Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 61 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pogromca wilków. Trzy duety literackie - Martin Pollack, Christoph Ransmayr

"Dwóch pisarzy, jeden wspólnie napisany tekst: Christoph Ransmayr i Martin Pollack w trzech opowieściach z Polski. Ten znakomity austriacki tandem tworzy niezwykłą formę gatunkową – literacki duet. Pisarze portretują myśliwego, który Bogu ma za złe, że ten stworzył wilka, rozstrzelanego bohatera-świętego, który okazał się niewinnym durniem, oraz potomka żydowskiej rodziny, który ma pokonać apokaliptyczną historię swojego narodu. Mądre, wnikliwe obserwacje natury człowieka i polskiej mentalności, ze współczesną historią w tle.

"Trzy opowieści – z bieszczadzkiego bezludzia, bieszczadzkiej wsi i wielkiego miasta – których pozornie nic nie łączy, prócz dojmującego poczucia utraty i przekonania, że w życiu niekoniecznie jest tak, jak nam się wydaje, a już najpewniej nie będzie tak, jak tego chcemy. Małe ludzkie historie położone na tło Historii Wielkiej, a ta – wiemy – umie być wyjątkowo parszywa. Christoph Ransmayr i Martin Pollack w znakomitej formie". Paweł Smoleński

Opinie o ebooku Pogromca wilków. Trzy duety literackie - Martin Pollack, Christoph Ransmayr

Fragment ebooka Pogromca wilków. Trzy duety literackie - Martin Pollack, Christoph Ransmayr

Christoph RansmayrMartin Pollack

Pogromca wilków

Trzy duety literackie

Tytuł oryginału niemieckiego DER WOLFSJÄGER. DREI POLNISCHE DUETTE

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / ­PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce © by PETER ARNOLD/ ­FLASH PRESS MEDIA

Copyright © S. FISCHER VERLAG GMBH, FRANKFURT AM MAIN, 2011Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO CZARNE, 2012Copyright © for the Polish translation by KAROLINA NIEDENTHAL, 2012

Redakcja ANNA STERCZYŃSKA Korekty ALICJA LISTWAN / D2D.PL, ZUZANNA SZATANIK / D2D.PL

Projekt typograficzny i redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Książka została opublikowana dzięki pomocy finansowej Bundesministerium für Unterricht, Kunst und Kultur.

Dziękujemy Austriackiemu Forum Kultury za wsparcie publikacji książki.

ISBN 978-83-7536-474-3

IPogromca wilków

Poszukiwanie tropów w polskich Karpatach

Jakże zakrwawione było to stado. Tuzin przerażonych owiec tłoczył się w takim popłochu w odgrodzonej części błotnistego podwórka, że na pierwszy rzut oka nie można było odróżnić zwierząt ocalałych od rannych. Gospodyni, w kwiecistym fartuchu umazanym krwią, wyszarpywała ze środka kłębowiska barana, który po krótkiej panicznej szamotaninie popadł nagle na rękach kobiety w jakąś szczególną apatię. Miał rozdarty prawy bok, wielki czerwony strzęp kapiącego krwią futra zwisał ku ziemi, odsłaniając żebra i sploty mięśni. U siedmiu innych owiec było widać podobne obrażenia – przegryzione pęciny, rozdarte uszy i głębokie rany na całym ciele.

Gdyby Andrzej nie pobiegł na pastwisko z pochodnią w środku nocy, mówiła gospodyni, kiedy potworne ujadanie psa obudziło ze snu cały dom, teraz w trawie leżałaby tylko padlina. Żar pochodni i hałas, który podniósł Andrzej, przepędziły wilki. Oprócz tych ciężko rannych zostawiły po sobie jeszcze trzy martwe owce. Zabiły także psa, który wciąż leżał pod drzewami obok innych zagryzionych zwierząt. Biedny Bartek. Psy strzegące stada często jako pierwsze padają ofiarą tych przeklętych wilków. Tylko w okolicy Cisnej zabiły ostatniej jesieni i zimy ponad pięćdziesiąt psów, które broniły swojego stada.

Wilki. Właściwie mieliśmy tylko spytać o drogę do Mucznego. Zaraz za leśną osadą w Stuposianach powinna była odbić w tym kierunku. Wilki! Ale my nie jechaliśmy tam wcale z powodu tych drapieżników, lecz po to, by tropić ludzkie ślady. Tu, w bieszczadzkich górach, na południowo­-wschodnim krańcu Polski, tuż pod ukraińską granicą, można na rzadko zaludnionych terenach odnaleźć pod wybujałą dziką roślinnością resztki zniszczonych osad i wsi. Opuszczone cmentarze i fundamenty spalonych kościołów są porośnięte wysoką trawą i szarymi olszynami. Sady, pola, pastwiska i leśne użytki – wszystko to zamieniło się na powrót w dziką puszczę. W tych porzuconych przez ludzi górach, przedłużeniu Karpat Lesistych, triumfowała bujna, dzika natura, z rysiami, żbikami, niedźwiedziami brunatnymi, łosiami, orłami przednimi, orlikami i żubrami. Po opuszczonej ziemi snuły się watahy karpackich wilków. Wybraliśmy się na pieszą wędrówkę po tym pustkowiu: chcieliśmy, choćby w naszej wyobraźni, znowu wyrąbać polany, podnieść z popiołów dawne wioski z ich drewnianymi kościołami, barwnymi ikonostasami i wieżami poświęconymi niewzruszonemu Bogu.

