską cenę proponowaną przez Burskiego.

„Masz to, na co godzisz się” – wróciły do niej słowa piosenki.

Co za durny tekst – pomyślała. – Nikt nie pyta mnie o zgodę. I nie mam żadnego wyboru.

Ściśnięta między dwoma prezesami jak nadzienie w naleśniku, jednemu próbowała dogodzić w domu, drugiemu w pracy i mimo że starała się maksymalnie, ani w jednym, ani w drugim przypadku nic nie wychodziło tak, jak powinno.

Skupiła myśli na pracy. Wyglądało na to, że nie ma szans, by skończyć dzisiaj przed dwudziestą. Na pewno uda się na chwilę wyskoczyć, by odebrać Krzysia z przedszkola i zaprowadzić do domu, ale co dalej? Jeżeli nie pojawi się na konferencji, prezes zwolni ją bez chwili zastanowienia. Była już dostatecznie często świadkiem takich sytuacji, by wiedzieć, że jej obawy są prawdziwe. Tylko co zrobić z Krzysiem?

Wyciągnęła komórkę i, nie bacząc na to, że upływają jej właśnie bardzo cenne minuty przeznaczone na załatwianie spraw, z których zostanie za chwilę rozliczona, zadzwoniła do mamy.

– Cześć, kochana, dobrze, że dzwonisz. – Stefania Borowiec mówiła głosem tak ciepłym, że Majce łzy stanęły pod powiekami. Ostatnio wystarczył byle powód i już płakała. – Co słychać? Jak tam Krzyś? Zdrowy? – pytała mama.

– Tak, ale mam problem – od razu przeszła do rzeczy. – Muszę wrócić do pracy, a nie mam z kim zostawić Krzysia. Nie dałabyś rady przyjechać? – zapytała z nadzieją.

– Dzisiaj nie ma szans. Twoja siostra ma jakieś spotkanie i muszę zostać z dzieciakami, ale nie przejmuj się tak bardzo. Adam z pewnością coś wymyśli, w końcu sam jest własnym szefem, może się wcześniej wypuścić z pracy. – Mama roześmiała się z własnego dowcipu, nie mając pojęcia, jaką przykrość sprawia córce.

– Też mają dzisiaj jakieś spotkanie wieczorem – odpowiedziała Majka, siląc się na spokój i beztroskę. Nie była w stanie powiedzieć mamie całej prawdy.

– A ta wasza Kinga? Dlaczego ona ma piątki wolne? Wspomnisz moje słowa, nie podoba mi się ta dziewczyna. Co to za porządki, żeby opiekunka do tego stopnia stawiała warunki? Zadzwoń do niej.

Majka nie odezwała się, dobrze wiedziała, że Kinga nawet nie odbierze telefonu.

– Czyli ty nie możesz na pewno? – upewniła się, mając jeszcze słabo tlącą się nadzieję, że może jednak mama coś wymyśli.

– Absolutnie nie – Stefania odpowiedziała stanowczo. – Ale Adam z pewnością ci pomoże, przy jego możliwościach taki problem to pestka.

Majka miała co do tego sporo wątpliwości, ale zachowała je dla siebie.

– Gdybyście się pobrali – kontynuowała mama. – Mogłabyś w ogóle zrezygnować z pracy. Adam przecież świetnie zarabia. Wszystkie wasze problemy same by się rozwiązały.

– Pa, mamo – przerwała jej Maja. – Muszę kończyć, jestem w biurze. – Rozłączyła się ze ściśniętym gardłem, nie dając mamie szansy na odpowiedź.

Nie miała siły tłumaczyć, że o ślubie marzy od pięciu lat, ale straciła już nadzieję na oświadczyny. Adam wprowadził się do niej, choć nadal miał własne mieszkanie i oddzielne konto w banku. Urodził im się synek, żyli właściwie razem, ale o małżeństwie nigdy nie było mowy, mimo że wiele razy próbowała delikatnie poruszyć ten temat. Nigdy też nie usłyszała jakiejś wyraźnej deklaracji, wyznania miłości.

Nie rozmawiali o przyszłości. Na początku sądziła, że to taki stan przejściowy, teraz powoli docierało do niej, że lepiej już nie będzie. Lepsze jutro już było, jak mówi przysłowie, a perspektywy na przyszłość rysowały się raczej w ciemnych niż jasnych barwach. Adam wymykał się jej rąk z każdym dniem coraz bardziej.

Cenne minuty upływały, niezałatwione sprawy służbowe czekały, a Majka, niezdolna do żadnych działań, myślała. Próbowała zrozumieć, w którym miejscu popełniła błąd. Dlaczego nie jest szczęśliwą żoną mężczyzny swoich marzeń, jak głosił oficjalny komunikat i jak sama do tej pory zwykła uważać, a zaledwie uzależnioną finansowo, samotną w gruncie rzeczy, matką, która musi walczyć, by ojciec jej dziecka zechciał spędzić z nim wieczór?

Zrobiła dokładny przegląd pięcioletniej znajomości, ale żadnego błędu po swojej stronie nie zalazła.

Może nie jest tak źle – pomyślała w nagłym przypływie optymizmu. – A jeśli to tylko chwilowy kryzys?

Jej wyobraźnia była szybka. Od obrazu rozbitego związku przegalopowała momentalnie do widoku romantycznego ślubnego orszaku, w którym za cudnie ubraną panną młodą szedł dumny Krzyś, trzymając koniec długaśnego welonu. Chłopiec był uśmiechnięty, wyprostowany i śmiało patrzył w oczy tłumnie zgromadzonych gości. Tu wyobraźnia Majki zacięła się nieco, bo wygenerowany obraz tak bardzo odbiegał od rzeczywistości.

Miłe wizje podniosły ją jednak trochę na duchu i w zdecydowanie lepszym nastroju wybrała numer Adama.

– Nie mogę teraz rozmawiać, oddzwonię. – Usłyszała, zanim zdążyła powiedzieć choćby słowo i w słuchawce rozległ się ciągły sygnał.

Wybrała numer jeszcze raz.

– Adam – odezwała się od razu. – To bardzo pilna sprawa. Nie mam z kim zostawić Krzysia od siedemnastej. Pomóż mi.

W słuchawce usłyszała wyraźne westchnienie. Chyba zniecierpliwienia.

– Czy to mój problem? – zapytał Adam oschle. – Jestem zajęty.

Majka cofnęła się pod ścianę, teraz to ona sprawiała wrażenie, jakby ktoś mocno ją uderzył. Jak można odezwać się w ten sposób do osoby, z którą dopiero co spędziło się noc, łącząc się tak blisko, jak tylko może dwoje ludzi?

Wzięła głęboki wdech i postanowiła skończyć z niedomówieniami i strachem przed kłótnią. Miała już serdecznie dość ustępowania mu na każdym kroku.

– To przecież także twoje dziecko! – krzyknęła.

Po drugiej stronie zapanowała cisza. Mogła sobie doskonale wyobrazić zdegustowaną minę Adama.

– Majka – rzekł spokojnie po chwili milczenia. – Powiem ci szczerze, choć nie chciałem tego robić przez telefon. Jestem zmęczony. To nasze wspólne życie to od początku nie były moje klimaty. Wytrzymałem długo, pięć lat, jak na razie to mój życiowy rekord. Krzyś to fajne dziecko, ale dłużej już nie mogę. Proponuję małą pauzę.

– Zwariowałeś?! Jaką pauzę?! – krzyczała Majka, której puściły wszelkie hamulce. – A co ja mam z dzieckiem zrobić? – zapytała. – Zawiesić na ten czas na haku i odwiesić, jak skończysz pauzę? Sama nie dam sobie z tym wszystkim rady. Nie można zrobić pauzy od życia, jeśli ma się dziecko.

– Prowokujesz mnie niepotrzebnie do mówienia rzeczy przykrych. – Usłyszała spokojny głos Adama. – To ty masz dziecko, ja nie planowałem potomstwa.

– Ale to tobie, do jasnej cholery, pękło zabezpieczenie! – Majce wyrwały się słowa, za które poczuła pogardę do samej siebie. Sprowadzanie poczęcia jej cudownego synka do prozaicznej wpadki wydało jej się obrzydliwe. Jednak taka była prawda. Wpadli za pierwszym razem, szamocząc się w pośpiechu w hotelowym pokoju, dziesięć minut przed rozpoczęciem konferencji. Pośpiech był przyczyną awarii. Jak bardzo głupia i wstrętna była ta historia, uświadomiła sobie dopiero w tym momencie. Wtedy myślała, że spotkała miłość swojego życia, że uczestniczy w spontanicznym porywie serc, wyjątkowym i bardzo romantycznym.

Nie mogła złapać oddechu, a tym bardziej powiedzieć czegoś odpowiedniego.

– Ta rozmowa nie ma sensu – wykorzystał jej milczenie Adam. – Nie dzwoń na razie. Odezwę się, jak sobie to wszystko uporządkuję. – Ciągły sygnał w słuchawce uświadomił jej, że połączenie zostało zerwane.