W naszym przewodniku widniały jeszcze, chociaż z adnotacją: „już nie istnieje”, wszystkie te kościoły, wszystkie te wioski:

kościół w Chrewcie, „już nie istnieje”,

kościół w Stuposianach, „już nie istnieje”,

kościół w Wołosatem, „już nie istnieje”.

Leśne osady: Studenne, Sukowate, Potasznia, Szczerbanówka, Teleśnica Sanna, Tworylne, Tyskowa – zniknęły wszystkie. Ile czasu trzeba, aby tak jak zapomniano o fundamentach i popiołach, wymazano z pamięci i map stare nazwy tych wszystkich miejscowości i leśnych przysiółków, żeby przepadły na zawsze?

Gospodyni, która chciała nas zaprowadzić na pastwisko i pokazać rozszarpane ścierwa, nie znała prawie żadnej spośród tych nazw ani miejsc, do których się wybieraliśmy, wiedziała jednak, że mieszkający tu niegdyś ludzie byli Ukraińcami. Łemkami i Bojkami, leśnymi robotnikami i małorolnymi chłopami, takimi jak ona i jej mąż, ale mimo to obcymi, bo śpiewali inne pieśni i mieli swoje dziwne zwyczaje, nie do odróżnienia prawie od zwyczajów prawosławnych Rosjan.

Nasze polskie przewodniki opisywały nawet ich historię i to, w jaki sposób stąd zniknęli. Po ostatniej wojnie, z towarzyszącymi jej przesunięciami granic, wysiedleniami, deportacjami, zaciekłymi walkami partyzanckimi i Zagładą Żydów, dla Łemków i Bojków – ukraińskich grup etnicznych, które zamieszkiwały Karpaty od stuleci – nagle zabrakło miejsca w ich ojczyźnie. Ponieważ II wojna światowa w Beskidach i Bieszczadach toczyła się o wiele dłużej niż w większości miejsc w Europie, oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii, równie zaciekle, jak i nieskutecznie, walczyły tu jeszcze przez trzy lata po zwycięstwie aliantów przeciwko swojemu potężnemu wrogowi – komunistycznej Polsce. Cel ich walki: niepodległa Ukraina, przez wiele dziesięcioleci pozostał jednak utopią. I tak jak w czasie wszystkich konfliktów zbrojnych, największą ofiarę poniosła ludność cywilna. Kiedy w marcu 1947 roku polski wiceminister obrony, bohater hiszpańskiej wojny domowej, wpadł w zasadzkę ukraińskich partyzantów i został przez nich rozstrzelany, polskie władze komunistyczne postanowiły, że w odwecie wysiedlą z górskich wiosek na zachód albo na północ Polski przedstawicieli ukraińskiej mniejszości, co do jednego, bez żadnych wyjątków. Równocześnie z tych samych miejsc wysiedlono wszystkich Niemców.

Wsie, w których mieszkali ukraińscy chłopi, niebiorący na ogół jakiegokolwiek udziału w partyzanckich walkach, otaczano i opróżniano w ciągu zaledwie kilku godzin. Do lata 1947 roku z południowych regionów kraju deportowano sto czterdzieści tysięcy mieszkańców. Opuszczone przez nich wioski zrównywano z ziemią. Nazwa grupy wojskowej, która przeprowadzała całą operację, stała się kryptonimem czystki etnicznej – akcji„Wisła”.

W drodze do Mucznego kierowaliśmy się starą mapą, na której widać było jeszcze łemkowskie i bojkowskie wsie z ich kaplicami, młynami, przecinkami leśnymi oraz przydrożnymi krzyżami, i poruszaliśmy się dawno już nieistniejącą szosą. W ten sposób znaleźliśmy się na polnej drodze i wreszcie na błotnistej ścieżce przed gospodarstwem, które ostatniej nocy nawiedziły wilki.

Czy ci tam, w Warszawie, czy ci tam, w Przemyślu, pytała nas gospodyni, obmywając przy studni na podwórku ręce i ramiona z krwi, czy władza, czy my, czy ktoś w ogóle ma jakieś pojęcie, jak to jest, kiedy trzeba żyć z wilkami? Ten ciągły strach o bydło, strach o dzieci, które muszą godzinami iść do szkoły. Dwa miesiące wcześniej we wnykach, które kłusownicy zastawiają na wilki, wykrwawił się ich najczujniejszy pies pasterski, no a teraz wraz z połową owiec został rozszarpany ten drugi, Bartek, najlepszy stróż. A władza myśli, że może opanować tę plagę dzięki kilku głupim pozwoleniom na odstrzał. Myśliwi muszą ich błagać o każdy strzał! Naturalnie, mimo że to zabronione, ten czy ów radzi sobie z tym wszystkim, zastawiając sidła. Ale lasy nie są wcale mniej niebezpieczne. Trzydzieści pięć ustrzelonych w ciągu roku wilków to za mało, o wiele za mało.