Majka wpatrywała się bezradnie w ekran komórki. Zadzwoniła jeszcze raz. Tak łatwo drań się nie wywinie.

Nie odbierał.

Majka wzięła głęboki wdech.

Nagle komórka zasygnalizowała wiadomość. Porwała ją z nadzieją, że Adam przeprasza za głupie słowa, ale to był tylko sygnał od ochrony, że prezes Burski pojawił się na horyzoncie.

Nie mogła już więcej telefonować, co gorsza, koniecznie musiała się uspokoić. Rozpędzone myśli gnały jej wyobraźnię na wszystkie strony. Strach chwycił ją za gardło i już miał je ścisnąć, ale Maja postanowiła się nie poddawać. Ta rozmowa była tak absurdalna, że zdecydowała nie traktować jej poważnie.

Adam nie był wzorowym ciepłym ojcem, to prawda. Nie był też partnerem, o jakim marzą kobiety, przynajmniej na drugi rzut oka, bo na pierwszy wydawał się absolutnym ideałem. Jednak nie był również skończonym draniem, kochał przecież Krzysia, choć nigdy tego wprost nie powiedział.

Prezes Burski zamaszystym krokiem wszedł do sekretariatu, obrzucając jego wnętrze krytycznym wzrokiem, i Maja wróciła natychmiast do rzeczywistości. W szalonym pośpiechu zabrała się za pracę, próbując wykonać kilka rzeczy naraz. Załatwiała kolejne sprawy, telefonowała gdzie trzeba, była uprzejma, cierpliwa i stanowcza. Negocjowała warunki, uspakajała zdenerwowanych pracowników i łagodziła sytuacje zapalne. Układała terminy spotkań, parzyła kawę, uśmiechała się do prezesa i jego gości. Ale żołądek cały czas skręcał jej się ze strachu i stresu.

Ani się nie obejrzała, jak zegar wybił siedemnastą. Trzeba było pędzić po Krzysia. Wstała od biurka i momentalnie zakręciło jej się w głowie. Nic nie jadła od rana, nie miała ani chwili przerwy. Na miękkich nogach podeszła do gabinetu szefa.

– Panie prezesie, wychodzę na chwilę… – zaczęła jak co dzień i jak zwykle napotkała pełen nagany wzrok przełożonego, jakby fakt, że po dziesięciu godzinach intensywnej pracy opuszcza biuro, był zbrodnią najwyższej kategorii. – …i zaraz wrócę – powiedziała odruchowo, choć tak naprawdę chciała go poprosić o zwolnienie z dzisiejszej konferencji. Wszystko było przygotowane, ktoś mógł ją przecież zastąpić ten jeden raz. Nigdy się nie zwalniała. Nie korzystała z prawa opieki nad chorym dzieckiem, a do pracy wróciła miesiąc po porodzie, łamiąc wszystkie przepisy, bo prezes wyraźnie dał jej do zrozumienia, że w przeciwnym przypadku zwolni ją natychmiast, jak tylko znajdzie odpowiedni kruczek prawny. Teoretycznie była więc na urlopie macierzyńskim, a praktycznie po kilka godzin w pracy, po czym do domu brała to, czego w biurze nie zdążyła zrobić. Nieraz się zastanawiała, jak mogła to wszystko udźwignąć. A jeszcze do tego musiała być zadbana i wyglądać promiennie dla Adama.

Spojrzała jeszcze raz na prezesa. Ze zmarszczonym czołem pochylał się nad przygotowanym przez nią konspektem konferencji. Sprawiał wrażenie, jakby był nie wiadomo jak zapracowany, a przecież wszystko zrobiono już za niego.

Dzieliło ich zaledwie kilka metrów. A miała wrażenie, jakby to były setki mil. Nie było nawet sensu próbować się porozumieć. Leon Burski dawno już stracił kontakt z realnym życiem i jego codziennymi troskami. Zamożność bardzo dystansuje od rzeczywistości.

Odwróciła się i wyszła, a Burski nawet na nią nie spojrzał. Biegnąc do przedszkola, analizowała swoją sytuację. Związek z Adamem, relacje w pracy, macierzyństwo – wszystko to rysowało się w dziwnie niewesołych barwach.

Zatrzymała się i zaczerpnęła mocno powietrza w ściśnięte stresem płuca.

To nieprawda – chwyciła się tej ostatniej rozpaczliwej nadziei, że może źle interpretuje fakty. – Nie jestem nieszczęśliwa. Wręcz przeciwnie, wielu mi zazdrości. Jestem kobietą sukcesu, mieszkam ze wspaniałym mężczyzną, mam świetną pracę, piękne mieszkanie i zdrowego, grzecznego synka.

I tego się trzymajmy – podsumowała.

Podniosła głowę i pobiegła dalej.

Piętnaście po piątej wpadła jak burza do przedszkola. Na jej widok z szatni wyszła wychowawczyni. W zapiętym po szyję płaszczu, czekała gotowa do wyjścia i wyglądała na bardzo zdenerwowaną. Obok niej, skulony na ławeczce, siedział Krzyś. Wystraszony zerkał to na swoją panią, to na mamę. Ale tym razem obyło się bez zwykłej awantury. Wychowawczyni za bardzo się spieszyła. Powiedziała tylko „do widzenia” i bez słowa komentarza opuściła szatnię.

Krzyś wstał, włożył małą ciepłą dłoń w rękę swojej mamy, spojrzał ufnie i zadał pozornie niewinne pytanie, od którego Majce zrobiło się słabo.

– Pójdziemy dziś na plac zabaw? Chłopcy się tam umówili.

Majka nie znosiła tego wzroku. Nie mogła nawet nakrzyczeć na dziecko, które tak grzecznie prosi. Poza tym ten ton budził w niej nieokreślone wyrzuty sumienia, choć doprawdy było ono czyste. Nie spieszyła się przecież do spa ani na plotki, tylko do pracy.

Nic nie odpowiedziała, szarpnęła Krzysia lekko i pociągnęła w stronę drzwi, ale on już wiedział. Znowu opuścił ramiona i pochylił głowę, jak jakaś sierota, a przecież jego rodzice byli tak wzorcowi, że mogliby śmiało występować w reklamie płatków śniadaniowych.

W rzadkich chwilach, kiedy Adam odprowadzał go do przedszkola, wzbudzał tam większą sensację niż niejeden celebryta. Przystojny, zawsze świetnie ubrany z emanującą na wszystkie strony pewnością siebie żartował i z każdym bez trudu nawiązywał kontakt. Wychowawczynie rozpływały się w uśmiechach, a inne mamy mniej lub bardziej dyskretnie zarzucały sieć swoich uroków.

Krzyś w niczym nie przypominał ojca. Był nieśmiały, wiecznie wystraszony i nad wiek poważny. Patrząc na niego, można było odnieść wrażenie, że jest dzieckiem z patologicznej rodziny.

Majka wpadła na klatkę schodową i cały czas ciągnąc opierające się lekko dziecko, wbiegła na drugie piętro. Było już późno. Powinna jak najszybciej wrócić, a wciąż nie miała pomysłu, jak zorganizować opiekę nad chłopcem. Podświadomie spodziewała się, że Adam będzie czekał w mieszkaniu. Kto wie, może nawet z jakąś miłą niespodzianką? Przecież jej tak samej nie zostawi.

Otworzyła drzwi. Zdjęła buty w przedpokoju i weszła do salonu. Miała niejasne wrażenie, że coś jest nie w porządku, ale nie umiała go sprecyzować. Jedyne, co zauważyła, to ewidentny brak Adama.

Gnana resztkami gasnącej nadziei, otworzyła drzwi sypialni. I nagle stanęła jak wmurowana w ziemię. Zrozumiała, co się stało. Szafka nocna po stronie Adama była pusta, uchylone drzwi szafy ukazywały nagie wieszaki.

Zabrał swoje rzeczy – dotarło do niej i aż się osunęła na podłogę. Krzyś przycupnął po drugiej stronie i zaczął obgryzać paznokcie. Majka w szoku wpatrywała się w pustą szafę, a w jej głowie wirowały setki myśli. Opuszczone dziecko, kredyt na mieszkanie, samotność, klęska, rozpacz…

Przy rozpaczy zastał ją telefon od szefa. Chciał wiedzieć, co Majka sobie wyobraża i zagroził, że jeżeli natychmiast nie podejmie przerwanych obowiązków, może nie wracać już wcale. Maja przeraziła się. Nie mogła teraz stracić pracy. Spojrzała na synka, siedział na podłodze nieruchomo.

To takie grzeczne dziecko – pomyślała. – Chwilę wytrzyma samo.

Pobiegła do salonu i włączyła kanał z bajkami. Ogłuszający dźwięk wrzeszczących na siebie bohaterów popularnej kreskówki wypełnił pokój. Majka usadziła Krzysia na podłodze, położyła mu poduszkę pod plecy i szybko przyniosła z kuchni worek chrupek kukurydzianych i dwie kanapki z nutellą. Na nic więcej nie miała czasu.

– Synku, siedź tu grzecznie i nigdzie się nie ruszaj – powiedziała. – Ja zaraz wrócę. Muszę tylko na chwileczkę podejść jeszcze do pracy.

Krzyś kiwnął głową nieuważnie, wpatrzony w migający histerycznie kolorowy obraz.

– Nikomu nie otwieraj – krzyknęła jeszcze Majka i, zamykając starannie drzwi, pobiegła. Oszołomiona i półprzytomna próbowała ogarnąć całą sytuację, ale nie miała szans, by zebrać myśli. Po pięciu minutach była już w biurze. Była sparaliżowana strachem o dziecko, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. W firmie trwał wielki dzień.

Szef świętował. Akcje na giełdzie poszły w górę. Choć wyniki sprzedaży produktów pozostawały wciąż takie same, akcje od roku regularnie zwyżkowały i cieszyły się niesłabnącym powodzeniem. Każdego tygodnia nowi nabywcy dokonywali zakupów, które podnosiły coraz wyżej niebieską kreskę na schemacie obrazującym wzrost cen akcji.

Może ktoś o bardziej przenikliwym umyśle lub lepszych doradcach zacząłby się dziwić z tego powodu, analizować przyczyny tego tajemniczego popytu. Ale prezes Burski otoczony gromadą słabych pochlebców przez dwie godziny z błogim wyrazem twarzy słuchał kolejnych pochwalnych przemówień, w których kierownicy działów przekonywali go, że to naturalna i w pełni zrozumiała konsekwencja jego mistrzowskiego zarządzania firmą.

Leon Burski był inteligentny, kiedy trzeba przebiegły, czasem wręcz genialnie przenikliwy, ale jego słabą stroną była bardzo niska odporność na pochlebstwa. Pławił się w ich słodkim smaku, zatracając wrodzoną czujność i przyjmując wymyślone przez pracowników pochwały za prawdę.

* * *

Była ósma wieczorem, kiedy Majka, skonana jak wyrobnik, wyszła wreszcie z biura. Prezes jeszcze został z kilkoma członkami rady nadzorczej i nie wyglądał na zadowolonego, że sekretarka, zamiast zostać z nimi, by pośmiać się z dowcipów lub porozmawiać o niczym, idzie do domu.

Na biurku zostawiła potężną stertę spraw do załatwienia. Zaległych, dzisiejszych i tych, które były owocem konferencji. Żeby temu wszystkiemu podołać, musiałaby w ogóle nie wychodzić z pracy.

Biegła chodnikiem, a strach ścinał jej umysł. O siódmej ostatni raz dzwoniła do Adama. Wciąż nie odbierał. Szansa, że wrócił do domu i zajął się synkiem, była niewielka. Usłużna wyobraźnia Majki zdążyła już wyprodukować milion ponurych scenariuszy. Wszystkie rodzaje wypadków, zagrożenia z zewnątrz, płonące domy, włamania i niespodziewane choroby przewijały się w jej myślach na przemian z obrazami Adama, który dzwoni do synka, dowiaduje się, że chłopczyk jest sam, po czym pędzi na pomoc. Opiekuje się Krzysiem, daje mu kolację, kąpie i usypia. Potem porządkuje kuchnię, przyrządza pyszną sałatę, otwiera wino i czeka na nią.

Dobiegła pod blok. Z trudem trafiając kluczem do zamka, otworzyła drzwi wejściowe. Jeszcze tylko kilka susów, którymi błyskawicznie pokonała schody i, słaba z powodu skrywanej nadziei, strachu i napięcia, weszła do mieszkania. Prawda dała się zauważyć natychmiast.

Telewizor nadal był włączony. Wydekoltowana i agresywnie pomalowana postać z kreskówki uwodziła swego przełożonego.

Samo życie – pomyślała Majka i wyłączyła bajkę, o ile tę produkcję można tak nazwać.

Krzyś leżał na podłodze. Na jego buzi wyraźnie znaczyły się ślady po kanapce z nutellą, ale także, niestety, łez. W brudnym ubranku, skulony z zimna, spał na poduszce.

Po Adamie nie było nawet śladu. Maja usiadła obok synka i uświadomiła sobie całą powagę sytuacji. Niemożliwe stało się prawdą. Została sama. A nawet gorzej.

Nie sama, tylko z małym dzieckiem i dużym kredytem. Położyła się na podłodze obok synka, przytuliła go mocno i przykryła połą swojego płaszcza. Przymknęła oczy. Były całkiem suche, szok spowodował, że kanaliki łzowe zastygły w przerażeniu.

Zasnęła, zanim zdążyła pomyśleć cokolwiek.